Kim Dzong Un. Szkic portretu dyktatora - Sun Heidi Sæbø - ebook
Opis

13 lutego 2017 roku na malezyjskim lotnisku doszło do zabójstwa Kim Dzong Nama, przyrodniego brata północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una. Czy dwie sprawczynie, które wtarły Kim Dzong Namowi truciznę w twarz, zostały wynajęte przez reżim? Co ta zbrodnia mówi o rodzinie koreańskiego dyktatora i sposobie sprawowania władzy przez samego Kim Dzong Una? Sun Heidi Sæbø przeprowadza dziennikarskie śledztwo, próbując naświetlić szersze tło sprawy i szkicując portret obecnego przywódcy Korei Północnej. Na podstawie wywiadów przeprowadzonych z uciekinierami z Korei Północnej, wysoko postawionymi dyplomatami i badaczami, a także czerpiąc z literatury i publicystyki chce nie tylko dotrzeć do motywu zbrodni, ale też zrozumieć reżim Kimów.

„Często kusi nas, by wszystkie historie o brutalnym działaniu koreańskiej władzy traktować jako pewnik. Sæbø pokazuje jednak złożoność współczesnej Korei. Nie podważa przy tym zbrodni, które zostały dokonane, i nie usprawiedliwia działań władzy. Jeżeli chcesz zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się obecnie w międzynarodowej polityce, musisz przeczytać tę książkę.” „Aftenposten”

„To najlepszy moment, na wydanie książki o Kim Dzong Unie. Sæbø przedstawia szczegółowy portret Kima, którego znamy przede wszystkim jako nieprzewidywalnego wodza, mającego dostęp do broni atomowej.” „Fædrelandsvennen”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sun Heidi Sæbø

Kim Dzong Un

Szkic portretu dyktatora

Przełożyła Iwona Zimnicka

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału norweskiego Kim Jong-Un. Et skyggeportrett av en diktator

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by CAPPELEN DAMM AS, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Iwona Zimnicka, 2019

Redakcja Ewa Polańska

Konsultacja koreanistyczna Kamila Kozioł

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

This translation has been published with the financial support of NORLA

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-882-2

 

Wprowadzenie

13 lutego 2017 roku na lotnisku w Kuala Lumpur, stolicy Malezji, zabity został Kim Dzong Nam[1]. Przez kilka gorączkowych dni w wiadomościach nie mówiło się o niczym innym: zamordowano najstarszego syna Kim Dzong Ila, nieżyjącego już dyktatora Korei Północnej, a podejrzanym o zabójstwo był Kim Dzong Un, młodszy przyrodni brat ofiary, obecny przywódca Korei Północnej.

Intryga była jak żywcem wyjęta z powieści szpiegowskiej, a jej główni bohaterowie to rodzina dyktatorów, dwie sprawczynie, grupka tajemniczych organizatorów i śmiercionośna, paraliżująca nerwy trucizna. Dziwił jedynie mało dyskretny sposób popełnienia samego zabójstwa. Morderczynie pozostawiły wiele widocznych śladów, których wspólnym mianownikiem było to, że wszystkie wskazywały na Pjongjang i przywódcę Korei Północnej. Sprawa od pierwszej chwili wydawała się oczywista i być może dlatego szybko przestano się nią interesować. Zabójstwo Kim Dzong Nama nigdy nie stało się przedmiotem szerszej dyskusji. Było wydarzeniem, które prędko znalazło się w cieniu testowania przez Koreę Północną nowych pocisków, kolejnej próby atomowej i przybierającej na sile wojny słownej z prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Zabójstwo Kim Dzong Nama warto jednak zbadać w całości. Likwidacja, do której doszło na oczach kamer, stanowiła rzadki przejaw ekshibicjonizmu. Była niczym otwarte drzwi do reżimu, który zazwyczaj jest szczelnie zamknięty. Zbrodnia wyraźnie pokazywała, do jakich metod reżim jest skłonny się uciec. Egzekucja pozwalała wejrzeć w psychikę Kim Dzong Una, najmłodszego dyktatora na świecie, dysponującego bronią atomową. A ponadto prześledzenie życia ofiary mogło rzucić światło na reżim i wewnętrzne stosunki panujące w rodzinie Kimów.

W sprawie tego zabójstwa nie należało skupiać się wyłącznie na pościgu za sprawcą i poszukiwaniu motywu. Co najmniej równie ważne powinno być przyjrzenie się sposobowi, w jaki dokonano zbrodni. Może wtedy okazałoby się, że nie wszystko wyglądało tak, jak początkowo zakładano? Może gdyby zaczęto szukać w przeszłości i w teraźniejszości, w stosunkach rodzinnych i w polityce, wyłoniłby się zupełnie inny obraz.

Odpowiedzialność za zbrodnię złożono na barki Wietnamki Đoàn Thị Hương i Malezyjki Siti Aisyah. To one musiały stawić się w sądzie, oskarżone o zabójstwo Kim Dzong Nama. Podczas pracy nad książką regularnie kontaktowałam się z Naran Singhiem, obrońcą Đoàn Thị Hương. Chciałam też bliżej poznać ofiarę, rozmawiałam więc z przyjaciółmi Kim Dzong Nama. Udało mi się ich odszukać za pośrednictwem profilu Kima na Facebooku i innych kontaktów. Aby uzyskać wiedzę o sposobie funkcjonowania reżimu Kim Dzong Una, przeprowadziłam rozmowy z wieloma uciekinierami z Korei Północnej wywodzącymi się z różnych warstw społecznych i z różnych pokoleń. Są wśród nich zarówno dawniej wysoko postawieni urzędnicy, jak i zwykli ludzie. Kilku zajmuje obecnie ważne stanowiska w Korei Południowej. W pewnym momencie mnie samą usiłowano zwerbować jako szpiega, proponując mi nielegalne przerzucenie do Korei Północnej na fałszywych papierach w zamian za przesyłanie raportów na określone tematy.

Niemal wszyscy zbiegowie z Północy, których spotkałam, mają potrzebę zachowania anonimowości. Może to wynikać z roli, jaką odgrywali w Korei Północnej przed ucieczką. Ujawnienie wcześniejszej pracy w wywiadzie i donoszenia na innych lub wysokiej pozycji w armii może stanowić obciążenie dla kogoś, kto usiłuje ułożyć sobie życie od nowa, to ryzyko potępienia i wyklęcia przez resztę środowiska uciekinierów w Korei Południowej. W innych wypadkach to lęk o własne bezpieczeństwo nie pozwala informatorom na ujawnienie prawdziwej tożsamości. Wielu zbiegów z Korei Północnej ciągle boi się o własne życie, a po zabójstwie Kim Dzong Nama ów lęk naturalnie jeszcze się wzmógł. Dlatego duża część spotkanych przeze mnie osób musi szczególnie dbać o swoje bezpieczeństwo.

Odbyłam ponadto rozmowy z wysokiej rangi dyplomatami południowokoreańskimi, a także z wieloma badaczami, w większości pracującymi w Seulu. Wszyscy oni pomogli mi, przedstawiając swój punkt widzenia i dzieląc się ze mną nieocenioną wiedzą, podobnie jak pracownicy międzynarodowych organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną praw człowieka w Korei Północnej i sytuacją uciekinierów. W niniejszej książce wykorzystałam też swoje wcześniejsze doświadczenia zebrane po stronie chińskiej w rejonach w pobliżu granicy z Koreą Północną. Spotkałam tam między innymi północnokoreańskich uciekinierów żyjących w ukryciu z obawy przed deportacją do Korei Północnej, gdzie czekają ich kary fizyczne i praca przymusowa. Posiłkowałam się też wiedzą zdobytą podczas wcześniejszych reporterskich wyjazdów do Korei Południowej oraz własnymi obserwacjami z pobytów w Korei Północnej.

Aby móc wyczerpująco pisać o kraju i jego przywódcy Kim Dzong Unie, oprócz własnych doświadczeń i przeprowadzonych osobiście wywiadów, korzystałam rzecz jasna z poruszającej ten temat literatury i publicystyki, a także portali internetowych, takich jak NK News i NK Leadership Watch.

Rozdział 1

Zabójstwo

W terminalu KLIA2 minęło wpół do dziewiątej w poniedziałkowy ranek 13 lutego 2017 roku. Terminal ten, najnowszą część głównego lotniska w stolicy Malezji, oddano do użytku trzy lata wcześniej. 257 tysięcy lśniących nowością metrów kwadratowych i 60 bramek jest gotowych na przyjęcie tłumów turystów podróżujących klasą ekonomiczną w czasach, w których wszyscy pragną się przemieszczać jak najszybciej i jak najtaniej1. Rocznie przez międzynarodowe lotnisko w Kuala Lumpur przewija się ponad 50 milionów podróżnych2.

Ten poniedziałkowy poranek był taki sam jak we wszystkie inne dni. Czy nie tak właśnie się mówi, gdy wraca się myślą do otoczenia i sytuacji tuż przed tym, jak wszystko zostało nieodwracalnie postawione na głowie? Próby wydobycia z pamięci obserwacji i znaków, na które powinno się zwrócić uwagę, zazwyczaj wypadają słabo. Wszystko było jak zwykle, mówimy, wzruszając ramionami.

Atmosfera wydawała się nieco rozgorączkowana, jak zazwyczaj bywa na dużych lotniskach. Ludzie pchający ciężkie wózki bagażowe i prowadzący małe dzieci wypatrywali tabliczek, które wskażą im właściwy kierunek. Doświadczeni w podróżach biznesmeni przemieszczali się pewnym krokiem z lekkimi aktówkami w rękach. Ktoś próbował spać. Jet lag, kac, perfumy ze sklepów wolnocłowych i płacz dzieci przebijający się przez trudny do zdefiniowania lotniskowy hałas. Dochodziła dziewiąta, gdy pewien mężczyzna w średnim wieku przeszedł sam przez automatyczne drzwi do ruchliwej hali odlotów. Gdyby ktoś akurat w tym momencie obserwował obraz z kamer monitoringu, nic w wyglądzie tego człowieka nie zdradziłoby, kim jest i co się wkrótce stanie. Sprawiał wrażenie nawykłego do podróżowania i znającego otoczenie, kiedy zatrzymał się i spojrzał na dużą tablicę z godzinami odlotów, po czym ruszył dalej z czarnym plecakiem marki Tumi nonszalancko przerzuconym przez prawe ramię3.

Był ogolony prawie na łyso. Ubrany w jasnoniebieskie luźne dżinsy. Jasną marynarką wdzięcznie skrywał lekką nadwagę. Gorzej było z granatową koszulką piqué, którą miał pod spodem, ponieważ musiała zmagać się z lekko wystającym brzuchem. Do wejścia na pokład samolotu zostało mu dużo czasu, spokojnym krokiem szedł więc ku czerwonym automatom do samoobsługowej odprawy linii AirAsia4.

Czy idąc, zastanawiał się, jak spędzi czas w oczekiwaniu na wejście na pokład? Czy może przede wszystkim chciał już zapaść się w fotel i trochę zdrzemnąć po nieco zbyt gwałtownym początku dnia? Nie wiadomo. Jego myśli równie dobrze mogły krążyć wokół tego, co miało go czekać po wylądowaniu. Ewentualnie mógł wracać pamięcią do przeżyć ostatnich dni i z tego powodu z wyjątkową starannością pilnować plecaka. Tak przynajmniej można sądzić, zważywszy na to, co miało później wyjść na jaw w związku z zawartością jego bagażu podręcznego. Mężczyznę czekały cztery godziny wymuszonego bezruchu. Nie wiadomo, czy gdyby spytano go o to dzisiaj, byłby w stanie dokładnie sobie przypomnieć, o czym myślał w momencie, gdy to się stało.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nawet gdy cały świat później analizował przebieg wydarzeń – na filmie w zwolnionym tempie, na ujęciach z kamer ustawionych pod różnymi kątami, raz po raz i znów – i tak odnosiło się wrażenie, że dzieje się to za szybko. W chwili gdy mężczyzna zbliżał się do automatu odprawy, nie wiadomo skąd pojawiła się kobieta i stanęła blisko niego. Dostrzegła go pierwsza. Okrążyła go i przez kilka długich sekund cierpliwie czekała, aż wszystko będzie gotowe. Następnie przysunęła się jeszcze bliżej, może odrobinę się przygarbiła, tak by znaleźć się poza jego polem widzenia, dzięki czemu lepiej wykorzystała moment zaskoczenia, gdy nagle się wyprostowała. Zaczęła machać rękami przed jego twarzą. A on, zanim zorientował się, co się dzieje, poczuł, że ktoś jeszcze podchodzi od tyłu i naciera mu czymś twarz. Kobiety zniknęły równie nagle, jak się pojawiły. Może usłyszał mamrotanie: „Sorry! Sorry!”5. Po całym zdarzeniu pozostał trwający przez niepojęte 2,33 sekundy ziarnisty obraz. Moment przepychanek zauważyło jedynie kilka osób obecnych w hali odlotów. Ale ci, którzy mieli go zauważyć, byli tego ranka dyskretnie rozmieszczeni w przemyślany sposób na rozmaitych posterunkach na lotnisku i bacznie śledzili każdy ruch.

Czy Kim Dzong Nam rozumiał, co się właśnie stało, gdy oszołomiony został sam w kolejce do odprawy, a dwie sprawczynie rozeszły się w różne strony? Zdążył je zobaczyć czy też już zaczął odczuwać pieczenie w oczach? Instynktownie musiał wiedzieć, że stało się coś złego. W pierwszej chwili ruszył w stronę toalety, po czym gwałtownie zmienił kurs, kierując się ku osobom z personelu lotniska. Ubranym w pomarańczowe żakiety i czarne hidżaby, na szczęście łatwym do zauważenia, nawet teraz, gdy miał kłopoty ze wzrokiem. Trzymając w ręku paszport i nie bacząc na pasażera, który właśnie rozmawiał z jedną z kobiet w pomarańczowym stroju, przerwał im i zaczął opowiadać.

Juliana Idris wspominała później, jak bardzo temu mężczyźnie trzęsły się ręce. Zdumiało ją to. Zwrócił się do niej po angielsku, powiedział, że chce zgłosić policji napaść6. Oświadczył, że został zaatakowany przez dwie kobiety.

Obrazy z kamer monitoringu na lotnisku ukazują przebieg zdarzeń w tych decydujących minutach. Wyraźnie zdenerwowany mężczyzna gestykuluje przed Julianą, pokazując, że roztarto mu coś na twarzy. Na następnych ujęciach widać, jak na prośbę mężczyzny we dwoje podchodzą do policjanta w mundurze. Istnieją różne wersje tego, co mówił. Oto co przekazał – choć może nie dosłownie – Fadzil Ahmat, szef wydziału śledczego w dystrykcie Selangor, gdy później skontaktował się z nim reporter międzynarodowej agencji informacyjnej Reuters: „Poczuł, że ktoś od tyłu łapie go za twarz”7.

I znów te same gesty pokazujące, że rozsmarowano mu coś na twarzy. Dwóch policjantów, jeden w niebieskiej koszuli, drugi w czarnym mundurze i berecie, eskortuje go do punktu opieki medycznej piętro niżej, w pobliżu hali przylotów międzynarodowych. Może chód mężczyzny już wtedy wydaje się trochę chwiejny, lecz mogą to być jedynie nic nieznaczące późniejsze spekulacje. Do towarzyszącego mu funkcjonariusza policji, nadkomisarza Mohda Zulkarnaina Sanudina, mężczyzna powiedział: „Sir, proszę iść powoli. Oczy mam zamglone. Nie widzę”8. Gdyby mieli świadomość, co się dzieje, zapewne by biegli9. Idą jednak wolno po rozległych, zdających się nie mieć końca, charakterystycznych dla lotnisk płaszczyznach podłóg, których pokonywanie jest tak wyczerpujące. To ostatnie zdjęcia przedstawiające tego człowieka wciąż przytomnego: zostaje wprowadzony przez szklane drzwi do lotniskowej kliniki Menara, gdzie przyjmuje go oczekujący już personel medyczny. W ciągu kilku minut czy też sekund mężczyzna doznaje ataku czegoś na kształt konwulsji. Oczy ma czerwone, zaciska je. Z bólu łapie się za głowę i gwałtownie się poci. Pielęgniarka Rabiatul Adawiyah Mohamad Sofi usiłuje otrzeć mu twarz serwetką, ale mężczyzna nie przestaje się pocić10. „Bardzo, bardzo boli. Spryskano mnie jakimś płynem” – mówi. W tym czasie nieznajomy mężczyzna z czarną walizką na kółkach podchodzi do szklanej ściany i z zewnątrz obserwuje, co się dzieje.

Następny obraz jest nieruchomy. Ukazuje ofiarę napaści półleżącą w ciemnym skórzanym fotelu. Prawa ręka jest wyprostowana. Mężczyzna wygląda dość typowo, tak jakby tylko spał. Spokojny, lecz zarazem obnażony i bezbronny. Marynarkę zrzucił, spod koszuli wystaje kawałek brzucha, na lewym nadgarstku zegarek z czarnym paskiem, na prawym bransoletka z jasnych jadeitów, którą widywaliśmy u niego wcześniej, może uważa ją za amulet przynoszący szczęście i dobrobyt. Na stopach brązowe mokasyny ze srebrnymi klamerkami. Przed nim na podłodze jego czarny plecak.

Zawroty głowy i skurcze mięśni stają się coraz silniejsze i częstsze. Kłopoty z oddychaniem nasilają się, do personelu medycznego dociera, że to sprawa życia i śmierci. Pacjent, zapytany o coś, już nie odpowiada. W pewnym momencie ciśnienie krwi i puls gwałtownie wzrastają, a mężczyzna wykazuje objawy udaru. Szczęka mu sztywnieje, oczy się wywracają11. Z ust tryska mieszanina krwi, wymiocin i śliny. Ciśnienie gwałtownie spada do wartości 70/40 i doktor Nik Mohd Adzrul Ariff musi intubować pacjenta, aby zwiększyć dopływ tlenu12. Mężczyzna jest nieprzytomny, kiedy kładą go na noszach z zamiarem przewiezienia do szpitala. Do przyjazdu windy zdaje się mijać wieczność, w tym czasie ratownicy usiłują podawać nieruchomo leżącemu pacjentowi tlen13. Ładują go do oczekującej karetki, która na sygnale pędzi do szpitala Putrajaya, odległego o jakieś pół godziny jazdy od międzynarodowego lotniska w Kuala Lumpur, jeśli wybierze się najszybszą drogę. W rzeczywistości szanse były zerowe. Zgon mężczyzny stwierdzono na długo przed dotarciem karetki do celu.

Przez następne dni, tygodnie i miesiące policyjni śledczy, adwokaci, naukowcy, politycy, analitycy wywiadu i dziennikarze mieli niesłychanie uważnie badać każdą właśnie minioną sekundę. Ale czy pracownica lotniska Juliana, nadkomisarz Zulkarnain, doktor Nik, pielęgniarka Rabiatul i wszyscy inni, którzy mieli kontakt z nieznajomym mężczyzną, tam i wtedy rozumieli, z czym mają do czynienia? Później byli zmuszeni do przeanalizowania tych chwil. Do przypomnienia sobie, kto co zrobił i w jakiej kolejności. Możemy jedynie przypuszczać, że już wkrótce ktoś zaczął coś podejrzewać. Szybki, niewyjaśniony zgon. Niezwykła opowieść mężczyzny o tym, co się stało moment wcześniej. No i jeszcze paszport, który trzymał w ręku. Namacalny dokument, zwykle służący jako najpewniejszy dowód czyjejś tożsamości. Ale w tym wypadku? Z paszportu wynikało, że mężczyzna nazywał się Kim Czol, urodził się 10 czerwca 1970 roku, a kraj wydania dokumentu to Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, częściej nazywana Koreą Północną. Ale właśnie w tej kwestii doszło do decydującego nieporozumienia. Pierwszy wykonany przez policję telefon miał zdecydować o rozwoju sprawy.

Tak przedstawia się historia poniedziałku, 13 lutego 2017 roku, w wersji opowiedzianej nam w niezliczonych artykułach prasowych i reportażach telewizyjnych. Ale czy gdy badamy przebieg wydarzeń zapisany przez kamery monitoringu filmujące z różnych miejsc, przeskakujący w czasie i przestrzeni, możemy czuć się pewni, że nieme sceny ukazują nam pełny obraz? Miało minąć dość dokładnie trzydzieści pięć godzin, zanim reszta świata dowiedziała się o tajemniczym zgonie, do którego doszło w terminalu KLIA2. Informację przedstawiono po raz pierwszy w postaci pilnego komunikatu południowokoreańskiej agencji informacyjnej Yonhap, a wiadomość zawierała bulwersujące szczegóły, za których sprawą tajemniczy zgon miał stać się sensacją na skalę światową.

„Przyrodni brat północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una został zabity w Malezji” – podano14. Powołano się przy tym na anonimowe źródło rządowe z Korei Południowej. Króciutka notka nawiązywała również do tego, o czym donosiła południowokoreańska stacja telewizyjna Chosun: „Kim został zabity na lotnisku w Malezji po ataku dwóch niezidentyfikowanych agentek zaopatrzonych w igły z trucizną. Podejrzane uciekły z miejsca zdarzenia, a malezyjska policja podejrzewa, że za tym zabójstwem stoi Korea Północna”15.

Wiadomość natychmiast rozniosła się z całą siłą za pośrednictwem światowych kanałów informacyjnych i mediów społecznościowych. Jeśli w ten wtorek słuchałeś radia, oglądałeś telewizję, wchodziłeś na Facebooka lub czytałeś Twittera albo internetowe wydanie jakiejś gazety, to prawdopodobnie ta wiadomość dotarła również do ciebie. Przypuszczalnie na całym świecie zabójstwo Kim Dzong Nama było główną wiadomością. Władze malezyjskie na razie jednak okazywały większą wstrzemięźliwość i określały zdarzenie jako nagły zgon z niewyjaśnionych przyczyn. Wszystko to wciąż wydawało się tak absurdalne, że dawało się podsumować wyłącznie pytaniami pozostającymi bez odpowiedzi. W ciągu półtorej doby to, co mogło ujść za zwykły udar czy też zawał serca ze skutkiem śmiertelnym, stało się potencjalnie jednym z najbardziej sensacyjnych zabójstw współczesności.

Jakże więc zdołano przejść od anonimowego zgonu do stwierdzenia, że mężczyzna podróżujący pod nazwiskiem Kim Czol to w rzeczywistości Kim Dzong Nam, przyrodni brat Kim Dzong Una? I jak zdołano stwierdzić, że został zamordowany przy użyciu igieł z trucizną? A jeśli rzeczywiście został zlikwidowany, to dlaczego, u diabła, na lotnisku? Zważywszy na to, że Korea Północna od blisko 70 lat otacza się nieporównywalną z niczym mieszaniną tajemniczości i mistyki, żadną miarą nie dawało się wyjaśnić, dlaczego reżim miałby nakazać zabójstwo w hali odlotów jednego z największych lotnisk w Azji. Oprócz pojedynczych budynków rządowych czy też banków o kusząco dużej ilości przechowywanej gotówki niewiele jest miejsc, w których kamery śledzą człowieka równie natrętnie. Czyżby więc miejsce domniemanego zabójstwa wybrano najzupełniej przypadkowo, zwyczajnie dlatego, że akurat tam nadarzyła się okazja, by dokonać tej zbrodni? A może miejsce zostało starannie wybrane i nierozerwalnie łączy się z motywem? W późniejszym czasie wiele osób przychylało się do tej ostatniej teorii. Uważano, że to zabójstwo popełniono z pełną premedytacją na oczach kamer po to, aby do świata dotarło przerażające przesłanie. Dopiero później niektórzy zaczęli sugerować, że coś poszło nie tak, że była to starannie wyreżyserowana akcja, która jednak nie przebiegła zgodnie z planem16.

W sytuacji wielu pytań i prawie żadnej odpowiedzi jedno było pewne. Nie żył mężczyzna, a zarówno malezyjskie, jak i południowokoreańskie władze sprawiały wrażenie przekonanych, że to naprawdę Kim Dzong Nam, odstawiony na boczny tor starszy przyrodni brat północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una. Później tożsamość zmarłego miała zostać potwierdzona, a znając przygrywkę do przebiegu zdarzeń, możemy sobie wyobrażać, jak musiały mijać ostatnie minuty jego życia.

Czy Kim Dzong Nam w chwili ataku wiedział, że to już koniec? Czy rozumiał, że to właśnie ta chwila, której się bał i na którą czekał przez ostatnie lata, w głębi ducha wiedząc, że musi nadejść? Czy gdy czuł, że traci kontrolę nad ciałem i oddycha z coraz większym trudem, poczuł również cień ulgi, wywołany świadomością, że odchodzi? W pewnym sensie pościg za nim dobiegł końca. Nie musiał już dłużej uciekać. Ale może czuł również pewien żal? Rozgoryczenie, że tak to się kończy? Cały świat miał go wspominać jako głupiego syna Kim Dzong Ila. Tego, któremu już zawsze towarzyszyć będzie wizerunek playboya przyklejony do znienawidzonego rodowego nazwiska. Kogoś, kogo nie da się wygooglować, nie wpadając jednocześnie na trafienia mówiące o hazardzie, kasynach i alkoholu. Z kim zawsze będą się łączyć skandale. Zdarzenia tłumaczące wszystkim, którzy go nie znali, dlaczego jego życie potoczyło się w tak złym kierunku. Teraz prawda o tym, kim rzeczywiście był, miała prawdopodobnie trafić razem z nim do grobu. Znać ją miała jedynie garstka powiązanych ze sobą, nielubiących się wychylać osób, rozrzuconych na co najmniej dwóch kontynentach17. Wśród nich było kilku zaufanych ludzi, którzy wiedzieli również o tym jedynym spotkaniu dwóch przyrodnich braci. Kim Dzong Nam umarł jako klaun. Pozostał natomiast jego młodszy przyrodni brat, dalej nietykalny, poza wszelkim zasięgiem, mimo że padł na niego cień podejrzeń.

Likwidacja, do której doszło 13 lutego 2017 roku, miała rozwinąć się w sprawę dalece wykraczającą poza to, co zwyczajne. Kiedy intryga osnuła dyktatora i jego przyrodniego brata, otworzył się wszechświat zwykle otoczony głęboką tajemnicą. Widok umierającego na lotnisku Kim Dzong Nama był uchwyconą na taśmie chwilą z życia rodziny władającej północną częścią Półwyspu Koreańskiego przez kolejne dziesięciolecia. Krajem, w którym rodzinę Kimów uważa się za wszechmogącą, a propagowana przez nią ideologia oddziałuje na wszelkie aspekty codziennego życia ludzi: na to, jak się ubierają, jak się zachowują i jak myślą. Jednocześnie rodzina ta żyje w kompletnym oderwaniu od narodu, którym rządzi tak twardą ręką, otoczona najwyższymi murami, najgrubszymi ścianami i największymi pałacami. Może to zabójstwo mogło nam pomóc przedrzeć się przez werniks tajemniczości i iluzorycznej boskości? Summa summarum widać było wyraźnie, że również ci ludzie nie są wolni od zwykłych grzechów. Większość zabójstw daje się wytłumaczyć nieustępliwą zazdrością, odwieczną rywalizacją, nagłym pragnieniem zemsty albo kłótnią, która całkowicie wymyka się spod kontroli. Gdyby jednak koreańskiego dyktatora dało się zdefiniować jako człowieka łatwo ulegającego emocjom, zniknęłaby część otaczającej go zagadkowości. Stałby się wówczas postacią, której poczynania bylibyśmy w stanie przewidzieć, a rodzina Kimów nie różniłaby się od innych rodzin. Równocześnie bardziej sensacyjne spekulacje mogłyby przesłonić o wiele istotniejsze tło. W sytuacji zaostrzającego się konfliktu ze światem zewnętrznym, w której Kim Dzong Un czuł się przyparty do muru, czy zabójstwo Kim Dzong Nama nie było aby koniecznością? Czy musiał umrzeć z przyczyn, których nie znamy? A może przeoczono innych ewentualnych sprawców? Tak mieli później twierdzić ludzie posiadający wnikliwą wiedzę na temat reżimu.

Wprawdzie zabójstwo wydawało się wyjaśnione od pierwszej chwili, ale śledztwo rzuciło światło na mroczny świat tajemniczych pośredników, podstawionych firm, prania brudnych pieniędzy i czarnorynkowego handlu bronią masowego rażenia. Obrazowi odciętej od reszty świata Korei Północnej miało zostać rzucone wyzwanie, ponieważ światło dzienne ujrzały dowody na międzynarodową działalność tego kraju z wykorzystaniem skomplikowanej sieci utworzonej przez potężnych, a po części operujących poza prawem aktorów. O tym, w jaki sposób Kim Dzong Nam i dwie nieznajome kobiety, w tym jedna w bluzie z napisem LOL i z walizką Hello Kitty, zostali wplątani w świat brudnych pieniędzy i wielkiej polityki międzynarodowej, wiedział być może tylko jeden człowiek. Znajdował się 4673 kilometry dalej.

Rozdział 2

Podejrzenie

Wyobraź sobie, że jesteś śledczym, który staje w obliczu podejrzanego zgonu. Umarł człowiek. Wciąż nie został formalnie zidentyfikowany, nie przeprowadzono też sekcji zwłok. Brak oznak obrażeń zewnętrznych. Mimo to wszyscy uważają, że wiedzą, kim jest zmarły. Stwierdzają również, że został zamordowany, a także w jaki sposób. Przede wszystkim mają niezachwianą pewność co do osoby sprawcy. Właśnie tak przebiegały zdarzenia bezpośrednio po tym, jak rozniosła się wieść o zgonie w terminalu KLIA2. „Kim Dzong Nam został ukłuty zatrutymi igłami”. „Spryskano go trucizną”. „Nie, użyto szmatki zwilżonej trucizną, a może rękawiczki?” Historia nabrała własnej dynamiki, a zabójcę wskazano, jeszcze zanim uzyskano pewność, że doszło do morderstwa. Skąd wzięło się takie powszechne przekonanie? Skierowanie podejrzeń na Kim Dzong Una musiało sprawić, że wszystkie inne przypuszczenia tylko się wzmacniały i przyjmowano je za prawdę. Było coś niesamowitego w sposobie popełnienia tego morderstwa oraz w wiązaniu go z dyktatorem. Jakbyśmy nie potrafili poprzestać na faktach. Należało uprzedzać wydarzenia. Przeskakiwaliśmy bezpośrednio do konkluzji, wszystko inne uznając za nieważne. Również samą kwestię winy. Czy to było aż takie proste, że za zbrodnią stał jedynowładca Korei Północnej?

*

Wczesnym rankiem w niedzielę, 12 lutego, dwadzieścia pięć godzin przed zabójstwem, Kim Dzong Un zajął miejsce w ciasnym, wąskim pokoju wytapetowanym beżowym płótnem wykończonym brązowymi listwami. Otaczało go umeblowanie kojarzące się z latami siedemdziesiątymi XX wieku, z dekadą poprzedzającą tę, w której przyszedł na świat. Wzdłuż jednej z krótszych ścian, gdzie prawdopodobnie były kiedyś drzwi, na ciężkim kredensie stały trzy monitory komputerowe. Jeden był wyłączony. Ten pośrodku pokazywał coś, co mogło przypominać zdjęcie satelitarne, trzeci zaś zbliżenie punktów na mapie. Lustro wiszące na ścianie zostało na tę okazję zasłonięte prawdopodobnie po to, by ukryć szczegóły znajdujące się w dalszej części pomieszczenia. Koreańczycy z Północy doskonale wiedzą, że są obserwowani, i to po najmniejszy drobiazg.

Kim Dzong Una nie pozostawiono samemu sobie. Za nim stało dwóch starszych panów, jeden w brązowym płaszczu, drugi w beżowej kurtce. Kim miał na sobie ciemny dwurzędowy wełniany płaszcz. Być może w pokoju było zimno, skoro w kącie stały również dwa grzejniki. Obecni z wielką uwagą obserwowali pocisk balistyczny od chwili, gdy został przewieziony na obszar wystrzału, aż po ostatnie przygotowania. Wreszcie Kim Dzong Un dał sygnał18. Chłodne, przejrzyste powietrze umożliwiało dobry widok na rampę, z której miał zostać wystrzelony pocisk. O godzinie 7.55 rozległ się huk, buchnął ogień i syczący dym towarzyszący podróży białego pocisku ku niebu. Hałas musiał zagłuszyć spontaniczny wybuch radości na bezludnym testowym obszarze w prowincji Północne P’yŏngan. Tak daleko na północnym zachodzie kraju przy granicy z Chinami są tylko łyse góry i pojedyncze rachityczne drzewa. Ale tego dnia krajobraz odbierano inaczej. Gdy nadano wiadomości, nie trzeba było znać koreańskiego, aby zrozumieć, że prezenterka jest uradowana. Kobietą ubraną w różowo-czarny hanbok, tradycyjny koreański odświętny strój z nienaturalnie wysokim stanem, była oczywiście siedemdziesięcioczteroletnia Ri Ch’un Hŭi, wyłowiona z szeregów emerytek. Z reguły to ona ma zaszczyt przekazywania informacji o wielkich wydarzeniach. To zaś było jedno z nich. „Test rakietowy zakończył się wielkim sukcesem, a obserwował go nasz drogi przywódca Kim Dzong Un” – oznajmiła, uzupełniając swoją wypowiedź długą wyliczanką superlatyw19.

Oprócz zdjęć na żywo z trasy pocisku była też seria obrazów ukazująca samego wodza i rozradowanych żołnierzy. Zdjęcia Kim Dzong Una musiały ewidentnie zostać zrobione w kilkuminutowych odstępach. Przypuszczalnie mają dokumentować test pocisku od a do zet. Na jednym ze zdjęć przywódca Korei Północnej siedzi przy stole, przed sobą ma rozłożoną mapę, a w ręku trzyma wskaźnik. Na innym stoi i patrzy przez lornetkę, w drugiej ręce trzymając parę okularów w czarnych oprawkach. Na kolejnym widzimy, że okulary odłożył na stół. Zapalił też papierosa i dalej obserwuje przez lornetkę. Następnie Kim Dzong Un jest na terenie, z którego wystrzelono pocisk, i niemal biegnie na spotkanie żołnierzom. Wódz Korei Północnej zostaje uwieczniony w chwili, gdy obejmuje jednego z mężczyzn, i to nie w uprzejmy, pełen rezerwy sposób, lecz świadczący o spontaniczności i o szczerej radości.

Z czego aż tak się radowano? Tego dnia w powietrze został wystrzelony pocisk zwany Pukkŭksŏng-2. Była to nowa rakieta średniego zasięgu, informująca o tym, że Korea Północna ku zaskoczeniu świata zezłomowała rakietę Musudan, którą rok wcześniej testowała z tak wielkim zapałem, lecz z małym powodzeniem. Tego dnia przeprowadzono test nowej wersji rakiety Pukkŭksŏng-120, pocisku średniego zasięgu na paliwo stałe, który Koreańczykom z Północy udało się wystrzelić z okrętu podwodnego w sierpniu pół roku wcześniej. Tym razem rakieta przeleciała 550 kilometrów, zanim wylądowała w Morzu Japońskim. Z pierwszych szacunków wynikało, że pocisk może mieć zasięg wynoszący 1200–1300 kilometrów, jeśli zostanie poprowadzony po bardziej horyzontalnym torze. A zatem mógł dosięgnąć Japonii.

Dla Korei Północnej pocisk Pukkŭksŏng-2 oznaczał ważny przełom strategiczny. Dla Kim Dzong Una – sukces osobisty. Dla reszty świata – istotny przekaz: oto Koreańczycy z Północy w ciągu roku zdołali zademonstrować nowy silnik, co pokazywało, jak szybko rozwija się ich program rakietowy. Mieli teraz pociski na paliwo stałe z systemem wystrzeliwania pionowego, co umożliwiało im odpalanie rakiet zarówno z okrętów podwodnych, jak i z mobilnych ramp. Z wszelkich względów praktycznych czyniło to Koreę Północną jeszcze groźniejszą. Mogła teraz wypuszczać rakiety tak szybko, że drony nie zdążyłyby ich namierzyć. Amerykański specjalista od broni atomowej Jeffrey Lewis, autor bloga i komentator programu atomowo-rakietowego Korei Północnej, podsumował postęp w pracach nad silnikiem na paliwo stałe następująco: „Przejście z paliwa ciekłego na stałe można porównać z wycofaniem parowców z marynarki”21.

Najważniejsze ze wszystkiego było jednak to, że udana próba Pukkŭksŏng-2 pokazała, iż Koreańczycy z Północy zrobili duży krok naprzód w kierunku posiadania dobrze działających rakiet dalekiego zasięgu.

Zaczęto mówić o możliwej zmianie paradygmatu.

Właśnie o tym rozprawiali eksperci, gdy pojawiła się informacja o śmierci Kim Dzong Nama. Kolejny raz przywódca Korei Północnej pokazał, jak bardzo zależy mu na przyspieszeniu krajowego programu atomowo-rakietowego. Rok wcześniej przeprowadził dwadzieścia cztery testy rakietowe i dwa próbne wybuchy atomowe22. Policzono, że Kim Dzong Un w ciągu pierwszych pięciu lat u władzy przeprowadził dwa razy więcej testów rakietowych niż jego ojciec i dziadek łącznie. Żaden inny kraj nie potrafił wykazać się równie szybkim i niepokojącym rozwojem silników rakietowych. Przywódca Korei Północnej zbroił się tak, jakby koniec był już bliski. Niezupełnie jasna była jednak jego motywacja. Czyżby Kim Dzong Un nosił się z tajnymi planami agresji? A może wiedział coś, o czym nie wiedzieliśmy my? Z czasem jego prawdziwe motywy tak licznych testów i pośpiechu miały stać się wyraźniejsze, lecz akurat w tamtym momencie sytuacja była wyjątkowo napięta, ponieważ minęły zaledwie dwadzieścia trzy dni od zaprzysiężenia Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już w ciągu pierwszych tygodni prezydentury Trumpa wymiana zdań między Waszyngtonem a Pjongjangiem posunęła się o wiele kroków w niewłaściwym kierunku23. Zaczęło się to tuż przed końcem roku. Liczące 28 923 znaki (jeśli przyjmiemy wersję angielską) orędzie noworoczne Kim Dzong Una wzbudziło światowe zainteresowanie24. Chociaż okazałoby się niezwykłe, gdyby ktoś zechciał poświęcić czas i przeczytać je w całości, to jedno zdanie zwróciło uwagę wszystkich i trafiło na pierwsze strony gazet na całym świecie. „Wkrótce wejdziemy w ostatnią fazę przygotowań do testowania pocisku międzykontynentalnego” – powiedział Kim, według tłumaczenia.

Trump, jak to ma w zwyczaju, błyskawicznie rzucił się do Twittera, aby oświadczyć, że „do tego nie dojdzie”. Odpowiedzią na tweet prezydenta był komunikat prasowy Pjongjangu: owszem, pocisk międzykontynentalny może zostać wystrzelony „w każdej chwili i z każdego miejsca”25. Tak przebiegała przygrywka do testu rakietowego w drugą niedzielę lutego 2017 roku. Wszystkich obserwatorów Korei Północnej zajmowały problemy wiążące się z jej niechcianym przez świat, lecz daleko zaawansowanym programem atomowym. Tymczasem w tym odizolowanym kraju, być może po to, aby zaakcentować, jak bardzo oddzielona jest od reszty świata Korea Północna, lub by podkreślić samodzielność i pogardę dla innych, Kim Dzong Un odwiedzał na zmianę szkoły podstawowe i przetwórnie soi. W komunikatach mediów państwowych podkreślano, że zachowywał się „po ojcowsku”. Na przykład podczas wizyty w szkole podstawowej dla sierot w Pjongjangu chwalił dobre wyposażenie klas26. Kiedy odwiedził ośrodek spa między innymi z kortami tenisowymi, pływalnią i salonem fryzjerskim, skomentował, że „zbudowano go tak, że jest jasny, przytulny i przyjemny […], szklany dach to dobry pomysł”.

Dlatego nikt nie był przygotowany na to, co miało nastąpić. Chociaż ktoś przecież musiał o tym wiedzieć.

Na wczesnym etapie śledztwa, bez niezbędnej wiedzy, która miała przypaść nam w udziale dopiero później, wszyscy skupili się wokół jednej teorii dotyczącej motywów zabójstwa: Kim Dzong Un uśmiercił przyrodniego brata z powodu zazdrości i rywalizacji. Wprawdzie nie mieliśmy żadnej jasności, czy – i w jaki sposób – Kim Dzong Nam sprowokował Kim Dzong Una do popełnienia tego okrutnego czynu, lecz właśnie to wyjaśnienie zaczęło się liczyć. Może dlatego, że przy takim przedstawieniu przez śledczych i prasę historia nabierała odcienia prawdopodobieństwa. Dawało się ją łatwo pojąć i z satysfakcją przekazać dalej. Byli w niej ofiara i podejrzany, a także wyraźny związek łączący ofiarę z przypuszczalnym sprawcą. Reszta nasuwała się sama. Wydawało się również, że teoria śledczych, którymi kierował Wan Azirul, nabierała kształtów dzięki tej rozpowszechnionej hipotezie. Co najmniej równie istotne było popieranie tej wersji przez stronę południowokoreańską. Sąsiedni kraj położony po drugiej stronie trzydziestego ósmego równoleżnika miał stać się ważnym dostarczycielem przesłanek narzucających rozumienie zabójstwa. A tam szkicowano obraz zamachu.

Teraz jednak, kiedy na tamte zdarzenia można spojrzeć z dystansu, nasuwa się pytanie, czy okoliczności faktycznie wzmacniały czy raczej osłabiały wysnutą przez śledczych teorię. Czy mogliśmy bez zastrzeżeń zaakceptować wyjaśnienie wskazujące, że to zazdrość, rywalizacja czy też niestabilna psychika popchnęły Kim Dzong Una do uśmiercenia starszego o dwanaście lat przyrodniego brata w ten lutowy dzień 2017 roku? Przecież taka teoria zakładała odwrócenie ról. Wieść niosła, że Kim Dzong Nam od lat przebywał na przymusowym wygnaniu. Kim Dzong Un ze swojej strony umiejętnie korzystał ze wszystkiego, co wiązało się z jego uprzywilejowaną pozycją w dyktaturze, której główną cechą charakterystyczną jest uwielbienie dla przywódcy, przypominające cześć oddawaną bóstwu. Był jedynowładcą i dyktatorem w najbardziej dosłownym znaczeniu tych słów. Rządził dwudziestopięciomilionowym narodem, który wierzył, że wódz został obdarzony specjalnymi przymiotami. Czy przy takim punkcie wyjścia naprawdę było aż tak oczywiste, że zabójstwo przyniesie mu jakąś korzyść? Czy to raczej nie było wbrew efektowi potwierdzenia? Nie podważało głównej teorii zabójstwa? Najwyraźniej jednak domniemanie niewinności nie obejmuje dyktatorów.

Wejdźmy na chwilę w rolę adwokata diabła – w tym wypadku Kim Dzong Una: wskazanie dyktatora jako sprawcy wydawało się słuszne, ale czy naprawdę dostrzegaliśmy wiarygodny motyw? Czy nie istniały inne równie prawdopodobne teorie i motywy, które przeoczyliśmy? No i co z dowodami kryminalistycznymi, które miały powiązać Kim Dzong Una z zabójstwem?

Gdybyśmy wyobrazili sobie, że domniemany sprawca miał możliwość lub chciał składać wyjaśnienia, to czy potwierdziłby przebieg wydarzeń w wersji takiej, jak ją przedstawiano? I co być może ważniejsze, czy gdyby Kim Dzong Un został dostatecznie mocno przyciśnięty do muru, to czy powiedziałby o obietnicy złożonej ojcu, Kim Dzong Ilowi, gdy ten kilka lat wcześniej leżał na łożu śmierci?27 Wiedzieli o niej jedynie nieliczni, ale w niektórych zamkniętych kręgach zaczęto o niej mówić.

Trudność w relacjach z Koreą Północną polega na jej introwersji. Z jednej strony to właśnie jej dobrowolna izolacja, inność i tajemniczość fascynują i pociągają. Od czasu do czasu naszą ciekawość drażnią przebłyski pozwalające nam zajrzeć do tej tajemniczej krainy, na ogół w formie odpowiednio wyważonych informacji pochodzących z mediów państwowych. Mogą to być również zdjęcia turystów przedstawiające starannie dobrane przez władze atrakcje turystyczne, oglądane przez przypadkowy obiektyw aparatu. Kiedy indziej możemy się zetknąć z bulwersującymi relacjami pojedynczych osób, uciekinierów, opowieściami o budzących grozę warunkach życia w kraju, który wreszcie udało im się opuścić. Często te fragmenty rzeczywistości wywołują w nas wrażenie, że przez dziurkę od klucza zaglądamy do zakazanego świata. Z drugiej strony czujemy pewien rodzaj ulgi z powodu zamknięcia Korei Północnej, ponieważ często zwalnia nas to od ciężaru udowadniania, w jakim stopniu coś jest prawdą lub nią nie jest. Korea Północna jest niedostępna, władze rzadko coś potwierdzają, a w zasadzie nie dzieje się tak nigdy, nigdy też nie żądają od innych potwierdzania wysuwanych twierdzeń. Dlatego próby przybliżania tego kraju często przybierają formę ćwiczeń z dedukcji, otwierających kuszące drogi na skróty. Ta niepewność podświadomie przyczynia się również do umacniania wyobrażenia o tym, że to, co znajduje się za tak dobrze strzeżoną granicą, musi być czymś zupełnie innym, wyraźnie odmiennym od nas samych. Mieszkańcy tego kraju nie doświadczyli przecież tego, co uformowało nas, niemożliwe zatem, by kierowali się takimi samymi jak my racjami. Może w ogóle nie potrzebują żadnych racji? Nie bez powodu w niemal całej literaturze dotyczącej Korei Północnej roi się od określeń takich jak „za kurtyną” lub „od środka”, dodatkowo drażniących ciekawość i wyobraźnię. To właśnie myśl o owej inności musi sprawiać, że czujemy się swobodniejsi w przypisywaniu głównemu przywódcy Korei Północnej motywów, które można zebrać w jednym uproszczonym stwierdzeniu „to szaleniec”. W domyśle: w Korei Północnej oni już tacy są.

Lecz jeśli chcemy zadać sobie trud zbadania oskarżeń przeciwko Kim Dzong Unowi i znalezienia wiarygodnego motywu dla tego zabójstwa, jeśli nie w innym celu, to choćby po to, aby zrozumieć, dlaczego do niego doszło, a przez to uzyskać wyraźniejszy obraz najwyższego przywódcy Korei Północnej, to musimy cofnąć się w przeszłość i prześledzić osobliwą historię tego kraju. To historia wyjątkowej rodziny. Historia pełna walki o władzę, intryg, wojen, zabójstw, seksu i zdrad – w której los tej rodziny jest nierozerwalnie połączony z losami kraju. Przodkowie Kim Dzong Una byli odpowiednio przewidujący, aby wzbudzić u wszystkich mieszkańców poczucie tej wspólnoty losów. Z pomocą aparatu propagandowego zawarli z narodem niemalże pakt na śmierć i życie. Po cichu realizowali zakrojony na wielką skalę projekt, a teraz do wnuka Kim Ir Sena należy ukończenie niebezpiecznej pracy nad jedyną rzeczą, jaka ich zdaniem może ocalić naród od zagłady: nad bronią masowego rażenia. W tak dramatycznym egzystencjalnym kontekście oskarżenia o zabójstwo mogą wydawać się bez znaczenia i stanowić wręcz oderwanie od najistotniejszej kwestii. Ale czy mógł również istnieć związek między tym, co wyznaczył sobie Kim Dzong Un, a zabójstwem, o które wszyscy go posądzali?

Rozdział 3

Dawne dzieje

Kim Dzong Un, mimo ciążącego na nim poważnego zarzutu zabójstwa, wydawał się zdumiewająco nieporuszony w ciągu tygodni i miesięcy po śmierci przyrodniego brata. Dalej kroczył krwawymi śladami ojca i dziadka. Ci dwaj po drodze poświęcili wiele i wielu, a teraz to na nim spoczywało brzemię odpowiedzialności za kontynuowanie dzieła ich życia w nowych czasach.

Około północy w czwartek, 16 lutego, trzy dni po zabójstwie, Kim Dzong Un w wielkiej kawalkadzie czarnych pojazdów przybył do Pałacu Kŭmsusan w północno-wschodnim rejonie Pjongjangu. Od czasu testu rakietowego przeprowadzonego w niedzielę rano nie pokazywał się publicznie. Najprawdopodobniej to przypadek sprawił, że przyrodniego brata zgładzono zaledwie na trzy dni przed urodzinami ich ojca, nieżyjącego już Kim Dzong Ila. Mimo wszystko pewna symbolika tkwiła jednak w tym, że Kim Dzong Un przybył uczcić ich wspólnych przodków. Niezwykle okazały, liczący ponad dziesięć tysięcy metrów kwadratowych Pałac Kŭmsusan zbudowano w roku 1976 na cześć dziadka Kim Dzong Una, nazywanego również Wiecznym Prezydentem kraju, Kim Ir Sena. Po jego śmierci w roku 1994 i podczas największej klęski głodu, jaka dotknęła Koreę Północną, jego syn i następca w roli dyktatora Kim Dzong Il zadbał o renowację pałacu i przebudowanie rezydencji na mauzoleum. Dokładnej ceny za tę ekstrawagancję prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Szacunki są szalenie nieprecyzyjne i mówią o kwotach od co najmniej 100 do 900 milionów dolarów28. Ale też i budowla ma służyć na wieczność. Obecnie za szarą, pozbawioną okien fasadą, będącą skrzyżowaniem uniwersalnej manii wielkości z tradycyjnym koreańskim stylem architektonicznym, spoczywają tam obaj, Kim Ir Sen i Kim Dzong Il, dziadek i ojciec przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una, zabalsamowani i wystawieni na pokaz.

Zbliżała się północ, gdy nadszedł czas uroczystych obchodów urodzin ojca. Oficjalnie jest to święto zwane Dniem Świecącej Gwiazdy, bo według mitu Kim Dzong Il zawsze będzie kojarzony z jasno świecącą gwiazdą i podwójną tęczą, które ukazały się na nocnym niebie ponad Pektu-san, najwyższym szczytem Korei Północnej, w tę lutową noc, w którą rzekomo przyszedł na świat. Najprawdopodobniej nic w tej historii nie jest zgodne z prawdą, ale ma ona niezwykle istotne znaczenie dla przedstawiania rodziny Kimów jako obdarzonej cechami boskimi. Kim Dzong Unowi towarzyszyło co najmniej dwudziestu pięciu znanych z nazwiska dygnitarzy z partii i z wojska. Niektórzy nosili mundury, inni byli w ciemnych garniturach tak jak on. Kłaniali się równie głęboko jak sam przywódca przed ogromnymi uśmiechniętymi pomnikami Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. Ich potomek złożył u stóp posągów jeden wieniec, a Komitet Centralny Partii, Komisja Obrony Narodowej i Komisja Spraw Zagranicznych wspólnie położyły drugi29.

Z uwagi na poważne okoliczności trzeba wręcz zadać sobie pytanie, co myślał Kim Dzong Un, kiedy kroczył z pozornie żałobną miną. Ile razy musiał wcześniej odwiedzać ten pałac, chodzić po tych samych salach, oglądać te same przedmioty, jako dziecko razem z ojcem, a w ostatnich latach sam?

*

Gdyby tylko Cho Man Sik, sześćdziesięciodwuletni nacjonalista i bojownik o niepodległość, był bardziej elastyczny i zrobił to, co proponowali Rosjanie, Kim Ir Sen nigdy nie doszedłby do władzy. Korea Północna najprawdopodobniej wyglądałaby dzisiaj zupełnie inaczej, o ile w ogóle by istniała. Z historycznego punktu widzenia liczący nieco ponad 220 tysięcy kilometrów kwadratowych półwysep położony między Japonią i Morzem Japońskim po stronie wschodniej, Chinami i Morzem Żółtym na zachodzie a Rosją na północy, zawsze stanowił przedmiot rywalizacji wielkich mocarstw. Ale na pięć stuleci, pod rządami dynastii Chŏson, od roku 1392 do 1897, na Koreę niemalże nałożono pokrywę30. Krajem rządzono, przyjmując za punkt wyjścia uparty izolacjonizm oraz surowe konfucjańskie zasady, przenikające wszystko, od społecznych form współżycia na co dzień po sam sposób sprawowania rządów. Po dziś dzień ów odziedziczony układ z niemal przesadnym szacunkiem dla starszych, autorytetów i osób zajmujących wyższe miejsce w hierarchii widać wyraźnie w społeczeństwie nie tylko Korei Północnej, lecz również Korei Południowej. Trzeba się nisko kłaniać, a myśl o zakwestionowaniu przyjętego sposobu myślenia lub rzuceniu wyzwania ustanowionemu sposobowi postępowania pozostaje głęboko ukryta. Samowładność i zamknięcie na świat charakteryzujące rządy dynastii Chŏson zrodziły również określenie „pustelnicze królestwo”. O dziwo, pojęcia tego używa się także w odniesieniu do dzisiejszej Korei Północnej.

Rządy dynastii Chŏson na Półwyspie Koreańskim zaczęły kruszeć od środka i rozpadły się pod koniec XIX wieku, kiedy Stany Zjednoczone, Japonia oraz mocarstwa europejskie, przede wszystkim Wielka Brytania, wysłały tu swoje okręty wojenne i kraj zmuszono do otwarcia się na handel31. Być może pół tysiąclecia w izolacji przyczyniło się do wzmocnienia traumy, która wkrótce miała dotknąć mieszkańców Korei. U progu XX wieku cesarska Japonia mocno kroczyła naprzód, pełna ambicji imperialistycznych, w dużej mierze dzięki ważnemu sojuszowi z Brytyjczykami. Ponieważ możliwości ekspansji na Półwyspie Koreańskim dostrzegała nie tylko Japonia, lecz również Rosja, w lutym 1904 roku wybuchła wojna rosyjsko-japońska. Piętnaście miesięcy później Japonia, będąca niewielkim azjatyckim wyspiarskim państwem, w praktyce zdołała pokonać pozostającą w liczebnej przewadze armię rosyjską, co nie przeszło bez echa32. Gdy osłabiony car Mikołaj po bitwie morskiej pod Cuszimą zgodził się wreszcie na negocjacje pokojowe, Stany Zjednoczone w tajemnicy uznały japońską dominację w Korei w zamian za niewtrącanie się Tokio w interesy amerykańskie na Filipinach. Później prezydent Theodore Roosevelt otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla za mediacje, które doprowadziły do zawarcia jesienią 1905 roku tak zwanego traktatu z Portsmouth. Układ dawał Japonii kontrolę nad Koreą oraz dużą częścią południowej Mandżurii, włącznie z Port Artur (obecnie Lüshun w Chinach), strategiczną linię kolejową oraz południową część położonej na Pacyfiku wyspy Sachalin33. Pokój w Portsmouth przygotował z kolei grunt pod następujący po nim traktat Eulsa, który potwierdził kontrolę Japonii nad polityką zagraniczną i handlem Korei. W następnych latach dominacja japońska stale się umacniała, a w roku 1910 dokonała się formalna aneksja Korei.

Gdyby Roosevelt i świat zewnętrzny wiedzieli, w jaki sposób traktat z Portsmouth przyczyni się do zachwiania równowagi władzy w Azji Wschodniej i w ten sposób podsyci agresję i militaryzm japoński w następnych dziesięcioleciach, nie jest pewne, czy przyznano by jakąkolwiek nagrodę pokojową. Armia cesarza Japonii miała się teraz zapisać w historii z uwagi na swój fanatyzm i bezwzględność w prowadzeniu wojny. Japończycy zasłynęli z brutalności nie tylko w Korei, lecz również w Chinach i w innych częściach Azji, na które się przesuwali. Żołnierze, sami narażeni na tortury stanowiące element ich wyszkolenia, stosowali ekstremalną przemoc i okrucieństwo zarówno wobec ludności cywilnej, jak i jeńców wojennych. Wraz z armią japońską nadciągały zabójstwa, plądrowanie i gwałty.

Najokrutniejszym symbolem znienawidzonych czasów kolonizacji są dziesiątki tysięcy kobiet, które skończyły jako niewolnice seksualne, eufemistycznie nazywane „pocieszycielkami”. Tysiące młodych kobiet uprowadzano lub wywabiano z domów i zmieniano w niewolnice świadczące usługi erotyczne. Ich liczbę najczęściej szacuje się na 200 tysięcy, ale nikt nie potrafi tego potwierdzić z całą pewnością. Rany z epoki kolonizacji japońskiej, takie jak zmuszanie Koreańczyków do przybierania japońskich imion, używanie japońskiego zamiast języka ojczystego, oddanie ważnych skarbów narodowych i zmuszanie do niewolnictwa seksualnego, nie zagoiły się w ciągu stu lat. Szczególnie rządy południowokoreańskie dbają o to, aby naród tych ran nie zapomniał. Spór o odszkodowanie i zadośćuczynienie za pojmanie i uwięzienie kobiet wciąż pozostaje nierozwiązany i wydaje się, że wszystkie strony konfliktu mocno trzymają się swojej wersji przeszłości. Zamierzone prowokacje, takie jak ustawienie pomnika upamiętniającego te kobiety przed budynkiem konsulatu japońskiego w południowokoreańskim mieście Pusan czy powtarzające się wizyty premierów Japonii w Yasukuni, w chramie, w którym wśród uczczonych żołnierzy są też uznani za zbrodniarzy wojennych, wywołują kolejne napięcia. Jeśli nie coś innego, to przynajmniej trauma pozostała po brutalnej kolonizacji w latach 1910–1945 łączy Koreę Północną i Południową.

To właśnie te ponure lata Korea miała zostawić za sobą, kiedy półwysep w roku 1945 ponownie stał się przedmiotem targów wielkich mocarstw. Połączenie nieprzemyślanych decyzji i przypadku sprawiło, że do władzy doszedł młody żołnierz partyzantki, który przyjął miano Kim Ir Sen. Kiedy II wojna światowa dobiegała końca, a kapitulacja Niemiec wydawała się bliska, znów spotkała się Wielka Trójka – prezydent USA Franklin D. Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Winston S. Churchill i przywódca Związku Radzieckiego Józef Stalin. Tym razem tłem tego spotkania na szczycie było położone nad Morzem Czarnym na Półwyspie Krymskim miasto Jałta. W pałacu w Liwadii, dawnej letniej rezydencji rodziny carskiej, trzej możni dyskutowali o strefach wpływów i o tym, jak ma wyglądać świat po zakończeniu wojny34. Losy Korei po zmuszeniu Japończyków do wycofania się były, co zrozumiałe, drugorzędnym tematem podczas trwającej tydzień konferencji. Bardziej decydujące znaczenie miało otwarcie nowego frontu w Azji Wschodniej i zadanie w ten sposób mocarstwom Osi, czyli Niemcom, Włochom i Japonii, ciosu, który nie pozwoliłby im się podnieść.

Ów prosty fakt – nieuznania kwestii koreańskiej za istotną – miał się okazać decydujący dla dalszych losów półwyspu. Oficjalny protokół z konferencji jałtańskiej mówi jedynie o propozycji Roosevelta ustanowienia Korei wspólnym amerykańsko-radziecko-chińskim protektoratem35. Amerykanów interesowały plany inwazji na Japonię, a w głębi ducha być może również zemsta za atak na amerykańską bazę marynarki w Pearl Harbor, do którego doszło cztery lata wcześniej. O ból głowy przyprawiały jednak duże liczby żołnierzy amerykańskich, których stratę ryzykowano. Aby zmniejszyć to ryzyko, Roosevelt chciał, by Rosjanie dokonali inwazji na Mandżurię. Walcząc na jednym froncie w Chinach, a na drugim w Mandżurii, Japonia musiałaby utrzymać duże siły w tych rejonach i miałaby problem z przerzuceniem ich do kraju, aby bronić go przed inwazją. Z pewnego tajnego protokołu z Jałty wynika, że Stalin dał się namówić na przystąpienie do wojny z Japonią w ciągu dwóch lub trzech miesięcy w zamian za kawałek terytorium japońskiego, w tym za Sachalin i Wyspy Kurylskie, które Rosjanie stracili w wyniku zawarcia pokoju w 1905 roku.

Plany te stały się zbędne, gdy rankiem 6 sierpnia 1945 roku Amerykanie zrzucili bombę atomową na japońskie miasto Hiroszima. Wówczas zaledwie po dwóch dniach Stalin wreszcie wywiązał się ze swojej części umowy i zaatakował japońskie oddziały w Mandżurii i Korei. Zrzucenie przez Amerykanów drugiej bomby atomowej na portowe miasto Nagasaki przyspieszyło kapitulację Japonii. Wkrótce wojska radzieckie zbliżyły się do północnej części Korei i gdyby to zależało od generałów Armii Czerwonej, zajęłyby cały półwysep. Amerykanie wciąż nie mieli sił, które dałoby się natychmiast przerzucić w celu okupacji części południowej. Historyk Richard Whelan pisze, że w tym czasie Stany Zjednoczone najbardziej by się cieszyły, gdyby Korea w ogóle nie istniała36. Stany Zjednoczone opracowały szczegółowe plany i przeszkoliły dwa tysiące urzędników z myślą o zajęciu Japonii. Wobec Korei żadnych takich planów nie przygotowano.

Nagła świadomość, że Związek Radziecki zajmie rejony sięgające aż po południowy kraniec półwyspu od strony Japonii, była jednak nie do zniesienia. Dlatego 10 sierpnia w lokalach Departamentu Wojny w Waszyngtonie światła paliły się jeszcze późno w nocy. Należało pilnie przygotować trwały podział Korei i zdecydować, jaki obszar znajdzie się pod kontrolą amerykańską, a jaki pod radziecką. Około północy pułkownika Deana Ruska oraz Charlesa Bonesteela umieszczono w przyległym pokoju z zadaniem przygotowania szkiców. W starym wydaniu „National Geographic” znaleźli mapę Korei. Pół godziny później Bonesteel przedstawił pomysł podziału wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika. Propozycję przesłano telegraficznie do Moskwy, gdzie otrzymał ją Stalin, na razie zainteresowany utrzymaniem dobrych relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Przedstawiona przez Amerykanów sugestia podziału została zaakceptowana już dzień później37.

W tym czasie szkic mapy wydawał się rozsądny, chociaż – a może ponieważ – nie poproszono o radę żadnego specjalisty od spraw Korei: na południu Amerykanie dostawali stolicę Seul oraz dawną stolicę Kaesŏng, wciąż pozostającą ważnym miastem. Na północy Związek Radziecki uzyskiwał kontrolę nad portowymi miastami Ch’ŏngjin i Wŏnsan, złożami węgla oraz zasobami energetycznymi. Nikt natomiast nie pomyślał o tym, że podział wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika przetnie linie dostaw między częściami kraju pozostającymi we wzajemnej zależności od siebie. Na północy znajdował się przemysł zbudowany przez Japończyków, żyźniejsze południe stanowiło spichlerz Korei.

Związek Radziecki wkrótce miał się zmierzyć z innym problemem. Sprowadzenie niemal z dnia na dzień rewolucji marksistowskiej w północne rejony Korei skutkowało exodusem bogatych i wykształconych na południe, którego ludność już i tak była dwukrotnie większa. W takiej próżni wskazano nacjonalistę Cho Man Sika jako tego, który ma pokierować marionetkowym rządem Stalina w północnej strefie okupacyjnej. Przed wyzwoleniem Cho był szanowanym przywódcą pokojowego ruchu reformatorskiego, co przyniosło mu przezwisko Gandhi Korei. Problem polegał na tym, że Cho, który lubił ubierać się w tradycyjny koreański strój, hanbok, i działał na rzecz samowystarczalności Korei, sceptycznie odnosił się do komunizmu i nie interesowało go zastąpienie okupacji japońskiej panowaniem radzieckim. Z czasem założył własną partię i pragnął bardziej demokratycznego rozwoju38. Ponieważ wykazywał taką niechęć do podporządkowania się Moskwie, wkrótce stało się jasne, że Związek Radziecki musi znaleźć innego przywódcę. W ten sposób wybór padł na młodego żołnierza partyzantki z głębokimi dołeczkami w policzkach i rozwichrzoną czupryną, który płynnie mówił po rosyjsku i dosłużył się stopnia majora w Armii Czerwonej. Z wyjątkiem dwóch lat (z łącznie ośmiu), kiedy chodził do szkoły, Kim Ir Sen nie mieszkał w ojczyźnie od siódmego roku życia. Już jako siedemnastolatek został członkiem marksistowskiej organizacji młodzieżowej, a później brał udział w wojnie partyzanckiej przeciwko siłom japońskim w północnej części Chin. Pod koniec lat trzydziestych został czołowym komendantem partyzantki antyjapońskiej, a w roku 1940 uznawano go za jedynego komendanta partyzantki wciąż pozostającego przy życiu. Ścigano go, gdy ukrywał się pod pseudonimem Tygrys, a w końcu zmuszono do udania się na wygnanie do obozu wojskowego w sowieckim Chabarowsku.

We wrześniu 1945 roku Kim, który dziesięć lat wcześniej zmienił imię z Sŏng Chu na Ir Sen, zszedł na ląd z rosyjskiego statku Pugaczow w mieście Wŏnsan39. Kiedy nadszedł grudzień, Kim był już przywódcą poprzedniczki koreańskiej partii komunistycznej. Na początku nowego roku, w lutym 1946, mianowano go najwyższym przywódcą Korei Północnej, na razie jednak podległym generałowi Żukowowi i Moskwie. Nikt nie mógł wiedzieć, że to szybki, nieprzewidziany wstęp do najdłużej utrzymującego się politycznego kultu jednostki na świecie. Niewykształcony żołnierz partyzantki, który potrzebował pomocy, gdy miał wygłosić swoje pierwsze przemówienie po koreańsku, Moskwie musiał się wydać niegroźną alternatywą. Związek Radziecki potrzebował przede wszystkim kogoś posłusznego, a kto mógł lepiej sprawdzić się w tej roli niż człowiek bez doświadczenia politycznego, mający jednak za wzór Stalina?

Mimo swoich z pozoru skromnych warunków Kim Ir Sen miał pozostać u władzy przez czterdzieści osiem lat, aż do śmierci w 1994 roku. Wówczas to jego syn Kim Dzong Il, będący de facto przywódcą kraju od ostatnich piętnastu lat, miał ponieść dalej dziedzictwo dynastii.

Teraz, wiele dekad później, wnuk stał i rozglądał się w półmroku Pałacu Kŭmsusan, budynku, który sam w sobie jest manifestacją całego dziedzictwa Kim Ir Sena. Komuś, kto północnokoreańskiej propagandy nie wyssał z mlekiem matki, wystawa w pałacu zapewni raczej dziwaczne przeżycia. Stoją tu wypolerowane do połysku luksusowe przedmioty należące do Kim Dzong Ila. Czarny, wysokiej klasy sedan, dwudziestometrowej długości jacht, salonka, ponieważ wódz nigdy nie lubił latać samolotem, i elektryczny pojazd z rodzaju tych, jakie widuje się na polach golfowych lub na dużych planach filmowych. Mapa świata z zaznaczonymi wszystkimi miejscami, które odwiedził Kim Ir Sen, i druga, pokazująca, jak mało podróżował Kim Dzong Il. Rozmaite odznaczenia z krajów takich jak Zimbabwe, Madagaskar i dawne republiki radzieckie – niczym odlany z metali szlachetnych testament podsumowujący wszelkie rzekome osiągnięcia Kim Ir Sena. Na ścianach wiszą obrazy i zdjęcia ze spotkań Wiecznego Prezydenta z jego kolegami dyktatorami, takimi jak Muammar Kaddafi z Libii, Husni Mubarak z Egiptu i Nicolae Ceauşescu z Rumunii. Oczywiście są tam też ładnie oprawieni w ramki przywódcy Związku Radzieckiego, jak Józef Stalin, Nikita Chruszczow i Leonid Breżniew, chiński wódz Mao Tse-tung i jego dobry przyjaciel, przywódca NRD Erich Honecker. Odwiedzający muszą się tu podporządkować surowym zasadom, to miejsce cichej kontemplacji i oddawania hołdu. Niezatrzymująca się ruchoma taśma powoli obwozi gości po obszernej wystawie, na którą składają się zdjęcia z życia Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila – prawdziwe ucieleśnienie określenia „życia przewijającego się przed oczami”40. Po zabójstwie Kim Dzong Nama w historii tego wyjątkowego kraju z całą pewnością nastąpił nowy, zaskakujący zwrot. Kim Dzong Nam nigdy nie zajmie należnego mu prawowitego miejsca w tym pałacu. Z opowieści reżimu o sobie samym Kim Dzong Nam został wygumkowany.

Rozdział 4

Kim Dzong Un

Nieco ponad pięć lat przed śmiercią Kim Dzong Nama w terminalu KLIA2 przybity żałobą i poważny Kim Dzong Un kroczył przy trumnie swego ojca przysypanymi śniegiem ulicami Pjongjangu. Od czasu do czasu do zalanej łzami twarzy wędrowała biała chusteczka. Ponurej muzyce orkiestry dętej akompaniowały głośne szlochy i ciche zawodzenie. 28 grudnia 2011 roku Korea Północna znalazła się na rozstaju dróg. Po raz pierwszy od siedemnastu lat kraj miał mieć nowego przywódcę i nikt do końca nie wiedział, co przyniesie przyszłość.

Gdy kondukt czarnych samochodów wraz z dużym portretem Kim Dzong Ila – o ironio umieszczonym na amerykańskim lincolnie continental – poruszał się ślimaczym tempem, oczekiwał go głośno rozpaczający tłum żałobników41. Ludzie z żalu zdawali się szczerze odchodzić od zmysłów, ustawieni wzdłuż czterdziestokilometrowej trasy, która zaczynała się i kończyła przy Pałacu Kŭmsusan. W społeczeństwie, którego cechą charakterystyczną jest uniżoność, a wybuchy uczuć, ożywienie i rozmaitość barw nie są częścią codzienności, reakcje emocjonalne mające związek z wodzami stanowią wyjątek od reguły. W takich sytuacjach Koreańczycy z Północy najwidoczniej nie potrafią nad sobą zapanować. A w ten grudniowy dzień pod koniec 2011 roku, gdy ciało Kim Dzong Ila przewożono przez nasycony symboliką plac Kim Ir Sena, uczucia ludzi przebiły się na zewnątrz mimo grubych zimowych okryć. Żałobnicy rzucali się do przodu i padali do tyłu, zanosząc się spazmatycznym szlochem, który musimy uznać za szczery, chociaż wydaje się nam całkowicie obcy. Kiedy zdjęcia z pogrzebu dotarły do świata na zewnątrz, sceny płaczu zostały zachowane, ale kamerzystów wyretuszowano, być może po to, by usunąć wszelkie podejrzenia o wyreżyserowanie tych scen42.

Tak wyraźnemu demonstrowaniu uczuć i przygnębienia automatycznie towarzyszyły pewne oczekiwania co do tego, że cały naród, podobnie jak Kim Dzong Un, wejdzie teraz w dłuższy okres żałoby. Dla porównania żałoba Kim Dzong Ila po śmierci Kim Ir Sena trwała trzy lata. Kim Dzong Un natomiast najwyraźniej otrząsnął się z najgorszego w ciągu kilku miesięcy, a pewne poruszenie wywołał, gdy nieco ponad pół roku później szedł w lipcowym słońcu, trzymając za rękę żonę Ri Sŏl Chu i pozwalał, by propagandowi fotografowie robili swoje43. Wszystko z tymi zdjęciami było nie tak – jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia obyczaje obowiązujące dyktatorów Korei Północnej. Kraj nie ma tradycji eksponowania pierwszych dam, jak na przykład Stany Zjednoczone. Tymczasem piękna Ri Sŏl Chu prezentowała się z modnie obciętą krótką fryzurą w obcisłej spódnicy do kolan i wzorzystym żakieciku w jaskrawych barwach. Było to olśniewające i niesłychane zarazem, niczym północnokoreańska wersja Camelotu44. Kim Dzong Un był królem Arturem, a Korea Północna jego twierdzą cywilizacji i współczesności. Kraj czekało przejście od czasów mroku ku jasnej przyszłości.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

 

Przypisy końcowe

1. Zabójstwo

1 Malaysia Airport KLIA2, klia2.info, bit.ly/2P187uj, dostęp: 20.02.2019.

2 Szacunki odnoszą się do łącznej liczby pasażerów dwóch terminali lotniska. Kuala Lumpur International Airport [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/2hmvi67, dostęp: 20.02.2019.

3 Opis na podstawie ujawnionych nagrań z kamer monitoringu lotniskowego, youtube.com, bit.ly/2N43LCR, dostęp: 20.02.2019.

4 Malezyjska agencja informacyjna Benar News twierdzi, że Kim Dzong Nam miał bilet powrotny na lot tanimi liniami AirAsia do Makau, odlot planowano na godzinę 10.50, benarnews.org, bit.ly/2N4fGQV, dostęp: 20.02.2019.

5 D. B. Clark, The Untold Story of Kim Jong-nam’s Assassination, „GQ”, 25.09.2017, gq.com, bit.ly/2xzWdkT, dostęp: 20.02.2019.

6Malaysia. Trial Starts for Two Women Accused of Assassinating Kim Jong Nam, Radio Free Asia, 2.10.2017, rfa.org, bit.ly/2Xn84hk, dostęp: 20.02.2019.

7 E. Chow, J. Park, North Korea suspected behind murder of leader’s half-brother. U. S. sources, Reuters, 14.02.2017, reuters.com, reut.rs/2X0Ry6a, dostęp: 20.02.2019.

8 T. Leong, 2 women plead not guilty to killing Kim Jong Nam. Prosecution says they practised act overseen by 4 others, „The Straits Times”, 2.10.2017, straitstimes.com, bit.ly/2V73YI3, dostęp: 20.02.2019.

9 Można było podać Kim Dzong Namowi antidotum w postaci atropiny, ale należałoby mieć przygotowaną strzykawkę oraz lek.

10Witnesses recount N. Korean leader’s brother’s last moment, „The Daily Star”, 3.10.2017, dailystar.com, bit.ly/2V74XYL, dostęp: 20.02.2019.

11Malaysia. Trial Starts for Two Women Accused of Assassinating Kim Jong Nam, dz. cyt.

12Lots of blood, vomit in Jong-nam’s mouth, says doctor, „The Malay Mail”/Bernama, 3.10.2017, malaymail.com, bit.ly/2GSqMaM, dostęp: 20.02.2019.

13 Opis na podstawie nagrań z monitoringu, które zdobyła japońska Fuji TV, zamieszczonych między innymi na stronie Business Insider, nordic.businessinsider.com, read.bi/2EjNh6B, dostęp: 20.02.2019.

14N. Korean leader’s half-brother killed in Malaysia, Yonhap, 14.02.2017, en.yna.co.kr, bit.ly/2lFHQXQ, dostęp: 20.02.2019.

15 Jeżeli nie podano inaczej, cytaty zostały przetłumaczone przez autorkę.

16 Rozmowa autorki ze źródłem związanym z wywiadem południowokoreańskim w kwietniu 2017 roku.

17 Wywiady autorki z dwojgiem przyjaciół Kim Dzong Nama, przeprowadzane odpowiednio przez Skype’a oraz drogą mailową w maju 2017 roku.

2. Podejrzenie

18 W ten sposób północnokoreańska agencja informacyjna KCNA przedstawiała później chwilę przeprowadzenia przez Koreę Północną pierwszej próby rakietowej w roku 2017, będącej również pierwszą próbą przeprowadzoną po tym, jak Donald Trump został zaprzysiężony na czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

19 Cytat i opis pochodzą z klipu zamieszczonego na YouTubie: youtube.com, bit.ly/2TTmjMB, dostęp: 20.02.2019.

20A Paradigm Shift in North Korea’s Ballistic Missile Development?, 38 North, 15.04.2017, 38north.org, bit.ly/2BJQuL8, dostęp: 20.02.2019.

21 A. Panda, It Wasn’t anICBM, But North Korea’s First Missile Test of 2017 Is a Big Deal, „The Diplomat”, 14.02.2017, thediplomat.com, bit.ly/2lE5jsr, dostęp: 20.02.2019.

22 J. Berlinger, North Korea’s missile tests. What you need to know, CNN, edition.cnn.com,cnn.it/2tLGUVA, dostęp: 20.02.2019.

23 Przez Waszyngton rozumie się Waszyngton, DC.

24 Orędzie noworoczne Kim Dzong Una, w wersji angielskojęzycznej na stronach internetowych National Committee On North Korea: ncnk.org, bit.ly/2NhHsth, dostęp: 20.02.2019.

25North Korea says can test-launch ICBM at any time. Official news agency, Reuters, 8.01.2017, reuters.com, reut.rs/2TXnlmF, dostęp: 20.02.2019.

26 Artykuł pochodzi z 17 lutego 2017 roku, ale wizyty, o których mowa, odbyły się 2 lutego. NK Leadership Watch, nkleadershipwatch.wordpress.com, bit.ly/2ImqrPJ, dostęp: 20.02.2019.

27 Wywiad autorki ze zbiegłym z Korei Północnej wysokim rangą członkiem północnokoreańskiej armii przeprowadzony w kwietniu 2017 roku.

3. Dawne dzieje

28Kumsusan Palace of the Sun [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/2VePE0r, dostęp: 20.02.2019.

29Kim Jong Un Visits Ku’msusan on the Day of the Shining Star, NK Leadership Watch, 15.02.2017, nkleadershipwatch.org, bit.ly/2Taw9IT, dostęp: 20.02.2019.

30Joseon [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/2GFvNnU, dostęp: 20.02.2019.

31 D. Oberdorfer, R. Carlin, The Two Koreas. A Contemporary History, New York: Basic Books, 2013.

32Russo-Japanese War [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/1PbleU6, dostęp: 20.02.2019.

33Russo-Japanese War [w:] Britannica, britannica.com, bit.ly/2Vg3qQn, dostęp: 20.02.2019.

34Yalta Conference [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/1hn4F91, dostęp: 20.02.2019.

35 D. Oberdorfer, R. Carlin, The Two Koreas…, dz. cyt.

36 W książce The Two Koreas cytowany jest historyk z Yale Richard Whelan.

37 B. K. Martin, Under the Loving Care of the Fatherly Leader. North Korea and Kim Dynasty, New York: St. Martin’s Press, 2004.

38 Tamże.

39Kim Il-sung [w:] Wikipedia, en.wikipedia.org, bit.ly/1QxApoL, dostęp: 20.02.2019.

40 Opisy Pałacu Kŭmsusan na podstawie wrażeń autorki z wizyty w 2013 roku.

4. Kim Dzong Un

41 J. G. Goodman, Deeply Hated, but Present. A U. S. Touch at Kim’s End, „The New York Times”, 28.12.2011, nytimes.com, nyti.ms/2Eo7loE, dostęp: 20.02.2019.

42 J. Orr, North Korean news agency ‘doctors photo of Kim Jong-il’s funeral procession’,„The Daily Telegraph”, 29.12.2011, telegraph.co.uk, bit.ly/2BIJjCL, dostęp: 20.02.2019.

43 Choe Sang-Chun, That Mystery Woman in North Korea? Turns Out She’s the First Lady, „The New York Times”, 25.07.2012, nytimes.com, nyti.ms/2U27lA2, dostęp: 20.02.2019.

44 Tamże.

 

Przypisy

[1] W książce zastosowano transkrypcję McCune’a–Reischauera i pisownię spolszczoną, jeśli jest przyjęta (przyp. red.).

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I