Kilka słów o miłości - Tomasz Kieres - ebook
NOWOŚĆ

Kilka słów o miłości ebook

Tomasz Kieres

4,1

140 osób interesuje się tą książką

Opis

Karolina i Szymon są przyjaciółmi. Zawsze mogą na siebie liczyć. Ona jest w szczęśliwym związku, a on nie wierzy w miłość, wikłając się w liczne romanse, lecz nie szukając nikogo na stałe. Gdy spotyka siostrę Karoliny, niepokorną Weronikę, sądzi, że oboje patrzą w tym samym kierunku. W końcu jednak życie stawia przed nimi swoje ograniczenia i Szymon musi wybrać między wygodnym związkiem z Weroniką, rodzącą się miłością do Karoliny, a wolnością, która, jak sądził, jest jego wyborem.
Czy jest to jednak wyłącznie jego decyzja? Czy dwie kobiety, które los postawił na jego drodze, nie mają nic do powiedzenia? Czy wielka miłość zawsze pozostawia po sobie zgliszcza i złamane serca?
Fascynująca historia o miłości, przyjaźni i trudnych wyborach, które życie stawia przed każdym z nas.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czym jest miłość? Na to pytanie jest pewnie nieskończenie wiele odpowiedzi. Każdy ma swoją definicję i nie wiadomo, która jest właściwa.

Kiedy zdałem sobie sprawę, że ją kocham? Czy wiedziałem o tym od dawna i tylko oszukiwałem sam siebie? Czyżby było to jasne dla innych? Czy było to oczywiste dla niej? Nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania. Wiedziałem, co było w danym momencie, co działo się tu i teraz.

A tu i teraz patrzyłem na nią i wszystko wydawało się zrozumiałe. To uczucie wewnątrz, te motyle, które gdzieś dojrzewały we mnie przez ostatnie lata, teraz machały skrzydłami tak intensywnie, jakby od tego zależało ich krótkie życie. Patrzyłem na nią i wiedziałem. Ona odpowiadała mi spojrzeniem, na twarzy miała delikatny uśmiech, a oczy lekko przymrużone. Widziałem ją taką tysiące razy, ale nigdy nie odczytywałem z tego więcej, niż tam się kryło. Nigdy.

Było to tylko spojrzenie dwójki starych przyjaciół, takich trochę z przypadku, ale wciąż przyjaciół. Nawet teraz byliśmy tutaj razem właśnie dlatego, że byliśmy przyjaciółmi. Okazałem się najlepszym, a może po prostu jedynym, wyborem, ale tylko i wyłącznie z powodu naszej relacji.

Mimo że wraz ze zdaniem sobie sprawy z moich uczuć, przyszła świadomość, że od tego momentu wszystko będzie o wiele trudniejsze, poczułem ulgę. Tak jakbym zrzucił z siebie jakiś ciężar, całe tony zaprzeczenia i negacji tkwiących gdzieś pod powierzchnią pojmowania i przygniatających mnie do ziemi.

Uśmiechnąłem się szerzej, niż pewnie powinienem, uśmiechem idioty, który zazwyczaj zachowujemy dla siebie. Z jakiegoś powodu uwolniłem to z siebie. Ten jeden raz.

„Co się stało?”, spytała bezgłośnie. Dotknęła swojej twarzy, myśląc, że może się ubrudziła. Pokręciłem tylko głową. Muzyka wypełniająca klub uniemożliwiała jakąkolwiek rozmowę. W sumie dobrze, nie wiadomo co w przypływie szczerości mógłbym palnąć. Prawdopodobnie nic, ale kto wie?

Może gdybym się wcześniej nie zobowiązał, że ją odwiozę do domu, piłbym te drinki razem z nią. Wtedy mógłbym wszystko zrzucić na alkohol i jakoś sobie wytłumaczyć,jak raz czy dwa razy wcześniej, że procenty mnie nakręciły i zacząłem wyobrażać sobie rzeczy, które nie istnieją. Tylko że ja byłem trzeźwy, w pełni władz umysłowych. Nad tym ostatnim stwierdzeniem można by pewnie dyskutować, ale załóżmy, że tak było. Przekroczyłem granicę, za którą nie było już odwrotu. Nie mogłem wrócić, nie mogłem się cofnąć.

Wiedziałem, że to ona. Wiedziałem, że to zawsze była ona.

Tylko co miałem z tą wiedzą zrobić?

 

 

Ósma rano

 

Dźwięk budzika w telefonie brzmiał nieprzerwanie od ponad minuty. Z trudem podniósł głowę. Niepotrzebnie uparł się na ten nocny lot. Mógł przylecieć wczoraj po południu i spędzić wieczór tutaj. On wolał jednak ograniczyć ten wyjazd do minimum. I tak dużym ustępstwem wydawało mu się pozostanie do następnego dnia. Nie wyleci jeszcze dzisiaj wieczorem i nocy nie spędzi w swoim łóżku w apartamencie na Highbury w północnym Londynie. Kompleks mieszkaniowy został wybudowany na miejscu starego stadionu miejscowej drużyny, Arsenalu, kiedy ta przeniosła się na nowy The Emirates, do którego miał rzut beretem.

Apartament na Highbury. Pewnie dla większości ludzi te słowa niewiele znaczyły, ale dla niego były symbolem drogi, którą przeszedł. Od jakiejś dziury w miejscu, gdzie diabeł mówił dobranoc, czy śmietnika, gdzie go znaleźli, przez piekło rodziny zastępczej, aż po Londyn, miejsce, z którego mógł już tylko spaść. Wyżej nie było, przynajmniej jeśli chodziło o niego. To miało być wszystkim, czego potrzebował. Może prawie wszystkim.

Powoli usiadł na łóżku, pozwalając nogom opaść na podłogę. Wbił stopy w miękką hotelową wykładzinę. Był to podobno najlepszy hotel w stolicy. Lepiej, żeby był. Odkąd mógł, tylko w takich się zatrzymywał, czyli praktycznie od początku. Nie było przejścia od tanich przez średnie do coraz droższych. Nie było ich wcale, a później od razu wysoka półka. Mógł tak naprawdę powiedzieć, że jego nie było, a potem nagle zaistniał.

Zamyślił się. Rzeczywiście można tak było powiedzieć. A może raczej, że było ich dwóch, tamten i ten. Dwa odmienne światy. Ten pierwszy był całym jego życiem, wszystko, co najważniejsze, znajdowało się w nim i było na wyciągnięcie ręki. Tylko że on jej nie wyciągnął, raczej cofnął i uciekł. Ale jak mógł wziąć coś, co do niego nie należało?Podniósł się gwałtownie i stanął wyprostowany. Zamknął oczy i zaczął powoli oddychać. Po chwili wyjrzał do salonu. Pierwotny plan był taki, że zjedzie do hotelowej siłowni i pobiega na bieżni, ale teraz sesja jogi wydawała się być odpowiedniejsza. Potrzebował wyciszenia.

Wiedział, gdzie jego myśli powędrują, zanim jeszcze wylądował w kraju. Nie było go prawie dziesięć lat, a wydawało się, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżał. Plan był taki, że nie wróci. Nigdy. Po pierwszym, niespodziewanym sukcesie wydawnictwo nalegało, on był naprawdę gotowy na wiele, ale kwestia powrotu w ogóle nie wchodziła w grę.

Nie było potrzeby, nie było do kogo, nikt na niego nie czekał. Może poza wspomnieniami, ale ich miał dość w swoim nowym domu. Nie było sensu ich mnożyć.

Oczywiście byli „rodzice”. Jak dwoje ludzi mogło tak bardzo nie pasować do tej nazwy, do czegoś, co symbolizowało miłość, troskę, bezpieczeństwo?

Potrząsnął głową. Daleko, w innym świecie, nie wracał do nich myślami. Nie za często w każdym razie. Był daleko, ich ręce nie mogły go dosięgnąć. Tutaj natomiast miał wrażenie, że ten mały, przestraszony chłopiec, dla którego zamknięcie w ciemnej piwnicy na noc było najmniejszym wymiarem kary, wyszedł z niego natychmiast.

– Dosyć tego – powiedział na głos.

Przeszedł zdecydowanym krokiem do salonu. Przesunął stolik, a koszulkę rzucił na sofę. Rozłożył na wykładzinie koc, który miał zastąpić matę, i stojąc w samych bokserkach, przyjął pozycję wyjściową do powitania słońca.

„Kult ciała”, przemknęło mu przez głowę. Uśmiechnął się pod nosem do tego hasła z przeszłości. „Zawsze”, odpowiedział sobie. Umysł ćwiczył przez resztę dnia.

Teraz potrzebował wyciszenia.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

– To jest dobry pomysł – stwierdziła stanowczo Oliwia.

Czasami wydawało mi się, że inaczej nie potrafiła. A może wynikało to z tego, że nie byłem jakoś specjalnie przekonany do pomysłu, który zaświtał w jej głowie.

– To ty chciałeś się tutaj przeprowadzić – dodała.

Z kolei w tym zdaniu z całą pewnością wyczułem lekko zawoalowany wyrzut. Niby go nie było, niby wszystko okej i uśmiech na twarzy, ale specyficzna delikatna intonacja burzyła spokój.

Oficjalnie byliśmy parą od, powiedzmy, pierwszej randki, czyli od około siedmiu miesięcy. Wcześniej znaliśmy się trzy, dopóki Oliwia nie postanowiła wziąć spraw w swoje ręce i nie zaproponować mi wspólnego wyjścia. Później sprawy toczyły się, według mnie, swoim tempem. Oliwia miała na ten temat lekko odmienne zdanie. Był to w moim trzydziestotrzyletnim życiu tak naprawdę pierwszy tak długi związek i fakt, że mieszkaliśmy oddzielnie, wydawał mi się czymś całkowicie naturalnym.

Oliwia nie mówiła tego wprost, ale raz czy dwa wspomniała, że niepotrzebnie wynajmuję kawalerkę, w której mieszkam prawie piętnaście lat, kiedy ona ma duże mieszkanie tylko i wyłącznie dla siebie. Najwidoczniej nie przeszkadzał jej fakt, że znamy się dosyć krótko.

Kiedy zaś parę chwil wcześniej wspomniała, że chciałem się tutaj wprowadzić, miała na myśli mój segment w szeregowcu trzydzieści kilometrów od stolicy, od miejsca, w którym pracowaliśmy i do tej pory mieszkaliśmy.

Zakup segmentu był dosyć spontanicznym krokiem z mojej strony. Zdawałem sobie sprawę, że wynajmowanie mieszkania było swego rodzaju topieniem pieniędzy, ale było mnie na to stać. Byłem sam, a cena, którą płaciłem, nie była zbyt wygórowana, można powiedzieć, że wręcz promocyjna. Właściciele kawalerki przekonali się na przestrzeni lat, że mogą mi zaufać, a mieszkanie po moich drobnych remontach wyglądało lepiej, niż zanim zacząłem je wynajmować. Finansowo więc było korzystnie, a i dosyć wygodnie. Do pracy nie miałem daleko, do centrum blisko. Jedyny minus to ten, że nie było moje własne.

Jak w sumie nic w moim życiu. Może dlatego czułem się w nim dobrze. W jakimś sensie… zawsze byłem na czyjejś łasce, o czym z chęcią mi przypominano. To znaczy było tak do moich osiemnastych urodzin. Choć nadal czułem się, jakbym cały czas tam był, zdany na czyjeś widzimisię, przepraszam – na czyjeś „wielkie serce”.

W każdym razie ten impuls do kupna był właśnie prawdopodobnie związany z chęcią, aby mieć coś, co będzie tylko moje. No i banku, oczywiście, przez następne dwadzieścia lat, ale na takie współdzielenie byłem gotowy. Segment był zdecydowanie za duży jak na moje potrzeby, ale nie zakładałem przecież, że całe życie będę sam. Nie żebym w to wierzył, ale taki argument był równie dobry, jak każdy inny.

– Słuchasz, co do ciebie mówię? – Oliwia uśmiechnęła się szeroko.

Zdążyła już poznać moje zamyślenia. Zdarzało mi się czasami odpływać myślami. Oczywiście w takich sytuacjach moja mina wyrażała całkowite zainteresowanie tym, co dzieje się dookoła. Była to bardzo przydatna cecha, zwłaszcza na korporacyjnych spotkaniach, których nie wiedzieć czemu zawsze było mnóstwo. Trudno tak naprawdę powiedzieć, co było tego przyczyną. Moje nieśmiałe przypuszczenie było takie, że ludzie mieli poważne problemy z poczuciem własnej wartości i powiedzenie na forum paru zdań, które uważali za mądre, sprawiało, że czuli się lepsi. Myślę, że gdyby zrobili w tym czasie coś wymiernego, pożytecznego, dla wszystkich byłoby lepiej, a mnie oszczędziliby swoich pseudomądrości. Ale jako pracownik średniego szczebla, co ja tam wiedziałem. „Mądrzejsze” głowy wymyśliły, że burze mózgów są najlepsze. Chociaż użycie słowa „mózgów” było w tym przypadku zdecydowanym nadużyciem. A w ogóle to nie burze mózgów, a panele dyskusyjne. I tak dziw, że była na to polska nazwa.

– Słuchasz? – powtórzyła.

– Cały czas. Nie widać? – spytałem, robiąc poważną minę.

– Jasne – roześmiała się. – To co mówiłam?

– Że to jest dobry pomysł i że to ja chciałem się tutaj wprowadzić.

Uśmiechnąłem się triumfalnie. Tym razem nic mi nie umknęło. Zresztą rzadko coś takiego miało miejsce.

Pomysł, o którym wspominała, był rzeczywiście jej. Prawda była taka, że wpłacając zaliczkę i podpisując umowę kupna segmentu, nie zastanowiłem się specjalnie nad kwestią dojazdu do pracy. Trzydzieści kilometrów jakoś tak naturalnie przełożyło mi się na trzydzieści minut, zwłaszcza że plac budowy odwiedzałem rzadko, a jeśli już, to w niedzielę. Wszystko się więc zgadzało. Co prawda z prężnie rozwijającej się gminy można było do stolicy dojechać pociągiem, ale z kolei ze stacji miałbym dosyć daleko do biura.

W każdym razie najsensowniejszą opcją był jednak samochód. Dwadzieścia pięć kilometrów do węzła tramwajowo-autobusowego niedaleko lotniska Okęcie, a stamtąd komunikacją miejską około piętnastu minut „i jestem w domu, znaczy się w robocie”, cytując słowa z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei. Na szczęście moja droga do pracy nie była tak przerażająca, jak w tym słynnym dialogu. Z pewnością jednak kosztowniejsza od poprzedniej, kiedy mieszkałem dosłownie rzut beretem od biura. Samochód służył mi głównie do wypadów za miasto. Teraz miał się stać stałym elementem moich codziennych podróży.

W ten oto przydługi sposób zbliżyliśmy się do pomysłu Oliwii. Zanim w ogóle zacząłem narzekać na koszty dojazdów, moja dziewczyna zasugerowała, abym zalogował się na grupie mojego nowego miejsca zamieszkania i poszukał kogoś, z kim mógłbym dzielić te koszty. Jak mnie przekonywała, z pewnością jest masa ludzi, którzy dojeżdżają do Warszawy, i może trafiłby się ktoś, z kim mógłbym jeździć.

Powiedzieć, że podszedłem do tematu z rezerwą, to właściwie nic nie powiedzieć. Znaleźć kogoś, komu będą pasować moje godziny dojazdów, a zwłaszcza powrotów, które przez pierwszy miesiąc były, delikatnie mówiąc, nieregularne, graniczyło z cudem. Nie wspominając o drobniutkim szczególe charakterologicznym. Wypadałoby móc zamienić z tym kimś kilka słów. Trudno wyobrazić sobie, że będziemy podróżować w ciszy. Nie należę do ludzi, którzy mają problem z wyrażaniem swoich myśli. Nawet Oliwia uważała, że czasem za dużo gadam, a skoro mówi to osoba tak nieoszczędnaw słowach jak ona, to musi coś znaczyć. Inna sprawa, żedługo się rozkręcam i nieprzerwany potok słów z moich ust płynie tylko w kierunku osób, z którymi czuję jakieś intelektualne połączenie, a o to już nie jest tak łatwo.

I znajdź teraz kogoś.

Oliwia była jednak niezrażona. Z drugiej strony nie wiedziałem na dobrą sprawę, czemu tak bardzo jej na tym zależało. Ale doszukiwanie się w takich sytuacjach sensownych argumentów było raczej bezcelowe. Nie że takich nie było. Oczywiście, że były. Ale to nie to napędzało Oliwię. Z tego, co przez te miesiące zdążyłem się zorientować, ona lubiła wyznaczać sobie cele, a kiedy już to zrobiła, dążyła do ich realizacji, choćby nie wiem co. Czasami zastanawiałem się, czy sam nie byłem takim projektem.

Koniec końców, to był jej pomysł, to był jej projekt. W sumie to aż dziw, że to nie ona zalogowała się na grupie i sama nie znalazła dla mnie towarzysza podróży.

Pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej.

– O której ma być? – spytała.

– W wiadomości było napisane: „Będę za dziesięć minut” – odparłem.

– Dziesięć minut? – zdziwiła się. – To dosyć szybko – dodała.

– W sumie chyba dobrze – stwierdziłem – będzie mieć blisko. Chyba że już był niedaleko i wtedy napisał.

Staliśmy przed wejściem do mojego mieszkania – pierwszego z dziesięciu podobnych w tym budynku. Specjalnie zależało mi na początkowym, ponieważ chciałem mieć ten własny kawałek trawnika, do którego nie będzie zaglądał mi sąsiad, i to w sumie nie tylko ten najbliższy, ale również każdy następny. W przypadku pozostałych ośmiu działek bez postawienia sobie jakichś ścianek nie było szansy na prywatność. Szerokość każdej z nich wystarczała na postawienie większego stołu i kilku krzeseł, i to by było z grubsza tyle. Kiedy dokonywałem zakupu, ostatnie mieszkanie było już zajęte – pewnie dlatego, że leżało w głębi, dalej od drogi i stanowiło najsmaczniejszy kąsek. Ale ja również nie mogłem narzekać. Na mojej skrajnej części byłem odcięty od widoku sąsiadów, a na dodatek w lecie miałem słońce praktycznie od południa do zachodu.

Zachwalam tak te praktyczne strony mojego nowego lokum, jakbym był handlarzem nieruchomości. Prawda jest taka, że to wszystko było dla mnie nowe. Co prawda wychowywałem się w domu jednorodzinnym w miasteczku po drugiej stronie stolicy, ale tam korzystanie z uroków życia, nazwijmy to wiejskiego, było uznawane za przejaw posiadania zbyt dużej ilości wolnego czasu, który z pewnością mógłby być wypełniony jakąkolwiek pracą.

Teraz miało być inaczej. Mój dom, moje zasady. Chociaż Oliwia wolałaby pewnie powiedzieć: „Nasz dom, nasze zasady”, ale na to było z pewnością jeszcze za wcześnie. W każdym razie dla mnie.

Po raz kolejny spojrzałem w stronę głównej drogi, znajdującej się tuż za bramą wjazdową na nasze małe osiedle. Przed nią znajdowało się miejsce na tylko jeden samochód, gdyby jednocześnie chciało wjechać więcej, na głównej ulicy zrobiłby się mały zator.

Taka sytuacja pewnie nieczęsto miała miejsce, ale na wszelki wypadek stałem z pilotem w ręku, gotowy natychmiast otworzyć bramę. Byłem tak skupiony na tym, aby ewentualny wjazd nastąpił w miarę płynnie, że nie zauważyłem pary, która podeszła do nas z głębi naszego „osiedla”.

„Dzień dobry” powiedziane zdecydowanym męskim głosem zaskoczyło mnie.

Dosłownie sekundę później zawtórował mu damski głos.

– Dzień dobry.

Musiałem mieć dziwną minę, bo mężczyzna pospieszył z wyjaśnieniem.

– Byliśmy umówieni – powiedział – w sprawie wspólnych dojazdów.

Najwyraźniej mowę odjęło mi na dłużej, ale aby przerwać coś, co za chwilę zamieniłoby się w niezręczną ciszę, Oliwia postanowiła zainterweniować.

– Oczywiście, że byliśmy – potwierdziła.

Następnie, nie oglądając się na nikogo, wyciągnęła rękę w powitalnym geście. Okazało się, że mężczyzna miał na imię Krzysztof, a jego partnerka, a właściwie, jak podkreślił, już od kilku dni narzeczona, Karolina.

– To w takim razie serdecznie gratuluję – powiedziała Oliwia, która zdecydowanie wiodła prym w tym zalążku konwersacji.

Czy mi się wydawało, czy może usłyszałem jakąś smutną nutkę w głosie mojej „tylko” partnerki? Jakby westchnienie tęsknoty. Taki temat nigdy przez te raptem kilka miesięcy związku nie padł. Zresztą nie przeszliśmy nawet poza stwierdzenie, że dobrze nam ze sobą, a według mnie do narzeczeństwa droga była bardzo długa.

Może byłem przewrażliwiony, ale od kiedy zaczął zbliżać się termin oddania mojego segmentu, a właściwie od kiedy wypłynął temat, że w ogóle taką transakcję zawarłem i wiję sobie gniazdko, sygnały od mojej nienarzeczonej zaczęły płynąć coraz szerszym strumieniem, przy czym nigdy nie przekroczyły cienkiej granicy natręctwa. Westchnienie tu, spojrzenie tam.

Tak było i teraz, albo zaczynałem powoli histeryzować.

– Dziękujemy – odpowiedział za oboje Krzysztof, dla przyjaciół Krzysiek, jak dodał z uśmiechem.

Czyli dla mnie chyba jednak jeszcze Krzysztof.

– Długo jesteście razem? – spytała Oliwia.

To się nazywa bezpośredniość, niech jeszcze powiedzą, że pół roku, i już widzę, jak Oliwia w duchu krzyknie „yes, yes, yes!”.

– Ile to będzie? – spytał sam siebie Krzysztof.

Karolina tylko się uśmiechnęła.

– Dokładnie dziewięć lat, osiem miesięcy i szesnaście dni – odpowiedział triumfalnie.

Był tak zadowolony z siebie, że nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Na szczęście nie odebrał tego jako wyśmiewanie się z niego, bo z pewnością nie miałem takich intencji. Bawiła mnie sama sytuacja. Jego narzeczona, która poza „dzień dobry” nie wypowiedziała ani słowa, moja nienarzeczona, bez skutku czekająca na potwierdzenie swoich teorii co do związków, oraz oczywiście bardzo zadowolony z siebie Krzysztof, a może raczej dumny, powinienem rzec. Wyglądało, jakby chciał coś komuś udowodnić. Pytanie tylko, czy sobie, nam, czy może Karolinie.

– To teraz drugie tyle narzeczeństwa? – spytałem z głupia frant. – Takie są chyba zasady?

Przez sekundę Krzysztof wydawał się zaskoczony. Widać było, jak momentalnie zaczął przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu wymienionej przeze mnie zasady. Na twarzy Karoliny dostrzegłem delikatny uśmiech, natomiast Oliwia od razu rozgryzła mój niezbyt wyszukany żart.

– Bardzo śmieszne – powiedziała moja nienarzeczona.

– Tak coś czułem, że nie ma takiej zasady – rozpromienił się Krzysztof.

– Krzysiek bardzo poważnie podchodzi do tych spraw – wtrąciła Karolina.

– A ty nie? – spytałem zaintrygowany.

– Ja jestem taka… – Wyraźnie słychać było wahanie w jej głosie.

– Twardo stąpa po ziemi – wtrącił narzeczony – ja natomiast jestem takim bardziej romantykiem.

Ostatnie zdanie dodał z pewnym zawstydzeniem, jakby żałował, że w ogóle je wypowiedział, i muszę powiedzieć, że w tym wszystkim wypadał bardzo szczerze. Ja to z pewnością kupiłem.

– Nie ma się czego wstydzić, ja też jestem romantykiem – stwierdziłem.

W tym momencie Oliwia parsknęła śmiechem.

– No co? – spytałem, usiłując zachować powagę. – Na „To właśnie miłość” zawsze się wzruszam.

– Chyba jak Colin, bóg seksu, idzie do domu z laskami z baru w Milwaukee. Wiesz, nie na tym polega romantyzm.

– Nie na tym? – Popatrzyłem na Oliwię autentycznie zaskoczony.

Tym razem wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pierwsze lody przełamane. Teraz pozostawało pytanie, kto miał ze mną jeździć i jakim cudem zaszli nas tak od tyłu.

 

* * *

 

Okazało się, że moją towarzyszką w codziennych eskapadach do pracy miała zostać Karolina. Do niedawna dojeżdżali razem, ale Krzysztof zmienił pracę i jego nowa firma miała siedzibę właśnie w naszym mieście. Trochę się zdziwiłem, że przecież równie dobrze on mógł dojeżdżać do pracy z Warszawy, a nie Karolina w drugą stronę. Szybko jednak wyjaśnił, że od dawna chcieli coś kupić, bo mieszkanie, podobnie jak ja, wynajmowali, a tutaj trafiła się okazja.

W ten sposób wyjaśniło się, dlaczego nagle zaszli nas od tyłu. Jakaś rodzina zrezygnowała z mieszkania na drugim końcu budynku mniej więcej w tym samym czasie, kiedy oni przeglądali różne oferty w tej okolicy. Co prawda myśleli wstępnie o jakiejś działce i domu wolno stojącym, ale biorąc pod uwagę ceny, segment zdecydowanie wygrał, zwłaszcza że był już praktycznie gotowy do wprowadzenia się. Dodatkową zachętę stanowił fakt, że znowu podobnie jak ja, mieli kawałek swojej działki. W każdym razie decyzję podjęli praktycznie natychmiast.

Oboje jeździliśmy do pracy na ósmą, więc przynajmniej start nie stanowił problemu. Umówiliśmy się na poniedziałek rano i po krótkim pożegnaniu rozeszliśmy do domów.

– Nie pomyślałeś, żeby ich zaprosić do środka? – spytała Oliwia.

Leżeliśmy obok siebie w mojej sypialni, oświetlani jedynie światłem z pobliskich latarni. Był późny piątkowy wieczór i Oliwia tradycyjnie, znaczy od kilku tygodni tradycyjnie, została na noc. Prawdopodobnie do niedzieli, ale to się jeszcze zobaczy. Tak zawsze mówiła, ale i tak zostawała. Do niedzieli oczywiście, nigdy do poniedziałku. Czasami trudno było mi ją rozgryźć. Przy całym jej dążeniu do jakiegoś przejścia na kolejny etap związku zachowywała dużą niezależność. Tak jakby chciała mieć zabezpieczone tyły, gdyby między nami nie wyszło.

Na szczęście była na tyle nowoczesna, że kwestie aktywnego spędzania nocy razem nie stanowiły problemu. Mało tego, to były jedne z najjaśniejszych punktów naszego związku. Nie miałem co prawda jakiegoś szczególnie dużego doświadczenia i odnosiłem wrażenie, że Oliwia również nie, ale z pewnością nadrabiała wszystko entuzjazmem. Chciałbym wierzyć, że to ja tak na nią działałem, ale myślę, że ona tak po prostu miała. Oczywiście ten entuzjazm działał na mnie we właściwy sposób. Odpowiadałem tym samym, co ją nakręcało jeszcze bardziej, i mnie bardziej, i właśnie o to chodziło. Gdyby wziąć pod uwagę jakiś przedział spalania kalorii podczas seksu, to z pewnością oscylowalibyśmy w górnych rejestrach.

– Może przez moment przeleciało mi to przez głowę – odparłem – ale tak naprawdę nie znamy ich i nie chciałem utknąć z nimi na dłużej.

– Ale tak się poznaje ludzi.

– Tak od razu zapraszając ich do siebie? – Popatrzyłem na Oliwię zdziwiony. – Jakoś nie jestem przekonany. Myślę, że można się strasznie oszukać.

– Nie wydali ci się sympatyczni?

– Pan Tadek na stacji benzynowej też jest sympatyczny, ale to nie znaczy, że mam go zapraszać do siebie.

– Pewnie wolałbyś koleżankę pana Tadka. Jak ona miała na imię?

Oliwia zwiesiła głos.

– Pani Magda – odparłem bez wahania.

– Widzę, że doskonale pamiętasz.

Moja nienarzeczona podniosła się na łokciu, jednocześnie podciągając kołdrę, abym czasem nie zobaczył jej nagich piersi. Tych samych, które lubiła, jak dotykałem, chyba bardziej, niż ja sam lubiłem to robić, a to już było nie byle co. Teraz jednak droga do krainy rozkoszy była zamknięta.

– Oczywiście, że pamiętam. Skoro zapamiętałem pana Tadeusza, to chyba nic dziwnego, że również panią Magdę – odparłem ostrożnie.

– Czy inne panie też zapamiętałeś? – spytała chłodnym tonem.

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, co na tak sformułowane pytanie miałbym odpowiedzieć. Lepiej, jak zapamiętałem, czy wręcz przeciwnie? Szczerze mówiąc, byłem na tej stacji z pięć albo sześć razy i na pewno pracowały tam jeszcze jakieś inne kobiety, ale w takich sytuacjach pamięć mam raczej wybiórczą. Jeśli jakaś kobieta, w tym przypadku pani Magda, wpadnie mi w oko, to raczej ją zapamiętuję. I to z grubsza wszystko. Nie jestem typem podrywacza, nawet niespecjalnie flirciarza. Nigdy nie musiałem podbudowywać sobie ego drętwymi tekstami do każdej napotkanej kobiety. Wystarczy być miłym, to było moje motto. Może dlatego pierwszy krok należał do Oliwii, ale tak miałem.

I ona doskonale o tym wiedziała. Tym bardziej dziwiło mnie to przesłuchanie. No chyba że żartowała, ale na to mi wcale nie wyglądało.

– Nie, innych nie zapamiętałem – odpowiedziałem w dobrej wierze, i to wcale nie była dobra odpowiedź.

– Czyli pani Magda, wiedziałam!

Teraz Oliwia już siedziała, i nie tylko piersi były zakryte. Cała była zawinięta w kołdrę, co sprawiło, że ja byłem z kolei całkowicie odkryty. Poderwałem się szybko i naciągnąłem spodenki. W ten sposób mogłem zacząć odpierać te nagłe i niczym nieuzasadnione ataki na moją osobę. Sytuacja stawała się poważna. Chyba. Tak naprawdę nigdy przedtem Oliwia się tak nie zachowywała. Inna sprawa, że nie dawałem jej również powodów do zazdrości. Tak jakbym teraz dał.

Byłem wystarczająco szczęśliwy, że taka dziewczyna się mną zainteresowała. A teraz nagle coś takiego. Byłem w kropce. Pomyślałem, że muszę spróbować obrócić całą sytuację w żart. Przecież nie będę się tłumaczył z rzeczy, których nie zrobiłem.

– Wkręcasz mnie, prawda? – spytałem ostrożnie.

Może jednak powinienem stać nagi. Z pewnością dodałoby to całej sytuacji komizmu.

Oliwia popatrzyła mi prosto w oczy. Widziałem, jak dosłownie jej oblicze się zmienia, a w oczach stają łzy. Nie wybuchnęła histerycznym płaczem, ona tak po prostu zaczęła szlochać. Było to zdecydowanie bardziej przejmujące.

„WTF”, pomyślałem. Czy to kwestia hormonów, a może napięcie przedmiesiączkowe, o którym tyle się słyszy? Wydawało mi się jednak, że to wszystko nie miało z tym związku. Znaliśmy się wystarczająco długo i takich wahań nastroju nie dostrzegłem. Teraz natomiast przeszliśmy dosyć płynnie od wspaniałego seksu, nawet jak na nasze standardy, do szlochającego nieszczęścia.

Podszedłem powoli i usiadłem obok. Zanim jeszcze zdążyłem wyciągnąć ramię, aby ją objąć, Oliwia już wtuliła się we mnie. Jak już wspominałem, nie miałem za dużego doświadczenia w związkach, zwłaszcza tak długich, a teraz wkroczyłem na całkowicie nieznane mi terytorium.

Nie zrobiłem nic, a czułem, jakbym powinien przeprosić. Nie wiedziałem za co, ale podskórnie czułem, że to byłby właściwy krok.

Siedzieliśmy tak w ciszy dłuższą chwilę. Nie byłem jednak gotowy na przepraszanie za wyimaginowane zbrodnie. Wiedziałem, że jak zrobię to raz, będę ugotowany. I nie chodziło tutaj o jakieś siłowe zmagania. To po prostu była dziwna sytuacja i dziwna reakcja. Mógłbym powiedzieć, że całe dzieciństwo przepraszałem za rzeczy, których nie zrobiłem, i nie chcę wracać do takich praktyk. Nie byłaby to jednak do końca prawda. W moim domu nie było przepraszania za nic, tam były tylko kary.

– Przepraszam – usłyszałem po chwili.

– Nic się nie stało – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Jakkolwiek dziwne to wszystko było, nic się nie stało. Kolejna rzecz, której nauczyli mnie moi… Słowo na „r”jakoś nie chciało mi przejść przez usta, nawet w myślach. Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy chcą unieszczęśliwić innych, i na robienie z igieł wideł po prostu szkoda życia i energii.

– Przepraszam – powtórzyła i spojrzała na mnie.

Tym razem byłem jeszcze bardziej zaskoczony niż poprzednio. Po łzach i smutku nie było śladu. Jedynie wciąż dźwięczące w powietrzu słowo „przepraszam” oraz ta nasza dziwna pozycja przypominała o zdarzeniach poprzednich minut.

Oliwia przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała namiętnie. Kołdra już nie trzymała się jej tak szczelnie. Jeśli chciałem wyjaśnić, co dokładnie miało miejsce przed chwilą, to zdecydowanie nie był to najlepszy moment.

Może doświadczenia w związkach nie miałem za dużego, ale z pewnością szybko się uczyłem. Raz, pewne zachowania były totalnie nieprzewidywalne i próby ich logicznego wytłumaczenia były bezcelowe. Dwa, to był punkt, który powinienem wymienić jako pierwszy, bo jest on najważniejszy. Jeśli partnerka ciągnie cię do łóżka, to wszystko może poczekać. Wszystko.

Gdybym tylko zapamiętał tę zasadę, może nasz związek miałby większą przyszłość.

Wtedy jednak wiedziałem, że wyjaśnienia, zakładając, że będę chciał je usłyszeć, zdecydowanie mogły poczekać.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

 

I w sumie poczekały. W sobotę rano Oliwia wstała rześka i wesoła jak skowronek. Po smutku, jeśli jakikolwiek naprawdę istniał, nie było już śladu. Za to były plany na cały dzień. Z tego, co pamiętałem z poprzedniego dnia, plan był jeden. Binge-watching z Netfliksem przerywany seksem i pizza na obiad. Albo raczej odwrotnie – to seriale miały być w przerwach seksu. Pizza zostawała bez zmian.

Tak ustaliliśmy w nocy. Tak mi się w każdym razie wydawało. Faktem było, że jeszcze wczoraj prognozowany był deszcz, a rano, jak na złość, niebo było czyste, a słońce świeciło mocno. Oczywiście plan już był inny. Rowery, rowery i jeszcze raz rowery. Spędźmy dzień na łonie natury. Co do łona to się akurat zgadzałem, co zresztą zasugerowałem nieśmiało, podkreślając jednocześnie fakt, że natura również nas otacza. Technicznie rzecz ujmując, mój budynek stał tuż za granicą miasta. Przepisy mówiły, że jeszcze w mieście, ale tablicę oznajmiającą wjazd na teren zabudowany ktoś postawił trochę wcześniej.

Oliwia stanowczym tonem oznajmiła, że przy takiej pogodzie grzechem byłoby siedzieć w domu, dodając przy okazji, że jak się wycieczka uda, to może i o tym łonie pomyślimy.

Nie wiem, co jej przyszło do głowy, że będzie mnie w taki ordynarny sposób szantażować. Był najwyższy czas, aby tupnąć nogą. To był w końcu mój dom i nie tak się umawialiśmy, a ponadto, tego już nie powiedziałem na głos, ale mogła sobie to łono wziąć i… wiadomo co.

Nie ze mną takie numery. Postanowiłem postawić sprawę jasno i… pojechaliśmy na wycieczkę.

Oliwia była szczęśliwa, więc i ja byłem szczęśliwy. I w sumie miała rację. Oczywiście, tak dla jasności, nic nie jest lepsze niż seks, ale w tym przypadku warto było poczekać. Przy okazji odkryliśmy bardzo fajny bar nad stawem. Głównie serwowali ryby, ale robili również bardzo dobrą pizzę. Tak więc posiłek został już odhaczony. Biorąc pod uwagę ciepło oraz fakt, że do baru zawitaliśmy dosyć spragnieni, wypite piwo spowodowało, że do domu wróciliśmy, prowadząc rowery. Jechać dalibyśmy radę, ale uznałem, że prawo jazdy może mi się jeszcze przydać, a piwa było trochę za dużo i trochę za szybko zostało wypite.

To oczywiście nie wpłynęło na najważniejszą część wieczoru, na którą, nie ukrywam, czekałem cały dzień. Natomiast jeśli chodzi o obejrzenie czegokolwiek, to dziesięć minut od włączenia filmu do zaśnięcia pewnie się nie liczy.

Kiedy w niedzielę rano otworzyłem oczy i zobaczyłem Oliwię w pełnym rynsztunku, w ubraniu i pełnym makijażu, trochę się przestraszyłem, że czeka nas kolejna wycieczka, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to tradycyjny powrót do jej domu.

„Żebyś się mną za szybko nie znudził”. To był stały tekst. Jak to się miało do wspólnego mieszkania i tych dziwnych zachowań sprzed dwóch dni, nie miałem najmniejszego pojęcia. Bałem się, że Oliwia też mogła nie mieć. Aczkolwiek z tego, co udało mi się do tej pory zaobserwować, moja dziewczyna świetnie balansowała między czymś, co wyglądało na z góry zaplanowane działanie, a pewną niekonsekwencją poczynań.

Jedno było pewne, na nudę nie było miejsca.

W każdym razie zanim zdążyłem się na dobre podnieść, już wyjeżdżała swoim samochodem w stronę stolicy, a ja miałem cały dzień dla siebie. Odkąd wyprowadziłem się do swojego gniazdka, więcej czasu spędzałem sam. W Warszawie łatwiej było się z kimś spotkać, zrobić jakiś niezobowiązujący wypad. Nie żebym to za często robił, ale opcja istniała. Przyjazd tutaj do mnie wiązał się już z grubszym planowaniem, a ja i tak byłem raczej uzależniony od Oliwii.

Na szczęście brzydka pogoda zapowiedziana na poprzedni dzień zawitała praktycznie wraz z wyjazdem Oliwii. Mogłem bez wyrzutów sumienia legnąć na sofie z książką i pilotem od telewizora, dzieląc resztę dnia w miarę równo między obie te rzeczy. I oczywiście drzemkę, bez niej się nie obyło.

Dzięki temu mogłem następnego dnia wstać rześki i wypoczęty. Na tyle, na ile jest to możliwe w poniedziałkowy ranek. To jest jednak ciekawostka, że ile człowiek by nie wypoczął w weekend, w ten pierwszy dzień tygodnia i tak będzie zdechły. I żadne wewnętrzne przemowy o tym, jakie życie jest piękne, i powtarzanie sobie podziękowań za to, co się ma, niewiele było w stanie zmienić. Koniec końców jechało się do pracy.

Ten poniedziałek jednak był inny. Miałem mieć towarzystwo. Nie myślałem o tym wcześniej. Sobotę miałem wypełnioną, a niedzielę to i tak bardziej przedrzemałem. Natomiast w pierwszym dniu tygodnia obudziłem się o piątej, mniej więcej godzinę przed regularną porą mojego wstawania, i po około dwudziestu minutach byłem gotowy do wyjścia. Umówieni byliśmy na wpół do siódmej, więc trochę czekania jeszcze miałem. Plątałem się z miejsca w miejsce. Wypiłem kawę, którą zwykle zaczynałem poranek w biurze. Gdybym wziął ze sobą laptopa z pracy, to jeszcze przyszłoby mi do głowy coś tak głupiego, jak zalogowanie się do sieci i przejrzenie zadań na nadchodzący dzień. Sama myśl była zatrważająca.

O szóstej miałem dosyć. Zamknąłem drzwi od domu i wyszedłem do samochodu. Pomyślałem, że może Karolina też wcześniej wstała i po prostu wcześniej wyjedziemy. Wiedziałem z doświadczenia, że każde pięć minut robi różnicę, a skoro i tak byłem gotowy, nie było sensu zerkać z okna. Lepiej, żeby mnie widziała.

Na początku trzasnąłem kilka razy drzwiami samochodu. Niby nie za mocno, to w końcu był mój samochód, ale w ciszy otaczającej nasz budynek myślę, że wystarczająco głośno. Jeśli miała mnie usłyszeć, to z pewnością tak by się stało.

Mimo tego, że wyszedłem z określonym celem, to mojej sąsiadce i tak udało się mnie zaskoczyć. Jej i oczywiście Krzysztofowi. Narzeczony postanowił odprowadzić ją na miejsce osobiście. Oliwii z pewnością ta scena przypadłaby do gustu. Ja nie byłem do końca pewien, co o tym myśleć. Niby fajnie, że się tak troszczy, ale świeżo upieczona narzeczona miała do przejścia raptem kilkadziesiąt metrów. Ale nie to moim zdaniem stanowi główny problem. Odniosłem wrażenie, że była wyraźnie skrępowana. Oczywiście mogło to wynikać z faktu naszej wspólnej podróży do pracy, ale to wyglądało na coś bardziej osobistego. Podobny wyraz twarzy miała w piątek, kiedy Krzysztof, nie dając jej dojść do głosu, informował nas między innymi o statusie ich związku.

Może po prostu nie lubiła zbytniej otwartości w stosunku do obcych ludzi. Rozumiałem ją całkowicie. A teraz miało pewnie nastąpić czułe pożegnanie, jakby wyjeżdżała gdzieś na dłużej.

Oliwia byłaby zachwycona.

Po krótkim „cześć” zaprosiłem Karolinę do samochodu. Chciałem jej otworzyć drzwi. Taki szarmancki gest na dobry początek, ale Krzysztof miał inny pomysł i przytulił mocno narzeczoną na pożegnanie. Aby nie czynić tej sytuacji bardziej niezręczną, wsiadłem do środka i stamtąd otworzyłem drzwi pasażera.

Okej, ludzie tak robią. Ja może po prostu nie byłem taki wylewny w okazywaniu uczuć. Wszem i wobec w każdym razie. Tylko że ja na pewno miałem jakieś problemy, a może Krzysztof takowych nie miał. Może był wychowany w normalnej rodzinie, gdzie miłość była wartością nadrzędną. Bardzo długo nie mogłem uwierzyć, że takie istnieją. Z drugiej strony przerażeniem napawała myśl, że moja mogła być jakimś wzorcem.

Czułościom mojego sąsiada wciąż nie było końca. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że może on zaznaczał swój teren. Nie znał mnie i chociaż widział mnie z Oliwią, tak dla pewności chciał mi pokazać, że Karolina jest jego i tylko jego. O ile oczywiście możemy mówić o własności w przypadku drugiego człowieka. I może koniec końców nie był taki pewny swego.

Karolina próbowała w końcu wsiąść do samochodu, kiedy Krzysztof obiegł pojazd. Miałem doskonały widok, gdyż robił to przed przednią szybą. Było to coś w formie pląsu, a może mój złośliwy umysł sam to dodał. Kiedy już właściwie jedną nogą była w środku, wyrwał ją ponownie i wziął w ramiona. Wyglądało to o tyle zabawnie, że Karolina stała w dziwnej pozycji – jedna noga na zewnątrz, jedna w środku. Jakby za wszelką cenę chciała utrzymać kontakt z samochodem, ponieważ w przeciwnym razie nigdy byśmy w tę pierwszą podróż nie ruszyli.

Wreszcie się udało. Całe pożegnanie trwało raptem kilka minut i już o szóstej piętnaście ruszyliśmy w drogę.Mnie jednak wydawało się, że minęła cała wieczność. Miałem nadzieję, że to się nie będzie powtarzać codziennie.

– Krzysiek taki jest – odezwała się Karolina po dłuższej chwili, a w jej głosie słychać było przepraszający ton.

– To miłe – odpowiedziałem.

Nie było to najmądrzejsze, co można było powiedzieć, ale pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy, było stwierdzenie: „To zajebiście”. Oczywiście z odpowiednim akcentem.

Nie wiedziałem dlaczego, ale nagle zrobiłem się poirytowany tą całą sytuacją. Krzyśkiem, jego wylewnością i tą kobietą obok. Zdałem sobie właśnie sprawę, że jeśli nic z tego nie wyjdzie na jakimś charakterologicznie intelektualnym poziomie, będę ugotowany. Byliśmy sąsiadami i trudno będzie zerwać ten układ.

Policzyłem w myślach do dziesięciu i odetchnąłem głęboko. Zerknąłem na Karolinę. Siedziała ze wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeń. Musiałem przyznać, że miała ładny profil. Co rzucało się w oczy, to nieduży nos i wyraźnie zarysowane usta. Jakby wyczuwając mój wzrok, ona również zerknęła w moją stronę. To był ułamek sekundy, kiedy nasze oczy się spotkały. Uśmiechnęła się słabo i odwróciła wzrok w stronę drogi. Czyżby już miała dość?

Nie zwróciłem wcześniej uwagi na to, jak była ładna. Schowana trochę za swoim narzeczonym, z lekko pochyloną sylwetką, sprawiała wrażenie osoby, która przede wszystkim nie chce zwracać na siebie uwagi. Również ciemne włosy opadające równo po bokach i zasłaniające dużą część twarzy specjalnie nie pomagały w dojrzeniu jej urody. A ta była bezdyskusyjna.

„Jak ktoś lubi szare myszki”, natychmiast usłyszałem w głowie głos Oliwii. I nawet nie żeby była taka naturalnie złośliwa, gdyż w żaden negatywny sposób nie skomentowała moich sąsiadów. Ani Krzysztofa, ani tym bardziej Karoliny. Ale gdybym ja zachwycił się urodą mojej nowej towarzyszki, to byłaby zupełnie inna historia. Na tym punkcie była zdecydowanie przewrażliwiona, dodam, że całkowicie bezpodstawnie.

Nawet się nie obejrzeliśmy, jak wjechaliśmy na teren Warszawy. Wyjazd o tak wczesnej porze miał zdecydowanie swoje plusy. Inna sprawa, że jak tak dalej pójdzie, w pracy będę po siódmej, a swoje do szesnastej piętnaście i tak będę musiał odsiedzieć. Cieszyłem się, że dojeżdżamy, gdyż rozmowa niespecjalnie się kleiła. Po zdawkowych uwagach, że pusto na drodze i dobrze, że nie pada po takiej ulewnej niedzieli, zapadała cisza, dopóki któreś z nas nie pokusiło się o kolejny wyrafinowany komentarz. Po którym oczywiście znów zapadała cisza. Nie powiem, żeby to była jakaś specjalna męczarnia, ale wypoczynek to również nie był.

Samochód postawiłem na piętrowym parkingu przy pętli tramwajowej. Okazało się, że pasuje nam ten sam tramwaj. Odniosłem wrażenie, że Karolina zawahała się przez moment, gdy powiedziałem, że szóstka będzie dla mnie idealna. Szybko chyba uznała, że nie będzie się wygłupiać i ściemniać, przecież i tak by to w końcu wyszło, i wtedy dopiero zrobiłoby się niezręcznie. Nasza wspólna podróż miała jeszcze potrwać.

Na szczęście tramwaj szybko ruszył z przystanku. Zdążyliśmy umówić się na popołudnie, wymienić numerami telefonów, i musiałem wysiadać.

Stwierdzenie, że zrobiłem to z ulgą, z pewnością nie odda pełni moich odczuć. W tamtym momencie byłem wykończony. Należę do ludzi źle znoszących takie dziwne sytuacje. Kiedy jedziemy z Oliwią i przez dłuższy czas nic nie mówię, to nie czuję się z tym niekomfortowo. Inna sprawa, że zazwyczaj ona wtedy mówi, ale nawet kiedy oboje milczymy, jest to w pewien sposób naturalne. Natomiast milczenie w towarzystwie nowo poznanej osoby niby nie powinno być dziwne, ale mnie się wtedy wydaje, że coś jest nie tak, i to w dodatku ze mną

W końcu kiedy przez całe dzieciństwo ktoś ci coś takiego mówi, można w to uwierzyć.

W ten poniedziałkowy ranek byłem tak zmęczony, że równie dobrze mogłem wrócić do domu i położyć się spać. A czekał mnie jeszcze powrót, chyba że Karolina czuła się tak samo i pod jakimś pretekstem nie zabierze się ze mną.

Jednak jak tylko przekroczyłem próg biura, zapomniałem o podróży i z pewnością nie miałem czasu na przysypianie. To był jeden z tych dni, kiedy nic nie szło po mojej myśli. Bez wchodzenia w szczegóły, osiem godzin minęło jak z bicza strzelił i nie wiedząc kiedy, znalazłem się w tramwaju wiozącym mnie na parking. Oliwia miała zajęte popołudnie, co specjalnie mnie nie zmartwiło, jedyne, czego pragnąłem, to paść na sofę, odpalić Xboxa i postrzelać do zombie. Odmóżdżyć się, a raczej je.

Dokładnie jak żywy trup, nie zwracając na nic uwagi, wysiadłem na przystanku i skierowałem się do samochodu. Karolina prawie całkowicie wyleciała mi z głowy. Wiedziałem, że razem wracamy, i skoro nie dzwoniła do mnie przez cały dzień, to najprawdopodobniej zaraz się spotkamy, ale i tak głównie skupiony byłem na pracy, na tym, co zostawiłem, i na tym, co mnie czeka jutro. Nie lubiłem takich dni, bo to oznaczało, że wieczór też raczej będę miał z głowy. Niezależnie, jak idiotyczne to było, tak po prostu miałem i jeszcze nie znalazłem złotego środka. Oliwia miała zwyczaj wycofywać się i zostawiać mnie z moimi myślami. Może to był dobry sposób, nie byłem w takich sytuacjach najprzyjaźniej nastawionym człowiekiem.

Lepiej było się do mnie nie zbliżać.

Albo po prostu nie znalazł się nikt, kto by to potrafił zrobić.

Byłem już przy samochodzie, kiedy usłyszałem kroki za sobą, a może raczej dopiero wtedy zwróciłem na nie uwagę. Odwróciłem się i zobaczyłem Karolinę.

– Zdążyłam? – spytała, delikatnie się uśmiechając.

Wyglądała na zmęczoną.

– Poczekałbym, oczywiście – zapewniłem.

Domyśliłem się, że też nie wyglądam najlepiej, a nie chciałem, żeby w tej kwestii miała jakieś wątpliwości, zwłaszcza po tak „udanym” poranku.

– Nie wątpię – odpowiedziała. – Ciężki dzień?

„Tak, i chętnie o tym porozmawiam”, pomyślałem.

– Trochę – odpowiedziałem, licząc, że utnę temat.

Otworzyłem drzwi i wsiadłem do środka. Karolina uczyniła to samo i po chwili już jechaliśmy w stronę domu. Pora była raczej korkowa, więc daleko nie ujechaliśmy, kiedy musieliśmy stanąć w rzędzie samochodów usiłujących, podobnie jak my, wydostać się ze stolicy.

Skupiłem się na drodze, chociaż biorąc po uwagę tempo, w którym się poruszaliśmy, nie bardzo było na czym się skupiać. Z małego doświadczenia wiedziałem, że najważniejsze wydostać się za światła, tuż za tablicą z napisem Warszawa, i dalej powinno być z górki, mniej więcej.

– Nie jesteś zbyt rozmowny.

Karolina postanowiła przełamać lody, a może raczej lodowiec. Zerknąłem na nią. Uśmiechała się trochę niepewnie. Ewidentnie wrażenie, jakie dzisiaj na niej zrobiłem, nie było najlepsze. Mimo to próbowała nawiązać ze mną rozmowę, może też myślała, że skoro mamy razem jeździć, to warto spróbować przynajmniej stworzyć coś na kształt miłej atmosfery.

Postanowiłem wyjść jej naprzeciw. Należałem do ludzi, którzy chcieli, aby inni ich lubili. Może inaczej, nie chciałem chcieć, aby inni mnie lubili, ale to było silniejsze ode mnie. Wiedziałem, że jest to kwestia poważniejszych problemów sięgających tam, gdzie raczej wolałem nie wracać, nie tylko w rozmowach, ale nawet w myślach. Tak naprawdę to marzyłem o tym, aby być przynajmniej jak dr House, ale na razie to były tylko marzenia. Póki co uchodziłem za sympatycznego luzaka, który niczym się nie przejmował i był raczej lubiany.

Karoliny co prawda jeszcze na dobrą sprawę nie zdążyłem poznać, ale instynktownie wrzuciłem ją do maleńkiej grupy ludzi, na których opinii mi naprawdę zależało. Nie wiem, co mną kierowało, gdyż była tam raptem jedna osoba, przyjaciel ze studiów (chociaż określenie „dobry kolega” pasowałoby chyba bardziej), z którym kontakt urwał się dobrych parę lat temu. Pewnie dlatego jego opinia miała znaczenie. I jedna w poczekalni, Oliwia. Pewnie o jej miejscu decydował charakter związku. Plus w tej chwili Karolina, która z jakiegoś względu poczekalnię przeskoczyła.

Może to osaczenie przez Krzysztofa, a może mój poranny chłód, a może coś w niej samej. Pozwoliłem zadziałać instynktowi.

– Wręcz przeciwnie – odpowiedziałem szczerze.

– Naprawdę?! – spytała wyraźnie zdziwiona. – W życiu bym nie powiedziała.

– Wolno się rozkręcam, ale jak zacznę, to nie dojdziesz do słowa.

– Uwierzę, jak zobaczę, a raczej jak usłyszę.

Tym razem odwróciłem głowę. I tak staliśmy w korku, więc nic specjalnie nam nie groziło. Karolina uśmiechała się szeroko. To był bezwzględnie ładny widok.

– Jak ci minął dzień? – spytałem, chcąc wykazać zainteresowanie moją pasażerką.

Zauważyłem, że uśmiech na jej twarzy zdecydowanie osłabł, ale na szczęście nie zniknął całkowicie.

– Jakoś minął – odpowiedziała wymijająco.

„No to sobie pogadaliśmy”, pomyślałem. Przecież nie będę jej naciskał, pytanie w końcu zadałem.

Przez dłuższą chwilę jechaliśmy w ciszy. Jedne światła, drugie światła. Do granicy administracyjnej stolicy mieliśmy jeszcze kawałek i powiem szczerze, że nagle zacząłem odczuwać potrzebę rozmowy. Poruszanie się metr za metrem byłoby o wiele bardziej znośne, gdybyśmy się czymś zajęli. Karolina pomyślała chyba o tym samym, ponieważ postanowiła rozwinąć wcześniejszą myśl.

– Tak sobie, generalnie średnio.

– Taki dzień dzisiaj – wtrąciłem filozoficznym tonem, mając na myśli pierwszy dzień tygodnia.

Uśmiechnęła się słabo.

– Nie można wszystkiego zwalać na ten nieszczęsny poniedziałek.

– Nie? – Spojrzałem na nią zdziwiony. – U nas w firmie z narzekania na poniedziałek można uczynić dyscyplinę olimpijską.

Tym razem uśmiech na jej twarzy lekko się rozszerzył.

– To chyba wszędzie – stwierdziła. – U nas jest tak samo, ale ja nie mam z tym problemu. W niedzielę wieczorem nie cierpię na przedponiedziałkowy stres.

W tym momencie pomyślałem o Krzysztofie. W sumie ja też bym się cieszył na poniedziałek, gdybym z nim spędził weekend. Nawet nie miałem nic przeciwko chłopakowi, chodziło mi raczej o jego nadopiekuńczość, której dwukrotnie byłem świadkiem. Swoją uwagę zachowałem jednak dla siebie. Nie znaliśmy się na tyle, abym mógł tak nawet zażartować, a zresztą Karolina mogła to lubić.

– To chyba oznacza, że jesteś szczęśliwą osobą – powiedziałem na głos – skoro nie masz niedzielnowieczornych lęków.

– Naprawdę?

– Te lęki to najmniej uzasadnione lęki wśród lęków.

– Wow – roześmiała się – jakżeś to profesjonalnie wyłożył.

– Jak i najbardziej powszechne – dodałem najpoważniej, jak się dało. – Jeśli takowych nie masz, to oznacza z grubsza to, co powiedziałem wcześniej: jesteś szczęśliwą osobą.

– To profesjonalna opinia?

– Jak najbardziej – odpowiedziałem. – Był na ten temat artykuł w „Przeglądzie Psychologicznym”, bodajże numer dziesiąty z zeszłego roku.

– Serio? – Na jej twarzy pojawiło się autentyczne zdziwienie.

– Nie serio – odparłem z uśmiechem.

– Zmyśliłeś wszystko?

– Nie, nie wszystko, tylko ten poradnik. Reszta wydaje mi się dosyć logiczna, chociaż wymyślona przeze mnie.

Popatrzyła na mnie przez chwilę, wyraźnie zamyślona.

– A pomyślałeś, że może ja lubię swoją pracę, a weekend w domu dla mnie to męczarnia i dlatego nie mam tego całego strachu przed poniedziałkiem? – spytała.

Zerknąłem na nią. Wyraz twarzy miała poważny, ale czułem, że w tym pytaniu tkwi haczyk. Skoro ja ją wkręciłem, ona chciała mi się teraz zrewanżować. Inna sprawa, że o tym, o czym wspomniała, pomyślałem chwilę wcześniej. Oczywiście nie byłem aż takim ekstremistą, aby myśleć, że lubi chodzić do pracy, skupiłem się bardziej na tym nieszczęsnym weekendzie.

Uznałem jednak, że powinienem postawić w mojej odpowiedzi na dyplomację. W końcu to było narzeczeństwo,o którym na dobrą sprawę nie miałem zielonego pojęcia.

– Co prawda nie znam was za dobrze – zacząłem ostrożnie – ale biorąc pod uwagę, że jesteście świeżo po zaręczynach, zakładam, że moja teoria jest prawdziwa. A co do stwierdzenia, że lubisz swoją pracę… No cóż, są różne zboczenia.

Karolina roześmiała się.

– W sumie masz rację. I w jednym, i w drugim.

– Lubisz swoją pracę?! To w sumie super, każdy dzień to bankiet. Ale dzisiaj chyba średnio się udał. Podali coś nieświeżego?

– Tak, w postaci mojego szefa.

Nic nie odpowiedziałem, skupiony, aby zdążyć na światłach. Daleko co prawda nie ujechałem. Dzisiaj, na inaugurację naszych wspólnych podróży, korek sięgał dalej niż granica stolicy.

– Z szefem coś nie tak? – spytałem, gdy ponownie stanęliśmy.

– Generalnie jest w porządku. Naprawdę trudno narzekać. Wiesz, jak siedzi cicho, to jest jak najbardziej do zniesienia. Jak zaczyna się nagle interesować szczegółami tego, co robisz, to wtedy zaczyna wkurzać.

– Zna się przynajmniej na tym, co robi? – spytałem.

Z doświadczenia wiedziałem, że nie jest to wcale tak często występująca cecha.

– Zna się, zdecydowanie, jest takim kompendium wiedzy o naszych systemach, tylko że na innym poziomie niż ja, niż my, jego podwładni.

– I czym cię tak zdenerwował?

– Może parę słów wprowadzenia, nie masz nic przeciwko?

Rozejrzałem się szybko na boki, wszędzie stały samochody z poirytowanymi kierowcami wyczekującymi końca podróży.

– Raczej nie mam gdzie uciekać – odpowiedziałem z udawaną rezygnacją.

– To nie masz wyjścia – stwierdziła z uśmiechem. – Zresztą sam pytałeś, to teraz słuchaj.

Chyba po raz pierwszy w życiu korek nie był dla mnie przyczynkiem do irytacji, która potrafiła szybko przerodzić się w złość. Oliwia potrafiła okiełznać te negatywne uczucia, ale żeby to stało się samoczynnie, takiej sytuacji nie pamiętałem. Byłem tak skupiony na mojej pasażerce, że to, co działo się na drodze, było sprawą drugorzędną. Może rzeczywiście Oliwia miała rację i potrzebowałem towarzystwa w drodze do pracy i z powrotem. I kwestia finansów wcale nie była najważniejsza.

– Pracuję w tej firmie już sześć lat. Zaczęłam jeszcze na studiach.

– A co studiowałaś? – wszedłem jej w słowo.

– Finanse, księgowość, wcześniej skończyłam liceum ekonomiczne.

– Wcześnie wiedziałaś, co chcesz robić.

– Nie. – Uśmiechnęła się. – Tak się złożyło, a że ze mnie bardziej matematyczka niż humanistka, tak poszło dalej. Przypadkiem tutaj zaczęłam, akurat zwolniło się miejsce, a koleżanka już tam pracująca mnie poleciła. Byłam studentką, więc byłam dosyć tania, zresztą jestem w dalszym ciągu, mimo że moja pozycja jest zupełnie inna, niż kiedy zaczynałam.

– Czujesz się niedoceniona?

– Czasami tak.

– Przynajmniej raz w miesiącu – dodałem.

To miała być wstawka humorystyczna, bo czułem, że zarobki są tematem wrażliwym. Nie do końca udało mi się rozbawić moją towarzyszkę. Jak podejrzewałem, ten dzień był cięższy, niż pierwotnie myślałem.

– Przynajmniej raz – powtórzyła do mnie i uśmiechnęła się bez przekonania, jakby chciała tylko dać mi znać, że docenia próbę. – W takie dni jak dzisiaj jakby samo się to nasuwa.

– Co się stało dzisiaj?

– Za chwilę, przerwałeś mi wstęp. – Uśmiechnęła się troszkę szerzej.

– Przepraszam – odpowiedziałem – już skupiam się tylko na prowadzeniu.

– A słuchanie mnie? – spytała z udawanym oburzeniem.

– To jest chyba oczywiste. Uważasz, że nie mogę robić dwóch rzeczy naraz? – Teraz ja udałem oburzonego.

Roześmiała się.

– No nie wiem, w końcu jesteś…

– Chciałaś powiedzieć „mężczyzną”. To jest seksistowskie, moja pani. Nie wiem, jakie masz doświadczenia, ale jak widzisz, jedziemy i jeszcze rozmawiamy, i na dodatek świetnie rozumiem, co do mnie mówisz.

– I jeszcze się unosisz, plus ciśnienie, które ci się podniosło, to lista rzeczy naraz cały czas się wydłuża. Przepraszam, mój błąd, widocznie miałam inne doświadczenia.

Karolina była wyraźnie rozbawiona.

– No, ja myślę.

– I myślisz w tym samym czasie?! Jestem pod wrażeniem. Zapewniasz najwyższe standardy.

– Żebyś wiedziała, że najwyższe. – Postanowiłem podbić stawkę. – Nikt się do tej pory nie skarżył.

– Ooooo?!

Karolina powiedziała to takim tonem, że wiedziałem, że zrozumiała mój żart, ale nie byłem do końca pewien, jak na niego zareaguje. Był on w moim mniemaniu bardzo niewinny, zwykła potyczka słowna, ale spotkałem już w swoim życiu wystarczająco ludzi, którym nie było trzeba zbyt wiele, aby popaść w święte oburzenie. Oczywiście nie sądziłem, że takie zachowanie będzie udziałem Karoliny, ale nigdy nie wiadomo. Na szczęście ona sama nie zwlekała zbyt długo z ripostą.

– Pełen pakiet widzę, a w ogłoszeniu nic na ten temat nie było.

Rzuciłem okiem w jej kierunku, na jej twarzy błąkał się uśmieszek. Ewidentnie rozmowa ją bawiła. W międzyczasie opuściliśmy strefę korków i mogłem przyspieszyć.

– To jest, po pierwsze, drobny druk, a po drugie, on się tak od razu nie pojawia. To nie jest oferta dla wszystkich.

– Trzeba sobie zasłużyć?

– Nie o zasłużenie tutaj chodzi. Raczej o posiadanie tego czegoś – odparłem.

– Niejasne te zasady, coś mi się zdaje, że sam ich nie znasz, tylko ściemniasz.

– Nie ściemniam, tylko to są takie samodopasowujące się zasady.

– Znaczy się ściemniasz – powtórzyła wesoło.

– I co z tym szefem? – przeskoczyłem zwinnie.

Reakcją był wybuch śmiechu Karoliny. Przynajmniej byłem w stanie ją rozbawić, a jej humor zdecydowanie udzielał się również mnie. O swoim złym nastroju spowodowanym pracą już zdążyłem zapomnieć, a i moja towarzyszka chyba nie najgorzej się bawiła.

– Jeśli chodzi o mojego szefa… – w tym momencie miała już inny ton, taki trochę weselszy – …po prostu czasami potrafi tak mnie wkurzyć.

– Szefowie tak mają.

– Ale mój jest generalnie w porządku. Widzisz, ja jestem osobą ambitną, przez te lata poznałam z grubsza wszystko, co się robi w naszym dziale. Oczywiście mam swoje obowiązki, i to jest moja działka, ale kiedy jest jakiś problem, to ja się chętnie angażuję, dowiem się czegoś, dopytam, rozwiążę go. No i właśnie przez to, kiedy mój szef chce się czegoś dowiedzieć, to często zwraca się do mnie zamiast do osób odpowiedzialnych za dane rzeczy.

– Z tego, co mówisz, wygląda, że tak trochę ściągnęłaś to sama na siebie – powiedziałem ostrożnie.

– Zgadzam się, trochę tak, ale to wynika z tego, że ja zawsze chcę być pomocna. To nie znaczy, że mam robić wszystko i za wszystkich, zwłaszcza że stanowiskowo jestem na samym końcu.

– I tym cię dzisiaj wkurzył?

– Nie, to jest cały czas wprowadzenie. No wiesz, żebyś miał pełen obraz. – Uśmiechnęła się szerzej. – Zanudzam cię?

– Skąd! – zapewniłem szybko, może nawet trochę zbyt gwałtownie.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.

– Naprawdę nie. – Poczułem się wywołany do powtórnej odpowiedzi.

Nie było w tym zresztą żadnej kurtuazji. Z pewnością mnie nie zanudzała. Te kilka zdań, które zdążyliśmy wymienić, nie tworzyło może jakiejś wyszukanej konwersacji, ale z pewnością było miło. Nie wiedziałem, czy wynikało to tylko z faktu, iż nie musiałem sam stać w korkach, co już było wartością dodaną, czy również z tego, iż była miłą osobą, z którą łatwo i przyjemnie się rozmawiało. Już wtedy założyłem, że raczej to drugie, aczkolwiek z końcową opinią postanowiłem się wstrzymać do czasu, aż przynajmniej kilka razy odbędziemy wspólnie podróż.

Na tę chwilę znaki były optymistyczne.

– Przekonałeś mnie – roześmiała się.

– Bardzo się cieszę. Teraz możesz wreszcie powiedzieć, czym cię tak dzisiaj wkurzył twój szef.

Karolina zamyśliła się przez chwilę. Jechaliśmy w ciszy, nieuchronnie zbliżając się do celu naszej podróży. Odkąd skończył się korek, jechało się naprawdę sprawnie.

– W sumie to już mi przeszło, a może w ogóle nie warte było nerwów. On ma taką tendencję, że jak rozmawia z kimś z zewnątrz, to wypowiada się na temat tego, co robimy, nie zawsze zgodnie ze stanem faktycznym. Okej, rozumiem, że nie musi znać każdego szczegółu, tylko że on najpierw naopowiada głupot, a dopiero potem się dopytuje, czy dobrze powiedział. A ja muszę to później odkręcać. I gdyby tego było mało, dzisiaj nagle, już po takiej właśnie rozmowie, zaczął mnie pouczać, co i jak usprawnić w mojej działce. Wiesz, ja jestem otwarta na nowe pomysły, tylko że ja tę moją działkę usprawniłam na tyle, na ile się dało, biorąc pod uwagę uwarunkowania systemowe i oczywiście na ile jestem uzależniona od informacji zewnętrznych. A ten nagle chce spotkania organizować, bo będzie zmieniał kwestie, o których nie ma pojęcia, tylko aby uzasadnić swoją tezę i bzdury, które nawygadywał.

Karolina uśmiechnęła się. P