Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 12 min Lektor: Marcin Kwaśny

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 12 min Lektor: Marcin Kwaśny

Opis ebooka Kilka sekund od śmierci - Harlan Coben

Kontynuacja „Schronienia” zaczyna się zaledwie kilka dni od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie. Nastolatek, który niedawno zamieszkał z Myronem, powoli odnajduje swoje miejsce w nowej szkole, ale wciąż wpada w kolejne kłopoty. Tym razem Mickey zostaje zamieszany w podpalenie i morderstwo. Usiłuje też odkryć prawdę o śmierci ojca.

Opinie o ebooku Kilka sekund od śmierci - Harlan Coben

Cytaty z ebooka Kilka sekund od śmierci - Harlan Coben

Zasada brzytwy Ockhama głosi: „Z dwóch równorzędnych hipotez ta, która podaje prostsze wytłumaczenie, jest lepsza od bardziej skomplikowanej”. Krótko mówiąc: prostsza odpowiedź jest zwykle najlepsza.
Kłamstwo zawsze ma swoją cenę. Kiedy kogoś okłamiesz, nawet w najlepszej wierze, kłamstwo pozostanie. Ilekroć spotkasz się z tą osobą, to kłamstwo będzie z wami. Będzie siedziało na twoim ramieniu. Czy było dobre, czy złe, już zawsze będzie ci towarzyszyć.

Fragment ebooka Kilka sekund od śmierci - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

O książce

Księga II trylogii Cobena, której bohaterem jest Mickey Bolitar, bratanek Myrona, poszukujący prawdy o okolicznościach śmierci swego ojca Brada. Akcja książki toczy się bezpośrednio po wydarzeniach opisanych we wcześniejszej powieści Schronienie.

Co stało się z ojcem Mickeya? Czy rzeczywiście zginął na oczach syna w wypadku samochodowym? Kim był mężczyzna, łudząco podobny do zbrodniarza z SS zwanego „Rzeźnikiem z Łodzi”, który zabrał jego ciało do karetki? Jaka jest prawdziwa rola Schroniska Abeona – tajemniczej organizacji, dla której pracował Brad Bolitar? Jedyna osoba, która mogłaby pomóc Mickeyowi – była więźniarka z Auschwitz, Lizzy Sobek – odmawia wyjaśnień. Mickey i dwójka jego najbliższych przyjaciół, bystra Ema i czarujący Łyżka, pakują się w kolejne kłopoty, które mogą mieć związek z przeszłością. Tym razem chodzi o morderstwo: ktoś zastrzelił matkę Rachel Caldwell – dziewczyny, która nie jest Mickeyowi obojętna. Choć młody Bolitar jest nie mniej inteligentny i uparty niż jego wuj Myron, w tej sprawie musi naprawdę postępować wyjątkowo ostrożnie. Zabójca może znowu uderzyć bez jakiegokolwiek ostrzeżenia…

HARLAN COBEN

Współczesny pisarz amerykański, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 od thrillera Nie mów nikomu, bestsellera w USA i Europie (zekranizowanego w 2006 przez Guillaume’a Caneta; obecnie w USA powstaje remake). Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki od wydawców, m.in. Bez pożegnania, Niewinny, W głębi lasu, Zaginiona, Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Schronienie, Zostań przy mnie, Kilka sekund od śmierci i Six Years, uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. W 2014 ukaże się jego nowy thriller Missing You.

www.harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU

BEZ POŻEGNANIA

JEDYNA SZANSA

TYLKO JEDNO SPOJRZENIE

NIEWINNY

W GŁĘBI LASU

ZACHOWAJ SPOKÓJ

MISTYFIKACJA

NA GORĄCYM UCZYNKU

KLINIKA ŚMIERCI

ZOSTAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ

Myron Bolitar

BEZ SKRUPUŁÓW

KRÓTKA PIŁKA

BEZ ŚLADU

BŁĘKITNA KREW

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

OSTATNI SZCZEGÓŁ

NAJCZARNIEJSZY STRACH

OBIECAJ MI

ZAGINIONA

WSZYSCY MAMY TAJEMNICE

Mickey Bolitar

SCHRONIENIE

KILKA SEKUND OD ŚMIERCI

Jako współautor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZY

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału:

SECONDS AWAY

Copyright © Harlan Coben 2012

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2013

Redakcja: Beata Słama

Ilustracja na okładce: miha19750405/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-174-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla mojego chrześniaka, Henry’ego Armstronga

1

Są w życiu chwile, które wszystko zmieniają.

Nie mówię o takich drobnych sprawach, jak – powiedzmy – które płatki owsiane będą twoimi ulubionymi, czy w liceum będziesz chodził na kursy przygotowawcze na poziomie uniwersyteckim, w której dziewczynie się zakochasz albo gdzie będziesz mieszkał przez następne dwadzieścia lat. Mam na myśli gruntowną zmianę. W jednym momencie twój świat jest taki, a w następnym – pstryk! – całkiem się zmienia. Wszystko, co uważałeś za niezmienną rzeczywistość, wszystkie reguły, wywraca się do góry nogami.

I tak góra staje się dołem. Lewa ręka zamienia się w prawą.

Śmierć staje się życiem.

Patrząc na tę fotografię, uświadomiłem sobie, że taka gwałtowna zmiana zawsze zachodzi w ciągu zaledwie kilku sekund. To, co widziałem, nie miało sensu, więc zamrugałem i popatrzyłem jeszcze raz – jakbym się spodziewał, że coś na tym zdjęciu się zmieni. Nic się nie zmieniło.

To była stara czarno-biała fotografia. Szybko policzywszy w myślach, doszedłem do wniosku, że została zrobiona prawie siedemdziesiąt lat temu.

– To niemożliwe – powiedziałem.

Nie mówiłem do siebie, wyjaśniam na wypadek, gdybyście pomyśleli, że jestem czubkiem. (Co i tak wkrótce pomyślicie). Mówiłem do Nietoperzycy. Stała kilka kroków ode mnie w tej swojej białej sukni i milczała. Miałem wrażenie, że jej długie siwe włosy poruszały się nawet wtedy, gdy stała nieruchomo. Jej skóra była cienka i pomarszczona jak stary dokument, który ktoś zbyt wiele razy składał i rozkładał.

Nawet jeśli nie znacie akurat tej Nietoperzycy, to jakąś znacie na pewno. To ta upiorna staruszka, która mieszka w niesamowitym domu w pobliżu. Każde miasteczko ma taką. Na szkolnym podwórku słyszy się opowieści o wszystkich tych okropnych rzeczach, jakie ci zrobi, jeśli kiedyś cię złapie. Gdy jesteś mały, trzymasz się od niej z daleka, a gdy jesteś trochę starszy – w moim przypadku druga klasa liceum – no cóż, wciąż trzymasz się z daleka, ponieważ, chociaż wiesz, że to nonsens i jesteś za duży, żeby wierzyć w takie bajdy, jej dom nadal cię przeraża.

A jednak byłem tu, w jej legowisku, i gapiłem się na fotografię ukazującą coś, co – jak wiedziałem – nie mogło być tym, na co mi wyglądało.

– Co to za facet? – zapytałem.

Jej głos skrzypiał jak stare deski podłogi pod naszymi nogami.

– Rzeźnik z Łodzi – szepnęła.

Mężczyzna na zdjęciu nosił mundur Waffen SS z drugiej wojny światowej. Krótko mówiąc, był sadystycznym nazistą, który – według Nietoperzycy – zamordował mnóstwo ludzi, w tym jej ojca.

– A kiedy zostało zrobione to zdjęcie?

Nietoperzyca wyglądała na zaskoczoną tym pytaniem.

– Nie jestem pewna. Chyba w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim lub czterdziestym trzecim roku.

Znów popatrzyłem na mężczyznę na zdjęciu. Myśli wirowały mi w głowie. Nic nie miało sensu. Usiłowałem trzymać się tego, czego byłem pewny: wiedziałem, że nazywam się Mickey Bolitar. Dobry początek. Jestem synem Brada (zmarłego) i Kitty (na odwyku) Bolitarów, a teraz pozostaję pod opieką mojego wujka, Myrona Bolitara (którego toleruję). Uczęszczam do liceum w Kasselton, gdzie jestem nowym, próbującym się dopasować, a ta fotografia świadczy o tym, że albo mam omamy, albo zwariowałem.

– Co się stało, Mickey? – zapytała Nietoperzyca.

– Co się stało? – powtórzyłem. – Żartuje pani, prawda?

– Nie rozumiem.

– To jest Rzeźnik z Łodzi? – Wskazałem zdjęcie.

– Tak.

– I sądzi pani, że zginął pod koniec drugiej wojny światowej?

– Tak mi powiedziano. Mickey, czy ty coś wiesz?

Wróciłem myślami do mojego pierwszego spotkania z Nietoperzycą. Szedłem do nowej szkoły, gdy nagle pojawiła się w drzwiach zaniedbanego domu. O mało nie wrzasnąłem. Wyciągnęła do mnie chudą rękę i powiedziała kilka słów, które uderzyły mnie jak cios pięścią: „Mickey – nie miałem pojęcia, skąd zna moje imię – twój ojciec nie umarł”.

Od tego rozpoczęła się szalona podróż, która zaprowadziła mnie do… do tego zdjęcia.

Oderwałem od niego wzrok.

– Dlaczego mi to pani powiedziała?

– Co powiedziałam?

– Że mój ojciec nie umarł. Dlaczego mi to pani powiedziała?

Milczała.

– Przecież ja tam byłem – tłumaczyłem drżącym głosem. – Na własne oczy widziałem, jak umiera. Dlaczego powiedziała pani coś takiego?

– Powiedz mi, powiedz, co pamiętasz – poprosiła skrzekliwym głosem.

– Poważnie?

W milczeniu podwinęła rękaw sukni i pokazała mi tatuaż, który świadczył o tym, że przeżyła obóz śmierci w Auschwitz.

– Ja ci opowiedziałam, jak umarł mój ojciec – przypomniała. – Teraz twoja kolej. Powiedz, co się stało. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Rozejrzałem się po ciemnym pokoju. Na starym adapterze wirował winylowy krążek z piosenką Time Stands Still HorsePower. Moja mama była fanką tego zespołu. Kiedy była celebrytką, zanim pojawiłem się na świecie i przekreśliłem wszystkie jej marzenia, chodziła z nimi na przyjęcia. Nad kominkiem Nietoperzycy stało to przeklęte zdjęcie, ukazujące piątkę hipisów z lat sześćdziesiątych we własnoręcznie farbowanych koszulkach z motylem na piersi.

– Powiedz – powtórzyła Nietoperzyca.

Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko. Tak trudno było tam wrócić, a jednak wydawało mi się, że robię to każdej nocy.

– Jechaliśmy do San Diego, mój ojciec i ja. Grało radio. Śmialiśmy się.

To pamiętałem najlepiej. Sposób, w jaki się śmiał.

– W porządku. Co było potem?

– Na nasz pas zjechał SUV i zderzył się z nami czołowo. Bum i tyle. – Zamilkłem na moment. Niemal czułem ten straszliwy wstrząs, napór pasa bezpieczeństwa i nagły skok w ciemność. – Samochód dachował. Kiedy się ocknąłem, byłem uwięziony. Strażacy próbowali mnie uwolnić.

– A twój ojciec?

Spojrzałem na nią.

– Pani znała mojego ojca, prawda? Wujek mówił mi, że był w tym domu, kiedy był mały.

Nie odpowiedziała.

– Twój ojciec. Co się z nim stało? – nalegała.

– Pani wie.

– Powiedz mi.

Widziałem go oczami duszy.

– Tata leżał na plecach. Miał zamknięte oczy. Wokół jego głowy zbierała się kałuża krwi.

Serce podskoczyło mi do gardła.

Nietoperzyca wyciągnęła do mnie kościstą rękę.

– W porządku.

– Nie – warknąłem gniewnie – nic nie jest w porządku. Ani trochę. Ponieważ, widzi pani, ojcem zajmował się sanitariusz. Miał jasne włosy i zielone oczy i w końcu na mnie popatrzył, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, pokręcił głową. Tylko raz. I wiedziałem. Wyraz jego twarzy powiedział mi wszystko. To był koniec. Mój ojciec nie żył. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, był ojciec leżący na noszach, zabierany przez tego sanitariusza o jasnych włosach i zielonych oczach.

Nietoperzyca milczała.

– A to? – Wskazałem czarno-białą fotografię i powiedziałem zduszonym głosem, ze łzami spływającymi po twarzy: – To nie jest zdjęcie jakiegoś starego nazisty. To zdjęcie tego sanitariusza.

Twarz Nietoperzycy, już w najbielszym odcieniu bieli, zrobiła się jeszcze bledsza.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie. Pani Rzeźnik z Łodzi. To on był tym sanitariuszem, który zabrał mojego ojca.

Jej reakcja mnie zaskoczyła.

– Jestem zmęczona, Mickey. Musisz już iść.

– Żartuje pani sobie, prawda? Kim jest ten facet? Dlaczego zabrał mojego ojca?

Uniosła rękę do ust.

– Czasem pragniemy czegoś tak bardzo, że bierzemy nasze życzenia za prawdę. Rozumiesz?

– Ja wcale nie chcę, żeby to było zdjęcie tamtego sanitariusza. Tak po prostu jest.

Pokręciła głową, a jej sięgające do pasa włosy zafalowały.

– Pamięć jest taka zawodna. Przekonasz się o tym, kiedy będziesz starszy.

– Mówi pani, że się mylę?

– Gdyby Rzeźnik jakimś cudem przeżył, dziś miałby prawie dziewięćdziesiąt lat. Byłby za stary na sanitariusza.

– Wcale nie mówiłem, że to dziewięćdziesięciolatek. Jest w tym samym wieku, co ten na zdjęciu.

Nietoperzyca popatrzyła na mnie tak, jakbym to ja był stuknięty. Nagle uświadomiłem sobie, jak to wszystko brzmi – jak majaczenie wariata. Piosenka się skończyła i zaczęła następna. Nietoperzyca cofnęła się o krok, zamiatając drewnianą podłogę rąbkiem białej sukni. Przeszyła mnie wzrokiem.

– No co? – spytałem.

– Czas, żebyś już poszedł. I może nie zobaczysz mnie przez jakiś czas.

– Nie rozumiem.

– Pomyliłeś się.

Łzy stanęły mi w oczach.

– Myśli pani, że mógłbym zapomnieć tę twarz? Sposób, w jaki na mnie spojrzał, zanim zabrał mojego ojca?

W jej głosie zabrzmiała stalowa nuta.

– Wyjdź, Mickey.

– Nie…

– Wynoś się!

2

Godzinę później siedziałem na podwórku za moim domem – a raczej za domem mojego wujka Myrona – i opowiadałem o tym Emie. Jak zawsze była ubrana w czerń pasującą do odcienia jej włosów. Oczy miała podkreślone czarnym tuszem, na środkowym palcu nosiła pierścionek z trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, a w uszach więcej kolczyków, niż mogłem zliczyć.

Zazwyczaj była w ponurym nastroju, ale teraz patrzyła na mnie tak, jakby nagle wyrosła mi trzecia ręka.

– I tak po prostu wyszedłeś? – spytała.

– A co miałem zrobić? Wydusić ze staruszki informacje?

– Nie wiem. Ale jak mogłeś tak po prostu wyjść?

– Ona poszła na górę. Co powinienem zrobić, pójść za nią? Załóżmy, że… Sam nie wiem… Załóżmy, że zaczęłaby się rozbierać albo coś.

– Fuj – prychnęła Ema. – To by było ohydne.

– Widzisz?

Ema nie skończyła jeszcze piętnastu lat, ale zrobiła już sobie sporo tatuaży. Nie miała nawet metra sześćdziesięciu i przez większość naszej społeczności była uważana za otyłą. Kiedy poznaliśmy się zaledwie kilka tygodni temu, podczas lunchu siedziała sama przy stoliku dla wyrzutków. Twierdziła, że tak woli.

Teraz spojrzała na czarno-białe zdjęcie.

– Mickey?

– Taak?

– Chyba nie wierzysz, że to ten sam facet.

– Wiem, że to brzmi głupio, ale…

Urwałem.

Ema miała coś w sobie. Pancerz, który pokazywała całemu światu, był gruby i brzydki. Nie była ładna, ale kiedy patrzyła na mnie – tak jak teraz – wielkimi piwnymi oczami, z malującymi się na twarzy skupieniem i troską, wyglądała cudownie.

– Mów – zachęciła mnie.

– Ten wypadek – zacząłem – to była najgorsza chwila w moim życiu razy dziesięć. Ojciec… – Napłynęła fala wspomnień. Byłem jedynakiem. Przez prawie całe moje życie mieszkaliśmy za granicą, radośnie przemierzając najbardziej odludne zakątki świata. Uważałem, że jesteśmy beztroskimi nomadami, członkami międzynarodowej bohemy pracującymi dla różnych organizacji dobroczynnych. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele się za tym kryło.

– W porządku – szepnęła Ema.

Jednak trudno mi było powiedzieć coś więcej. Kiedy tak dużo podróżujesz, nie masz wielu (a właściwie żadnych) przyjaciół. Był to jeden z powodów, dla których tak bardzo chciałem gdzieś osiąść, a ojciec w końcu zrezygnował z pracy, pojechał z nami do Kalifornii, zapisał mnie do prawdziwej szkoły i… no cóż, umarł. Tak więc widzicie, że to, co zdarzyło się po naszym powrocie do Stanów Zjednoczonych – śmierć ojca, staczanie się matki – było moją winą. Jakkolwiek by na to patrzeć, odpowiedzialny za to wszystko byłem ja.

– Jeśli nie chcesz mi powiedzieć… – zaczęła Ema.

– Nie, chcę.

Znów spojrzała na mnie tymi wielkimi oczami, które wydawały się takie skupione, pełne zrozumienia i sympatii.

– Ten wypadek zabrał mi wszystko – podjąłem. – Zginął ojciec. Mama się załamała.

Nie fatygowałem się opisywaniem tego, co się działo ze mną – że jestem przekonany, iż nigdy się z tym nie pogodzę. To nie miało już znaczenia. Próbowałem wrócić do sanitariusza i mężczyzny z fotografii.

– Kiedy doświadczysz czegoś takiego – teraz mówiłem trochę wolniej – kiedy coś wydarzy się tak nagle i zniszczy całe twoje życie… pamiętasz wszystko, co było z tym związane. Każdy szczegół. Czy to, co mówię, ma sens?

– Jasne.

– No więc ten sanitariusz… On pierwszy mi powiedział, że ojciec odszedł. Trudno zapomnieć, jak ktoś taki wyglądał. Trudno i już.

Przez minutę siedzieliśmy w milczeniu. Spojrzałem na obręcz kosza. Wujek Myron, kiedy się dowiedział, że będę z nim mieszkał, zamocował nową. Obaj znajdowaliśmy pocieszenie w koszykówce, w powolnym dryblowaniu, w rzutach z wyskoku, w dźwięku, jaki wydaje piłka, przelatując przez siatkę. Koszykówka to jedyne, co łączy mnie z wujkiem, z którym muszę mieszkać i któremu nie mogę do końca wybaczyć.

Nie mogę wybaczyć jemu i chyba nie mogę wybaczyć sobie.

Może to jeszcze jedna rzecz, która łączy mnie z wujkiem Myronem.

– Nie urwij mi głowy, dobrze? – odezwała się Ema.

– Dobrze.

– Rozumiem wszystko, co powiedziałeś. Wiesz o tym. I… no cóż, miniony tydzień był zwariowany. O tym także wiem. Czy jednak możemy przez moment spojrzeć na to racjonalnie?

– Nie.

– Co?

– Wiem, jak to wygląda, jeśli spojrzeć na to racjonalnie. Jakbym nadawał się do domu bez klamek.

Ema się uśmiechnęła.

– No taak, coś w tym jest. Jednak na wszelki wypadek omówmy to krok po kroku, dobrze? Żeby się upewnić, że niczego nie pokręciłam.

Niechętnie skinąłem głową.

– Po pierwsze – podniosła palec z paznokciem pomalowanym lakierem w kolorze pinot noir – w zeszłym tygodniu, idąc do szkoły, przechodzisz obok domu tej niesamowitej Nietoperzycy i chociaż jej nie znasz i nigdy wcześniej nie widziałeś, ona mówi ci, że twój ojciec żyje.

– Zgadza się.

– Upiorne, no nie? Chcę powiedzieć: skąd wiedziała, kim jesteś, że twój ojciec zginął, i co ją napadło, żeby mówić coś takiego?

– Nie mam pojęcia.

– Ja też nie. Zatem przejdźmy do punktu drugiego. – Ema podniosła drugi palec, ten, na którym nosiła pierścionek z trupią czaszką, z paznokciem pomalowanym kanarkowożółtym lakierem. – Tydzień później, kiedy udaliśmy się do piekła i z powrotem, Nietoperzyca mówi ci, że naprawdę nazywa się Lizzy Sobek i jest tą słynną bohaterką, której od zakończenia drugiej wojny światowej nikt nie widział. Potem wręcza ci zdjęcie tego starego nazisty, który zabił jej ojca. A ty uważasz, że to ten sam mężczyzna, który zabrał twojego ojca na noszach. – Ema rozłożyła ręce. – Czy tak można to podsumować?

– Owszem.

– W porządku, teraz do czegoś dochodzimy.

– Naprawdę?

Uciszyła mnie machnięciem ręki.

– Na moment pomińmy to, że ten facet jakimś cudem przez siedemdziesiąt lat nie postarzał się ani o jeden dzień.

– Dobrze.

– Jest jeszcze coś: zawsze opisujesz tego sanitariusza jako blondyna o zielonych oczach.

– Zgadza się.

– To zapamiętałeś najlepiej, prawda? Zielone oczy. Zdaje się, że mówiłeś, iż miały żółte obwódki wokół źrenic czy coś takiego.

– Zgadza się. I co?

– Wiesz co, Mickey? – Ema przechyliła głowę, jej głos złagodniał. – To jest czarno-biała fotografia.

Nic nie powiedziałem.

– Nie widać na niej innych kolorów. Skąd mógłbyś wiedzieć, na przykład, że jego oczy były zielone? Nie mógłbyś, prawda?

– Chyba nie – usłyszałem swój głos.

– No to wyłóżmy kawę na ławę. Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? Ten, w którym Rzeźnik z Łodzi trochę przypomina sanitariusza, a resztę sobie wyobraziłeś, czy ten, w którym dziewięćdziesięcioletni nazista jest teraz młodym sanitariuszem pracującym w Kalifornii?

Oczywiście miała rację. Wiedziałem, że nie myślę trzeźwo. W zeszłym tygodniu zostałem pobity i niemal zamordowany. Widziałem, jak człowiek dostał kulę w głowę, i musiałem stać bezradnie, podczas gdy Emie o mało nie poderżnięto gardła.

Nie wspominając o najbardziej szokującej sprawie.

Ema wstała, otrzepała ubranie i zaczęła się zbierać.

– Muszę już iść.

– Dokąd?

– Zobaczymy się jutro.

Wciąż tak robiła – znikała.

– Pozwól mi się odprowadzić – poprosiłem.

Ema wzięła się pod boki i ściągnęła brwi.

– Robi się późno. Może być niebezpiecznie.

– Żartujesz sobie, prawda? A ile ja mam lat, cztery? Jednak nie o to chodziło. Z jakiegoś powodu Emanie chciała pokazać mi, gdzie mieszka. Zawsze znikała w lesie. Szybko staliśmy się bliskimi przyjaciółmi, może najlepszymi, jakich oboje kiedykolwiek mieliśmy, lecz nadal sporo przed sobą zatajaliśmy.

Kiedy Ema była już na końcu podwórka, przystanęła.

– Mickey?

– Co?

– To zdjęcie…

– Tak?

Zastanowiła się, zanim to powiedziała.

– Nie uważam cię za wariata.

Czekałem, aż powie coś więcej. Nie zrobiła tego.

– Więc co? Jeśli nie jestem wariatem, to kim? Żywię złudne nadzieje?

Ema zastanowiła się nad tym.

– Pewnie tak. Jednak jest jeszcze druga strona medalu.

– Jaka?

– Może ja też zwariowałam, ale ci wierzę.

Wstałem i podszedłem do niej. Mam metr dziewięćdziesiąt, więc jestem o wiele od niej wyższy. Tworzyliśmy dziwną parę. Spojrzała na mnie i powiedziała:

– Nie wiem jak ani dlaczego i, owszem, znam wszystkie argumenty przeciwko temu, jednak ci wierzę.

Byłem jej taki wdzięczny, że chciało mi się płakać.

– Pytanie tylko, co z tym zrobimy? – dodała Ema.

Uniosłem brew.

– My?

– Jasne.

– Nie tym razem, Emo. Nie będę już więcej narażał cię na niebezpieczeństwo.

Znowu ściągnęła brwi.

– Dlaczego jesteś taki protekcjonalny?

– Sam muszę sobie z tym poradzić.

– Nie, Mickey, nie musisz. Cokolwiek to jest, ta sprawa dotycząca ciebie i Nietoperzy, wchodzę w to.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc poprzestałem na następującej propozycji:

– Prześpijmy się z tym i porozmawiajmy rano, dobrze?

Odwróciła się i zamierzała odejść.

– Wiesz, co jest zabawne? – rzuciła przez ramię.

– Co?

– To wszystko zaczęło się od stukniętej staruszki mówiącej ci, że twój ojciec żyje. Teraz jednak… cóż… wcale nie mam pewności, czy ona jest stuknięta.

Ema znikła w mroku nocy. Ja podniosłem piłkę i zatopiłem się – tak, wiem, jak to zabrzmi – w graniczącej z zen sztuce rzucania. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, tęskniłem za odrobiną spokoju i ciszy.

Jednak nie było mi to dane.

Myślałem, że jest niedobrze, ale wkrótce dowiedziałem się, że może być jeszcze gorzej.

3

Właśnie miałem wykonać rzut z wyskoku, gdy usłyszałem samochód wujka Myrona.

Myron Bolitar był w miasteczku swego rodzaju sportową legendą. Należały do niego wszystkie rekordowe wyniki w koszykówce, w college’u zdobył dwa tytuły w finałach NCAA1 i został wybrany w pierwszym zaciągu do drużyny Boston Celtics. Niespodziewana kontuzja kolana zakończyła jego karierę w NBA, zanim ta naprawdę się zaczęła.

Zawsze słyszałem, jak mój tata – młodszy brat Myrona – mówił, jakim ciosem było to dla mojego wuja. Ojciec kochał i podziwiał Myrona – dopóki moja matka nie zaszła w ciążę, a potem urodziła mnie. Łagodnie mówiąc, Myron nie akceptował mojej matki. Wyraził to, jak się domyślam, bardzo dosadnie. Bracia się o to pokłócili, co doprowadziło do tego, że Myron uderzył mojego ojca pięścią w twarz.

Nigdy więcej się nie widzieli ani ze sobą nie rozmawiali.

Teraz, oczywiście, było na to za późno.

Wiem, że Myron cierpi z tego powodu. Wiem, że to go dręczy i chciałby odkupić winę za moim pośrednictwem. Czego nie rozumie, to tego, że to nie ja powinienem mu wybaczyć. W moich oczach jest facetem, który przyczynił się do tego, że mój ojciec nie żyje, a matka uzależniła się od narkotyków.

– Cześć – powiedział Myron.

– Cześć.

– Jadłeś coś?

Kiwnąłem głową i rzuciłem. Myron złapał odbitą od tablicy piłkę i odrzucił ją do mnie. Boisko do kosza wiele znaczyło dla nas obu. Obaj to rozumieliśmy. Było neutralnym gruntem, ziemią niczyją, na której obowiązywało zawieszenie broni. Rzuciłem znowu i się skrzywiłem. Myron to zauważył.

– Eliminacje za dwa tygodnie, tak? – zapytał.

Mówił o naborze do licealnej drużyny koszykówki. Przyznam, że miałem nadzieję pobić te jego stare rekordy. Pokręciłem głową.

– Zostały przesunięte.

– Na kiedy?

– Na poniedziałek.

– O, szybko. Jesteś podekscytowany?

Oczywiście, że byłem. Bardzo. Jednak tylko wzruszyłem ramionami i znowu rzuciłem.

– Jesteś dopiero w drugiej klasie – zauważył Myron. – Do szkolnej drużyny nie biorą zbyt wielu drugoklasistów.

– Ty zacząłeś jako drugoklasista, no nie?

– Touché. – Myron znów mi podał i zmienił temat: – Wciąż jesteś obolały po zeszłej nocy? – zapytał.

– Trochę.

– Może więcej niż trochę?

– O co ci chodzi?

– Zastanawiam się, czy powinienem zawieźć cię do lekarza.

Pokręciłem głową.

– Jestem tylko obolały.

– Chcesz porozmawiać o tym, co się stało?

Nie chciałem.

– Wydaje mi się, że naraziłeś siebie i innych na niebezpieczeństwo – rzekł wujek Myron.

Zastanawiałem się, jak najlepiej ukryć prawdę. Myron znał część faktów. Policja również. Nie mogłem powiedzieć im wszystkiego. I tak pewnie by mi nie uwierzyli. Do licha, sam w to nie wierzyłem.

– Bohaterstwo zawsze ma swoje konsekwencje, Mickey – powiedział łagodnie. – Nawet jeśli jesteś pewny, że postępujesz słusznie. Przekonałem się o tym na własnej skórze.

Popatrzyliśmy na siebie. Myron chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na numer dzwoniącego i na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie.

– Przepraszam, ale muszę odebrać.

Odszedł w głąb podwórka, pochylił głowę i zaczął rozmawiać.

„Naraziłeś siebie i innych na niebezpieczeństwo… ”

Gdyby chodziło tylko o mnie, mógłbym ryzykować, ale co z moimi przyjaciółmi? Co z tymi „innymi”? Odszedłem w przeciwną stronę i też wyjąłem z kieszeni komórkę.

Poszliśmy we czwórkę do tego parszywego nocnego klubu, żeby uratować Ashley: Ema i ja, oczywiście, a potem Łyżka i Rachel. Łyżka, tak jak Ema i ja, był outsiderem. Rachel wręcz przeciwnie.

Musiałem sprawdzić, co się z nimi dzieje.

Najpierw wysłałem SMS do Łyżki i otrzymałem automatyczną odpowiedź: W tym momencie nie mogę odpisać. W wyniku ostatnich wydarzeń mam szlaban do czasu, aż skończę 34 lata.

A potem, jak to on, dodał: Matka Abrahama Lincolna umarła w wyniku zatrucia mlekiem, mając 34 lata.

Uśmiechnąłem się mimo woli. Żeby nam pomóc, Łyżka „pożyczył” sobie firmową furgonetkę ojca. Jego rodzice byli bardzo troskliwi i nadopiekuńczy, podejrzewałem więc, że będzie miał największe kłopoty. Na szczęście Łyżka był bardzo pomysłowy. Nic mu nie będzie.

Wysłałem SMS do czwartej i ostatniej członkini naszej bandy: Rachel Caldwell. Jak ją opisać? Powiem po prostu: Rachel była, z braku lepszego określenia, najładniejszą dziewczyną w szkole. Zapewne w każdej szkole jest taka, jednak ona była znacznie więcej niż tylko superatrakcyjna, więc, proszę, nie przyczepiajcie mi zbyt szybko etykietki seksistowskiej świni. Odwaga i pomysłowość, jakie wykazała w tamtym okropnym miejscu, zapierały dech.

A jednak, jeśli mam być zupełnie szczery, jej uroda była pierwszą cechą, która przychodziła mi na myśl. I niemal każdemu w szkole.

W jaki sposób Rachel dołączyła do ledwie tolerowanego „nowego” (mnie), podającej się za emo lub gotkę „grubej dziewuchy” (Emy) i nerdowatego syna woźnego (Łyżki), wciąż pozostawało zagadką.

Zastanawiałem się, co jej napisać. Przyznaję, przy niej robiłem się nerwowy i niezdarny. Zaczynały mi się pocić ręce. Wiem, że powinienem być dojrzały i ponad to. Najczęściej jestem. A może nie. W każdym razie, po długich rozważaniach, co właściwie powinienem napisać, postukałem palcami w klawisze i rozpocząłem czarująco i elokwentnie: W porzo?

Jak widzicie, potrafię rozmawiać z kobietami jak nikt.

Czekałem na odpowiedź. Nie nadeszła. Kiedy wujek Myron skończył rozmawiać, przywlókł się do mnie lekko oszołomiony.

Zapożyczyłem tekst z SMS-a do Rachel i spytałem:

– Wszystko w porządku?

– Tak.

– Kto dzwonił?

Wydawało się, że jego głos dochodzi z daleka.

– Przyjaciel, od którego dawno nie miałem wiadomości.

– Czego chciał?

Myron odwrócił wzrok.

– Hej? – zachęciłem.

– Prosił o przysługę. Dość niezwykłą. – Myron spojrzał na zegarek. – Muszę lecieć. Powinienem wrócić za godzinę.

To rzeczywiście dziwne. Odezwała się moja komórka. Spojrzałem na wyświetlacz i kiedy zobaczyłem numer Rachel, mój puls lekko przyspieszył. Odsunąłem się od wujka i otworzyłem wiadomość od Rachel. Przeczytałem: Nie mogę teraz rozmawiać. Mogę zadzwonić później?

Natychmiast odpisałem: Pewnie, a potem zacząłem się zastanawiać, czy nie zabrzmiało to zbyt ochoczo i czy może powinienem był odczekać, no, jakieś osiem sekund, żeby nie wyglądało na to, że stoję, czekając na jej SMS.

Żałosne, no nie?

Myron pospieszył do samochodu, a ja poszedłem do kuchni i wziąłem z lodówki coś do jedzenia. Wyobraziłem sobie Rachel w domu, piszącą do mnie SMS. Byłem u niej tylko raz. Wczoraj. Mieszkała w rozległej posiadłości z wielkim domem i bramą przed podjazdem. Posiadłość wyglądała jak pustkowie, w którym człowiek jest bardzo samotny.

Na stole leżała lokalna gazeta, „West Essex Tribune”. Artykuł na pierwszej stronie dotyczył wizyty sławnej aktorki Angeliki Wyatt w naszym miasteczku. Plotka głosiła, że Angelica Wyatt nie tylko zamierza nakręcić tu film, ale również – cytując nagłówek:

MIEJSCOWE NASTOLATKI BĘDĄ ZATRUDNIONE JAKO STATYŚCI!

Ta możliwość ekscytowała wszystkich w liceum w Kasselton. Chłopcy z mojej szkoły, z których wielu nadal miało na ścianach swoich pokojów kontrowersyjny plakat Angeliki Wyatt w mokrym bikini, byli szczególnie podnieceni.

Natomiast ja miałem na głowie ważniejsze sprawy.

Odsunąłem gazetę na bok i wyjąłem fotografię Rzeźnika z łodzi. Położyłem ją na stole i zacząłem się w nią wpatrywać. Potem zamknąłem oczy, aby utrwalić sobie ten obraz w głowie. Wróciłem myślami do autostrady w Kalifornii, do wypadku, do uwięzienia w samochodzie, obrazu umierającego ojca oraz zielonych oczu z żółtymi obwódkami, które odebrały mi wszelką nadzieję.

W wyobraźni spojrzałem w twarz sanitariusza. Potem spróbowałem nałożyć w myślach ten obraz na zapamiętaną fotografię.

To był ten sam człowiek.

Jednak to niemożliwe. Może więc Rzeźnik ma syna, który wygląda tak samo jak on? Albo wnuka? A może postradałem zmysły?

Powinienem znów pójść do Nietoperzycy. Powinienem zażądać wyjaśnień.

Musiałem tylko wymyślić, w jaki sposób się do niej zbliżyć. Musiałem dobrze to przemyśleć, rozważyć każdą ewentualność i starać się rozumować logicznie. Ponadto miałem do przemyślenia coś jeszcze.

Jest takie stare powiedzenie: „Nie ma niczego pewnego poza śmiercią i podatkami”.

Ktokolwiek to powiedział, zapomniał o jednym: zadaniach domowych.

Zastanawiałem się, czy poprosić wujka Myrona, żeby napisał mi usprawiedliwienie:

Droga pani Friedman,

Mickey odda wypracowanie o rewolucji francuskiej z opóźnieniem, ponieważ ratował inną uczennicę, widział, jak, zastrzelono człowieka, został zbity na kwaśne jabłko i przesłuchany przez policję… Och, i widział zdjęcie pewnego starego nazisty, który przebrał się za kalifornijskiego sanitariusza i powiedział mu, że jego ojciec nie żyje.

Mickey odda wypracowanie w przyszłym tygodniu.

Nie. Nie sądziłem, żeby to coś dało. Ponadto nienawidzę słowa „opóźnienie”. Jak to jest, że używa się go tylko w związku ze szkołą? Jakby nie można było powiedzieć po prostu „później”.

Ludzie, potrzebowałem snu.

Mój pokój był przez zbyt wiele lat pokojem wujka Myrona. Mieścił się w piwnicy i mógłby uchodzić za „retro”, gdyby nie był tak totalnie obciachowy. Były tam plastikowy puf, lampa lava, a nawet trofea sprzed ponad dwudziestu lat.

Wypracowanie o rewolucji francuskiej miałem pisać z Rachel Caldwell. Nie znałem jej zbyt dobrze, ale wiedziałem, że jest jedną z tych dziewczyn, które zawsze oddają wypracowania w terminie. Znacie ten typ. Przychodzi na egzamin i jęczy, że obleje, a potem kończy pisać w rekordowym czasie, oddaje doskonałą pracę i resztę czasu poświęca na robienie dodatkowych notatek w zeszycie.

Nie ma mowy, żeby pozwoliła mi oddać wypracowanie z opóźnieniem.

Piętnaście minut później zadzwoniła moja komórka. Rachel.

Nacisnąłem odpowiedni klawisz i powiedziałem:

– Halo?

– Cześć.

– Cześć.

No taak. Naprawdę rewelacyjny tekst. Postanowiłem wesprzeć się tym, co szybko stawało się moją typową odzywką:

– Wszystko w porządku?

– Chyba tak.

Głos Rachel brzmiał dziwnie niepewnie.

– Zwariowana noc – zagaiłem.

– Mickey?

– Tak?

– Czy myślisz…

– Co?

– Nie wiem, Mickey. Czy to już koniec? Jakoś tego nie czuję.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Miałem takie samo wrażenie – jakby to był dopiero początek. Chciałem ją pocieszyć, ale nie zamierzałem kłamać.

– Nie wiem – odparłem. – Chcę powiedzieć, że to powinien być koniec. – Cisza. – Mamy napisać na jutro wypracowanie o rewolucji francuskiej – przypomniałem.

Znów cisza. Wyobraziłem ją sobie samą w tej pustej rezydencji. Nie podobało mi się to.

– Nie powinniśmy się tym zająć? – spytałem.

– Przepraszam, co powiedziałeś?

– Czy nie powinniśmy zabrać się do tego wypracowania? Wiem, że jest późno, ale mogę do ciebie przyjść albo możemy zrobić to przez telefon…

Nagle w słuchawce usłyszałem jakiś odgłos w tle.

Może Rachel jęknęła. Nie byłem pewny. Znowu jakieś hałasy.

– Rachel? – powiedziałem.

– Muszę iść, Mickey.

– Co?

– Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziała dziwnym, stanowczym tonem. – Muszę się czymś zająć.

– Czym?

– Zobaczymy się rano w szkole.

Rozłączyła się.

Jednak Rachel się myliła. Nie zobaczyłem jej rano, ponieważ rano wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

4

Zaczęło się od głośnego pukania do drzwi.

Śniłem o matce i ojcu. Byliśmy gdzieś, gdzie w prawdziwym życiu nigdy nie byłem, a moja matka, legendarna Kitty Bolitar, grała w tenisa.

Zanim zaszła w ciążę, moja siedemnastoletnia mama była zaliczana do ścisłej światowej czołówki tenisistek amatorek. Skończyła z tenisem, żeby mieć mnie. I nigdy nie wróciła na kort.

Niesamowite, prawda?

W tym śnie mama jest na środku kortu i rozgrywa jakiś ważny mecz. Na trybunach tłumy. Ja siedzę obok taty, ale on mnie nie widzi, tylko czule spogląda na mamę na korcie. Byli tacy szczęśliwi, ci moi rodzice. Większość małżeństw z dziećmi, no cóż, nie jest taka. Pewnie, jedzą razem, chodzą do kina i tak dalej, ale rzadko nawiązują kontakt wzrokowy. Po prostu przebywają w tej samej przestrzeni, ale może tak jest im wygodniej, nie wiem.

Jednak z moimi rodzicami było inaczej. Nie odrywali od siebie oczu, jakby nikt inny nie istniał, jakby zakochali się w sobie właśnie tego ranka, jakby byli gotowi pobiec przez łan stokrotek i ściskać się przy wtórze jakiejś ckliwej muzyczki.

Jako ich syn mogę wam powiedzieć, że to było męczące.

Zawsze zakładałem, że znajdę taką miłość. Teraz jednak jej nie chciałem. To niezdrowe. Czyni cię zbyt zależnym. Uśmiechasz się, kiedy to drugie się uśmiecha. Śmiejesz się, kiedy to drugie się śmieje. Tylko że gdy przestaje się śmiać, ty też przestajesz.

I kiedy umiera, umiera także część ciebie.

W moim śnie matka błyskawicznym forhendem zdobywa decydujący punkt.

Tłum krzyczy. „Gem, set, mecz – mówi czyjś głos. – Kitty Bolitar!”.

Mama podrzuca rakietę. Tłum zrywa się z miejsc. Ojciec klaszcze i ma łzy w oczach. Ja też próbuję wstać i klaskać, ale nie mogę. Jakbym był przyklejony do fotela. Spoglądam na ojca. On uśmiecha się do mnie, ale nagle zaczyna odpływać. „Tato?”. Szarpię się, ale nie mogę wstać. Ojciec unosi się w niebo. Mama do niego dołącza. Oboje machają, przywołując mnie. Mama krzyczy: „Pospiesz się, Mickey!”.

Ja jednak wciąż nie mogę się ruszyć.

„Zaczekajcie!” – wołam.

A oni nadal odpływają. Opieram obie ręce o poręcze fotela i próbuję podnieść się siłą woli. Nie mogę, jestem w pułapce. Rodzice są jeszcze w polu widzenia, ale już bardzo daleko.

Nigdy ich nie dogonię. Nabieram powietrza i jeszcze raz próbuję wstać.

I wtedy uświadamiam sobie, że ktoś mnie trzyma.

Na moim ramieniu spoczywa czyjaś dłoń. Bardzo silna. Przytrzymuje mnie.

„Puść!”.

Jednak dłoń zaciska się mocniej. Odwracam się i widzę, że stoi nade mną, z tą samą odbierającą wszelką nadzieję miną, zielonooki, jasnowłosy sanitariusz.

Pukanie do drzwi.

Sanitariusz znika. Moi rodzice też.

Znów byłem w swoim pokoju w piwnicy. Serce waliło mi jak młotem. Głośno wciągnąłem powietrze i spróbowałem się uspokoić. Pukanie stawało się coraz głośniejsze.

Dlaczego Myron nie otworzył drzwi?

Wygramoliłem się z łóżka i wszedłem po schodach.

Znów niecierpliwe pukanie.

– Idę! – krzyknąłem.

Gdzie jest Myron?

Dotarłem do drzwi. Wiedziałem, że powinienem zapytać: „Kto tam?”, ale po prostu je otworzyłem. Na progu stali dwaj policjanci w mundurach.

Cofnąłem się o krok.

– Mickey Bolitar?

– Tak.

– Jestem posterunkowy McDonald. A to posterunkowy Ball.

– Czy coś się stało? – zapytałem.

– Była strzelanina. Musisz pójść z nami.

5

Na moment odebrało mi mowę. Kiedy odzyskałem głos, zapytałem:

– Mój wujek?

– Słucham? – zapytał ten, który nazywał się Ball.

– Myron Bolitar. Mój wujek. Czy to on został postrzelony?

Ball spojrzał na McDonalda, a potem odwrócił się do mnie.

– Nie – odrzekł.

– To kto?

– Nie możemy rozmawiać z tobą o sprawie, synu.

– Muszę zapytać wujka.

– Słucham?

Ruszyłem po schodach na górę. Obaj policjanci weszli do domu.

– Myronie! – zawołałem.

Nie odpowiedział.

Wszedłem do jego sypialni. Łóżko było puste. Spojrzałem na zegar stojący na nocnej szafce. Była siódma. Domyśliłem się, że Myron wstał wcześniej i wyszedł, nie budząc mnie. To było do niego niepodobne.

Zszedłem po schodach.

– Jesteś gotowy pójść z nami? – zapytał Ball.

– Jestem o coś podejrzany?

– Ile masz lat, synu?

– Prawie szesnaście.

– Naprawdę musisz z nami pójść.

Nie wiedziałem, co robić, ale jakie miałem wyjście?

– Pozwólcie mi się ubrać – poprosiłem.

Zbiegłem do piwnicy. Moja komórka mrugała. Sprawdziłem wiadomości. Były dwie. Pierwsza od Emy. Wysłała ją o czwartej siedemnaście. Czy ta dziewczyna kiedyś śpi? Ema: musimy znaleźć tego sanitariusza który zabrał twojego tatę. Mam pomysł.

Ludzie, bardzo chciałem wiedzieć jaki, ale musiałem zaczekać.

Drugi SMS był od Myrona: Musiałem wyjść wcześnie i nie chciałem cię budzić. Miłego dnia.

Super. Próbowałem zadzwonić na komórkę Myrona, ale od razu zgłosiła się poczta głosowa. Po sygnale powiedziałem: