Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 209 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kijanki i kretowiska - Aleksandra Zielińska

Swoim powieściowym debiutem zachwyciła nie tylko krytyków. Teraz debiutuje jako autorka opowiadań – w równie błyskotliwym stylu!

Kijanki i kretowiska to zbiór opowiadań Aleksandry Zielińskiej, której debiutancka powieść została nominowana do Nagrody Conrada, a druga do Nagrody im. Witolda Gombrowicza. Jej proza jest gęsta od emocji i literackich nawiązań.
Pisarka mierzy się z problemem grozy dojrzewania na różnych etapach życia,  a wszystko to podaje z łatwością balansując między gatunkami. Wizje Zielińskiej tworzą intrygującą całość i nie pozwalają o sobie zapomnieć.

W piersi Tereski – ekspertki od rezonansu magnetycznego – wykryto guza. Dzień w dzień przed jej oczami przewijają się dziesiątki widm, ale wciąż brakuje tego jednego, najważniejszego. . .

Życie Lili Róż wywraca się nagle do góry nogami. Zmuszona przez zewnętrzne okoliczności przygotowuje się do spędzenia weekendu u siostry bliźniaczki, tej lepszej wersji samej siebie. Edyta mówi, że świat nie kończy się na byłych facetach, książkach i samej Lili Róż. Nie ma racji, a właśnie, że się kończy.

Życie Marty wygląda na idealne. Troskliwy, dobrze zarabiający mąż, udane dziecko. Wystarczy jednak jeden e-mail od Muzykanta z Muranowa, żeby była gotowa rzucić to wszystko w diabły. Nie, nie dla niego. On jest tylko iskrą, od której zajęło się to jej poukładane życie.

Aleksandra Zielińska, ur. 1989 – prozaiczka; zadebiutowała Przypadkiem Alicji (W.A.B. 2014), nominowanym do Nagrody Conrada; autorka powieści Bura i szał (W.A.B. 2016), znakomicie przyjętej przez krytykę i czytelników, nominowanej do Nagrody im. Witolda Gombrowicza.
Publikowała opowiadania m.in. w miesięczniku „Znak”, „Twórczości”. Jej proza była tłumaczona na niemiecki, ukraiński i czeski. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa oraz stypendium Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego Członkini zespołu literackiego przy Studiu Munka.

Opinie o ebooku Kijanki i kretowiska - Aleksandra Zielińska

Fragment ebooka Kijanki i kretowiska - Aleksandra Zielińska

Aleksandra Zielińska

KIJANKI I KRETOWISKA

Książka została wyróżniona stypendium Międzynarodowego

Funduszu Wyszehradzkiego.

Copyright © by Aleksandra Zielińska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Do zobaczenia, dziewczynki

Przestaniesz bać się guzików tego dnia, gdy woda wypełni płuca twojej siostry.

Ten dzień jest bardzo ciepły. Temperatura wybija się wysoko, coraz wyżej, niedługo zabraknie stopni i żar wypali zbiornik z alkoholem u samego szczytu szklanej menzurki. Liczysz biegle, pani na lekcjach matematyki lubi cię chwalić, często wzywa do tablicy, ale wcale nie czujesz wtedy strachu. Nie kulisz ramion, nie opuszczasz głowy jak inne dzieciaki, które myślą, że w ten sposób znikną z ławki, z listy obecności, z myśli nauczycielki i jakoś przeczekają do dzwonka. Ty się nie boisz, lubisz stawać z kredą przed czarną taflą i rysować znaki. Jesteś leworęczna, co niepokoiło przedszkolanki. Z zerówki przynosiłaś uwagi w dzienniczku, sugerujące, że rodzice powinni coś z tym zrobić, takie to jeszcze czasy, gdy bycie mańkutem naznaczało. Rodzice nigdy nie zwrócili ci uwagi, nie przekładali ołówka z ręki do ręki, nie wiązali łokcia do klatki piersiowej, w końcu nie bili. Wystarczy, że twój ojciec przechodził przez to wszystko jako dziecko i do dzisiaj stawia nieczytelne węże i hieroglify, choć poprawnie, bo z prawej. Zatem dobrze liczysz, to się potem pogorszy z bardzo prozaicznej przyczyny, ale trzeba będzie dwóch klas podstawówki i dwóch dwój, aby ktoś zorientował się, o co chodzi. Zaczną ci się problemy ze wzrokiem, ze swojej ławki przy oknie przestaniesz rozróżniać cyfry na tablicy, zaczniesz je mieszać i mylić, nie będziesz nadążać za nauczycielką i resztą dzieci. Minusy w twoich oczach będą rosły jak plusy na termometrze.

Ale dziś jest dzisiaj, masz osiem lat i wzrok sokoła, potrafisz wypatrzeć cienkie nóżki pasikoników w trawie i znaleźć dzięcioła na wysokiej jabłoni. Widzisz dużo, widzisz wszystko, czasem więcej, niżbyś chciała ty albo twoi rodzice. Dzieci się podśmiewują, gdy w słoiku zamykasz wodę z jeziora, ale tylko ty wiesz, że pod powierzchnią unoszą się przezroczyste ciała rozwielitek. Cenisz sobie zmysł obserwacji, czujesz się ważna i cenna, możesz pomagać mamie lub tacie. Opiekujesz się siostrą, Iga ma dwa lata, ty masz lat osiem i nie boisz się prawie niczego.

Nie boisz się prawie niczego poza jedną rzeczą, ale nie rozróżniasz, czy chodzi o strach, czy bardziej o samo obrzydzenie, niepokój i tę suchą torsję, jaka rośnie ci u podstawy żołądka na widok guzików. To trwa, odkąd pamiętasz, odkąd w ogóle nauczyłaś się rejestrować w głowie obrazy i myśli. Pierwszy jest ten płytszy brzeg jeziora, którym spacerowałaś z tatą. Pamiętasz jego wielką, szorstką dłoń, zamykała się na twojej własnej. Potrafisz przywołać mętną taflę, a na niej szeroko rozstawione nogi pająków pływaków, gdzieś tam przy brzegu kadru są fale zielonej rzęsy i trzciny. Tata podwinął spodnie, buty zostawił w trawie, pierwszy stawiał kroki, wpatrywał się w dno, aby wypatrzeć szczeżuje, które mogłyby poranić ci nogi. Masz wzrok po tacie, wzrok i tę lewą rękę.

Nie lubisz wracać myślami do drugiego wspomnienia. Wolisz ten czerwiec, ten upał, ten ukrop z nieba, w końcu ten dzień, co tak dobrze się zapowiadał. Stoisz w ogrodzie, jesteś boso, trawa łaskocze cię w stopy, nie czuć już rosy, choć wciąż jest wcześnie, dopiero co skończyło się śniadanie. Masz na sobie kostium kąpielowy, taki jednoczęściowy, trochę za mały, bo rośniesz bardzo szybko, a kolorowe tasiemki cię zatrzymują, naciskają na ramiona, więc trochę się garbisz, ale to nic, lato dopiero się zaczyna, będziesz miała jeszcze inne stroje. Za plecami stoi dom, na podjeździe dwa wielkie tiry, wokół domu ogród, wokół ogrodu płot, oto zbiór zamknięty. Za płotem ciągną się pola, sady, inne domy, w końcu reszta wsi, za wsią droga, droga do innych wsi, miasteczek i miast. Jesteś maleńka w tym korcu maku.

Drugie wspomnienie łączy się z czerwonym płaszczykiem, który dostałaś od babci, niebabci, tej przyszywanej mamy twojej mamy. Nie łączą was więzy krwi, ale więzy prawa, pięści i przysiąg w urzędzie stanu cywilnego, które scaliły tę kobietę z dziadkiem wdowcem. Płaszczyk był czerwony, uszyty z kawałków wełny przez babcię, niebabcię, ale nieco za duży, aby starczyło na co najmniej dwie zimy. Lubiłaś dotyk wełny, wcale cię nie mierził, nie gryzł, nie czerwienił skóry, nie zaogniał atopii, ale w tym wypadku nie chciałaś dotknąć płaszczyka nawet małym palcem.

Guziki. Rząd trzech wielkich plastikowych guzików, przyszytych wzdłuż poły. Czułaś i czujesz obrzydzenie na samą o nich myśl. Nie mogłaś ich dotknąć, a jeśli już, to od razu myłaś ręce, rosła ci gruda w gardle. Wszystkie te straszne popołudnia w niedziele, gdy mama próbowała ubrać cię w płaszczyk, a ty wyrywałaś się, wiłaś, byłaś jak ta schwytana rozwielitka, z natury na przegranej pozycji. Stałaś potem w lewej nawie i nie ruszałaś się przez całą mszę, aby tylko uniknąć kontaktu z plastikiem. To śmieszne i irracjonalne, te twoje guziki. Wszystkie, metalowe, plastikowe, duże, małe, a najgorsze te półprzezroczyste przy białych koszulach. Nawet samo słowo. Gdy będziesz dorosłą kobietą, dowiesz się, że istnieje taka fobia, koumpounofobia, cierpi na nią prawie pięćset osób w kraju. Ale przez te osiem lat swego życia będziesz uważać się za wariatkę. I tak jak byłaś dumna ze swej leworęczności i obnosiłaś ten stygmat, tak o fobii bałaś się cokolwiek pisnąć. Dlaczego? Może guziki kojarzyły ci się z wypryskami na skórze, okrągłymi guzami, odwłokami spasionych kleszczy, może chodziło o otwory na nitkę, te czarne dziury.

Ale dziś jest dzisiaj, świeci słońce, ani grama chmury na niebie, żadnego puchu nad głową, w którym można doszukać się nowych kształtów, nic, tylko słońce i ostre promienie, które przechodzą przez płot, i krótkie cienie tną trawnik. Na środku ogrodu stoi basen, kupiony zeszłej jesieni na wyprzedaży. Jego krawędzie są wyższe od ciebie, a powierzchnia wydaje ci się równa jezioru za wioską, a nawet morzu, które do tej pory widziałaś na zdjęciach w gazetach lub w telewizji. Tato wstał wcześnie i podciągnął węża z garażu, połączył go z arteriami rur w domu i pozwolił wodzie płynąć. Boki basenu puchły, poszerzały się, rosły, słyszałaś, jak napina się plastik. Chwała za to słońce, woda szybko się ociepli, zaraz wskoczysz do środka. Ty, wszystkie te dmuchane zabawki i siostrzyczka.

Nie umiesz pływać, nie miałaś bliskiego kontaktu z głębią, nigdy nie czułaś swobody unoszenia się w wodzie. Kąpiele w wannie się nie liczą, spacery z tatą tylko trochę. Twój tato pływa doskonale, to dla niego podstawowa forma odpoczynku po trasie. Wiesz, że gdy wróci po rozładunku towaru, gdy tir o wielkich kołach stanie na podjeździe, można się przygotować do wycieczki. Tato się nie przebiera, wciąż ma na sobie koszulkę i dżinsy, a wszystko upstrzone czarnymi plamami smaru. Przynosisz z łazienki ręcznik, kostkę jasnoróżowego mydła i wkładasz rękę w rękę taty. Idziecie drogą przez wieś, a czasem masz wrażenie, że wracacie do tego brzegu jeziora, gdzie przydenny nurt przewracał szczeżuje pod stopami.

Czasem idzie z wami pies, ale nie interesuje go woda, interesują go te wszystkie zapachy, jakie nad wodą wiszą. Więc i on wisi nosem nad zamulonym brzegiem, wciska nozdrza między deski pomostu, trąca łapą zielony dywan z rzęsy. W dywanie zostają dziury, ale zaraz ruch wody wszystko wyrównuje, na koniec woda zrówna wszystko.

Przechodzicie przez łąkę sąsiada, cały brzeg zarośnięty. Trzeszczą suche trzciny, puchną brązowe rolki kotków, co jesienią tak wypęcznieją, że pękną i w powietrzu zawisną kłębki puchu jak kłębki kociej sierści. Iga lubi i lubiła je łapać, wkrótce przestanie. Więc przechodzicie przez tę łąkę, wspinacie się na pomost i gdy gruby trzcinowy mur zostaje za plecami, zobaczyć można całą powierzchnię jeziora. Na jeziorze pływają łódki, w łódkach siedzą mężczyźni z wędkami, łapią szczupaki na spinning, czasem widać na tle nieba, jak skrzy się srebrna blacha.

Tato ściąga przepocone ubranie i wskakuje do wody, nad jego głową zamyka się tafla i przez tych kilka sekund boisz się, że już nie wypłynie, że ten skok kończy się na piaszczystym dnie, na kamieniu, obok szczeżuj, ale tato wypływa zawsze i zatacza kręgi wokół jeziora, maluje rękami spirale w powietrzu. Ty składasz jego ubranie. Może dlatego kontakt z tatą masz lepszy niż z mamą. Tato nie nosi guzików, prawie żadnych, zawsze wybiera jednokolorowe koszulki albo swetry. Jedyne guziki, które kojarzą się z tatą, to te w kabinie tira, cały rząd kolorowych, byle wciśnięcie uruchamia wycieraczki, klakson albo światła przeciwmgielne. Guziki ukryte w tylnej części kabiny, tuż nad łóżkiem polowym, to twoje ulubione. Ich wciśnięcie ożywia radio i możesz słuchać muzyki, głosów, wszystkiego. Lubisz tam leżeć jeszcze po zmroku i słuchać. Gdy mama nie może cię znaleźć, to wie, że znów wdrapałaś się do kabiny tira. Masz nadzieję, że kiedyś cię nie zauważą, przeoczą, zapomną i pojedziesz w daleką trasę z tatą, z przyczepą pełną arbuzów, prosto do Rumunii albo jakiegoś innego kraju, o którym masz bardzo mgliste pojęcie.

Mama natomiast kojarzy się z tymi wszystkimi małymi zapinkami, igłami i guzikami. Ciągle pamiętasz blaszaną puszkę po maślanych ciasteczkach z niemieckim napisem na przykrywce. Znalazłaś tę puszkę w szafie, w szufladzie z bielizną, myślałaś, że mama chowa przed wami słodycze na jakąś specjalną okazję, może Dzień Dziecka, może mikołajki, wcale nie chciałaś zrobić nic złego, o nie, chciałaś tylko spojrzeć do środka, zobaczyć, jak wygląda jasna powierzchnia kruchego ciasteczka. Podważyłaś przykrywkę małymi palcami, mocowałaś się z zamknięciem, ale w środku zamiast na prezent natrafiłaś na jaskinię potworów, małych i plastikowych. W blaszanej puszcze pobrzękiwały guziki wszelkich kolorów i rozmiarów, małe, duże, przezroczyste i czarne, zaplątane w nitki, najeżone igłami. Krzyczałaś wtedy bardzo głośno, rozsypałaś zawartość na podłodze, zaalarmowałaś mamę, a mama myślała, że połknęłaś którąś z igieł, a igła zaczepiła ci się o ścianę przełyku, przez tę ścianę ma zamiar przejść i powędrować prosto do serca. Mama najpierw bardzo się bała, a potem zdenerwowała się. Wzywała cię twoim imieniem, które twoim jest tylko w połowie, po to, aby dopasować się do małej siostry. Z Luizy stałaś się Izą, Jadwiga stała się Igą, zrównałyście się w pisowni, takie same, rozróżnione jedną tylko literą.

Ale dziś jest dzisiaj. W ogrodzie zbierają się mama, ciocia i babcia, niebabcia. Tato wstał wcześnie i gmera przy tirze. Widzisz nogi, wystające spod podwozia, zwisające z przyczepy lub kabiny, mrugają światła mijania jak wielkie oczy, co tną ciemność na rumuńskich drogach. Kręcisz się, chcesz już wejść do basenu. Nadmuchałaś plastikowe zabawki, w tym żabę. Można położyć się na tej żabie, złapać ją za wystające oczy i uczyć się pływać.

W ogóle masz słabość do żab, która przeniesie się na całe twoje życie. Lubisz łowić je w słoiki tak samo jak rozwielitki, ale to, co rozwielitkom pasuje, żabom już nie bardzo. Okazuje się, że nie wszystkie wytrzymują zalane wodą po samą zakrętkę. Stawiasz potem na tarasie pełne słoiki ze zwłokami żab, które unoszą się bezwładnie w wodzie z jeziora. Ich zielona skóra blednie, kończyny rozstawiają jak nogi pająka pływaka. Nie rozumiesz, czemu te żaby umierają i czemu to denerwuje mamę. Mamę denerwują też szczeżuje, które znosisz do domu. Mięczaki, wydarte z dna, umierają również, ale wolniej i mniej spektakularnie – po tarasie roznosi się tylko zapach rozkładu, kwaśny i ciężki, taki jak z zepsutych jajek.

Mama cię strofuje, bo ma to we krwi, wyuczone, wymagane. Strofuje też inne dzieci w pobliskiej szkole, gdzie zajmuje się tak zwanym wychowaniem wczesnoszkolnym, w klasach jeden–trzy. Na szczęście trafiłaś pod skrzydła innej pani, ale to mama wozi cię do szkoły co rano i odbiera, gdy skończy lekcje. Lubisz te chwile w samochodzie, te kilkanaście minut, bo jesteście same we dwie. Wcześniej zdarzało się to częściej, niemal ciągle, dopóki twoja fobia nie wyszła na jaw, a brzuch mamy nie zaczął rosnąć. Zawsze była wesoła i towarzyska. Układała z tobą puzzle, czytała ci bajki, chodziła nawet nad jezioro do trójki z tatą. Potem zaczęła znikać, powoli, małymi krokami, małymi ubytkami. Ginęły z oczu jej bibeloty, na to miejsce rosły stosy dziecięcych ubranek, książki lądowały w piwnicy, w końcu z jednego z pokoi wykrojono pokój dla nowego domownika.

Mama zaczęła puchnąć. Rosła jej twarz, zanikały kości policzkowe, obcięte włosy odsłoniły kark, coraz szerszy, nalany. Twoja mama rosła jak ciasto i też jak ciasto była w dotyku, lepka, miękka, niekrusząca. Siadała wieczorami przy łóżku, a ty palcami obejmowałaś jej spuchnięte kostki, aż palców ci w końcu brakowało. Poszerzał się brzuch, w pewnym momencie przypominał narośl, jak guz na zajętych rakiem jabłoniach. Przyciskałaś ucho do skóry i przez te wszystkie tkanki, błony, powięzi i ściany mięśni czułaś ruchy. Mała Jadwiga, mała Iga. Igła.

Wszyscy mawiali, że mała Iga wygląda jak ty, ale nie chciałaś wierzyć. Wcale nie miałaś dużej, pękatej głowy, którą trzeba było odwracać z lewa na prawo, żeby ładnie się wysklepiła. Twoja skóra była zdrowo różowa, a nie zaogniona od każdego szorstkiego dotyku kocyka czy nieumytej ręki. Ty bawiłaś się, odkąd pamiętasz, od tego spaceru brzegiem jeziora, byłaś ciekawa świata, a świat był ciekaw ciebie. Mama wracała do poprzedniego kształtu, znów było jej mniej, niestety pod każdym względem. Strofowała cię, zabierała twoje dłonie z ciemiączka Igi, nie pozwalała ci się z nią bawić, mogłaś tylko stać z boku i obserwować. Na początku Iga była dla ciebie rozwielitką, szczeżują, w końcu żabą w słoiku.

Zmieniło się to po paru miesiącach, gdy Iga w przeciwieństwie do tych wszystkich gadów, owadów i mięczaków, które do tej pory znałaś, zaczęła reagować. Iga potrafiła się uśmiechać. Iga cieszyła się, gdy zamknęła piąstkę na grzechotce. Odpowiadała na twoje znaki. Wystarczyło wtedy, że tetrową pieluszką zasłaniałaś guziki na krańcach ubranek, i w końcu pokochałaś własną siostrę.

Ale dziś jest dzisiaj. Iga wybiega do ogrodu, zahacza stopą o próg drzwi tarasowych, ale nie traci równowagi. Biegnie nieporadnie, na miarę swoich możliwości. Ciemne włosy są spięte w kitkę na ciemiączku, ma tylko kolorowe dmuchane majtki. Ciocia sprawdza dłonią temperaturę wody w basenie. Ciocia nie ma dzieci, przypomina mamę z czasów, gdy ani ciebie, ani Igi nie było na świecie. Za Igą wychodzi mama. Mama ma pod oczami sińce, które z każdym dniem wakacji będą blednąć i znikać. Mądry rodzic, co zna własne dziecko, mądre dziecko, co zna własnego rodzica. Mama bywa zmęczona. Bardzo rzadko widywałaś ją śpiącą, najpierw kładła spać ciebie, a gdy wstawałaś do szkoły, już szykowała śniadanie. Czasem do późna czekała na powrót taty z trasy.

Jako dorosła kobieta obudzisz się w tym samym schemacie, w tej samej klatce godzin, obowiązków i tylko dzieci będą obce, nie te same, nie własne. Swoich się nie doczekasz, dostaniesz pod opiekę te przechodnie, te, które wpadają do szkoły na kilka lat i znikają, a potem będziesz spotykać je w miasteczku, już dorosłe, z ich rodzinami. Będziesz próbowała dopasować twarze do konkretnych ławek w sali, do ocen w dzienniku, a oni na zawsze w myślach usadowią cię koło plansz z rozwielitkami, z cyklem rozwojowym roślin dwupiennych i fizjologią człowieka. Na nic ci będą studia daleko od domu, wielki uniwersytet, dyplomy z biologii i przed czasem pogrzebany doktorat. Wrócisz w te strony, trochę do domu, trochę nie do domu, zamieszkasz gdzieś obok, tylko szkoła pozostanie ta sama, choć od drugiej strony katedry. Dzieci nie mają przeszłości ani przyszłości, żyją tym, co tu i teraz, w czasie niedokonanym.

Ale dziś jest dzisiaj i zbieracie się w końcu koło basenu. Są tu wszyscy prócz taty, tata cały usmarowany w oleju sprawdza plątaniny rurek i wężyków w brzuchu wielkiej maszyny. Wspinasz się po drabince, pierwszy, drugi, trzeci krok. Woda rzeczywiście jest przyjemnie ciepła na powierzchni, a chłodna przy dnie, czujesz jej ruch na stopach. Zanurzasz się i wynurzasz, wyciągasz ręce, jak wyciągały odnóża martwe żaby w słoikach, jesteś jak ta rozwielitka. Kucasz, wystaje ci tylko czubek głowy, oto Iza, mała szczeżuja. Mama sadza Igę w środku dmuchanego koła, po chwili przenosi ją na żabę do pływania, ma mocne ręce, widać brzuśce mięśni pod skórą, gdy dźwiga to dwanaście kilo dziecka. Babcia, niebabcia znika ci z pola widzenia, pewnie parzy kawę, kroi ciasto, słyszysz brzęk fajansów i talerzy na tarasowym stole. Też chcesz. Ale mama zostawia Igę, uczepioną dmuchanego koła, każe pilnować, musi na chwilę odejść, nie wiesz, po co, potem dowiesz się, że poszło o kafeterkę, której babcia, niebabcia nie potrafiła skręcić, a ciocia rozmawiała przez telefon, odeszła w głąb ogrodu, stanęła pod śliwą. Zostajesz z Igą sama.

Potem będziesz sobie mówić, że wszystko działo się szybko, choć wiesz, że wcale tak nie było, bo widziałaś klatka po klatce, jak Iga ześlizguje się z koła, jak wpada w wodę, która wcale nie jest taka głęboka, sięga ci do pasa, Idze po czubek głowy, ale wystarczy tylko odepchnąć stopy od dna i już jest się na powierzchni. Iga tego nie wie, więc próbujesz ją dźwignąć, ciągniesz za ręce, w końcu za kitkę, ale te dwanaście kilo nagle puchnie do stu dwudziestu i po prostu nie masz siły, a Iga nie pomaga. Macha rękami, kropelki wody lecą w powietrze, wpadają do twoich oczu, więc trzesz oczy piąstkami, bo piecze. Krzykniesz tylko raz, ale to wystarczy, by zaalarmować dorosłych.

Nikt nie wyjmie cię z basenu, zostaniesz sama w tej ciepłej wodzie, tak wzburzonej, że fale będą wychlapywały się na zewnątrz, trawa pokryje się tą rosą, nierosą. Zobaczysz tatę, który oderwie się od samochodu. Najpierw stanie zaniepokojony, wycierając ręce w brudną i tak szmatę, a potem puści się biegiem. Pierwszy i ostatni raz zobaczysz, że tato potrafi tak szybko biegać, oraz pierwszy i ostatni raz usłyszysz, jak mama dziwnie krzyczy. Będzie w tym krzyku niesamowicie wysoki rejestr, taki, od którego mogą pęknąć fajanse na tarasowym stole. Ciocia zacznie wybierać numer telefonu alarmowego, ekran dotykowy nie zechce współpracować, zapamiętasz palce z długimi paznokciami, które mocno uderzą w ciekłokrystaliczny wyświetlacz. Nagle wszyscy znikną w domu. Mała Iga wyszarpana z dna, ciocia, mama, tato, babcia, niebabcia. Zostaniesz sama.

Wygramolisz się z basenu i nagle zrobi ci się zimno, woda zacznie parować na twojej skórze, a parując, zabierze ciepło z powierzchni tej skóry. Zapanuje cisza, taka, że aż jej nawet nie słychać. Ruszysz do domu, powoli, czując trawę i ziemię pod gołymi stopami. Przejdziesz przez salon i zobaczysz dorosłych pochylonych nad dzieckiem, wszyscy w ruchu, szamoczący się, ale znów, powoli, klatka po klatce. Odwrócisz głowę, nikt nie zauważy, jak będziesz wspinać się na górę do sypialni rodziców, ich śladami, wyżłobionymi w dywanie, krok w krok.

Pójdziesz do szafy, otworzysz szufladę z bielizną i wyjmiesz ze środka pudełko po maślanych ciasteczkach. Usiądziesz na łóżku. Mechanicznie zaczniesz wybierać guziki spod igieł i nitek, uzbierane ściśniesz w garści. Włożysz do ust wszystkie, jeden za drugim, połkniesz i zamkniesz w sobie.

Na dole wciąż matka i ojciec, już tam zostaną.

Mówiono o nim Zły

Mówiono o nim Zły, ale to na swojego ojca Żaba zastawiła sidła.

Minęło już ponad dwadzieścia lat, ale nie opuszcza mnie żadne z nich. Ani Zły, ani Żaba, ani Żaby ojciec, nazywany Panem Zbyszkiem, a przez dzieci to nawet Kulawym Panem Zbyszkiem. Nie wiem, co się z nimi dzieje, może losu Złego się domyślam, to zresztą łatwe, pewnie postarzał się i wysechł, ale od pewnego momentu przygody Żaby i Pana Zbyszka stały się tajemnicą dla mnie i wszystkich mieszkańców wioski. Nigdy nie rozmawiam z rodzicami na ten temat, sama nie mam odwagi zapytać, a oni tamtego lata uznali, że tak naprawdę nie ma o czym mówić. Nawet ostentacyjnie nie milkną, nie odwracają głów, gdy samochodem mijamy ten dom na zakręcie. Inni mieszkańcy wsi tak się właśnie zachowują, udają, że ta rodzina przestała istnieć, a gdy Żaba z mamą i braćmi wyjechała, to rzucali kamienie w okna, oblewali drzwi farbą. Ktoś nawet na tych drzwiach napisał brzydkie słowa o Panu Zbyszku. Wieś pamięta.

Przed domem stoi zwichrowany płot, przy każdej wizycie na wsi odnotowuję kolejne brakujące sztachety, ale drewniana ławka jeszcze stoi. Pamiętam, jak z Żabą jadałyśmy tam kanapki z masłem i cukrem, majtając nogami tuż nad ziemią.

Dzisiaj jadłam jajka, na śniadanie mama zrobiła jajecznicę i przez moment zastanawiałam się, czy przypadkiem nie dodała kurkumy, bo żółtka były idealnie żółte. Wszystko przez to, że przyzwyczaiłam się do jaj z supermarketu, które wprawdzie pochodzą od szczęśliwych kur z wolnego wybiegu, lecz jak widać radość i wolność nie najlepiej wpływają na efekt końcowy. Niech to będzie lekcją, w mieście porażki podbarwiamy przyprawami. Gdybym częściej odwiedzała rodziców, mogłabym kopy jaj zwozić i piec ciasta, kręcić kogle-mogle albo gotować na te wszystkie wymyślne sposoby, od benedyktynów po Wiedeń. Tylko że rodziców odwiedzam dwa razy do roku, przy okazji najważniejszych świąt kościelnych, pogrzeby traktując jako ponury bonus.

Zamykam