Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 806 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kieślowski. Zbliżenie - Katarzyna Surmiak-Domańska

„– Co porabiasz, Krzysiek? – No, jestem w Warszawie, staram się nakręcać jakieś filmy, kombinuję, czasem mi wychodzi, czasem nie wychodzi…”

Krzyśkowi, synowi urzędniczki i inżyniera budowlanego, „nakręcanie filmów” ostatecznie wyszło. Jak mało komu w polskiej kinematografii. Jak doszło do tego, że chłopak, uciekający przed prześladującą jego rodzinę chorobą, został reżyserem?
Jak to się stało, że twórca, któremu nawet najbliżsi współpracownicy przepowiadali koniec, odniósł z dnia na dzień światowy sukces? I dlaczego – jak określił to jeden z jego przyjaciół – sam siebie aż tak bardzo „zarzynał”?
Kieślowski zawsze osiągał cel, a jednak niemal nigdy nie był z siebie zadowolony. Zmagał się z widmem niespełnienia i zadręczał pytaniem, czy dobrze wybrał zawód. Z historią życia Krzysztofa Kieślowskiego, jego twórczością i legendą mierzy się Katarzyna Surmiak-Domańska, reporterka, autorka m.in. głośnych książek „Mokradełko” i „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”.

„Książkę Katarzyny Surmiak-Domańskiej czyta się jak gotowy scenariusz filmu o jednym z największych twórców kina europejskiego” – Grażyna Torbicka

Katarzyna Surmiak-Domańska stworzyła portret Kieślowskiego, jakiego dotąd nikomu się nie udało. Porządkujący nieznane szczegóły życia, zrywający aurę dystansu, którą reżyser – pilnie strzegący dostępu do swojej prywatności – roztaczał. Benedyktyńska praca zaowocowała reporterską, fascynującą książką. Wreszcie wiadomo, skąd się to wszystko wzięło: smutek, wyobcowanie, lęk, nieprzejednanie i spokój, który okazał się dla Kieślowskiego pułapką” – Janusz Wróblewski, „Polityka”

„Człowieka nigdy nie jesteśmy w stanie poznać do końca. Szczególnie gdy tym człowiekiem jest ktoś tak niezwykły, wybitny i oryginalny jak Krzysztof. Dzięki tej książce możemy się trochę do niego zbliżyć. Było dla mnie zaszczytem przeczytanie jej w wersji audiobookowej” – Artur Barciś

Opinie o ebooku Kieślowski. Zbliżenie - Katarzyna Surmiak-Domańska

Fragment ebooka Kieślowski. Zbliżenie - Katarzyna Surmiak-Domańska

Książka powstała dzięki stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja: Paweł Goźliński, Justyna Wodzisławska

Korekta: Teresa Kruszona

Konsultacja: Marcin Adamczak

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Iwański

Zdjęcia (numery stron dotyczą wydania papierowego): (okładka) Marta Hryniak; (środki) Agencja Gazeta: Krzysztof Miller s. 6; Anna Biała s. 244; Paweł Sowa s. 272; archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego s. 21, 26, 28, 33, 47, 75, 94, 118, 146, 187, 196, 314, 351, 444, 484, 511, 556; archiwum rodzinne Marty Hryniak s. 22, 36, 90, 115, 193, 198, 463, 466; zbiory Bogdana Kąkola s. 58; zbiory Krzysztofa Wojciechowskiego s. 65, 111; WFDiF s. 143, 152, 157, 175, 216, 225; Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny: Jerzy Troszczyński, s. 168; Stefan Kurzyp s. 239, 246, Romuald Pieńkowski s. 307, 311, 393, 419; Andrzej Pągowski s. 172, 207, 367; East News s. 180, 190, 203, 213, 250, 356, 405, 413, 473, 507, 520, 533, 545; PAP s. 255, 447, 563; Studio Filmowe „Kadr” s. 275; archiwum prywatne Grażyny Banaszkiewicz str. 281; Agencja Forum: Jerzy Kośnik s. 288, 400, 423, 428, 438, 552, Piotr Jaxa s. 344, 499, 501, 512, 517; Studio Filmowe „Tor” s. 361; Getty Images s. 434, 547; BE&W s. 457, 491, 539; archiwum Zuzanny Łapickiej s. 476.

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Katarzyna Surmiak-Domańska 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2182-0 (EPUB), 978-83-268-2181-3 (MOBI)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Zamiast wstępu

Poznaliśmy się w mieroszowskiej podstawówce przy Mickiewicza, zwanej katolicką, bo uczono w niej religii, a nad tablicą obok portretów Bieruta i Stalina wisiał krzyż. To odróżniało ją od szkoły przy Wolności należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, o której mówiło się „komunistyczna”. Zaczynaliśmy szóstą klasę, musiał być więc rok 1953.

Krzysiek był nowy. Do nikogo nie podchodził, nie próbował się zaprzyjaźniać. Któregoś dnia siedział na murku i przyglądał się, jak chłopaki grają w piłkę. Nagle piłka wleciała mu pod same nogi. Krzyknęli: „Podaj!”. On nic, nawet nie drgnął. Podszedłem i wykopałem piłkę na boisko.

– Skąd jesteś? – zapytałem.

– A ty?

– Z Mieroszowa, a wcześniej z Łodzi.

– A ja z Sokołowska, wcześniej z Zagłębia.

Zamieniliśmy jeszcze parę zdań, a potem przez wiele dni znowu była między nami cisza, jakby tej rozmowy nie było.

Aż raz zarobiłem lufę z polskiego z lektury. Wyszedłem na przerwę i raptem czuję, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłem się.

– Musimy pogadać – rzekł on z poważną miną.

O czym? O tej lekturze. Zaczął mi ją całą opowiadać. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił o książce, całą rozłożył na czynniki pierwsze i wytłumaczył, o co chodzi w każdej scenie. Dla mnie książka to tylko ciąg zdarzeń, a on we wszystkim widział jakiś sens. Jak go słuchałem, to normalnie nie wierzyłem, że to wszystko w tej książce jest.

– Musisz więcej czasu w domu poświęcać nauce. Jeśli będziesz się uczył systematycznie, stopniowo wszystko ci wejdzie do głowy – powiedział.

„Wariat” – pomyślałem.

Ja, gdy wracałem do domu, to tylko patrzyłem, żeby zaraz gdzieś prysnąć z kumplami. Uczyłem się w biegu i niczemu nie dziwiłem. A on zawsze miał wyuczone od deski do deski i wszystko go interesowało. Ja na zetpety sklejałem najprostszy domek z wafla, byle zaliczyć. On produkował tekturowy radioodbiornik z pokrętłami z zakrętek od butelek, z przodu wycinał prostokątny otwór, podklejał od spodu bibułkę ze skalą, a w środku stawiał świeczkę.

Nie było w klasie drugiej takiej osoby. Był najstarszy, najwyższy, najmądrzejszy. I tylko jednej rzeczy mu brakowało: prestiżu.

Mój prestiż w szkole był większy bez porównania, ale ja pracowałem na niego latami. Od pierwszej klasy moim celem było dorównać starym koniom, takim, co siedzą w klasie po dwa lata, na przerwie idą za wychodek na papierosa i nikogo się nie boją. Żeby zasłużyć na respekt takich gości, trzeba było mieć na koncie jakiś numer. Na przykład zimą założyć łyżwy, czepić się autobusu, który kursował z Mieroszowa do Sokołowska, i tak się przewieźć te osiem kilometrów. Wyczyn obciążony dodatkowym ryzykiem, bo pętla w Sokołowsku znajdowała się tuż przed komisariatem. Raz, ledwie autobus się zatrzymał, jeszcze nie zdążyłem otrzeć oczu ze śniegu, dopadł mnie milicjant i dostałem smary. Krzyś nigdy by czegoś takiego nie zrobił. On jechał przede mną tym autobusem z nosem przyklejonym do tylnej szyby.

Prestiż zdobywał też ten, który najmocniej przydzwonił dziewczynie gałką śniegu, ale tak, żeby aż zabeczała. Normalna rzecz. Namawialiśmy go, ale gdzie tam. Jego takie żarty po prostu się nie trzymały.

Tak więc w szóstej klasie ja już byłem gość, a on był taka trochę, za przeproszeniem, trąba. Ani w piłkę nie potrafił grać, ani postawić się nauczycielowi. Ja byłem hardy, on spuszczał głowę. Ale kiedy na przerwach strzelaliśmy z chłopakami pestkami z procy, łaził za nami i patrzył smutno. I widziałem, że go to kusi, że w środku toczy ze sobą walkę. On też by postrzelał, ale już sobie w głowie kalkulował: raz strzelę pestką, złapią mnie i będzie kłopot. Ześlą mnie do piwnicy, stracę lekcję, zawalę klasówkę, nie opłaci się.

Ja strzelałem bez lęku. Za karę nauczyciel wyrzucał z klasy i wysyłał do piwnicy. Stała tam stara poniemiecka piła. Przez godzinę trzeba nią było ciąć drewno na opał. Stracę lekcje? Co z tego? Nie trzeba gnić w ławce, nie pytają mnie, fajnie. Każdy normalny dzieciak cieszyłby się z takiej kary. On nie.

Moim zdaniem on był taki przez swojego ojca, który miał wyższe wykształcenie. Ojciec z wyższym wykształceniem to jest całkiem insza inszość. Podejście takiego ojca jest zupełnie inne niż zwykłego. Taki ojciec wymaga przestrzegania zasad. „Masz się, synu, uczyć – powtarza. – Żeby coś z ciebie wyrosło”. Nasi rodzice nigdy nam tego nie mówili. Mój plan na życie był prosty: skończyć podstawówkę, iść pracować do Cameli i mieć wreszcie własne pieniądze.

Kolejna różnica między nami a nim była taka, że on o swoim ojcu mówił „tatuś”. Powiedzieć o starym „tatuś” mogła tylko ostatnia oferma. Skręciłoby mnie ze wstydu, gdybym miał przy kumplach wymówić to słowo. Choć gdzieś w środku kłuła lekka zazdrość. Potem, jak już byliśmy ze sobą bliżej, wyznałem mu:

– Wiesz, ja choćbym chciał, to i tak nie mogę na mojego powiedzieć „tatuś”. Mój tatuś jest już tam.

Bo mój prawdziwy tata umarł zaraz po wojnie w Łodzi. Mama przyjechała ze mną na Ziemie Odzyskane i wyszła za mąż za ojczyma. Był dobrym człowiekiem, ale skończył zaledwie kilka klas. Nawet z pisaniem miał kłopoty.

Krzyś wiedział, że jego ojciec też będzie powoli odchodził. Podobni byli do siebie. Szczupli i wysocy. To, że pan Kieślowski był szczupły, wiadoma rzecz – chorował tak strasznie, a jeszcze do tego palił papierosy. W domu nigdy nie mówiłem, że do nich jeżdżę. Moja mama wolała, żebym się nie kręcił po Sokołowsku, no bo wiadomo, kto tam mieszkał. A już jakby się dowiedziała, że byłem u gruźlika w domu, tobym na pewno dostał smary.

I jeszcze jedna rzecz, która go odróżniała od nas. Smutek. Nie było w nim takiej szczeniackiej radości życia. Konia z rzędem temu, kto by dostrzegł na twarzy Krzysia uśmiech. Żadnego luzu, cały czas wyglądał, jakby o czymś intensywnie myślał.

Na pewno zazdrościł mi trochę tego, że ja mogę sobie tak beztrosko łobuzować, i pewnie dlatego się mnie trzymał. A ja z kolei wyczułem w nim kogoś, kto będzie się mnie słuchał. Kim będę mógł pokierować. Dzieciak nie analizuje, nie działa z wyrachowaniem, po prostu czuje, że jest dobrze, i do tego lgnie. Zaprzyjaźniłem się z nim, bo dawał mi dobre samopoczucie.

Ulegał mi kroczek po kroczku.

– Masz ochotę skoczyć do Wałbrzycha? – zagajam raz.

– Pewnie. Ale jak?

– Normalnie.

– Ale jak normalnie? Nie mamy pieniędzy na bilety przecież – on na to. – A jak nas złapie konduktor?

Cały Krzyś. Już widzi problem, już w jego głowie układa się łańcuszek konsekwencji. Dlatego właśnie on sam nigdy nie wymyślił żadnej psoty. On mógł najwyżej ulec.

– Wejdziemy do sracza, zamkniemy się i cześć.

Parę razy pojechaliśmy pociągiem do Wałbrzycha i z powrotem. Jak konduktor szedł, to my bach do ustępu. W Wałbrzychu dreptaliśmy w kółko po dworcu, bo nie było kasy na trolejbus do miasta, tam już się nie wślizgniesz, bo sprawdzali przy wsiadaniu. Jeśli nawet mieliśmy pieniądze, to i tak woleliśmy je wydać na kotleta. W dworcowym barze sprzedawali znakomite mielone w zestawie z bułą. Ich cudowny smak i zapach pamiętam do dziś.

W owych czasach, kiedy Sokołowsko było jeszcze uzdrowiskiem, a nie „uśmiertniskiem”, jak mówią dzisiaj, pociąg z Wałbrzycha do Mieroszowa miał tam swój przystanek. Tuż za mostem, na nasypie, zatrzymywał się na chwilę. Krzyś wyskakiwał, zbiegał schodkami w dół i gnał przez pola do domu, a ja jechałem dalej.

To była cała frajda, że się przejechało piętnaście kilometrów, nie płacąc. Już te parę złotych człowiek był do przodu. A jak się było parę złotych do przodu, to można było z nimi zrobić mnóstwo ciekawych rzeczy. Na przykład pójść do kina.

– Ale na ten film nie da się wejść, bo to film od osiemnastu lat – zauważał czujnie Krzyś.

– Dlatego my nie pójdziemy na ten film w Mieroszowie, tylko u ciebie w Sokołowsku.

W Mieroszowie było porządne kino stacjonarne. Trzeba było stanąć w kolejce do okienka, kupić bilet, a wstępu pilnowały dwie panie. Jak film był od osiemnastu lat, to się za skarby świata nie weszło, bo bileterki nas wszystkich znały. Kaplica. W Mieroszowie nie było nawet co próbować. Natomiast w Sokołowsku przy ulicy Głównej, naprzeciwko domu Kieślowskich, stał dom kultury, gdzie mieściła się siedziba radiowęzła, odbywały się prelekcje dla gruźlików i często gościło kino objazdowe. To było kino kapitalistyczne i nikt nie miał interesu, żeby sprawdzać czyjś wiek. Ten sam człowiek, który przywoził film i włączał projektor, sprzedawał bilety.

Krzysiek rzadko miał pieniądze na kino. Ja nie cierpiałem na głód pieniędzy. Oboje rodzice pracowali, nieraz miałem na dwa bilety, jaki to problem? Ale on niechętnie z tego korzystał, starał się załatwić forsę. Robił obchód po pawilonach, a tam zawsze w krzakach pod oknami znalazły się jakieś butelki, które dało się spieniężyć. A kiedy obaj nie mieliśmy forsy, wchodziliśmy do kina górą. Budynek ośrodka opierał się o skarpę. Można się było na nią wdrapać i przeskoczyć na stryszek nad salą projekcyjną. Na stryszku w podłodze była spora zakratowana dziura wentylacyjna, a nad nią wiatraczek. Kiedy śmigła się obracały, nic nie było widać, ale w chłodniejsze dni wiatraczek nie pracował i wtedy dało się przez dziurę dojrzeć kawałek ekranu. Dokładnie dół. Do wyboru – albo lewą część, albo prawą. W ten sposób obejrzeliśmy kilka filmów. Nie pamiętam tytułów, bo dla mnie ważniejsza była, prawdę mówiąc, sama przygoda, zaliczony wyczyn – to mnie bardziej obchodziło niż jakiś tam film. Ale któregoś dnia wleźliśmy na stryszek i choć pogoda zapowiadała co innego, wiatraczek jak na złość się kręcił. I wtedy wpadł mi do głowy szatański pomysł, na psotę życia. Aż normalnie dreszcz mnie przeszedł.

– Słuchaj, a jak byśmy się wysikali do tego?

Z początku opierał się jak zwykle:

– No ale tak nie można. Przecież to poleci na nich. Będzie czuć. Złapią nas.

Ale ja już widziałem, że ochota u niego jest, że go korci jak diabli, że chce mi dorównać, pokazać, że i on w psotach coś jest wart.

Zrobiliśmy to. Wysikaliśmy się elegancko w wirujące skrzydełka nad wentylatorem, a te rozpryskały nasze siki na salę pełną kuracjuszy. Szczerze mówiąc, bardziej rozpryskały je na nas, jednak na widownię jakieś rozpryski też musiały spaść, bo gdy schodziliśmy, pod skarpą czekało na nas kilku wkurzonych facetów. Dostaliśmy łomot.

Co tam łomot, byłem dumny, że zrobiłem taki numer, i przede wszystkim, że Krzyśka namówiłem. To trochę tak, jakbym go rozprawiczył.

A on miał wyrzuty sumienia. Kilka razy jeszcze do tego wracał:

– Po co my to właściwie zrobiliśmy? Niepotrzebnie dokuczyliśmy tym ludziom. Dostaliśmy wciry i komu to było potrzebne?

Nie rozumiałem go. Czego tu żałować? Ważne, że się udało. To był naprawdę gruby numer.

Krzyś lubił zbierać celuloidowe serpentyny, które walały się w piachu pod skarpą na tyłach budynku. Wycinał nieporysowane kawałki, starannie zgrzewał końce, nawijał na szpulki po niciach i wkładał do pudełka. Z tyłu stawiał świeczkę. Gasiliśmy światło, błyskała zapałka, zaczynała się projekcja. Przykładałem oko do otworka, a on obracał zagiętą końcówkę drucika wystającego z obudowy. Film składał się z urwanych scen, bez żadnego związku, ale to mi nie przeszkadzało, przeciwnie, nawet ciekawiej się oglądało. Czasem jakieś klatki wkleiły się do góry nogami i wtedy było sporo śmiechu, nawet on się rozchmurzał. Ten projektor zrobił tylko dla nas. Dla mnie.

Nigdy już nie miałem takiego przyjaciela. Wiedziałem, że cokolwiek złego byśmy zrobili, on tego nikomu nie powtórzy, nigdy. Kamień w wodę. Byliśmy tylko on i ja. Koniec.

Żebym ja miał tego Kieślowskiego przy sobie dłużej, tobym nie był dziś tym, kim jestem. Niedawno przeglądałem swoje świadectwa i zobaczyłem, że w szóstej klasie, wtedy kiedy się przyjaźniliśmy, miałem najlepsze stopnie w życiu. Piątki i czwórki. A wcześniej i później tylko tróje.

Zanim zrozumiałem, że powinienem więcej brać od niego, nasze drogi się rozeszły. W siódmej klasie rodzice przenieśli mnie do szkoły „komunistycznej”, a wkrótce potem poszedłem do roboty w Cameli. Nie próbowałem dalej się uczyć. Posmakowały mi pieniądze, taka jest prawda. Mówiłem: co tam nauka, mam grosz. Zrealizowałem swój plan.

To nie był dobry plan. Nie dał mi satysfakcji absolutnie.

Jego plan był lepszy.

Spotkaliśmy się jeszcze tylko jeden raz. Kiedy przyjechał kręcić tu film. Nasz wspólny znajomy z Sokołowska, Stasio Górski, go do mnie przywiózł i mówi:

– Nie poznajesz?

Co miałem nie poznać.

– Co porabiasz, Krzysiek?

– No, jestem w Warszawie, staram się nakręcać jakieś filmy, kombinuję, czasem mi wychodzi, czasem nie wychodzi...

Usiedliśmy w restauracji Millenium na rynku w Mieroszowie. On również mnie zapytał, jak mi się układa życie i czy poszedłem dalej.

– Stanąłem w miejscu – odpowiedziałem.

– To błąd – odparł.

Wyglądał już dokładnie tak jak jego ojciec. Tak samo jak on palił jednego papierosa za drugim. Papierosa odkładał tylko po to, by wypić łyk kawy. Podpatrzyłem u niego coś, co mnie zdumiało. Kawę podawano wówczas w szklankach na spodeczku. Grubo zmielone ziarna zalewano wrzątkiem, tak że w szklance tworzył się brązowy muł wypełniający ją tak w jednej piątej. Krzysiek wypijał ciecz, a potem łyżeczką wyjadał muł z dna i żuł. Powiedział, że dopiero ta część kawy daje mu prawdziwego kopa. Zamówił ze trzy szklanki i wszystkie oddał wyskrobane do czysta. Próbowałem w domu robić sobie taką kawę i muszę powiedzieć, że nawet-nawet. Ale uwaga, musi być grubo zmielona, bo cała przyjemność tkwi w rozgryzaniu.

Minęło wiele lat, w telewizji oglądaliśmy z Danusią serial Dekalog i na końcu powiedzieli, że to był film Krzysztofa Kieślowskiego. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że to jego. Jakiś czas później pewien mój młody krewniak miał zapędy aktorskie, ciągnęło go do filmu, więc mówię: a cholera, przejadę się do starego kumpla do Warszawy, niech chłopaka weźmie pod swoje skrzydła, niech mu pomoże, pokieruje. Ale zanim zebrałem się, żeby podjechać do Stasia Górskiego i zapytać, czy ma adres Krzyśka, to w telewizji powiedzieli, że umarł.

Teraz czasem, jak leci jakiś jego film, to obejrzę kawałek. Tam nie ma nic o radości, tam jest pokazane ciężkie życie. Samotność, walenie głową w mur, przebijanie się do czegoś. Kojarzę kilka scen zaledwie, ale zawsze w głębi widzę jego. On to upiększa, przemienia, ale to jego życie. Taki, co nie znał Krzysia osobiście, powie, że to nuda. Bo żeby zrozumieć film psychologiczny, trzeba znać tego, co ten film zrobił. Postanowiłem, że kiedyś obejrzę wszystkie jego filmy porządnie i znajdę ukryty w nich sens. Jestem przygotowany. Kupiłem nagrywarkę do telewizora, stoi zawsze włączona. Tylko pstryknąć pilotem. Ułożę to sobie po kolei i będę miał dla siebie, tylko i wyłącznie dla mnie. Będę puszczał pomalutku i wszystko sobie rozłożę na czynniki pierwsze. Scena – stop, scena – stop...

Leonard Prochowski,

emerytowany pracownik Fabryki Wkładów Odzieżowych

Camela SA w Mieroszowie

Lawina

W  zimowe ferie kilka lat przed II wojną światową Roman Kieślowski, student Politechniki Warszawskiej, wybrał się ze znajomymi na narty w Tatry. Osunęła się lawina. Zanim ich odgrzebano, spędzili pod śniegiem wiele godzin. Przypuszczalnie wtedy w płucach Romana zaczęły się aktywizować prątki gruźlicy. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie długotrwałe wychłodzenie, nigdy nie dałyby się we znaki. Może gdyby nie tamte narty, wszystko potoczyłoby się inaczej. Kilkanaście lat później w Sokołowsku Roman, chodząc z córką i synem po górach, opowiadał im, że dobrze by było wyprodukować specjalne sznurówki dla narciarzy, które w śniegu będą wysączać obfitą ilość kolorowej farby. Wtedy zasypanych łatwiej by było odnaleźć.

Dzieci Romana Kieślowskiego, Krzysztof i Ewa, nie zdążyły wypytać rodziców o szczegóły rodzinnej historii, a większość dokumentów uległa zniszczeniu. Na ich drzewie genealogicznym można naszkicować zaledwie kilka mniej lub bardziej wyraźnych sylwetek.

Z pokolenia dziadków osobą numer jeden była dla nich matka ojca – Maria Kieślowska, z domu Białostocka. Przed wojną nauczycielka francuskiego w Prywatnym Żeńskim Gimnazjum Kupieckim imienia Królowej Jadwigi w Sosnowcu. Babcia Maria miała siostrę, Paulinę Białostocką, zakonnicę. Siostra Paulina chorowała na gruźlicę i przypuszczalnie to ona zaraziła siostrzeńca prątkami. Taką wersję przekazała Ewie służąca babci, pani Przybylska, która w dawnych latach często złościła się na swoją chlebodawczynię za to, że pozwala jedynakowi na kontakt z chorą siostrą. Pani Przybylska kochała Romka jak własnego syna i to ona głównie go wychowywała. Maria Kieślowska odziedziczyła charakterystyczny dla Białostockich instynkt społecznikowski: ubogim dzieciom z sąsiedztwa poświęcała więcej uwagi niż synowi. Często przyprowadzała do domu głodne dzieci z ulicy. Czasem jedno, a czasem piętnaścioro. Nigdy nie wiadomo było, na ile osób gotować.

Maria i Paulina miały jeszcze trzech braci.

O najmłodszym nie wiadomo nic poza tym, że istniał. Najprawdopodobniej wyjechał w młodości za granicę.

Średni Marceli był lekarzem w miejscowości Strzemieszyce w Zagłębiu, dziś wchłoniętej przez aglomerację Dąbrowy Górniczej. Znany był z tego, że ubogich leczył za darmo, wdzięczni pacjenci ufundowali mu nawet na lokalnym cmentarzu nagrobny pomnik. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Maria z mężem Romanem Kieślowskim opuściła Sosnowiec i przeprowadziła się do brata. Później kilkakrotnie pomieszkiwał tam także ich syn Roman ze swoją rodziną. Dom Marcelego Białostockiego i jego żony Jadwigi w Strzemieszycach stanowił dla nich przez lata azyl, w którym zawsze można było przeczekać trudny okres. Po wyzwoleniu babcia Maria uczyła w miejscowej szkole podstawowej rosyjskiego. Krzysztof Kieślowski zaliczył tam piątą klasę. Nie wspominał jednak tego czasu dobrze:

„[Koledzy] bijali mnie czasem, czy raczej chcieli bijać. Przeważnie udawało mi się uciec. [...] zimą zwłaszcza, gdy wracałem wieczorami z sanek czy ze szkoły, oberwałem czasem. Byłem wnukiem nauczycielki, która, zdarzało się, stawiała im lufy, a oni za to chcieli mnie tłuc”[1].

Wujkowi (a właściwie wujecznemu dziadkowi) Marcelemu zawdzięczał Krzysztof pierwsze wyjście do kina. Było to mniej więcej rok przed tym, jak zaczął chodzić do kina w Sokołowsku. W strzemieszyckim Pawiu wyświetlano francuski film przygodowy Fanfan Tulipan, co było niezłą gratką, bo wtedy z filmów zagranicznych pokazywano prawie wyłącznie radzieckie. Fanfan Tulipan dozwolony był jednak od lat szesnastu, a chłopiec miał jedenaście. Doktor Białostocki najpierw poszedł sam na rekonesans; uznał, że film nadaje się do obejrzenia przez chłopca, i poprosił kierowniczkę kina o wpuszczenie Krzysia[2].

„I wcale tego filmu nie pamiętam. A tak strasznie się szykowałem, przeżywałem taki stres – bałem się, że mnie nie wpuszczą”.

Najstarszy z rodzeństwa Białostockich, Józef Franciszek, który był bratem przyrodnim, jako jedyny w rodzinie – obok swego ciotecznego wnuka Krzysztofa – zrobił karierę międzynarodową. Ukończył studia na politechnice w Zurychu, a w 1886 roku wyjechał do Buenos Aires, gdzie wykładał na wydziale fizyki i nauk ścisłych tamtejszego uniwersytetu. Równocześnie pełnił funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Demokratycznego i redaktora dwutygodnika „Słowo Polskie”. Od 1900 roku przez szesnaście lat był administratorem polskich kolonii, czyli gruntów rolnych nadanych przez rząd Argentyny polskim emigrantom w prowincji Misiones. Pierwszy polski konsul honorowy w Argentynie Józef Włodek pozostawił o nim następujące wspomnienie:

„Józef Franciszek Białostocki oddał się w całości tej pracy (administratora kolonii) i przyczynił się wybitnie do osiągnięcia pięknych rezultatów kolonizacyjnych. Sam pochodzący z ziemiańskiej rodziny na Wołyniu, może nie odczuwał należycie ducha bezrolnych i małorolnych kolonistów ze wschodniej Małopolski i jego usiłowania stworzenia na obczyźnie »idealnego stosunku dworu do wsi polskiej« nie trafiły do przekonania kolonistów. U wszystkich pozostawił on jak najlepszą pamięć i wdzięczność”[3].

W 1925 roku Józef Franciszek został mianowany argentyńskim konsulem w Konstantynopolu. Tam też zmarł w roku 1927 i tam został pochowany.

Wujek konsul szczególnie zaznaczył się w pamięci Krzysztofa i Ewy z racji tego, że w latach pięćdziesiątych niespodziewanie pojawił się po nim spadek. Spływał w kilku transzach i choć nie były to wielkie pieniądze, pomogły zrealizować kilka konkretnych marzeń.

Ojcem całej piątki – Marii, Pauliny, Marcelego, Józefa oraz brata o nieznanym imieniu – był ziemianin z Wołynia Marceli Białostocki. Jego pierwsza żona – matka Józefa – zmarła za młodu, druga żona – prababka Krzysztofa i Ewy – prawdopodobnie pochodziła z Danii i jej panieńskie nazwisko brzmiało Bush.

Maria Białostocka wyszła za mąż za Romana Kieślowskiego jeszcze na Wołyniu. Tam w 1910 roku w Kowlu urodził się ojciec Krzysztofa i Ewy Roman junior. Do Sosnowca cała trójka przeniosła się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

[...]

Przypisy
[1] Wszystkie fragmenty tak złożone są cytatami z książki Danuty Stok Krzysztof Kieślowski. Autobiografia (wyd. III, Kraków 2012) lub jej pierwotnej, obszerniejszej wersji angielskiej Kieślowski on Kieślowski (edited by Danuta Stok, London 1993). Stanowi ona zapis wypowiedzi reżysera, które padły w czasie wywiadów przeprowadzonych przez D. Stok w latach 1991–1993.
[2] Na podst.: Kieślowski. Autobiografia, dz. cyt., s. 18.
[3] Józef Włodek, Argentyna i emigracja, Warszawa 1923, s. 386.