Kielich Życia - Odkrycie - Arnold Buzdygan - ebook
Opis

Dwójka ludzi,  żyjąca w różnych miejscach i środowiskach, dowiaduje się o istnieniu cudownego Kielicha leczącego wszelkie choroby i przywracającego młodość - młody szlachcic, którego świeżo poślubiona żona okazuje się nieuleczalnie chorą, oraz  stary lecz bogaty i bezwzględny Baron.
Ten ostatni posługując się Wiedźmą nieopatrznie wyprowadził z zaświatów na świat Odwieczne Zło, które także ma swoje zamiary związane z poszukującymi Kielicha.
Ale czy Kielich rzeczywiście istnieje?
Czy może jest tylko kolejną legendą, za którą bezskutecznie uganiają się kolejne pokolenia ludzi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 68

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


KIELICH ŻYCIA - ODKRYCIE

WROCŁAW 2006

ISBN 978-83-924878-4-5

© Copyright Arnold Buzdygan   www.arnoldbuzdygan.com

ODKRYCIE

Baron Eryk von Legestein, siwy i łysiejący staruszek o zasuszonej twarzy, podniósł głowę znad opasłego tomu. - Aronie przynieś pieniądze - zwrócił się do potężnej postaci stojącej bez ruchu w cieniu światła rzucanego przez stołową lampkę. Siedzący po drugiej stronie biurka młody mężczyzna poruszył się nerwowo -Mówiłem, że warta jest ceny jaką podałem, gdybym... - Zdzierca z ciebie Jaszyn! – Przerwał mu starzec i uśmiechnął się przebiegle - Masz szczęście, że twój ojciec - kontynuował specjalnie przeciągając wypowiedź - ma jeszcze parę innych rzeczy, które mnie interesują...

Chłopak przełknął ślinę

- Ja... ja...Nie mogę... To by się wydało... - A to już twój problem. Pomyśl... Co ci grozi...? Najwyżej ojciec wygarbuje ci skórę...

Do pokoju wrócił osiłek, położył na stole paczkę banknotów z małym stosikiem papierów i wrócił na swoje miejsce w cieniu lampy. Młodzieniec sięgnął po banknoty chcąc je zabrać, ale staruszek powstrzymał go, przyciskając mu lekko rękę do stołu oficerskim pejczem.

- Zastanów się - trącił lekko pieniądze - tu są pieniądze. Tyle ile chciałeś... A tu - trącił kupkę papierów – są WSZYSTKIE twoje weksle... Dostaniesz to i to, jeśli przyniesiesz mi to, co chciałem.

- Skąd pan ma moje weksle? - zapytał przerażony Jaszyn.

- Kupiłem je... - starzec wzruszył ramionami - czy to ważne? Istotne jest to, że możesz zrobić dobry interes. Jednym ruchem pozbędziesz się wszystkich swoich długów. Pomyśl o tym...

- Dobrze, pomyślę... - chłopak podniósł się i ponownie sięgnął po banknoty...

- Nie! Teraz! Albo bierzesz wszystko, albo nic...

Młodzieniec opadł na krzesło, na jego czole pojawiły się krople potu, myśli kłębiły się w szalonym tempie. Baron siedział rozluźniony i czekał. Wiedział, że w tej chwili przegra ten, kto się odezwie pierwszy. W pokoju zapanowała nieznośna cisza, przerywana tykaniem zegara.

Nagle twarz Jaszyna przybrała zacięty wyraz

- Niech tak będzie, kiedy mam to przynieść?

- Najlepiej dziś, po co zwlekać? Baron uśmiechnął się w duchu.

- Dobrze, zaraz wracam.

- Aronie odprowadź pana - rzekł staruszek i uśmiechnął się do młodzieńca.

Gdy wyszli pochylił się ponownie nad książką i zaczął ją delikatnie wertować. Jego twarz wyrażała ogromne zadowolenie. Duża wskazówka zegara na biurku wskazywała cyfrę 8. Do pokoju wrócił służący.

- Aronie podejdź tu i zobacz, jaką piękną książkę kupiliśmy. I to za tak małe pieniądze, hahahaha!!! - sztuczny śmiech rozniósł się echem po dużym pomieszczeniu - gdyby on wiedział, jak tanio stały jego weksle, hahahaha!!!

Obaj mężczyźni z uwagą oddali się przeglądaniu książki. Gdy zabrzmiał gong przy drzwiach, była już dziewiąta. Aron bez słowa wstał i poszedł wprowadzić gościa. Po chwili wrócił razem z Jaszynem, trzymającym pod pachą zawiniątko sporych rozmiarów. Rozwinął je i położył na stole dużą książkę w twardej oprawie obitą skórą, ze złotymi i srebrnymi inskrypcjami. Baron uśmiechnął się i wskazał głową na leżące obok pieniądze i weksle. Chłopak odetchnął z ulgą, wziął je i dumnym krokiem opuścił pokój. Całe zdarzenie odbyło się bez żadnego słowa. Aron ponownie go odprowadził. Baron odłożył poprzednią książkę i zaczął oglądać nową. Sługa wrócił i przyłączył się.

- Ależ to falsyfikat! Ja znam to pismo! - Wykrzyknął nagle Aron.

- Co?! Jak to znasz? - zdziwił się Baron.

- Widziałem je już, na tej książce Gutenberga.

- Niemożliwe przynieś ją natychmiast!

Aron zerwał się i podszedł do ściany, gdzie stały regały wypełnione dużą ilością starych ksiąg. Szybko wybrał jeden z nich i wrócił. Przewertował i wskazał palcem zapiski na właśnie otwartej stronie:

- Tutaj na akapitach są odręczne uwagi, popatrz Panie. Takie same pismo, jakim napisana jest ta książka.

Staruszek z napięciem przenosił wzrok z jednej książki na drugą

- Hmm... Bardzo podobne, Ty to masz pamięć – Pochwalił Arona Baron. Zawsze fascynowała go jego bezwzględna, fotograficzna pamięć. Oblicze Arona przybrało błogi wyraz

- Hmm... Aronie załóżmy, że pisała to ta sama osoba, jakie mogą być wnioski?

Aron przez chwilę się zastanawiał:

- Pierwszy, że ta ręcznie pisana książka to falsyfikat napisany 139 lat po tym jak jest datowana przez autora. Drugi, że żyły dwie osoby w różnych wiekach, które miały podobne pismo.

- Hmm... -zadumał się baron - druga teza jest mało prawdopodobna, pierwsza hmm... Też... - baron stukał nerwowo palami po blacie stołu.

- Po co ktoś miałby podrabiać książkę sprzed ledwie 100 lat? Przecież napisanie takiego tomu zajmowało kilka lat – a te wszystkie zdobienia, ornamenty, ozdobne akapity. Po co ktoś miałby zadawać sobie taki trud?

- Może być jeszcze jedna ewentualność...- Nieśmiało zauważył służący.

- Tak...? – Zainteresował się Baron

- Był ktoś, kto żył 139 lat!

„A właściwie więcej” - pomyślał Baron. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

- Musiał żyć więcej - rzekł do Arona - przecież nie nauczył się pisać w kołysce.

- Tak panie - poprawił się Aron - trzeba dodać, co najmniej 12 lat, bo pismo jest zbyt równe. Daje to 151 lat.

Dreszcz wewnątrz ciała Barona stawał się dojmująco przenikliwy. Jego umysł kojarzył różne drobne informacje, które składały się na bardzo niepokojące wnioski.

- Trochę długo...- Wymamrotał. Przeszedł się w tą i we w tą.

- Aronie, jakie znasz przekazy o długowieczności ludzi?

Służący zastanawia się przez chwilę, końcu recytuje:

- Matuzalem, Żyd Wieczny Tułacz, legenda o Św. Graalu mówi, że dawał on nieśmiertelność.

- Św. Graal! - Wstrząsnął nim dreszcz - ten człowiek mógł go mieć!!! - A jeśli on go miał to ja też mogę - pomyślał.

- Jutro rozpoczynamy poszukiwania. Znajdź kogoś, kto potrafi przetłumaczyć te zapiski. Może jest w nich jakaś wskazówka.

- Tak jest Panie.

- A teraz wyśpijmy się, bo jutro czeka nas dużo pracy. Tylko wcześniej połóż książki na swoje nowe miejsca.

- Tak jest Panie.

Starzec poszedł do swojej sypialni i położył się. Natychmiast przyszła do niego Iza, ale przepędził ją. Dziś chciał być sam - emocjonalne podniecenie nie pozwalało mu na inne rzeczy niż rozmyślania nad autorem zapisków. W końcu zasnął, ale miał niespokojny sen. Śniło mu się, że to jego wrogowie uknuli spisek, podrobili księgę i w sprytny sposób mu ją podrzucili za pośrednictwem młodego Jaszyna. Obudził się zlany potem w momencie, gdy przyśniła mu się czarna śmierć z kosą przyprowadzona do niego przez prześmiewających się zza jej pleców wrogów "nadzieja jest matką głupich", "nadzieja jest matką głupich… ". Baron usiadł przerażony na łóżku.

- O nie, nie pozwolę na to! Graalu! Zdobędę Cię nawet, jeśli nie istniejesz!- Złożył sobie przysięgę i zasnął ponownie.

Ale nie tylko on miał meczącą noc…W chwili przysięgi pewien starszy człowiek w innym kraju i mieście obudził się niespokojny i rozdrażniony. Pierwszy raz od wielu, bardzo wielu lat...

 Tak samo niespokojna obudziła się pewna wiekowa samotna kobieta. Za wiedźmę przez ludzi uważana przez dar wróżenia, który posiadała. Oboje odczuli to samo - coś na granicy podświadomości nie dawało im spokoju. Wczuli się w siebie - wiedzieli, że nie zasną, jeśli nie określą źródła dręczącego ich niepokoju... I nie zawiedli się. Lecz tym razem odkrycie powodu nie ukoiło...

Czuli napięcie. Czuli całym swym jestestwem, że dzieje się coś, co ich przerasta...

Zmożeni, w końcu zasnęli: on niespokojny i zatrwożony, ona wręcz podekscytowana z zadowolenia, choć ich przeczucie było to samo:

Coś drapieżnego bezlitośnie napięło struny losu…

DIAGNOZA

- Wie Pan, co to jest Panie doktorze?

Kobieta z napięciem wpatrywała się w lekarza składającego swoje przybory.

- Obawiam się, że tak – doktor był zasmucony.

- Obawia się Pan!?- trwoga załamała kobiecie głos.

- Tak, to jest gruźlica. Bardzo posunięta gruźlica. Jeśli przeżyje więcej niż 2 lata to będzie cud.

- Nie, to niemożliwe!

Kobieta nerwowo rozglądała się po izbie szukając poparcia u będących w izbie młodego mężczyzny i zakonnika - Owszem kaszlała, słabła czasami, ale przecież nie pluła krwią... ooo... Nawet głowa jej nie bolała.

- No cóż - smutno powiedział lekarz - niestety to bardzo zaawansowana gruźlica. Podamy jej leki, to trochę powstrzyma chorobę, ale już jej nie wyleczą.

- O Boże! - kobieta zakrzyknęła, rozszlochała się i wtuliła w pierś postawnego mężczyzny w habicie.

- Spokojnie, spokojnie na pewno coś wymyślimy - uspokajał ją zakonnik.

Młody, dwudziestokilkuletni mężczyzna z trudem hamował łzy. Dziewczyna, o której mówiono była jego narzeczoną. Dopiero, co z trudem udało mu się przekonać rodzinę do tego "mezaliansu". Wreszcie byliszczęśliwi! A tu ta choroba.

- Myślę, że powinna o tym wiedzieć – lekarz popatrzył na młodzieńca Marka - chyba byłoby najlepiej, gdybyś to ty jej powiedział.

- Tak, na pewno – zgodził się z nim zrezygnowany Marek.

Chłopak zebrał się w sobie i wszedł do pokoju obok. W łóżku leżała młoda dziewczyna. Uśmiechnęła się na jego widok i wyciągnęła rękę. Jednak jej uśmiech zamarł, gdy dostrzegła smutek na jego twarzy. Marek wziął jej rękę i siadając obok niej przytulił do swojej piersi.

- Co się stało? - Zapytała osłabionym głosem

Nabrał powietrza do płuc, wypuścił szybko i po chwili milczenia rzekł cicho.

- Lekarz powiedział, że..., że mamy dla siebie najwyżej 2 lata.

Z oczu pociekły mu łzy, których nie mógł już pohamować, a ciałem wstrząsnął bezgłośny płacz. Dziewczyna także płakała. Uniosła się i przytuliła do Marka. Szloch wyrywał jej się z piersi, tamował oddech, ale mimo to, zdołała wyszeptać:

- Ciiii... Kochany... Ciii... To i tak więcej niż dostają inni. Nie płacz, nie płacz.

Ale i jej nie udawało się powstrzymać łez. Dlaczego jej miłość ciągle go krzywdzi, choć tak bardzo go kocha: najpierw konflikty z ojcem, a teraz to... Dlaczego tylko 2 lata? Poczucie niesprawiedliwej krzywdy wywołało następną falę łez.

Gdy po kilku minutach lekarz zajrzał do ich pokoju, trwali nadal utuleni w sobie i swoim żalu. Zamknął, więc cicho drzwi i skierował się do wyjścia.

- Niech Pani zostawi ich teraz razem – zwrócił się do matki dziewczyny - Może niech pojedzie z bratem Albertem do zakonu. Jeśli zobaczą Panią w takim stanie, to się nigdy nie uspokoją.

- Ma Pan rację doktorze. Zabiorę ją do nas – zgodził się z nim mnich.

- Niech Brat Albert daj jej jakieś proste zajęcie, odsunie to od niej choć trochę te smutne myśli.

- Dobrze... Chodźmy, podwiezie po drodze doktora do miasta.

Talizman

Hrabia Ryszard Barski uderzył ręką w stół, aż zabrzęczały sztućce.

- Gdzie jest ten nicpoń! Przecież wie, że wspólna piątkowa kolacja jest mnie świętością!-gruby i rubasznie wyglądający mężczyzna nie krył swojej irytacji.

Oprócz niego przy stole siedziały dwie nastolatki w wieku około 15 - 17 lat i postawna kobieta będąca jego żoną. Wszyscy czekali z rozpoczęciem kolacji na przyjście Marka. Lokaj patrzył na to z niepokojem. Wiedział, że jego pracodawca cierpia na kwasotę żołądka i po takiej złości może mu kolacja nie smakować. A wtedy za jego zły humor dostawało się całej służbie - a to „tu jest kurz”, a „kto to widział, żeby...”, „to tak nie będzie” itd.

Rozważał już w myślach, do czego tym razem hrabia może mieć pretensje, gdy weszła służąca:

- Panicza może dzisiaj nie być - powiedziała nieśmiało.

- CO?! A to, dlaczego?! Kto mu pozwolił?!

Mężczyzna za stołem zrobił się czerwony ze złości.

- Uspokój się Ryszardzie, to ci szkodzi - odezwała się pojednawczo jego żona. - Dlaczego może go nie być? - zwróciła się do kucharki.

- Słyszałam, że Ala zasłabła i był u niej lekarz i... i... Kucharka stała przerażona, bo nie wiedziała, jak to powiedzieć - I powiedział, że ona... że ona umrze... - dokończyła cicho.

- Co? Co ty dziewczyno pleciesz?! - zdenerwowała się kobieta - takie rzeczy przy jedzeniu... Jak to umrzeć? Nie umiera się ot tak sobie.

- Ona ma gruźlicę i umrze za 2 lata. Tak powiedział lekarz -szybko wykrztusiła z siebie dziewczyna.

Zapanowało milczenie.

-Teraz Panicz tam siedzi u niej to pewni i zapomniał... to chciałam powiedzieć... – i błagalnym tonem dodała: mogę już wyjść?

- Tak, idź – szorstko oddalił ją Ryszard.

To, co usłyszał pozbawiło go wewnętrznej złości, ale zaskoczenie spowodowało, że organizm jeszcze nie zareagował i nadal był czerwony jak burak. Dopiero po chwili jego twarz nabrała normalny kolor.

- No to jemy sami - stwierdziła spokojnie kobieta -No i widzisz mężu... nawet Bóg nas popiera i jest przeciwny takiej wszeteczności... Kto to widział, żeby dziedzic chłopkę za żonę brał. To przeciw naturze!

- Milcz kobieto!!! - wrzasnął mężczyzna uderzając potężnie w stół - Co za brednie gadasz!

Wszyscy zamarli w pół ruchu, a młodsza dziewczynka siedząca przy stole rozpłakała się. To go osadziło, sapnął kilka razy i wyszedł energicznie z komnaty. Zamyślony przeszedł kilka razy przez korytarz, jakby nie mógł się zdecydować gdzie pójść, nagle stanął gwałtownie, chwycił się ręką za czoło jakby sobie coś przypomniał i krzyknął

- Kolaskę mi szykujcie! Natychmiast!

Zbiegł na podwórze, i niecierpliwie poganiając stajennych zaprzągł powóz, a potem ruszył w stronę majaczącej w oddali monumentalnej budowli – klasztoru.