Wydawca: Replika Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 289 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kiedyś cię odnajdę - Małgorzata Rogala

Weronika w wieku dziewiętnastu lat przeżyła koszmar – jej matka została brutalnie zgwałcona i zamordowana we własnym mieszkaniu. Sprawcy nigdy nie odnaleziono, a policja umorzyła sprawę.

Dziesięć lat później historia się powtarza – Olga, najlepsza przyjaciółka Weroniki również ginie w podobnych okolicznościach. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi policjant z wydziału zabójstw, Szymon Pawelec. Weronika, zaniepokojona brakiem postępów, postanawia wziąć sprawy we własne ręce. Podejrzewa, że za morderstwem stoi jeden z byłych współpracowników Olgi.

Jakie zmiany w życiu bohaterki przyniesie znajomość z komisarzem Pawelcem? Czy trop, którym podąża Weronika, okaże się prawidłowy? I komu uda się odnaleźć, należącą do ofiary, zaginioną zawieszkę ze skarabeuszem?

Kiedyś cię odnajdę to sprawnie napisany kryminał z elementami romansu, który kreśli dokładny portret psychologiczny bohaterów, rzuca granat w środowisko szkolne i światło na zjawisko przemocy seksualnej, a czytelnikowi dostarcza kilku godzin niepewności „kto i dlaczego gwałci i zabija”. Polecam.

Michalina Kłosińska-Moeda,

 autorka książek: Miłosne kolizje, Kota lubi szanuje

 
 
 

Opinie o ebooku Kiedyś cię odnajdę - Małgorzata Rogala

Fragment ebooka Kiedyś cię odnajdę - Małgorzata Rogala

Copyright © Małgorzata Rogala

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcia na okładce

Copyright © depositphotos.com/ olgaaltunina

Copyright © depositphotos.com/ mr_Brightside

Skład

Maciej Drozdowski

Wszelkie podobieństwa nazwisk, postaci i zdarzeń sąprzypadkowe i nie maja odpowiedników w rzeczywistości.

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-305-9

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

PROLOG I

Lipiec 1994

Wydostali się z tłumu spoconych ciał, podrygujących w rytmie Joyride Roxette, i wyszli się przewietrzyć. Kiedy skręcili w stronę parku zerknął z ukosa na dziewczynę, śpiewającą półgłosem razem z wokalistką:

– She says: Hello, you fool, I love you, come on join the joyride, join the joyride…

Miała dziewiętnaście lat, o trzy więcej niż on. Robiła wrażenie dorosłej i pewnej siebie. Na pewno wiedziała, co się robi z facetem i będzie miła. Po to z nim wyszła. W parku nie było żywej duszy. Zaproponował, żeby usiedli na ławce, a po minucie objął ją i pocałował.

– A ty co, dziecko jesteś? – Roześmiała się i potrząsnęła krótkimi, równo przyciętymi włosami. – Co to za cmokanie? Pokażę ci.

Objęła dłońmi jego twarz. Po chwili poczuł jej ruchliwe wargi i język. Spodobało mu się. Dotknął jej piersi, a kiedy nie zaprotestowała, wcisnął rękę pod bluzkę. Nie miała stanika.

– Chcesz pofiglować, mały? – Spojrzała na niego spod rzęs.

Skinął głową i położył rękę na jej udzie. Przesunął wyżej.

– A ty chcesz? – zapytał.

– Pewnie. Nigdy tego nie robiłeś? – domyśliła się. Podciągnęła krótką spódnicę i usiadła mu na kolanach. – No to zobaczmy, co tam masz. – Sięgnęła do jego rozporka i pociągnęła za suwak. Rozpięła spodnie i wsunęła rękę do środka. Po chwili znieruchomiała. – Jaja sobie robisz?! W ogóle ci nie stanął. – Zeskoczyła z jego kolan. – Ja nie mogę! – Dostała ataku śmiechu. – Spadam.

Ruszyła w kierunku odgłosów dochodzących z dyskoteki.

Nigdy nie odwracaj się do mnie plecami, dziwko!, zadźwięczało mu w głowie.

Zerwał się z ławki i chwycił ją za ramię.

– Nigdy nie odwracaj się do mnie plecami, dziwko!

Uderzył ją w roześmianą twarz, aż się zachwiała.

– Co robisz?! – Łzy napłynęły jej do oczu. – Zostaw mnie w spokoju!

Nauczę cię szacunku!

– Nauczę cię szacunku! – Gdy uderzył w drugi policzek, upadła na trawę i znieruchomiała. Ukląkł, podciągnął jej spódnicę i zdjął majtki. Kiedy przekręcił ją na brzuch, zaczęła krzyczeć.

– Zamknij się, dziwko!

Dłonią zatkał jej usta. Próbowała odepchnąć jego rękę, więc przycisnął dziewczynę do ziemi całym ciałem, wciskając jej twarz w trawę. Drugą dłonią ścisnął za gardło. Była mała i drobna, nie miała z nim szans. Kiedy zaczęła charczeć, poczuł, że ma wzwód. Zsunął rozpięte wcześniej spodnie i wbił się w jej ciało z całej siły. Już nie stawiała oporu, tylko szlochała, konwulsyjnie łapiąc powietrze. Wyprężył się, krzyknął cicho i opadł na nią.

– Widzisz? – Stoczył się na ziemię, zaspokojony. – Mogłaś być miła.

Ojciec pokazał mu, jak traktować dziewczyny, żeby były posłuszne i uległe. Pamiętaj, ciamajdo, kobiety należy trzymać krótko, mówił do niego, gdy pobita matka płakała w kącie. Inaczej nie będą cię szanować. Nie wiem, co z ciebie wyrośnie, nieudaczniku. Jesteś taki sam, jak ta dziwka, twoja matka.

Przez długie lata bał się go i schodził mu z drogi, żeby nie oberwać. Potem potwór zaczął go fascynować.

PROLOG II

Maj 2002

Obserwował ją od kilku dni. Za każdym razem, gdy przechodziła obok niego, odgarniała włosy za ucho, a na jej twarzy zakwitał uśmiech. Potem mijała go i szła dalej, kołysząc biodrami. Dla niego. Wiedział, że podoba się jej, tylko była nieśmiała. W niczym nie przypominała tych napalonych, wulgarnych dziwek, z jakimi wcześniej miał do czynienia. Była skromna i delikatna, dlatego czekał cierpliwie na znak. Tego dnia kupiła jabłka. Plastikowa torba była ciężka, widział zza drzewa, jak przekłada ją z ręki do ręki. Kiedy dochodziła do klatki schodowej, torba pękła od spodu. Czerwone i żółte owoce potoczyły się po trawie jak kule bilardowe po zielonym suknie. Dała mu wyraźny sygnał, że jest gotowa. Specjalnie wzięła wszystko do jednej siatki, wiedziała, że pęknie, a on podejdzie.

– Pomogę pani.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Tylko że nie mam drugiej siatki.

– Poradzimy sobie. – Nadstawił poły swojej kurtki.

Wiedział, że kiedy zaniosą jabłka na górę, ona poprosi, żeby został. Będą się kochać, a ona powie…

– Jesteśmy na miejscu. – Przekręciła klucz w zamku. – Kuchnia jest po lewej stronie.

Wrzucił owoce do kamiennego zlewu i wyszedł z powrotem do przedpokoju.

– Bardzo dziękuję za pomoc. – Trzymała rękę na klamce. Położył na niej swoją dłoń i zamknął uchylone drzwi. – Co pan robi?

– Przecież wiesz… Po to rozerwałaś siatkę.

– Co?! Wynocha, bo dzwonię na policję! – Odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania.

Miało być inaczej. Ona powinna się rozebrać i prosić, żeby ją dotykał. Doskoczył i szarpnął. Naderwany rękaw obnażył nagie ramię.

– Nigdy nie odwracaj się do mnie plecami, dziwko!

Uderzenie w twarz sprawiło, że zatoczyła się na ścianę. Drugi cios powalił ją na podłogę. Leżała bez ruchu.

– No widzisz… Po co ci to było?

Usiadł przy niej. Odgarnął włosy z jej twarzy i pogładził policzek. Z rozciętej wargi sączyła się krew. Pochylił głowę i zlizał czerwoną strużkę. Czekał aż się ocknie. Kiedy uniosła powieki, zaczęła prosić, żeby nie robił jej krzywdy. Kapiące łzy napawały go obrzydzeniem.

– Zamknij się!

Rozerwał kraciasty materiał bluzki. Guziki strzeliły na wszystkie strony. Jeden trafił go w oko. Zaczęła krzyczeć, więc usiadł na niej i zatkał dłonią rozchylone wargi i nos. Kiedy znieruchomiała, puścił. Przewrócił ją na brzuch, uderzając jej twarzą o podłogę, i ściągnął rękawy bluzki. Obojętnie słuchał, jak leżąc z twarzą na dębowej klepce, łapała powietrze, krztusząc się. Z rozbitego nosa ciekła krew. Podwinął jej spódnicę i ściągnął do kostek rajstopy razem z majtkami. Wtedy znów zaczęła krzyczeć. Położył się na niej, przygniótł swoim ciężarem i chwycił za szyję. Przekręciła głowę w bok i dłonią próbowała sięgnąć do jego nadgarstka. Wtedy ścisnął jeszcze mocniej. Dłoń opadła.

– Zaraz będzie ci dobrze – wyszeptał jej do ucha, wciskając palce w krtań.

Słysząc świst wydobywający się z gardła kobiety, poczuł, że zaraz wybuchnie. Rozpiął spodnie i brutalnie wdarł się w jej wnętrze. Wykonał kilka konwulsyjnych ruchów i opadł na nią, oddychając ciężko.

– Mówiłem, że będziesz zadowolona – sapnął.

Odpowiedziało mu nieruchome spojrzenie szeroko otwartych oczu. Podniósł się i wygładził koszulę, a potem rozejrzał po mieszkaniu. Jego wzrok przyciągnęła niewielka szkatułka w kształcie starodawnego radia. Od ciemnego, zmatowiałego drewna odcinały się trzy małe gałki w kolorze starego złota, imitujące radiowe pokrętła. Pociągnął za środkową, większą od pozostałych. Ku jego zaskoczeniu wysunęła się szufladka i pokój wypełniły dźwięki pozytywki. Znał tę melodię. Kołysanka Brahmsa. Zatrzasnął szufladkę i schował drewniane pudełko do kieszeni kurtki. Potem skierował kroki do kuchni. Umył jedno jabłko pod bieżącą wodą i zatopił w nim zęby. Dobre, stwierdził z zadowoleniem i poczuł, że jest głodny. Złapał jeszcze jeden rumiany owoc i opuścił mieszkanie.

1.

Weronika ostatni raz spojrzała na tonący we mgle jesienny pejzaż: drzewa w połowie ogołocone z liści, pustą aleję, samotną ławkę. Nagie krzaki częściowo zasłaniały leżącą na ziemi postać. Całość sprawiała, że czuła niepokój.

– Jest dobrze – mruknęła do siebie.

Wyszukała w menu komendę „zapisz projekt” i odchyliła się na krześle, rozciągając skurczone od wielogodzinnego siedzenia mięśnie. Pierwsza okładka kryminalnej trylogii książkowej była gotowa. Tom miał się ukazać za półtora miesiąca, a pozostałe dwa w ciągu następnego roku. Jednak wydawnictwo chciało umieścić na skrzydełku okładki pierwszej części zapowiedź drugiej i trzeciej, dlatego Weronika miała przedstawić projekt całego kompletu. Ze wszystkich zleceń najbardziej lubiła powieściowe okładki. Żaden plakat, folder czy wizytówka nie mogły się równać z tymi małymi dziełami sztuki tworzonymi z prawdziwą pasją i cenionymi przez zleceniodawców. Miała nadzieję, że jej praca spodoba się również nowemu odbiorcy i próbny kontrakt zaowocuje dalszą współpracą.

Nika kochała swoje zajęcie i była w nim naprawdę dobra. Studiując pedagogikę, zapisała się dodatkowo na zaoczne studia informatyczne i w trakcie zaliczyła kilka kursów grafiki komputerowej. To, co miało być tylko hobby, stało się pracą. Pedagogiem była tylko na papierku i teraz, pięć lat po studiach, Weronika nie wyobrażała sobie, że mogłaby pracować w tym zawodzie i użerać się z cudzymi dzieciakami, tak jak Olga, jej przyjaciółka, pochodząca z rodziny nauczycielskiej i traktująca pracę w szkole jak misję. Poznały się na pierwszym roku pedagogiki. Zaprzyjaźniły tylko dlatego, że pogodnej i otwartej Oldze chciało się przebijać przez twardy pancerz otaczający Weronikę. Niezrażona stwarzanym dystansem i oschłością, uparcie oswajała zamkniętą w sobie dziewczynę, aż zdobyła jej zaufanie. Nika była jej za to wdzięczna do dziś i uważała, że przyjaźń z Olgą jest najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła jej się w życiu. Pod koniec studiów postanowiły zamieszkać razem do czasu, aż znajdą partnerów, z którymi będą chciały dzielić życie.

Weronika sięgnęła po stojące na komodzie zdjęcie. Drugie, identyczne, miała Olga. Zrobiły je sobie w Łazienkach, gdzie pojechały prosto po obronie prac magisterskich. Nika zapatrzyła się w ich roześmiane twarze. Były do siebie podobne; szczególnie wtedy, gdy Olga jeszcze miała, jak na zdjęciu, długie włosy. Obie cechowała drobna budowa ciała i podobny wzrost. Znajomi nazywali je bliźniaczkami. Tylko oczy miały inne. Ciepłe, bursztynowe spojrzenie Olgi współgrało z jej otwartą, przyjazną naturą. Stalowoszare tęczówki Weroniki mogły zamrozić wodę w upalny dzień.

Odstawiła drewnianą ramkę na swoje miejsce i zamówiła przez telefon chińszczyznę z dostawą do domu. Mogłaby iść i zjeść na miejscu, bo „chińczyk” był na tej samej ulicy, ale nie lubiła biesiadować z obcymi. Ludzie robili tyle hałasu, że uszy puchły. W domu mogła usiąść przed komputerem i zjeść spokojnie.

&

„Karmelowa”, ulubiona cukiernia Olgi, była usytuowana w pobliżu stacji metra Racławicka. Słynęła z najdroższych lodów na Mokotowie, ale ich smak i wielkość porcji były warte każdej złotówki. Obie z Weroniką uwielbiały to staroświeckie miejsce o ścianach pomalowanych na morelowy kolor, z małymi, miękkimi fotelami, pełne bibelotów, pluszowych miśków i lalek rozpychających się na obitej miodowym aksamitem kanapie.

Olga weszła do przytulnego wnętrza i rozejrzała się. Kuby jeszcze nie było. Usiadła, a na sąsiednim krześle ułożyła kwiaty, które dostała od uczniów. Oparła łokcie na okrągłym blacie i zanurzyła palce we włosach. Trzeba to załatwić raz na zawsze, pomyślała. Na szczęście czuła złość, a nie poczucie winy, więc powinno być dobrze. Z jej punktu widzenia ich związek zakończył się już jakiś czas temu, chociaż żadne z nich tego oficjalnie nie wyraziło. Przypuszczała, że Kuba doszedł do tego samego wniosku i dlatego zadzwonił z prośbą o spotkanie. Powiedziała, że może się spotkać bezpośrednio po uroczystości zakończenia roku szkolnego. Potem będzie zajęta.

Nagle nad jej głową rozległ się znajomy głos:

– Grosik za twoje myśli.

Olga leniwie uniosła powieki.

– Rafał? Co tu robisz? – spytała zaskoczona.

– To raczej ja powinien zapytać o to ciebie. Byłem tu pierwszy. – Mrugnął do niej.

– Niemożliwe.

– A jednak. Weszłaś, złożyłaś zamówienie, nawet przeszłaś koło mojego stolika. A potem usiadłaś tu i nie zauważyłaś, kiedy kelnerka przyniosła twoje lody i kawę.

Olga spojrzała na roztapiającą się zawartość pucharka i sięgnęła po łyżeczkę. Nabrała porcję i włożyła ją do ust.

– Myślałam o czymś.

– Mogę się przysiąść? – Rafał uśmiechnął się.

– Przepraszam, ale czekam na kogoś. – Olga zerknęła w stronę drzwi wejściowych i zobaczyła sunącego w jej kierunku Kubę. Jak zwykle, szedł z wysoko uniesioną głową, wypełniając sobą przestrzeń.

– Tu jesteś! – powiedział na jej widok i obrzucił Rafała nieufnym spojrzeniem. Olga obserwowała przez chwilę, jak mężczyźni mierzą się wzrokiem.

– To jest Rafał Walczak, kolega z pracy – przedstawiła. – A to…

– Jakub Janicki, partner Olgi. – Kuba zaznaczył swoje terytorium.

– W takim razie nie przeszkadzam. – Rafał skinął głową i wrócił do swojego stolika.

– Nie poznałem cię w pierwszej chwili. – Jakub usiadł na wolnym krześle i zwrócił się do Olgi. – Myślałem, że jeszcze nie przyszłaś. Wyglądasz… inaczej.

No tak, po jej długich, sięgających talii, ciemnych włosach od miesiąca nie było śladu. Nowa fryzura na grzecznego pazia, rozjaśniona kilkoma kasztanowymi pasmami, sprawiała, że Olga wyglądała jak zupełnie inna osoba. Kuba przechylił się w jej stronę i pocałował w policzek.

– Przepraszam za spóźnienie, szef zatrzymał mnie tuż przed wyjściem. Puścił dopiero wtedy, gdy obiecałem, że niebawem wrócę. – Roześmiał się, jakby opowiedział dobry żart.

Do stolika podeszła kelnerka. Kiedy Kuba składał zamówienie, Olga obrzuciła uważnym spojrzeniem jego ciemne, gładko uczesane włosy. Potem przeniosła wzrok na jedwabny krawat w biegnące ukośnie paski w różnych odcieniach czerwieni. Dior, uznała, kosztował co najmniej trzy stówki. Koszula raziła w oczy śnieżną bielą, a popielaty garnitur nie miał najmniejszego śladu zagnieceń. Kuba wyglądał, jak zwykle, nieskazitelnie. Do tego był bardzo przystojny, kobiety zwracały na niego uwagę. Olga przymknęła na chwilę oczy. Jedyne, co czuła, to obojętność.

– Coś się stało? – zapytała. – Skąd nagle pomysł spotkania, do tego w godzinach twojej pracy? – W jej głosie zabrzmiała nuta ironii. – To musi być coś ważnego. Niech zgadnę… Zaproponowali ci wyjazd na kontrakt i chcesz się pochwalić.

– Skąd wiesz? – Spojrzał na nią zdumiony.

– Trafiłam?

– Tak, docenili mnie. – Siedział napuszony jak paw. – Jesienią wyjeżdżam do Belgii na pół roku, a więc nie ma co dłużej zwlekać.

To świetnie, pomyślała. Ona też uważała, że dalsza zwłoka jest bezsensowna. Wyręczy ją, nie będzie musiała nic robić.

– Wiem, że ostatnio trochę nam się nie układało – ciągnął Kuba – ale przecież są ważniejsze sprawy niż chwilowe dąsy.

– Co masz na myśli? – spytała, patrząc jak do małej filiżanki wsypuje trzy łyżeczki cukru. – Nawet nie poczujesz smaku kawy. – Nie wytrzymała.

– Wszystko obmyśliłem i zaplanowałem. – Podekscytowany, zignorował jej komentarz. – Olga, świetnie do siebie pasujemy, jesteś ładna i inteligentna, więc pora pomyśleć o legalizacji naszego związku i dziecku. Moje zarobki bez problemu wystarczą na zaspokojenie wszystkich potrzeb, ty nie musisz pracować. Zresztą, co to za praca! Wstyd się przyznać znajomym. Lepiej siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Planuję trójkę. – Urwał, żeby zaczerpnąć powietrza.

– Ach tak… – wyjąkała oszołomiona Olga, oblizując łyżeczkę z resztek mandarynkowych lodów. Dlaczego wydawało jej się, że Kuba chciał z nią zerwać? – A jeśli ja chcę pracować i nic mnie nie obchodzi, co sądzą o tym twoi znajomi?

– Dziewczyno, chyba zdajesz sobie sprawę, że w szkole nie zrobisz kariery, więc równie dobrze możesz darować sobie tę pracę. Poza tym w moim domu matka zajmowała się rodziną. Ja rozumiem, że poszłaś na studia, bo chciałaś poszerzyć horyzonty, i bardzo dobrze. Cenię twoją inteligencję, a umiejętności pedagogiczne przydadzą się, gdy będziemy wychowywać dzieci. Dobrze wiesz, ile ja pracuję, a na nianię nie wyrażam zgody. Żadna obca baba z brudnymi paznokciami nie będzie pętać się po moim domu.

– Ale…

– Olga… – Kuba położył dłoń na jej ręce. – Mam trzydzieści sześć lat, wiem, co jest dla ciebie dobre. Gdybyś od początku mnie słuchała, nie byłoby tych wszystkich niesnasek między nami. A ty ciągle upierasz się przy swoim.

– Na przykład przy czym?

Zajrzał pod stolik.

– Wciąż nosisz te okropne buty, mimo że prosiłem cię, żebyś je wyrzuciła. O piciu gorzkiej kawy nie wspomnę.

Tego było już za wiele. Olga nabrała powietrza do płuc i zrobiła powolny wydech.

– Posłuchaj, Kuba, między nami wszystko skończone. Zgodziłam się na to spotkanie tylko dlatego, żeby ci o tym powiedzieć. Nie przerywaj, ja wysłuchałam cię do końca. – Podniosła ostrzegawczo dłoń. – Możesz znaleźć sobie inną głupią, która będzie żyć pod twoje dyktando. Ja wybieram swoje okropne buty. I gorzką kawę.

– Nie mówisz poważnie! – Kuba wybałuszył na nią oczy, a Olga pomyślała, że wygląda wyjątkowo głupio.

– Jak najbardziej. Myślę, że trochę się zasiedziałeś, a przecież obiecałeś szefowi szybki powrót do biura. Nie zatrzymuję cię.

– Masz kogoś, tak? – Rozejrzał się po wnętrzu cukierni, szukając wzrokiem Rafała. – To twój fagas? Żadna laska nie będzie robić ze mnie głupka. – Zacisnął szczęki i skierował na nią zmrużone oczy.

– Powinieneś już iść – odpowiedziała spokojnie.

2.

Kiedy Weronika obudziła się w sobotnie przedpołudnie, Olga była już na nogach. Poznała to po kuszącym zapachu kawy, który dochodził do niej nawet przez zamknięte drzwi. Wczoraj urządziły sobie wieczór filmowy; popijając czerwone wino, obejrzały Dom nad jeziorem i Smaki miłości. Zgodnie płakały pod koniec drugiego filmu, a kiedy Olga usnęła na kanapie w salonie, Weronika poszła do swojego pokoju, projektować drugą okładkę książkowej trylogii. Zeszło jej do trzeciej rano. Spała do jedenastej i czuła, że odrobiła zaległości. Kiedy wstała i podciągnęła rolety, pokój zalało światło słoneczne. Weronika lubiła swoje mieszkanie między innymi dlatego, że panowała w nim kojąca cisza. Żadne z okien nie wychodziło ani na ulicę ani na plac zabaw, a lokatorzy zajmujący pozostałe mieszkania, podobnie jak Weronika, cenili sobie spokój. Imprezy należały do rzadkości i zwykle kończyły się przed dwudziestą czwartą.

– Cześć. – Nika wsunęła głowę do kuchni. – Jest kawka?

Olga siedziała przy kuchennym stole i jadła śniadanie. Miała na sobie beżowe szorty i czarną koszulkę bez rękawów. Na lewy nadgarstek założyła szeroką, indyjską bransoletkę w kolorze starego złota. Na widok Weroniki uśmiechnęła się.

– Wystarczy podstawić filiżankę i nacisnąć guzik. W czerwonym rondlu zostawiłam ci trochę owsianki. Wyspałaś się?

– Za wszystkie czasy. Kochana jesteś. – Weronika nałożyła do miski ugotowane płatki, dorzuciła trzy łyżki jogurtu naturalnego i łyżkę konfitur z czarnej porzeczki. Usiadła po drugiej stronie stołu i upiła łyk kawy.

– Siedziałam do trzeciej rano, ale mam już dwie okładki.

– Pokażesz mi? Umieram z ciekawości.

– Jasne, ale wolałabym pokazać ci całość. Wytrzymaj jeszcze dzień, dwa, a zobaczysz komplet. Jestem ciekawa twojego zdania. Wydaje mi się, że są fantastyczne – dodała nieskromnie, nabierając na łyżkę porcję owsianki.

– Chyba wczoraj za dużo wypiłam – stwierdziła Olga, parskając śmiechem. – Dzięki, że przykryłaś mnie kocem.

– Należało ci się po całym roku szkolnym – uznała Weronika.

– Raczej odreagowałam spotkanie z Kubą. Nalejesz mi jeszcze trochę? – Olga wyciągnęła rękę z filiżanką.

– Nie rozumiem. Jakie spotkanie z Kubą? – Weronika machinalnie dolała jej kawy.

– Zerwałam z nim wczoraj.

– I nic mi nie powiedziałaś? – Weronika znieruchomiała. – Piłyśmy wino i oglądałyśmy głupie filmy, a ty nie pisnęłaś słowa o Kubie?

– Nie chciałam psuć nastroju. – Olga skrzywiła się. – A filmy nie były głupie. Już dawno nie widziałam cię takiej zabeczanej, zasmarkałaś dwie paczki chusteczek.

– Żaden film nie jest ważniejszy od ciebie. Co się stało? – Weronika przysiadła na taborecie.

– Chciał mi życie ułożyć na swoją modłę. Poślubić, wywieźć do Belgii i zapłodnić. Nie jestem pewna, czy w takiej kolejności. – Olga wzruszyła ramionami. – Straszny dupek.

– Dupek – zgodziła się Weronika. – Poza tym nie pasował do ciebie. Co było dalej?

– Nic. Na początku protestował, ale musiał w końcu przyjąć do wiadomości, że to koniec. Nie ma o czym gadać. – Olga wzruszyła ramionami. – Czuję ulgę.

– Nie chcę, żebyś ukrywała przede mną takie rzeczy. Na drugi raz…

– Nie będzie drugiego razu. – Olga roześmiała się. – Ale dość już o mnie. Powiedz lepiej, czy myślałaś o Adamie? – spytała.

– Adam to przeszłość, nie ma nad czym się zastanawiać – stwierdziła Weronika, przewracając oczami. – A w ogóle to na razie mam dość facetów. – Wstała i zaparzyła drugą filiżankę kawy. – Ta konfitura jest boska. Musimy kupić duży pojemnik, bo mały wystarcza na dwa razy. – Weronika wyskrobała resztki owoców z słoika.

– Jeśli pożera się ją łyżką do zupy, to na pewno. Nie zmieniaj tematu.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Chcę jeszcze spokojnie pożyć, robić to, co mi się podoba, zajmować swoją pracą, a wieczór spędzić z facetem wtedy, kiedy będę miała ochotę. – Weronika zalała miskę wodą z płynem do zmywania naczyń i oparła się biodrem o zlewozmywak. – Nigdy nie pozwolę, żeby taki gość planował mi życie. Ty też zerwałaś z Kubą, bo uważał, że lepiej wie, jak masz żyć.

– To było co innego. Ja i Kuba… jesteśmy z innych bajek. Ludzie mogą mieć różne zainteresowania, ale jeśli wyznają sprzeczne wartości, to nic z tego nie będzie na dłuższą metę. Moglibyśmy się jedynie kumplować. A Adam… Był wpatrzony w ciebie jak w obraz.

Weronika milczała. Uważała, że mężczyźni cenią niezależność, dają sobie prawo do wolności, swobody, mieszkania osobno, swoich zainteresowań i pracy. Mieli sprawy niedostępne dla kobiet i one musiały to akceptować, w przeciwnym razie proponowali, żeby „trochę od siebie odpocząć”. Gdy było odwrotnie, rozdmuchiwali problem do rozmiarów katastrofy. Tak jak Adam. Kiedy Weronika dała mu do zrozumienia, że chce korzystać z takich samych praw, okazało się, że nie może, bo ktoś już wyznaczył jej życiową rolę.

– Stwierdził tylko, że jest za mało nowoczesny, żeby być w związku polegającym głównie na sypianiu ze sobą od czasu do czasu – powiedziała Olga, jakby czytała w myślach Weroniki.

– I to wystarczy.

– Nazwałaś go starym grzybem pozbawionym fantazji i doradziłaś szukanie innej mamusi – ciągnęła bezlitośnie.

– Zrozumiał. Widziałam go niedawno na ulicy. Wisiała na nim jakaś panienka.

– Nika, ty zwyczajnie boisz się zaangażować.

– Nieprawda!

– To skąd to oburzenie? – zakpiła Olga.

– W porządku. – Weronika uniosła ręce w geście poddania. – Nie chcę się zaangażować, a potem cierpieć. Nigdy więcej nie chcę tak strasznie cierpieć, rozumiesz?

– Rozumiem. Wiem, przez co przeszłaś. To prawda, brak zaangażowania jest bezpieczny, chroni przed zranieniem. Jednak uważam, że jeśli nie wkładasz w związek emocji, to żyjesz na pół gwizdka, pozbawiasz się szansy na pełne przeżywanie.

– Możliwe, ale dobrze mi, gdy moje emocje pozostają w uśpieniu.

– Nika, chciałabym, żebyś pozwoliła sobie na prawdziwą bliskość, nie tę fizyczną, ale emocjonalną. Kiedy się otworzysz…

– Olga…

– Zacznij od swojego ojca. Widzisz przecież, jak się stara, doceń to. Potrzebujecie siebie nawzajem.

– Pomyślę o tym, okej? Ale nie wierć mi już dziury w brzuchu, pliiisss. Może pójdziemy wieczorem potańczyć w „Casablance”?

– Sorry, może być za tydzień? – Olga uśmiechnęła przepraszająco. – Dziś umówiłam się z paroma osobami z pracy. Wiesz, taka mała nauczycielska imprezka z okazji rozpoczęcia wakacji.

– Jasne, nie ma sprawy. – Weronika kiwnęła głową. – Może to i lepiej. Posiedzę przy trzeciej okładce i dokończę projekt. Tylko nie zapomnij kluczy, bo możesz mnie nie dobudzić, jak padnę nad ranem.

3.

– …osiem… dziewięć… i… dziesięć! – Weronika odsunęła policzek od spękanego pnia brzozy i otworzyła oczy. – Szukam!

Ruszyła powoli przed siebie, zerkając w prawo i w lewo. Olgi nigdzie nie było. Szeroka, leśna droga stopniowo nabrała rozmiarów wąskiej ścieżki, a słońce, jeszcze niedawno rozświetlające korony drzew, teraz skryło się za chmurami. Weronika stanęła i powiodła wzrokiem po otaczającym ją lesie. Droga powinna być coraz szersza i prowadzić na polanę, pomyślała i poczuła nieprzyjemny dreszcz, pełzający po rękach i plecach.

– Nika! Tu jestem! – Nagle usłyszała śmiech przyjaciółki. Olga siedziała na niskiej, rosnącej poziomo, bukowej gałęzi i machała nogami. Weronika odetchnęła.

– Ale mnie nastraszyłaś – sapnęła, rozcierając ramiona.

Olga zeskoczyła na ziemię i objęła gruby pień. Jasna plama jej sukienki w kwiatki wyraźnie odcinała się na tle zieleni.

– Szukaj mnie, Nika, tu jestem! – zawołała i pobiegła głębiej w las. – Ale z ciebie gapa!

– Olga, nie wygłupiaj się, to nie jest zabawne!

Przyjaciółka odbiegła jeszcze dalej.

– Nika, jestem tutaj! Nika… szukaj mnie… Tu jestem!

– Gdzie? – Rozejrzała się bezradnie i zauważyła, że zrobiło się ciemno. – Olga, gdzie jesteś? Gdzie jesteś?

Usiadła gwałtownie na łóżku, łapiąc oddech. To tylko sen, pomyślała.

Odsunęła wilgotne włosy ze spoconej twarzy i poprawiła skotłowaną kołdrę. Sięgając po szklankę z wodą, zerknęła na fosforyzujące wskazówki budzika. Pierwsza dwadzieścia pięć. Odetchnęła głęboko raz jeszcze i ułożyła głowę na poduszce.

&

Olga wybiegła z klatki schodowej i ruszyła między blokami w stronę Rakowieckiej. Miała nadzieję, że jak będzie szła szybkim krokiem, dojdzie do stacji metra Pole Mokotowskie w ciągu dziesięciu minut. Niepokojącą ciemność rozpraszało blade światło latarni; zbyt słabe, żeby Olga poczuła się bezpiecznie. Na blask księżyca też nie mogła liczyć. Chociaż faza nowiu minęła i władca znaku Raka przybrał już kształt litery D, co chwilę zasłaniały go ciężkie chmury. Zadrżała, trochę z zimna, a trochę ze strachu i otuliła się mocniej cienkim żakietem. Wtedy usłyszała za sobą kroki.

– Olga, zaczekaj!

– Odczep się – rzuciła przez ramię i skręciła w lewo, w Rakowiecką. Wreszcie więcej światła. Zerknęła na zegarek. Dochodziła pierwsza trzydzieści.

Dogonił ją i chwycił za ramię.

– Pogadajmy, wszystko ci wyjaśnię.

Olga zatrzymała się na środku pustej jezdni.

– Co mi chcesz wyjaśnić? To nie twoja sprawa.

Odepchnęła go i przeszła na drugą stronę ulicy. Zza zakrętu wyskoczył motocykl i z rykiem przejechał między nimi. Dawca narządów, pomyślała i ruszyła w stronę alei Niepodległości.

– Powiesz jej? – zawołał za nią.

– Dajcie mi wszyscy spokój, mam dość tej farsy.

Zdenerwowana, ruszyła dalej. Obejrzała się dopiero po przejściu kilkunastu metrów. Nie szedł już za nią. Napięcie trochę puściło i pod powiekami zapiekły ją łzy. Odchyliła do tyłu głowę i zamrugała oczami, żeby je zatrzymać.

Wtedy bardziej wyczuła, niż zauważyła, że ktoś ją obserwuje. Zerknęła w lewo przez ramię. Kilka metrów za nią, blisko krawężnika jechał wolno samochód. Serce natychmiast zaczęło bić jak oszalałe. Przyspieszyła kroku i próbowała wyrównać oddech. Już niedaleko, myślała, spokojnie, może on czegoś szuka, nie wpadaj w panikę. Trzeba było wezwać taksówkę, a nie odgrywać bohaterkę. Włożyła rękę do kieszeni i namacała komórkę. Samochód przyspieszył, zrównał się z nią i zahamował. Kiedy zaczęła biec, usłyszała za plecami:

– Olga!

Zwolniła i odwróciła się. W otwartych drzwiach auta stała znajoma postać.

– Odbiło ci?! – krzyknęła zdenerwowana, z trudem łapiąc oddech. – Jedziesz za mną jak jakiś…

– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.

– Co…

– Wsiadaj, podwiozę cię – zaproponował, przerywając jej.

– Dzięki, pojadę metrem. – Machnęła ręką w kierunku skrzyżowania. – Już blisko, nie będę cię fatygować.

– Żadna fatyga.

– Ale…

– Jadę w twoją stronę. Wskakuj.

Wahała się przez moment.

– No dobrze, niech ci będzie.

Wsiadła do samochodu.

&

Stopniowo narastający, natarczywy dźwięk wdzierał się do uszu Weroniki.

Klepnęła po omacku przycisk budzika. Cały wieczór i część nocy spędziła nad projektem, a potem miała ten koszmarny sen, po którym długo nie mogła zasnąć. Przekręciła się na drugi bok i naciągnęła kołdrę na głowę. Wtedy znów usłyszała świdrujące brzęczenie. To nie budzik, pomyślała. Z trudem uniosła ciężkie od snu powieki i zwlokła się z łóżka. Człapiąc do przedpokoju, zerknęła na zegar. Dziewiąta. Pewnie Olga nie wzięła kluczy.

– Idę – rzuciła w stronę drzwi.

Otworzyła, nie patrząc przez wizjer, i cofnęła się zaskoczona na widok nieznajomej pary.

– Dzień dobry, jesteśmy z policji. – Mężczyzna pokazał odznakę. – Komisarz Szymon Pawelec, a to starszy aspirant Krystyna Szuba – przedstawił swoją partnerkę. – Pani Weronika Nowacka?

– Tak – wyjąkała.

– Możemy wejść?

– Ale o co chodzi?

– Powiem, jak wejdziemy do środka.

– Proszę. – Nerwowym ruchem odgarnęła włosy z szyi.

– Czy mieszka z panią Olga Cichoń? – spytała kobieta towarzysząca mężczyźnie.

Weronika skinęła głową.

– To moja przyjaciółka.

– Jest teraz w domu?

Nika dopiero teraz zerknęła na drzwi pokoju Olgi. Były zamknięte.

– Jeszcze śpi. Wczoraj była na imprezie.

– Może pani sprawdzić? – poprosił Szymon Pawelec.

– Słucham? – Weronika uniosła brwi.

– Proszę sprawdzić.

Wzruszyła ramionami i nacisnęła klamkę. Wnętrze pokoju Olgi wyglądało tak, jak je zostawiła ostatniego wieczoru. Na tapczanie walały się ubrania, które mierzyła, gdy wybierała strój na wieczór: biała sukienka z krótkim rękawem, dżinsy, bluzka w różnokolorowe, drobne kwiatki i druga, błękitna. Na oparciu krzesła wisiał biustonosz z czarnej koronki. W kącie, na podłodze, leżała suszarka do włosów, a obok niej dwie pary butów: czerwone sandały i kremowe baleriny. Na biurku, obok zamkniętego laptopa, stała butelka AnaïsAnaïs, ulubionych perfum Olgi. Opuszczone bladozielone rolety sprawiały, że w pokoju panował półmrok.

– Nie ma jej, pewnie zabalowała i została u kogoś na noc – stwierdziła Weronika, ale niepokój wkradł się do jej serca.

– Ma pani jej zdjęcie? – zapytał Pawelec.

– Mam, ale powiedzą mi państwo wreszcie co chodzi?!

Komisarz Pawelec podszedł do okna i podniósł rolety. Pokój zalało światło dnia. Rozejrzał się i podszedł do komody. Wziął w rękę drewnianą ramkę.

– To ona?

Weronika z trudem przełknęła ślinę.

– Tak.

Policjanci wymienili spojrzenia.

– Przykro nam… – odezwała się Krystyna Szuba. – Olga Cichoń nie żyje.

– Co pani mówi?!

Łomotanie serca rozsadzało klatkę piersiową, a piekące łzy wypływały spod powiek. To nie może być prawda, myślała rozpaczliwie. Musieli się pomylić!

– Pani przyjaciółkę znalazł przypadkowy przechodzień w parku na Polu Mokotowskim – ciągnęła kobieta, patrząc na Weronikę ze współczuciem. – Od strony Batorego. Została zgwałcona i uduszona.

To na pewno dalszy ciąg tamtego snu. Bawiły się w chowanego, jak małe dziewczynki. Olga kryła się między drzewami, a Weronika szukała. W snach dzieją się różne dziwne rzeczy, jedne obrazy przechodzą w drugie, a senna rzeczywistość nie ma nic wspólnego z tą na jawie. Zaraz obudzi się z tego koszmaru i wtedy…

Usiadła ciężko na krześle i ukryła twarz w dłoniach.

– Czy wie pani, kto mógł chcieć ją skrzywdzić? – Tym razem pytanie zadał mężczyzna. Zapomniała, jak brzmi jego nazwisko.

– Ta dziewczyna… Kobieta… – Słowa z trudem przedzierały się przez ściśnięte gardło. Weronika ze wszystkich sił próbowała zebrać myśli. – Ludzie są do siebie podobni… – Urwała, bo w tym momencie przyszło olśnienie. Komórka. Olga nigdy jej nie wyłączała, zresztą tak, jak ona. Zaraz do niej zadzwoni i wszystko będzie jasne. Poderwała się i jak w transie poszła po leżący przy łóżku telefon.

„Abonent jest poza zasięgiem. Proszę zadzwonić później” – usłyszała po wybraniu numeru Olgi.

– W pobliżu ciała znaleziono komórkę. Należała do pani przyjaciółki – powiedział Szymon Pawelec, stając za nią. – Sprawdziliśmy u operatora.

– Nie wiem, ja nic nie wiem. – Weronika znów opadła na krzesło. – Możecie mnie zostawić?

– Proszę pani, wiem, że to trudne, ale musimy zadać kilka pytań. Czy wie pani, jak Olga Cichoń spędziła wczorajszy wieczór? Wspominała pani o jakiejś imprezie.

Weronika potarła skronie i czoło. Boleśnie napięta skóra na twarzy sprawiała ból.

– Tak.

– Proszę pomyśleć. Każdy szczegół jest ważny.

– Tak, rzeczywiście – przypomniała sobie. – Poszła do kogoś z pracy. Wczoraj było zakończenie roku szkolnego. Oblewali początek wakacji. Olga pracuje… Pracowała w szkole. – Głos jej się załamał. – Boże, co za potwór jej to zrobił?!

Zaczęła rozpaczliwie płakać.

4.

W poniedziałek dyrektor Ireneusz Biedrzycki zaparkował pod budynkiem szkolnym o dziewiątej dwadzieścia. Zaczęły się wakacje, ale on miał jeszcze sporo papierkowej roboty, do której się nie spieszył. Na szczęście w szkole panowała błoga cisza. Biedrzycki miał nadzieję, że upora się z dokumentami i zajmie wreszcie sprawą remontu łazienek. Musiał jeszcze stoczyć małą batalię o pieniądze z tymi z góry, ale sprawa była na dobrej drodze. Urzędnicy, od których zależało dofinansowanie, nie mieli pojęcia o tym, jak funkcjonuje polska szkoła i jakie są jej potrzeby. Swoją wiedzę czerpali głównie z mediów, podobnie jak większość społeczeństwa. Ireneusz Biedrzycki uważał, że w organach zarządzających i nadzorujących szkoły powinny pracować wyłącznie osoby, które wcześniej odbyły co najmniej dziesięcioletni staż w placówce oświatowej. Były to jego pobożne życzenia, bo w rzeczywistości musiał najczęściej toczyć boje o podstawowe rzeczy z ludźmi, którzy przybywali z ramienia aktualnie rządzącej partii politycznej. Rozmyślając nad upadkiem polskiej szkoły, dyrektor dotarł do sekretariatu. Na korytarzu, przed drzwiami, przechadzał się mężczyzna.

– Pan Ireneusz Biedrzycki? – zapytał na jego widok.

– Tak, o co chodzi?

– Komisarz Szymon Pawelec. – Wyciągnął odznakę. – Wydział zabójstw. Możemy porozmawiać?

– Zapraszam do gabinetu. – Biedrzycki ogarnął policjanta zaskoczonym spojrzeniem.

– Olga Cichoń to pana pracownica? – zapytał komisarz, gdy usiedli.

– Zgadza się. Jest u nas pedagogiem szkolnym.

– Mam przykrą wiadomość, Olga Cichoń nie żyje.

– Słucham?! Co…? – Biedrzycki rozluźnił krawat, który nagle zaczął blokować mu oddech. – Jak to… nie żyje?

– Została zamordowana. W nocy z soboty na niedzielę.

– Ale… Jak… Nie rozumiem. – Dyrektor otworzył okno. – Przepraszam, muszę zapalić. – Trzęsącymi się rękami wysupłał papierosa z napoczętej paczki marlboro.

– Z zeznań jej współlokatorki wynika, że Olga była w sobotę na imprezie z okazji zakończenia roku szkolnego. Podobno uczestniczyli w niej niektórzy pana pracownicy. Czy może mi pan podać nazwiska osób, z którymi przyjaźniła się Cichoń? – poprosił komisarz.

– Tak, tak… Oczywiście… – Zaciągnął się mocno i wydmuchał dym. – Chwileczkę. Muszę się skupić. Matko Boska! – Kilka razy przeczesał palcami ciemne włosy. Potem wziął kartkę i napisał na niej kilka nazwisk. – Ci na pewno. – Stuknął długopisem w kartkę. – Ale czy byli na sobotniej imprezie, nie wiem.

– Dziękuję. – Pawelec popatrzył na trzy nazwiska. – Czy mogę dostać ich adresy?

– Oczywiście. Zaraz poproszę sekretarkę. Są w aktach osobowych. – Sięgnął po słuchawkę telefonu stojącego na biurku. – Pani Basiu? Proszę przyjść do mnie.

Chwilę później rozległo się pukanie i w drzwiach ukazała się kędzierzawa głowa kobiety. Biedrzycki wręczył jej kartkę.

– Proszę odszukać w aktach adresy tych osób i wpisać obok nazwisk.

– Czy Olga Cichoń miała jakichś wrogów? – spytał Szymon Pawelec, gdy drzwi za sekretarką się zamknęły.

– Ależ skąd, proszę pana, wszyscy ją lubili. To miła dziewczyna i bardzo zaangażowana.

– A ktoś spoza szkoły?

– Nic mi nie wiadomo. Panie komisarzu, jak… Olga… Jak zginęła?

– Została zgwałcona i uduszona. Gdzie pan był w nocy z soboty na niedzielę?

– Żartuje pan?

– To rutynowe pytanie. Proszę odpowiedzieć.

– Z żoną, na działce w Urlach.

– Ktoś jeszcze może to potwierdzić?

– Kilka osób. Grillowaliśmy z sąsiadami co najmniej do drugiej w nocy.

– Kiedy pan wrócił?

– Dziś rano.

– Nie można się było do pana dodzwonić.

– Zgadza się, zostawiłem komórkę w domu, w Warszawie.

– Czy mogę zobaczyć miejsce pracy Olgi Cichoń?

– Tak, oczywiście. – Ireneusz Biedrzycki wyjął klucz z gabloty wiszącej przy drzwiach. – Zaprowadzę pana.

Poszli długim korytarzem, a potem skręcili w prawo.

– To tutaj. – Dyrektor otworzył drzwi. – Jak pan skończy, proszę oddać klucz sekretarce.

&

Magdalena Zając nie spała już od kwadransa, ale wciąż leżała z policzkiem przytulonym do śnieżnobiałej pościeli. Postanowiła uczcić pierwszy wakacyjny poniedziałek leniuchowaniem. Należało jej się po dziesięciu miesiącach harówki. Przeciągnęła się zadowolona i podciągnęła wyżej na łóżku. Uważnie omiotła wzrokiem swoją sypialnię. Pokój był jak z bajki. Chłodne, lawendowe ściany obiecywały odpoczynek, a wiszące w oknach, zwiewne jak mgła, szyfonowe zasłonki rozpraszały blask lipcowego słońca. Na fotelu leżały poduszki, obleczone w pastelowe pokrowce. Magda ułożyła ramiona pod głową i zawiesiła wzrok na akwarelowym pejzażu zdobiącym przeciwległą ścianę. Pięknie, pomyślała. Pół roku zajęło jej urządzenie sypialni w nowym, dwupokojowym mieszkaniu, ale warto było nie spieszyć się, wyszukiwać okazje cenowe, uważnie dobierać dodatki.

Westchnęła z zadowoleniem i odrzuciła kołdrę. Usiadła na łóżku i zanurzyła bose stopy w miękkim, długowłosym dywaniku. Najpierw kawa, postanowiła i ruszyła do małej kuchni. W przedpokoju zatrzymał ją dźwięk dzwonka. Kilka minut później siedziała na krześle w pokoju i zszokowana wpatrywała się w przybyłych policjantów. Wycierała wciąż płynące z oczu łzy i nerwowo odgarniała rude włosy sięgające do ramion.

– Olga nie żyje? To niemożliwe… Przecież…

– Tak? – Starszy aspirant Krystyna Szuba patrzyła na nią uważnie.

– Przecież wczoraj ją widziałam… Rozmawiałam…

– Gdzie to było?

– U Witka na imprezie… To na pewno jakaś pomyłka. – Pokręciła głową. – Kto… Kto mógł jej zrobić coś tak potwornego?

– Właśnie próbujemy to ustalić. Może pani nam pomoże.

– Ale ja nic nie wiem… – Magdzie znów napłynęły łzy do oczu.

– Kto to jest Witek? – zapytał komisarz Pawelec.

– Witold Grzelak, jeden z naszych wuefistów.

– Kto jeszcze tam był?

– Witek i jego żona Sylwia, Piotrek Ostrowski, ja, Olga, Alicja, Janek… Wszystko mi się miesza.

– Proszę zapisać imiona i nazwiska na kartce. – Pawelec podał jej notes. – O której godzinie zaczęła się impreza?

– Ludzie schodzili się między osiemnastą a dziewiętnastą.

– Olga przyszła sama?

– Nie, z Piotrkiem Ostrowskim. To drugi z wuefistów, przyjaźni się z Witkiem.

– Czy coś łączyło Ostrowskiego i Olgę Cichoń?

Magda zmieszała się.

– Nie wiem… Nie chcę roznosić plotek.

– Proszę pani – powiedziała Krystyna Szuba – prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa. Każdy szczegół może być ważny.

– Podobno Olga… – Magda zawahała się. – Podobno… miała romans z Piotrem. Ale to tylko plotki – dodała szybko. – Ja nie wiem na pewno. Ludzie tak gadali. Ona nigdy nie mówiła nic na ten temat, a ja nie pytałam. Podobno ktoś ich widział na ulicy i w szkole w jakimś zakamarku. No wie pani…

– Nie wiem.

– No, że się całowali w jakimś kącie czy coś.

– Co się działo na imprezie?

– Jak to na imprezie. Gadaliśmy, piliśmy, tańczyliśmy…

– O której Olga wyszła do domu?

– Trudno powiedzieć. O pierwszej jeszcze była, wiem, bo akurat spojrzałam na zegar. Grzelakowie mają w salonie taki szafkowy, z wahadłem. Olga wyszła zaraz jak… – Urwała, znów zmieszana.

– Jak co? – spytał Szymon Pawelec.

– Pokłóciła się z Piotrem.

– O co?

– Nie wiem. To chyba było na górze. Witek ma mieszkanie dwupoziomowe. Wydaje mi się, że Olga zeszła na dół wkurzona i poszła prosto do drzwi. Piotr wołał za nią, żeby poczekała, ale ona wybiegła na zewnątrz.

– Co było dalej?

– Nic… – Magda przygryzła dolną wargę.

– To znaczy?

– Potem Piotr rozmawiał z Witkiem. Wyglądał na zdenerwowanego.

– Kto?

– Witek.

– Słyszała pani o czym rozmawiali?

– Nie. Byli na tarasie, wyszli na papierosa.

– Jest pani dobrą obserwatorką – stwierdził Pawelec.

Magda Zając zaczerwieniła się.

– Myśli pan, że jestem wścibska… To nie tak. Martwiłam się o Olgę. Nie wiem, czy to prawda z Piotrkiem, ale to nie był odpowiedni facet dla niej.

– Dlaczego?

– Wie pan… On jest z tych, co żadnej nie przepuszczą. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Sypia z nimi, dopóki mu się nie znudzi, a potem rzuca.

– Panią też rzucił? – spytała Szuba.

– Wypraszam sobie. – Na twarzy Magdy zakwitł rumieniec. – To nie ma związku…

– Wszystko może mieć związek. Proszę odpowiedzieć.

– Tak. Byłam z nim dwa lata temu. Po siedmiu miesiącach zostawił mnie dla przyrodniczki, którą dyrektor zatrudnił na początku nowego roku szkolnego. Ją też rzucił po trzech miesiącach. Myślałam, że dla Olgi. Zwłaszcza że w szkole zaczęli plotkować.

– A inne osoby? Jak się zachowywały?

– Normalnie – Magda wzruszyła ramionami.

– Nikt nie zareagował, gdy Olga kłóciła się z Ostrowskim?

– Nie wiem, czy to była kłótnia. Tak wyglądało, ale…

– Ale?

– Jak Olga zbiegła na dół i poszła do drzwi to słyszałam, że Piotr próbował ją zatrzymać. Nie wiem, co było wcześniej.

– Powtórzę moje wcześniejsze pytanie. Jak się zachowywały inne osoby?

– Normalnie. Sylwia… Żona Witka… Ona próbowała zapanować nad bałaganem. Ktoś chyba przysnął na kanapie w salonie… Alicja wisiała na Janku… Wszyscy byli mniej lub bardziej pijani.

– A pani?

– Trochę.

– O której pani wyszła z imprezy?

– Jakoś po drugiej.

– Sama?

– Tak. Wróciłam taksówką.

– Czy ktoś wychodził przed panią?

Magda zawahała się.

– Nie.

– Na pewno?

– Tak.

– Mówi pani tak, jakby nie była pewna – stwierdził Pawelec, świdrując ją wzrokiem.

– Zastanawiałam się. Ale nie. Olga wyszła, a potem…

– Tak?

– Nic. Piotr poszedł z Witkiem na balkon. A inni… Nikt nie wychodził.

– Dziękuję pani. – Pawelec wstał i ruszył do drzwi. Gdyby pani coś sobie przypomniała…

– Wiem. Oglądam W11.

Magda z ulgą zamknęła drzwi za policjantami. Następne pół godziny spędziła nad filiżanką kawy, próbując ułożyć sobie w głowie to, co pamiętała. Potem sięgnęła po telefon.

&

Piotr Ostrowski obudził się z ciężką głową. Nie powinien był mieszać piwa z wódką, to zawsze źle się kończyło. I nie powinien był balować dwie noce z rzędu. Co z tego, że dobrze o tym wiedział, skoro znów przegiął pałę? W drodze do kuchni spojrzał w lustro wiszące w przedpokoju i nie spodobało mu się to, co w nim zobaczył. Wyglądam, jakbym chlał przez tydzień, pomyślał, obrzucając wzrokiem swoje odbicie: przetłuszczone, sterczące w różne strony blond włosy i przekrwione oczy. Szkoda, że już nie można kupić tych niebieskich kropli, które sprawiały, że w ciągu dwóch minut najbardziej sponiewierane oczy odzyskiwały blask. Krople obkurczały naczynia krwionośne i nadawały białkom porcelanową biel. Jeśli człowiek zadbał o oddech, to mógł iść do pracy po najcięższej nocy i wyglądał przyzwoicie. Szkoda, że od kilku lat nie ma ich w sprzedaży. Zostały wycofane z produkcji i jak na razie Piotr nie znalazł równie skutecznych. Te wszystkie zachwalane w reklamach i przez farmaceutów można było o kant dupy potłuc. Dobre dla dzieci, na podrażnione spojówki, i tyle. Piotr nastawił ekspres do kawy i wszedł pod zimny prysznic. Przez dziesięć minut katował ciało lodowatą wodą, aż poczuł, że budzi się w nim życie. Kiedy owijał biodra ręcznikiem, ostry dźwięk dzwonka przewiercił mu mózg. Pies sąsiadów zza ściany zaczął szczekać jak oszalały. Piotr nie mógł zrozumieć, dlaczego zwierzę ujada na dźwięk jego dzwonka, natomiast na swój reaguje radosnym popiskiwaniem. Przecież to zupełnie pozbawione psiej logiki. Sąsiedzi zasugerowali, żeby zmienił brzęczyk, bo widocznie w jego dźwięku jest coś, co drażni Kajtusia. Piotr, przeklinając cienkie ściany nowoczesnego budownictwa, wymownie popukał się w czoło, co spowodowało znaczne ochłodzenie stosunków sąsiedzkich.

Kogo diabli niosą, pomyślał teraz i rzucił okiem na bałagan w pokoju. Na podłodze walały się buty, każdy w innym rogu, fotel przykrywało skłębione ubranie, które pewnie zrzucił z siebie w drodze do sypialni. Do szczekania psa i hałaśliwego dzwonka dołączył trzeci odgłos. Pod ławą, na kawałku bladoróżowej tkaniny, wibrowała jego komórka, prosząc słowami piosenki Beatlesów: Help, I need somebody, help!

– Zaraz! – warknął w stronę drzwi i sięgnął po wrzeszczący telefon, ale aparat w tym momencie zamilkł. Na wyświetlaczu zobaczył numer Magdy Zając.

Kurwa, zwariuję, pomyślał, zasłaniając uszy. Ból rozsadzał mu czaszkę.

Podniósł z podłogi kolorową szmatkę. Co u diabła? Trzymał w rękach damskie, atłasowe majtki. Podszedł do drzwi i zerknął przez wizjer.

– Kto tam? – rzucił i usłyszał ponownie z pokoju: Help! I need somebody, help!

– Policja, proszę otworzyć.

– Policja? – Popatrzył na bieliznę trzymaną w ręku. Odsunął drzwi szafy w przedpokoju i pozbył się znaleziska. Później pomyśli, skąd ono się wzięło pod jego stołem. Przekręcił zamek i spojrzał nieufnie na stojącą za drzwiami parę.

– Pan Piotr Ostrowski?

Help! I need somebody, help!

– Tak. – Obejrzał się, zerkając na wibrujący telefon.

– Komisarz Pawelec, starszy aspirant Szuba, wydział zabójstw. Proszę się ubrać, pojedzie pan z nami na komendę.

– Ale zaraz, o co chodzi? – Pies zamilkł, a komórka przestała dzwonić.

– Wszystko wyjaśnimy na miejscu.

W policyjnym samochodzie próbował zrobić rachunek sumienia, ale tornado szalejące w głowie skutecznie uniemożliwiało zebranie myśli. Do tego miał mdłości i bał się, że przy kolejnym hamowaniu puści pawia. Z ulgą powitał koniec jazdy. Wysiadł z auta i zdążył zaczerpnąć świeżego powietrza, zanim wprowadzili go do budynku komendy i zostawili w dusznym pokoju przesłuchań. Dopiero po trzydziestu minutach przyszło do niego dwóch policjantów.

– Co pan robił w nocy z soboty na niedzielę od godziny pierwszej do trzeciej nad ranem? – padło pierwsze pytanie.

– Co? Nie rozumiem…

– To proste pytanie.

– Byłem na imprezie u przyjaciela.

– Imię i nazwisko tej osoby.

– Witold Grzelak.

– O której pan wyszedł do domu?

– Nie wiem… Nie pamiętam. Chyba… za dużo wypiłem. – Piotr znów poczuł narastające mdłości. – Przepraszam, czy mógłbym dostać jakąś tabletkę? Okropnie boli mnie głowa.

– To nie apteka. Czy zna pan Olgę Cichoń?

– To moja… koleżanka z pracy.

– Czy to prawda, że miał pan z nią romans?

– Słucham?! Co to za pytanie i w ogóle o co tutaj chodzi?!

– Proszę odpowiedzieć.

– Nawet jeśli, to co? Nie wolno?

– Tak czy nie?

– Tak.

– Czy to prawda, że w czasie imprezy pokłóciliście się?

– Tak, ale…

– O co?

– To prywatna sprawa. Jeśli nie dowiem się co tu jest grane, nie odpowiem na żadne pytanie.

– Olga Cichoń nie żyje. Została zgwałcona i uduszona w nocy z soboty na niedzielę.

– O kurwa! – Piotr przyłożył dłonie do czoła, a potem skroni. Powoli zaczynał rozumieć, do czego zmierza policjant. – Chyba nie myśli pan, że ja…

– O co pokłócił się pan z Olgą Cichoń?

Piotr zawahał się.

– Była zazdrosna, że zatańczyłem z Alą. Alicją Popowicz.

– Kim ona jest?

– Uczy przyrody. Moja… była.

– I z tego powodu Olga opuściła mieszkanie?

– Skąd pan o tym wie?

– To ja zadaję pytania.

– Tak, z tego powodu.

– Co było dalej?

– Nic.

– Wyszedł pan za nią?

– Nie. Wołałem tylko na klatce, żeby wróciła.

– Pozwolił pan, żeby kobieta wracała sama w nocy?

– Myślałem, że… wezwie taksówkę.

– A czy ktoś inny wychodził później?

– Co? Nie. Dopiero na koniec imprezy…

– Czy Olga Cichoń miała jakichś wrogów?

– Słucham? – Piotr zakrztusił się śliną. – Nie rozumiem.

– To proste pytanie.

– Nie miała. Większość osób ją lubiła.

– Planuje pan jakiś wyjazd?

– Jak wszyscy, są wakacje.

– Proszę nie wyjeżdżać bez powiadomienia nas. Może będziemy chcieli jeszcze raz z panem porozmawiać. A teraz jest pan wolny.

&

Witold Grzelak uważał siebie za szczęściarza. Rodzice wcześnie zadbali o dwupoziomowe mieszkanie i wysoki stan konta, a ich syn miał tylko robić karierę i przynosić dumę swojej rodzinie. To nie było trudne, gdyż gra w tenisa była całym jego życiem, pasją i spełnieniem. Kochał rywalizację, dźwięk piłki uderzającej w kort i okrzyki sędziego. Coraz częściej wspominano o nim w wiadomościach sportowych i nazywano nadzieją polskiego tenisa ziemnego. Kiedy poważna kontuzja kolana zakończyła jego karierę, na początku był załamany. Potem postanowił zostać nauczycielem wychowania fizycznego, ożenić się i ustatkować. Witek potrzebował kobiety, która będzie opiekować się nim tak, jak jego matka. Dlatego uważnie przyjrzał się wszystkim kandydatkom, które zasługiwały na coś więcej niż jednorazowe bzykanie. I dlatego spośród kręcących się koło niego dziewczyn wybrał Sylwię. Grzelak uważał, że rolą kobiety jest zajmowanie się domem, dziećmi i mężem. Jego wybranka była opiekuńcza, pochodziła z dobrej rodziny z tradycjami i mimo młodego wieku nauczona była przez matkę prowadzenia domu. Zamieszkał z nią na próbę i po sześciu miesiącach uznał, że dziewczyna zdała egzamin. Pobrali się dwa lata temu, gdy Sylwia skończyła studia licencjackie z filozofii i Witold poczuł się naprawdę szczęśliwy. Jego życie nabrało stałości. Ich dzień za każdym razem zaczynał się tak samo. Kiedy on jeszcze smacznie spał, Sylwia wstawała, myła się, ubierała i szykowała śniadanie. Potem przystępowała do budzenia męża. Mieli taki swój poranny rytuał: on odgrywał rolę półprzytomnego, mruczał z zamkniętymi oczami, naciągając kołdrę na głowę, a ona udawała, że wpada w złość. Tak było i tego poranka. Witek zmył pod prysznicem ostatnie ślady senności i zszedł na dół, do salonu, gdzie na stole już czekało śniadanie. Poprosił o kawę i przypomniał Sylwii o podaniu cukru. Ona, jak zwykle, odpowiedziała, że nie jest jego służącą. Podniósł się, minął wyspę kuchenną i zaczął grzebać w szafkach, szukając cukiernicy.

Byłoby jak co dzień, gdyby nie wizyta policji. Kiedy żona wprowadziła ich do salonu, w pierwszej chwili zdenerwował się, ale zaraz szybko zapanował nad emocjami. Lata treningów nie poszły na marne. Nie osiągnąłby takiej pozycji w sporcie, gdyby doskonałej techniki nie wsparł żelazną samokontrolą. Kiedy poznał cel wizyty stróżów prawa, pogratulował sobie, że pomagał Sylwii sprzątać po sobotnim przyjęciu. Dzięki temu zdążył schować to, co nie powinno wpaść w jej ręce, a tym bardziej w łapy policji, a z czego trudno byłoby mu się wytłumaczyć.

– Czy wiedział pan, że Piotr Ostrowski miał romans z Olgą Cichoń? – padło kolejne pytanie.

– Były takie plotki – odparł ostrożnie Wiktor Grzelak, zastanawiając się do czego zmierza policjantka, wyglądająca na wredną sukę.

– Pytam, czy pan wiedział? – Krystyna Szuba wbiła w niego spojrzenie.

– Tak.

– Czy wie pan o co pokłócili się na imprezie w pana domu?

– Nie mam pojęcia. Byłem wtedy na górze, w toalecie.

– Przyjaciel panu nie powiedział?

Wiktor zmieszał się.

– Jakieś babskie fanaberie. Olga była zazdrosna. Wy, kobiety, lubicie trzymać facetów na smyczy.

– Filozofowanie proszę zostawić na później. O której Olga Cichoń opuściła pana mieszkanie?

– Nie wiem dokładnie. Mówiłem, że byłem na górze. Grała muzyka, ludzie rozmawiali, był gwar. Dowiedziałem się od Piotra, że ona wyszła.

– Czy Piotr Ostrowski opuszczał mieszkanie w czasie imprezy?

– Nie.

– Jest pan pewny? Przecież mógł być pan w tym czasie na górze.

– Ale nie tyle, żebym nie zauważył.

– Ile pan wypił?

– Wtedy? Parę piw. Na swoich imprezach nie zalewam się. Ktoś musi panować nad bajzlem.

– Wychodził pan na zewnątrz?

– Tylko na taras.

– Czy Olga Cichoń miała wrogów?

– Nie mam pojęcia, nie zwierzała mi się. Niech pani zapyta dziewczyn. Magdę Zając, Alę Popowicz…

Pawelec spojrzał na Sylwię Grzelak.

– Dobrze pani znała ofiarę? – zapytał.

– Trochę, nie za bardzo. Była u nas parę razy razem z innymi ludźmi z Witka pracy. To wszystko.

– Wie pani, co się wydarzyło, zanim Olga wyszła z imprezy?

– Nie. Było zamieszanie, ludzie pijani, ktoś blokował toaletę na dole…

– Dziękuję. Gdyby państwo coś sobie przypomnieli… – Komisarz wręczył mu wizytówkę.

– Tak, wiem. – Witold wstał i odprowadził policjantów do drzwi. Potem wrócił do salonu i zaklął pod nosem.

– Witek? – Sylwia usiadła naprzeciwko niego. – Dlaczego nie powiedziałeś im, że… Przecież…

– Wolałabyś, żebym powiedział? – Spojrzał na nią ze złością. – Jesteś tego pewna?

5.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki