Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć - Kuba Wojtaszczyk - ebook
Opis

Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to druga książka Kuby Wojtaszczyka, którego debiut literacki znalazł się wśród najbardziej obiecujących debiutów roku tygodnika Newsweek. Autor bierze na warsztat bardzo aktualny temat: protesty młodych ludzi przeciw realiom rynku pracy, powszechnych umów śmieciowych i niepewności zatrudnienia, bez zabezpieczeń społecznych, bez szans na emeryturę. Przedstawia typowe polskie duże miasto za kilka lat: filolodzy ruszają na barykady z miejskimi aktywistami, hipsterzy ręka w rękę z doktorantami idą do walki. Polski romantyzm, groteska spod znaku Gombrowicza i współczesne polskie realia społeczne łączą się w wybuchową mieszankę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Leszek Pietrzak

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski, Elżbieta Steglińska

© for the text by Jakub Wojtaszczyk

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0245-5

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2016

Wydanie I

Mamie

W tej opowieści nic nie jest prawdziwe

*

W piwnicy jednej z poznańskich kamienic przy ulicy Głogowskiej policja dokonała przerażającego odkrycia – donosi przedwczorajszy „Głos Wielkopolski”. – Na cementowej podłodze, tonącej w egipskich ciemnościach, przez które nawet światło latarki nie chciało się przedrzeć, znaleziono czterdzieści trzy wykonane z pleksiglasu trumienki, wszystkie o wymiarach metr szerokości i pół metra wysokości. Jednak to nie trumny wzbudziły przerażenie, lecz ich zawartość. Każdą bowiem wypełniono chomikami. Gryzonie nie żyły już od jakiegoś czasu, tak przynajmniej można było wnioskować po zaawansowanym stopniu rozkładu większości trucheł. Sprawą zajęła się prokuratura, która stosunkowo szybko dotarła do informacji o właścicielu kamienicy – poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych, znanej od niedawna jako Uniwersytet Artystyczny.

– Nie mamy pojęcia skąd w jednym z naszych budynków pojawiły się martwe zwierzęta – stwierdziła wyraźnie wzburzona prof. Barbara Przegródka, wykładowczyni wspomnianego Uniwersytetu. Po chwili kontynuowała: – Kamienica od dawna nie była przez nas używana, a gremium wykładowców jest znane ze swojego humanitarnego podejścia do zwierząt i nie zadaje studentom do wykonania tak kuriozalnych projektów. Jesteśmy wstrząśnięci tym odkryciem tak samo jak państwo!

Przed kamienicą zebrała się grupa pikieterów, którzy żądali wyjaśnienia, jak to nazwali, „mordu na niewinnych” oraz odsunięcia od władzy obecnego rektora Uniwersytetu. Protest trwał dwie godziny. Jak tylko zebrani zorientowali się, że w budynku nikogo nie ma, przenieśli się przed gmach główny UA.

– Badanie sprawy jest w toku – uciął Komendant Główny Policji, gdy zapytaliśmy go o plany na najbliższą przyszłość.

1

Poznajemy Witolda Szpaka, gdy przechadza się w ciężkim bordowym szlafroku po zaciemnionym pokoju. Jest południe, a on dopiero zwlókł się z łóżka. Łóżko jest wykonane z masywnego dębu i stoi na grubych, rzeźbionych nogach. Na każdej wygrawerowano inicjały M.A., co wskazuje na to, że mebel pochodzi z przedwojennej firmy Mordechaja Ascha Meble Nowoczesne. Witold o tym nie wie. Zdaje sobie tylko sprawę z poduch i pierzyny wypchanych najprawdziwszym gęsim puchem, które są nieodpowiednie na lipiec. To dlatego nadmiernie spocił się tej nocy. Rozsuwa butelkowozielone zasłony i otwiera okno. Na gwar z pobliskiego rynku reaguje skrzywieniem ust, po czym wydyma je, powstrzymując się od parsknięcia. Nie lubi odgłosów plebsu, tego ciągłego krzątania się za niskimi potrzebami, tych przekrzykujących się przekupek. Tych głosów, które idealnie współbrzmią z piszczącymi oponami przejeżdżających samochodów.

Odwraca się od okna i rzuca wzrokiem na pozostałe meble w pokoju. Nie jest ich wiele, zaledwie kilka: dwumetrowa szafa, komoda, dwa fotele, stolik kawowy i regał na książki. Wszystkie meble są takie same jak łóżko – masywne, w kolorze głębokiego brązu. Fotele wyścielono miękkim i delikatnym materiałem w kolorze zasłon. Gdyby Witold był bardziej spostrzegawczy, dostrzegłby także na nich inicjały M.A.

Stąpa delikatnie bosymi stopami, stawia je z gracją na zimnych deskach podłogowych. Przystaje przy stoliku i dotyka go opuszkami palców.

– Kurz – jęczy, jakby cały świat miał się skończyć w chwili, kiedy dostrzega brud na skórze. Po chwili dodaje ze złością: – Każę Katarzynie posprzątać.

Słyszy swoje słowa i już wie, że nic Katarzynie nie powie.

Podchodzi do komody, na której stoi gramofon. Włącza płytę z pierwszym lepszym soundtrackiem Philipa Glassa. Podnosi głowę i widzi swoje odbicie w lustrze oprawionym w grubą złoconą ramę.

– Wyglądam jak ojciec.

Przygląda się sobie. Ocenia podłużną twarz, odrobinę za duże uszy i nos. Marszczy krzaczaste brwi, szczerzy białe zęby.

Z komody wyjmuje grzebień. Zaczesuje kasztanowe włosy na lewą stronę, zostawia przedziałek. Witold nie jest brzydki. Wręcz przeciwnie – może się podobać dzięki prostym plecom, niepospolitym rysom twarzy i nienagannym manierom.

Zamyka szufladę komody, gdy Philip Glass prezentuje Choosing Life. Wspaniałe, myśli, ale szybko o tym zapomina, gdyż czuje głód, wielki i soczysty, wywracający kiszki na lewą stronę – tak go sobie wyobraża. Wczorajsza proszona kolacja pozostała tylko niewyraźnym wspomnieniem. Z blatu komody podnosi mosiężny dzwonek i potrząsa nim gwałtownie. Dźwięk rozchodzi się po pustym mieszkaniu, nie powodując żadnego odzewu. Powtarza to kilkakrotnie, a gdy to też nie przynosi rezultatów, podnosi bezceremonialnie głos:

– Czy Katarzyna ogłuchła?! Niech Katarzyna szykuje śniadanie!

Odstawia dzwonek na miejsce, wiedząc, że Katarzyna nie odpowie.

Jest sam. Z posrebrzanego pudełeczka wyciąga papierosa, bierze zapalniczkę i podchodzi do okna. Pali, niechętnym wzrokiem lustrując tłum na rynku.

Gramofon trzeszczy, klasyczne aranżacje milkną. Witold zostaje sam na sam z wypalonym papierosem i wspomnieniami upadku w nieskoszone zboże, tak wyraźnymi, jakby to zdarzyło się wczoraj. Pamięta upadek, upuszczenie niby przez przypadek, szukanie i nawoływanie. A przecież leżał tuż obok, kwilił w brudnej, polskiej ziemi, dotykając łanów patriotycznych. Dwadzieścia osiem lat kiełkuje w nim pewność, że to wszystko było zaplanowane. Był, a właściwie jest niechcianym dzieckiem. Dzieckiem dworskiego przypadku i roztropnych chłopów, którzy wzięli, a nie musieli.

Zamyka oczy i słyszy te wszystkie angielskie słowa, miłe słowa, które według niego wypowiada się do dziecka. Dziecko wszystko rozumie, chociaż uważa się inaczej. Mówi matka i mówi ojciec, księżna i książę: – We’re going on a trip i faktycznie lecą prywatnym samolotem, ale incognito. Świeci lipcowe słońce, niby takie samo, a jednak inne – czuć w jego promieniach te wszystkie narodowowyzwoleńcze atrakcje, nieobalone jeszcze mury. Witold to wszystko wie, bo pamięta. Był tam i czuł zapachy ziemi i nieskoszonego jeszcze zboża, które dolatywały do jego niewielkich nozdrzy przez otwarte okno wypożyczonego, komunistycznego samochodu.

– It’s enough. Stop the car, Charles – usłyszał głos matki.

Rozdzierają się używane szmaty na Rynku Jeżyckim przy stoisku z noszonymi ubraniami. Krzyk i lament zbijają się w jedną masę. Witolda to nic nie obchodzi, bardziej przeraża go bliskość motłochu. Motłochu, z którego wywodzi się jego rodzina zastępcza.

Nie może dłużej wytrzymać, zatrzaskuje okno i zaciąga kotary. Pali jeszcze jednego papierosa. Jest na czczo, więc kręci mu się w głowie. Siada na łóżku i gładzi narzutę w szkocką kratę. Raz jeszcze krzyczy na Katarzynę: – Zrób tu porządek, do cholery!

Ponownie cisza. Przejeżdżający tramwaj trzęsie żyrandolem. Obramowani matka i ojciec uśmiechają się z czarno-białego zdjęcia wyciętego lata temu z kolorowego pisma. Królewski styl – krata sukni jej, a jego – szkocka krata kiltu. Musieli trzymać ciążę w tajemnicy przed wszystkimi. Oczywiście, oprócz babki, ona wiedziała, od początku do rozwiązania. Patrzyła, jak matka wypycha go na świat, wypycha z angielskim chłodem, mgłą i deszczem.

Witold patrzy na granicę pomiędzy białym sufitem a skrajem tapety. Tuż przy nieużywanej pajęczynie tapeta zaczyna się odklejać. Niedługo będzie trzeba czekać, aż w rulonach podąży ku podłodze.

– I jak ten Wacław to przykleił – syczy. – Partactwo! Polish pigs! – Zrywa się z posłania i łypie oczami na ścianę, jakby chciał wzrokiem doprowadzić tapetę do porządku. Reflektuje się szybko i krzyczy: – Katarzyna! Katarzyno, do cholery, wołaj Wacława, niech przyjdzie naprawić! Przecież nie będę za niego wykonywać roboty!

Milknie, bo się powtarza. Wychodzi z pokoju do jasnego mieszkania, dalej boso – zapodział gdzieś pantofle. W korytarzu mija wulgarnie wielkie holenderskie rowery.

W łazience zdechły lilie, zamieniając białą przestrzeń w duszną kaplicę. Nie przeszkadza to Witoldowi, kiedy myje zęby, twarz i pachy. Masturbując się, myśli o romansie ukrytym przed oczami żony i rodziny. Tuż po podmywa się w białej wannie, zastawionej niewiadomego pochodzenia kosmetykami. Myśli o śmierci swojej matki. O kwiatach, które jej wielbiciele ułożyli w miejscu, gdzie leżała pod wrakiem samochodu. Musiało tam śmierdzieć, tak jak w jego łazience. Matka ludzkiego grajdołu, tak ją nazywa.

Klucz obraca się w zamku drzwi wejściowych. Jest pewny, że to Katarzyna wraca z naręczem tulipanów i koszem z białym serem od baby, jajami, konfiturą i pachnącym chlebem z piekarni. Jest sobota, a w sobotę Katarzyna zatraca się w swoim rytuale. Czy mi się tylko tak wydaje? – zastanawia się przez chwilę, jednak kończy, jak ma w zwyczaju: wzruszeniem ramion. Wzruszał ramionami też na gehennę, którą gotowała mu jego matka zastępcza, mając w zwyczaju serwować posiłki konsekwentnie złożone z darów natury; żadnych nieprzepisowych dań, tylko te produkty, które można było uzyskać podczas danej pory roku. – Jedz, synku, jedz! – wołała latem, nakładając kolejną porcję zupy wiśniowej lub jarzynowej. – Jedz, synku, jedz! – zimą nakładając chochlą bigos. – Jedz, synku, jedz, do cholery jasnej! – gdy wiosną nie chciał zjeść nowalijek w śmietanie. Dlatego też odżył przy Katarzynie, która karmi go tym, czego on sobie zażyczy, nigdy odwrotnie.

Zapomina się przez chwilę, a Katarzyna hałasuje w przedpokoju. Słyszy huk upadających holenderskich rowerów, dźwięczy dzwonek przy kierownicy. Nie poznaje niewyraźnego głosu zza drzwi łazienki. – Rabuś! – Wyobraźnia podsuwa mu przed oczy zamaskowanego typa, łasego na jego dobra. Chwyta kij od mopa i szarżuje na drzwi. – Błękitna krew się nie boi – dodaje sobie otuchy, lecz mimo to kropelki potu występują na jego twarzy. Waha się jeszcze, czy nie lepiej skapitulować w bezpiecznej wannie, jednak bohaterscy przodkowie jak jeden mąż pojawiają się i kręcąc głowami, pośpiesznie znikają z powrotem w niepamięci.

Zamaszyście otwiera drzwi i wpada na (czyżby nieznajomą?) dziewczynę.

– Widzę, że popsułam ci dobry humor – mówi przybyszka do Witolda.

– Ach, to ty – odpowiada pucołowatym policzkom, piegom, wystającym siekaczom, wodnistym oczom i mysim włosom skręconym w niedbały warkocz. Stoi przed nim Weronika Krzeplińska, jego współlokatorka.

Dociera do niego, gdy patrzy na dyndające plastikowe kolczyki w kształcie wisienek, że nie jest sam w mieszkaniu, nigdy nie był. Uderza go świadomość obecności tej polonistki, niegramotnej dziewuchy, podnoszącej właśnie rowery. Może nawet mógłby jej pomóc, w pierwszym odruchu nawet drgnął, by podejść i ustawić przeklęte holendry w pionie, lecz paraliżuje go niechęć. Niechęć nie tylko do niej, ale głównie do braku Katarzynowego śniadania, do braku samej Katarzyny w białym fartuchu.

– Upadły – jęczy Weronika, niepewnie patrząc na współlokatora.

Ten nic nie mówi, tylko przygląda się jej z największą niechęcią, na jaką go stać. Wyobraża sobie swoich starszych braci, opalających się na francuskich plażach przy blasku fleszy. Czuje zapach spalin odjeżdżającego samochodu z rodzicami w środku.

Weronika, ustawiwszy rowery holenderskie, ściąga letnią kurteczkę i wiesza na stojącym różowym wieszaku. Zdejmuje trampki i rzuca je niedbale na dywaniki ze sztucznej krowiej skóry. Witold obserwuje dziewczynę, jakby widział ją po raz pierwszy. Śledzi każdy jej ruch. Weronika wie, że jest obserwowana, niepokoi ją to, ale stara się przyzwyczaić do specyficznego współlokatora. Uważa go za nie do końca zdrowego na umyśle, takiego określenia używa w komentarzach na psychologicznych blogach, gdzie szuka porad dotyczących współżycia z trudnymi osobowościami.

Weronika podnosi z krowiego dywaniku hipsterski plecaczek ze Świnką Babe i zmierza do kuchni. Na odchodnym rzuca baczne spojrzenie Witoldowi, by sprawdzić, czy przypadkiem nie chce użyć kija od mopa, który ciągle dzierży w dłoni. Widzi ten jej wodnisty wzrok, jakby gałki oczne miały się wylać na podłogę, zmieszać z piaskiem z opon przewróconych holendrów. Chowa kij do toalety, a ona korzysta z możliwości bezpiecznego dotarcia do celu. Witold słyszy odgłos rozpinanego zamka plecaczka i ciężki oddech dziewczyny, zmącony szelestem wyjmowanych sprawunków. Przesuwa się ku dźwiękom, ocierając plecami o białą ścianę. Stopy szurają po podłodze. Stawia je niezgrabnie, jakby zapomniał, kim jest i jakie miał dziedzictwo. Szelest toreb foliowych, stukanie szkła i przyspieszony oddech Weroniki stają się coraz wyraźniejsze. Ciało przyciska się mocniej do ściany, jest już prawie przy framudze drzwi kuchennych. Już tylko krok dzieli go od wtargnięcia w jej krzątaninę. Przez chwilę wydaje mu się, że wychyliwszy się, zobaczy swoją przybraną matkę ubraną w nieśmiertelny fartuch w duże białe kwiaty, uwijającą się przy kolejnym nudnym obiedzie dla czworga. Spotykał ją często siedzącą na stołku w przeciągu, między otwartym oknem z łuszczącą się błękitną farbą a drzwiami z posklejaną plastrami, zbitą u góry szybką. Lipcowe muchy brzęczały nad oskubywaną martwą kurą. Widział ją w tej pozycji tak często, że jego wspomnienia nakładały się na siebie, tworząc spójny, powtarzany do znudzenia obraz. Tylko mały jego fragment pojawił się później. Zdarzył się tylko ten jeden raz. Akurat tego dnia, tego jednego dnia ze wszystkich dni, siwiejące włosy rozluźniły się macosze ze sztywnego koka i opadły na wyblakłe oczy, wpatrzone w bezgłowe kurze truchło. Odruchowo, bez zastanowienia, podniosła cuchnącą piórami rękę i zagarnęła dłonią niesforne kołtuny za ucho, rozmazując przy tym krew kury na policzku. Siedziała zgarbiona, nieświadoma ptasiej juchy na swojej skórze. Witold patrzył z obrzydzeniem, chciał coś powiedzieć, „Mamo, pobrudziłaś się”, ale nie mógł wykrztusić ani słowa. Początkowy grymas odrazy przerodził się w radosny uśmiech, taki jaki widział na okładkach prowincjonalnej „Przyjaciółki”, którą prenumerowała kobieta siedząca przed nim. Wiedział już, że ona – do tej chwili zwykł mówić do niej „mamo” – nie była z nim spokrewniona, tak samo jak pozostali mieszkańcy tego czteroizbowego domu. Nie mogli być! Co prawda, już wcześniej podświadomie przeczuwał brak pokrewieństwa z tymi osobami. Przecież nie tylko wyglądał inaczej, mówił inaczej, ale już jako jedenastolatek domyślał się, że jest przeznaczony do dużo większych celów niż koszenie zboża albo wołanie „cip, cip” w obejściu. Spojrzał raz jeszcze na kobietę, nazwał ją w myślach „przybraną matką”, odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Wchodzi do kuchni. Weronika Krzeplińska drży na całym ciele, jakby zobaczyła zdechłego szczura. Witold widzi to, dostrzega niepewność, która wisi pomiędzy nimi w powietrzu. Gardzi nią, ale nie tak samo jak przybraną rodziną. Gardzi nią inaczej, traktując ją bardziej jako niesłusznie skazaną na aspirowanie do jego poziomu. Jednak to nie sama aspiracja jest ohydna, lecz zgoda na nią.

– Jesus Christ Superstar! Witek wszedł do kuchni – piszczy Weronika. Robi to za późno, aby wypadło naturalnie. – Zjesz coś? – Wskazuje na zgromadzone dobra. Witold nie skupia uwagi na kozim serze, słoiku miodu, roszponce i świeżym tymianku.

Kręci głową, ale ostatecznie skubie co nieco z ofiarowanego jedzenia. Dziewczyna interpretuje ten gest opacznie, jako zachętę do wspólnego biesiadowania i wielogodzinnej rozmowy. Kroi chleb, nakłada na kromki roszponkę, ser, który polewa obficie miodem i dodaje zioła. Podaje jedną kanapkę współlokatorowi. Ten waha się przez chwilę, bacznie obserwując jej rozciągnięte uśmiechem poliki. W końcu głód zwycięża.

– Jak dziewczyny wzięły mnie wczoraj na babski wieczór, to stwierdziłam, że prędzej zmienię płeć, niż to powtórzę – rzuca, to ewidentnie preludium do dłużej konwersacji albo chociaż do rozmowy jako takiej. Zaśmiewa się cichuteńko, tak że jej chichot ginie w uwydatniającym się drugim podbródku. Milknie po chwili, zapewne czekając na dalszy bieg wypadków.

Witold zastanawia się, czy ciągnąć wątek, który go zupełnie nie interesuje. W końcu uśmiecha się kwaśno, lecz ona ponownie interpretuje to nie według klucza, zupełnie opacznie, i opowiada o wydarzeniach ostatniego wieczoru, podczas którego Witold spał smacznie otulony w gęsie pierze, ze stoperami w uszach i w maseczce na oczach.

Smutna rzeczywistość daje o sobie znać powolnymi krokami. Przy każdym słowie wypowiadanym przez Weronikę, jego położenie staje się do bólu oczywiste. Przez tę wiedzę coraz bardziej posępnieje, siedzi zgarbiony niczym macocha przy kurze. Poznali się dwa lata temu, gdy budżet Witolda przestał pozwalać mu na opłacanie trzypokojowego mieszkania. Oddał jej z żalem najmniejszy pokój, który do tej pory pełnił rolę gabinetu. Oczywiście, wolałby go nie wynajmować, lecz traktuje to jako inwestycję.

Dokładnie ją sprawdził przed wprowadzeniem jej do własnej egzystencji, wypytał, skąd pochodzi i co robią jej rodzice. Wiedział, że nie zniesie żadnego plebejskiego nasienia w swoim otoczeniu. Weronika była drugą osobą oglądającą mieszkanie. Pierwszą – student informatyki. Zatrzasnął drzwi zaraz po tym, jak je otworzył. Smród taniego alkoholu, brak górnego zęba, tłuste włosy, moro bojówki i skórzane buty z czubkami. Nie wpuścił go nawet za próg, tylko krzyknął zza drzwi: „Nieaktualne!”.

Nieaktualne miało być też dla Weroniki, lecz rozchorował się z samej konieczności wynajmu i nie zwrócił uwagi na jej wygląd, a bardziej skupił się na pochodzeniu. Usatysfakcjonowali go farmaceuci z pokolenia na pokolenie, a pobudki, które skłoniły ją do wyłamania się z rodzinnej tradycji, zupełnie go nie obchodziły. W dzień wynajmu dziewczyna kończyła polonistykę i miała rozpocząć doktorat, co zresztą zrobiła. Adam i Evan wprowadzili się dwa miesiące później.

– Z dnia na dzień popaść w niełaskę, o fuck – pisk Weroniki podrywa go do góry i ciska nim o lakierowaną drewnianą podłogę.

– Słucham? – Wyrywa się Witoldowi przez zaciśnięte usta. To wystarczy, by ją sprowokować.

– Mówiłam, że podobno ucinają mi stypendium na doktorat. W przyszłym semestrze dostanę tylko tysiąc złotych, czyli trzeba rozejrzeć się za jakąś dodatkową robotą.

Witold kiwa głową i myśli o swoich księgach rachunkowych, w których zapisuje wszelkie przychody i wydatki. Nie wierzy w internetowe konta bankowe – opłaty wysyła Katarzyna przelewem pocztowym. Po zakończeniu studiów skończyły się stypendia i renta po rodzicach. Został tylko z mieszkaniem. Mimo że sporo odłożył, wynajem pokojów jawił się jako racjonalny przymus. Wyraził zgodę na oddanie salki balowej przyjaciołom Weroniki. Zrobił to z ogromnym bólem, pamiętając wszystkie wykwintne przyjęcia przy muzyce klasycznej z tańcami. – O jakże ja pięknie tańczyłem, z jaką lekkością – w pamięci ma poukrywane wszystkie ruchy, dotyk delikatnych dłoni zaproszonych dam i szelest ich długich sukni. Jeszcze słyszy te śmiechy do białego rana, słyszy je wyraźnie w świecie nagle skurczonym do środkowego pokoju z antycznymi meblami.

Weronika chowa resztki po posiłku do hermetycznych opakowań. Przyzwyczaiła się do specyficznego zachowania Witolda i nawet jej to odpowiada. W czasie studiów mieszkała w tak wielu miejscach i z tak dziwnymi ludźmi, że nic jej już nie zdziwi, tak przynajmniej myśli. Nawet woli ciszę, przerywaną jego mamrotaniem, chociaż wydaje jej się, że jest bardzo samotny.

– Może nie zmniejszą – mówi, a Weronika podskakuje wystraszona, upuszczając słoik z miodem, który rozbija się o podłogę.

– Cholera!

Dziewczyna zastanawia się, jak sprzątnąć kleistą maź.

– Powiedziałem, że może nie zmniejszą ci stypendium.

Witold nie dostrzega wylanego miodu. Kładzie dłonie na kolanach i prostuje plecy.

– Od dawna nie wierzę w moc sprawczą władz uniwersytetu i herbat odchudzających – podsumowuje Weronika, starannie oddzielając szkło od tego, co jeszcze niedawno stanowiło zawartość słoika.

– Widzę, że jesteś zdenerwowana. – Witold wstaje, mrucząc pod nosem ostatni walc angielski, który tańczył w salce balowej, zanim ją wynajął, pozbawiając się przyzwoitej domowej rozrywki. Mija klęczącą Weronikę i kieruje się do swojego pokoju. – Zostaw szkło, Katarzyna sprzątnie – rzuca spokojnie, po czym zatrzaskuje za sobą drzwi.

Weronika nie wie, kim jest Katarzyna. Wielokrotnie rozmawiali o tej tajemniczej kobiecie z Adamem i Evanem, ale nie doszli do satysfakcjonujących wniosków. Chłopcy byli przekonani o chorobie psychicznej Witka, lecz ona doszukiwała się głębszego sensu.

– Może to jego matka albo babka lub dziewczyna? – Gdybała zupełnie bez sensu. Czasami żałuje, że nie wybrała psychologii zamiast polonistyki. Mogłaby postawić diagnozę, dotrzeć do niego.

Słyszy muzykę klasyczną, dobiegającą z pokoju naprzeciwko kuchni. Gdyby była bardziej muzykalna, wiedziałaby, że to Erik Satie, lecz tego nie wie. Od dwóch lat próbuje rozwikłać zagadkę introwertyczności współlokatora, ale zupełnie jej to nie wychodzi. Ma wrażenie, że chłopak nie szuka pomocy i niczego od życia nie oczekuje. Dokładnie dziesięć razy pukała do jego drzwi, lecz odpowiedziała jej cisza, chociaż dobrze wiedziała, że on tam jest i siedzi na jednym ze swoich staromodnych foteli. Dokładnie dwa razy wtargnęła nieproszona, bez pukania, prosto w jego świat. Wywołało to bluzgi, wyrafinowane, ale jednak bluzgi. Dosłownie wypchnął ją z pokoju, z kamienną twarzą, zimnymi oczami i ściśniętymi ustami, jakby narysowanymi cieniutką kreską. Czasem śni o tej twarzy, budzi się wtedy z krzykiem. Gdy Adama ponoszą nerwy, wrzeszczy, aby zostawiła idiotę w spokoju, ale ona uważa, że nawet wariaci mają prawo być wysłuchani. Evan skwitował jej zachowanie zmianą Werona na Samarytanka w swoim iPhonie.

Cieszy się z ich obecności w tym dziwnym mieszkaniu. Poznała Adama i Evana na drugim roku studiów, kiedy przypadkowo trafiła na wystawę tego drugiego w Arsenale. Była właśnie po egzaminie z historii literatury polskiej i myślała, że oblała. – Stare dzieje – stwierdza, wyrzucając do kosza ścierkę pełną miodu. Opiła się wtedy darmowym winem i wpadła na surrealistyczną rzeźbę żydowskich więźniów z drugiej wojny światowej. Eksponat zakołysał się niebezpiecznie. Czuła, że wszyscy skamienieli i wstrzymując oddech, obserwują, czy dzieło sztuki zostanie zbezczeszczone kontaktem z brukiem. Nie zostało – podparła kolosa własnym ciałem.

– Sprzedane! – zarechotał Evan do mikrofonu. Zawtórowała mu cała sala, a kilka osób pomogło jej postawić Mordechaja – tak zatytułował rzeźbę, o czym informowała biała tabliczka – na miejsce.

Po tym ekscesie już z wielką uwagą podziwiała zgromadzone prace, starając się żadnej nie nadepnąć i nie dotknąć. Evan tworzył głównie w kamieniu pokrętne rzeźby, które miały przedstawiać los przedwojennych Żydów i późniejszą Zagładę. Stwierdziła, że to temat bardzo wyeksploatowany, aczkolwiek forma ją zachwyciła. Weronika nie była znawczynią sztuki najnowszej, interesowały ją książki, a najbardziej te z dwudziestolecia.

– I co koleżanka myśli? – zagaił Evan, a ona aż podskoczyła. – Nie chciałem cię przestraszyć, sorry.

– Gratuluję wystawy. – Nie wiadomo skąd dopadła ją trema. – Świetna! – wykrztusiła z trudem.

Na wspomnienie tamtego wernisażu czerwieni się po uszy. Uważa, że zrobiła z siebie kompletną idiotkę, ignorantkę. Poniekąd zresztą nią była, lecz sam fakt uczestniczenia w otwarciu ujawnił jej skłonności do interdyscyplinarności zainteresowań. Tak przynajmniej myśli, ścierając okruchy z kuchennego stołu. Zresztą jej praca doktorska nosi tytuł: Odnaleźć mistrza, czyli interpretacja wybranych dzieł sztuki najnowszej przez pryzmat opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza, a to najlepiej dowodzi słuszności tej tezy.

Jest z siebie zadowolona, krojąc soczystego różowego grejpfruta na wytartym przed chwilą stole. Sok pryska na podłogę, lecz dziewczyna tego nie zauważa. W tej chwili uważa się za szczęściarę, bo przecież ma wspaniałych przyjaciół, ciekawą pracę naukową i do tego trzyma w ryzach chorego na umyśle właściciela mieszkania. – Jak na jedną osobę, to naprawdę dużo – mówi to celowo głośno, aby rozkoszować się każdym słowem. Tak, jest szczęściarą.

Kładzie pokrojonego cytrusa na talerz z wizerunkiem kreskówkowego aniołka, a z koszyka na prasę wyciąga przedwczorajszy numer „Głosu Wielkopolskiego”. Stojący za nią na barku mosiężny zegar wybija czternastą, ale jego uderzenia z trudem przebijają się przez Witoldową muzykę klasyczną. Informacja, którą niedługo przeczyta, właśnie stała się nieaktualna.

*

Witold Szpak nie czyta gazet. Uważa je za kłamliwą uciechę dla pospólstwa. Witold czyta powieści angielskie i polskie, których bohaterami jest rodzina królewska, ewentualnie bogate lordostwo i państwo. Siedzi w fotelu z przymkniętymi oczami, pali papierosa i słucha Erika Satie. Jego przybrana rodzina słuchała Eleni z kaset magnetofonowych. Doskonale pamięta przybraną matkę nucącą proste słowa piosenki, przygłuchą babkę pytającą, jak się robi głośniej, i ojca ubierającego się odświętnie, gdy piosenkarka przyjeżdżała z występami na dożynki. Tego dnia Eleni nie śpiewała na kanale pierwszym Telewizji Polskiej ani na drugim, nie pojawiła się też na regionalnym. Tego wrześniowego dnia na wszystkich stacjach tematem głównym był pogrzeb nieznanej pani, a Witold leżał w gorączce na kuchennej wersalce, przykryty kocem z wizerunkiem tygrysa. Otępiały gapił się w ekran telewizora. Matka jego przybranej matki płakała, jak miała w zwyczaju podczas wszystkich pochówków. Przybrany ojciec wrócił z zakrwawionym toporkiem i poinformował o ucięciu łba kolejnej kurze, zatem przybrana matka, chcąc nie chcąc, szykowała się do skubania. Zwlekała, zezując to na męża, to na kondukt żałobny.

– Oskubię na dworze – oznajmiła, nie odrywając wzroku od kapeluszy zgromadzonych w telewizorze kobiet.

Przybrany ojciec z niecierpliwością zaczął stukać gumowcem o podłogę, a Elton John śpiewał piosenkę na cześć zmarłej. Mężczyzna ruszył szybkim krokiem w kierunku żony, toporek kołysał się gdzieś przy jego kolanach. Wziął przybraną matkę pod rękę i wyszli na dwór, trzaskając drzwiami.

Emocje przerosły staruszkę. Owiniętym w folię pilotem przełączyła na inny kanał. Dziwnym trafem mówiono o tym samym, lecz zamiast transmisji pogrzebu, puszczono blok archiwalnych wywiadów denatki, okraszonych opiniami ekspertów. Nastoletni Witold po raz pierwszy usłyszał jej głos. Głos zwiędłej tragicznie Róży Anglii rozgrzał go, dostał wypieków jeszcze czerwieńszych niż te spowodowane przez gorączkę.

– Babciu, kto to jest?

– Córka nazisty, co nam Polskę całą rozgrabił – warknęła i mocniej zacisnęła kokardę od chusty w polne maki. – Umarła.

Usiadł na kanapie i uwolnił się od przepoconego koca.

– I dlatego płaczesz?

– Za Polską płaczę, Wituś, za Polską.

Łzy kapały na ręcznie dziergany kubrak.

Chłopiec spuścił nogi na linoleum, oparł łokcie na udach i podparł głowę dłońmi. Czuł, że zna tę jasnowłosą panią z ufnymi oczami i delikatnym, ciepłym głosem. Patrzył na jej czarny żakiet i wyprostowaną sylwetkę, patrzył, jak delikatnie porusza głową, cedząc słowa do dziennikarza. Po chwili kamera skierowała się na pana z dużymi uszami, zadziornym uśmiechem i zawijającymi się ku górze brwiami, które zmniejszały jego i tak małe oczy. Pan i pani stali razem, minęła zaledwie chwila w blasku fleszy i doszło do nich dwóch chłopców, rudy i blondyn. Witek wybałuszył nastoletnie ślepka, przygarbił się jeszcze bardziej, jakby chciał wejść w telewizor. W konsekwencji zsunął się z kanapy, boleśnie uderzył kolanami o podłogę. Byli tacy jak on, tacy podobni. Stanęli przed kamerą, zostawiając pośrodku miejsce, jakby czekali na niego, jakby zachęcali go do przyjścia.

– Synuś, czemu ty na zimnej podłodze siedzisz? – Zląkł się głosu swojej przybranej matki, która właśnie wróciła z dworu. – Rozchorujesz się jeszcze bardziej! – Podniosła go z linoleum z cichym jęknięciem zmęczenia i otuliła kocem, po czym przyłożyła zimną dłoń do jego rozgrzanego czoła. – No przecież masz większą temperaturę, niż miałeś. Jezusie Chrystusie, panie złoty, mamusia zrobi ci budyniu z sokiem malinowym!

Pocałowała go w czoło.

Czuł pulsowanie w głowie. Pulsowanie mocne i oszałamiające. Paliło go miejsce po pocałunku. Odwrócił głowę do telewizora, a tam szczęśliwa rodzina jeszcze przez chwilę z uśmiechem wskazywała, gdzie jest miejsce Witolda.

Staruszka ponownie zmieniła kanał. Kondukt żałobny poruszał się wolno, tysiące ludzi żegnało panią o blond włosach. Nie zdążył jej poznać. Pulsowanie narastało, pocałunek palił w czoło. Kamera pokazywała niezliczone wiązanki kwiatów, a do nozdrzy Witka dochodziły aromaty budyniu waniliowego i malin.

Nie pamięta, jak długo leżał, oglądając program. W końcu zwymiotował na linoleum. Przybrany ojciec zdążył wrócić z oskubaną kurą. Przerażony stanem chłopca, cisnął martwego ptaka w kryształowe salaterki, pełne dopiero co przygotowanego budyniu.

– Synku, co ci?! – Podbiegł, chwycił jego głowę w wielkie, szorstkie dłonie i odchylił ją do tyłu.

– Zostaw! – krzyknął Witold, kiedy budyń spływał na podłogę.

*

Na komendę policji przy ulicy Kochanowskiego w Poznaniu zgłosił się dwudziestoczteroletni student poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego – Radomir W., który przyznał się do zamordowania chomików. Martwe zwierzęta, zamknięte w trumienkach z pleksiglasu, znaleziono w piwnicy jednej z kamienic przy ulicy Głogowskiej, o czym „Głos Wielkopolski” donosił kilka dni temu.

– Policja deptała po piętach mordercy niewinnych futrzaków – skomentował Komendant Główny Policji. – Mężczyzna okazał się bardzo sprytny i za każdym razem wymykał się naszym oddziałom. Na szczęście ruszyło go sumienie, co świadczy o jednak niecałkowitym zdegenerowaniu ludzkości!

Przez cały wczorajszy dzień w Miejskim Ośrodku Kultury przy ulicy Głogowskiej odbywała się identyfikacja trucheł ofiar Radomira W. Zgłosiło się wielu chętnych, szukających swoich puszystych pociech. Relację z akcji nadawano na żywo na kanale jednej z poznańskich prywatnych stacji kablowych.

Radomir W. zgłosił się sam, gdyż – jak przyznał – dosyć miał ciągłej niepewności i trapiły go wątpliwości natury moralnej.

Po wielogodzinnym przesłuchaniu bez obecności podsłuchów i kamer, podejrzany poprosił o konferencję prasową. Policja naprędce ustawiła prowizoryczną scenę, a że pogoda dziś dopisała – tak jak przewidzieliśmy, co świadczy o wysokim poziomie zawodowym meteorologów „Głosu Wielkopolskiego” – feta odbyła się na świeżym powietrzu.

– Naprawdę ładna pogoda, można wyjść i poprzebywać z ludźmi – potwierdziła Pani z Dzieckiem w Wózku Spacerowym.

Przed komisariatem zebrał się pokaźny tłumek gapiów oraz media. Pojawili się również nieodzowni pikieterzy. Kiedy Radomir W. wszedł na scenę, zebrani zaczęli wznosić okrzyki zachęcające do zamknięcia go w trumience z pleksiglasu. Policjantom z trudem udało się nie dopuścić do linczu na studencie.

Przy wtórze buczenia i gwizdów, Radomir W. złożył oświadczenie, którego treść przytaczamy poniżej:

– Szanowne panie, szanowni panowie – rozpoczął i ukłonił się nisko. – Chciałem bardzo przeprosić za czyn, którego się dopuściłem. Jestem niespełna rozumu, bezrobocie odebrało mi jasność myślenia. Chciałem zaistnieć w świecie sztuki i na rynku pracy. Jak można to zrobić, zapytacie. Otóż trzeba wykazać się kreatywnością i innowacyjnością. Chyba że się jest programistą, wtedy nie trzeba wykazywać się niczym, tylko być programistą, mieć maca i siedzieć przed nim. Otóż, ja nie jestem programistą, jestem artystą. Czy to znaczy, że nie chcąc być programistą, muszę pracować na infolinii? Wybić się ponad masę było moim celem, a będąc aktywnym akwizytorem Greenpeace’u miałem dostęp do chomików różnej maści. Proszę o wybaczenie, jednak sytuacja życiowa zmusiła mnie do dokonania tego haniebnego czynu…

Przerwał, ponieważ ktoś z tłumu rzucił w niego nie pierwszej świeżości pomidorem.

Na tym zakończyło się przemówienie Radomira W. Odprowadzono go do celi, gdzie będzie czekał na rozprawę sądową.

Uwaga! Czy w Was, Drodzy Czytelnicy, też ktoś rzucił nieświeżym warzywem albo owocem? Nie zwlekajcie, napiszcie nam o Waszych doświadczeniach i odczuciach na [email protected]

2

Adam i Evan mają w zwyczaju rozkoszować się kwiatami w prowadzonej przez siebie kwiaciarni Angielska Róża, położonej przy ulicy Prusa, nieopodal Rynku Jeżyckiego. Rodzice tego pierwszego zarządzają szklarniami na obrzeżach Poznania. Od nich właśnie współwłaściciele kwiaciarni kupują najlepsze okazy roślin, oczywiście po promocyjnych cenach.

Ceny nie są wygórowane w owej kwiaciarni nazywanej awangardową. Jej awangardowość wynika ze sposobu urządzenia wnętrza. Głównym elementem wystroju są europalety – ciągną się od podłogi przez ściany, sufit, a na ladzie skończywszy. Przymocowane do dwóch ścian, wykonane z listewek korytka, giną w rozłożystych bukietach rozmaitych róż, żółtych, różowych i kremowych tulipanów, wszelkiego ubarwienia gerber, egzotycznych amarylisów i bromelii, przypominających rośliny z filmów SF. Niewielkie pomieszczenie wypełnione jest nie tylko wonią, lecz też indierockowymi dźwiękami, płynącymi z głośników zamontowanych w ladzie. Tuż za nią znajdują się cztery najprostszej konstrukcji półki z cienkich desek, na których stoją produkty handmade: doniczki stylizowane na komunistyczne kubki, figurki nieistniejących zwierząt, konewki w kształcie prosiaków. Znaleźć też można gadżety reklamowe: torby płócienne i przypinki z nazwą kwiaciarni wypisaną minimalistyczną, autorską czcionką.

Poznajemy właścicieli Angielskiej Róży, gdy trzydziestoletni Adam Skrzypczak, zdekoncentrowany papierosowym smrodem, przecina sobie palec nożykiem do kwiatów. Wkłada palec do ust, które wypełniają się krwią. Stoi przy ciętych słonecznikach; z rudą pokaźną brodą, przydługimi włosami zaczesanymi na lewą stronę, w czerwonej koszuli w czarną kratę i dżinsach wygląda jak amerykański drwal. Zastanawia się, skąd dochodzi irytujący odór. Wyciąga palec z ust, połyka posokę zmieszaną ze śliną, rana jest ciągle otwarta, krew kapie na brodę i koszulę. Wykrzykuje nieistotną obelgę, co alarmuje Evana.

Evan Anielewicz chwilę wcześniej pali nielegalnego papierosa w oknie kwiaciarnianego pomieszczenia gospodarczego. Wypuszcza dym w lipcowe popołudnie, a za nim piętrzą się hałdy ekopapierów do pakowania, kolorowych wstążek, szpule sznurka i worki ziemi ogrodowej. Myśli o ogarniającej go nudzie po trwającej od roku przygodzie z kwiaciarnią. Nigdy wcześniej nie zajmował się czymś tak powtarzalnym i jednocześnie zapowiadającym się na długofalowy projekt. – Projekt na całe życie – stwierdza i od razu żałuje tej myśli. Wyrzuca niedopałek na chodnik przy śmietniku. Opiera się o białą ścianę i odruchowo miętosi dłonią swoją czarną grzywkę. Robi tak zawsze w chwilach zdenerwowania, nie zdając sobie z tego sprawy. Poprawia okulary, z kieszonki krótkich spodni wyciąga gumę do żucia. Próbuje trafić drażetką do ust, lecz ta odbija się od kilkudniowego zarostu i upada na cementową podłogę, nieopodal kremowych espadryli. Podnosi ją z ziemi i zdmuchuje z niej niewidzialny brud. Wzdycha, czując porzeczkowy smak w ustach. W końcu wchodzi do sklepu.

– Cóż się stało?

Evan patrzy na Adama, tak jak patrzy na niego od przeszło czterech lat: z mieszaniną miłości, znudzenia, poszanowania. Trudno mu jednoznacznie zdefiniować to uczucie.

– Śmierdzi fajami.

Adam naburmusza się, co niezwykle bawi Evana, jednak nie okazuje tego po sobie.

– Mógłbyś w końcu przemilczeć fakt, że palę – warczy, zawzięcie żując gumę. Wyobraża sobie, że to krtań chłopaka.

– Milczę od lat, z roku na rok coraz mocniej milczę. – Przekłada nóż w lewą dłoń. Prawą chwyta siedem słoneczników. Żółty pyłek z kwiatów osiada na koszuli. – O klientów mi chodzi, przychodzą do kwiaciarni, nie do knajpy.

– Przecież tu jest jakiś milion zapachów, tylko te poczują!

– Masz. – Podaje chłopakowi słoneczniki. – Jakaś babka zapomniała portfela ze sklepu i po niego poszła.

Evan bez słowa odbiera kwiaty, związuje je sznurkiem i zawija w szary papier. Adam reflektuje się i całuje go w szyję. – No już, już, nie obrażaj się – łaskocze go jeszcze w okolicach żeber, czekając, aż się uśmiechnie.

Przez otwarte drzwi dobiega gwar z dworu. Dezorganizuje pakowanie kwiatów i zapobiegawcze umizgiwanie. Adam odsuwa się od Evana i obaj, usiłując ukryć zniecierpliwienie, spoglądają na kobietę, a właściwie dziewczynę, która właśnie wchodzi do kwiaciarni.

– Znalazłam! – Podnosi rękę z portfelem, jakby chciała udowodnić swoją prawdomówność. – Zostawiłam w lumpeksie.

Delikatnie obraca ciało w lewo, aby zaprezentować wypełnioną ciuchami płócienną torbę. Wysoko związana kitka kołysze się rytmicznie.

– Dobrze, że nie ukradli – wypala Adam ni z gruszki, ni z pietruszki. – Teraz to nigdy nie wiadomo – dodaje kolejny banał, choć nie ma pojęcia, co to znaczy „teraz” i kim są ci „oni”, co jednak kradną.

Adam uważa, że jego wypowiedź brzmi abstrakcyjnie, ale nikt poza nim tego nie dostrzega. Tymczasem kobieta rozgląda się po kwiaciarni, choć jest oczywiste, że w ogóle jej nie obchodzi jego ciężka praca, pot i znój. Bardzo go to irytuje, choć nie daje nic po sobie poznać.

– Kwiaty już czekają – oznajmia lakonicznie.

– W takim razie poproszę. – Evan delikatnie rozpakowuje papierowy kokon, aby podsunąć jej słoneczniki do akceptacji. – Przepiękne – ekscytuje się i uśmiecha szeroko.

– To tylko kwiaty – stwierdza odruchowo Anielewicz i szczelnie zawija pakunek.

Kobieta płaci, rzuca krótkie „dzienks” i wychodzi. Z zewnątrz ponownie wpada gwar, wszystko zatopione w gorącej zawiesinie lipca, przynajmniej tak Adam to sobie wyobraża.

Adam nie lubi, gdy ktoś kwestionuje sens jego pracy, w którą włożył całego siebie. Od projektu przez realizację do hucznego otwarcia, oczywiście za pieniądze ojca, ale od czegoś trzeba zacząć. Nie podoba mu się lekceważenie straconych nerwów: na urzędników, początkowy brak klientów, na kwiaty wyrzucone w błoto. Nienawidzi tego, zwłaszcza ze strony mężczyzny, którego kocha.

– Zajebiście, że razem prowadzimy Różę – mówi na przekór sobie i Evanowi.

Na znak szacunku Anielewicz całuje Adama w czoło. Tego nauczył go polski ojciec, zanim zostawił jego brytyjską matkę i wrócił do komuny walczyć o wolność czy inne nieaktualne sprawy. W tej całej komunie ślad po nim zaginął. Zresztą, kto chciałby tego idioty szukać. Evan bardzo rzadko przywołuje jego obraz w pamięci. Obraz jest zamazany, jakby ktoś przeciągnął po nim pędzelkiem blur w Photoshopie. Za każdym razem, zanim wyjdzie z birminghamskiego mieszkania, całuje go w czoło.

Tak, szanuje swojego polskiego chłopaka, którego pochodzenie w dzisiejszych czasach nie ma żadnego znaczenia – tak mu się przynajmniej wydaje. Jednocześnie nie wie, co to znaczy „dzisiejsze czasy”.

Evan spogląda na zegarek, dochodzi siedemnasta. Chciałby już wyjść, by samemu połazić po gorącym mieście, pooglądać rozgrzane tłumy, które zmierzają do jakichś mało istotnych miejsc. Chce pooddychać innym powietrzem niż to przesiąknięte zapachem kwiatów lub, co gorsza, oddechem Witka Szpaka. To Adam zadecydował o wprowadzeniu się do tego dziwacznego mieszkania, pełnego zatęchłych przedmiotów, kulek z naftaliną, karafek z winem, pozłacanych ram i właściciela mówiącego do siebie. Bo przecież jest blisko i tanio. To Adam założył ten rodzinny biznes, nie do końca pytając go o zdanie, a może inaczej: to on zgodził się rzucić rzeźbę i ulokować na bezpiecznej, owłosionej klacie swojego chłopaka.

– Kochanie – mówi do pleców Adama, który właśnie zaczął ścierać kurze z półek na hipsterskie bibeloty. – Może zamkniemy, pójdziemy gdzieś? Nikt już nie przyjdzie. – Jego głos jest jedną wielką prośbą.

– Kochanie – Adam odwraca głowę lekko w lewo, tak że patrzy na Evana jednym okiem. – Dziś jest piątek, dwudziesty szósty lipca, imieniny obchodzą Anna i Mirosława. A jaki jest najlepszy dzień na świętowanie? – robi krótką pauzę, po czym kontynuuje: – Piątek, więc nie rozumiem, dlaczego mamy zamknąć kwiaciarnię wcześniej, akurat kiedy szczęśliwe solenizantki czekają na kwiaty.