Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 663

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kiedy ucichnie muzyka - Peter Robinson

Na odleglej wiejskiej drodze znaleziono ciało młodej dziewczyny. Dowody wskazują, że zanim pobito ją na śmierć, została odurzona, wykorzystana seksualnie i wyrzucana z pędzącej furgonetki. Podczas gdy komisarz Annie Cabbot bada okoliczności brutalnego przestępstwa, którego ofiarą padła czternastolatka, niedawno awansowany nadkomisarz Alan Banks zmaga się z niewyjaśnionym przypadkiem morderstwa sprzed lat. Pół wieku temu Linda Palmer została zaatakowana przez celebrytę Danny’ego Caxtona, ale nie wszczęto wtedy śledztwa. Teraz Caxton zostaje oskarżony, a pierwszym zadaniem Banksa po awansie jest rozwiązanie tej sprawy. Z czasem coraz więcej kobiet składa doniesienia przeciwko Caxtonowi, natomiast Banks musi poskładać w całość układankę w oparciu o świeże i stare dowody. Dzięki jego śledztwu wychodzą na jaw rzeczy z przeszłości, które inaczej nie ujrzałyby światła dziennego, a sam Banks wejdzie na mroczną ścieżkę, po której jeszcze nie stąpał…

Opinie o ebooku Kiedy ucichnie muzyka - Peter Robinson

Fragment ebooka Kiedy ucichnie muzyka - Peter Robinson

Tytuł oryginału:

WHEN THE MUSIC’S OVER

Copyright © Eastvale Enterprises Inc. 2016. All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński / Szara Sowa

Redakcja: Katarzyna Wiśniewska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Izabela Sieranc, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-552-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Sheili

„Nagły cios. Trzepot wielki: jeszcze skrzydła oba

Nad dziewczyną, co słania się – już płetwy ślisko

Głaszczą uda – już kark jej schwycił w kleszcze dzioba.

Trzyma ją, pierś bezbronną swoją piersią ściska”1.

WILLIAM BUTLER YEATS

„Było smaszno, a jaszmije smukwijne

Świdrokrętnie na zegwniku wężały,

Peliczaple stały smutcholijne

I zbłąkinie rykoświstąkały”2.

LEWIS CARROLL

1 William Butler Yeats, Leda i łabędź, przełożył Jerzy Pietrkiewicz.

2 Lewis Carroll, wierszDżabbersmok z Po drugiej stronie lustra, przełożył Maciej Słomczyński.

Prolog

Wyrzucili ją nagą z furgonetki, gdy wjechali na najciemniejszy odcinek drogi. Poczuła uderzenie wiatru, kiedy jeden z nich otworzył drzwi, a później runęła w dół i zaczęła wirować w powietrzu. Gdy wyrżnęła biodrem o twardą nawierzchnię, poczuła, jak pęka w niej jakaś kość. W końcu wylądowała na wilgotnej trawie i stoczyła się do rowu wypełnionego stojącą wodą. Słyszała śmiech i krzyki stłumione przez głośną muzykę, ale po chwili dźwięki ucichły i pozostała tylko cisza.

Leżała bez tchu, czując ostry ból biodra i zawroty głowy; spróbowała ocenić sytuację, w jakiej się znalazła. Nie wiedziała, gdzie jest. Pewnie gdzieś na wsi, wiele kilometrów od cywilizacji. Zebrała siły, żeby dźwignąć ciało z cuchnącej, błotnistej wody, ale gdy tylko się poruszyła, ból w okolicy biodra stał się tak silny, jakby ktoś wbił jej w ciało rozgrzane do czerwoności igły. Środek, który dali jej w furgonetce, stopniowo przestawał działać. Kiedy zaczęła się wybudzać, ostatnie godziny uległy zamazaniu, jakby były snem, ale wspomnienia nadpływały w najmniej oczekiwanych momentach, mącąc jej zmysły. Czuła szum w uszach, jakby gdzieś w pobliżu rozbijały się ogromne fale. Obraz przed oczami uległ zamgleniu.

Chyba rozcięła sobie też ramię, być może pękniętą butelką leżącą w rowie. Ból zaczął promieniować z innych części ciała i zdała sobie sprawę, że jest cała w ranach i siniakach. Spróbowała oczyścić się z błota i krwi, ale ściek w rowie tylko rozmazał brud na jej skórze. Miała wrażenie, że przypomina jakieś prymitywne stworzenie wypełzające z mułu.

Kulejąc, powlokła się w ciemność, tam, skąd przyjechała furgonetka. Nie mogła nic poradzić na swoją nagość, a jedynie mieć nadzieję, że spotka kogoś na tyle przyzwoitego, żeby okryć ją kocem i zawieźć do szpitala. To jednak i tak był najdrobniejszy problem. Znacznie gorsze było to, że nie była w stanie zmusić własnego umysłu do współpracy. Powierzchnia drogi zdawała się falować pod jej stopami, a zwisające konary drzew przybierały groźny wygląd. Potrząsnęła głową, żeby odpędzić natrętne obrazy, ale tylko pogorszyła sprawę. Nagle poczuła mdłości i musiała się oprzeć o pień drzewa. Kora zaczęła pulsować pod jej palcami jak sucha łuska jakiegoś gada. Silny ból biodra utwierdzał ją w przekonaniu, że jest złamane, a uczucie, jakby ktoś rozerwał jej wnętrzności – że zapewne miała krwotok wewnętrzny. Potrzebowała pomocy lekarza i środków przeciwbólowych, może nawet morfiny, które złagodziłyby ból, a ona mogłaby zasnąć na ciepłych, miękkich poduszkach, zapominając o całym świecie. Ale w szpitalu zaraz chcieliby od niej wymaz i próbki krwi. Prędzej czy później powiadomiliby policję, a wtedy byłaby w prawdziwych tarapatach. Nikt by jej nie uwierzył – takim jak ona wymiar sprawiedliwości nie ufał. Zresztą doświadczenie mówiło jej, że raczej nie powinna liczyć na życzliwość. Nie zjawi się żaden dobry samarytanin i nie podwiezie nigdzie umazanej błotem nagiej dziewczyny. Ludzie, których znała, nie postępowali tak z nagimi dziewczynami. W jej życiu podobne rzeczy się po prostu nie zdarzały.

Zbliżał się sierpień, dobiegał końca długi, deszczowy tydzień. Noc była parna, nad ciemnym krajobrazem unosiła się rzadka mgła. Żadnych latarni, jedynie światło półksiężyca otoczonego jasną poświatą. I beczenie owcy pozostawionej na polu za kamiennym murem. Zdawało jej się, że zobaczyła samotne światełko w górnym oknie wiejskiego domu. Czy powinna ruszyć w jego kierunku? Czy udzielą jej pomocy? Na jej drodze były teraz rów i kamienny mur przykryty drutem kolczastym, ale być może kawałek dalej znalazłaby wejście. Zdecydowała, że jeśli znajdzie bramę albo wyrwę w murze, zrobi to. Ruszy przez pole w kierunku światła.

Czy było już bardzo późno? A może bardzo wcześnie? Nie miała telefonu ani zegarka. Nie mogła sobie przypomnieć, jak długo przebywała w furgonetce. Tak czy inaczej, nie było już daleko do świtu. O tej porze roku słońce wcześnie wschodzi. Ale póki co wszystko wokół spowijała ciemność, a drzewa i mury przybierały kształt strachów na wróble i demonów pełznących w jej stronę. Droga była wąska, pozbawiona chodnika, więc szła po twardej nawierzchni. Kamienie raniły jej stopy przy każdym kroku. Gdyby nadjechał samochód, mogłaby go w porę dojrzeć. Usłyszałaby go z daleka i zobaczyła reflektory. Gdyby tylko nadjechał…

Szła nie dłużej niż dziesięć, może piętnaście minut, kiedy zdało jej się, że słyszy daleki szum silnika i widzi światła reflektorów migające wśród cieni i drzew, załamane we mgle spowijającej krętą drogę. Samochód! Jechał z naprzeciwka, w tym samym kierunku co odjeżdżająca wcześniej furgonetka, ale to nie miało znaczenia. Kiedy podjechał bliżej, wycofała się przytomnie na krawędź rowu, żeby jej przypadkiem nie potrącił. Rezygnując z resztek godności, zamachała rękami w powietrzu. Oślepiło ją światło reflektorów, a tuż obok niej przemknęła mała furgonetka. Z rozpaczą powiodła za nią wzrokiem, aż nagle furgonetka zatrzymała się z piskiem opon jakieś sto metrów dalej. Silnik zamruczał, a czerwone światła hamulca migotały we mgle niczym ślepia demona. Przezwyciężając strach, zaczęła kuśtykać w kierunku samochodu tak szybko, jak mogła.

Rozdział 1

Nadkomisarz Alan Banks stał przed lustrem w męskiej toalecie, analizując swoje odbicie. Całkiem nieźle, pomyślał, poprawiając krawat w fioletoworóżowe i złote paski tak, aby nie było widać, że górny guzik koszuli jest – jak zawsze – rozpięty. Nie mógł znieść tego klaustrofobicznego uczucia, które nachodziło go, gdy zapięty guzik i krawat uciskały mu grdykę. Na kołnierzyku i ramionach marynarki nie było śladów łupieżu, a jego ciemne włosy były schludnie przystrzyżone i przyprószone niewielką, przypominającą popiół siwizną w okolicy skroni. Nie miał zacięć po goleniu ani resztek papierowego ręcznika zwisających mu z podbródka i pachniał delikatnie klasyczną wodą po goleniu Old Spice. Wyprostował kręgosłup i ramiona, z przyjemnością odnotowując, że linii jego nowego garnituru nie psują żadne wybrzuszenia w rejonie kieszeni. Miał przy sobie jedynie płaski portfel i legitymację policyjną. Zapiął środkowy guzik, żeby marynarka prezentowała się należycie, i uznał, że jest gotów stawić czoło światu.

Spojrzał na zegarek. Narada zaczynała się punktualnie o dziewiątej. Zostały jeszcze jakieś trzy minuty. Wyszedł z toalety i ruszył schodami, przeskakując po dwa stopnie i kierując się do sali konferencyjnej na ostatnim piętrze starego gmachu w stylu Tudorów. Czas miał w tej kwestii kluczowe znaczenie. Banks nie chciał zjawić się pierwszy, z drugiej strony – nie zamierzał przybyć jako ostatni. Koniec końców uplasował się pośrodku. Nadinspektor Gervaise i zastępca komendanta głównego McLaughlin rozmawiali, czekając przed wejściem. Banks zajrzał do środka przez otwarte drzwi i zauważył, że niektórzy już zajęli miejsca.

– Alan! – zaczął McLaughlin. – Mam nadzieję, że nowe obowiązki zbytnio ci nie ciążą.

Banks dostał niedawno awans na nadkomisarza – pieprzony cud w obecnych czasach, a przynajmniej tak mówili koledzy – więc przez ostatnie tygodnie poznawał nowe obowiązki.

– Ani trochę, proszę pana – odparł. – Nie miałem zielonego pojęcia, ile spraw uchodziło mi wcześniej płazem.

Gervaise i McLaughlin wybuchnęli śmiechem.

– Witamy w prawdziwym świecie – powiedział McLaughlin. – Wchodzimy?

McLaughlin ruszył przodem, a Banks odwrócił się do Gervaise i wyszeptał:

– Wiesz, o co chodzi?

Gervaise pokręciła szybko głową.

– Nikt nic nie wie – odrzekła. – Podobno ma się zjawić sam szef.

– Czyli żadnych kryminalnych statystyk ani kolejnych cięć kosztów?

Gervaise się uśmiechnęła.

– Wątpię.

Salę konferencyjną urządzono raczej skromnie: owalny stół, krzesła z metalowych rurek i ściany o kremowej, urzędowej barwie. Zajęto miejsca, a kilka minut później faktycznie przybył szef policji Frank Sampson – który jak mówiono, miał zostać niebawem sir Frankiem Sampsonem. Kiedy krótko po nim zjawiła się nowa komisarz do spraw policji i przestępczości, Margaret Bingham, Banks wiedział, że coś się kroi.

Największą niespodzianką okazała się jednak osoba, która weszła do sali jako ostatnia, jakąś minutę po wszystkich.

Brudny Dick Burgess był teraz kimś w rodzaju zastępcy dyrektora lub agentem specjalnym NCA1, znanej raczej jako brytyjski odpowiednik FBI. Jej pracownicy zajmowali się walką ze zorganizowaną przestępczością i ochroną granic, a także zwalczaniem przestępczości w internecie oraz seksualnego wykorzystywania dzieci i nieletnich. Zanim usiadł, Burgess mrugnął porozumiewawczo do Banksa. Nawet on miał na sobie garnitur i nieskazitelnie białą koszulę zamiast swojej charakterystycznej sfatygowanej skórzanej kurtki, choć niewątpliwie przydałyby mu się jeszcze golenie i strzyżenie; zupełnie zapomniał też o krawacie. Najwidoczniej brytyjskie FBI nie miało zwyczaju stroić się podczas wizyt na prowincji.

Kiedy cała ósemka zajęła miejsca przy stole, komendant główny otworzył naradę, przedstawiając wszystkich zebranych. Jedną z osób, których Banks nie znał ani z nazwiska, ani z widzenia, była prawniczka z Koronnej Służby Prokuratorskiej. Nazywała się Janine Francis i nie należała do tej grupy prawników CPS2, z którymi Banks miał zwykle do czynienia. Ósmym uczestnikiem spotkania, tylko mgliście znanym Banksowi, był nowy rzecznik prasowy policji hrabstwa, funkcjonariusz Adrian Moss, niegdyś dobrze rokujący pracownik agencji reklamowej i spec od politycznego PR-u, przystrojony w kwiecisty krawat, o czystej, młodzieńczej twarzy i śmiałym, pewnym siebie stylu bycia.

Barwna zbieranina, pomyślał Banks, próbując odgadnąć, dlaczego zgromadzono ich wszystkich pod jednym dachem. Musiało chodzić o coś ważnego.

– Wiem, że niektórzy z was zachodzą w głowę, o co chodzi – zagaił szef – więc uproszczę sprawę i od razu przejdę do rzeczy. Zakładam, że wszyscy słyszeliście o operacji Yewtree i śledztwach prowadzonych w jej ramach. Chodzi mi o przypadki wykorzystywania seksualnego, głównie dzieci, o które oskarżono znane osobowości medialne. W ślad za przypadkiem Jimmy’ego Savile’a poszły zakończone wyrokiem skazującym sprawy między innymi Rolfa Harrisa, Gary’ego Glittera, Dave’a Lee Travisa i Maxa Clifforda. Jak się pewnie domyślacie, zachęciło to wiele ofiar do ujawnienia dawnych przypadków wykorzystywania seksualnego.

Dawne przypadki wykorzystywania. Słowa szefa sprawiły, że Banks natychmiast domyślił się, o co chodzi. Współczesna poprawność polityczna nakazywała tropienie dawnych przypadków molestowania, by naprawić błędy przeszłości; wysyłano w ten sposób jasny sygnał, że niezależnie od czasu, który upłynął od popełnienia przestępstwa, wciąż można kogoś ukarać – o ile wystarczająca liczba ludzi zacznie mówić o tym głośno. Poza tym dzięki temu uspokojono ofiary wspomnianych czynów i udzielono im głosu, o który często zabiegały latami, oraz, jak mawiano zdecydowanie za często, „ostatecznie zakończono sprawę”. Banks w zasadzie zgadzał się z tą argumentacją, jednak w praktyce wyglądało to różnie – dochodzenie przypominało często polowanie na czarownice, ofiary były rozczarowane, a reputacja niewinnych ludzi waliła się w gruzy. Żaden zdrowo myślący detektyw nie chciał uczestniczyć w śledztwie dotyczącym dawnego przypadku wykorzystywania. Banks spojrzał na twarze pozostałych. Miny kolegów nie zdradzały żadnych emocji. Czyżby tylko on był tego zdania? I czy było to widoczne?

– Chciałbym myśleć, że wyciągnęliśmy wnioski z tego, w jaki sposób prowadzono w ostatnich latach podobne sprawy – ciągnął szef – a przynajmniej nauczyliśmy się, żeby przedwcześnie nie odkrywać kart. Proszę wszystkich państwa, by nie ujawniać niczego, co zostanie powiedziane na tym spotkaniu, osobom spoza tego grona. Nawet kolegom. Adrianie?

Moss powiódł wzrokiem po zebranych.

– Tak – mruknął. – Jak wiecie, nie można ukrywać tego wiecznie przed mediami. W końcu się zorientują, o ile już się nie dowiedzieli. Moim zadaniem będzie dopilnowanie, aby nie usłyszeli od was niczego bez mojej wiedzy. Czy to jasne?

Musiał się upajać tymczasową władzą, jaką sprawował nad tym znakomitym gronem; Banks dostrzegł jego triumfalną minę i niemal ewangeliczny ton wypowiedzi. Poza tym nadal nie wiedział, o co mu chodzi.

– W przeszłości popełniliśmy pewne błędy – mówił dalej Moss. – Na przykład kamery BBC wycelowane w dom Cliffa Richarda jeszcze przed naszym nalotem, zanim sir Cliff dowiedział się o przeszukaniu. Nie chcielibyśmy, aby takie działania nadal uprzykrzały nam życie. Jak zapewne pamiętacie, sprawa Cliffa została oddalona, a Paul Gambaccini dość ostro wypowiedział się na temat sposobu, w jaki został potraktowany przez policję. Zbyt często wychodziliśmy na durniów, więc musimy dopilnować, aby tym razem nas to nie spotkało. Kiedy dziennikarze zapukają do naszych drzwi, a zapukają na pewno, przyjmiemy ich spokojnie i zgodnie z procedurami. Nie pozwolimy im uciec z soczystymi kąskami w zębach. Naturalnie, media najbardziej interesują celebryci, a grzeszki sław to dla nich manna z nieba. Musimy nie tylko tępić takie zachowanie, ale zadbać o to, by widziano, jak to robimy. Naostrzenie stalówek nie zajmie im dużo czasu. Zapewniam was, że w niedalekiej przyszłości czeka nas prawdziwa medialna gównoburza. Moja rola, panie i panowie, polega na zarządzaniu przepływem informacji, a żeby ją wypełnić, będę potrzebować pomocy was wszystkich. Wszystko przechodzi przez biuro prasowe. Czy wyraziłem się jasno? – Spojrzał na zebranych; czoło błyszczało mu od potu.

Większość obecnych rozpromieniła się w zachwycie. Moss był jednym ze złotych chłopców szefa i komendy głównej policji. Teraz, gdy górze zaczęło zależeć na rozgłosie i wizerunku, Banksowi zdawało się, że ludzi takich jak on uważano za ważniejszych od detektywów. Jedynie Burgess sprawiał wrażenie niewzruszonego. W kącikach jego ust zaczął się błąkać charakterystyczny cyniczny uśmiech człowieka, który wszystko już widział.

– Dziękuję, Adrianie – odparł szef. – Skoro już wiemy, na czym stoimy, przejdźmy do sedna. Zaproszono was tutaj, bo od tej chwili będziecie ze sobą współpracować, w takim lub innym zakresie, w ramach jednego śledztwa. Zastępca komendanta głównego McLaughlin was oświeci.

Czerwony Ron chrząknął i przerzucił swoje notatki.

– Jesteście tutaj, bo otwieramy dochodzenie w sprawie Danny’ego Caxtona – przerwał na chwilę, czekając, aż nazwisko wybrzmi.

Danny Caxton, pomyślał Banks. Jasny szlag. Celebryta, osobowość medialna, prezenter w czasach, gdy nie znano jeszcze tego zawodu. Marka sama w sobie. Facet z wielkim uśmiechem. Caxton rozpoczął karierę pod koniec lat pięćdziesiątych kilkoma przebojami muzyki pop. Nie grał rock and rolla, był raczej pieśniarzem w stylu Jima Reevesa, Vala Doonicana i Matta Monroe’a. Być może dziewczęta nie piszczały na jego widok tak jak za Elvisem i Beatlesami, ale mnóstwo podlotków kochało się w nim tak samo jak kiedyś ich matki w Johnniem Rayu i Franku Sinatrze. Z tego, co pamiętał Banks, Caxton miał smykałkę do interesów i stosunkowo wcześnie zrozumiał, że dni jego balladowej sławy nie będą trwać wiecznie. Na początku lat sześćdziesiątych zaczął poszerzać horyzonty. Miał talent komiczny i żyłkę do parodiowania znanych osób, a dzięki wrodzonej uprzejmości dobrze radził sobie jako prezenter. Prowadził imprezy estradowe i programy telewizyjne w całym kraju, przecinał wstęgi z okazji otwarcia supermarketów, był jurorem konkursów piękności i szybko został stałym gospodarzem popularnego telewizyjnego konkursu talentów Do Your Own Thing!3, który emitowano do końca lat osiemdziesiątych. Tytuł programu stał się zresztą jego własnym sloganem: „Rób swoje”. Wypowiadał te słowa zawsze w ironiczny sposób zdradzający ich hipisowskie korzenie. Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych co jakiś czas udawało mu się trafiać na szczyt listy przebojów, zagrał również w kilku szmirowatych filmach z okresu swingujących lat sześćdziesiątych, choć był już za stary i zbyt sztywny do takich ról. Banks zdał sobie sprawę, że facet mógł znać Jimmy’ego Savile’a. W końcu należeli do tego samego pokolenia. Caxton zgarniał wszystko: letnie ramówki, gwiazdkowe pantomimy, a nawet komedię muzyczną wystawioną z sukcesem na West Endzie. W pewnym momencie poślubił nawet jakąś piosenkarkę pop, ale szybko doszło do głośnego i zażartego rozwodu. Kariera Caxtona zwolniła na początku lat dziewięćdziesiątych, choć nadal pojawiał się czasem jako gość w programach talk-show, a w pierwszej dekadzie XXI wieku był nawet gospodarzem osobliwej rewii bożonarodzeniowej.

– Jestem zaskoczony. To on jeszcze żyje? – spytał Banks.

– I to jak – odparł McLaughlin. – Ma osiemdziesiąt pięć lat.

– Co o tym sądzi CPS? – zagadnął, spoglądając na prawniczkę. Kiedy prowadzili sprawę Savile’a, doszło do małego nieporozumienia; nie było wiadomo, czy CPS zrezygnowała z oskarżenia dlatego, że facet był zbyt stary i zniedołężniały, czy ze względu na brak wystarczających dowodów. Banks wiedział, że prokuratorów CPS krytykowano już za niepodjęcie szybszych działań w sprawie Cyrila Smitha, posła z Rochdale, który molestował młodych chłopców przez wiele lat aż do swojej śmierci w 2010 roku. Chcieli pewnie pokazać opinii publicznej, że biorą sprawy w swoje ręce.

– Uważamy, że Caxton jest odpowiednim kandydatem – wtrąciła Janine Francis.

– A kiedy doszło do popełnienia przestępstwa, sir? – Banks tym razem zwrócił się do Czerwonego Rona.

– Latem tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego.

Banks przypomniał sobie, że w 1967 Danny Caxton był niemal u szczytu swojej kariery. Wszyscy go znali. Nadal był przystojny jak diabli, a przynajmniej tak uważały setki mamuś. Chryste, nawet matka Banksa siedziała przed telewizorem jak zaczarowana, śliniąc się na jego widok. Ojciec prychał wtedy pod nosem, a Banks wymykał się na górę, żeby słuchać Rolling Stonesów i The Who.

– Przedstawię wam krótki zarys sprawy – podjął McLaughlin. – W teczce, którą macie przed sobą, znajdziecie notkę biograficzną i podsumowanie faktów. Przejrzyjcie ją później. Wczesny okres życia Caxtona obfitował w wielkie wydarzenia. Facet pokonał wiele przeciwności. Urodził się w Warszawie w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku. W tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim jego rodzice zauważyli, co się święci, i wywieźli Danny’ego oraz jego braci i siostry. Rodzeństwo zostało rozdzielone, a on wychowywał się u dalekich krewnych w Heckmondwike.

– Ten fakt mógł wywrzeć silny wpływ na jego psychikę – zauważył Banks. – Spróbujcie tylko wymówić tę nazwę.

Po krótkiej salwie śmiechu głos zabrała nadinspektorka Gervaise.

– Uważaj, co mówisz, Alan. Mój ojciec stamtąd pochodzi. Zresztą dla Caxtona nie powinno to być trudne, jeśli pominiesz samogłoski, zabrzmi zupełnie jak po polsku.

McLaughlin poczekał, aż chichot ucichnie, i kontynuował:

– Chciałbym, abyście zastanowili się nad tym, co powiem. Powodem w sprawie jest niejaka Linda Palmer. W momencie domniemanego molestowania miała czternaście lat.

Banks słyszał już o Lindzie Palmer – lokalna poetka, raz czy dwa doczekała się wzmianki w gazecie, wystąpiła również w BBC2 i Radio 4 i otrzymała kilka nagród.

– Ta poetka? – zapytał.

– Ona sama. Skontaktowała się z ChildLine4, a oni skierowali ją do nas.

– Dlaczego jej wierzymy? – spytała Gervaise.

– Z tego samego powodu, dla którego wierzymy wszystkim doniesieniom o dawnych aktach molestowania – odparł McLaughlin. – Jej historia brzmi przekonująco i mamy nadzieję, że kiedy skończycie dochodzenie, jej siła będzie jeszcze większa. – Spojrzał na Janine Francis. – CPS dało zielone światło, żeby podjąć niezbędne kroki, chociaż póki co nie mamy wiele. Właśnie dlatego pan Moss wspomniał o znaczeniu właściwego zarządzania mediami. Nie chcemy, żeby posypały się na nas gromy jak na siły policyjne z innych hrabstw. Z drugiej strony nie chcemy stwarzać wrażenia, że działamy potajemnie. Wiemy również, jak trudno zachować dyskrecję w sprawie takiego kalibru. Starajcie się najlepiej, jak potraficie, i tak długo, jak to możliwe.

– Jakie są fakty? – spytał Banks. – W skrócie.

– Chcemy, żebyś właśnie to ustalił, Alanie. Przeprowadzisz wstępne przesłuchanie Lindy Palmer. Przesłuchasz również Danny’ego Caxtona. Pan Burgess będzie nadzorował śledztwo w całym kraju.

– Czy procedura nie wymaga, aby Lindę Palmer przesłuchała funkcjonariusz płci żeńskiej? – zapytał Banks.

– Niekoniecznie – odparł McLaughlin. – Kiedy do nas zadzwoniła, rozmawiała z kobietą, komisarz MacDonald, która zadała jej to samo pytanie. Pani Palmer uważa, że płeć nie ma dla niej znaczenia, pod warunkiem, że rozmówca jej uwierzy. Nie oczekuje specjalnego traktowania. Poza tym masz w zespole trzy bardzo kompetentne funkcjonariuszki.

– O co dokładnie Linda Palmer oskarża Caxtona? – ciągnął Banks.

– Jej zdaniem została przez niego zgwałcona.

– I dopiero teraz to ujawniła?

McLaughlin westchnął i spojrzał na komisarz do spraw policji i przestępczości.

– To bez znaczenia – oświadczyła Margaret Bingham. – Kobiety decydują się ujawnić po tylu latach od traumatycznego wydarzenia z wielu różnych, bardzo złożonych powodów. W tym momencie twoje zadanie polega nie na kwestionowaniu jej motywów, ale potwierdzeniu ich szczerości.

– Jak mam tego dokonać? – spytał Banks.

– Tak jak zwykle – odrzekł McLaughlin. – Wykorzystując swoje umiejętności detektywistyczne. Mamy funkcjonariuszy przeszkolonych w pracy z dziećmi, którzy wiedzą, jakie szczegóły zapamiętują ofiary, i potrafią rozpoznać, czy mówią prawdę. Jeśli po rozmowie z panią Palmer nadal będziesz mieć wątpliwości, możesz przekazać jej zeznania jednemu z nich. Nie wiem, czy to poprawi twoje samopoczucie, ale w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku pani Palmer krótko po zdarzeniu rzeczywiście zawiadomiła policję.

– Co się stało z tamtym dochodzeniem? – drążył Banks.

– To również będziesz musiał wyjaśnić – odparł McLaughlin. – Najwyraźniej z jakiegoś powodu utknęło w miejscu, bo pan Caxton nie stanął przed sądem i nigdy nie oskarżono go o gwałt na Lindzie Palmer lub dopuszczenie się innych niedozwolonych czynów.

– Może nie stanął przed sądem, bo niczego nie zrobił? – zasugerował nieśmiało Banks. – Wie pan… upłynęło niemal pięćdziesiąt lat… trudno sobie wyobrazić trudniejszą do wyjaśnienia sprawę.

– Wiem – przyznał McLaughlin. – Wiem i ci współczuję, Alanie. Z drugiej strony Jimmy’emu Savile’owi udowodniono jeszcze starsze przestępstwa. Mieliśmy już przypadki molestowania sięgające początku lat sześćdziesiątych, a nawet wcześniej…

– Rozumiem, że nie lubi pan takich spraw – wtrąciła Margaret Bingham – ale lepiej, aby pan do nich przywyknął. Podobnie jak wy wszyscy. Mogliśmy schrzanić takie sprawy w przeszłości, ale nie zrobimy tego ponownie. Nie na mojej zmianie. Najbliższe lata przyniosą nam jeszcze więcej dawnych przypadków molestowania. Chodzi tutaj o ludzi, którzy myślą, że już na zawsze uszło im płazem. O mężczyzn, którzy sądzą, że im się upiecze, bo są sławni, bogaci albo wpływowi. Albo tylko dlatego, że są mężczyznami. Sprawa Lindy Palmer to przypadek brutalnego gwałtu popełnionego na nieletniej dziewczynie przez trzydziestosiedmioletniego mężczyznę. Oczekuję, że przeprowadzi pan śledztwo tak, jakby zdarzenie miało miejsce wczoraj.

– To niemożliwe – zaoponował Banks.

– Czyżby? Dlaczego, nadkomisarzu Banks?

– Nie posiadamy fizycznych dowodów, a jedynie niepewne wspomnienia. Brakuje zeznań. Z całym szacunkiem, łaskawa pani – ciągnął Banks – jest pani cywilem, podobnie jak pan Moss. Większość ludzi w tym pokoju to weterani, którzy uczestniczyli w wielu dochodzeniach. Nie można prowadzić śledztwa dotyczącego przestępstwa popełnionego niemal pięćdziesiąt lat temu tak, jakby popełniono je wczoraj. Możemy polegać tylko na zeznaniach pokrzywdzonej. Jestem świadomy faktu, że wiele starych dochodzeń udało się rozwikłać dzięki nowym dowodom DNA. Takie wydarzenia stanowią sensację i przyznaję, oglądałem serial New Tricks5, ale przedstawione tam sprawy należą do wyjątków. Czy w tym przypadku mamy w ogóle jakieś ślady DNA?

– Nie mam pojęcia – odparła Margaret Bingham, wyraźnie poirytowana uwagami Banksa. – To pan ma to ustalić. Może i jestem cywilem, ale pełnię urząd komisarza do spraw policji i przestępczości, dlatego mam prawo oczekiwać, że moi funkcjonariusze podejmą wszelkie możliwe działania. I właśnie o to proszę. Niech pan poświęci tej sprawie tyle czasu i energii, umiejętności wywiadowczych i śledczych, ile włożyłby pan w śledztwo dotyczące napaści na tle seksualnym, która miała miejsce wczoraj. Proszę mi wierzyć, otrzyma pan do swojej dyspozycji wszelkie niezbędne środki.

Banks pomyślał, że jego debiut na stanowisku nadkomisarza był zaiste doskonały. Wkurzył przełożonych oraz komisarz na pierwszej naradzie od czasu awansu. Z drugiej strony – nigdy nie miał zbyt wiele czasu dla Margaret Bingham i jej misji. Ona i Adrian Moss stworzyliby świetny zespół.

– Tak, proszę pani – mruknął pod nosem.

McLaughlin ponownie chrząknął.

– Choć za operację Yewtree teoretycznie odpowiada policja metropolitalna, pan Burgess z Narodowej Agencji do spraw Przestępczości wspomoże nas ekspercką wiedzą, którą dysponuje Komórka do spraw Przeciwdziałania Wykorzystywaniu Dzieci i Ochrony Internetu.

Burgess uniósł rękę, parodiując salutowanie.

– Rozka.

– Na czym będzie polegać twoja rola? – spytał Banks.

– Głównie na koordynowaniu waszych działań z działaniami kolegów z policji metropolitalnej – odparł Burgess. – Będę dbać o to, żeby lewica wiedziała, co czyni prawica. I bez tego sprawa jest dość skomplikowana. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym Linda Palmer mieszkała z rodzicami w Leeds, ale do napaści doszło w Blackpool. Dzisiaj mieszka w okolicy Eastvale, w wiosce Minton-on-Swain, a Caxton ma dom nad morzem, jak pewnie wiesz, ale przez kilka lat mieszkał w West Yorkshire, a dokładniej – w Otley. Gdybyśmy zaangażowali siły policyjne ze wszystkich regionów, nie wspominając o innych sprawach, które wynikną, kiedy zaczną napływać kolejne skargi, powstałby potworny chaos. Dlatego postanowiliśmy wyznaczyć jednego starszego oficera dochodzeniowego do sprawy Lindy Palmer i postawić go na czele zespołu. Mam na myśli ciebie. Twoje zadanie polega na tym, aby mocno dzierżyć ster. Jeśli będzie to możliwe, dostarczę ci aktualnych danych oraz informacji wywiadowczych. Możesz mi wierzyć, że w tym śledztwie policje hrabstw będą ze sobą współpracować, a każde przesłuchanie, każdy zarzut i każdy skrawek dowodu zostaną wpisane do akt. Otrzymaliśmy już kilka skarg na Caxtona z całego kraju. Jednego możesz być pewny, napłynie ich więcej, kiedy informacje wyciekną na zewnątrz, a w tym przypadku siła kryje się w liczbach. Oczywiście liczba skarg będzie zależeć od tego, jak często Caxton miał możliwość i dostęp do zaspokojenia własnych potrzeb. Mam przeczucie, że z uwagi na jego długą i bogatą karierę było ich mnóstwo. Wszystkie trzeba będzie zbadać i prześledzić. Dotrzeć do potencjalnych świadków. Sprawdzić miejsca, w których mogło dojść do incydentów. Zajmę się wyszukiwaniem podobieństw w zgłaszanych skargach.

– Jak szerokie będzie nasze dochodzenie? – spytała Gervaise.

Burgess spojrzał na komendanta głównego Sampsona, który przybrał stosownie zaciętą minę i oznajmił:

– Do tej pory, według NCA, wpłynęło siedem niezależnych zgłoszeń na Danny’ego Caxtona z lat od tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt jeden do tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć. Wszystkie złożyły kobiety, które miały wówczas od czternastu do szesnastu lat. Lokalne siły policyjne przeprowadziły tyle badań środowiskowych i zebrały tyle wstępnych zeznań, ile było trzeba, ale my i CPS uważamy, że należy podjąć bardziej zdecydowane działania. Koledzy z CPS są przekonani, że jest to sprawa o kluczowym znaczeniu, a uzyskanie pozytywnego wyniku wydaje się bardzo prawdopodobne.

– Dlaczego? – zaciekawił się Banks. – Z tego, co słyszałem do tej pory, wynika, że sprawa Caxtona nie różni się od innych spraw tego typu. Słowo przeciwko słowu. Dlaczego mamy mieć większą szansę sformułowania mocnego oskarżenia akurat w tym przypadku?

– Już ci mówię – odparł komendant Sampson. – Linda Palmer powiedziała nam, że w zdarzeniu uczestniczyła trzecia osoba. Mamy świadka.

Gdy komisarz Annie Cabbot i posterunkowa Geraldine Masterson przybyły na miejsce popełnienia przestępstwa w środę o dziewiątej trzydzieści, funkcjonariusze drogówki zdążyli już zamknąć dla ruchu prawie pietnaście kilometrów drogi Bradham Lane, od skrzyżowania blisko cztery kilometry na zachód od Eastvale do mostu nad rzeką Ure, gdzie się kończyła.

– To jakieś cholerne zadupie – jęknęła Annie. – Trzeba będzie wezwać jednostkę mobilną i skompletować jej obsadę, a centrum dowodzenia sprawą ulokować w kwaterze głównej. Nie mają tutaj odpowiedniego zaplecza.

Umundurowana posterunkowa stojąca obok policyjnej taśmy nachyliła się, żeby coś im powiedzieć.

– Po drugiej stronie mostu czeka funkcjonariusz z radiowozem, dwóch innych jest na miejscu przestępstwa – powiedziała, wskazując kierunek. – To pięć i pół kilometra stąd.

– Dziękuję – odpowiedziała Annie. – Mam nadzieję, że nie będziemy musiały iść pieszo.

– To droga o utwardzonej nawierzchni, proszę pani – dodała funkcjonariuszka. – Twarda i szorstka. Mało prawdopodobne, żeby zostały ślady opon, ale nigdy nie wiadomo, co znajdzie zespół kryminalistyczny. Na waszym miejscu jechałabym ostrożnie.

– Będziemy uważać. Wiemy, jacy oni są.

Funkcjonariuszka patrolówki rozwiązała koniec taśmy, a Gerry ruszyła wolno wąską drogą.

Annie zaintrygowały kształty drzew. Niektóre sprawiały wrażenie obumarłych i zdeformowanych – stały przy drodze jak mężczyźni wykonujący stójkę na rękach lub wykrzywione, pociemniałe, spalone ciała zastygłe w pozie boksera. Inne olśniewały bujną zielenią po deszczach, które przeszły w ostatnim tygodniu, z liśćmi mieniącymi się w promieniach porannego słońca. Droga wiła się meandrami, co jakiś czas pojawiały się wąskie, nieutwardzone boczne szlaki ze znakami kierującymi do wiosek lub farm, o których Annie nigdy nie słyszała. Pomyślała, że można by tu łatwo zabłądzić, gdyby skręcić w niewłaściwą stronę. Na trasie były też mijanki na wypadek, gdyby z drugiej strony nadjeżdżał jakiś pojazd.

Pierwszym sygnałem wskazującym, że są blisko celu, był radiowóz ustawiony w poprzek drogi i rowerzysta w jasnofioletowym stroju z lycry, pochylony nad maską i skrywający twarz w dłoniach. Obok niego stała posterunkowa z notesem w ręce. Jej kolega siedział w samochodzie i również sporządzał raport. Przy kamiennym murze stał elegancki rower. Annie mogłaby się założyć, że ważył mniej niż kilogram, kosztował fortunę i śmigał jak mały parowozik. Wielki start wyścigu kolarskiego Tour de France w Yorkshire do tego stopnia zainsipirował rowerzystów, że w ostatnim czasie trudno było poruszać się po drogach. Annie pomyślała, że choć niektórzy prezentowali się w obcisłych wdziankach jak prawdziwi sportsmeni, o tym panu nie można było tego powiedzieć. Facet musiałby wykręcić jeszcze kilka tysięcy kilometrów, żeby osiągnąć zadowalającą formę.

– To pan Roger Stanford – wyjaśniła posterunkowa, a następnie wskazała na bezkształtną, opasaną taśmą bryłę, leżącą na poboczu kilka metrów dalej. – Pan Stanford znalazł je… to znaczy ją.

– Dziękuję – powiedziała Annie. – A pani to…?

– Posterunkowa Mellors, proszę pani. Stephanie Mellors. Większość ludzi mówi mi Steph.

Annie dała znak posterunkowej Mellors, żeby odeszła z nią na stronę.

– Powiedz mi, Steph, co o tym myślisz? – zagadnęła. – Tak na pierwszy rzut oka?

– Pyta pani, czy to on to zrobił?

– No cóż, jeśli od tego chcesz zacząć…

Steph potrząsnęła głową.

– Facet jest przerażony. Zupełnie się rozsypał. Proszę na niego spojrzeć. Nie sądzę, aby udawał.

– Ty też sprawiasz wrażenie lekko wstrząśniętej.

– Pani jej nie widziała. Taki widok nie należy do łatwych.

– Racja. Według ciebie co tu zaszło?

– Mam niewielkie doświadczenie, ale wygląda na to, że została potrącona przez samochód lub zakatowana na śmierć.

– Znasz ofiarę?

– Nie. Nie ma żadnych dokumentów, przynajmniej z tego, co widzę po… no, wie pani… Nigdy wcześniej jej nie widziałam. To bardzo dziwna sprawa. Dziewczyna nie ma na sobie nawet skrawka ubrania.

– Rozumiem. Zamieńmy jeszcze słówko z panem Stanfordem.

Roger Stanford w dalszym ciągu opierał się o maskę radiowozu, trzymając twarz w dłoniach. Annie zauważyła, że nie płacze, a jedynie podpiera głowę, jakby była zbyt przeciążona obrazami brutalnej śmierci, żeby udźwignąć sama siebie. Annie musiała go przesłuchać, bo to on znalazł ciało, ale niekoniecznie trzeba było traktować go jak podejrzanego.

– Panie Stanford… – zaczęła, dotykając jego ramienia.

Uniósł głowę i spojrzał na nią wzrokiem bez wyrazu, jakby wybudziła go z głębokiego snu. Annie się przedstawiła; Gerry stała obok niej z przygotowanym notatnikiem.

– O której godzinie znalazł pan ciało? – spytała.

– Była gdzieś za piętnaście dziewiąta…

– Czy to pańska stała trasa? A może jest pan na wakacjach?

– Jeżdżę tędy codziennie. Mieszkam w Bradham, ale pracuję w Eastvale, w agencji nieruchomości Clinton Estate Agents. Zwykle przejeżdżam tędy za piętnaście dziewiąta, stąd pamiętam. Monitoruję swoje postępy.

– Znam krótszą drogę.

– Może i są krótsze, ale nie ma piękniejszej. Dbam o to, aby mieć dość czasu na jazdę.

Annie zlustrowała go od stóp do głów.

– Pracuje pan w takim stroju?

– Och, nie. – Wskazał na mały pakunek przytroczony do siodełka. – Przebieram się w biurze. Mamy też prysznic.

– Bardzo przyzwoite miejsce pracy – mruknęła Annie, odnotowując w pamięci, żeby zabrać jego rzeczy do analizy kryminalistycznej. Może Stanford jej nie zabił, ale nie mogła pominąć takiego szczegółu. – Czyli jeździ pan tą drogą co rano?

– Wieczorem także. Prawie codziennie. W każdy dzień powszedni.

– Czy zauważył pan, aby kto inny korzystał z tej drogi?

– Nie. Raz lub dwa widziałem wczesnym rankiem traktor ciągnący przyczepę słomy albo czegoś takiego. Raz spotkałem farmera pędzącego stado krów i blokującego drogę. Sporadycznie zdarzy się jakiś samochód, ale jest ich niewiele i rzadko jeżdżą, dzięki Bogu. Samochody są… powiem tylko, że kierowcy nie zawsze darzą sympatią rowerzystów. Ta droga jest zwykle pusta, dlatego ją lubię. Ładna i cicha.

Faktycznie, pomyślała Annie, rowerzyści to istne utrapienie dla kierowców i pieszych. Nie stają na czerwonym świetle, jeżdżą pod prąd na jednokierunkowych ulicach, wskakują na chodniki, gdy im przyjdzie ochota, i tak dalej. Nie skomentowała tego ani słowem.

– Wróćmy do tego ranka. Czy wydarzyło się coś niezwykłego?

– Nie – odparł Stanford. – Wyruszyłem jak zwykle, jakieś piętnaście po ósmej. Jak powiedziałem, dotarłem tu o ósmej czterdzieści pięć. Wiem, że to tylko jedenaście kilometrów, ale na trasie jest długi podjazd, a ja z nikim się nie ścigałem.

– Minęły pana jakieś samochody?

– Nie.

– Widział pan jakiegoś pieszego?

– Ani jednego. To był zwykły poranek… dopóki nie dotarłem tutaj. – Ponownie ukrył twarz w dłoniach. – Najpierw zobaczyłem wrony. Ta biedna… biedna dziewczyna…

– Przepraszam, że muszę panu zadawać te pytania, panie Stanford, ale im wcześniej skończę, tym wcześniej będzie pan mógł wrócić do domu.

– Do domu? Ale przecież… Muszę iść…

– Na pana miejscu wróciłabym dzisiaj do domu, panie Stanford. Proszę zadzwonić do biura, na pewno zrozumieją. Opóźniony szok i te sprawy. Ktoś z naszych zajrzy do pana po południu, żeby spisać zeznanie. Kto wie, może do tego czasu coś pan sobie przypomni.

– Podał nam już swój adres – wtrąciła Steph.

Annie skinęła głową.

– Może pan jechać, panie Stanford. Skontaktuję się z panem, jeśli będę mieć więcej pytań. Chciałabym jednak zabrać rzeczy z pańskiej torby do laboratorium. Zwrócimy je panu w nienaruszonym stanie. Czy to będzie dla pana jakiś problem?

– Moje ubranie? Dlaczego…? Ach, rozumiem. Chyba nie sądzi pani, że to moja robota?

– Wyłącznie w celu eliminacji, panie Stanford.

– Oczywiście. – Oszołomiony Stanford podszedł do roweru, odpiął tobołek i podał go Annie, a później wsiadł i niepewnie ruszył drogą.

– Gdzie są najbliższe gospodarstwa? – Annie spojrzała na posterunkową Mellors.

Steph pokazała je ręką.

– Najbliższa farma jest tam, po drugiej stronie tego pola.

Annie dostrzegła dom w oddali.

– Wątpię, żeby coś widzieli – westchnęła. – Z drugiej strony to całkiem niedaleko, ktoś mógł usłyszeć samochód, zwłaszcza że droga jest rzadko uczęszczana.

Zauważyła, że przy drodze nie stały żadne domostwa, jedynie drzewa, a za rowem i kamiennym murem ciągnęły się łąki, na których wypasano owce. Droga była faktycznie malownicza, szczególnie jeśli człowiek się nie spieszył, ale nocą trudno było podziwiać piękne krajobrazy. Przyszło jej jednak do głowy, że jeśli ktoś chciał ominąć system automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych, kamery mierzące prędkość i całą resztę parafernaliów Wielkiego Brata, dzięki którym każda przejażdżka staje się praktycznie wydarzeniem publicznym, mógł celowo wybrać Bradham Lane.

Spojrzała na ciało leżące przy drodze i wzięła głęboki oddech. Dalsze odwlekanie oględzin nie miało sensu.

– Chodź, Gerry – powiedziała. – Zobaczmy, co tu mamy.

Dziewczyna leżała skulona w pozycji płodowej, ukryta do połowy w wysokiej trawie rosnącej na skraju rowu; zasłaniała twarz rękami, jakby chciała ją osłonić. Była naga, a jej ciało pokrywały strugi błota, brudnej wody i krwi. Na podeszwach stóp widać było zakrzepłą krew i małe kamyki wbite w skórę. Annie nie zauważyła śladów kul ani pchnięć nożem, szyja również była nietknięta, jednak nie dało się powiedzieć tego samego o reszcie ciała. Dziewczyna mogła zostać potrącona przez samochód, ale to ustalą lekarze. Nie mogła zobaczyć twarzy z powodu ułożenia dłoni, ale zauważyła przez palce, że jedno oko zupełnie przykryła opuchlizna, a wargi są zakrwawione i popękane. Denatka miała złamany nos, zza dolnej wargi wystawał ząb. Kiedy Annie przykucnęła, żeby ponownie obejrzeć ciało, zauważyła siniaki na żebrach, brzuchu i lewym biodrze. Na ziemi widać było ślady szamotaniny, a kawałek dalej – jedyne wyraźne znaki poślizgu na drodze, ale zbyt słabe i rozmazane, żeby można było wykonać porządny odlew opon. Ponieważ ekipa kryminalistyczna jeszcze nie dotarła na miejsce, Annie uznała, że ofiara została skatowana na śmierć, skopana, może nawet stratowana. Była jeszcze dziewczyną. Mimo licznych obrażeń Annie dostrzegła bez trudu, że nie mogła mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat. Wyczuła obecność koleżanki i wstała.

– Mój Boże – westchnęła Gerry, zasłaniając usta dłonią.

Annie położyła przyjacielsko rękę na jej ramieniu.

– Nie sądzę, aby Bóg miał z tym coś wspólnego, prawda? Chciałabym móc powiedzieć, że do tego przywykniesz, ale tak się nie stanie. – Nie przywykniesz, ale zobojętniejesz, pomyślała Annie. Nie będziesz czuć skurczu żołądka i przypływu złości, że człowiek mógł zrobić coś takiego innej istocie ludzkiej, i przestaniesz sobie przysięgać, że zrobisz wszystko, aby schwytać drania, który się tego dopuścił.

– Ona jest taka młoda. To jeszcze dziewczyna.

– Wiem. – Annie delikatnie odsunęła bladą i drżącą Gerry, otaczając ją ramieniem i pchając w kierunku umundurowanych funkcjonariuszy. – Chodź – powiedziała. – Czas wezwać ciężką kawalerię.

– Cóż za niespodzianka, drogi Banksie. Ty i ja znów razem, jak za dawnych lat. Swoją drogą, moje gratulacje z powodu awansu. Dawno ci się należał.

Wygrzewali się w promieniach słońca, jedząc lunch przy jednym ze stolików wystawionych przed pubem Queen’s Arms. Zamówili ogromną porcję ryby z frytkami i papkowaty groszek oraz pintę piwa Timothy Taylor dla Banksa, a dla Burgessa – taniego lagera. Właściciel pubu, Cyril, zatrudnił nową barmankę, atrakcyjną jasnowłosą Australijkę imieniem Pat, żeby obsłużyć liczną letnią klientelę. Oczywiście Burgess już zdążył poczuć do niej miętę. Na szczęście Cyrila nie było, bo on i Burgess mieli ze sobą na pieńku.

– Jaki masz teraz tytuł? – spytał Banks. – Jak mam się do ciebie zwracać?

– Zawsze podobało mi się określenie „agent specjalny”. Miało w sobie coś. Niestety, obecnie jestem dyrektorem konsultantem, co brzmi równie nijako jak drugorzędny biznesmen. Ostatnio zadowalam się zwykłym „pan Burgess”.

– „Agent specjalny” brzmi jak „chirurg”.

– Dokładnie. Ma klasę, prawda?

Brukowany rynek pełen zaparkowanych samochodów huczał od kupujących i turystów. Młode dziewczyny w kamizelkach i obcisłych dżinsowych szortach naciągniętych na czarne rajstopy kręciły się wokół piekarni sieci Greggs, jedząc paszteciki, a później znikały w sąsiednim salonie gier. Gromada zapalonych turystów ze sprzętem przypominającym kijki do nart, w drogich butach, obszernych szortach i z zawieszonymi na szyi mapami w plastikowych futerałach zebrała się wokół krzyża stojącego na środku placu. Kilku ludzi przycupnęło na jego cokole, czekając na przyjazd lokalnego autobusu. Nieopodal Banksa i Burgessa siedziała grupka facetów w krzykliwych szortach i jeszcze bardziej krzykliwych koszulach, z poczerwieniałymi twarzami i oczami zamglonymi od mocnego słońca i piwa. Krzyczeli do siebie i śmiali się na tyle głośno, że nikt nie mógł podsłuchać, o czym rozmawiali Banks i Burgess.

– Robiłeś wcześniej takie rzeczy? – spytał Banks.

– Raz czy dwa. – Burgess rozsiadł się wygodnie i pociągnął łyk piwa, przyglądając się Banksowi znad krawędzi szklanki. – Gdy pracowałem w Scotland Yardzie, brałem pośrednio udział w operacji Yewtree, dlatego wiem, jak się to odbywa. Zapewnie pomyślałeś to samo co ja, kiedy zaczęły napływać podobne sprawy. Że to jakieś pieprzone polowanie na czarownice. Zastanawiałeś się pewnie, kto będzie następnym celebrytą oskarżonym o obmacywanie młodej rzeczniczki prasowej pięćdziesiąt lat temu. Powiedziałbyś, że to były inne czasy, i miałbyś rację. – Pochylił się i klepnął Banksa w pierś. – Może nawet przyszło ci do głowy, że nie ma nic złego w uszczypnięciu w tyłek dziewczyny z biura albo zaproponowaniu jej małego bara-bara w hotelu po pracy, prawda? Wiesz, może nawet sam bym spróbował z tą młodą Pat, gdybym miał szansę. W końcu jestem tylko człowiekiem, więc jeśli nie zapytasz… ale nie o to tu chodzi. Nie mówimy o figlowaniu w jakimś ciemnym kącie na firmowej imprezie. O ręce na kolanie dziewczyny w restauracji. O ukradkowym otarciu się o parę ładnych cycków. Wszyscy to robiliśmy, każdy z nas całował się i obściskiwał z kimś w szafie na miotły, gził pod schodami z sekretarką, w której bujał się od roku…

– Mów za siebie – uciął Banks, chociaż pamiętał, jak było. Miał podobną chwilę słabości w ciemnym kącie pod jemiołą na imprezie gwiazdkowej. Owa chwila doprowadziła do jedynego romansu w jego małżeńskim życiu. Nie chciał sobie tego przypominać, ale wtedy była to podniecająca i niebezpieczna przygoda. Dzięki niej ponownie poczuł, że żyje, choć jego małżeństwo i otaczający go świat waliły się w gruzy. Jednak dziś, z perspektywy czasu, czuł się tylko winny. Może to, że Sandra, jego była żona, porzuciła go i odeszła z innym mężczyzną, było swego rodzaju poetycką sprawiedliwością?

– Ale tutaj chodzi o coś innego – ciągnął Burgess. – Problem nie leży w tym, że ktoś wsunął dziewczynie język do gardła albo chwycił ją za biust. Wierz mi, naczytałem się dość zeznań, aby móc powiedzieć, że mamy do czynienia z celowym, zuchwałym i zaplanowanym wykorzystywaniem niewinnych młodych dziewcząt – zwykle nieletnich – przez ludzi przekonanych o tym, że stoją ponad prawem. Ludzi tak uprzywilejowanych i sławnych, że ogólnie rzecz biorąc, mieli nieograniczony dostęp do darmowego seksu. I co z tym robili? Podrywali bezbronne trzynasto-, czternasto- i piętnastolatki, żeby je molestować i gwałcić. Zmuszali je do robienia obrzydliwych rzeczy, a później wmawiali, że powinny być wdzięczne Danny’emu czy komukolwiek innemu za ten zaszczyt. Dziewczyny były tak przerażone i miały tak spieprzoną psychikę, że często całe ich dalsze życie jest naznaczone traumą. Uważały się za urodzone ofiary i nimi pozostawały. Przez całe życie wszyscy je wykorzystywali, dokładnie tak jak Caxton lub ktoś inny wiele lat temu, a one nie potrafiły ich powstrzymać. Nie miały nawet pojęcia dlaczego. Sęk w tym, że draniom, mam na myśli łobuzów pokroju Danny’ego Caxtona, całymi latami uchodziło to płazem, a my wychodziliśmy na tępych gliniarzy z Keystone6. Molestowali dziewczynki i chłopców niczym pakistańskie gangi z Rochdale i Roherham, ale nikt nawet nie kiwnął palcem. Ani rodzice, ani opieka społeczna, ani my. Cóż, czasy się zmieniły, brachu, przybyła kawaleria, a wraz z nią nadciągnęła zemsta.

– Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób – wyznał Banks.

– W jaki?

– Że to drugorzędne sprawy, że zawracają nam głowę rzeczami bez znaczenia. To prawda, niektóre wpływowe osoby uniknęły odpowiedzialności za wiele poważnych przestępstw. Nie ma w tym nic nowego. Ale cholernie trudno jest sformułować dobry akt oskarżenia po upływie tylu lat, wspomniałem już o tym podczas narady. To wszystko. Wspomnienia się zmieniają, dowody giną. Ludziom zaczyna się wydawać, że wydarzyło się coś, co nigdy nie miało miejsca, albo kompletnie przeinaczają sytuację. W większości spraw praktycznie nie można ustalić, kto ma rację. Kończy się na tym, że uderza w ciebie piaskowy tuman oskarżeń, kłamstw, półprawd, drobnych wykroczeń i ciężkich przestępstw. Nikt nie wie, co jest prawdą.

Burgess przesunął dłonią po niesfornych włosach.

– To prawda. Masz rację, ale jesteśmy coraz lepsi. Prokuratorzy z CPS formułują coraz mocniejsze zarzuty, z coraz większą wolą wnoszą oskarżenia i uzyskują wyroki skazujące.

– Zatem płyniemy na fali ich sukcesu?

– A dlaczego nie? Lepsza fala sukcesu od fali porażki. Poza tym od kiedy cofasz się przed wyzwaniem? Przełożeni uważają, że tym razem mamy szansę. Sądzą, że skarga wniesiona przez Lindę Palmer jest wiarygodna. Według nich babka nie jest kolejną popapraną alkoholiczką z pretensjami do całego świata.

– Dobrze wiedzieć – skwitował Banks. – Czy Caxton wie, że chcemy go dorwać?

– Pewnie tak. Nie powinien, ale nie byłbym zaskoczony, gdyby już wiedział. Nadal ma wysoko postawionych przyjaciół. Chcę, żebyś jutro tam pojechał i porozmawiał z nim. Później zjawi się nasz zespół, żeby przeszukać dom, zanim zdąży zniszczyć dowody, które mogą się znajdować w dokumentach i na twardym dysku. Dzisiaj możesz porozmawiać z Lindą Palmer. Ufam twojemu instynktowi i wiem, że nie będziesz potrzebował eksperta od dzieci, żeby ustalić, czy kobieta mówi prawdę. Znam cię, Banksy. Kiedy ugryziesz kąsek, poczujesz się jak ryba w wodzie, wybacz pomieszanie metafor, i będziesz przeszczęśliwy, że sprowadziłeś gniew Boży na takiego aroganckiego drania jak Danny Caxton.

– Naprawdę?

– Tak sądzę. – Burgess dopił piwo. – Co powiesz na drugą kolejkę? Chętnie zamieniłbym jeszcze słówko z tą dorodną australijską barmanką. Podoba mi się, jak nalewa pintę.

– Żeby zobaczyć, jak napina mięśnie, będziesz potrzebował dużego kufla porządnego piwa zamiast tych szczyn, które pijesz. Żeby nalać lagera, musi jedynie nacisnąć dźwignię.

– Może naciskać moją dźwignię, kiedy tylko zechce. Dlaczego sądzisz, że postawię ci drugą kolejkę? Z dobroci serca?

Banks przewrócił oczami.

– Lepiej, żebym więcej nie pił, skoro mam rozpocząć krucjatę i pogadać z Lindą Palmer jeszcze dziś po południu. Co o niej wiesz poza tym, że jest poetką i robi z siebie ofiarę Caxtona?

– Nie poznałem jej osobiście – odparł Burgess – ale słyszałem, że ma poukładane w głowie. Rozmawiałem z wieloma kobietami, które były w podobnej sytuacji. Masz rację, wspomnienia nie są wiarygodne, z czasem ulegają zamgleniu. To tak, jakby w półmroku uganiać się za cieniem. Trzymaj tempo, ale bądź delikatny. Ofiary molestowania to wrażliwe dusze, szczególnie poetki. Niektóre od razu zagrzebały ten epizod w pamięci, i to naprawdę głęboko. W końcu były wtedy jeszcze dziećmi. Inne analizowały go latami, chodziły na terapię, bo nie wiedziały dlaczego – dlaczego nie mogą utrzymać roboty, dlaczego nie radzą sobie w związkach, dlaczego nie potrafią wychować dzieci. Niektóre sięgnęły po narkotyki i alkohol, żeby zapomnieć. Nieliczne popełniły nawet samobójstwo. Linda Palmer taka nie jest, przynajmniej z tego, co wiem. Naprawdę się pozbierała.

Banks dopił piwo i wstał.

– W porządku – powiedział. – Dzięki za pogadankę.

Burgess udał, że salutuje.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Na odchodnym Banks odwrócił się i ujrzał Burgessa znikającego w środku pubu. W ręku trzymał pustą szklankę i kroczył sprężystym krokiem.

Rozdział 2

Wóz ekipy kryminalistycznej nadjechał jakąś godzinę po tym, jak Roger Stanford zniknął w oddali na swoim rowerze. Annie i Gerry siedziały w samochodzie, w cieniu drzew, a specjaliści przystąpili do pracy. Umundurowani funkcjonariusze założyli lateksowe rękawiczki i ochraniacze na buty, aby pomóc w przeszukaniu pobocza drogi. Dochodziła jedenasta trzydzieści. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały skwarny dzień. Poranna mgła zniknęła. Annie wolałaby leżeć teraz na leżaku w swoim ogrodzie, pracując nad opalenizną z grubym tomem Kena Folletta otwartym na brzuchu i chłodnym napojem w wysokiej szklance czekającym w zasięgu ręki.

– Co o tym sądzisz? – zapytała Gerry.

– Trudno powiedzieć – odparła Annie. – Dajmy im godzinę, może wpadną na jakiś pomysł. Nawet nie wiemy, kim ona była ani jak się tu znalazła. Z okolicy nie wpłynęły żadne zawiadomienia o zaginięciu.

– Faktycznie za wcześnie na przypuszczenia – przytaknęła Gerry. – Choć nie sądzę, żeby dotarła tu pieszo.

– Masz rację. Chodźmy do doktora Burnsa. Wystarczająco długo oglądał ciało, powinien mieć już coś do powiedzenia.

Przeszły drogą kilka metrów, obserwując, jak funkcjonariusze i członkowie ekipy kryminalistycznej badają rów i długą trawę w poszukiwaniu śladów zajścia. Liczyli na to, że w pobliżu znajdą ubranie i torebkę dziewczyny, a w nich – portfel albo telefon, który pomógłby zidentyfikować zwłoki. Inni przekroczyli kamienny mur i lustrowali teren po drugiej stronie. Peter Darby, policyjny fotograf, robił zdjęcia swoim starym pentaxem, z którego nie zrezygnował mimo propozycji zastąpienia go najnowszą cyfrową lustrzanką. Oczywiście, robił także zdjęcia cybershotem, jak wielu członków ekipy kryminalistycznej i śledczych, ale fotografie wykonane analogowym sprzętem uznawano za „oficjalne” i to one wisiały na tablicy podczas narad i odpraw informujących o postępach śledztwa.

Kiedy Annie i Gerry stanęły nad ciałem, doktor Burns zapisywał coś w swoim notatniku.

– Wy dwie? – Zmierzył je pytającym wzrokiem.

Annie się uśmiechnęła.

– Komisarz… przepraszam, nadkomisarz Banks prowadzi inną sprawę. Pewnie coś ważnego. Zrobił się za dobry dla takich jak my.

Doktor Burns odpowiedział uśmiechem.

– Wątpię – mruknął pod nosem.

Oczywiście Annie żartowała. Od kiedy Banks dostał awans, spotkała się z nim już kilka razy, najczęściej na drinka po pracy. Nadal sprawiał wrażenie normalnego, narzekał na papierkową robotę i nudne narady, ale na komendzie wydawał się znacznie bardziej zajęty i daleki. Trudno się dziwić, pomyślała, w końcu ma dodatkowe obowiązki. Jego nowy gabinet znajdował się dalej od zespołu, więc w ciągu dnia nie wpadali na siebie tak często jak kiedyś. Annie złożyła podanie o przejście na stanowisko nadkomisarza, ale po awansie Banksa wrócono do polityki cięcia kosztów. Ponieważ zredukowano liczbę wyższych stanowisk, wielu posterunkowych i sierżantów, którzy zdali egzamin OSPRE7, nie miało dokąd pójść. Wiedziała, że musi ukończyć jeszcze kilka kursów i obcałować wiele tyłków, zanim dostanie swoje. To samo dotyczyło Gerry, niezależnie od tego, jak dobrze wypadła podczas egzaminów na sierżanta.

– Co my tu mamy? – spytała doktora Burnsa.

– To, co widać, przynajmniej dopóki doktor Glendenning nie dobierze się do niej na sekcji. Może odkryje jakąś truciznę dotychczas nieznaną ludzkości lub ślad ostrza tak cienkiego i ostrego, że nie pozostawiło śladu widocznego gołym okiem. Jednak do tego czasu, według mnie, wygląda na to, że biedaczka została skatowana na śmierć.

– Czyli nie ma szans na to, że potrącił ją samochód?

– Powiedziałbym, że jest to bardzo mało prawdopodobne, sądząc po odniesionych ranach i ułożeniu ciała. Nie wykluczyłbym tego na sto procent, wypadki drogowe mogą spowodować podobne obrażenia, ale osobiście w to wątpię. – Doktor Burns przerwał na chwilę. – Poza tym – dodał – co niby miałaby robić naga dziewczyna w środku nocy na drodze?

– Zadajemy sobie to samo pytanie – odparła Annie. – Została zakatowana tępym narzędziem lub czymś w tym rodzaju? Powinniśmy szukać jakiejś konkretnej broni?

– Ze wstępnych oględzin wynika, że okładano ją pięściami i kopano. Dlatego leżała na ziemi, próbowała osłonić twarz i głowę. Kolana podciągnęła, żeby zasłonić żołądek.

Annie wpatrywała się w brudne, posiniaczone ciało zastygłe w pozycji płodowej. Dziewczyna zwinęła się w kłębek, aby osłonić się przed gradem ciosów, i tak zmarła.

– Ilu mogło być napastników?

– Możliwe, że tylko jeden – odparł doktor Burns. – Ale powtarzam, z ostateczną odpowiedzią trzeba będzie poczekać do sekcji.

– A co z jej ubraniem? Ma pan jakieś pomysły, kiedy albo dlaczego je zdjęto?

– Nie. O ile wiem, nikt go nie znalazł. Z pewnością nie zostało zdjęte po pobiciu ofiary.

– Czy znalazł pan ślady gwałtu?

Doktor Burns wskazał ciało.

– Same widzicie. Ślady krwawienia i siniaki w okolicy odbytu i pochwy.

– Czy wiadomo, co ją zabiło?

– Być może ciosy w głowę. – Doktor Burns wskazał obszary, w których czaszkę oblepiły jasne włosy, teraz pociemniałe od krwi, oraz złamaną kość policzkową i krwawą masę w okolicy ust i ucha. – Ale śmierć mogła być równie dobrze wynikiem wewnętrznych obrażeń – ciągnął. – Wydaje mi się, że ktoś ją podeptał. Takie ciosy mogą powodować pęknięcie śledziony i Bóg wie czego jeszcze. Dziewczyna ma chyba też złamane biodro.

– O której mógł nastąpić zgon?

Burns westchnął. Annie dobrze wiedziała, że lekarze sądowi i patolodzy wprost nienawidzili tego pytania; zbyt trudno było udzielić na nie precyzyjnej odpowiedzi. Mimo to musiała zapytać.

– Na podstawie temperatury ciała i zaawansowanego stopnia stężenia pośmiertnego powiedziałbym, że zgon nastąpił między pierwszą i trzecią nad ranem. Noc była ciepła.

– Dziękuję – odrzekła Annie. – Już pan skończył?

Doktor Burns spojrzał ponownie na ciało.

– Mój Boże, tak – westchnął. – Ale wy chyba nie, i jeszcze długo nie skończycie. – Skinął głową i odszedł do swojego samochodu.

Annie zapytała Petera Darby’ego i technika z ekipy kryminalistycznej, czy również skończyli oględziny ciała. Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi sięgnęła po płaszcz przeciwdeszczowy – praktyczny środek ostrożności w Yorkshire – który woziła z tyłu samochodu, i delikatnie przykryła ciało dziewczyny, skoro nadal czekały na przyjazd furgonetki koronera. Z jakiegoś powodu nie chciała, aby jej nagość była widoczna, nawet jeśli na miejscu zbrodni byli sami zawodowcy. Gerry w dalszym ciągu wydawała się niezwykle blada i wstrząśnięta widokiem zwłok.

– Wybacz, że o to spytam – zaczęła Annie. – Wiem, że powinnam o tym wiedzieć, ale nie mogę sobie przypomnieć. Czy to twoja pierwsza ofiara morderstwa?

Gerry spojrzała na nią ze słabym uśmiechem.

– Zwykle trzymasz mnie przykutą do komputera w pokoju zespołu.

– Gdybyś chciała o tym pogadać albo coś… Postaw mi tylko dużą lampkę wina.

– Dzięki, szefowo. – Gerry wyprostowała się i założyła za uszy swoje długie prerafaelickie loczki. – Co teraz?

– Czekamy. Ludzie Stefana są dobrzy, ale potrzebują czasu. Myślę, że niezależnie od tego, co się wydarzy, czy sprawa będzie głośna, czy nie, Alan zostanie starszym oficerem śledczym, więc będziemy musiały złożyć mu raport, kiedy wrócimy na komendę. Priorytetem będzie teraz ustalenie tożsamości ofiary. Musimy jak najszybciej przejrzeć listę osób zaginionych i poprosić o pomoc odontologa sądowego, aby zbadał ślady stomatologiczne. Będziemy również potrzebować pomocy rysownika. Twarz ofiary jest zbyt pokiereszowana, aby można było dokonać identyfikacji na podstawie zdjęcia. Są wakacje, ale popytamy w lokalnych szkołach, trzeba też sprawdzić w opiece społecznej. Masz jakieś przeczucia?

– Trzeba ustalić, czy została tu zabita, czy jedynie porzucona.

– To dobre, ustronne miejsce na pozbycie się ciała – zauważyła Annie. – A nawet na pozbawienie kogoś życia. Powinnyśmy porozmawiać z mieszkańcami tamtej farmy.

– Drogie panie!

Annie odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos. Stefan Nowak stał na drodze kilkaset metrów dalej.

– Jeśli zechcecie tu podejść, pokażę wam coś ciekawego! – zawołał.

– Nadal nie pojmuję, jak czternastoletnia dziewczyna mogła zostać zgwałcona na oczach świadków i nikt nie zareagował. – Winsome dziwiła się, parkując policyjną skodę w maleńkiej, uroczej wiosce Minton-on-Swain. – Powiedziałeś, że zawiadomiła policję o zajściu?

– Tak zeznała – odparł Banks. – To były inne czasy. Nie śledziłaś spraw Jimmy’ego Savile’a i Rolfa Harrisa?

– Niezbyt dokładnie. Ci ludzie nic dla mnie nie znaczą. Oczywiście wiem, kim są. To straszne, że coś takiego uszło im płazem, ale nic mnie z nimi nie łączy. Nie byli częścią mojego dzieciństwa. Z większą uwagą śledziłam sprawę Billa Cosby’ego w Stanach.

– Byli jednak częścią mojego dzieciństwa – przyznał Banks. – Co prawda niewielką, jeśli nie liczyć krótkiego epizodu, gdy Savile był didżejem w Radiu Luksemburg. Słuchałem go po kryjomu, siedząc pod kołdrą. Teen and Twenty Disc Club8.

– Co takiego?

– Tak nazywał się jego program radiowy. Po wstąpieniu do klubu można było otrzymać numerowaną kartę członkowską i bransoletkę z wisiorkiem w kształcie dysku. Szkoda, że go nie zachowałem. Dziś byłby pewnie wart fortunę na rynku koszmarnych pamiątek. Nadal mam swoje Radio Luxembourg Books of Record Stars9. To zabawne, jakie drobiazgi zapadają nam w pamięci, ale czułem się wtedy kimś wyjątkowym, bo do klubu należał też Elvis. Do dziś pamiętam jego numer: jeden, jeden, trzy, dwa, jeden.

– Elvis Costello?

Banks wybuchnął śmiechem.

– Elvis Presley. Możesz w to wierzyć albo nie, Winsome, ale byłem fanem Elvisa i jestem nim do dziś.

– Czy nie kręcił wtedy tych okropnych filmów? Wyświetlali je w telewizji, kiedy byłam mała.

– Między nami mówiąc, lubiłem je. Nadal od czasu do czasu słucham ich ścieżki dźwiękowej. Szczęśliwa dziewczyna, Zabawa w Acapulco, Miłość w Las Vegas… Większość piosenek jest fatalna, ale zdarzają się perełki. Mów, co chcesz, ale Elvis miał wspaniały głos.

– Nasz pastor robił okropne rzeczy z dziewczynami z sąsiedniej wioski – zmieniła temat Winsome. – Nie mnie, ale innym w moim wieku.

– Co się z nim stało?

– Ojcowie się skrzyknęli i… no wiesz, to nie było zbyt przyjemne. Użyli maczety. Facet miał szczęście, że przeżył… a może wręcz przeciwnie, bo później nie mógł już nikogo skrzywdzić. Mój ojciec był wściekły, ale nie zdołał ich powstrzymać. Trudno też było kogoś aresztować.

– W dzieciństwie byłem świadkiem podobnego zdarzenia – podjął temat Banks, przystając na chwilę, aby zaczerpnąć wonnego, letniego powietrza. Zbliżał się koniec lipca, ogrody w wiosce były w pełnym rozkwicie. Banks wiedział teraz, dlaczego Minton otrzymało niedawno nagrodę dla najbardziej zadbanej wioski rejonu Yorkshire Dales. Widać było, że mieszkańcy są dumni ze swych dzieł. – Ale obyło się bez maczety. Miałem wrażenie, że wszyscy wokół wiedzieli, od kogo mają się trzymać z daleka. Ludzie powtarzali, że nie należy się zbliżać do tego pana spod ósemki, więc go unikaliśmy. Oczywiście nikt nam nie wyjaśnił dlaczego.

– Ale ludzie z sąsiedztwa wiedzieli, kto jest zboczeńcem?

– Tak – odparł Banks. – Choć nikt im nie powiedział, który z sąsiadów figuruje na liście przestępców seksualnych, zresztą taka wtedy nie istniała. W jakiejś połowie przypadków lokalna społeczność sama rozwiązywała problem. Tam, gdzie dorastałem, nie posunęli się do morderstwa ani kastracji, ale jeden czy dwóch miejscowych zboczeńców wyniosło się bez żadnego wyraźnego powodu. Myślę, że zostali ostrzeżeni.

– Ale przenieśli się tylko w inne miejsce.

– Właśnie w tym problem. Jeśli to, co usłyszeliśmy, się potwierdzi, okaże się, że ludzie pokroju Danny’ego Caxtona nie zostali nawet ostrzeżeni, więc w dalszym ciągu robili to, na co mieli ochotę, rok w rok.

– I nikt ich nie powstrzymał. My ich nie powstrzymaliśmy.

– Nie zrobiliśmy tego. Jesteśmy na miejscu.

Trzy małe domki po drugiej stronie drogi stały w pewnym oddaleniu od głównego skupiska zabudowań. Przed tym, w którym mieszkała Linda Palmer, stał zielony mini morris. Banks i Winsome otworzyli bramę i ruszyli wąską, otoczoną żywopłotem ścieżką w kierunku kamiennych schodków. Banks zapukał w solidne, czerwone drzwi. Było ciepłe popołudnie, więc choć przerzucił marynarkę przez ramię, wciąż czuł, jak jego koszula lepi się od potu łaskoczącego skórę i spływającego w dół kręgosłupa. Skwar wydawał się nie przeszkadzać Winsome. Była jak zawsze chłodna w swoim dopasowanym, granatowym żakiecie i spódnicy.

W końcu drzwi się otworzyły i Banks stanął twarzą w twarz z wysoką, szczupłą kobietą o krótkich jasnopopielatych włosach i postrzępionej grzywce. Jej dłoń uścisnęła mocno najpierw dłoń Banksa, a później Winsome.

– Wejdźcie, proszę – powiedziała. – Przepraszam, że musieliście czekać tak długo, ale byłam w ogrodzie. To piękny dzień, szkoda byłoby go zmarnować. Chcecie się do mnie przyłączyć, czy powinniśmy raczej siedzieć w ciemności na niewygodnych krzesłach?

– Chętnie się przyłączymy – odparł Banks.

Ruszyła przodem. Stąpała z wdziękiem, obcisłe dżinsy i luźna biała tunika z bawełny dobrze na niej leżały. Po przebywaniu na słońcu wnętrze domu wydało się mroczne, ale zanim oczy zdążyły przywyknąć, przeszli przez otwarte przeszklone drzwi i znaleźli się ponownie pod gołym niebem. Tym razem byli jednak w zupełnie innym świecie. U stóp pochyłej łąki płynęła rzeka, wąska, wartka i głęboka. Promienie światła migotały niczym diamenty w niespokojnej toni, szumiącej w ciągle zmieniającym się rytmie. Drugi brzeg porastały drzewa: wierzby sięgały wody konarami, a inne drzewa przechylały się pod niebezpiecznym kątem, jakby lada chwila miały się przewrócić. Ponad drzewami, na zboczu przeciwległego wzgórza, można było dostrzec zarys kamiennych murów i zielone po ostatnich opadach Tetchley Fell, górujące nad Helmthorpe, w okolicy którego mieszkał Banks.

Jednak to rzeka przyciągała uwagę swoją magnetyczną siłą, szumem i zmiennym, migoczącym nurtem. Ogród tworzyła nieskoszona część łąki otoczona kilkoma rabatkami barwnych kwiatów: maków, naparstnic i róż. Z muru zwisały fuksje i gałęzie wawrzynu rosnącego na sąsiedniej działce. U stóp wzgórza biegła ozdobiona zakrętasami niska żelazna barierka, za którą rozciągał się brzeg rzeki. W cieniu starego buku czekał na nich stół z dzbankiem wypełnionym sokiem pomarańczowym i kostkami lodu oraz cztery krzesła do kompletu. Przeszklone drzwi domu były otwarte, więc Banks słyszał cichą muzykę dobiegającą ze środka. Rozpoznał pierwszą część symfonii Pastoralnej Beethovena.

– Pomyślałam, że w taki upalny dzień chłodny napój będzie lepszy od herbaty – wyjaśniła Linda Palmer – ale jeśli chcecie, mogę ją zaparzyć.

– Wystarczy coś zimnego – odrzekł Banks, wieszając marynarkę na oparciu krzesła. Jego krawat zniknął zaraz po porannej naradzie.

– Doskonale. Usiądziemy?

Przysunęli sobie krzesła. Na stole, obok popielniczki, spoczywała książka odwrócona okładką do góry. Dart Alice Oswald. Wyglądała na dość cienką, aby być tomikiem poezji. Obok książki Banks zauważył czarny notes Moleskine i leżące na nim w poprzek pióro kulkowe marki Mont Blanc, chyba z nieco zbyt wysokiej półki dla poetki. Pewnie płacili jej więcej, niż przypuszczał Banks. Linda Palmer nalała im soku, najwyraźniej świeżo wyciśniętego, sądząc po miąższu i cierpkim smaku. W upalny letni dzień miło było odpocząć w cieniu. Lekki, chłodny wietrzyk sprawiał, że ogród wydawał się jeszcze bardziej przyjemny. Z krzaków wyłonił się czarny kot, spojrzał na nich z wyraźnym brakiem zainteresowania i wyciągnął się na słońcu.

– Nie zwracajcie na nią uwagi – powiedziała Linda. – To Persefona. W skrócie Persy, choć ta forma ma bardziej męskie brzmienie, nieprawdaż?

– Pięknie tu – westchnął Banks.

– Dziękuję. Uwielbiam ten ogród. Czasami odwiedza nas zimorodek. Siada na gałęzi nad wodą i wypatruje ryb. Mogę go obserwować całymi godzinami. Oczywiście jest też mnóstwo innych ptaków. Karmnik wabi zięby, pliszki i sikorki. Wieczorami przylatują jerzyki i jaskółki, a nocą – sowy. Oczywiście są i nietoperze. To magiczne miejsce, kiedy księżyc jest w pełni. Czasami myślę sobie, że nie byłabym ani trochę zaskoczona, gdyby nad rzeką pojawiły się wróżki.

– Mieszka pani sama?

– Teraz tak. Choć nie zawsze tak było. – Spojrzała w dal. – Mam dwoje dzieci. Dorosły i wyfrunęły z gniazda. Mój mąż zmarł.

– Przykro mi to słyszeć.

Pochyliła głowę.

– Odszedł dwa lata temu. Zawał. Charles był dobrym człowiekiem. Wykładał literaturę angielską w Durham University.

– Czy kiedykolwiek wspominała pani jemu i dzieciom, co się stało?

Linda nieznacznie pokręciła głową, więc Banks zrozumiał, że nie należy drążyć tego tematu. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Kiedy przyjrzał się jej dokładniej, zauważył, że ma kilka zmarszczek w okolicy oczu i kącików ust, ale ich linie jedynie podkreślały piękno kobiety, zamiast w jakikolwiek sposób je umniejszać. Jasna skóra Lindy była gładka, lekko piegowata, wargi nadal pełne, usta – duże. Nie miała makijażu, ale przy jej cerze nie potrzebowała go. Rysy twarzy w kształcie serca były wyraziste, choć nieprzesadnie ostre ani kanciaste; miała dobrze zarysowane nordyckie kości policzkowe i proporcjonalny nos. Najsilniej uwodziły jednak jej ciemnoniebieskie oczy. Pod zewnętrzną warstwą obronną Banks wyczuł w nich serdeczność i poczucie humoru, czułość i ciekawość podszyte delikatną nutką smutku, straty i cierpienia. Oczy Lindy Palmer nie błąkały się w poszukiwaniu przedmiotu, na którym mogłyby spocząć, ale pozostawały skupione na osobie, z którą rozmawiała. Dłonie, zwykle zdradzające wiek, wydawały się wręcz młodsze od reszty ciała – miały długie, smukłe palce i miękką skórę. Nie nosiła pierścionków ani innej biżuterii. Banks pomyślał, że niektóre kobiety, jak Cherie Lunghi i Francesca Annis, wraz z wiekiem stają się bardziej atrakcyjne. Linda Palmer z pewnością do nich należała.

– Poinformowano nas – zaczął – że dwa dni temu zadzwoniła pani do centrali policji hrabstwa za radą ChildLine. Rozmawiała pani z komisarz Joanną MacDonald. Czy tak?

– Tak.

– Co panią do tego skłoniło?

– Nie wiedziałam, komu mogłabym o tym powiedzieć. Czy postąpiłam niewłaściwie?

– Nie, ale dlaczego właśnie teraz? Po tak długim czasie? Czy przedwczoraj wydarzyło się coś szczególnego?

– Nic.

– A więc dlaczego?

– Nie potrafię tego wyjaśnić w prosty sposób.

– Czy miało to coś wspólnego z ostatnimi wydarzeniami?