Kiedy powrócisz - Piotr Semla - ebook
Opis

Wszystko przemija i kruszy się nieprzerwanie… Przyjaciół i bliskich tracimy bezpowrotnie, nasze marzenia i pragnienia zastępuje żar po wypalonym płomieniu, jak i my sami staniemy się wspomnieniem, zdjęciem lub myślą, może wiatrem, a może nic po nas nie zostanie. Tak naprawdę, wiecznie trwa tylko to, co nigdy nie przeminie do końca. Zazwyczaj o tym nie mówimy, czasami nawet nie wiemy, ale gdzieś w środku w nas samych cicho wierzymy, że nasze życie zostanie zapamiętane…

Ta historia opowiada o czwórce przyjaciół – Sebastianie, Amandzie, Pawle i Sylwii, którzy spotykają się w najwłaściwszym momencie życia i stają się przyjaciółmi. Swoją znajomość traktują jak cud, ale nie przypuszczają, że któregoś dnia ich drogi będą musiały się rozejść. Wbrew przeciwnościom i drwinom losu, każde z nich będzie na swój sposób próbowało odzyskać to, co utraciło. To opowieść o sile, jaką trzeba mieć, by walczyć o coś, czego nie można odzyskać, bo było zbyt piękne, by w ogóle mogło się wydarzyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Piotr Semla

Kiedy powrócisz

© Copyright by Piotr Semla

Projekt okładki: Piotr Semla

(Materiał na okładkę pobrany z www.pixabay.com na podstawie licencji CC0)

ISBN 978-83-7859-500-7

Piotr Semla

Self-publishing

[email protected]

Zapraszam na moją stronę autorską:

www.piotrsemla.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie całości lub fragmentu bez pisemnej zgody autora zabronione.

Wydanie I, 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Dla tych, którzy odeszli,

tych, którzy pozostali,

oraz tych, których przyniesie przyszłość…

Wstęp

Tylko zwykłe chwile powtarzają się. Otulamy je, tworząc niosącą nas po spokojnych rzekach łódź. Choć czasami pragniemy wypłynąć na pełne morze, trzymamy się swojego azylu w strachu przed utonięciem. I wtedy – nagle – zdarza się coś niesamowitego. Wypadamy ze swej łodzi i zamiast tonąć, wbrew wszelkim przeciwnościom losu i wbrew nam samym płyniemy w stronę morza.

Wszystko, co niezwykłe, zdarza się raz... W tym największy dowcip życia – dopóki coś jest nasze, choćbyśmy czuli się niewyobrażalnie szczęśliwi, nigdy nie poznamy prawdziwej wartości skarbu, który posiadamy. Uświadamiamy sobie o tym dopiero, gdy już go stracimy z naszych rąk. Niestety, wtedy nie jesteśmy w stanie go odzyskać. A nawet, jeśli nam się uda, on już nie będzie taki sam…

Słyszałem, że najgorzej jest coś stracić nagle. Myślę, że trudniejsze jest patrzenie z bliska na coś, co się miało, a czego już nie można chociażby dotknąć. Wtedy w miejscu ciepłych wspomnień pojawia się dręczące przekonanie, że choć przepiękne – nie są one prawdziwe.

Możesz uważać, że się mylę, ale zachciej posłuchać mojej opowieści. To nie będzie zwyczajna historia z przewidywalnym zakończeniem ani też szczęśliwa bajka z happy endem – opowiem ci prawdę o życiu: o jego nieubłagalnym przemijaniu, nieszczęśliwej miłości i prawdziwej przyjaźni – silniejszej niż to wszystko. Bowiem to, co wydarzyło się w moim życiu, daje mi radość i jednocześnie czyni mnie najsmutniejszym człowiekiem na świecie. Ale to właśnie dzięki temu wszystkiemu moje życie było niezwykłe…

– Popatrz!

Pomału przesunęła dłoń w moją stronę. Na jej przegubie lekko trzepotały czerwone skrzydełka. Uniosła nieśmiało oczy i spojrzała na mnie tak, jakby moje słowa w sprawie tej istoty miały być w kluczowymi w jej życiu. Pod kołyszącymi się na delikatnym wietrze kosmykami czarnych włosów ujrzałem delikatny uśmiech.

– To z pewnością druga najcudowniejsza istota na świecie – odpowiedziałem.

– Udało Ci się już znaleźć piękniejszego motyla?

– Tak, ale to nie do końca motyl.

Odgarnąłem jeden z kosmyków jej włosów.

– Co mu jest? Nie ma skrzydeł?

– Nie o to chodzi. – Wierzchem dłoni zacząłem gładzić jej policzek. – Słyszałem, że niektóre motyle żyją tylko jeden dzień. Ta najcudowniejsza istota będzie ze mną na zawsze.

– Pocałowałabym cię, ale nie chcę spłoszyć mojego nowego przyjaciela.

– Zaczynam być zazdrosny.

Odrywając wzrok od owada, rzuciła mi czarujące spojrzenie. Kiedy uniosła dłoń w górę, motyl wzbił się do lotu i zaczął zataczać kręgi w powietrzu. Wirował coraz wyżej i wyżej, aż całkiem znikł nam z oczu.

Nagle ktoś przerwał mistyczną ciszę.

– Dlaczego wypuściłaś nasz obiad?

Usłyszałem głos Pawła i natychmiast przypomniałem sobie, że nie jesteśmy z Amandą sami, lecz w niczym mi to nie przeszkadzało. On też znał moje myśli.

– Naprawdę byłbyś w stanie go zjeść? – zapytała Sylwia. Jej lśniące w świetle słońca włosy wplatały się w trawę. Odniosłem wrażenie, że sama jest częścią otaczającej nas przyrody.

– Tak, ale jedynie dlatego, żeby ci udowodnić, że nie kłamię.

– Ej! – krzyknęła Amanda. – To żywa istota, a ty byś ją zabił tylko po to, żeby pokazać swojej dziewczynie, że nie jesteś chwalipiętą!

– Amanda… – Złapałem ją za rękę. – Nie dałby rady…

Paweł podniósł się z ziemi, wstał na nogi, popatrzył na każdego z osobna, po czym gwałtownie podniósł ton:

– Szpanujesz przed laską, tak? Gdzie on jest? Gdzie jest ten cholerny motyl?!

Nikt nie uznał tej sceny za wiarygodną, zbyt dobrze znaliśmy ostentacyjne poczucie humoru naszego przyjaciela. Ktoś jednak musiał przerwać jego falę ekscytacji:

– Dobra, wierzymy ci – przytaknęła mu Sylwia.

– Człowiek chce coś inteligentnego powiedzieć i od razu takie zamieszanie. Nawet moja dziewczyna przeciwko mnie…

– Już dobrze…

Blondynka objęła go ramieniem i – udając, że Paweł jest dzieckiem – zaczęła głaskać po głowie. W tym czasie Amanda popchnęła mnie tak mocno, że mój tułów opadł na trawę, i natychmiast po tym wdrapała się na moje kolana.

– Pora na przytulanie!

Wtuliła się we mnie i zastygła w beztroskim zamyśleniu. Sylwia i Paweł leżeli obok nas, też milcząc, a poza szelestem traw i drzew w oddali otaczała nas niemalże mistyczna cisza. O czym mówić, kiedy żadne słowa nie potrafią wyrazić, czym jest prawdziwe szczęście? Wtedy pozostaje świadomość… świadomość, że oni są tak blisko.

I tak leżeliśmy do wieczora. Wszechświat pędził gdzieś wokół nas, ludzie chodzili do pracy, wracali do swoich domów, pięli się w górę i spadali w dół, realizowali swoje marzenia i walczyli z problemami. A nas to nie dotyczyło, byliśmy kwiatem lotosu w świecie powinności, zakazów, przymusów i wzorców. Nawet czas nas nie dosięgał, nawet on… Każda chwila była całym naszym życiem, a nasze życie wiecznością.

Tak wyglądało jedno z moich najwspanialszych wspomnień, których wtedy jeszcze miałem mnóstwo. Niestety, z czasem ten dzień pozostał jednym z niewielu dobrych dni zachowanych w mojej pamięci. Nie zastanawialiśmy się, jak żyć, bo robiąc wszystko razem, byliśmy wolni i szczęśliwi. Istniało tylko to – miejsce, w którym znajdowaliśmy się.

Wtedy miałem wszystko: miłość, przyjaźń i sens życia. Niczego więcej nie potrzebowałem, nawet nie chciałem mieć. Czułem się tak silny, że aż niepokonany – mógłbym śmiać się niebiosom w twarz i drwić sobie z życia, bo za moimi plecami stali ludzie, z którymi pisałem swoją historię – własne tu i teraz. Tak… wtedy miałem wszystko. I myślałem… byłem pewny… że tak będzie zawsze.

Rozdział I: Złamana obietnica

Zbudź mnie, jeśli trafisz się przypadkiem,

ja w międzyczasie spróbuję cię wyśnić.

Bo nie wiem, czy mnie nie okłamali,

kiedy mówili, że jesteś moim aniołem.

Sylwia Nowicka

– Trzymaj – powiedziała uśmiechnięta blondynka, podając lód w rożku wychudzonemu chłopcu, po czym usiadła obok niego.

– Ty nie jesz? – Spojrzał na nią i musnął go językiem.

– Nie, nie chce. – Jej wzrok utkwił gdzieś w oddali. – Musimy pogadać.

– O czym?

– O mojej szkole. – Odwróciła głowę w jego stronę i uśmiechnęła się.

– Tak, wiem. Niedługo zacznie się twoje liceum. – Wbrew jej obawom, nie wyglądał na przejętego.

– Mam na myśli to, że mogę tam dojechać jedynie autobusem, więc będę wracała później niż w gimnazjum.

– Wytrzymam bez ciebie. – Poklepał ją po ramieniu. – No i przy okazji trochę odpocznę.

Oboje się zaśmiali.

– Cieszę się, że tak mówisz, wiesz? Jesteś najwspanialszym bratem na świecie! – Pocałowała go w czoło. – Chodźmy, bo spóźnimy się na obiad.

Wstała i podprowadziła stojący obok niej wózek inwalidzki naprzeciwko ławki, następnie pochyliła się, otuliła ręką brata swoją szyję i przemieściła go na pojazd. Nawet słowem nie wspomniała, że będzie musiała zrezygnować ze szkoły muzycznej, żeby chociaż po części nadrobić czas, którego teraz będzie miała dla niego o wiele mniej. W końcu jej brat się zorientuje, ale wtedy ona coś wymyśli, powie, że już znudziła jej się gra na gitarze albo coś w tym stylu. To będzie małe kłamstewko, ale nie wyjdzie na jaw – nikt nie zobaczy jej grającej, bo nikt w jej rodzinie, poza ciotką Izabellą, odwiedzającą ich raz na rok, nie ma gitary. A zranione marzenia szybko się zarastają, jeśli porzuca się je dla kogoś najważniejszego na świecie.

Sylwia mieszkała niedaleko mnie, w niewielkiej zielonej wsi o nazwie Jezioro. Do czasu liceum tylko raz z nią rozmawiałem – na komersie organizowanym z okazji zakończenia gimnazjum poprosiłem ją do tańca. Zgodziła się, ale kiedy próbowałem ją poderwać, poinformowała mnie, że jest zajęta. Zrobiła to w taki sposób, że nie czułem się odtrącony. Już wtedy imponowała mi jej szczerość i najcieplejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem.

Miała w sobie coś, czego nie potrafiłem w żaden logiczny sposób wyjaśnić. Pochodziła ze skromnej rodziny, a jej brat od piątego roku życia był przykuty do wózka inwalidzkiego. Życie jej nie rozpieszczało, ale ona, spoglądając mu w twarz, uśmiechała się szeroko, twierdząc, że życie jest darem od Boga.

Sylwia chciała tylko jednej rzeczy… – pragnęła, żeby jej niepełnosprawny brat był szczęśliwy. Chociaż każdego dnia robiła wszystko, by polepszyć jego życie, nie potrafiła go uszczęśliwić. Nawet, kiedy się śmiał, w jego oczach widziała smutek, o którym nie mogła zapomnieć. Mimo to była niesamowicie pogodną i nieskłonną do buntu osobą. We wszystkim, co ją spotykało, widziała sens. Czuła, że bez względu na całe zło, świat jest jednak sprawiedliwy. Chowała w sercu nadzieję na nadejście dnia, kiedy w życiu jej brata stanie się coś tak pięknego, że wynagrodzi mu krzywdę, jakiej doznał.

– Cześć mamo! – krzyknęła Sylwia, wchodząc do ich niewielkiego domu – Patrz, kogo znalazłam!

– Witaj nieznajomy – przywitała syna spokojna kobieta o pomarszczonej twarzy. – Zapraszam na obiad.

Dom Sylwii miał tylko jedno piętro. Na wprost wejścia znajdowała się kuchnia; na prawo rozpościerał się miniaturowy korytarz, prowadzący do czterech skromnych sypialni; a z lewej strony umieszczono łazienkę. Kuchnia stanowiła pokój przejściowy – przez nią wchodziło się do salonu. Były w niej także trzecie drzwi, które prowadziły na małe podwórze, gdzie podczas ciepłych dni pracował ojciec Sylwii. Przesiadywał na ławce, jak zwykle.

– Tato!

– Tak, córeczko? – Ciemnowłosy mężczyzna w okularach popatrzył na nią mądrymi oczami.

– Chodź na obiad.

– Zaraz.

Zwrócił wzrok na stos kartek, znajdujący się na jego kolanach.

– Co piszesz? – zapytała Sylwia, siadając obok niego.

– Jeszcze nie wiem.

– Jak to możliwe? – zdziwiła się.

– Piszę, ale nie wiem, co się wydarzy. Sam jestem ciekawy.

– Mam nadzieję, że coś miłego. Chodź za chwilę.

Tak było zawsze… przynajmniej od kiedy Sylwia pamiętała. Istniała tylko ta różnica, że z czasem przesiadywał coraz częściej, a jego córka musiała wkładać więcej wysiłku w odrywanie go od pracy.

– Wreszcie jesteś – powiedziała Małgorzata, kiedy w końcu usiadł z nią i dziećmi przy stole.

– Spaghetti, mniam! – wykrzyczał spontanicznie.

– Już nie udawaj, że tak ci smakuje. – Uśmiechnęła się zaczepliwie.

– Tak naprawdę, to nie wiem, jeszcze nie spróbowałem, ale mam nadzieję, że może pierwszy raz zdarzyło ci się je przesolić. – Odwzajemnił uśmiech.

– Soli jest w sam raz – powiedziała Sylwia. – Mama zawsze robi wszystko doskonale. Mam rację, mamo?

– Nie do końca – odpowiedziała, odkładając na chwilę widelec. – Kiedy pracowałam w restauracji zdarzyło mi się pomylić sól z cukrem…

– Przecież to niemożliwe – przerwał brat Sylwii.

– Wiem. Ale widzisz, Marek, dzień wcześniej poznałam waszego ojca i to była jego wina.

– Z pewnością nie – odparł jej mąż. – Nie byłem ani przystojny, ani zabawny. A ty się uparłaś, że tak nie jest.

– I upieram się do dzisiaj…

Obiady w domu Nowickich zawsze przebiegały w pogodnej atmosferze, ale ta sielanka tak naprawdę miała drugie dno. Nie kłócili się, bo nie mieli na to siły. Po prostu jakoś wiązali koniec z końcem. Zbigniew był niewiele zarabiającym pisarzem, jego żona, Małgorzata, natomiast kucharką, która musiała rzucić pracę, by opiekować się ich niepełnosprawnym synem.

Sylwia, wychowana na chrześcijankę, nigdy nie narzekała na swój los, bo im więcej bólu widziała u innych, tym mniej dostrzegała go u siebie. Była gotowa poświęcić swoje życie dla brata. Nie potrzebowała pomocy – radziła sobie doskonale. Jednak oczywiste było, że zasługiwała na najlepsze życie. Skromność nie pozwoliła Nowickiej zdać sobie sprawy z odpowiedzialności, jaka na niej spoczywała. Sądziła, że tylko przywrócenie Markowi władzy w nogach może go uszczęśliwić, a żeby tak się stało, musiałby wydarzyć się cud…

Paweł Darowski

16 Czerwca 2000 roku miał być dla Pawła Darowskiego przełomowy. Tego dnia walczył o stypendium i szansę dostania się do prestiżowego liceum sportowego. Paweł był wysokim, dobrze zbudowanym, niesamowitym pływakiem – co prawda, istnieli lepsi od niego, ale on wydawał się niepowstrzymany. Nie dało się go złamać psychicznie i nie miewał gorszych dni. Przynajmniej do teraz…

– Paweł!

Do męskiej szatni wbiegła niska blondynka i przytuliła go.

– Cześć kochanie! – ucieszył się, kiedy to zrobiła. – Jest sobota, myślałem, że masz dzisiaj lekcje tańca. – Odchylił głowę i spojrzał jej w oczy.

– Olałam to, bo pomyślałam, że nie mogę przegapić twojej porażki – zażartowała.

– O tak, Julia, to trzeba zobaczyć – powiedział stojący obok brunet średniego wzrostu.

Dziewczyna zwróciła się do niego:

– Norbert, zobaczymy, jaką porażkę ty odniesiesz.

– Gatki ze strachu mi nie spadną, w przeciwieństwie do Pawła.

Kiedy zażartował, kilku innych gimnazjalistów zaczęło się śmiać.

– Ja przynajmniej nie sikam do basenu – odparł Paweł, na co cała szatnia zareagowała wybuchem śmiechu.

– Dobra, spokój! – krzyknęła Julia. – Lecę na widownię. Za pięć minut jest wasza kolej.

Paweł tego nie okazywał, ale bał się. Jego przyszłość zależała od kilkuminutowego wyścigu. Mógł spełnić swoje marzenie i pójść karierą sportowca albo robić to, co inni – uczyć się, ukończyć studia i znaleźć pracę. Nienawidził się uczyć, miał problemy z koncentracją. W zamian za to dostał zdrowie, charyzmatyczne usposobienie i niesamowitą spostrzegawczość. Został wychowany przez ojca pijaka, który zawsze mu powtarzał:

– W życiu o wszystko, synu, trzeba walczyć. I wystarczy jedna chwila nieuwagi, by ktoś inny zajął twoje miejsce na świecie.

Darowskiemu obca była miłość, nigdy o nią nie zabiegał. Jedyne, co się dla niego liczyło, to szacunek. Dotychczas był przekonany, że ma go w nadmiarze.

Stał na progu i czekał na sygnał startu. To było dla niego najtrudniejsze – tracił cenne ułamki sekund, bo nie potrafił uspokoić myśli, które otumaniały jego koncentrację.

Basen nie był duży. Miał długość dwudziestu pięciu metrów i posiadał tylko cztery pasy startowe. Zewsząd dobiegały wiwaty i echo zakłócających się wzajemnie dyskusji kilkuset osób. W efekcie stało się tak głośno, że Darowski z ledwością usłyszał gwizdek.

Wyścig się zaczął. Nie liczyła się, co prawda, wygrana, tylko czas przepłynięcia dwustu metrów, jednak dla gimnazjalistów najlepszy wynik oznaczał „bycie najlepszym”. Paweł na początku tracił prawie dwa metry do pozostałej trójki, ale po przepłynięciu połowy trasy nadrobił swoją stratę. Pędził jak szalony, wiedział, że jeśli teraz wygra, stanie się najlepszy, a jego czas zakwalifikuje go do stypendium. Myślał tylko o tym, by stale przyspieszać. Nie mógł pozwolić, by Norbert wygrał, a przede wszystkim nie mógł zawieść Julii. Przy ostatniej prostej wyprzedzał pozostałych o prawie trzy metry. Wszyscy byli zaskoczeni, nawet przewodniczący jury wstał ze zdziwienia.

Kiedy brakowało już tylko kilku metrów, nagle Paweł zgiął się i wpadł pod wodę. Po piętnastu sekundach z wody wyciągał go już ratownik. Jako pierwsza pobiegła do niego Julia:

– Paweł, co się stało? – zapytała wystraszona.

– Skurcz – odpowiedział, kaszląc i ściskając łydkę. – Pierdolony skurcz.

– Paweł, muszę ci coś powiedzieć.

Wlepiła wzrok w ulicę, po której spływały pierwsze krople deszczu.

– Co takiego?

– Nie chciałam ci tego wcześniej mówić, żeby nie mieszać ci w głowie przed zawodami.

– Nie mówić czego?

– Musimy zerwać…

Paweł skrzywił się. Był bystry i ciężko go było zaskoczyć, ale teraz zdarzyło mu się przeoczyć. Coś bardzo ważnego…

– Co?! – zaczął krzyczeć. – Mówisz poważnie?!

– Tak.

– Ale dlaczego? Jak to?

– Wszystko się zmieniło.

Głos Julii nagle stał się ponury.

– Ja idę do Waricza. Będę uczęszczała do liceum dla dziewcząt, a ty teraz pewnie zostaniesz tutaj…

– Nie! – Oburzył się. – Nie muszę tu zostać, mogę pójść z tobą…

– Paweł… – Do jej głosu wdarło się politowanie. – …tam są tylko dwie szkoły ponadgimnazjalne. Pierwsza to dziewczęca, sam wiesz. A druga to szkoła dla sportowców, do której się nie dostałeś.

– Nie muszę chodzić do szkoły, na pewno nie teraz. Tym razem straciłem swoją szansę, ale za rok mogę znowu ją mieć. Następnym razem zdobędę stypendium. Zresztą i tak będziemy się widywać po szkole. Dalej będziesz przecież mieszkać w Labni…

– Nie, to nie takie proste.

– Dla mnie to jest proste, powiedz o co chodzi.

– Nieważne.

– Julia! – Złapał ją za ramiona i odwrócił w swoją stronę. – Jeśli ze mną zrywasz, powiedz mi dlaczego!

– Dobra. – Wyrwała się z jego ramion i spojrzała na dół. – Mam kogoś.

– Co?! – wykrzyknął. – Kogo?

– Wiedziałam, że lepiej nie mówić.

– Kto to jest? Bądź szczera!

– Norbert…

Paweł wstrzymał oddech, odszedł o krok, po czym wybuchnął:

– Ze wszystkich dupków musiałaś zrobić ze mnie frajera właśnie przed nim!? Myślałem, że miałaś dla mnie jakikolwiek szacunek!

– Nie krzycz, to nie tak…

– Jak mam nie krzyczeć?!

W tej chwili rozległ się znajomy głos:

– Hej! Czemu wydzierasz się na moją siostrę?

Do Pawła podbiegł podobnego wzrostu blondyn i odepchnął go.

– Andrzej, nie wtrącaj się!

– Zostaw go! – krzyknęła Julia.

– Mam go zostawić? – Andrzej zaśmiał się. – Wreszcie mam okazję mu przyłożyć.

– Nie masz z tym nic wspólnego, ale ciebie też mam dość – stwierdził z konsternacją Paweł.

Odwrócił się i chciał odejść, ale w tej chwili Andrzej podbiegł i złapał go oburącz za szyję, próbując przewrócić. W odpowiedzi Paweł zadał mu cios łokciem w mostek, odwrócił się i niemalże w tej samej chwili uderzył chłopaka z całej siły w nos.

Julia zaczęła płakać, a Andrzej zasłonił dłońmi twarz i cofnął się o kilka kroków.

– Nie chcę cię więcej widzieć! – krzyknął Paweł, po czym ruszył pospiesznie w swoją stronę.

Kiedy wrócił do mieszkania, nie zastał swojego ojca. Włodzimierz nawet w soboty pracował. Był elektrykiem i z ledwością starczyło mu pieniędzy, żeby utrzymać dwupokojowe mieszkanie w rozpadającej się kamienicy i wyżywić syna. Ich relacje zawsze były chłodne, przynajmniej od kiedy odeszła od nich niejaka Jadwiga. Paweł miał 5 lat, kiedy opuściła go jego matka. Ani Włodzimierz, ani jego syn, już nie pamiętali, co było wcześniej.

Rozległ się sygnał telefonu Pawła.

– Cześć Bartek, co tam ciekawego?

– Siema, Paweł, wyskocz przed chatę na jakieś piwko.

– No dobra, zaraz jestem.

Mieszkał na drugim piętrze, więc zejście zajęło mu niespełna dwie minuty. Wychodząc z kamienicy, od razu dostrzegł niechlujną czuprynę jego kumpla, siedzącego na jednej z dwóch ławek nieopodal osiedlowej huśtawki.

– Widzę, że przygotowałeś się na oblanie mojej porażki? – rzucił Paweł, pokazując palcem na reklamówkę sklepową wypełnioną piwami.

– Zawsze do usług – odpowiedział Bartek. – O jakiego typu porażce będziemy rozmawiać? – Wyciągnął z reklamówki puszkę i podał Pawłowi. – Siadaj.

– Dzięki. Mogę przysiąść, ale nie ma o czym rozmawiać.

Otworzył piwo, zrobił łyk, po czym usiadł.

– Chyba nie powiesz, że nie dostałeś się do sportowców?

– Jak jakby.

Paweł zrobił kolejny głęboki łyk, po czym sięgnął do kieszeni spodni i wyjął papierosy, którymi poczęstował towarzysza.

– Co to znaczy „tak jakby”?

– Złapał mnie skurcz. Masz ognia?

Bartek wyjął z kieszeni zapalniczkę i podał kumplowi. Cały czas bezskutecznie próbował powstrzymać uśmiech.

– Za dużo palisz, pijesz i się zabawiasz z panienkami.

– A to co? Morał z bajki o pijaku Bartku? Spójrz na siebie, przez większość czasu jesteś na bani: jak nie w szkole, to po szkole, a jak cię nie ma w budzie, to w pracy ze swoim ojcem jedziecie równo.

– Zauważ, drogi Pawle, że mi to wisi, a ty jesteś sportowcem. Z drugiej strony, za to mnie lubisz, że leję na wszystko.

– Ja też od dzisiaj leję na wszystko. Swoją drogą, już nie zabawiam się z panienkami, bo jedna przyprawiła mi rogi.

– Co ty gadasz… Julia?

Bartek tak się zdziwił, że o mało nie spadł z ławki.

– No i nie zgadniesz z kim.

– Nie mam pojęcia.

– Z Norbertem.

– Z tym czubkiem? – Znowu o mało nie stracił równowagi. – Jak to w ogóle możliwe? Myślałem, że to porządna dziewczyna.

– Ja też tak myślałem. Byłem ślepy, że tego nie dostrzegłem.

– Byłeś w niej zabujany, nic dziwnego, że to ci umknęło. Co teraz zrobisz?

– Najpierw się nawalę, potem go znajdę na jego osiedlu.

– To dupek, szkoda fatygi. Ona cię wyrolowała.

– I to jeszcze jak. Ale i tak muszę się rozerwać.

Amanda Wolczyk

– Amanda, już dobrze, nie płacz – powiedziała do niej poddenerwowana dziewczyna, przytulając ją do siebie na sali sądowej. – On już nigdy cię nie skrzywdzi.

Amanda była niezwykle śliczną brunetką o zamglonym spojrzeniu. Jej pięć lat starsza siostra, Agnieszka, stanowiła jej jedyne (choć mało skuteczne) wsparcie, kiedy ich przerażona matka nie mogła. Nawet teraz, po zamknięciu męża, czterdziestolatka siedziała dalej na swoim miejscu i nieruchomo patrzyła przed siebie. Amanda nie wierzyła, że dzień, na który czekała przez całe swoje życie, wreszcie nadszedł. Nie czuła się bezpieczna, nie wiedziała jak to jest „czuć się bezpiecznym”.

– Zaczekaj tutaj – rzekła Agnieszka. – Pójdę po mamę.

Za chwilę wszystkie trzy już wsiadały do jej wozu. Ich matka zajęła miejsce pasażera obok kierowcy, a Amanda, jak zawsze, usiadła z tyłu. Lubiła tam się znajdować – lubiła, kiedy nikogo nie było obok, bo wtedy nikt nie mógł jej dotknąć ani przytulić, twierdząc, że ją kocha. Ze wszystkich kłamstw na świecie najbardziej nienawidziła stwierdzenia: „wszystko będzie dobrze”.

Patrzyła na deszcz spływający po szybie samochodu i starała się nie myśleć o niczym.

– Amanda – zwróciła się do niej jej matka.

– Co? – dziewczyna zapytała drżącym głosem.

– Obiecuję ci, że kiedyś zapomnisz.

Amanda nie wierzyła, że właśnie to usłyszała. Jak? – pytała sama siebie. – Jak mam zapomnieć, skoro tylko to pamiętam?

– Obiecuję, że nigdy nie zapomnę – wyszeptała.

– Będzie dobrze – powiedziała Agnieszka, odwracając się do niej. – Zobaczysz, będzie dobrze…

– Zatrzymaj się – przerwała jej.

– Co? – Obydwie się zdziwiły.

– Zatrzymaj się, chcę wysiąść! – powtórzyła.

– Przecież pada deszcz, zmokniesz!

– Więc zmoknę! Najwyżej! – krzyknęła ze łzami w oczach. – To z pewnością teraz najgorsza rzecz jak może mi się stać!

– Dobra, jak chcesz – powiedziała Agnieszka.

Amanda wyskoczyła, jeszcze zanim samochód zdążył się zatrzymać. Nie podążała w kierunku domu, za to pobiegła miedzy budynkami na równoległą ulicę, byle tylko zgubić je z oczu. Kiedy się zmęczyła, usiadła na krawężniku i z wzrokiem wpatrzonym w przeszłość zaczęła płakać…

– Ktoś puka – powiedziała matka. – To pewnie ojciec. Amanda, możesz otworzyć? Ja robię pranie.

– Nie. Idę na górę do swojego pokoju.

– Otwórz mu, bo się zdenerwuje.

– I tak to zrobi.

Rozległo się walenie w drzwi.

– Idę do swojego pokoju!

W końcu matka podbiegła i otworzyła drzwi. W drzwiach ukazał się zadbany mężczyzna z garniturze.

– Czemu, do diabła, tak długo?!

– Robiłam pranie…

– Gówno mnie to obchodzi! – krzyknął. – Zamek w drzwiach jest na złodziei. Kiedy ja przychodzę, drzwi mają być otwarte, zrozumiano?!

– Tak…

– W porządku.

Jego ton maksymalnie złagodniał, jakby sytuacja przed chwilą w ogóle nie miała miejsca.

– Cześć kochanie – pocałował żonę w policzek i wszedł do środka. – Gdzie dzieci?

– Agnieszka jest u koleżanki, a Amanda na górze.

– To dlaczego nie ma jej na obiedzie? Amanda! – zawołał córkę.

Amandę przeszył dreszcz, kiedy usłyszała krzyk ojca. Siedziała w tej chwili przy drzwiach swojego pokoju, opierając się o nie plecami. Robiła tak zawsze, kiedy przychodził. Słysząc dokładnie, kiedy będzie się do niej zbliżał, cieszyła się każdą chwilą wyprzedzającą otwarcie drzwi. Jednak kiedy ją wołał, musiała wstać, zejść na dół i być uśmiechniętą córką, dokładnie taką, jakiej on sobie życzył.

– Cześć kochanie – pocałował Amandę w policzek.

– Cześć tatusiu – powiedziała drżącym głosem, przełykając ślinę.

– Co się stało, że masz taki smutny głos?

– Nic…

W tej chwili złapał ją za włosy i przyciągnął do siebie.

– Ałła!

– Masz mnie za głupiego? – szepnął jej do ucha. – Przecież widzę, że coś stało. Mów!

– Henryk zostaw ją… – wyszeptała przerażona matka.

Mężczyzna rzucił Amandę w stronę schodów tak mocno, że uderzyła głową o jeden z nich. Następnie odwrócił się w stronę żony i spoliczkował ją.

– Jesteś potworem! – wykrzyknęła rozpłakana Amanda, by odwrócić jego uwagę.

– Potworem? – zapytał ironicznym tonem, jednocześnie wyjmując pasek ze spodni. – Zaraz zobaczymy, kto ma komuś coś do powiedzenia!

Amanda po jego słowach zaczęła biec po schodach do swojego pokoju. Na ostatnim stopniu upadła i do pokoju w pośpiechu weszła na czworakach. Zatrzasnęła drzwi, zamknęła je na klucz i podtrzymywała plecami. Żona Henryka usiadła w kuchni przy obiedzie i swoim martwym wzrokiem patrzyła w talerz.

– Wychodź natychmiast! – Mężczyzna zaczął wchodzić na górę.

Amanda trzęsła się strachu, o niczym nie myślała, bo wszystkim, co istniało w tej chwili, był ból i przerażenie, że „to” znowu się stanie…

– Wychodź!

Kopnął w drzwi.

– Zamknięte na klucz?! Ktoś grzebał w moich rzeczach! Zaraz cię ukarzę!

Kopnął jeszcze raz, tak mocno, że drzwi w okolicach zamka pękły. Amanda z całej siły je trzymała, ale przy następnym kopnięciu oderwały się nieznacznie od futryny, sprawiając, że dziewczynka upadła. Zbyt bardzo bała się podejść do nich z powrotem, więc uciekła schować się pod łóżkiem. Leżał tam jej uśmiechnięty brązowy miś, więc przytuliła go z całych sił.

– Zabiję cię – krzyknął i kopnięciem rozwalił drzwi.

Serce Amandy biło tak szybko, że jego kroki widziała jedynie przez mgłę. Coś silnego złapało ją za rękę i wyszarpnęło spod łóżka. Amanda zdążyła tylko krzyknąć piskliwym głosem:

– Tato nie bij! Mam tylko siedem lat…

– Hallo! Dziewczyno?!

Ktoś złapał ją za ramię i natychmiast się ocknęła.

– Czemu tu siedzisz na deszczu? – zapytał zdziwiony starszy mężczyzna. – Nie masz domu?

Amanda wstała bez słowa, odwróciła się i pobiegła z powrotem. Trzęsła się z zimna, a przez załzawione oczy niewiele widziała. Nie miało dla niej żadnego znaczenia, że jej ojca od kilku tygodni już „tam” nie było, bo w jej przerażonych myślach wciąż słyszała jego głos, a skórze towarzyszył jego dotyk. Odebrała by sobie życie, byle tylko tam nie wracać i nie widzieć tego koszmarnego domu, ale nie miała siły, by to zrobić. Nie potrafiła się uwolnić od tego miejsca, nie posiadając nawet iskierki nadziei, by chociaż wierzyć, że ktoś mógłby ją usłyszeć i pośród tych niemych ścian odpowiedzieć na choć jedno z jej pytań.

Sebastian Wagner – ja

Była jesień. Drzewa szumiały karmione dotykiem listopadowego powiewu wiatru, a liście tańczyły, tworząc podniebne okręgi nad naszymi głowami. Staliśmy wielkim półkolem i wpatrywaliśmy się w występ mężczyzny w czarnym odzieniu. Niektórzy płakali, inni z powagą słuchali, reszta odpływała myślami gdzie indziej. Moja matka trzymała w rękach swoją dwuletnią córkę, z kolei dłoń ojca spoczywała na ramieniu swojego siedmioletniego syna, czyli mnie.

Zupełnie nie wiem, po co. Nie wiem, bo wtedy nie potrzebowałem niczyjego wsparcia. Dziwiłem się ludziom, którzy po ceremonii pogrzebowej podchodzili i składali nam wyrazy głębokiego współczucia. Nie rozumiałem ich łez. Nie to, że byłem niewrażliwy, albo że mój dziadek był mi obojętny. Nie o to chodziło. Ja wtedy bardzo wierzyłem w Boga, a mój zmarły krewny wydawał mi się być dobrym człowiekiem. Nie miałem wątpliwości, że śmierć zaprowadzi go do raju. Ból, który zapewne miał pojawić się w momencie jego odejścia, został stłumiony przez spokój, który obiecano jego duszy. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem – tego dnia nawet przez moment nie poczułem smutku, jedynie cieszyłem się, że mój dziadek „już zawsze będzie szczęśliwy”.

A życie nie było dla niego najmilsze. Już za młodu na własnej skórze przeżył piekło drugiej wojny światowej, która – obok ofiarowanych mu szlachetnych wartości – podarowała ranę płuc, która nigdy nie pozwoliła mu zapomnieć o wadliwym ludzkim ciele i po kilkudziesięciu latach stała się powodem jego końca.

Pogrzeb mojego dziadka był pierwszym dniem, który doskonale pamiętam. Wtedy otrzymałem znak z nieba, który pokazał mi kawałek tego, kim jestem naprawdę. Uświadomił mi moją samotność. Zacząłem czuć, że przybyłem na ziemię w innym celu niż bycie szczęśliwym. Odnosiłem wrażenie, że jestem tylko obserwatorem, zesłanym z niebios pisarzem życia o wielkiej duszy – lecz tylko przychodniem. Od tego momentu moja skromność walczyła z przeświadczeniem o posiadaniu jakiejś wielkiej siły. Sam pewnie bym w tą siłę nie wierzył, gdyby nie wpojona mi od samego początku wiara w nadludzkie istoty – anioły. Wierzyłem w Boga szlachetnie i z oddaniem, ale w gruncie rzeczy robiłem to tylko dlatego, żeby nie stracić mojego zwierzchnika, który nade mną czuwał. Przed oczami wciąż miałem dzień, w którym jako małe dziecko stałem na wzgórzu nieopodal mojego domu i krzyczałem w stronę nieba, że chcę zobaczyć mojego anioła. Nie podziałało, ale też z powodu nadawanych mu przez moją wyobraźnię wymówek ani trochę nie przestałem w niego wierzyć.

Moja inność stanowiła dar, bo miałem blisko kogoś, kto był podobny do mnie. Niestety, życie potrafi zaskakiwać – chociaż moje wydawało się całkiem prawdziwe, los jednym podmuchem wiatru zawsze potrafił mi uświadomić, że wszystko, co mam, nigdy nie będzie niczym więcej jak tylko kruchym zamkiem z piasku…

Od pogrzebu mojego dziadka minęło sześć lat, przez ten czas wiele rzeczy się zmieniło…

Tej nocy znowu nie mogłem zasnąć. Pytanie, czy miałem prawo zostawić swojego ojca, kiedy ten zrobił to najpierw, napawało mnie poczuciem winy i gniewem zarazem. Minęły trzy lata, od kiedy zniknął z mojego życia, trzy lata od kiedy… ześwirował. Zanim stworzył ten groteskowy scenariusz naszej rodziny, zdradzając matkę z sekretarką, następnie lądując w szpitalu psychiatrycznym, był naprawdę dobrym ojcem i szanowanym psychologiem. Czułem do niego odrazę, a jednocześnie żałowałem go. Kiedy dwa lata temu powiedział mi, że przez długi czas nie będę mógł go widywać, zwątpiłem w sens mojego życia. Nawet jako dziwak od dziecka imponował mi i starałem się mu dorównywać, chociaż nigdy dotychczas ani jednej rzeczy nie udało mi się zrobić tak dobrze jak jemu. I wtedy nagle zostałem sam – jego dziwactwo okazało się szaleństwem…

Zaczął się dla mnie ciężki okres. Najpierw przez rok widywałem ojca, z którym nie szło się dogadać, a jeszcze przez kolejny byłem wyśmiewany w szkole, że mam tatę świra. Trwało to do momentu, kiedy zrozumiałem, że tak naprawdę zostałem oszukany. Wszystkie obietnice, które usłyszałem w życiu, zostały złamane w chwili, kiedy jedyna osoba, która mnie rozumiała, okazała się „nienormalna”. Wtedy zacząłem spędzać więcej czasu sam. Zazwyczaj siedziałem na torach kolejowych i piłem wino. Dwa razy nałykałem się tabletek, naiwnie wierząc, że to wystarczy, aby zakończyć moje żałosne życie. Oczywiście nikt o tym nie wiedział. Kiedy miałem już naprawdę dość samego siebie, zmieniłem się – przestałem być „dziwakiem”. Z samotnego ale pełnego nadziei i wiary w Boga dużego dziecka stałem się zwykłym, niewiele wyróżniającym się od innych człowiekiem. Lecz w środku pozostał on: wijący się w bólu, i duszący z braku przestrzeni ptak – zabudowany gdzieś podziemiach teatru, stanowiącego miejsce odgrywania tego aktu udawanego przedstawienia. Uwięziony był tak głęboko, że nie tylko przestałem go słyszeć, ale udało mi się o nim zapomnieć. Już nie zadawałem sobie pytania: „dlaczego?”. Zaakceptowałem fakt, że „moje życie po prostu nigdy nie miało sensu”.

– Sebastian! Wstawaj!

Matka obudziła mnie przez zamknięte drzwi.

– Idę do szkoły!

W odpowiedzi weszła do pokoju:

– Nie widziałeś ojca dwa lata. Nie chcesz go zobaczyć?

– Nie mam na to ochoty – odpowiedziałem. – To on mnie olał i przebolałem to. Nie mam mu nic do powiedzenia.

– Będzie mu przykro…

Poczułem nagłą wściekłość, ale natychmiast zrozumiałem, że nie ma ona sensu. Mówienie matce prawdy prosto w oczy mogłoby ją strasznie zaboleć, a przede wszystkim nic dobrego by nie przyniosło.

Kiedy wyszedłem z pokoju, zobaczyłem w korytarzu swoja młodszą siostrę z plecakiem.

– Patrycja? Ty też tam idziesz?

– Nie widziałam taty dwa lata, chcę go zobaczyć.

Widząc jej niewinną twarz, nie miałem nawet siły się zezłościć.

– On nas zostawił – powiedziałem spokojnie.

– On był chory, ale już mu lepiej. Idziesz też?

– Nie, muszę być w szkole…

Rozległ się głos ich matki.

– Patrycja idziemy!

Moja siostra zbiegła po schodach tak nagle, że nie zdążyłem się z nią pożegnać.

– Trzymaj się siostrzyczko – szepnąłem sam do siebie.

Wziąłem do ręki książki ze szkoły. W sumie po co mi książki, został tydzień – pomyślałem. – Zeszytów też nie potrzebuję, bez jedzenia wytrzymam… W takim razie idę bez plecaka.

Podobnie jak Sylwia pochodziłem ze wsi – z tą tylko różnicą, że w Jeziorze przeważały łąki, a moja miejscowość, Stawczyn, była w dużej mierze zalesiona. Jedyną przestrzeń pozbawioną drzew stanowił rynek, na którym znajdował się bar, dwa sklepy, podstawówka, przedszkole, poczta i fryzjer. Kiedyś było to dla mnie złe miejsce, zbyt zaludnione i zbyt sztuczne; gdzie każdy zapominał kim był i udawał kogoś, kim myśli, że jest. Wtedy wolałem przebywać sam, ale teraz starałem się tłumić myśli, tym samym niwecząc moją samotność.

– Dzień dobry – powiedziała nauczycielka matematyki, wchodząc do klasy.

– Dzień dobry – odpowiedzieli uczniowie, wstając.

Kobieta usiadła.

Moje miejsce znajdowało się w pierwszej ławce przed biurkiem, ponieważ pani Kończyk miała wobec mnie większe plany, twierdząc, że moje zdolności matematyczne przewyższają poziom gimnazjum. Dla mnie było to obojętne, nie wiązałem z tym faktem żadnych planów – przeciwnie – uważałem, że matematyka zmuszała mnie do analizowania wszystkiego i utrudniała mi funkcjonowanie między ludźmi. Poniekąd miałem rację – dopóki byłem nieśmiałym, zamyślonym prymusem, nauka szła mi kapitalnie, natomiast gdy przestałem się izolować od ludzi, moja zdolność skupienia znacznie spadła, ustępując miejsca zaangażowaniu życiem towarzyskim.

– Dobrze. Na wstępie proszę przyznać się, kto nie odrobił pracy domowej?

Żaden z uczniów nie zareagował na pytanie nauczycielki.

– Nie wierzę, że wszyscy ją odrobili. Damian? – Przechyliła się na bok, żeby spojrzeć na drugą ławkę, gdzie siedział chłopak z długimi czarnymi włosami. – Możesz podejść i rozwiązać zadanie domowe na tablicy?

– Oczywiście, proszę pani.

Damian wstał, otworzył zeszyt i podszedł do tablicy.

– Wagner? – pani Kończyk skierowała się do mnie. – Czemu jeszcze nie wyjąłeś zeszytu?

– Zapomniałem plecaka – odparłem, po czym mój kumpel z ławki zaczął się śmiać. Wtedy uważałem go za przyjaciela, choć jeszcze nie wiedziałem, co znaczy to słowo.

– Wojtek, zamiast się popisywać, zacznij uważać i sprawdź, czy Damian rozwiązał zadanie tak samo jak ty.

– Wydaje mi się, że nie rozwiązał.

Nauczycielka odwróciła głowę i zobaczyła, że wciąż stał przed pustą tablicą.

– Dlaczego jeszcze nie zacząłeś? – zapytała.

– Nie umiem go znaleźć.

– Skoro zadałam je na ostatniej lekcji, musi być na końcu. Siadaj, pała. Wojtek twoja kolej.

Uczeń podniósł się i zajął miejsce Damiana. Po chwili nauczycielka zwróciła się do mnie:

– Fakt, że zadaję ci ćwiczenia ponadprogramowe, nie oznacza, że możesz się czuć na moich lekcjach na król.

– Wcale się tak nie czuję.

– Czyżby? Więc jak rozwiążesz zadania, które przygotowałam dla ciebie na dzisiaj, skoro nie masz zeszytu?

– Muszę teraz odpowiadać?

– Możesz zadzwonić do przyjaciela – powiedział Wojtek.

– Ciebie nie pytam. Ty, jak wiedzę, też nie odrobiłeś pracy domowej.

– Odrobiłem, ale pies zjadł mi zeszyt. Ten jest nowy, proszę zobaczyć.

Przekartkował go przed całą klasą.

– Co za idiota! – zawołał Damian.

– Pała! – krzyknęła nauczycielka. – A tobie, panie Wagner, gratuluję, właśnie awansował pan z celującej na bardzo dobrą. Cała trójka, proszę opuścić klasę. Słyszeliście?!

– Nie musi pani powtarzać, idziemy.

– Chyba zrywam z Kasią – powiedział Damian, kiedy siedzieliśmy na ławce przed szkołą.

– No co ty? – zdziwił się Wojtek.

– Zaraz jej o tym powiem, tylko czekam na dzwonek.

– Szkoda będzie dziewczyny.

– Szkoda będzie chłopaka – sprostowałem.

Rozległ się dzwonek i niemal natychmiast podeszły do nas dwie dziewczyny. Pierwsza miała długie kasztanowe włosy i brązowe oczy, a druga była wysoką blondynką z łagodnym spojrzeniem.

Damian wstał, kiedy je zobaczył. Po chwili blondynka przytuliła się do niego.

– Co tam słychać? Wiecie, że przez całą lekcję była mowa o was, a w szczególności o tobie. – Pokazała palcem na mnie.

– O mnie? A to niby dlaczego? – Udawałem, że nie wiem, o co chodzi.

– Bo pozwalasz się demoralizować – wyjaśniła druga dziewczyna, siadając mi na kolanach. – Powiedziała, że gdyby nie konkurs przedmiotowy, dzięki któremu nie musiałeś pisać egzaminu z części ścisłej, dałaby ci tróję.

– Żadna nowość.

– Co jest z tobą nie tak? – zapytała, tym razem poważnie.

– Mam prawo decydować za siebie, ona chce mnie wysłać do najlepszego liceum i pewnie potem na jakieś kosmiczne studia, żebym przez całe życie zakuwał.

– Bo wie, że dałbyś radę.

– Nie chcę „dać rady”. W ogóle zmieńmy temat. Damian, chciałeś coś powiedzieć Kasi. – Skutecznie odwróciłem uwagę.

– Co takiego? – Dziewczyna wyglądała na zaciekawioną.

Damian zawahał się, po czym odparł:

– Chciałem was zaprosić do mnie na wieczór filmowy z imprezką, żeby oblać koniec budy.

– Mistrz kitu – stwierdziła Kasia. – Tylko dlaczego chciałeś to powiedzieć tylko mi?

– Żeby zrobić reszcie niespodziankę.

– To ja już nie zasługuję na niespodzianki? – zapytała.

– Oczywiście, dla ciebie będę miał coś specjalnego.

– Widzę, mała zmiana planów – podsumowałem.

Wychodząc z autobusu, rozeszliśmy się w swoje strony. Ja do domu miałem kilometr – ta trasa była momentem, kiedy wszystko to, co wydarzyło się danego dnia, odtwarzałem w myślach, analizowałem i próbowałem polepszyć. W taki sposób z najbardziej pomijanej osoby i największego dziwaka w klasie stałem się lubiany i zabawny. Nie rozumiałem (i do dziś nie rozumiem), dlaczego ludzie tak po prostu zapominają. Rok temu byłem dla nich śmieciem, a wystarczyło kilka razy zwrócić na siebie uwagę, zmienić niektóre gesty i sposób myślenia, a ludzie zapominali, jak widzieli i traktowali mnie wcześniej. Nie tylko uznali, że taki byłem od zawsze, ale – że taki jestem naprawdę.

Rozdział II: Spotkanie

Szlaki gwiazd wyznaczać drogę nam będą,

bo w ciemności zgubić się łatwo,

i przypominać, że dotarliśmy tutaj

nie bez powodu.

Nauka w liceum rozpoczęła się 1 września 2000 roku w czwartek. Padał deszcz, choć na niebie nie było widać ani jednej chmury. Brak słońca jednak w niczym mi nie przeszkadzał. Wysiadłem z autobusu pełen nadziei, że w nowym miejscu spotka mnie coś zupełnie nowego.

Kiedy zobaczyłem liceum, zdziwiłem się, że ta szkoła okazała się aż tak duża. Do pięciopiętrowego, podłużnego budynku prowadziły szerokie schody równoległe do jezdni. Minąłem barierkę oddzielającą chodnik od drogi i podążyłem w ich stronę. Przy wejściu musiałem chwilę poczekać, zanim w jednym z trzech ogromnych drzwi pojawiło się miejsce.

Szkoła od środka wyglądała bardzo drętwo. Na ścianach wisiały gabloty z pucharami i dyplomy, połowę głównego holu stanowiły schody prowadzące na górę lub do piwnic, a drzwi do sali lekcyjnych znajdowały się w niekomfortowo wąskich korytarzach.

Skręciłem w lewo i zacząłem szukać swojej klasy. Znajdowała się przy końcu, obok pokoju nauczycielskiego. Kiedy tam dotarłem, rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem około dwudziestu osób. Niektórzy rozmawiali ze sobą w grupach dwu- albo trzyosobowych, reszta siedziała na ławkach lub w pozycji stojącej opierała się o ściany. Zanim jednak zdążyłem zrobić to samo, usłyszałem za plecami swoje imię. Był to dziewczęcy, entuzjastyczny głos. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiechniętą brunetkę.

– Nie poznajesz? – zapytała.

W pierwszej chwili nie skojarzyłem, skąd mogłem ją znać.

– Tamara Lamiec – kontynuowała. – Poznaliśmy się na konkursie z matematyki, w drugiej gimnazjum.

– Tak, pamiętam. Cześć, Tamara.

– Byłeś niesamowity, pierwsze miejsce. – Nie przestawała się uśmiechać.

– Miałem szczęście. W trzeciej klasie za to ty byłaś lepsza.

– Tak, kiedy?

– Widzisz, byłem taki słaby, że nawet mnie nie widziałaś. Ty wygrałaś puchar za drugie miejsce.

– Ten konkurs międzynarodowy… Nie wierzę, że tam byłeś i nic nie wygrałeś.

Przechyliła głowę na bok i ucieszyła się, widząc idącą w naszym kierunku niską blondynkę.

– O, moja koleżanka. Przedstawiam ci Olę. A to jest Sebastian.

Podaliśmy sobie dłoń na przywitanie.

– A ten osobnik, to Jacek. – Tamara wskazała na niskiego szatyna, który wynurzył się zza pleców koleżanki. – Zawsze chodzi za Olą.

– Prędzej ona za mną – odparł.

Gdzieś z gwaru obok nas rozległ się przyjemny głos:

– Cześć! Mogę się do was przyłączyć?

Zobaczyłem znajomą blondynkę ubraną w ciemnofioletową koszulkę i dżinsy. Nie wierzyłem, że będziemy uczęszczać do tej samej klasy.

– Jasne! – odpowiedziała Tamara.

– Jestem Sylwia. – Dziewczyna podała rękę wszystkim po kolei.

– Ola.

– Jacek.

– Pana już znam – powiedziała Nowicka, witając się ze mną. – Widziałam cię w autobusie.

– Więc mieszka pani w tej zielonej krainie, przez którą przejeżdżałem, tak?

– Jezioro, moja miejscowość.

– Żartowałem, wiem, jak się nazywa.

– Wiem, że żartowałeś.

– To wy się znacie, tak? – zapytała na wpół retorycznie Ola.

– Tak – odpowiedziałem automatycznie. – Sylwia dała mi kosza na balu kończącym gimnazjum. Ciężko było ją zapomnieć.

Nowicka popatrzyła na mnie ze słodkim grymasem, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo naszą rozmowę przerwał głos nauczycielki otwierającej klasę:

– Zapraszam do środka!

Na wprost wejścia znajdowało się biurko, a klasa rozciągała się w lewą stronę. Ja wszedłem prawie na końcu – nie lubiłem dokonywać wyborów, nawet kiedy chodziło o tak błahą rzecz, jak przyporządkowanie sobie miejsca siedzącego.

Wszystkie przednie ławki były zajęte, więc zwróciłem swój wzrok na tył klasy, żeby znaleźć miejsce z tyłu. Wtedy ją zobaczyłem... Siedziała w przedostatniej ławce obok okna. Zupełnie niezainteresowana światem wokół, jakby w ogóle do niego nie należała, patrzyła jak deszcz spływa po szybie. Miała długie, czarne włosy i ciemne nieiskrzące się oczy, które robiły wrażenie zupełnie pozbawionych życia. Zastanawiałem się, dlaczego nie zostawiła swojej kurtki w szatni. W dodatku miała mokre włosy, jakby celowo nie wzięła parasola. Jest dziwna – pomyślałem natychmiast. Ale widząc ją, poczułem coś niezwykłego, co nigdy wcześniej mi się nie przydarzyło. Znałem już szczęście – krótko, ale znałem… I znałem ból – prawdziwy i znajomy – o którym nie pamiętałem. Ona była jak ten ból i to przelotne szczęście, zbyt piękne, by znaleźć w sobie odwagę, aby wyciągnąć dłoń w jego kierunku…

– Sebastian, siadaj!

Ktoś wyrwał mnie z powrotem do rzeczywistości. Był to Jacek, siedział w trzeciej ławce w środkowym rzędzie.

– Dzięki za zaklepanie miejsca – odpowiedziałem.

Ławkę wcześniej zajmowała Tamara i Ola, a za nami siedziała Sylwia z jakąś Martą – jej imię wywnioskowałem z rozmowy, którą prowadziły niezbyt cicho.

Kiedy wszyscy usiedli na swoich miejscach, młoda ciemnowłosa nauczycielka w okularach rozpoczęła lekcję organizacyjną.

– Dzień dobry. Nazywam się Karolina Tobiasz. Będę waszą wychowawczynią – „waszą”, czyli klasy 1c. Będę także uczyła was języka polskiego. Dzisiaj przedstawię plan lekcji i podstawowe informacje. Proszę o wyjęcie kartek.

Rozległ się szelest. Zobaczyłem kątem oka, jak jakiś rudy chłopak odwraca się do tyłu i pyta o coś tajemniczą dziewczynę przy oknie. Po chwili ona wyciągnęła z kieszeni mały notes, wyrwała jedną kartkę i podała mu. Nawet się nie uśmiechnęła, a ja mimo tego poczułem się dziko zazdrosny. Kompletnie nie wiedziałem, co się ze mną działo. Musiałem czymś zająć myśli, podczas kiedy pani Tobiasz wypisywała na tablicy plan lekcji.

Odwróciłem się w tył:

– Hej, dziewczyny, możecie tak głośno nie rozmawiać? Nie mogę się skupić, a jeśli spiszę zły plan, to możemy już się nigdy nie zobaczyć.

– Przejmujesz się, bo ja nie – zażartowała Sylwia.

– Ja się wypisuję z tej klasy, więc możesz trafić na moją – odparła Marta.

– Czemu się wypisujesz? – zapytał Jacek.

– W innej klasie są moje przyjaciółki. To dziwne, bo jesteśmy z jednej miejscowości, a przydzielili nas do innych klas.

– Z mojej wsi też kilka osób jest w innych klasach – powiedziałem.

– U mnie tak samo – dodała Nowicka.

– Czemu się też nie przeniesiecie?

– Mojej paczki i tak nie ma w tej szkole – odpowiedziałem.

– Moje dwie przyjaciółki są tutaj, ale każda w innej klasie, może się przeniosę, zobaczę – stwierdziła Sylwia.

– Dajcie spokój, tutaj możecie poznać nowe – zasugerowałem.

– A co, planujesz zmienić płeć? – zaśmiała się Marta. – Znam połowę tej klasy. Jestem stąd.

– Kogo znasz? – zapytał Jacek.

– Tamtych czterech w rogu znam. – Pokazała palcem na rozgadanych chłopaków obok drzwi. – Te dwie w pierwszej ławce znam, tą przy oknie…

– Tą przy oknie… – przerwałem mimowolnie.

– Podoba ci się? Prędzej wyrwiesz wszystkie dziewczyny w całej szkole niż Amandę.

Poczułem się zmieszany, ale w duchu cieszyłem się jak dziecko, że poznałem jej imię.

– Coś z nią nie tak?

– To dziwaczka. Nie ma przyjaciół, faceci jej nie kręcą, zamiast przyjechać dzisiaj do szkoły autobusem, bo pada deszcz, przyszła pieszo i to bez parasola. Sam widzisz jak wygląda.

– To, że jest inna nie czyni jej dziwnej – powiedziała poruszona Sylwia.

– Poznasz ją, to zobaczysz – podsumowała rozmowę Marta.

Nauczycielka ukończyła pisanie planu i odwróciła się w stronę klasy:

– Jutro zajęcia odbędą się dopiero o godzinie dziesiątej, bo rano ma miejsce uroczyste rozpoczęcie w auli na pierwszym piętrze. Nie zapomnijcie się odświętnie ubrać. Zapiszę jeszcze nazwiska waszych nauczycieli…

Kiedy skończyła się lekcja, zacząłem myśleć o tym, żeby porozmawiać z Amandą. Rozsądek mówił mi, że powinien zaczekać, ale kiedy o niej myślałem, czułem taką lekkość, że nie potrafiłem skupić się na niczym innym.

Pożegnałem się z nowymi znajomymi, z Sylwią też, bo jej matka była akurat w mieście, więc zaplanowała zabrać córkę samochodem. Jeszcze nie zgubiłem Amandy z oczu, zatem mimowolnie pomyślałem, że za nią pójdę, ale nagle ktoś uderzył mnie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego szatyna w koszulce sportowej.

– Siema, to była twoja klasa? – zapytał.

– Jasne. Czemu pytasz?

– Jutro składam podanie, ale nie wiem jeszcze, do której klasy chcę się przenieść.

– Co nie tak z twoją klasą?

– Jałowa, prawie sami faceci, ale widzę, że twoja jest bardzo urodzajna. – Prześledził wzrokiem maszerującą grupę dziewczyn. – Tak w ogóle, jestem Paweł.

– Sebastian.

Podałem mu rękę. Do mojej świadomości dobiła się myśl, że teraz nie mam czasu na zawieranie nowych znajomości.

– Sorry, ale muszę lecieć na autobus.

– Więc widzimy się jutro.

Amanda zniknęła mi z oczu. Wokół pojawiło się mnóstwo żywopłotów i alejek, więc zdecydowałem zaczekać do następnego dnia w nadziei, że odnajdę w sobie dość odwagi, aby się do niej odezwać.

Sylwia czekała na parkingu przed szkołą. Przestało już padać i niebo zaczęło się rozpogadzać. Zasłoniła dłonią oczy przed słońcem i spojrzała w niebo. Bóg jeden wie, o czym myślała. Po chwili jej wzrok wrócił na ziemię. Granatowy Opel Astra w wersji kombi podjechał obok niej i zatrąbił. Nowicka złapała za klamkę przednich drzwi, ale po chwili zobaczyła brata z tyłu samochodu i zdecydowała się jednak usiąść obok niego.

– Co tam słychać, rycerzu? – Zmierzwiła jego obcięte na grzybka włosy. – Jak było w szkole?

Marek ze względu na niepełnosprawność uczęszczał do szkoły specjalnej w Labni. Kosztowała majątek, ale w rodzinie Nowickich nie rozmawiało się o pieniądzach, a już na pewno nie tych, które miały zapewnić Markowi mniej dokuczliwe warunki do życia.

– Fajnie. Mamy nową nauczycielkę. Jest bardzo mądra.

– Tak? – Otworzyła usta w miłym zaskoczeniu. Ukradkiem zerknęła na swoją matką, która miała chwilę, żeby odwzajemnić jej spojrzenie. Właśnie wyprowadzała samochód z parkingu. – Co takiego ci powiedziała, że jest taka mądra?

– Nic.

– To czemu uważasz, że jest mądra?

– Bo nie wymądrzała się tak, jak inni nauczyciele. Oni tylko dużo gadają, a mało wiedzą.

– To zupełnie tak samo jak tata, nie?

Zaśmiali się.

– Tata czasami też dużo mówi – odpowiedział.

– Tak, wiem. Kiedy długo się mu nie przeszkadza, to potem, jak skończy pisać, zachowuje się jakby wypił hektolitr kawy.

– Trzeba mu częściej przeszkadzać.

Znów się zaśmiali.

– Też tak myślę. – Pogłaskała go po włosach i znów spojrzała na matkę. Tym razem kobieta nie odwzajemniła jej uśmiechu.

Otworzyła drzwi najciszej, jak potrafiła. Przez jej głowę przemknęła myśl, że włamuje się do własnego domu, ale zignorowała ją jak setki innych niepotrzebnych autokrytycznych uwag tyczących się jej najdrobniejszych gestów. Wszystko przez niego… Jej dłonie zadrżały i niezdarnie upuściła na podłogę klucz, nim zdążyła go schować do torebki.

– Amanda?

Z kuchni dobiegł głos jej matki. Po co pytała, skoro wiedziała, że to ona? Och, gdyby wiedziała, jak bardzo jej córka męczy się tym bezwyrazowym odpowiadaniem jej…

– A kto by inny…

W drzwiach kuchni pojawiła czterdziestoletnia kobieta. Od zamknięcia jej męża bardzo się zmieniła. Pomimo podkrążonych oczu z jej twarzy bił swoisty wdzięk, czyniący ją niezwykle atrakcyjną kobietą. Nawet jej zgrabna figura, pomimo przebytej dwukrotnej ciąży, nie ustępowała miejsca starzeniu się. Brązowe oczy wpatrywały się swoją córkę, lśniące i żarliwe. Całkiem inne niż oczy Amandy.

– Zjesz obiad? – zapytał lekko chrypliwy głos.

– Nie jestem głodna. – Amanda przecięła przedpokój i skierowała się w stronę schodów.

– Zawsze tak mówisz.

– To po co zawsze o to pytasz?

Wbiegła na górę i otworzyła drzwi na wprost. Zatrzasnęła je za sobą, po czym głośno westchnęła. Znów była sama. Miała kilkanaście godzin spokoju, mogła odpocząć od wnikliwych, znieczulonych jak roboty i zawsze wszystkowiedzących ludzi. Wysunęła spod łóżka duży karton. Zwinnie wsunęła dłoń pod uchylone wieko i wyjęła gruby zeszyt w sztywnej oprawie. Następnie rzuciła poduszkę na oparcie łóżka i położyła się na nim, z twarzą skierowaną w stronę wielkiego okna.

Otworzyła zeszyt. Była bezpieczna, choć w głębi duszy, nawet pisząc, nie potrafiła zapomnieć, że jutro nadejdzie. A wtedy będzie trzeba znosić te wymuszone uprzejmości nowych niby-znajomych, których nie odwzajemni, tym samym skazując siebie na ich osąd. To tyle, jeśli chodzi o dziewczyny. A chłopaki? Jeszcze gorzej. Ich obleśne i prymitywne spojrzenia oceniające jej wygląd, który zawsze był dla niej bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem. Potem zawiść, zazdrość ze strony dziewczyn o chłopaków, na których w ogóle jej nie zależy. I żarty, okrucieństwo. Czego oni wszyscy od niej chcą? Czy nie mogą tak po prostu zostawić jej w spokoju? Dobrze, że teraz może pisać – może, bo „jego” nie ma.

Znów zadrżała. Wychyliła się, podniosła ołówek, który przed chwilą wypadł jej z ręki, i wróciła do pisania.

Następnego dnia, widząc mnie w autobusie na tylnym siedzeniu, Sylwia usiadła obok:

– Cześć!

– Cześć, nie siedzisz obok swoich przyjaciółek? – zapytałem.

– Nie cieszysz się, że tu jestem, skoro o to pytasz?

– Jasne, że się cieszę. Super, że olałaś swoje kumpele dla kilku minut jazdy ze mną.

– Idę do nich.

Wstała.

– Czekaj! – złapałem ją za rękę. – Żartowałem. Dziękuję ci, że znalazłaś czas dla mnie.

– Lepiej go dobrze wykorzystaj. – Podarowała mi szczery uśmiech.

– Może usiądę z tobą, skoro twoja koleżanka z ławki się wykruszyła?

– Siedzisz przecież z Jackiem.

– Ale wolę z tobą.

– Nie zgadzam się, mu będzie smutno bez ciebie.

– Wytrzyma.

– Jesteśmy.

Z Sylwią od początku potrafiliśmy się porozumieć. Traktowałem ją jak osobę, z którą można o wszystkim pogadać, ale nie zastanawiałem się nad tym, kogo tak naprawdę w niej widziałem.

Aula w liceum była wypełniona po brzegi. Znajdowało się w niej prawie pięćset osób, czyli siedemnaście pierwszych klas. Siedziałem właśnie na krześle obok Sylwii i Tamary, kiedy zjawił się Paweł i złapał mnie za ramię:

– Siema, Sebastian.

– Część Paweł, jednak się przepisujesz do nas?

Dziewczyny odwróciły się, kiedy go zobaczyły.

– Na to wygląda. Nie przedstawisz mi koleżanek?

– Jasne. To jest Sylwia, a to Tamara. To Paweł. Jest w naszej klasie.

– Miło was poznać.

– Ciebie też – odpowiedziały.

– Chyba zdążyłeś na czas. – Pokazałem palcem na dyrektora stojącego przy mikrofonie na podeście. – Zaczynają.

Kiedy aula ucichła, w wielkich wiszących głośnikach rozległ się lekko chrypliwy głos:

– Rozumiem, że możemy zaczynać. Nazywam się Radosław Gawiński, jestem dyrektorem liceum ogólnokształcącego im. Williama Szekspira. Serdecznie witam wszystkich nauczycieli, grono pedagogiczne, burmistrza miasta Labnia, Marka Kwiatkowskiego, oraz przede wszystkim uczniów klas pierwszych na rozpoczęciu roku szkolnego 2000/2001. Mam nadzieję, że szybko zaaklimatyzujecie się w warunkach panujących w naszej szkole i polubicie ją bardziej niż poprzednią…

Podczas przemowy co dłuższą chwilę patrzyłem na Amandę, która siedziała w rzędzie przede mną, przy samej ścianie. W białej koszuli podobała mi się jeszcze bardziej. Myślałem o tym, żeby z nią porozmawiać, ale zbyt bardzo angażowałem się w nowe znajomości, by choć na chwilę stać się prawdziwym sobą i – ku zdziwieniu wszystkich wokół – porozmawiać z najbardziej wyróżniającą się osobą w klasie.