Kiedy. Naukowe tajniki doskonałego wyczucia czasu - Daniel H. Pink - ebook
Opis

Najlepsza książka stycznia 2018 na liście bestsellerów Amazona!

Daniel H. Pink – autor bestsellerów Drive oraz Jak być dobrym sprzedawcą – w książce Kiedy. Naukowe tajniki doskonałego wyczucia czasu ujawnia skuteczne sposoby posługiwania się czasem, których umiejętne wykorzystanie znakomicie poprawi Twoje osiągnięcia w pracy, w szkole i w domu.

Każdy z nas zmaga się z nieustającym strumieniem dylematów tkwiących w prostym, ale jakże istotnym słowie „kiedy”. Kiedy zmienić pracę? Kiedy zaplanować zajęcia? Kiedy zaangażować się w relację lub projekt? Takie decyzje podejmujemy zazwyczaj na chybił trafił – kierując się intuicją, przeczuciami czy po prostu zgadując. To całkowicie niewłaściwe podejście, przekonuje Daniel Pink.

W powszechnym przeświadczeniu wyczucie czasu jest niezwykle ważne, jednak trafienie w odpowiedni moment traktujemy jako sztukę. Z wywodów Pinka jasno wynika, że posługiwanie się czasem jest w istocie nauką.

Powołując się obficie na ustalenia psychologów i biologów, neurobiologów i ekonomistów, autor Kiedy ujawnia i radzi, jak dzięki poznaniu tajników wyczucia czasu lepiej żyć, wydajniej pracować i odnosić sukcesy. Jak wykorzystać ukryte schematy dnia w jego planowaniu? Dzięki czemu przerwy mogą spektakularnie podnieść wyniki sprawdzianów pisanych przez nasze dzieci? Jak zmienić kiepski początek w nowy start? Czy półmetki są ważne? Dlaczego zakończenia podnoszą motywację i pogłębiają znaczenie? I wreszcie, jak sprawić, by czas stał się naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem?

Z odpowiedzi na te i wiele innych pytań Pink tworzy fascynującą narrację, pełną intrygujących historii i praktycznych porad. Nieoczekiwane wyniki innowacyjnych badań, odważne pomysły i niekonwencjonalne wyjaśnienia sprawiają, że ta książka odmienia sposób naszego myślenia o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału: WHEN. The Scientific ‌Secrets ‌of Perfect ‌Timing

Przekład: Małgorzata Małecka

Projekt okładki: MDESIGN ‌Michał Duława | michaldulawa.pl

Redakcja ‌i korekta: ‌Halina ‌Tchórzewska-Kabata, Michał ‌Kabata

Redakcja techniczna: ‌Teresa ‌Ojdana

Ilustracje: ‌Tanya ‌Maiboroda

Zdjęcia © ‌Daniel H. Pink Copyright ‌© 2018 ‌by Daniel H. Pink

This edition ‌published by ‌arrangement with Riverhead ‌Books, an imprint ‌of Penguin Publishing Group, ‌a division ‌of Penguin ‌Random ‌House ‌LLC.

Copyright © ‌for ‌the Polish edition ‌by Wydawnictwo Studio ‌EMKAWarszawa 2018

Wszelkie ‌prawa, łącznie z prawem do ‌reprodukcji tekstów ‌i ilustracji w całości lub w części, ‌w jakiejkolwiek formie ‌– zastrzeżone

Wydawnictwo ‌Studio ‌EMKA

[email protected]

www.studioemka.com.pl

ISBN ‌978-83-65068-79-8

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Skład wersji elektronicznej:

‌ ‌

konwersja.virtualo.pl

Czas nie jest ważny. Czas jest najważniejszy.MILES DAVIS

WSTĘPDECYZJA KAPITANA TURNERA

Pierwszego maja 1915 roku, o godzinie 12.30, luksusowy transatlantyk wyruszył z Przystani 54, położonej na rzece Hudson od strony Manhattanu, w rejs do Liverpoolu w Anglii. Niektórzy spośród 1959 pasażerów i członków załogi, znajdujących się na pokładzie tego wielkiego brytyjskiego statku, czuli się zapewne nieswojo – nie tyle z powodu kołysania co czasów, w jakich przyszło im żyć.

Wielka Brytania pozostawała w stanie wojny z Niemcami – poprzedniego lata rozpoczęła się I wojna światowa. Niedawno Niemcy wydały oświadczenie, że wody sąsiadujące z Wyspami Brytyjskimi, po których miał przepłynąć nasz statek, stanowią strefę wojenną. W trakcie tygodni poprzedzających zaplanowany rejs ambasada niemiecka w Stanach Zjednoczonych zamieszczała w amerykańskich gazetach ogłoszenia ostrzegające przyszłych pasażerów, że ci, którzy znajdą się na owych wodach „na statkach należących do Wielkiej Brytanii lub jej sojuszników, uczynią to na własne ryzyko”1.

Mimo to zaledwie kilku pasażerów odwołało rejs. W końcu ów statek bez przeszkód pokonał Atlantyk ponad dwieście razy. Był jednym z największych i najszybszych statków pasażerskich na świecie, został też zaopatrzony w radiotelegraf oraz wystarczającą liczbę łodzi ratunkowych (po części dzięki nauczce, jaką był los Titanica, który zatonął trzy lata wcześniej). Do tego, a może nawet przede wszystkim, statkiem dowodził kapitan William Thomas Turner, jeden z najbardziej doświadczonych marynarzy – burkliwy pięćdziesięcioośmiolatek, obdarzony „posturą sejfu bankowego” 2, ale też wieloma zaszczytnymi funkcjami i tytułami.

Przez pięć dni statek spokojnie przemierzał Ocean Atlantycki. Jednak 6 maja, kiedy transatlantyk zbliżał się do wybrzeży Irlandii, Turner otrzymał informację, że w okolicy pojawiły się niemieckie okręty podwodne, U-Booty. Wkrótce kapitan opuścił mostek i przeniósł się na pomost nawigacyjny, skąd mógł śledzić horyzont gotów do podejmowania szybkich decyzji.

Siódmego maja, w piątkowy poranek, kiedy liniowiec znajdował się zaledwie sto mil od wybrzeża, pojawiła się gęsta mgła, dlatego Turner zmniejszył prędkość statku z dwudziestu jeden węzłów do piętnastu. Jednak do południa mgła się podniosła i w oddali Turner mógł dostrzec linię brzegową. Niebo było bezchmurne, a wody spokojne.

Tymczasem ani załoga, ani kapitan nie zdawali sobie sprawy, że o pierwszej po południu niemiecki dowódca U-Boota, Walther Schweiger, wypatrzył ich statek. Do tego w ciągu kolejnej godziny kapitan Turner podjął dwie trudne do wytłumaczenia decyzje. Po pierwsze, zwiększył prędkość statku, ale tylko do osiemnastu węzłów, a nie do jego maksymalnej prędkości wynoszącej dwadzieścia jeden węzłów, mimo że widoczność była dobra, wody spokojne, a kapitan powinien zdawać sobie sprawę, że na okręt mogą czyhać łodzie podwodne. W trakcie podróży zapewniał pasażerów, że statek będzie płynął szybko, ponieważ przy pełnej prędkości liniowiec mógł z łatwością prześcignąć każdą łódź podwodną. Po drugie, około godziny 13.45, chcąc obliczyć pozycję statku, Turner zastosował metodę trawersu – manewr, który zabrał mu czterdzieści minut – zamiast prostszego sposobu, który trwałby zaledwie pięć minut. Wykorzystując metodę trawersu Turner musiał prowadzić transatlantyk w linii prostej, zamiast płynąć zygzakiem, co pozwoliłoby mu uniknąć U-Bootów oraz ich torped.

O godzinie 14.10 niemiecka torpeda rozdarła prawą burtę. Strumień morskiej wody pod ciśnieniem zaczął wyrzucać na pokład potrzaskany sprzęt i elementy statku. Kilka minut później woda zalała najpierw jedną, a potem drugą siłownię. Zniszczenia spowodowały kolejną eksplozję. Turner znalazł się za burtą. Pasażerowie z krzykiem rzucili się do łodzi ratunkowych. Zaledwie osiemnaście minut po uderzeniu torpedy statek przechylił się na bok i zaczął tonąć.

Komandor łodzi podwodnej Schweiger widząc wyrządzone przez siebie zniszczenia zawrócił na pełne morze. Zatopił Lusitanię.

Wskutek ataku zginęło niemal 1200 osób, w tym 123 ze 141 Amerykanów znajdujących się na pokładzie. Incydent ten przyczynił się do nasilenia działań zbrojnych w trakcie I wojny światowej, zdefiniował na nowo reguły zaangażowania marynarki w walkę, a później pomógł wciągnąć Stany Zjednoczone do wojny. Jednak to, co dokładnie zaszło tamtego majowego popołudnia ponad sto lat temu, pozostaje tajemnicą. Dwa dochodzenia prowadzone tuż po ataku nie dostarczyły satysfakcjonujących odpowiedzi. Pierwsze z dochodzeń zostało przerwane przez brytyjski rząd w obawie przed ujawnieniem sekretów wojskowych. Drugie, prowadzone początkowo przez Johna Charlesa Bighama, brytyjskiego prawnika znanego jako Lord Mersey, który badał także katastrofę Titanica, oczyściło z wszelkich zarzutów kapitana Turnera i firmę transportową. Jednak wcześniej, kilka dni po zakończeniu przesłuchań, Lord Mersey zrzekł się udziału w śledztwie i odmówił przyjęcia wynagrodzenia za swoją pracę komentując, że: „zatonięcie Lusitanii to haniebna i przeklęta sprawa!”3. W ubiegłym wieku dziennikarze wielokrotnie analizowali artykuły prasowe oraz zapiski pasażerów, a nurkowie badali wrak, szukając wskazówek odnoszących się do tego, co naprawdę się zdarzyło. Cyklicznie pojawiające się książki i filmy dokumentalne przedstawiają jednak głównie teorie i przypuszczenia ich autorów.

Czy Wielka Brytania umyślnie naraziła Lusitanię na niebezpieczeństwo, a może wręcz zawiązała konspirację, której celem było zatopienie okrętu, aby wciągnąć Stany Zjednoczone w wojnę? Czy statek, którym transportowano niewielką ilość amunicji oraz sprzętu bojowego, w rzeczywistości przewoził większy i potężniejszy zapas broni, mający stanowić wsparcie dla brytyjskich wysiłków wojennych? Czy główny człowiek odpowiedzialny za brytyjską marynarkę, czterdziestoletni Winston Churchill miał z tym wszystkim coś wspólnego? Czy kapitan Lusitanii, który przeżył atak na statek, był pionkiem w rozgrywce potężniejszych od siebie, „durniem, który prosił się o katastrofę”, jak nazwał go jeden z ocalałych pasażerów? A może, jak twierdzą inni, Turner przeszedł niewielki udar, który wpłynął na jego osąd? Czy dochodzenia i śledztwa, których odkrycia nie zostały całkowicie ujawnione, nie miały na celu zatuszowania jakichś faktów4? Nikt nie ma pewności. Podejmowne przez ponad sto lat dziennikarskie śledztwa, analizy historyczne czy wręcz czyste domniemywania nie doprowadziły do jednoznacznej odpowiedzi. Może jednak istnieje prostsze wytłumaczenie, którego nikt wcześniej nie brał pod uwagę. Może odwołanie się do ustaleń nauk behawioralnych i biologicznych XXI wieku przy analizowaniu tej jednej z najbardziej brzemiennych w skutki katastrof morskich w historii pozwoliłoby na mniej złowieszcze wyjaśnienie? Może po prostu kapitan Turner podjął kilka niewłaściwych decyzji? I może były one niewłaściwe, ponieważ stało się to po południu?

Ta książka opowiada o wyczuciu czasu. Wszyscy wiemy, że wyczucie czasu jest czymś niezmiernie istotnym. Cały problem w tym, że niewiele wiemy na jego temat. Nasze życie jawi się nam jako niekończący się strumień decyzji dotyczących tego, „kiedy” – kiedy zmienić pracę, przekazać złe wieści, zaplanować zajęcia, rozwieść się, pobiegać, zaangażować się w projekt czy w związek. Jednak większość tych decyzji wywodzi się z parującego grzęzawiska intuicji połączonej ze zgadywaniem. Wierzymy, że wyczucie czasu to swego rodzaju sztuka.

Postanowiłem pokazać, że w istocie jest ono nauką – kształtującym się przedmiotem wieloaspektowych, multidyscyplinarnych dociekań, które skutkują świeżym spojrzeniem na ludzką naturę oraz praktycznymi wskazówkami, jak pracować mądrzej i żyć lepiej. Odwiedź dowolną księgarnię czy bibliotekę, a znajdziesz półkę (lub tuzin półek) pełną książek poświęconych temu, jak robić rozmaite rzeczy – od zjednywania sobie przyjaciół i wpływania na ludzi po naukę tagalskiego w miesiąc. Tego rodzaju poradników publikuje się tak wiele, że można wydzielić dla nich specjalną kategorię: jak (ang. how-to). Zatem potraktuj tę książkę jako należącą do zupełnie nowego gatunku poradników zajmujących się tym: kiedy.

Przez minione dwa lata wraz z dwoma dzielnymi naukowcami przeczytałem i przeanalizowałem ponad siedemset różnego rodzaju badań – z dziedziny ekonomii i anestezjologii, antropologii i endokrynologii, chronobiologii i psychologii społecznej – aby dotrzeć do skrywającej się w nich nauki dotyczącej wyczucia czasu. Na ponad dwustu stronach tej książki wykorzystam wyniki tych badań, by rozważyć pytania wypływające z ludzkiego doświadczenia, których jednak często nie umiemy sformułować. Dlaczego początki – niezależnie od tego, czy zabieramy się za coś szybko, czy mamy nieudany start – są takie istotne? Jak możemy zacząć od nowa, jeżeli wypadliśmy z bloków startowych? Dlaczego osiągnięcie półmetka – projektu, gry czy wręcz życia – czasem napełnia nas smutkiem, a czasem dodaje nam energii? Dlaczego świadomość zbliżania się do mety zmusza nas do większego wysiłku na finiszu, ale też inspiruje nas, by zwolnić i poszukać sensu? Jak zsynchronizować się w czasie z innymi – niezależnie od tego, czy projektujemy oprogramowanie, czy śpiewamy w chórze? Dlaczego niektóre szkolne rozkłady zajęć utrudniają naukę, a przerwy w nauce mogą pozytywnie wpływać na wyniki osiągane przez uczniów na sprawdzianach? Dlaczego myślenie o przeszłości powoduje, że zachowujemy się w określony sposób, a zastanawianie się nad przyszłością popycha nas w innym kierunku? I wreszcie, w jaki sposób powinniśmy kształtować nasze organizacje, szkoły i życie, aby uwzględniać niewidzialną potęgę czasu – skoro wyczucie czasu, parafrazując słowa Milesa Davisa, nie jest ważne, ale najważniejsze?

Ta książka jest solidnie wsparta na naukowych podstawach. Przeczytasz w niej o wielu badaniach, a wszystkie one są przywołane w przypisach, abyś mógł się z nimi lepiej zapoznać (lub zweryfikować moją pracę). Jest to zarazem książka praktyczna. Każdy jej rozdział kończy się częścią, którą nazwałem „Rady na czas”. Jest to zestaw narzędzi, ćwiczeń oraz wskazówek, które mają pomóc wcielić prezentowane refleksje w życie.

A zatem od czego zaczynamy?

Nasze dochodzenie rozpoczniemy od samego czasu. Przyjrzymy się historii czasu – od pierwszych zegarów słonecznych w starożytnym Egipcie, przez wczesne mechaniczne zegary w szesnastowiecznej Europie, po pojawienie się stref czasowych w XIX wieku. Szybko zdasz sobie sprawę, że wiele z określeń czasu, które wydają nam się jego „naturalnymi” jednostkami, to tak naprawdę swego rodzaju zapory stworzone przez naszych przodków, aby poskromić czas. Sekundy, godziny i tygodnie to wynalazek człowieka. Jak napisał historyk Daniel Boorstin, wydzielając je „ludzkość wyzwoliła się od cyklicznej monotonii natury”5.

Jednak pewien obszar czasu pozostaje poza naszą kontrolą jako wcielenie cyklicznej monotonii Boorstina. Zamieszkujemy planetę, która obraca się wokół własnej osi ze stałą prędkością, według przewidywalnego schematu, co skutkuje regularnymi okresami światła i ciemności. Każdy obrót Ziemi nazywamy dniem. Dzień jest zapewne najważniejszą jednostką podziału, planowania i szacowania naszego czasu. Dlatego też zgłębianie kwestii, czym jest wyczucie czasu, zaczniemy właśnie od niego. Czego naukowcy dowiedzieli się o rytmie dnia? Jak możemy wykorzystać tę wiedzę dla podniesienia naszej wydajności, poprawy zdrowia i zwiększenia zadowolenia? I dlaczego, jak zdaje się dowodzić przykład kapitana Turnera, nie powinniśmy nigdy podejmować istotnych decyzji po południu?

CZĘŚĆ PIERWSZADZIEŃ

1.UKRYTY SCHEMAT ŻYCIA POWSZEDNIEGO

Co ludzie czynią co dnia, nie wiedząc, co czynią?

WILLIAM SHAKESPEAREWiele hałasu o nic

Gdybyś chciał, badając kondyncję emocjonalną świata, znaleźć arenę nastrojów dostatecznie wielką, by pomieściła nasz glob, tym oczekiwaniom całkiem dobrze sprostałby Twitter. Niemal miliard ludzi mających na nim konta publikuje co sekundę około sześciu tysięcy tweetów1. Ogólna ilość tych krótkich wiadomości – to, co mówią ludzie i jak mówią – przekłada się na morze danych, w których mogą nurkować naukowcy pragnący zrozumieć ludzkie zachowanie.

Kilka lat temu dwóch socjologów z uniwersytetu Cornella, Michael Macy i Scott Golder, przeanalizowało ponad 500 milionów tweetów, opublikowanych w ciągu dwóch lat przez 2,4 miliona użytkowników z 84 krajów. Chcieli wykorzystać ten zbiór do zmierzenia ludzkich emocji, a zwłaszcza ustalenia tego, jak zmienia się, zależnie od pory dnia, „pozytywny afekt” (takie emocje jak entuzjazm, pewność siebie i pobudzenie) oraz „negatywny afekt” (takie emocje jak złość, otępienie, poczucie winy). Oczywiście badacze nie czytali sami po kolei pół miliarda tweetów. Do ich analizy wykorzystali program służący do komputerowego rozpoznawania słów o nazwie LIWC (Linguistic Inquiry and Word Count), który oceniał ładunek emocjonalny każdego słowa.

Wnioski, do jakich doszli Macy i Goldberg, zostały opublikowane w prestiżowym periodyku „Science”: w ciągu dnia samopoczucie ludzi ulega zmianom zgodnie ze stałym wzorem. Afekt pozytywny – język wypowiedzi wskazujący na to, że tweetujący czuli się aktywni, zaangażowani i pełni nadziei – nasilał się rano, a słabł po południu, by znów wzrosnąć wczesnym wieczorem. Nie miało znaczenia, czy użytkownik serwisu pochodził z Ameryki Północnej, czy z Azji, czy był muzułmaninem, czy ateistą, miał czarną, białą bądź brązową skórę. „Wzór czasowych zmian afektu wykazuje podobieństwa niezależnie od kultury czy szerokości geograficznej”, stwierdzili naukowcy. Nie miało również znaczenia, czy badane wpisy pochodziły z poniedziałku, czy z czwartku. Każdy dzień tygodnia wyglądał podobnie. Nieco inaczej przedstawiały się natomiast rezultaty analizy wpisów weekendowych. W sobotę i niedzielę afekt pozytywny przybierał nieco na sile – chociaż jego poranny szczyt zaczynał się około dwóch godzin później niż w dni powszednie, jednak ogólny schemat pozostawał bez zmian2. Nie miało też znaczenia, czy pomiarów dokonywano w dużym, pełnym różnorodności kraju, jakim są Stany Zjednoczone, czy w mniejszym, bardziej jednorodnym państwie, jakim są Zjednoczone Emiraty Arabskie; schemat okazywał się zaskakująco niezmienny. Jego kształt prezentuje poniższy rysunek.

Kontynent i strefa czasowa nie miały znaczenia, dobowe wahania były tak samo przewidywalne jak przypływy i odpływy – szczyt, spadek, powrót. Pod powierzchnią naszego powszedniego życia rysuje sie ukryty schemat, ważny, nieoczekiwany i wymowny.

Zrozumienie tego wzoru – skąd się bierze i co oznacza – rozpoczęło się od rośliny doniczkowej, a dokładnie mimozy wstydliwej (Mimosa pudica), ustawionej na okiennym parapecie gabinetu w osiemnastowiecznej Francji. Zarówno gabinet, jak i roślina należały do Jean-Jacquesa d’Ortous de Mairana, wybitnego astronoma owych czasów. Wczesnym wieczorem w lecie 1729 roku de Mairan siedział za biurkiem robiąc to, co robią zarówno osiemnastowieczni francuscy astronomowie, jak i amerykańscy pisarze żyjący w XXI wieku, którzy mają coś ważnego do skończenia: patrzył za okno. Kiedy zaczęło się ściemniać, de Mairan zauważył, że liście rośliny stojącej na parapecie zamknęły się. Wcześniej, w ciągu dnia, kiedy przez okno wpadały promienie słoneczne, liście pozostawały rozwinięte. Ten schemat – rozwijanie liści w słoneczny poranek i zwijanie ich, kiedy nadchodzi noc – nasunął mu pytania. W jaki sposób roślina wyczuwała, co się dzieje w jej otoczeniu? I co się stanie, jeżeli schemat następowania po sobie światła i ciemności zostanie zaburzony?

A zatem w akcie historycznie produktywnego odwlekania zaplanowanych działań, de Mairan przestawił roślinę z parapetu do szafki, której drzwiczki zamknął, aby odciąć dopływ światła. Następnego ranka otworzył szafkę, aby sprawdzić zachowanie rośliny – mon Dieu! – liście rozwinęły się pomimo całkowitej ciemności. Kontynuował te dociekania przez kilka kolejnych tygodni, wieszając w oknach gabinetu czarne zasłony, aby nawet najmniejszy promień światła nie przeniknął do środka. Schemat pozostał niezmienny. Liście mimozy rozwijały się rano i zamykały wieczorem. Roślina nie reagowała na światło zewnętrzne. Przestrzegała nakazów wewnętrznego zegara3.

Od czasu tego odkrycia, dokonanego przez de Mairana prawie trzy wieki temu, naukowcy ustalili, że niemal wszystkie istoty żywe posiadają zegar biologiczny – od czających się w stawach organizmów jednokomórkowych po wielokomórkowe organizmy zasiadające za kierownicami minivanów. Te wewnętrzne chronometry odgrywają kluczową rolę w prawidłowym funkcjonowaniu. Rządzą zbiorem rytmów dobowych (zwanych też niekiedy okołodobowymi), które nadają tempo życiu każdej istoty. (Od doniczkowej rośliny de Mairana wzięła swój początek zupełnie nowa nauka o rytmach biologicznych, znana jako chronobiologia).

Dla mnie i dla ciebie biologicznym Big Benem jest jądro nadskrzyżowaniowe (łac. suprachiasmatic nuclei, SCN), skupisko, wielkości ziarnka ryżu, około 20 tysięcy komórek umiejscowione w podwzgórzu, nieco poniżej środkowej części mózgu. SCN kontroluje wzrost i spadek temperatury naszego ciała, reguluje gospodarkę hormonalną, pomaga nam zasnąć w nocy i obudzić się rankiem. Wyznaczany przez niego dzień trwa nieco dłużej niż jeden obrót Ziemi – około dwadzieścia cztery godziny i jedenaście minut4. Dlatego nasz wewnętrzny zegar wykorzystuje sygnały społeczne (godziny pracy i rozkłady autobusów) oraz sygnały środowiskowe (wschód i zachód słońca), aby dokonać korekcji, która mniej więcej synchronizuje nasze cykle wewnętrzne z zewnętrznymi, w procesie zwanym po angielsku entrainment.

W rezultacie, podobnie jak roślina na parapecie de Mairana, ludzie „otwierają się” i „zamykają” o regularnych porach w ciągu dnia (oczywiście w przenośni). Schematy funkcjonowania nie są identyczne dla każdego – podobnie jak moje ciśnienie krwi i puls nie są takie same jak twoje, ani nawet takie same, jakie miałem jeszcze dwadzieścia lat temu albo będę miał za kolejne dwadzieścia lat. Jednak ogólne zarysy są uderzająco podobne. A jeśli nawet się różnią, to w przewidywalny sposób.

Chronobiolodzy i inni badacze rozpoczynali od analizowania funkcji fizjologicznych, takich jak produkcja melatoniny i reakcje metaboliczne, jednak obecnie zakres zainteresowania poszerzył się o emocje oraz zachowanie. W wyniku tych badań doszło do odkrycia zaskakujących schematów czasowych dotyczących naszego samopoczucia i wydajności – co z kolei dostarcza nam wskazówek odnośnie do planowania naszego powszedniego życia.

WAHANIA NASTROJU I WAHANIA NA GIEŁDZIE

Pomimo swojej liczby, nawet setki milionów tweetów nie pozwalają zgłębić tajemnicy tego, co nam gra na co dzień w duszy. Chociaż inne badania, wykorzystujące Twitter do mierzenia nastrojów, potwierdziły wyniki uzyskane przez Macy’ego i Goldbera, to zarówno samo medium, jak i zastosowana do jego analizy metodologia mają swoje ograniczenia5. Ludzie często wykorzystują media społecznościowe, by zaprezentować światu swoje idealne oblicze, maskując w ten sposób prawdziwe i być może mniej doskonałe emocje. A narzędzia analityczne, choć dysponują mocą obliczeniową pozwalającą zinterpretować taki ogrom danych, nie zawsze są w stanie wykryć ironię, sarkazm czy inne odcienie ludzkich wypowiedzi.

Na szczęście behawioryści posługują się też innymi metodami pozwalającymi zrozumieć, co myślimy i czujemy, a jedna z nich doskonale nadaje się do prześledzenia tego, jak z godziny na godzinę zmieniają się nasze uczucia. Nazywa się Metodą Rekonstrukcji Dnia (ang. Day Reconstruction Method, DRM), a opracowało ją pięciu naukowców, w tym Daniel Kahneman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, oraz Alan Krueger, który pełnił funkcję szefa zespołu doradców ekonomicznych w Białym Domu za czasów prezydentury Baracka Obamy. Wykorzystając DRM uczestnicy badania odtwarzają miniony dzień – zapisują wszystko, co robili i jak się czuli w trakcie tych czynności. Dzięki tej metodzie udało się ustalić na przykład, że w trakcie zwykłego dnia ludzie są najmniej szczęśliwi jadąc do pracy, a najszczęśliwsi czują się wtedy, gdy okazują innym czułość6.

W 2006 roku Kahneman, Krueger i ich zespół wykorzystali DRM, aby zmierzyć „tę cechę afektu, którą zwykle się pomija: jego rytmiczność w ciągu dnia”. Poprosili ponad dziewięćset Amerykanek – pochodzących z różnych grup wiekowych, etnicznych, o różnych dochodach i wykształceniu – aby pomyślały o swoim minionym dniu „jako o serii scen w filmie”, trwających od piętnastu minut do dwóch godzin. Kobiety miały następnie opisać, co robiły w trakcie każdego z tych fragmentów dnia, oraz wybrać jeden z listy dwunastu przymiotników (szczęśliwa, sfrustrowana, w dobrym nastroju, rozdrażniona itp.), który wyrażał towarzyszące im wtedy emocje.

Po dokonaniu obliczeń badacze odkryli „spójny i wyraźny bimodalny model” – bliźniacze wierzchołki – w trakcie dnia. Pozytywne emocje u kobiet nasilały się rano, aby około południa osiągnąć „optymalny punkt emocjonalny”. Potem ich dobry nastrój szybko się obniżał i pozostawał niski przez całe popołudnie, aby znów podnieść się wczesnym wieczorem7.

Poniżej zamieszczam przykładowe wykresy dla trzech pozytywnych emocji – szczęśliwa, serdeczna, w dobrym nastroju. (Na osi pionowej zaznaczono miarę tego stanu według badanych. Im wyższa liczba, tym bardziej pozytywne odczucie, im niższa, tym mniej pozytywne). Na osi poziomej zaznaczono porę dnia (od 7 do 21).

Powyższe trzy wykresy oczywiście nie są identyczne, ale ich zarys jest podobny. Co więcej, ich kształt – jak również cykl dnia, jaki prezentują – jest bardzo podobny do tego, co pokazałem na s. 18. Wczesny szczyt, duży spadek i późniejszy powrót.

W kwestii tak ulotnej jak ludzkie emocje żadnej metodologii nie można uznać za najlepszą. W tym wypadku DRM skupiło się wyłącznie na kobietach. W dodatku co i kiedy mogą być trudne do rozdzielenia. Jednym z powodów, dla których „dobry nastrój” jest intensywnie odczuwany w południe, a mniej o siedemnastej, jest i to, że lubimy spotykać się z innymi (co ma zwykle miejsce w porze lunchu), a nie lubimy stać w korkach (co często ma miejsce wczesnym wieczorem). Jednak wzór jest na tyle regularny i powtórzył się tak wiele razy, że trudno go zlekceważyć.

Jak dotąd zajmowałem się jedynie tym, czego badacze korzystający z DRM dowiedzieli się o pozytywnych emocjach. Nie mówiliśmy o emocjach negatywnych – frustracji, zmartwieniu czy zestresowaniu – które zwykle zaznaczają się w odwrotnym układzie, narastając po południu i słabnąc w miarę jak dzień się kończy. Ale dopiero wtedy, gdy badacze połączyli oba rodzaje emocji, rezultat okazał się uderzający. Powyższy wykres obrazuje coś, co można by określić mianem „dobrego nastroju netto”. Wartości szczęścia dla danych godzin zostały pomniejszone o wartości frustracji.

I znów widzimy szczyt, spadek i powrót.

Nastroje są stanem wewnętrznym, ale mają wpływ na to, co ujawnia się na zewnątrz. Możemy starać się ukrywać nasze emocje, ale i tak się z nimi zdradzamy – a to kształtuje sposób, w jaki inni reagują na nasze wypowiedzi i działania.

Co w sposób nieubłagany prowadzi nas do zupy w puszce.

Jeżeli kiedykolwiek zdarzyło ci się zjeść zupę-krem w porze lunchu, może to być zasługą Douga Conanta. W latach 2001–2011 Conant był prezesem Campbell Soup Company, kultowej marki produkującej kultowe puszki. W trakcie swojego urzędowania Conant pomógł ożywić firmę i zapewnić ponownie jej stabilny rozwój. Jak wszyscy prezesi miał wiele obowiązków. Należał do nich również swoisty rytuał korporacyjnego życia – kwartalna telekonferencja z inwestorami i analitykami, podczas której Conant zawsze był spokojny i opanowany.

Co trzy miesiące zasiadał wraz z dwoma lub trzema podwładnymi (zwykle byli to dyrektor finansowy, kontroler i dyrektor ds. relacji inwestorskich) przy długim prostokątnym stole w sali konferencyjnej głównej siedziby firmy w Camden, w stanie New Jersey. Na środku stołu stała aparatura niezbędna w trakcie godzinnej telekonferencji. Po jej drugiej stronie, przy swoich głośnikach i mikrofonach zajmowała miejsca mniej więcej setka inwestorów, dziennikarzy i, co najważniejsze, analityków giełdowych, których zadaniem była ocena mocnych oraz słabych stron firmy. Przez pół godziny Conant przedstawiał sprawozdanie dotyczące przychodu, wydatków i zysków uzyskanych przez Campbell w poprzednim kwartale. W trakcie kolejnych trzydziestu minut członkowie zarządu odpowiadali na pytania zadawane przez analityków, którzy chcieli się dowiedzieć więcej o wynikach firmy.

Zarówno dla Campbell Soup, jak i dla innych spółek publicznych takie rozmowy z inwestorami są niezwykle istotne. Od tego, w jaki sposób zareagują analitycy – czy rozmowa z prezesem ich zaniepokoi, czy raczej uspokoi w kwestii perspektyw firmy – zależy, czy ceny akcji przedsiębiorstwa odnotują wzrost, czy spadek. Jak mówił mi Conant: „Trzeba znaleźć równowagę. Musisz być odpowiedzialny i obiektywny, przedstawiając fakty. Jednocześnie masz okazję pochwalić się firmą bądź wyjaśnić wszelkie nieporozumienia”. Conant twierdził też, że jego celem było „zminimalizowanie niepewności na niepewnym rynku. Z mojej strony takie rozmowy wprowadzały do relacji z inwestorami element cyklicznej pewności”.

Oczywiście prezesi również są ludźmi i najprawdopodobniej podlegają w ciągu dnia podobnym zmianom nastroju jak my wszyscy. Jednakże prezesi są też zaprawieni w bojach. Bywają bezkompromisowi i obdarzeni strategicznym umysłem. Zdają sobie sprawę, że od każdego słowa, jakie padnie z ich ust w trakcie takiej rozmowy, mogą zależeć miliony dolarów, dlatego przychodzą na spotkania przygotowani i pewni siebie. Czy zatem nie ma to już znaczenia – ani dla zachowania prezesa, ani dla losu firmy – kiedy takie rozmowy są przeprowadzane?

Trzej profesorowie z amerykańskiej szkoły biznesu postanowili to sprawdzić. W pierwszym tego rodzaju badaniu przeanalizowali ponad 26 tysięcy telekonferencji z inwestorami, przeprowadzonych w ponad 2100 spółkach publicznych w trakcie sześciu i pół roku, wykorzystując algorytmy lingwistyczne podobne do tych, na jakich opierano się w trakcie badania dotyczącego Twittera. Profesorowie chcieli ustalić, czy pora dnia miała wpływ na emocjonalny wydźwięk tych niezwykle ważnych rozmów – a w konsekwencji być może także na cenę akcji firmy.

Rozmowy prowadzone z samego rana okazywały się raczej optymistyczne i pozytywne. Ton tych późniejszych „stawał się bardziej negatywny, z mniejszą dozą optymizmu”. Po lunchu nastrój nieco się poprawiał. Zdaniem profesorów znaczenie miał tutaj fakt, że uczestnicy rozmowy doładowali swoje baterie umysłowe i emocjonalne w trakcie przerwy. Jednak po południu znów nasilały się emocje negatywne, a nastrój stawał się lepszy dopiero po zamknięciu giełdy. Schemat ten powtarzał się nawet wtedy, kiedy „wzięło się pod uwagę zmienne czynniki, takie jak normy branży, trudności finansowe, perspektywy rozwoju oraz informacje, które przekazywały spółki”8. Innymi słowy, nawet jeśli badacze brali pod uwagę czynniki gospodarcze (spowolnienie w Chinach, które negatywnie wpłynęło na eksport spółki) czy sprawy zasadnicze dla firmy (fatalne raporty kwartalne), rozmowy prowadzone po południu „okazywały się bardziej negatywne, irytujące oraz bojowe w nastroju” niż rozmowy poranne9.

Być może jeszcze ważniejszy, zwłaszcza dla inwestorów, jest fakt, że pora prowadzenia rozmów oraz emocje generowane przez taką rozmowę wpływały na ceny akcji spółki. Cena akcji spadała w odpowiedzi na negatywny ton – nawet jeśli wzięło się poprawkę na to, czy przekazywane wiadomości były negatywne czy pozytywne – „prowadząc do czasowej niewłaściwej wyceny akcji w przypadku firm, które odbywały rozmowy z inwestorami po południu”.

Chociaż ceny akcji wracały w końcu do właściwego poziomu, wyniki tych badań są godne uwagi. Jak zauważyli badacze, „uczestnicy takich rozmów stanowią wcielenie niemal idealnego homo economicus”. Zarówno analitycy, jak i kadra zarządzająca wiedzą, o jaką stawkę toczy się gra. Słuchaczami są nie tylko uczestnicy rozmowy. Słucha cały rynek. Niewłaściwe słowo, niezgrabna odpowiedź, nieprzekonująca reakcja mogą sprawić, że ceny akcji zaczną pikować, stanowiąc zagrożenie dla przyszłości firmy oraz premii zarządu. Realistycznie myślący biznesmen jest dostatecznie zmotywowany, by działać rozsądnie, i zapewne, jego zdaniem, tak właśnie się dzieje. Jednak gospodarcza racjonalność powinna też uwzględniać zegar biologiczny, który wykształcił się w trakcie wielu milionów lat ewolucji. Nawet „osoby obyte w realiach gospodarczych, podejmujące zmotywowane działania, podlegają wpływom rytmów cyklu dobowego w realizacji obowiązków zawodowych”10.

Odkrycia te mają szereg konsekwencji, twierdzą naukowcy. Rezultaty „wskazują, że wewnętrzne rytmy cyklu dobowego wpływają na komunikację firmową, podejmowanie decyzji i wyniki, niezależnie od stanowiska czy rodzaju działalności w gospodarce”. Uzyskane rezultaty badawcze były tak jednoznaczne, że autorzy zdobyli się na czyn rzadko spotykany w rozprawach naukowych: udzielili konkretnej, praktycznej rady.

„Ważnym wnioskiem z naszego badania dla kadry zarządzającej firm jest ustalenie, że wszelka komunikacja z inwestorami, a zapewne również inne istotne decyzje dotyczące zarządzania czy też negocjacje, powinny być podejmowane w początkowej fazie dnia”11.

Czy reszta z nas również powinna kierować się tą radą? (Okazuje się, że firma Campbell zwykle planowała rozmowy z inwestorami z rana). Zmiany naszych nastrojów zachodzą w sposób regularny – i wpływają, niemal niedostrzegalnie, na to, w jaki sposób zarząd firmy wykonuje swoją pracę. A zatem, czy ci spośród nas, którzy nie wspięli się na najwyższe szczeble kariery, również powinni zaczynać dzień od najtrudniejszych zadań?

Odpowiedź brzmi: tak. I nie.

CZUJNOŚĆ, BLOKADA ORAZ SEKRET WYSOKIEJ WYDAJNOŚCI NA CO DZIEŃ

Poznaj Lindę. Ma 31 lat, jest singielką, osobą elokwentną oraz niezwykle inteligentną. Linda studiowała filozofię. Na uniwersytecie interesowała się zagadnieniami dyskryminacji i sprawiedliwości społecznej, uczestniczyła też w protestach antynuklearnych.

Zanim opowiem ci o niej więcej, odpowiedz na jedno pytanie dotyczące Lindy. Co jest bardziej prawdopodobne?

a. Linda pracuje jako kasjerka w banku.

b. Linda pracuje jako kasjerka w banku i aktywnie działa w ruchu feministycznym.

Większość ludzi wybiera odpowiedź b. Intuicyjne uznajemy, że ma sens, prawda? Szukająca sprawiedliwości, przeciwna bombie atomowej filozofka? To z pewnością ktoś, kto zaangażuje się w ruch feministyczny. Jednak to odpowiedź a jest – i musi być – poprawna. Odpowiedź ta nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Linda nie istnieje. To nie jest także kwestia opinii. To rezultat całkowicie logicznego rozumowania. Kasjerki bankowe, które są również feministkami – podobnie jak kasjerki bankowe, które jodłują lub nienawidzą kolendry – stanowią podgrupę zbioru kasjerek bankowych, a podgrupy nie mogą być liczniejsze niż grupa, której część stanowią[1]. W 1983 roku Daniel Kahneman, laureat Nagrody Nobla, znany z DRM, wraz ze swym nieżyjącym już współpracownikiem Amosem Tversky’m wykorzystali odpowiedzi na zagadkę z Lindą, aby zilustrować coś, co nazwali „błędem koniunkcji” – jako przykład jednej z wielu sytuacji, w których nasze rozumowanie ma błędny przebieg12. W trakcie głośnego eksperymentu badacze przedstawiali problem Lindy o różnych porach dnia – na przykład o 9 i 20 – godzina często decydowała, czy uczestnicy byli w stanie udzielić prawidłowej odpowiedzi, czy też wywracali się na kognitywnej skórce od banana. Prawdopodobieństwo udzielenia prawidłowej odpowiedzi było znacznie wyższe rano niż po południu. Istniał jednak jeden ciekawy i ważny wyjątek dotyczący wniosków (o którym powiem wkrótce). Podobnie jak działo się w sytuacji kadry zarządzającej i rozmów z inwestorami, wyniki okazywały się dobre na początku dnia, aby pogorszyć się w miarę jego upływu13.

Taki sam schemat można zaobserwować w przypadku stereotypów. Badacze poprosili innych uczestników eksperymentu o ocenę winy fikcyjnego oskarżonego. Wszyscy „sędziowie” czytali ten sam raport. Jednak połowa otrzymywała dokument, w którym oskarżony nazywał się Robert Garner, pozostali – dokument z nazwiskiem Roberto Garcia. Jeżeli ludzie podejmowali decyzję rano, werdykt „winny” pojawiał się równie często w przypadku obu podejrzanych. Kiedy werdykty zapadały po południu, istniało znacznie większe prawdopodobieństwo, że Garner zostanie uznany za niewinnego, a Garcia za winnego. Konieczność racjonalnej oceny dowodów wykazała, że również w przypadku tej grupy uczestników bystrość umysłu była większa rano. Ociężałość umysłu, której dowodem jest uciekanie się do stereotypów, zwiększała się w ciągu dnia14.

Naukowcy zaczęli mierzyć wpływ pory dnia na sprawność mózgu ponad sto lat temu, kiedy niemiecki psycholog Hermann Ebbinghaus prowadził pionierskie eksperymenty dowodzące, że ludzie skuteczniej uczą się i zapamiętują bezsensowne zestawienia sylab wcześnie rano niż w nocy. Od tego czasu badacze kontynuowali tego typu badania możliwości umysłowych – wyprowadzając z nich trzy kluczowe wnioski.

Po pierwsze, nasze możliwości poznawcze nie pozostają niezmienne przez cały dzień. Podczas szesnastu godzin, kiedy czuwamy, zmieniają się – na ogół w regularny, przewidywalny sposób. W pewnych porach dnia bardziej niż w innych jesteśmy mądrzejsi, szybsi, bardziej ociężali, wolniejsi, bardziej kreatywni i mniej kreatywni.

Po drugie, te zmiany są poważniejsze, niż się nam wydaje. „Zmiana wydajności pomiędzy najwyższym punktem w ciągu dnia a najniższym punktem w ciągu dnia może być porównywalna z wydajnością po spożyciu dozwolonej ilości alkoholu”, jak twierdzi Russell Foster, neurobiolog i chronobiolog z Uniwersytetu Oksfordzkiego15. Inne badanie dowiodło, że nasze umiejętności poznawcze mogą się różnić zależnie od pory dnia o 20 procent16.

Po trzecie, to, jak sobie radzimy, zależy od tego, czym się zajmujemy. Według brytyjskiego psychologa Simona Folkarda „jednym z głównych wniosków płynących z badań nad wpływem pory dnia na wydajność jest stwierdzenie, że najlepsza pora na wykonanie danego zadania zależy od tego, jakie to zadanie”.

Problem Lindy to zadanie analityczne. Z pewnością można je uznać za podchwytliwe, jednak nie wymaga szczególnej kreatywności czy przenikliwości. Istnieje jedna właściwa odpowiedź – której można udzielić posługując się logiką. Liczne dowody potwierdzają, że dorośli najlepiej radzą sobie z tego typu rozumowaniem rano. Kiedy się budzimy, temperatura naszego ciała powoli rośnie. Podnosząca się temperatura wpływa na stopniowe zwiększenie poziomu naszej energii oraz uwagi – a to z kolei pozytywnie wpływa na nasze funkcje wykonawcze, naszą zdolność koncentracji oraz dedukcji. Większość z nas potrafi najlepiej wykorzystać swoje umiejętności analityczne późnym rankiem lub około południa17.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że przed południem nasze umysły są bardziej czujne. W problemie Lindy fragment o zabarwieniu politycznym, dotyczący doświadczeń Lindy z uczelni, jest rozpraszaczem. Nie ma znaczenia dla właściwej odpowiedzi na pytanie. Kiedy nasze umysły są czujne, jak to zwykle ma miejsce rano, potrafimy trzymać takie rozproszenia z dala od naszego mózgu.

Jednak czujność ma swoje granice. Po kilku godzinach nieustannego czuwania strażnicy naszego umysłu są zmęczeni. Wymykają się na papierosa lub do toalety. A kiedy ich nie ma, wkradają się intruzi – naciągana logika, niebezpieczne stereotypy, nieistotne informacje. Czujność oraz poziom energii, które rosną od rana i osiągają szczyt około południa, słabną po południu18. Razem z ich obniżeniem spada nasza umiejętność koncentracji i powściągania naszych zahamowań. Nasz umysł zwija swoje zdolności analityczne niczym niektóre rośliny liście.

Skutki tego mogą być znaczące, ale często nie zdajemy sobie z nich sprawy. Na przykład uczniowie w Danii, tak jak wszyscy inni uczniowie, poddawani są co roku ustandaryzowanym testom, mającym określić, czego się uczą i jak radzi sobie ich szkoła. Duńskie dzieci rozwiązują testy przy użyciu komputerów. Jednak w szkołach na ogół jest mniej komputerów niż uczniów, ci zatem nie mogą przystąpić do egzaminów jednocześnie. W konsekwencji pora pisania testu zależy od kaprysu harmonogramu oraz dostępności komputerów. Niektórzy uczniowie piszą sprawdzian rano, inni później, w ciągu dnia.

Francesca Gino z Harvardu oraz dwaj duńscy naukowcy poświęcili cztery lata na przeanalizowanie rezultatów sprawdzianu, jakiemu poddano dwa miliony duńskich uczniów. Następnie połączyli zdobyte przez nich punkty z porą dnia, podczas której sprawdzian się odbywał, i odkryli ciekawą, choć niepokojącą zależność. Uczniowie piszący rano uzyskiwali lepsze wyniki od tych, którzy pisali po południu. Co więcej, każda godzina zwłoki miała negatywny wpływ na liczbę zdobytych punktów. Rezultaty sprawdzianów pisanych w późniejszej porze dnia były podobne do tych osiąganych przez dzieci z domów o nieco mniejszych dochodach czy niższym wykształceniu – późniejsza godzina miała skutek podobny do dwutygodniowej nieobecności w trakcie roku szkolnego19. Oczywiście nie pora była najważniejsza. Ale była niezwykle istotna.

Podobną prawidłowość udało się zaobserwować w Stanach Zjednoczonych. Nolan Pope, ekonomista z uniwersytetu w Chicago, przyjrzał się wynikom ustandaryzowanych sprawdzianów oraz ocenom uzyskanym przez niemal dwa miliony uczniów z Los Angeles. Niezależnie od tego, o której zaczynały się lekcje, „nauka matematyki w trakcie dwóch pierwszych lekcji, zamiast w trakcie dwóch ostatnich lekcji, miała pozytywny wpływ na oceny uczniów”, jak też na wyniki uzyskiwane przez nich w ogólnostanowych sprawdzianach wiedzy. Choć Pope twierdzi, że nie do końca wiadomo, dlaczego tak się dzieje, „rezultaty wskazują, że uczniowie pracują wydajniej na początku zajęć szkolnych, zwłaszcza jeżeli chodzi o matematykę”, zatem szkoła może pozytywnie wpłynąć na uzyskiwane przez uczniów wyniki „po prostu zmieniając pory danych zajęć”20.

Zanim jednak zaczniesz zmieniać swój rozkład dnia, by wcisnąć wszystko co istotne przed lunchem, zastanów się. Wysiłek umysłowy nie zawsze jest tego samego rodzaju. Aby to zademonstrować, przyjrzyjmy się kolejnej zagadce.

Ernesto prowadzi sklep numizmatyczny. Pewnego dnia ktoś przynosi mu przepiękną monetę z brązu. Po jednej jej stronie znajduje się głowa cesarza, a po drugiej data oznaczona jako 544 AC. Ernesto ogląda monetę – ale zamiast ją kupić, powiadamia policję. Dlaczego?

Powyższa zagadka sprawdza nasza spostrzegawczość. Rozumowanie w metodyczny, algorytmiczny sposób nie przyniesie nam prawidłowej odpowiedzi. Zetknąwszy się z problemem wymagającym spostrzegawczości, ludzie na ogół rozpoczynają od systematycznej analizy, ale w końcu dochodzą do ściany. Niektórzy w tym momencie się poddają, wiedząc, że nie mogą się wspiąć na tę ścianę ani przebić jej głową. Jednak pozostali, równie bezradni i sfrustrowani, w końcu doświadczają czegoś, co nazywamy „olśnieniem” – aha! – co pomaga im spojrzeć na przedstawione fakty w nowym świetle. Oceniają problem inaczej i szybko odkrywają, jakie jest jego rozwiązanie. (Nadal nie znasz rozwiązania zagadki z monetą? Odpowiedź sprawi, że uderzysz się w czoło. Rok 544 AC wybity na monecie to 544 lata przed Chrystusem – ante Christum. W owych czasach nikt nie używał takiego oznaczenia, ponieważ Chrystus jeszcze się nie narodził – i oczywiście nikt nie wiedział, że przyjdzie na świat pięć wieków później. Moneta jest bez wątpienia sfałszowana).

Dwie amerykańskie psycholożki, Mareike B. Wieth i Rose T. Zacks, przedstawiły ten oraz inne podobne problemy sprawdzające spostrzegawczość grupie osób, które twierdziły, że najlepiej myśli się im rano. Badaczki przetestowały połowę grupy w godzinach między 8.30 a 9.30, a drugą połowę między 16.30 a 17.30. Ci, którym lepiej myślało się z rana, częściej byli w stanie rozwiązać zagadkę z monetą… po południu. „Uczestnicy, którzy rozwiązywali problemy sprawdzające spostrzegawczość w trakcie pory dnia, która nie była dla nich optymalna […], radzili sobie lepiej niż uczestnicy sprawdzani w optymalnej dla siebie porze dnia”, odkryły Wieth i Zacks21.

Co się zatem dzieje?

Odpowiedź ma związek z wartownikami naszej poznawczej twierdzy. U większości z nas rano nasi strażnicy są najbardziej uważni, gotowi odeprzeć wszelkich intruzów. Ta czujność – zwana też „kontrolą hamującą” – pomaga naszemu mózgowi rozwiązywać problemy analityczne, blokując to, co nas rozprasza22. Jednak problemy testujące spostrzegawczość są inne. Wymagają mniej czujności i mniej zahamowania. Łatwiej nam doznać olśnienia, jeżeli nasi strażnicy sobie odpuszczą. W momentach rozluźnienia czynniki rozpraszające mogą nam wręcz pomóc dostrzec powiązania, które byśmy przegapili w stanie wzmożonej czujności. W przypadku problemów analitycznych brak kontroli hamującej jest błędem. Przy problemach sprawdzających spostrzegawczość staje się to zaletą.

Niektórzy nazywają to zjawisko „paradoksem inspiracji” – to koncepcja, według której „innowacyjność i kreatywność są najwyższe, kiedy nie jesteśmy w najlepszej formie, przynajmniej w odniesieniu do naszych rytmów okołodobowych”23. Badania wyników uczniów z Danii i Los Angeles sugerują, że lepiej zajmować się przedmiotami wymagającymi analitycznego myślenia, takimi jak matematyka, z rana. Natomiast badania Wieth i Zacks „przekonują, że uczniowie wybierający swój plan lekcji mogą lepiej radzić sobie na zajęciach takich jak plastyka czy kreatywne pisanie w porze dnia, która nie jest dla nich optymalna”24.

Podsumowując, nasze nastroje i wydajność wahają się w trakcie dnia. U większości z nas nastrój zmienia się zgodnie z typowym schematem: szczyt, spadek i powrót. Dzięki temu łatwiej stworzyć nam podwójny schemat wydajności. Rano, w trakcie szczytu, większość z nas lepiej radzi sobie z problemami Lindy – pracą analityczną wymagającą bystrości, czujności i skupienia. Później, w trakcie powrotu formy, większość z nas lepiej będzie sobie radziła z problemami monety – zagadnieniami wymagającymi spostrzegawczości, w których przydaje się zmniejszenie zahamowania i determinacja. (Spadek formy około południa nie nadaje się do zbyt wielu działań, co wyjaśnię wkrótce). Jesteśmy mobilną wersją rośliny de Mairana. Nasze umiejętności rozwijają się i kurczą zgodnie z zegarem, nad którym nie mamy kontroli.

Być może dostrzegłeś, że w powyższej wypowiedzi nieco się asekurowałem. Wspomniałem, jak pewnie zauważyłeś, o „większości z nas”. Istnieje bowiem wyjątek od powszechnego schematu, zwłaszcza dotyczącego wydajności, i jest on bardzo ważny.

Wyobraź sobie, że stoisz wraz z trojgiem znajomych. Spośród waszej czwórki jedna osoba reprezentuje zapewne inny rodzaj organizmu, o odmiennie działającym zegarze.

SKOWRONKI, SOWY I PTAKI TRZECIEGO RODZAJU

Tuż przed świtem któregoś dnia w 1879 roku Thomas Alva Edison siedział w swoim laboratorium w Menlo Park, w stanie New Jersey, zastanawiając się nad pewnym problemem. Opracował podstawy działania żarówki elektrycznej, ale brakowało mu substancji, która pełniłaby rolę taniego, ale wytrzymałego żarnika. Był sam w laboratorium (jego rozsądniejsi koledzy dawno już spali w domach), pogrążony w myślach sięgnął machinalnie po szczyptę sproszkowanego grafitu, przygotowanego do innego eksperymentu, i zaczął rolować go w palcach – co można uznać za dziewiętnastowieczny odpowiednik ściskania piłeczki antystresowej lub wrzucania spinaczy do pojemnika.

I w owej chwili – przepraszam za frazesy – Edison doznał olśnienia.

Cienka węglowa nitka, którą utoczył, mogła sprawdzić się jako żarnik. Przetestował ją. Paliła się jasno i długo, co rozwiązało problem. Pokój, w kórym piszę te słowa, i pokój, w którym ty zapewne je czytasz, tonęłyby teraz w mroku, gdyby nie wynalazek Edisona.

Thomas Edison był sową, która pomogła innym sowom. „Łatwiej było go znaleźć w laboratorium o północy niż w południe”, pisał jeden z jego pierwszych biografów25.

Ludzie nie doświadczają dnia w dokładnie taki sam sposób. Każdy z nas ma swój „chronotyp” – osobisty schemat rytmów okołodobowych, które wpływają na naszą fizjologię i psychikę. Żyjący wśród nas Edisonowie to późne chronotypy. Budzą się długo po wschodzie słońca, nienawidzą poranków, a szczyt możliwości osiągają późnym popołudniem lub wczesnym wieczorem. Inni spośród nas to wczesne chronotypy. Łatwo się im wstaje i w ciągu dnia czują się pełni energii, by osłabnąć na wieczór. Niektórzy z nas to sowy; inni – skowronki.

Z pewnością znasz terminologię określającą ludzi jako skowronki lub sowy. To dogodny skrót myślowy pozwalający opisać chronotypy; dwie proste ptasie kategorie, dzięki którym możemy pogrupować osobowości oraz skłonności naszego bezpiórego gatunku. Jednak rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest nieco bardziej skomplikowana.

Pierwsze metodyczne próby zmierzenia różnic pomiędzy wewnętrznymi ludzkimi zegarami podjęto w 1976 roku; dwaj naukowcy, Szwed i Brytyjczyk, opublikowali wówczas składający się z dziewiętnastu pytań kwestionariusz oceny chronotypu. Kilka lat później dwójka naukowców zajmujących się chronobiologią, Amerykanka Martha Merrow i Niemiec Till Roenneberg opracowali powszechniej stosowany kwestionariusz, Monachijski Kwestionariusz Chronotypu (ang. Munich Chronotype Questionnaire, MCTQ), w którym odróżniono rytm snu w dni robocze (kiedy zwykle musimy wstać o określonej godzinie) od rytmu w dni wolne od pracy (kiedy budzimy się wedle wyboru). Badane osoby odpowiadają na pytania w kwestionariuszu, a następnie otrzymują liczbę punktów. Na przykład, kiedy ja odpowiedziałem na pytania z MCTQ, okazało się, że należę do najbardziej powszechnej kategorii – „typ nieco wczesny”.

Jednak Roenneberg, który stał się najbardziej znanym chronobiologiem na świecie, zaproponował wkrótce jeszcze prostszy sposób ustalenia indywidualnego chronotypu. Możesz określić swój od razu.

Pomyśl o swoim zachowaniu w dni wolne od pracy – kiedy nie musisz się budzić o określonej godzinie. Następnie odpowiedz na poniższe trzy pytania.

1. O której godzinie zwykle chodzisz spać?

2. O której godzinie zwykle się budzisz?

3. Kiedy wypada środek pomiędzy tymi dwiema porami – to znaczy środek twojego snu? (Na przykład, jeśli na ogół zasypiasz o 23.30 i budzisz się o 7.30, twój środek snu wypadnie o 3.30).

A teraz znajdź się na wykresie zamieszczonym na sąsiedniej stronie, który przysposobiłem z badania Roenneberga[2].

Istnieje prawdopodobieństwo, że nie jesteś ani wyłącznie skowronkiem, ani w pełni sową, plasujesz się gdzieś pośrodku, w grupie, którą określam mianem „trzeciego ptaka”. Roenneberg i inni odkryli, że „rozkład godzin snu i czuwania w niemal każdej populacji jest zgodny z rozkładem Gaussa (normalnym)”26. Oznacza to, że po naniesieniu chronotypów ludzkich na wykres otrzymasz krzywą dzwonową. Jedyna różnica, jak widać na powyższym wykresie, jest taka, że skrajne sowy są liczniejsze od skrajnych skowronków; zgodnie ze statystyką, a nie fizjologią, sowy mają dłuższy „ogon”. Jednak większość ludzi nie należy ani do kategorii skowronków, ani sów. Wyniki badań prowadzonych przez kilka dziesięcioleci na różnych kontynentach wskazują, że około 60 do 80 procent ludzi to „ptaki trzeciego rodzaju”27. Roenneberg podsumowuje: „To jak z długością stopy. Niektórzy rodzą się z wielkimi, niektórzy z małymi, ale większość z nas plasuje się pośrodku”28.

Chronotypy mają jeszcze jedną cechę wspólną ze stopami. Niewiele możemy poradzić na ich długość i kształt. Przynajmniej za połowę zmienności chronotypu odpowiada genetyka, co pozwala przypuszczać, że skowronkiem lub sową się rodzimy, a nie stajemy się nimi29. Zaskakująco istotną rolę odgrywa tu pora naszych narodzin. Osoby urodzone jesienią i zimą częściej należą do kategorii skowronków; osoby urodzone wiosną i latem częściej są sowami30.

Kolejnym, po genach, czynnikiem o znacznym wpływie na nasz chronotyp jest nasz wiek. Jak dobrze wiedzą o tym rodzice małych dzieci – i na ogół nie są tym zachwyceni – w dzieciństwie jesteśmy zwykle skowronkami. Budzimy się wcześnie, w ciągu dnia rozpiera nas energia, ale wystarcza nam jej jedynie do wczesnego wieczora. W okresie dojrzewania skowronki zamieniają się w sowy. Budzą się później – przynajmniej w dni wolne – odczuwają przypływ energii późnym popołudniem i zasypiają, kiedy ich rodzice już dawno śpią. Według niektórych szacunków środek snu nastolatków przypada na godzinę szóstą lub nawet siódmą rano i nie jest zbyt dopasowany do pory, o której zaczynają się zajęcia w szkole. Ludzie są sowami mniej więcej do dwudziestego roku życia, a potem, przez resztę życia, powoli wracają do skowronkowatości31