Kiedy ciebie nie ma - Lisa Jewell - ebook
Opis

Bestseller numer jeden w Wielkiej Brytanii

Bestseller „New York Timesa”

 

Miała piętnaście lat i była ukochaną córką swojej matki.

Miała przed sobą całe życie.

I nagle, w mgnieniu oka, Ellie zniknęła.

 

Po dziesięciu latach Laurel wciąż nie straciła nadziei, że znajdzie Ellie. I wtedy spotyka czarującego, charyzmatycznego nieznajomego, który robi na niej piorunujące wrażenie.

Jednak naprawdę zapiera jej dech, kiedy poznaje jego dziewięcioletnią córkę.

Bo jego córka jest obrazem Ellie.

Wszystkie pytania bez odpowiedzi, które nie dawały Laurel spokoju, teraz odżywają.

Co naprawdę stało się z Ellie? I kto nadal ma coś do ukrycia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Lor

O imieniu postaci Sary-Jade Virtue

Imię Sara-Jade Virtue otrzymałam od prawdziwej Sary-Jade Virtue, zwyciężczyni ubiegłorocznej aukcji Get In Character[1], na której zbierane są fundusze dla działającej w Wielkiej Brytanii fundacji charytatywnej CLIC Sargent. Nawiasem mówiąc, Sara-Jade jest jedną z najwspanialszych, najżarliwszych i najbardziej wpływowych osób w brytyjskiej branży wydawniczej i byłam nadzwyczaj dumna, że mogę użyć jej imienia.

Misją CLIC Sargent jest zmiana sposobu myślenia o tym, co dla młodego człowieka oznacza zdiagnozowanie raka. Ludzie z fundacji uważają, że chore dzieci i młodzież mają prawo do jak najlepszego leczenia, opieki i wsparcia pod każdym względem w czasie ich zmagań z rakiem. I że zasługują na to, by jak najpełniej cieszyć się życiem po zakończeniu terapii.

http://www.clicsargent.org.uk/

PROLOG

Tamte miesiące, miesiące przed jej zniknięciem, były najlepsze. Naprawdę. Po prostu najlepsze. Każda chwila zdawała jej się darem, który mówił: „Oto jestem, kolejna doskonała chwila. Tylko spójrz, dasz wiarę, jaka jestem piękna?”. Każdy ranek oznaczał malowanie rzęs w ożywieniu i motyle w brzuchu, przyspieszony puls, kiedy zbliżała się do szkolnej bramy, rozkwitającą radość, gdy jej oczy go odnajdywały. Szkoła przestała być klatką; to był kipiący życiem, rozświetlony plan filmowy dla jej miłosnej historii.

Ellie Mack nie mogła uwierzyć, że Theo Goodman chciał się z nią umówić. Theo Goodman był najprzystojniejszym chłopakiem wśród jedenastoklasistów, bez wyjątku. Był również najprzystojniejszy w klasie dziesiątej, dziewiątej i ósmej. Jednak nie w siódmej. Żaden chłopak w siódmej klasie nie był przystojny. Wszyscy byli drobnymi dzieciakami o wyłupiastych oczach, w wielkich butach i za dużych marynarkach.

Theo Goodman nigdy nie miał dziewczyny i wszyscy sądzili, że pewnie jest gejem. Jak na chłopaka był dość ładny i bardzo chudy. I naprawdę bardzo, bardzo miły. Ellie od lat marzyła, żeby się z nim spotykać, bez względu na to, czy był gejem, czy nie. Cieszyłaby się nawet wtedy, gdyby została jedynie jego przyjaciółką. Młoda, piękna mama Theo codziennie odprowadzała go do szkoły. Była ubrana w strój gimnastyczny i miała włosy związane w koński ogon. Zwykle zabierała ze sobą małego białego pieska, którego Theo podnosił i całował w pyszczek, zanim delikatnie z powrotem postawił go na chodniku. Potem całował mamę i przechodził przez szkolną bramę. Nie przejmował się, czy ktoś go widział. Nie czuł się zażenowany z powodu puchatego psa ani mamy. Był pewny siebie.

Aż pewnego dnia w zeszłym roku, tuż po wakacjach, nawiązał z nią rozmowę. Tak po prostu. W czasie lunchu, coś o tym czy innym zadaniu domowym, i Ellie, która tak naprawdę nie miała o niczym pojęcia, od razu wiedziała, że nie jest gejem i że z nią rozmawia, bo ona mu się podoba. To było absolutnie oczywiste. I wtedy, tak po prostu, został jej chłopakiem, a ona jego dziewczyną. Wydawało się jej, że to będzie bardziej skomplikowane.

Ale wystarczył jeden zły ruch, jedno drobne zagięcie na osi czasu i wszystko się skończyło. Nie tylko ich miłosna historia, ale wszystko. Młodość. Życie. Ellie Mack. Wszystko się skończyło. Na zawsze. Gdyby mogła cofnąć czas, odwinąć go jak nitkę z motka wełny i nawinąć inaczej, może zobaczyłaby na przędzy supełki, znaki ostrzegawcze. Jeśli spojrzeć wstecz, to było oczywiste od początku. Ale wtedy, kiedy nie miała o niczym pojęcia, nie widziała, że to nadchodzi. Weszła prosto w to z pełną świadomością.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Laurel weszła do mieszkania córki. Nawet w ten stosunkowo jasny dzień było ciemne i sprawiało przygnębiające wrażenie. Okno od frontu zasłaniała okropna plątanina pnączy glicynii, a druga strona mieszkania była kompletnie zacieniona, ponieważ dom był zwrócony w stronę niewielkiego lasu.

Kupno pod wpływem impulsu, tak to było. Hanna właśnie dostała pierwszą premię i chciała ją wydać na coś trwałego, zanim pieniądze się ulotnią. Ludzie, od których kupiła mieszkanie, zapełnili je pięknymi przedmiotami, ale Hanna nigdy nie miała czasu na kupowanie mebli i teraz mieszkanie wyglądało smutno. Jakby należało do rozwodnika, który szuka dla siebie czegoś mniejszego. Fakt, że nie miała nic przeciwko temu, żeby mama bywała tu podczas jej nieobecności i sprzątała, dowodził, że mieszkanie nie było dla niej niczym więcej niż trochę lepszym pokojem hotelowym.

Siłą przyzwyczajenia Laurel ruszyła przez brudny przedpokój Hanny prosto do kuchni, gdzie spod zlewu wyjęła zestaw do sprzątania. Wyglądało na to, że tej nocy Hanna nie spędziła w domu. W zlewie nie było miseczki na płatki śniadaniowe ani kropel mleka na kuchennym blacie, przy powiększającym lustrze na parapecie nie leżał niedokręcony tusz do rzęs. Laurel poczuła na plecach chłód. Hanna zawsze wracała do domu. Hanna nie miała dokąd pójść. Podeszła do torebki, wyjęła telefon i drżącymi palcami wybrała numer córki. Trzymała go w niepewnych dłoniach, kiedy włączyła się poczta głosowa, jak zawsze, kiedy Hanna była w pracy. Aparat wypadł jej z rąk na podłogę, ale trafił na bok buta i nie pękł.

– Cholera – syknęła do siebie, podnosząc telefon i patrząc na niego niewidzącym wzrokiem. – Cholera.

Nie miała do kogo zadzwonić, nikogo, kogo mogłaby zapytać: „Widziałeś Hannę? Wiesz, gdzie jest?”. Jej życie po prostu tak nie funkcjonowało. Nie było w nim żadnych kontaktów. Jedynie maleńkie ludzkie wyspy rozrzucone tu i ówdzie.

Możliwe, pomyślała, że Hanna poznała mężczyznę, ale mało prawdopodobne. Hanna nie miała chłopaka, żadnego, nigdy. Ktoś kiedyś zasugerował teorię, że poczucie winy nie pozwalało jej mieć chłopaka, bo jej młodsza siostra nigdy nie będzie go miała. Tę samą teorię można by zastosować do jej żałosnego mieszkania i nieistniejącego życia towarzyskiego.

Laurel wiedziała, że reaguje przesadnie, a jednocześnie, że nie przesadza. Kiedy jest się rodzicem dziecka, które pewnego ranka wyszło z domu z plecakiem pełnym książek, żeby się uczyć w bibliotece odległej o piętnaście minut drogi, i nigdy nie wróciło, coś takiego jak przesadna reakcja nie istnieje. To, że stała w kuchni swojej dorosłej córki, wyobrażając sobie, jak ta leży martwa w jakimś rowie, skoro nie zostawiła w zlewie miseczki na płatki śniadaniowe, w kontekście jej doświadczenia było absolutnie racjonalne i uzasadnione.

Wpisała w wyszukiwarkę nazwę firmy Hanny i wcisnęła link do numeru telefonu. Centrala połączyła ją z numerem wewnętrznym Hanny i Laurel wstrzymała oddech.

– Hanna Mack, słucham.

Oto był, głos jej córki, szorstki i bezosobowy.

Laurel nie odezwała się, po prostu dotknęła ekranu, by się rozłączyć, i włożyła komórkę z powrotem do torebki. Otworzyła zmywarkę i zaczęła wyjmować z niej naczynia.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jak wyglądało życie Laurel dziesięć lat temu, kiedy miała troje dzieci, a nie dwoje? Czy budziła się rano przepełniona radością istnienia? Nie. Dla Laurel szklanka zawsze była do połowy pusta. Potrafiła znaleźć wiele powodów do narzekania nawet w najprzyjemniejszych sytuacjach, a radość z dobrej nowiny skondensować do krótkiej chwili, szybko zakończonej przez jakąś nową uciążliwą troskę. Dlatego budziła się rano z przekonaniem, że źle spała, nawet jeśli tak nie było, martwiąc się, że ma za duży brzuch, że jej włosy są albo zbyt długie, albo zbyt krótkie, że jej dom jest zbyt duży lub zbyt mały, że ma niewiele na koncie w banku, że jej mąż jest zbyt leniwy, dzieci zbyt hałaśliwe albo zbyt ciche, że powinny wyjść z domu, że nigdy nie powinny wychodzić z domu. Budziła się i widziała jasną sierść kota pozostawioną na spódnicy, którą powiesiła na oparciu krzesła w sypialni, brak jednego kapcia, cienie pod oczami Hanny, stos ubrań, które niemal od miesiąca miała zamiar zanieść do pralni chemicznej, rozdarcie w tapecie w przedpokoju, okropny pryszcz na brodzie Jake’a, zapach pozostawionej zbyt długo kociej karmy i kubeł na śmieci, którego najwyraźniej nikt nie zamierzał opróżnić, z zawartością wciśniętą do środka przez leniwe dłonie członków jej rodziny.

Tak właśnie postrzegała kiedyś swoje idealne życie: jako serię brzydkich zapachów i niewypełnionych obowiązków, drobnych zmartwień i niezapłaconych rachunków.

I wtedy pewnego ranka jej córka, jej złota dziewczyna, jej najmłodsza, jej dziecko, jej pokrewna dusza, jej radość i duma wyszła z domu i nie wróciła.

I jak się czuła przez kilka tych pierwszych koszmarnie wolno mijających godzin? Co wypełniało jej umysł, serce, by zastąpić te wszystkie drobne zmartwienia? Przerażenie. Rozpacz. Żal. Groza. Udręka. Chaos. Boleść. Lęk. Wszystkie te słowa, tak melodramatyczne, a jednak niewystarczające.

– Będzie u Theo – powiedział Paul. – Może zadzwonisz do jego mamy?

Już wiedziała, że nie będzie jej u Theo. Ostatnie słowa córki brzmiały:

– Wrócę w samą porę na lunch. Zostało jeszcze trochę tej lasagne?

– Wystarczy dla jednej osoby.

– Nie pozwól, żeby Hanna ją zjadła! Albo Jake! Obiecaj!

– Obiecuję.

A potem był odgłos zatrzaskiwanych frontowych drzwi, nagły spadek natężenia dźwięku, kiedy w domu robi się o jedną osobę mniej. Trzeba było napełnić zmywarkę, gdzieś zatelefonować, zanieść lemsip[2] na górę do Paula, którego przeziębienie wydawało jej się przedtem czymś najbardziej irytującym w życiu.

– Paul jest przeziębiony.

Do jak wielu ludzi powiedziała to dzień czy dwa wcześniej? Znużone westchnienie, przewrócenie oczami.

– Paul jest przeziębiony.

Moje brzemię. Moje życie. Żal mi siebie.

Mimo to zadzwoniła do mamy Theo.

– Nie – powiedziała Becky Goodman. – Nie, bardzo mi przykro. Theo był tu cały dzień i nie mieliśmy żadnych wiadomości od Ellie. Dasz mi znać, jeśli będę mogła jakoś pomóc…?

Kiedy popołudnie przeszło w wieczór, kiedy już obdzwoniła po kolei wszystkich przyjaciół Ellie, kiedy była w bibliotece, gdzie pokazano jej nagrania z monitoringu – Ellie zdecydowanie nie była tego dnia w bibliotece – po tym, jak słońce zaszło i dom pogrążył się w chłodnym mroku co chwilę przerywanym wybuchami białego światła, kiedy na niebie błyskały ciche wyładowania elektryczne przechodzącej burzy, w końcu poddała się dręczącemu lękowi, który narastał w niej cały dzień, i zadzwoniła na policję.

Właśnie wtedy po raz pierwszy znienawidziła Paula, tamtego wieczoru, kiedy w szlafroku, boso, pachnący pościelą i zasmarkany, pociągał, pociągał, pociągał nosem, a potem go wydmuchiwał z okropnym bulgotem w nozdrzach, ciężko oddychając ustami, co w jej nadwrażliwych uszach brzmiało jak śmiertelne rzężenie potwora.

– Ubieraj się – warknęła. – Proszę.

Zgodził się, jak zastraszone dziecko, i kilka minut później zszedł po schodach w wakacyjnym ubraniu – bojówkach i jasnym T-shircie. Wszystko źle. Źle, źle, źle.

– I wydmuchaj nos – powiedziała. – Porządnie. Tak, żeby nic nie zostało.

Ponownie wykonał jej polecenie. Przyglądała mu się z pogardą, patrzyła, jak zwija chusteczkę w kulkę i żałośnie, sztywnym krokiem idzie do kuchni, żeby wrzucić ją do kubła.

A potem zjawiła się policja.

A potem to się zaczęło.

To, co nigdy się nie skończyło.

Czasami się zastanawiała, czy gdyby tego dnia Paul nie był przeziębiony, gdyby wrócił z pracy po jej pierwszym telefonie, w wymiętym eleganckim ubraniu, energiczny i gotowy do działania, gdyby usiadł przy niej wyprostowany i wziął ją za ręce, gdyby nie oddychał ustami, nie pociągał nosem i nie wyglądał jak straszydło, czy wszystko byłoby inaczej? Czyby to przetrwali? Czy znienawidziłaby go z jakiegoś innego powodu?

Policja wyszła o dwudziestej trzydzieści. Wkrótce potem Hanna pojawiła się w kuchennych drzwiach.

– Mamo – powiedziała przepraszająco. – Jestem głodna.

– Przepraszam – odparła Laurel, zerkając na zegar na przeciwległej ścianie. – Chryste, tak, musisz umierać z głodu.

Podniosła się ciężko i machinalnie zbadała z córką zawartość lodówki.

– To? – spytała Hanna, wyjmując plastikowy pojemnik z ostatnią porcją lasagne.

– Nie. – Wyrwała go z jej rąk, zbyt gwałtownie.

Hanna spojrzała na nią, mrugając.

– Dlaczego nie?

– Po prostu nie – odparła, tym razem łagodniej.

Przygotowała jej fasolę na grzance, usiadła i patrzyła, jak córka je. Hanna. Jej drugie z trojga dzieci. Trudne. Męczące. To, z którym nie chciałaby się znaleźć na bezludnej wyspie. Przebiegła ją potworna myśl, tak szybko, że ledwie zdała sobie z tego sprawę.

To ty powinnaś była zaginąć, a Ellie jeść fasolę na grzance.

Dotknęła policzka Hanny, delikatnie, wnętrzem dłoni, a potem wyszła z kuchni.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wtedy

Pierwsze, czego Ellie nie powinna była robić, to dostać złego stopnia z matematyki. Gdyby więcej pracowała, była bystrzejsza, gdyby nie była taka zmęczona w dniu, kiedy odbywał się test, nie czuła się tak rozkojarzona, częściej ziewając, niż się koncentrując, gdyby dostała A zamiast B+, nic z tego by się nie wydarzyło. Ale gdyby cofnąć się głębiej w przeszłość, przed ten nieudany test z matematyki, to gdyby nie zakochała się w Theo, gdyby zamiast w nim zakochała się w chłopaku, który był beznadziejny z matematyki, który nie dbał o ten przedmiot i wyniki testu, chłopaku pozbawionym ambicji, a najlepiej w żadnym, nie czułaby potrzeby, aby być tak dobra jak on albo lepsza, zadowoliłaby się B+ i po powrocie tego dnia do domu nie błagałaby mamy o korepetytora.

A więc to było tu. Pierwsze zagięcie na osi czasu. Dokładnie w tym momencie, o szesnastej trzydzieści albo coś koło tego, w środowe popołudnie w styczniu.

Wróciła do domu w złym humorze. Często wracała w złym humorze. Nie spodziewała się, że to zrobi. Po prostu się stało. W chwili, gdy ujrzała mamę czy usłyszała jej głos, poczuła się absurdalnie poirytowana, a potem to wszystko, czego nie była w stanie powiedzieć czy zrobić przez cały dzień w szkole – ponieważ w szkole była znana jako Miła Osoba, a kiedy się zdobędzie taką opinię, nie można tego zepsuć – zaczęła z siebie wyrzucać.

– Mój nauczyciel matematyki jest do dupy – oznajmiła, rzucając torbę na siedzisko w holu. – Kompletnie do dupy. Nienawidzę go.

Nieprawda, że nienawidziła jego. Nienawidziła siebie za porażkę. Ale tego nie powiedziała.

Jej mama spytała znad kuchennego zlewu:

– Co się stało, kochanie?

– Właśnie ci powiedziałam!

Nie powiedziała, ale to nie miało znaczenia.

– Mój nauczyciel matematyki jest fatalny. Nie zdam GCSE[3]. Potrzebuję korepetytora. Naprawdę, no wiesz, naprawdę potrzebuję korepetytora.

Wpadła do kuchni i teatralnie opadła na krzesło.

– Nie możemy sobie pozwolić na korepetytora – odparła jej mama. – Może przyłączyłabyś się do kółka matematycznego?

Tu było następne zagięcie na osi czasu. Gdyby nie była takim zepsutym bachorem, gdyby nie oczekiwała, że matka machnie czarodziejską różdżką i rozwiąże za nią wszystkie problemy, gdyby miała choćby minimalne pojęcie o stanie finansów swoich rodziców, gdyby w ogóle obchodziło ją cokolwiek innego poza sobą, rozmowa na tym by się zakończyła. Powiedziałaby: „Okej. Rozumiem. Tak właśnie zrobię”.

Ale tego nie zrobiła. Naciskała i naciskała, i naciskała. Zaproponowała, że zapłaci za to z własnych pieniędzy. Wymieniła przykłady osób z jej klasy, które były znacznie uboższe niż oni, a miały prywatne lekcje.

– Może poprosić kogoś w szkole? – zasugerowała jej mama. – Kogoś z klasy maturalnej? Kogoś, kto to zrobi za kilka funciaków i kawałek ciasta?

– Co?! Mowy nie ma! O Boże, to by było takie żenujące!

I tak zniknęła, wymykając się jak coś śliskiego, kolejna szansa, by się uratować. Straciła ją. I nawet o tym nie wiedziała.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Pomiędzy tym dniem w maju dwa tysiące piątego roku, kiedy Ellie nie wróciła do domu, a chwilą dokładnie sprzed dwóch minut nie pojawił się ani jeden konkretny trop związany z jej zniknięciem. Ani jeden.

Ostatni raz Ellie została zaobserwowana przez kamery ulicznego monitoringu na Stroud Green Road o dziesiątej czterdzieści trzy. Nagrania ukazywały, jak szybko przystaje, by zerknąć na swoje odbicie w samochodowej szybie (na pewien czas przyjęto teorię, że się zatrzymała, by spojrzeć na kogoś w aucie albo powiedzieć coś kierowcy, ale namierzono właściciela pojazdu i potwierdzono, że był na urlopie w czasie, gdy Ellie zniknęła, a jego samochód stał tam zaparkowany). I to wszystko. Jej zarejestrowana droga skończyła się w tym miejscu.

Sprawdzono dom po domu w bezpośrednim sąsiedztwie, przesłuchano znanych pedofili, zebrano nagrania z monitoringu od wszystkich właścicieli sklepów na Stroud Green Road, sprowadzono Laurel i Paula do telewizji na nagranie apelu, który obejrzało około ośmiu milionów ludzi, ale nic nie zaprowadziło ich dalej niż do ostatniego obrazu Ellie patrzącej na swoje odbicie o dziesiątej czterdzieści trzy.

Pracę policji utrudniło to, że Ellie miała na sobie czarny T-shirt i dżinsy. To, że jej śliczne złociste włosy były ściągnięte w luźny koński ogon. To, że jej plecak był granatowy. Że jej tenisówki były zwyczajnymi białymi tenisówkami z supermarketu. Było niemal tak, jakby celowo uczyniła siebie niewidzialną.

Pokój Ellie był przez cztery godziny fachowo, gruntownie przeszukiwany przez dwóch detektywów. Wydawało się, że Ellie nie zabrała ze sobą niczego niezwykłego. Przypuszczalnie mogła wziąć bieliznę, ale nie było szans, żeby Laurel się zorientowała, czy czegoś brakuje w szufladach. Przypuszczalnie mogła wziąć ubranie na zmianę, ale Ellie, jak większość piętnastoletnich dziewcząt, miała o wiele za dużo ubrań, zbyt wiele, aby Laurel je wszystkie pamiętała. Jednak jej skarbonka nadal zawierała kilka ciasno złożonych dziesięciofuntowych banknotów, które wciskała do niej po każdych urodzinach. Jej szczoteczka do zębów nadal była w łazience, dezodorant też. Ellie nigdy nie wychodziła nocować u kogoś bez szczoteczki do zębów i dezodorantu.

Po dwóch latach policja oficjalnie zaprzestała poszukiwań. Laurel wiedziała, co myśleli; myśleli, że Ellie uciekła z domu.

Jak mogli uznać, że Ellie była uciekinierką, skoro nie znalazła się na żadnym zapisie wideo z kamer na jakimkolwiek dworcu kolejowym, przystanku autobusowym, na żadnej ulicy poza tą, na której zniknęła? Zaprzestanie poszukiwań było druzgocące.

Jeszcze bardziej druzgocąca była reakcja Paula na tę wiadomość.

– To raczej koniec, jak sądzę.

Tu był, właśnie tutaj – ostatni gwóźdź do trumny z wyschłymi kośćmi ich małżeństwa.

Dzieci tymczasem przesuwały się coraz dalej, jak pociągi na torze, zgodnie z harmonogramem. Hanna zdała egzamin maturalny. Jake ukończył uniwersytet w West Country, gdzie studiował, żeby zostać dyplomowanym rzeczoznawcą budowlanym. A Paula pochłaniały zabiegi o awans w pracy, kupowanie nowych garniturów, rozmowy o lepszym samochodzie, pokazywanie jej w internecie hoteli i ośrodków wypoczynkowych, które tego lata miały specjalne oferty. Paul nie był złym człowiekiem. Był dobrym człowiekiem. Wyszła za dobrego człowieka, tak jak zawsze zamierzała zrobić. Ale sposób, w jaki radził sobie z potężną wyrwą, którą w ich życiu uczyniło zniknięcie Ellie, pokazał jej, że nie był wystarczająco wielki, wystarczająco silny – nie był wystarczająco szalony.

Rozczarowanie nim było tak drobną cząstką wszystkiego, co czuła poza tym, że ledwie zdała sobie z niego sprawę. Kiedy rok później się wyprowadził, nic to dla niej nie znaczyło, było drobnym zwrotem w jej egzystencji. Wspominając to teraz, niewiele mogła sobie przypomnieć. Wszystko, co zapamiętała z tamtego okresu, to czysta, bezwzględna potrzeba, by kontynuować poszukiwania.

– Czy nie moglibyśmy jeszcze raz sprawdzić dom po domu? – błagała policję. – Minął już rok, odkąd to zrobiliśmy. To chyba wystarczająco długo, żeby pojawiło się coś, czego wcześniej nie znaleźliśmy?

Policjantka się uśmiechnęła.

– Rozmawialiśmy o tym – powiedziała. – Zdecydowaliśmy, że to nie jest dobry sposób wykorzystania środków. Nie teraz. Może za rok lub dwa lata. Może.

Ale wtedy nagle, w styczniu, ni stąd, ni zowąd, zadzwonili z policji i powiedzieli, że w Crimewatch chcą po dziesięciu latach powtórzyć apel. Kolejną rekonstrukcję. Program wyemitowano dwudziestego szóstego maja. Nie przyniosło to nowych dowodów. Żadnych nowych obserwacji.

Niczego nie zmieniło.

Aż do teraz.

Głos detektywa w telefonie brzmiał ostrożnie.

– To może nic nie znaczyć. Mimo wszystko chcielibyśmy, żeby pani przyszła.

– Co znaleźliście? – zapytała Laurel. – Czy to ciało? Co to jest?

– Proszę przyjść, pani Mack.

Przez dziesięć lat nic. A teraz coś było. Chwyciła torebkę i wyszła z domu.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wtedy

Zarekomendował ją ktoś z tej ulicy. Nazywała się Noelle Donnelly. Ellie wstała na dźwięk dzwonka i wyjrzała do holu, kiedy jej mama otwierała drzwi. Kobieta była dość stara, miała może czterdzieści lat, coś w tym stylu, i akcent, irlandzki albo szkocki.

– Ellie! – zawołała jej mama. – Ellie, chodź i poznaj Noelle.

Miała jasnorude włosy zwinięte z tyłu i zapięte. Uśmiechnęła się do Ellie i powiedziała:

– Dzień dobry, Ellie. Spodziewam się, że masz włączony umysł?

Ellie nie wiedziała, czy to było zabawne, czy nie, więc się nie uśmiechnęła, kiwnęła tylko głową.

– Świetnie – powiedziała Noelle.

Na pierwszą lekcję Ellie urządziły kącik w jadalni – przyniosły z jej pokoju dodatkową lampę, uprzątnęły bałagan na stole, postawiły dwie szklanki, dzbanek z wodą i piórnik w czarne i czerwone kropki. Laurel zniknęła w kuchni, żeby przygotować dla Noelle filiżankę herbaty. Noelle przystanęła na widok kota siedzącego na stołku przy pianinie.

– A to dopiero – powiedziała. – Spora sztuka z niego. Jak ma na imię?

– Teddy – odparła Ellie. – Teddy Bear[4]. Ale w skrócie Teddy.

Jej pierwsze słowa do Noelle. Nigdy ich nie zapomni.

– No tak, widzę, dlaczego go tak nazywacie. Wygląda jak wielki kudłaty niedźwiedź!

Czy ją wtedy polubiła? Nie mogła sobie przypomnieć. Po prostu uśmiechnęła się do niej, położyła dłoń na grzbiecie swojego kota i zacisnęła na jego wełnistym futrze. Kochała go i cieszyła się, że tam był, jak bufor między nią a nieznajomą.

Noelle Donnelly pachniała olejem do smażenia i nieumytymi włosami. Miała na sobie dżinsy i zmechacony sweter w kolorze wielbłądziego beżu, zegarek Timex na pokrytym piegami nadgarstku, zdarte brązowe buty i okulary do czytania zawieszone na szyi na zielonym sznurku. Miała wyjątkowo szerokie ramiona i lekko pochyloną szyję, jakby z garbem z tyłu, a jej nogi były bardzo długie i chude. Wyglądała, jakby spędziła życie w pokoju z bardzo niskim sufitem.

– No cóż – powiedziała, wkładając okulary i szukając czegoś w brązowej skórzanej teczce. – Przyniosłam kilka starych testów GCSE. Za chwilę zaczniemy od jednego z nich i dojdziemy do tego, jakie są twoje mocne i słabe strony. Jednak najpierw może byś mi powiedziała, własnymi słowami, jakie masz problemy. Konkretnie.

Wtedy weszła mama z kubkiem herbaty i ciasteczkami czekoladowymi na talerzyku, szybko i po cichu stawiając to wszystko na stole. Zachowywała się tak, jakby Ellie i Noelle Donnelly były na randce albo odbywały ściśle tajne spotkanie. Ellie chciała powiedzieć: „Zostań, mamo. Zostań ze mną. Nie jestem gotowa być sama z tą nieznajomą”.

Wbiła wzrok w tył głowy matki, kiedy Laurel ukradkiem opuszczała pokój, po cichutku zamykając za sobą drzwi delikatnym, przepraszającym kliknięciem.

Noelle Donnelly odwróciła się do Ellie i uśmiechnęła się. Miała bardzo drobne zęby.

– A zatem – powiedziała, podsuwając okulary na wąskim grzbiecie nosa – na czym stanęłyśmy?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Świat wydawał się pełen złych znaków, kiedy Laurel jechała tak szybko, jak tylko mogła, nie przekraczając ograniczeń prędkości, w stronę komisariatu policji w Finsbury Park. Ludzie na ulicy mieli ponury, dwuznaczny wygląd, jakby każdy z nich był bliski popełnienia mrocznej zbrodni. Markizy łopoczące na ostrym wietrze przypominały drapieżne ptaki; przydrożne billboardy robiły wrażenie, jakby miały zaraz spaść i ją przygnieść.

Adrenalina usunęła jej zmęczenie.

Laurel nie spała dobrze od dwa tysiące piątego roku.

Od siedmiu lat mieszkała sama; z początku w rodzinnym domu, a potem w mieszkaniu, do którego się przeprowadziła trzy lata temu, kiedy Paul ostatecznie pogrzebał wszelkie szanse na pojednanie, zdoławszy jakoś poznać inną kobietę. Zaproponowała, żeby z nią zamieszkał, a on się zgodził. Laurel nigdy nie zrozumiała, jak to zrobił, jak znalazł w sobie tę zdrową, szczęśliwą część pośród ruin wszystkiego innego. Ale go nie winiła. Bynajmniej. Żałowała, że sama nie może zrobić tak samo; że nie może spakować paru wielkich walizek i pożegnać się ze sobą, życząc sobie wszystkiego dobrego, dziękując za wszystkie wspomnienia, spoglądając na siebie z czułością przez choćby jedną długą chwilę, a potem podnieść głowę i cicho zamknąć za sobą drzwi, gdy poranne słońce, niosąc nadzieję, igrałoby jej we włosach i czekałaby na nią nowa świetlana przyszłość. Zrobiłaby to w mgnieniu oka. Naprawdę.

Jake i Hanna oczywiście też się wyprowadzili. Szybciej niż się spodziewała i wcześniej niżby to zrobili, gdyby dziesięć lat temu ich życie nie wypadło z torów. Miała przyjaciół, których dzieci były w wieku Jake’a i Hanny i nadal mieszkały w domu. Przyjaciele na to narzekali, na otwarte kartony z sokiem pomarańczowym stojące w lodówce, bulwersujące odgłosy uprawianego seksu i hałaśliwe pijackie powroty z nocnych klubów o czwartej nad ranem, które budziły ich psa i zakłócały ich sen. Jakże chciałaby słyszeć, jak któreś z jej dzieci potyka się w domu wczesnym rankiem. Jak kochałaby pozostawione przez nie brudne naczynia i wymięte spodnie dresowe, nadal z majtkami w środku, rozrzucone na podłodze. Ale nie, jej dwójka nie oglądała się za siebie, kiedy tylko dostrzegła sposobność ucieczki. Jake mieszkał w Devon z dziewczyną o imieniu Blue, która nie spuszczała go z oka, i chociaż byli ze sobą dopiero rok, już mówiła o dzieciach, a Hanna mieszkała o milę od Laurel w swoim małym, mrocznym mieszkaniu, pracując w City po czternaście godzin i w weekendy bez żadnego wyraźnego powodu poza satysfakcją finansową. Żadne z nich nie robiło niczego nadzwyczajnego, ale czyje dzieci robiły? Wszystkie te nadzieje i marzenia, rozmowy o balerinach i gwiazdach popu, koncertujących pianistach i naukowcach dokonujących przełomowych odkryć skończyły się na biurze. Wszystkie.

Laurel mieszkała w nowym budynku w Barnet, w mieszkaniu z jedną sypialnią dla niej i jedną dla gościa, z balkonem na tyle dużym, że mieściło się tam kilka donic, stolik i krzesła, z lśniącym czerwienią wyposażeniem kuchni i zarezerwowanym miejscem parkingowym. To nie był dom, jaki chciałaby mieć, ale było tu wygodnie i bezpiecznie.

A czym wypełniała czas teraz, kiedy jej dzieci odeszły? Kiedy jej mąż odszedł? Teraz nawet kota już nie było, chociaż bardzo się dla niej starał wytrwać przy życiu i odszedł, mając prawie dwadzieścia jeden lat. Trzy dni w tygodniu Laurel zajmowała praca w dziale marketingu centrum handlowego w High Barnet. Raz w tygodniu szła odwiedzić matkę w domu opieki w Enfield. Raz w tygodniu sprzątała mieszkanie Hanny. Przez resztę czasu wykonywała rozmaite czynności, udając, że są dla niej ważne, takie jak kupowanie kwiatów w centrach ogrodniczych i dekorowanie nimi balkonu, odwiedzanie przyjaciół, którzy tak naprawdę już jej nie obchodzili, aby pić kawę, której nie lubiła, i rozmawiać o sprawach, które jej nie interesowały. Raz w tygodniu szła na basen. Nie po to, żeby utrzymać formę, ale po prostu dlatego, że zawsze to robiła i nie znalazła wystarczająco dobrego powodu, żeby przestać.

Tak więc dziwnie było po tylu latach wychodzić z domu z poczuciem pilnej potrzeby, misji, czegoś naprawdę ważnego do zrobienia.

Mieli jej coś pokazać. Może fragment kości, strzęp zakrwawionego materiału, zdjęcie nabrzmiałych zwłok unoszących się w mętnych, niedostępnych wodach. Miała się czegoś dowiedzieć po dziesięciu latach bez żadnej wiadomości. Być może zobaczy dowód, że jej córka żyje. Albo dowód, że nie żyje. Ciężar w jej duszy zdradzał przekonanie, że chodzi o to drugie.

Kiedy jechała w stronę Finsbury Park, serce mocno waliło jej w piersi.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Wtedy

Ellie trochę polubiła Noelle Donnelly w czasie tych cotygodniowych wizyt zimą. Nie jakoś bardzo. Ale trochę. Głównie dlatego, że okazała się naprawdę dobrą nauczycielką i teraz Ellie była na czele grupy najlepszych uczniów w swojej klasie i przewidywano, że na egzaminie maturalnym dostanie najwyższą notę. Ale pod innymi względami także: często przynosiła Ellie jakiś drobiazg – kolczyki z Claire’s Accessories, błyszczyk do ust o owocowym smaku, naprawdę ładny długopis.

– Dla mojej najlepszej uczennicy – mówiła.

A jeśli Ellie protestowała, zbywała to:

– Byłam w Brent Cross, no wiesz. To drobnostka, naprawdę.

Zawsze pytała również o Theo, którego spotkała podczas swojej drugiej czy trzeciej lekcji w domu Ellie.

– A jak się ma ten twój przystojny kolega? – pytała w sposób, który powinien być krępujący, ale nie był, głównie ze względu na jej uroczy irlandzki akcent, który sprawiał, że większość z tego, co mówiła, brzmiała śmieszniej i bardziej interesująco niż w rzeczywistości.

– W porządku – odpowiadała Ellie, a Noelle uśmiechała się swoim nieco chłodnym uśmiechem i mówiła:

– Warto się go trzymać.

Egzaminy GCSE zbliżały się coraz bardziej. Był marzec i Ellie zaczynała odliczać do nich czas raczej w tygodniach niż miesiącach. Jej popołudniowe wtorkowe sesje z Noelle nabierały rozpędu, w miarę jak jej umysł rozciągał się i naprężał, z większą łatwością przyswajając twierdzenia i wzory. Lekcje odbywały się w szybkim tempie, dynamicznym rytmie. Dlatego Ellie natychmiast to zauważyła, tę zmianę w nastroju Noelle w pierwszy wtorek marca.

– Dzień dobry, młoda damo – przywitała się, stawiając torebkę na stole i rozpinając zamek. – Jak się miewasz?

– W porządku.

– No cóż, to dobrze. Cieszę się. A jak sobie poradziłaś z pracą domową?

Ellie przesunęła dokończoną pracę domową po stole w stronę Noelle. Normalnie Noelle włożyłaby okulary i natychmiast zaczęła ją oceniać, ale dziś tylko oparła na niej czubki palców i bębniła nimi z roztargnieniem.

– Dobra dziewczyna – powiedziała. – Jesteś taką dobrą dziewczyną.

Ellie przyglądała się jej pytająco kątem oka, czekając na sygnał, że ich lekcja zaraz się zacznie. Ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego Noelle ślepo wpatrywała się w pracę domową.

– Powiedz mi, Ellie – odezwała się w końcu, zwracając ku niej nieruchome spojrzenie. – Co było najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek ci się przydarzyła?

Ellie wzruszyła ramionami.

– Co? – ciągnęła Noelle. – Umierający chomik, coś w tym rodzaju?

– Nie miałam chomika.

– Ha, no więc może to. Może nieposiadanie chomika jest najgorszą rzeczą, jaka ci się kiedykolwiek przydarzyła?

Ellie ponownie wzruszyła ramionami.

– Właściwie nigdy nie chciałam mieć chomika.

– A więc czego chciałaś? Czego naprawdę chciałaś i nie wolno ci było tego mieć?

Ellie słyszała w tle włączony telewizor w kuchni, odgłos odkurzacza, którym jej mama sprzątała na górze, siostrę rozmawiającą z kimś przez telefon. Jej rodzina po prostu żyła dalej i nie prowadziła dziwnych konwersacji z nauczycielką matematyki na temat chomików.

– Niczego, naprawdę. Tylko zwyczajnych rzeczy: pieniędzy, ubrań.

– Nigdy nie chciałaś mieć psa?

– Nie bardzo.

Noelle westchnęła i przyciągnęła do siebie pracę domową Ellie.

– No cóż, rzeczywiście masz wielkie szczęście. Naprawdę. I mam nadzieję, że to doceniasz?

Ellie skinęła głową.

– To dobrze. Bo kiedy dojdziesz do mojego wieku, okaże się, że jest mnóstwo rzeczy, których pragniesz, i zobaczysz, że wszyscy inni je dostają, i pomyślisz, no cóż, teraz musi być moja kolej. Z pewnością. I wtedy będziesz patrzeć, jak znikają w zachodzącym słońcu. I nic nie będziesz mogła z tym zrobić. Absolutnie nic.

Na chwilę zapadła niezręczna cisza, a potem wreszcie, powoli, Noelle wsunęła okulary na nos, przewróciła pierwszą stronę pracy domowej Ellie i powiedziała:

– A więc zobaczmy, jak moja najlepsza uczennica poradziła sobie w tym tygodniu.

– Powiedz mi, Ellie, jakie są twoje nadzieje i marzenia?

Ellie jęknęła w duchu. Noelle Donnelly znów była w jednym z tych swoich nastrojów.

– Tylko naprawdę dobrze zdać egzaminy GCSE. I maturalne. A potem pójść na naprawdę dobry uniwersytet.

Noelle zacmokała z dezaprobatą i przewróciła oczami.

– Co jest z wami, młodzi ludzie, i waszą obsesją na punkcie uniwersytetu? Och, te fanfary, kiedy dostałam się do Trinity! Jaka wielka sprawa! Moja matka nie mogła przestać tego rozgłaszać przed całym światem. Jej jedyna córka! A teraz popatrz na mnie. Jestem jedną z najuboższych osób, jakie znam.

Ellie się uśmiechnęła, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Nie, życie jest ważniejsze niż uniwersytet, panno Mądralińska. Ważniejsze niż dyplomy i kwalifikacje. Mam ich w bród. A popatrz na mnie, siedzę tu z tobą w twoim cudownym ciepłym domu, piję twoją cudowną herbatę Earl Grey, zarabiając nędzne grosze za wkładanie ci do głowy mojej wiedzy. A potem wracam do domu, w którym nie ma niczego. – Odwróciła się gwałtownie i zmierzyła Ellie wzrokiem. – Niczego. Przysięgam. – Następnie westchnęła i uśmiechnęła się, okulary wróciły wyżej na nos, spojrzenie opuściło Ellie i rozpoczęła się lekcja.

Potem Ellie odszukała matkę w kuchni i oznajmiła:

– Mamo, chcę zakończyć korepetycje.

Jej mama odwróciła się i spojrzała na nią pytająco.

– Ach tak? – powiedziała. – Dlaczego?

Ellie zastanowiła się, czy nie powiedzieć jej prawdy. Pomyślała, że powie: „Ona mnie przeraża i mówi naprawdę dziwne rzeczy i naprawdę nie chcę już więcej co tydzień przez godzinę być z nią sama”. Jakże żałowała, że nie powiedziała jej prawdy. Może gdyby powiedziała prawdę, mama mogłaby to wyjaśnić, a wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiła. Być może pomyślała, że mama uzna to za niemądry argument, by chcieć zrezygnować z lekcji tak niedługo przed egzaminami. A może nie chciała wpędzić Noelle w kłopoty, nie chciała, żeby powstała „sytuacja”. Ale bez względu na to, jakie było jej rozumowanie, powiedziała:

– Naprawdę myślę, że zaszłam już z Noelle najdalej, jak mogłam. Mam wszystkie testy, które mi dała. Mogę po prostu dalej je rozwiązywać. I to ci zaoszczędzi trochę pieniędzy. – Uśmiechnęła się zwycięsko, czekając na odpowiedź matki.

– No cóż, to się wydaje trochę dziwne, tak niedługo przed egzaminami.

– No właśnie. Myślę, że teraz mogłabym wykorzystać ten czas na coś innego. Na przykład na geografię. Naprawdę przydałby mi się dodatkowy czas na geografię.

To była stuprocentowa nieprawda. Ellie była absolutnie najlepsza ze wszystkich przedmiotów. Dodatkowa godzina w tygodniu niczego by nie zmieniła. Mimo to uśmiechnęła się przymilnie do mamy, pozostawiwszy tę prośbę w zawieszeniu, i czekała.

– No cóż, kochanie, decyzja oczywiście należy do ciebie.

Ellie zachęcająco pokiwała głową, podczas gdy wspomnienie pełnych podtekstów słów Noelle, zapach zjełczałego jedzenia i niemytych włosów, wahania nastroju i odbiegające od tematu, nieco niestosowne pytania pulsowały w jej pamięci.

– Skoro jesteś pewna… Miło byłoby nie mieć dodatkowych wydatków – powiedziała matka.

– No właśnie. – Ellie zalała fala ulgi. – Właśnie.

– Dobrze – zgodziła się matka, otwierając lodówkę i wyjmując z niej słoik sosu bolognese. – Jutro do niej zadzwonię. Zawiadomię ją.

– Wspaniale – odparła Ellie lekkim tonem, czując, jak z serca spada jej dziwny, obrzydliwy ciężar. – Dziękuję.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Policjant, który przywitał Laurel, był młody i zmęczony, trochę zdenerwowany i miał wilgotne dłonie. Zaprowadził ją do pokoju przesłuchań.

– Dziękuję, że pani przyszła – powiedział, tak jakby istniała inna opcja: „Przepraszam, jestem dziś bardzo zajęta, może w przyszłym tygodniu?”. Ktoś poszedł, by przynieść jej szklankę wody, a chwilę później drzwi znów się otworzyły i wszedł Paul.

Paul, Boże, oczywiście, Paul. Nawet o nim nie pomyślała. Zareagowała tak, jakby to wszystko dotyczyło tylko jej. Jednak najwyraźniej ktoś w komisariacie pamiętał o Paulu. Wpadł do pokoju z opadającymi siwymi włosami, w pomiętym garniturze, ze skórą przesiąkniętą cierpkim zapachem City. Kiedy ją mijał, sięgnął ręką do ramienia Laurel, ale nie była w stanie się odwrócić i go pozdrowić, jedynie zmusiła się do lekkiego uśmiechu przez wzgląd na ludzi, którzy patrzyli na tę scenę.

Zajął miejsce obok niej, przyciskając dłonią krawat, kiedy siadał na krześle. Ktoś przyniósł mu herbatę z automatu. Była zła o herbatę. Była zła o Paula.

– Badaliśmy teren nieopodal Dover – powiedział detektyw, który nazywał się Dane. – Zadzwonił do nas mężczyzna wyprowadzający psa. Jego terier wykopał torbę.

Torbę. Laurel pokiwała głową, gwałtownie. Torba to nie ciało.

Dane wyjął ze sztywnej koperty fotografie formatu dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Przesunął je po stole w stronę Laurel i Paula.

– Czy rozpoznają państwo któryś z tych przedmiotów?

Laurel przyciągnęła zdjęcia do siebie.

To była torba Ellie. Jej plecak. Ten, który miała przewieszony przez ramię, kiedy wszystkie te lata temu wyszła z domu do biblioteki. Było na nim małe czerwone logo, które stanowiło tak istotny element policyjnego apelu. To była na dobrą sprawę jedyna cecha wyróżniająca Ellie tamtego dnia.

Na drugim zdjęciu był czarny T-shirt, luźny, z łódkowym dekoltem i krótkimi kimonowymi rękawami. Na metce wewnątrz był napis „New Look”. Nosiła go częściowo wsunięty z przodu w dżinsy.

Trzeci był biustonosz: szara dzianina w drobne groszki. Na metce wewnątrz był napis „Atmosphere”.

Czwarte były spodnie. Jasne dżinsy. Na metce wewnątrz był napis „Top Shop”.

Piąte były brudne białe tenisówki.

Szósta była gładka czarna bluza z kapturem z białym troczkiem. Na metce wewnątrz był napis „Next”.

Siódme były klucze do domu. Z małym plastikowym breloczkiem w kształcie sowy, której oczy świeciły, kiedy nacisnęło się guzik na jej brzuchu.

Ósma była sterta zeszytów i podręczników, pozieleniałych i przegniłych od wilgoci.

Dziewiąty był piórnik: w czarne i czerwone kropki, pełen długopisów i ołówków.

Dziesiąta była pojedyncza wkładka higieniczna, napuchnięta i obsceniczna.

Jedenasta była maleńka skórzana torebka pozszywana z fioletowych i czerwonych kawałków, zapinana z trzech stron na suwak z czerwonym pomponem.

Dwunasty był mały laptop, przestarzały i wyglądający na lekko podniszczony.

Ostatni był paszport.

Przyciągnęła bliżej fotografię; Paul pochylił się do niej i przesunęła zdjęcie tak, by leżało między nimi.

Paszport.

Ellie nie wzięła paszportu. Laurel nadal go miała. Wyjmowała go od czasu do czasu z pudełka z rzeczami Ellie i wpatrywała się w widmową twarz córki, myśląc o podróżach, w które ta się nigdy nie wybierze.

Jednak kiedy patrzyła na paszport, zdała sobie sprawę, że nie należał do Ellie.

To był paszport Hanny.

– Nie rozumiem – powiedziała. – To paszport mojej starszej córki. Myśleliśmy, że go zgubiła. Ale… – Spojrzała znów na zdjęcie, palcami dotykając jego brzegów. – …jest tutaj. W torbie Ellie. Gdzie to znaleźliście?

– W gęstym lesie – odparł Dane. – Niedaleko przystani promowej. Jedną z teorii, które rozpatrujemy, jest ta, że ona mogła być w drodze do Europy. Zważywszy na paszport.

Laurel ogarnął gwałtowny gniew, poczucie krzywdy. Szukali dowodu, który poparłby ich długo podtrzymywaną teorię, że Ellie uciekła z domu.

– Ale jej torba – powiedziała. – Z tymi rzeczami, które wzięła ze sobą, wychodząc z domu, kiedy miała piętnaście lat? I mówi pan, że te same rzeczy zabrała, żeby wyjechać z kraju? Po tylu latach? To nie ma sensu.

Dane spojrzał na nią niemal z czułością.

– Zbadaliśmy ubranie. Są na nim ślady intensywnego używania.

Laurel przycisnęła dłoń do piersi, widząc w myślach obraz swojej doskonałej córki, zawsze tak nieskazitelnie czystej, zawsze tak świeżej i pachnącej, która błąka się latami bez przerwy w tym samym ubraniu.

– Więc… gdzie ona jest? Gdzie jest Ellie?

– Szukamy jej.

Czuła, że Paul na nią patrzy, że chce, by nawiązała z nim kontakt i by razem przeanalizowali tę plątaninę informacji. Ale nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie mogła dać mu ani cząstki siebie.

– Wiesz… – odezwała się. – Kilka lat po zaginięciu Ellie zostaliśmy okradzeni. Powiedziałam wtedy policji, że pomyślałam, że to Ellie. Rzeczy, które zostały zabrane, brak śladów włamania, poczucie… – Nie chciała mówić o bezpodstawnych przeczuciach. – Musiała wtedy zabrać paszport Hanny. Musiała…

Urwała. Czy to możliwe, że policja od początku miała rację? Że Ellie uciekła? Że planowała ucieczkę?

Ale skąd? Dokąd? I dlaczego?

W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł kolejny policjant. Podszedł do Dane’a i coś mu szepnął do ucha. Obaj spojrzeli na Laurel i Paula. Potem Dane usiadł prosto, poprawił krawat i rzekł:

– Znaleźli ludzkie szczątki.

Ręka Laurel instynktownie odnalazła dłoń Paula.

Ścisnęła ją tak mocno, że poczuła, jak jego kości się wyginają.

[1] W aukcji Get In Character biorą również udział autorzy książek, którzy mogą nazwać swoje postacie imionami jej zwycięzców. (Wszystkie przypisy tłumaczki).

[2] Popularny w Wielkiej Brytanii lek przeciwko przeziębieniu.

[3] General Certificate of Secondary Education – egzamin zdawany w Wielkiej Brytanii przez uczniów w wieku szesnastu lat.

[4] Teddy bear to po angielsku miś pluszowy.

Tytuł oryginału: Then She Was Gone

Copyright © 2017 by Lisa Jewell

Copyright for the Polish Translation © 2018 Edipresse Polska SA

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Wiesława Borkowska

Korekta: Anna Parcheta, Jolanta Kucharska

Projekt okładki: Melissa Four

Skład i łamanie: Adam Dąbrowski

Zdjęcia na okładce: Getty Images

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 9788381179799

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.