Kiedy będziemy deszczem - Dominika Eijkelenborg - ebook
lub
Opis

Przepis na dobry thriller to kłamstwa i niedopowiedzenia, poczucie winy i wstyd, gorycz i słodycz.

Cokolwiek robi, gdziekolwiek jest, czuje, że jego oczy go śledzą...

Inga de Graaf, z pochodzenia Polka, wychodzi na spacer z psem i już nie wraca. Zaniepokojony mąż zgłasza zaginięcie, nie wierząc, że kobieta mogłaby porzucić wszystko i odejść w ten sposób. Policja zaczyna akcję poszukiwawczą. Pierwsza doba nie przynosi żadnych rezultatów. Dopiero mailowa korespondencja zaginionej, którą odkryto w koszu jej laptopa, naprowadza na nikły ślad. Okazuje się, że Inga kryła mroczną tajemnicę.

Sama siebie nazywa kobietą nie o dwóch, ale o stu twarzach. Jej zaginięcie to tylko początek lawiny przerażających zdarzeń i odkryć.

Ktoś zginie. Czyjeś ciało zostanie znalezione. Ktoś zostanie uratowany. I ktoś odejdzie.

Cóż, każdy z nas wypracowuje własne sposoby na radzenie sobie z rozczarowaniami, które przynosi los. Niektórzy uciekają, walczą, popadają w odrętwienie. Inni? Mordują.

Nigdy nie jesteś do końca anonimowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 435

Popularność


1

Więc to już oficjalne. Tak, prowadzę podwójne życie. Sekretne drugie życie, równoległe do tego pierwszego, społecznie akceptowanego, wystawionego na pokaz jak muzealny eksponat. Labirynt tajemnych tuneli wykopanych tuż pod podłogą pałacowych korytarzy, które sama wybudowałam. Za dnia spaceruję po zamkowych komnatach, słyszę odgłos własnych kroków na błyszczących marmurowych posadzkach. Nocą schodzę do podziemia, nocą czołgam się pachnącymi wilgociąi glebą tunelami. Wdycham ten zapach z rozkoszą. Woń zdrady i namiętności, zapach złudnej wolności. Moje życie ma dwie strony, jedną –pieszczoną przez światło dnia – i drugą – ciemną i ukrytą. I ja mam dwie twarze, a może sto.

Najpierw pojawiają się niedowierzanie i zaprzeczenie. To nie jest moje życie. To się nie dzieje, to nie może być prawda. Potem nadchodzą czynny opór i walka. Wszystkie chwyty dozwolone na wojennym froncie. Aż w końcu przychodzi moment kapitulacji. I nagła ulga okraszona smutkiem i bólem. Kłamstwa i niedopowiedzenia, poczucie winy i wstyd, gorycz i słodycz. Tak się zaczyna podwójne życie.

Pozwól mi to wytłumaczyć, zanim zaczniesz mnie osądzać. Jeśli mam być całkowicie szczera z tobą i ze sobą, tak było zawsze, odkąd pamiętam, od dzieciństwa żyłam między światami. Trwa to już tak długo, że stało się moją drugą naturą. Niekończące się ucieczki do własnej głowy przed tym wszystkim, co przerasta. Kosmos możliwości zamknięty w jednym umyśle, pełen nieodgadnionych światów, przygód i szans. Miejsce, gdzie wszystko jest możliwe. W twojej własnej głowie.

Zawsze zazdrościłam mojemu bratu, on też uciekał – do ludzi, zdarzeń, mocnych przeżyć. Uciekał na zewnątrz, podczas gdy ja uciekałam do wewnątrz, w siebie, coraz głębiej. Aż granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co wymyślone, zacierała się na chwilę w przyjemnym odurzającym stanie. Uzależniona od własnych fantazji. Ale jeśli wszystko to, co do tej pory żyło tylko w twojej głowie, zaczyna z niej wypełzać i przybierać realną formę?

Jak dziś pamiętam piętnastoletniego Grześka wymykającego się przez okno, przerzucającego chude nogi przez parapet, jego przydługie spodnie i trampki ze zbyt luźno zawiązanymi sznurówkami, przetarte i brudne mankiety bluzy i nieudolnie nażelowane włosy. I ten uśmiech na twarzy – uśmiech bohatera roku. Okno naszego pokoju było jego drzwiami do innego świata, tajemną bramą, którą przekraczał, by wejść w inny wymiar.

Tymczasem ja kuliłam się w rogu łóżka i drżałam, słysząc za ścianą podniesiony głos, nagłe krzyki, dźwięk tłuczonego szkła. Grzesiek korzystał z tego, że uwaga ojca skupiona była na czymś innym, i z konspiracyjnym uśmiechem zeskakiwał z parapetu.

– Tylko zostaw mi uchylone okno, Ingo – mówił ściszonym głosem i zaraz potem słyszałam oddalające się kroki.

Zwykle nadal nie spałam, gdy wracał i wnosił ze sobą do pokoju zapach nikotyny i potu. Zrzucał buty, jak zawsze wsuwając je nogą pod biurko. Pociągał nosem parę razy i w ciemności szamotał się z rozporkiem, a potem kładł się na łóżku i naciągał kołdrę aż po czubek głowy. Zawsze tak sypiał. Odkąd pamiętam. Zwinięty jak embrion i ukryty całkowicie pod kołdrą, jakby chciał w ten sposób odtworzyć ciepłe łono matki. Kiedy byłam mała, bałam się, że się w końcu udusi. Pamiętam, że nie mogłam zasnąć, jeśli nie odsunęłam nakrycia z jego twarzy, by mógł oddychać. Boso przemykałam po zimnej podłodze do łóżeczka i odsłaniałam jego nosek i usta. Kosmyki włosów przyklejały się mu do spoconego czoła. Gałki oczne poruszały się szybko. Czasem zastanawiałam się, o czym śnił. Może o tętniącej życiem pępowinie, dryfowaniu w ciepłych wodach płodowych, tłumiących nieproszone dźwięki. Może przychodzimy na świat tylko dlatego, iż chronieni przed tym, co głośne i złe, ciągle wierzymy, że zostajemy przemocą wypluci z kanału rodnego do lepszego świata, gdzie nikt nie krzyczy, nie bije, nie śmierdzi alkoholem? Gdzie wszystko jest ciepłe i pachnie mlekiem matki? Może pierwszy płacz wcale nie jest wywołany odruchowym skurczem płuc, z których wydobywa się fala powietrza, lecz dramatycznym krzykiem zawodu i szoku, gdy rażące światło uderza w oczy, niczym nietłumione dźwięki raniąuszy i nagły strach ściska serce. Więc to jest życie…

Grzesiek długo protestował przeciw życiu. Mama mówiła, że to kolki, gdy wrzeszczał godzinami. Podobno powiedziałam jej, żeby go zabrała tam, skąd go przyniosła. Wielu rzeczy nie pamiętam. Czasem wydaje mi się, iżpamiętam coś tylko dlatego, że powtarzano mi to tyle razy, aż obraz zmaterializował się niemal na powierzchni umysłu. Sfabrykowane wspomnienia. Najpierw robią to dla nas rodzice i dziadkowie, potem uczymy się sami. Koloryzacja, selekcja, lekkie poprawki. Dzięki nim przeszłość boli mniej. Taki mechanizm obronny.

Dorastaliśmy w tym samym miejscu i czasie, obok siebie, ramię przy ramieniu, tak blisko, a tak inaczej. Każde z nas wypracowało własny sposób na unikanie rzeczywistości. I czy nie na tym polega życie? Na przyswojeniu umiejętności radzenia sobie z tym, nad czym nie mamy kontroli? Na podjęciu wysiłku przeżycia wszelkich przeciwności, by móc przez chwilę rozkoszowaćsię ulotnymi przyjemnościami? Choć tak naprawdę nigdy nie potrafiliśmy rozwiązywać problemów. Nauczyliśmy sięza to uciekać przed nimi. I do tej pory to moja główna strategia. Ucieczka.

Instynkt przetrwania wydaje się szczególnie silny u dzieci alkoholików. Byłam bohaterem rodzinnym. Dowiedziałam się o tym całkiem przypadkiem. Na pierwszym roku studiów mieszkałam w akademiku z dziewczyną z pedagogiki. Miała ona zasobną biblioteczkę, którązwykłam przeglądać, kiedy moja współlokatorka uciekała w weekendy na Giewont. Pozycja o dorosłych dzieciach alkoholików przyciągnęła moją uwagę. Przeczytałam ją w dwadzieścia godzin. Kolejne dwadzieścia spędziłam, płacząc i wystukując numer telefonu do domu tylko po to, by potem odłożyć słuchawkę. Komu niby miałam powiedzieć o swoich bolesnych odkryciach? I kogo by to zainteresowało? I co miałoby zmienić? Zdobyłam się jedynie na skserowanie jednego rozdziału. Złożone na pół kartki, na których podkreśliłam niektóre zdania jarząco zielonym flamastrem, wysłałam Grześkowi. Choć wtedy nie był już ani słodkim trzylatkiem ze spoconym czołem i dziwnie zadartym nosem, ani dojrzewającym nastolatkiem z pryszczami na policzkach, dużymi stopami i niezręcznymi ruchami. Grzesiek wyrósł na młodego gniewnego. Jako typowy kozioł ofiarny, wpadał w kłopoty, przysparzałtrosk, ale, co najważniejsze, zdawał się nieustannie cieszyć życiem i nie przejmować się tym, czego nie mógł zmienić. Nie zareagowałna mój list i nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zareaguje. Nie mieliśmy w zwyczaju rozmawiać o chorobie alkoholowej ojca, choć była tłem, na którym żyliśmy tyle lat.

Musiałam mu jednak powiedzieć. Wiedziona jakimiś resztkami siostrzanej opiekuńczości, pragnęłam dać mu znać, że to, kim jesteśmy, kim się staliśmy, jest wynikiem przeszłości, której nie wybraliśmy sami. Nie podejrzewałam,że Grzesiek potrzebował tej wiedzy. Ja jednak odczuwałam przemożną potrzebę, by podzielić się z kimś moim odkryciem.

Studia zmieniły moje życie. Nic w tym szczególnego. Dla większości młodych ludzi moment odłączenia się od rodziców i przejścia do totalnej samodzielności jest ostrym zakrętem na życiowej drodze. Definiującym zakrętem. Ja także wyrwałam się z domu, z ciasnych czterech ścian, gdzie byłam bohaterkąprzynoszącą rodzinie chwałę swoimi wynikami w nauce, posłuszeństwem, zaradnością, życzliwością. Nie, żebym dzięki temu zasłużyła na miano dobrej córki. W jakiś niezwykły sposób posiadłam talent ściągania na siebie niezadowolenia rodziców. Kiedy czytałam, wyrzucali mi, że nic nie robię, tylko czytam, zamiast wyjść. Gdy wychodziłam, wypominali mi, że nie poświęcam dostatecznie dużo uwagi nauce i obowiązkom domowym. I choć to Grzesiek sprawiał kłopoty wychowawcze, ich złość zwykle skupiała sięna mnie. Może dlatego, że jedyną odpowiedzią mojego brata na ich wyrzuty były wzniesione lekceważąco ramiona. Ja natomiast brałam wszystko do siebie i kuliłam się pod naporem ich oczekiwań, których w żaden sposób nie potrafiłam zaspokoić. Ich wieczne niezadowolenie i brak satysfakcji były źródłem nieustannej frustracji, dla której nie mogłam znaleźć ujścia. Wypracowałam jednak sposoby jej zapominania, które udoskonalałam od dziecka. Zwykłam wymykać się do ogrodu, gdzie na prowizorycznej huśtawce z deski i grubego sznura dawałam się unosić do góry. Nie tylko rytmicznym ruchom, lecz też fantazjom, które kwitły jak kwiaty po obfitym deszczu, porastając moją głowę łąką pełną kolorów. Im trudniej było w rzeczywistości, z tym większym rozmachem wybuchały nowe światy w mojej głowie. Nauczyłam się tak żyć – kompensować sobie braki rzeczywistości w moim drugim świecie, gdzie byłam wszystkim, czym nie mogłam być w prawdziwym życiu, robić wszystko, czego nie mogłam robić naprawdę. Nie potrzebowałam przyjaciół, towarzystwa, rozrywek. Rodzice twierdzili, że byłam nieśmiała, a ja im wierzyłam i żyłam w tym przekonaniu. Aż do chwili, gdy rozpoczęłam studia i odkryłam, kim jestem, gdy nie ograniczają mnie mury rodzinnego domu, gdy nie obciążają mnie czujne spojrzenia ojca i matki. Polubiłam dziewczynę, którą byłam.

Pamiętasz ten dzień, gdy się spotkałyśmy na drugim roku studiów? Tę odurzającą radość, którą się odczuwa, gdy znajduje się kolejny brakujący element własnej układanki? Pamiętasz? Ile nocy przegadałyśmy w tych pierwszych miesiącach znajomości? Ile spacerów, imprez, zjedzonych wspólnie kanapek z najtańszym pasztetem i cienko krojonym ogórkiem, ile kubków herbat parzonych z jednej torebki, ile butelek zbyt cierpkiego wina? I nawet gdy w końcu życie rzuciło nas daleko od siebie, zawsze znajdowałyśmy sposób, by pozostać blisko. Nigdy nie osądzałaś, nigdy nie krytykowałaś, nigdy niczego nie oczekiwałaś, nie narzucałaś mi swoich wyobrażeń o mnie samej. W twoim cieple i świetle kwitłam i odkrywałam siebie. W ciemnościach błędnych decyzji i życiowych potknięć wciąż mi tego brakuje, wciąż za tym podążam, tego szukam. Twojego nieoceniającego, uważnie słuchającego ucha, do którego szepczę nawet w myślach tylko po to, by usłyszeć samą siebie. Usłyszeć siebie.

Zadziwiające, jakłatwo uczymy się spychać siebie w czeluść tylko po to, by przyjmować formy akceptowalne przez innych. Czy brak nam odwagi, aby być sobą? Czy to wrodzony konformizm? Czy potrzeba przynależności do stada? Czy jedynie mechanizm obronny? I co się dzieje, gdy po latach nieświadomego udawania okazuje się, że jesteśmy kimś innym? Że jesteśmy zdolni do czynów, o które się nigdy nie podejrzewaliśmy? Że stać nas na niewiarygodne? A może po prostu zmieniamy się, dojrzewamy?

Kiedy stoję w promieniach zachodzącego słońca wśród morza kołyszących się traw, czuję jego spojrzenie na sobie. Wiem, że na mnie patrzy, wiem, że mnie widzi. Poprzez warstwy nałożone przez życie i czas, poprzez wszystko, czym staram się być, wiem, że on widzi prawdziwą mnie. Cokolwiek robię, gdziekolwiek jestem, czuję, że jego oczy mnie śledzą.

Październik 2014

Marieke van Haan podniosła głowę znad trzymanych w dłoni wydruków. Kawa w jej kubku wystygła i wyglądała jak mało apetyczna ciemna maź. Przez okno wpadały promienie październikowego słońca. W tle słyszała szum aut. Zerknęła na monitor komputera i listę nowych e-maili, które czekały na swoją kolej. Odczuwała dziwną mieszankę napięcia i satysfakcji, że przeczucie jej nie zmyliło. Choć wiedziała już, że sprawa była bardziej zagmatwana, niż na to wyglądało. Trzymała jednak w dłoni pierwszą poszlakę, która jak ślad odciśnięty na śniegu zapraszała, by za nią podążyć.

Wstała od biurka i z papierami w dłoni skierowała się do drzwi. Szybkim, zdecydowanym krokiem ruszyła przez korytarz komisariatu policji w Sneek. Pracowała tu od pięciu lat, od czasu ukończenia Akademii Policyjnej w Drachten. Była rodowitą Fryzyjką. Urodziła się w Sneek, tu się wychowała i wróciła po studiach. Marieke od zawsze chciała być policjantką. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek chciała robić w życiu cokolwiek innego. Jej dziadek prawie pięćdziesiąt lat pracował w policji, tutaj, w Sneek, ojciec był nauczycielem matematyki w szkole podstawowej. Kiedy Marieke oficjalnie ogłosiła rodzinie swoje plany życiowe, dziadek zaśmiał się, że przeznaczenie lubi przeskakiwać jedno pokolenie. Zawsze dużo jej opowiadał o swojej pracy, to była jego pasja. Nawet teraz, gdy odwiedzała go w domu starców, w chwilach jasności umysłu zdarzało mu się wspominać niektóre sprawy. Najczęściej powracał do jego pamięci przypadek zaginięcia młodej kobiety, której nigdy nie odnalazł. Kiedy Marieke szła korytarzem komendy, poczuła dziwny dreszcz. Może nie tylko w kwestiach zawodowych wyborów przeznaczenie lubiło przeskakiwać jedno pokolenie?

Już z daleka usłyszała gromki śmiech swojego partnera. Zobaczyła go przy automacie do kawy, gdzie grupka policjantów wymieniała zwyczajowe anegdoty. Roland Kempen stał oparty o ścianę. W dłoni trzymał papierowy kubek. Na twarzy miał szeroki uśmiech. Jego zakrzywiony po grecku nos marszczył się zabawnie. Czaszkę golił zawsze na zero i był jednym z nielicznych znanych Marieke facetów, którym to pasowało, choć miała wątpliwości, czy Roland w ogóle mógł być uznany za przystojnego. Wzrostem górował nad większością kolegów. Jego nonszalancja od razu rzucała się w oczy. Może to najbardziej irytowało Marieke w jego zachowaniu. Zauważył ją i kiwnął głową, wznosząc papierowy kubek w geście toastu.

– Więc jednak przerwa? – zapytał żartobliwie, po czym spoważniał, widząc, że nie odpowiada uśmiechem. – Co jest?

Wyciągnęła do niego dłoń z wydrukami.

– Lepiej, żebyś to przeczytał.

Marieke i Roland dzielili policyjne biurko od trzech lat. Prywatnie nie przepadali za sobą i od pierwszych godzin ich współpracy wiadomo było, że mogą być dobrymi partnerami zawodowymi, ale przyjaciółmi nie zostaną nigdy. W ciągu ostatnich lat pracowali nad różnymi sprawami, choć w małym holenderskim miasteczku rzadko zdarzało się coś poza standardowymi problemami, jak mniejsze i większe kradzieże, pijackie potyczki w czasie letnich imprez lub w okolicach Nowego Roku. Zdarzały się zaginięcia, ale nigdy takie jak to. Zwykle dotyczyły spraw szczęśliwie zamykanych w ciągu decydujących dwudziestu czterech godzin. Ginęły dzieci, które odnajdywały się na kanapie u sąsiadki lub na placu zabaw trzy ulice dalej, nastolatki w akcie buntu uciekające na imprezę, z której wracały potem skruszone, przesiąknięte zapachem nikotyny oraz taniego piwa, starsi ludzie z demencją, którzy gubili się w plątaninie ulic i wspomnień. Marieke nie mogła sobie jednak przypomnieć, by kiedykolwiek pracowała nad podobną sprawą. Dwa dni temu trzydziestopięcioletnia Inga de Graaf, mieszkanka niezbyt zamożnej, lecz spokojnej dzielnicy w północnej części Sneek, Polka z pochodzenia, matka dwójki dzieci i żona rdzennego Holendra, wyszła z domu na spacer z psem i od tamtej pory słuch po niej zaginął. Zgłoszenia dokonał zdenerwowany mąż, który po wykonaniu trzech chaotycznych telefonów na komendę w późnych godzinach wieczornych po północy stawił się wreszcie osobiście, rozglądając się wokół z wyraźną paniką w oczach i zdjęciem żony w ręku.

Roland zmarszczył brwi i w skupieniu przesuwał wzrokiem po wydrukach.

– Więc jednak odgrzebałaś te e-maile? – spytał, gdy skończył czytać.

Marieke skinęła głową.

– Myślałem, że dałaś sobie spokój – powiedział, patrząc na papiery w swojej dłoni, i pociągnął spory łyk kawy z papierowego kubka.

– Nie mogłam. Nikt nie kasuje całej serii e-maili do jednej osoby ot tak sobie. Alex odzyskał je dla mnie z dysku, ale okazało się, że były napisane w języku polskim. Chwilę to trwało, zanim znalazłam kogoś do tłumaczenia. To jest analiza ostatniego maila, został wysłany w sierpniu. Kobieta, która dla nas pracuje, dostała resztę i dostarczy wszystko najszybciej, jak się da. Chciałam skonsultować z tobą kolejny krok.

Roland spojrzał na nią badawczo.

– Chcesz skonfrontować męża?

– Tak. Zobaczyć jego reakcję. I przede wszystkim odnaleźć tę Magdę, do której wysyłane były e-maile. Opcje są moim zdaniem trzy. Może cztery.

– OK. Mów dalej. – Roland wyrzucił papierowy kubek do śmietnika. Resztki kawy bryzgnęły po jego ściankach, ale nie zwrócił na to uwagi. Ruszyli korytarzem w stronę ich pokoju. Marieke kontynuowała:

– Pomyśl. Ten e-mail nie jest całkiem oczywisty. Wygląda na to, że zaginiona miała romans, a jednak końcówka mnie niepokoi. – Kątem oka zauważyła, że Roland kiwa głową, mówiła dalej. – Więc opcje. Kochanek. Musiała być uwikłana w jakąś relację na boku. Pytanie, czy Magda, adresatka e-maili, wie, kto to był. Myślę, że łatwiej znaleźć ją i zapytać, niż przeczytać setki e-maili i liczyć na to, że tam znajdziemy informacje, imię, nazwisko czy choćby jakąś drobną wskazówkę. Więc opcja pierwsza: w zniknięcie zamieszany jest tajemniczy kochanek. Opcja druga: mąż przyczynił się do zniknięcia żony. Może wiedział o romansie? Trzeba przepytać sąsiadów. Coś mogło zwrócić ich uwagę. Może zaginiona komuś się zwierzyła? Opcja trzecia: ucieczka z kochankiem.

– Poczekaj. – Roland przerwał jej stanowczo. – A odpowiedzi? Skasowała e-maile, które wysyłała, ale musiała przecież dostawać odpowiedzi.

– Alex twierdzi, że żadnych odpowiedzi nie ma.

– Jak to nie ma?

– Normalnie. Nic nie znalazł. Może usunęła je trwale z dysku? Może kasowała je regularnie, bo bała się, że inaczej będą zalegać w skrzynce, a nie pomyślała o tych, które wysyłała, i usunęła je w panice dopiero, gdy coś jej groziło?

– A opcja czwarta? – Roland wreszcie na nią spojrzał i przepuścił pierwszą w drzwiach do ich wspólnego pokoju.

– No właśnie. Coś jej groziło i uciekła sama.

– I zostawiła dzieci? – Popatrzył na nią z powątpiewaniem.

Marieke wzruszyła ramionami, podsunęła mu pod nos wydruk i wskazała palcem fragment korespondencji.

– Ona sama pisze o ucieczkach.

– Musisz wziąć pod uwagę jeszcze jedną opcję. – Roland pokiwał palcem w jej kierunku. – Że przyczyną zaginięcia jest coś całkiem innego.

– Wątpliwe. Zważywszy na treść tego e-maila, a to przecież jedynie wierzchołek góry lodowej, uważam, że dochodzenie powinno pójść w tym kierunku. Musimy uważnie przebrnąć przez resztę korespondencji.

Roland westchnął i opadł na obrotowe krzesło po swojej stronie biurka. Przez chwilę kręcił się na nim z dłońmi splecionymi pod głową. Kiedy się zatrzymał, powiedział:

– Dobra. Ja oświecę szefa w kwestii naszych odkryć… – Marieke uniosła lekko brwi i Roland mrugnął do niej, po czym poprawił się szybko. – W kwestii twoich odkryć i przedstawię mu plan działania. Ty zadzwoń po męża, niech stawi się w komendzie jak najszybciej i zobaczymy, co uda się nam z niego wyciągnąć. Pogoń tę tłumaczkę, musimy mieć jak najszybciej resztę korespondencji. Niech Alex pogrzebie dalej w laptopie, może znajdzie jakieś ukryte pliki, zdjęcia, nie wiem. Trzeba wysłać kogoś, żeby zapukał do sąsiadów, i popytać o tę rodzinę. Może ktoś zauważył coś, nie mając pojęcia, że jest istotne.

Marieke skinęła i sięgnęła po telefon, odprowadzając Rolanda wzrokiem do drzwi.

W wilgotny, październikowy, późny wieczór zaalarmowani przez męża zaginionej, zorganizowali prowizoryczną akcję poszukiwawczą. Dyżurujące radiowozy kontrolowały ulice w okolicy domu Ingi de Graaf, zespół policjantów na piechotę i rowerami patrolował miejsca najczęściej wybierane na spacery przez właścicieli psów w tej części miasta. Działania nie przyniosły rezultatów, więc następnego dnia rano powiadomiono mieszkańców miasteczka i powtórzono całą akcję, tym razem dokładniej. Marieke z niepokojem zerkała w stronę parku położonego w sąsiedztwie miejsca zamieszkania zaginionej oraz kanałów przecinających okolicę. Wiedziała, że Roland myślał o tym samym, ale oboje wstrzymywali się jeszcze z wezwaniem ekipy. Jeśli Inga de Graaf znajdowała się gdzieś pod powierzchnią wody, parę godzin zwłoki nie miało już znaczenia. Wieczorem tego samego dnia Marieke odwiedziła dom rodziny de Graafów. W czasie wizyty próbowała uzyskać informacje, gdzie Inga najczęściej spacerowała z psem, jednak Marc de Graaf zdawał się nadal tkwić w częściowym szoku i komunikacja z nim była utrudniona. Stał niezręcznie na środku niezbyt przestronnego salonu, w ramionach trzymał dwuipółletniego synka, który pocierał piąstkami oczy i pokasływał co chwila. W jednym kącie pokoju leżała góra klocków, w innym sterta ubrań i pampersów. Po sofie walały się koce i poduszki, kubeczek niekapek, zmięte papierowe chusteczki i książki dla dzieci. Pod butami Marieke czuła warstwę okruchów, która pokrywała podłogę. Stół pod oknem zastawiony był brudnymi naczyniami, podobnie jak blat w kuchni, z której nieśmiało wyglądała druga drobna dziecięca twarzyczka. W mieszkaniu unosiła się dziwna woń, mieszanka zapachów: potu, jedzenia, moczu. Marc de Graaf miał w oczach desperację. Jego nieogolona twarz była wydłużona strachem i zmęczeniem, które żłobiły bruzdy w skórze. Zdawało się, że nie potrafił im udzielić jednoznacznej odpowiedzi na żadne pytanie, i Marieke nie zdołała ocenić, czy coś ukrywał, czy był po prostu zbyt zmieszany i przerażony, by jasno myśleć. Opuściła więc dom zaginionej, nie otrzymawszy tak naprawdę potrzebnych informacji, z poczuciem, że nie mają żadnego punktu zaczepienia. W dłoni ściskała jednak laptop Ingi, na którego przeszukanie Marc wyraził zgodę. Miała nadzieję, że tam odkryje coś, co wskaże im kierunek.

Kolejnego dnia lokalne dzienniki na pierwszej stronie miały umieścić dostarczoną przez policję fotografię Ingi i tuż obok – zdjęcie jej psa. Marieke piła swoją poranną kawę, wpatrując się w gazetę i zastanawiając, jak to możliwe, że zniknęli bez śladu. Jeśli pies pociągnął ją do wody i utonęła, on musiał się uratować, chyba że smycz zaczepiła o coś i uniemożliwiła mu wydostanie się na brzeg. Jeśli udało mu się ocalić i biega luzem, dlaczego nie wrócił do domu? A może jest ranny lub po prostu przerażony? Jak daleko mógłby uciec? Gdzie miałby się schować? Dla pewności przejrzano zapis z kamer monitorujących obie stacje kolejowe w miasteczku oraz stację autobusową. Bez rezultatu.

Sneek nie było dużym miastem, jednak przeszukanie wszystkich terenów zielonych i miejsc przeznaczonych do spacerów i wypadów, aby znaleźć psa, wydawało się niemożliwe. Marieke w myślach dokonywała spisu parków w miasteczku. Wilhelmina Park, najbliższy miejsca zamieszkania Ingi, został już przeczesany. Pozostały rozległe, gęsto porośnięte drzewami Zwette Bos i Rasterhof Park. A co z mniejszymi terenami przeznaczonymi do wyprowadzania psów luzem? Takich punktów było w mieście kilkanaście.

Zwrócili się do operatora z prośbą o wykaz telefonów wykonanych i otrzymanych przez zaginioną w ciągu ostatniego tygodnia. Okazało się, że na zestawienie również trzeba poczekać. To właśnie tego poranka, trzydzieści pięć godzin po oficjalnym przyjęciu zgłoszenia o zaginięciu, zadzwonił telefon z wiadomością o serii e-maili, które zalegały w koszu laptopa Ingi i które miały okazać się przełomem w sprawie.

Marc de Graaf siedział na jaskrawo oświetlonym korytarzu komendy policji w Sneek. Został pilnie wezwany i stawił się w błyskawicznym tempie. Oczy piekły go ze zmęczenia i niewyspania. Od dwóch dni nie zmienił ubrań i czuł nieprzyjemny zapach własnego potu. Drażnił go zarost, którego nie miał czasu zgolić. Nie mógł uwierzyć – nadal, choć minęło prawie czterdzieści dłużących się godzin – w to, co się stało. Co chwila pocierał zmęczone oczy wierzchem dłoni i zerkał na wyświetlacz swojej komórki, jakby czekał na telefon. Wiedział jednak, że Inga nie zadzwoni. Jej telefon leżał nadal na blacie kuchennym obok pojemnika z lasagne, który przyniosła im Saskia. Isa nie tknęła dania, nie jadała niczego, co miało czerwony odcień. Marc, zmagając się z lękiem, niepokojem i paniką, musiał zająć się opieką nad dziećmi, a wszystko to razem przerosło jego możliwości. W końcu wezwał na pomoc swoją matkę, która zjawiła się wcześnie rano tego dnia. To ona przejęła dzieci i obowiązki domowe. A telefon Ingi leżał tam, rzucając mu nieme wyzwanie i przypominając o jej nieobecności. Policja przejrzała jego zawartość i niczego nie znalazła. Poinformowano go, że wystąpią o dostęp do wykazu połączeń telefonicznych. Pytali, czy Inga zawsze zostawia telefon w domu, wychodząc z psem. Pies. Od początku były z nim problemy. Mąż mówił jej, żeby go oddała, ale w nią wstąpiła jakaś przekora. Zawzięła się i uparła, że da radę go wychować. Marc zacisnął dłoń na komórce. Nie miał racji? Ten cholerny pies! Siedząc na twardym plastikowym krześle i czując swoje zdrętwiałe ciało, Marc pozwolił myślom dryfować na powierzchni wspomnień. Wrócił do niego obraz Ingi z przeszłości. Mglisty i niewyraźny, zmieniony czasem, zniekształcony zapomnieniem, a jednak wciąż obecny.

Poznali się na wakacjach na holenderskiej wyspie Texel, gdzie Marc spędzał tydzień na kempingu z przyjaciółmi z czasów studiów. To była ich mała tradycja. Nawet wtedy, gdy rozjechali się po kraju i rzucili w wir pracy i życia osobistego, jeden tydzień wakacji spędzali pod namiotami. Żadnych dziewczyn, żon, pracy. Paczka kumpli, dużo piwa, ciepłe śpiwory. Pełnia lata. Od morza wiał silny wiatr, ale kemping, który wybrali, ukryty był między wysokimi wydmami, porośniętymi gęstą trawą. To nie Ingę zauważył najpierw, lecz Magdę, jej przyjaciółkę. Magdę z jej długimi lśniącymi włosami, obciętymi równiutko jak od linijki, szerokim uśmiechem, pełnym biustem, Magdę, której umięśnione, opalone nogi zdawały się sięgać nieba. Przyciągnęła uwagę Marca od pierwszej sekundy, gdy jego oczy wyłapały jej postać. Była w jego typie, smukła i dostojna jak sarna, dobrze ubrana, niezbyt pretensjonalnie, ale na czasie. Perfekcyjnie dobrane kolory, wzory, torebka, która dopełniała całości, i okulary przeciwsłoneczne, w których wyglądała jak gwiazda filmowa incognito. Miał wrażenie, że każdy facet w De Koog, na którego obrzeżach znajdował się kemping, patrzył wyłącznie na tę jedną kobietę, gdy szła deptakiem. Nie przyjrzał się wtedy dziewczynie idącej obok. Dziś nie potrafiłby nawet powiedzieć, czy to na pewno była Inga. Magda miała nie tylko wielką urodę, ale także jej pełną świadomość. Rozpoznał ją następnego dnia na plaży i w ułamku sekundy zarejestrował reakcję swoich towarzyszy, których głowy obróciły się w tym samym kierunku. Szła samym brzegiem morza w krótkiej plażowej sukience, targanej przez silny wiatr. To wtedy zauważył jej przyjaciółkę. Pierwsze wspomnienie kobiety, która potem została jego żoną. Stawiała bose stopy na niskich drewnianych palach wbitych w mokry piach. Jej ramiona, rozrzucone na boki, kołysały się delikatnie jak skrzydła, utrzymując w pionie chude ciało, patyczkowate nogi z kościstymi kolanami, kosmyki włosów, które wiatr wyrywał z kucyka i zwiewał na twarz. Przygryzała wargę, próbując zachować równowagę. Oczy w skupieniu śledziły drewniane pale przed nią. Miała na sobie postrzępione dżinsowe szorty i biały luźny podkoszulek, który wydymał się pod wpływem wiatru jak żagiel. W jednej dłoni trzymała klapki, w drugiej kolorowy szal, jego końcówkę jak chorągiew szamotał mocny podmuch.

Rozłożyły duży plażowy ręcznik parę metrów od miejsca, gdzie Marc i jego koledzy odpoczywali po długim spacerze. Słyszeli głosy dziewcząt poprzez szum fal i wiatru, choć nie potrafili rozróżnić języka. Ben, najodważniejszy z całej piątki, pomachał w ich kierunku, a kiedy odpowiedziały uśmiechem, podniósł się, otrzepał z piachu i podszedł bliżej. Marc kątem oka obserwował rozmowę. Ben ze swoim lśniącym od potu opalonym ciałem i ciemnymi lokami zawsze przyciągał uwagę kobiet. Słyszeli śmiech, który wybuchł nagle, i wkrótce Ben wrócił na swój ręcznik z szerokim uśmiechem, rzucając jeszcze za siebie rozbawione spojrzenie. Okazało się, że dziewczyny biwakowały na tym samym kempingu wśród wydm i pochodziły z Polski. Przez sześć tygodni wakacji pracowały przy tulipanach i ostatnie dni pobytu w Holandii postanowiły spędzić na odpoczynku. Ich płynny angielski zaskoczył Marca, ale szybko wyszło na jaw, że są studentkami ostatniego roku filologii angielskiej. Były od nich parę lat młodsze. Marc pamięta, że Polska wydawała mu się wtedy niemal egzotycznym, odległym krajem, o którym nic nie wiedział i kojarzył jedynie z Rosją i komunizmem. Przyglądał się więc dziewczętom jak fantastycznym stworzeniom, niedowierzając, że przybyły stamtąd, choć wyglądały, jakby były stąd. Dużo się śmiały i Marc nigdy nie zapomniał chwili, gdy zapytał je o imiona. Magda napisała swoje na piachu. Przeczytał je niepoprawnie. Mahhhda z tym holenderskim charczącym h. Przez kolejne pięć dni, które spędzili razem, dziewczyny zwracały się do siebie ostentacyjnie Mahda i Inha, po czym chichotały rozbawione.

Marc próbował kierować swoją uwagę na piękną Magdę. Wydawała mu się idealnie pasować do jego osobowości i życia, mogła być dopełnieniem wszystkiego, co już osiągnął. Magda ze swoim dobrym smakiem, erudycją, Magda, która zawsze na wszystko miała ciętą odpowiedź, bez lęku brała udział w każdej dyskusji, była dumna, pewna siebie. Marc nie rozumiał dlaczego mimo całej tej świadomości jego oczy mimowolnie zaczęły śledzić Ingę, tak inną od przyjaciółki, cichą, choć niewycofaną, nie tak pewną siebie, ale też nienieśmiałą. Szybko zorientował się, że obserwuje ją, że wbrew rozsądkowi go pociąga. Nigdy nie widział jej w czymś innym niż dżinsy i T-shirt, ale zawsze miała na sobie kolorowy szal i długie fantazyjne kolczyki, co nadawało jej wizerunkowi pewną cygańską nutę, choć jej cienkie włosy były jasnobrązowe, z rodzaju tych, których końcówki słońce rozjaśniało bardzo szybko na niemal piaskowy blond. Ich kosmyki zawsze fruwały wokół jej szczupłej twarzy, jakby odporne na prawo grawitacji. Inga patrzyła na wszystko kocimi oczyma, pełnymi dziecięcego zachwytu. Początkowo reagował na to czymś między pobłażaniem a lekką irytacją. Nie mógł jednak nie zauważyć, że jej entuzjazm był zaraźliwy i nie tylko on ciągnął do niej jak pszczoła do kolorowego kwiatu.

Dni były intensywne i wypełnione po brzegi. Wybierali się na długie wycieczki wzdłuż wydm, przeszli rezerwat przyrody Slufter, w którym słona woda częściowo zalała plaże, tworząc fantazyjne piaszczyste krajobrazy, podmokłe wybrzeża, formując jedyną w swoim rodzaju florę i faunę. Gubili drogę, by ją odnaleźć, głośno dyskutowali i wymieniali niegrzeczne żarty, szli pod wiatr, przekrzykując szum fal, lub kładli się w wysokiej trawie i ukryci przed silnymi podmuchami, spożywali bagietki z serem, popijając je wodą. Zwiedzali uliczki okolicznych wiosek, odkrywali małe kafejki, w których można było wypić kawę i zjeść tosty, dotarli do urokliwej winiarni, gdzie mogli spróbować różnych gatunków win. Chłopcy opowiadali im o wyspie, którą znali bardzo dobrze, o swoich pracach i pasjach; one mówiły o Polsce, studiach, planach na przyszłość, wrażeniach z pobytu w Holandii. Inga wsuwała za ucho kwiaty – jedne z tych polnych kwiatów, które rosną wszędzie zagubione w trawie, tych, na które nikt nie zwraca uwagi. Ona je widziała, zauważała szczegóły, drobne dzieła natury i patrzyła na nie szeroko otwartymi oczyma z podziwem i zachwytem jak dziecko, jakby widziała je pierwszy raz. Może czuł się przy niej mądrzejszy, doroślejszy, dojrzalszy, niż był, i to uczucie przyjemnie go łaskotało, więc ciągnęło go do niej. A może zarażała go chwilami beztroski? Potrafiła zatrzymywać się na poboczu drogi tylko po to, by wąchać maki, które wyglądały jak plamy krwi w morzu kołyszących się zbóż. Zdawała się w każdej drobnej rzeczy widzieć coś niewidzialnego dla innych, jak gdyby jej kocie oczy w dziwnym, bliżej nieokreślonym kolorze, między błękitem a szarością, posiadały magiczną moc. Nigdy nie marudziła, nawet wtedy, gdy zaszli za daleko i musieli wracać okrężną drogą. Szła zawsze rytmicznym lekkim krokiem, jakby jej stopy jedynie muskały ziemię. Zdawało się, że im dalej wędrowali, tym raźniej podążała wytyczoną trasą, jak gdyby zatracała się kompletnie w tańcu własnych stóp. Podczas gdy oni skupiali się na sobie nawzajem, ona zdawała się chłonąć wszystko wokół głodnym spojrzeniem, wdychać pełną piersią.

Wieczorami, gdy ich twarze kierowały się ku sobie w niekończących się rozmowach i żartach, Inga unosiła głowę i wzrokiem błądziła po rozgwieżdżonym niebie. Od czasu do czasu jej wargi rozwierały się w niemej fascynacji, lecz gdy obracał głowę, by zobaczyć, co ją zachwyciło, widział jedynie aksamitnie granatową ciemność i punkciki światła. Miał wrażenie, że tak naprawdę nie interesowały jej ich przyziemne rozmowy i z grzeczności udzielała odpowiedzi, jakby pochłonięta w tym samym czasie czymś ważniejszym. Była jak dobrze wychowane dziecko, które z niecierpliwością czekało, by wymknąć się do swojego świata. Zdarzały się też chwile, gdy miał poczucie, że była z nimi całą sobą, nagle bardziej obecna niż którekolwiek z nich. Śmiała się dużo i serdecznie, z samego brzucha. Jej kocie oczy przymknięte, głowa odrzucona do tyłu. Nie rozumiał jej. A jednak czuł rosnącą fascynację i liczył mijające szybko dni. Od czasu do czasu próbował wyrwać Ingę spod skrzydeł Magdy i zamienić z nią kilka zdań, choć nie bardzo wiedział, o czym miałby z nią rozmawiać. Nigdy nie był mistrzem flirtu. Jego konkretna i racjonalna natura nie ułatwiała mu nawiązywania relacji, choć jako młody makler nie mógł narzekać na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Niektórym kobietom imponowały jego powściągliwość i pragmatyzm, być może dobudowywały do nich ukrytą filozofię, której tak naprawdę nie było. Marc wychował się w zamożnej, nudnej rodzinie, nigdy niczego mu nie brakowało, nigdy nie miewał życiowych rozterek, nie musiał o nic walczyć, nie miał zapotrzebowania na dramaty i przygody. Wydawał się usatysfakcjonowany tym, co miał, a miał wiele. Nie gonił za dziwacznymi wytworami wyobraźni. W Indze natomiast było coś ulotnego, czego Marc nie potrafiłby chwycić. I to właśnie zaczęło drażnić jego wnętrze, ta nienazwana abstrakcyjna mgiełka otaczająca ją jak zapach. Musiał przyznać, choć to bolesne, że nawet po latach wspólnego życia nie był w stanie tego nazwać ani dotknąć. Gdy siedział na twardym plastikowym krześle w komendzie policji, mrużąc oczy od sztucznego światła, które irytowało jego zmęczone oczy, nagle poczuł dziwny strach. Może właśnie to pchnęło Ingę w dal, w drogę, może to ją porwało, to coś w niej, czego nigdy nie dał rady dosięgnąć.

Ostatnio wydawała mu się odprężona i bardziej energiczna. Przywołał w pamięci obraz Ingi. Mimo swoich trzydziestu pięciu lat i dwojga dzieci pozostała szczupła na ten patyczkowaty sposób. Jej niegdyś całkiem płaski brzuch uwypuklił się nieco, ale skóra pozostała gładka i elastyczna. Należała do tych kobiet, którym wiek dodaje intensywności. Rysy jej twarzy z wysoko umieszczonymi kośćmi policzkowymi i prostym, ostrym nosem wyszlachetniały, oczy nabrały głębi. Czasem, gdy na nią patrzył, widział ciemne kręgi pod oczyma, usta zaciśnięte w wąską, prostą kreskę, ten nieobecny, nieprzystępny wyraz twarzy, który sprawiał, że odwracał wzrok. Nie zauważał jednak paru ledwie widocznych zmarszczek, bladych rozstępów na brzuchu, trzech pierwszych siwych włosów, które skrupulatnie wyrwała. Tak naprawdę Marc musiał przyznać, że od jakiegoś czasu nie zauważał jej wcale. W panice robił dokładny przegląd ostatnich dni ich życia. Czy coś przegapił, przeoczył? Czy coś jej groziło? Czy zachowywała się inaczej niż zwykle? Sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Nie mógł uwierzyć, że odeszłaby z własnej woli w ten sposób. Owszem, mieli za sobą trudny czas, okres zaraz po narodzinach Nicka, kiedy oboje byli przemęczeni, niewyspani, sfrustrowani. Brak snu, spokoju, odprężenia, czasu dla siebie okazał się przytłaczający. Mimo to przecież go przetrwali i sytuacja uległa znacznej poprawie. A skoro nie odeszła sama… Nie mógł zrozumieć, dlaczego ktoś miałby chcieć zrobić jej krzywdę. Była tylko zwykłą kobietą, żoną, matką dwojga dzieci. Pozostawała więc ostatnia opcja. Wypadek. Jakiś nieszczęśliwy, niezrozumiały wypadek.

Od prawie czterdziestu godzin nie myślał o niczym innym, jak tylko o swojej żonie. Nagle poczuł piekący ból, gdy uświadomił sobie, że już od dawna nie poświęcił jej tyle uwagi w swoich myślach.

Marc de Graaf patrzył niewidzącym wzrokiem na ciągnący się przed nim korytarz. Jego nieobecne oczy widziały Ingę podczas tamtych pierwszych wakacji, jak gdyby szła tym holem, a jej bose stopy zdawały się unosić tuż nad podłogą. Miała na sobie wystrzępione dżinsowe szorty i za luźny biały podkoszulek. Oddalała się powoli, nie oglądając za siebie, lekka, surrealistyczna postać z mgły wspomnień. A on, sparaliżowany wizją, nie potrafił się poruszyć. Nie był w stanie jej zatrzymać. Mógł jedynie patrzeć, jak odchodzi bez odpowiedzi na pytanie, które dręczyło go jak ciężka chroniczna choroba. Co się stało? Dlaczego?

– Marc de Graaf? – Głos, który wyrwał go z głębokiego zamyślenia, należał do policjantki. Stała przed nim z brązową teczką w dłoni. Rozpoznał jej twarz, ale nazwisko, które usłyszał już kilkakrotnie, tonęło w mrokach niepamięci. Była jedną z tych kobiet, na którą nigdy nie zwróciłby uwagi w tłumie.

Zerwał się z krzesła i poczuł nagłe zawirowanie w głowie, jak gdyby policyjny korytarz obrócił się wokół niego parokrotnie. Przytrzymał się oparcia i nabrał spory haust powietrza w zaciśnięte płuca. Miał spocone zimne dłonie. Zauważył, że drżały, gdy podawał jej rękę na przywitanie.

– Dobrze się pan czuje? – spytała i zmarszczyła czoło. Była od niego niższa i miała grubokościstą budowę ciała oraz okrągłą twarz, w której dwoje piwnych oczu bacznie lustrowało otoczenie. Ani grama makijażu. Przez sekundę zastanawiał się, czy mogła być w wieku Ingi, choć zdawała mu się młodsza. Założyła pasmo brązowych włosów za ucho, jak gdyby tym gestem próbowała zatuszować zdenerwowanie. Gdy skinął głową, powiedziała powoli: – Panie de Graaf, musimy porozmawiać. Na komputerze pana żony odkryliśmy korespondencję e-mailową i zanim podejmiemy kolejne kroki, chcemy przekazać panu najnowsze zdobyte przez nas informacje. Oraz zadać kilka pytań.

Coś w jej głosie i sposobie mówienia sprawiło, że Marc wyprostował się nagle, zapominając o fizycznym i emocjonalnym wycieńczeniu. Fala niepokoju jak ciemna chmura zasłaniająca słońce nadpłynęła znikąd. Czuł jej chłodną obecność, która przyprawiła go o gęsią skórkę, i kropelki potu wzdłuż kręgosłupa. Patrzył niemo w spokojną twarz policjantki i gdy po chwili ruszyli korytarzem w stronę drzwi gabinetu, Marc de Graaf miał wrażenie, że kryje się za nimi jakiś niewidzialny potwór, z którym miał się zmierzyć. Każdy krok kosztował go wiele wysiłku. Nie wiedział jeszcze, że w policyjnym pokoju czekało na niego spotkanie z nieznaną mu dotąd wersją jego własnego życia.

2

Maj 2013

Wychodzę z domu. Jestem już spocona, zmęczona, sfrustrowana, ale pragnę się wydostać. Łopoczę skrzydłami w panice jak ptak w niewielkiej klatce. Otwieram drzwi i pierwszy ciepły podmuch wiatru muska mi twarz. Napełniam płuca świeżym powietrzem, aż moja pierśwydyma się pod jego wpływem, aż czuję je w głębi brzucha. Kółka wózka utykają jak zawsze na progu. Próbujęnie poddać się irytacji, ale kątem oka widzę, że Isa, nie czekając na mnie, biegnie już chodnikiem parę metrów dalej. Wołam ją, ale jak zwykle nie reaguje. Mój własny głos roznosi się po ulicy. Isa znika za zakrętem, słyszę jedynie stukot jej kaloszków, rozmiar 24. Czujęwzbierającą złość. Zatrzaskuję za sobą drzwi i próbuję przyśpieszyć, ale Nick upuszcza swojego króliczka na chodnik i podnosi alarm. Muszę się zatrzymać i podać mu zabawkę. Wołam Isę po raz kolejny, ale nie odpowiada. Przemierzam szybko parę kolejnych kroków i widzę ją pochyloną nad krawężnikiem. Zbiera kamyki i wkłada je do kieszonki cienkiej różowej kurtki. Muszę pamiętać, żeby wyjąć je przed praniem. Choć i tak wiem, że zapomnę, i zdam sobie z tego sprawę dopiero, gdy będą uderzać w szybę drzwiczek pralki. Oddycham głębiej i zwalniam. Zaczynam swoją codzienną podróż, pielgrzymkę w intencji zdrowego wychowania. Próbuję przywołać na usta uśmiech, cieszyćsię chwilą i słońcem pierwszych majowych dni. Codziennie od lat ta sama droga, ta sama ulica, te same domy i twarze, te same powitania i uwagi. Wciąż od nowa. Zmienia się tylko pogoda jak tło, które ktoś podkłada pod powtarzające się co dnia sytuacje. A może to jest wciąż ten sam dzień, grany od nowa jak próba generalna marnej sztuki?

Mijam dom sąsiada, jego wielkie, zawsze czyste okna lśnią zapraszająco. Odwracam głowę i widzę pokój, równie perfekcyjny i symetryczny. Wiem, że jego właściciel jest rozwodnikiem, wolne weekendy spędza na drobnych pracach przy domu. Wszystko czyste, zadbane, nawet mały ogródek przed wejściem idealnie wypielęgnowany, między kostkami bruku nie ma najmniejszego chwastu, jak gdyby były położone ledwie wczoraj. Zdarza mi się patrzeć w jego okno przez tę szybę tak czystą, że prawie nieistniejącą, i widzieć go, jak siedzi z książką lub gazetą na swojej śnieżnobiałej sofie w ciszy i spokoju. Wtedy czuję zazdrość. On też zagląda w nasze okno. Nawet nie ukrywa, że to robi. Odwraca głowę, gdy przejeżdża rowerem. Najczęściej udaję, że tego nie zauważam. Jeśli jednak podchwyci mój wzrok, unoszę dłoń, on robi to samo. Spod jego kurtki zawsze wystaje kołnierzyk koszuli. Nawet nie wiem, czym się zajmuje. Czasem myślę złośliwie,że może myciem okien. Mijamy się na ulicy, wymieniamy uprzejme powitania i zwyczajowe uwagi o pogodzie, standardowy sąsiedzki dialog. Nasze domy mają wspólną ścianę, są jak okręgi stykające się w jednym punkcie, ale niemające żadnej części wspólnej. Podobnie jak nasze życia.

Isa biegnie za szybko i wiem, że zaraz upadnie. Jej lewa stópka zwraca się trochę za bardzo do wnętrza. Pediatra mówi, że ma po prostu luźne stawy i wszystko się unormuje. Wkrótce powietrze przecina potworny wrzask, jej ciałko leży wyciągnięte na chodniku. Oczywiście nie podniesie się sama, muszę zostawić wózek i pobiec do niej. Drzwi domu, przed którym upadła, się otwierają. Znam trochę kobietę, która tam mieszka. Jest młodsza ode mnie i ma długie włosy zawsze splecione w ten sam misterny warkocz. Jej mąż jeździ białym busem z napisem:„Naprawy na telefon”. Kobieta przynosi mi chusteczkę, którą wycieram zasmarkany nos Isy, a potem całuję jej zbite kolano. Uśmiecham się z wdzięcznością do kobiety, choć wiem, że kolejny kwadrans będę tu stała, wysłuchując jej niekończących się opowieści o sprawach, które zupełnie mnie nie interesują, nie dotyczą, o które nawet nie pytam. Jest jak bluszcz, który przy każdej nadarzającej się okazji oplecie cię, by wyssać ostatnie resztki uwagi i życiowej energii. Nie przestaje mówić, jakby nie zauważała dzieci. Przysysa się jedynie do mnie. Nie chcę być niemiła, więc stoję i słucham, potakuję i zerkam na Nicka, który powoli zaczyna kwilić w wózku i się niecierpliwić, oraz na Isę kręcącą się wokół latarni ulicznej jak ćma wokół żarówki. W końcu decyduję się przerwać monolog i najuprzejmiej, jak potrafię, przepraszam, wskazując głową na dzieci. Ruszamy dalej. Mijamy dom, w którym mieszka starsze małżeństwo. Ona chodzi zwykle o kuli, ma miły uśmiech i zupełnie białe włosy. On wygląda jeszcze całkiem rześko jak na swój wiek. Ilekroć mnie widzi, odgrywa tę samą – w jego mniemaniu żartobliwą – scenkę, w której udaje,że kompletnie się nie znamy. Zawsze ma w zanadrzu jakiś niesmaczny żart i myślę, że będąc w kwiecie wieku, musiał być przyzwyczajony do uwagi kobiet. Najwidoczniej nie zauważył, że ten czas dawno minął. Parę metrów dalej wchodzimy w wąską uliczkę tuż nad wodami kanału. Na jej rogu mieszka starszy pan. Ulica biegnie wzdłuż kanału i z okien domów roztacza się tutaj piękny widok na park i ścieżkę rowerową po jego drugiej stronie. Teraz, w maju, jest tu zielono i cicho. Kaczki lądują z pluskiem na powierzchni wody. Starszy pan mieszka tu podobno od pół wieku. Widzę go, jak stoi z grabiami przy niskim płotku otaczającym dom, za żywopłotem znajduje się warzywny ogródek na tyłach. Czasem dostaję od niego rabarbar, czasem pęczek rzodkiewek. Zawsze wita mnie ciepłym uśmiechem. „Dzień dobry, młoda damo”, mówi nawet wtedy, gdy z moimi przetłuszczonymi włosami i wczorajszymi ubraniami ze wzorem w barwne plamy wyglądam jak ktoś, kto przeżył apokalipsę, nawet wtedy, gdy zieję ogniem złości, szarpiąc się z samą sobą i wyjącymi dziećmi. Nosi okulary w grubych oprawkach, przez szkła których jego oczy wydają się nienaturalnie duże. Kiwa głową z uznaniem, gdy pchając przed sobą wózek, pędzę za Isą i rzucam w biegu uprzejme: „Miłego dnia”.

Wychodzimy na szeroką ulicę i przechodzimy obok domu Saskii. Przez uniesione rolety widzę pusty pokój. Idziemy dalej, choć Isa zatrzymuje się przy bramce i zagląda do ogródka. Odyseja dnia codziennego, te same przygody, te same punkty na mapie. Wciąż te same twarze, migające mi przed oczyma jak w dziwnym kalejdoskopie, ale wśród nich ani jednej, którą chciałabym naprawdę zobaczyć. Isa nie chce podać mi ręki, choć próbuję tłumaczyć,że takie są zasady przechodzenia przez ulicę. Spokojnym głosem przypominam jej treść książeczki o ruchu drogowym z biblioteki, ale mała wije się jak węgorz. Nick jęczy z niecierpliwości i dopiero gdy się do niego odwracam, zdaję sobie sprawę, że znów upuścił cholernego króliczka, musimy więc po niego wrócić. Isa odmawia współpracy, chce przejść na drugą stronę już, teraz, natychmiast, pluje na mnie, gdy próbuję chwycić jej rączkę. Nick ryczy. Parę metrów, które dzielą mnie od pieprzonej zabawki, wydaje mi się nagle wydłużać w kilometry wzburzonego morza. Nabieram powietrza i staram się opanować wzbierającą złość. Nakazuję małej zostać przy wózku i odwracam się, by pójść po maskotkę Nicka. Słyszę kaloszki Isy i wiem, że przebiega przez ulicę. Nie chcę na nią wrzeszczeć tutaj, na środku jezdni. Isa zawsze musi szybciej, zawsze mocniej, wyżej, głośniej, intensywniej. Jakby była jednym wielkim wyzwaniem rzuconym wszystkiemu. Nie nadążam za nią – fizycznie i emocjonalnie. Podbiegam do wózka, wpycham króliczka w pulchne paluszki Nicka, wycieram mu oczy i nos końcówką rękawa i paląc się ze złości, ruszam za Isą. Mała wdeptuje w psią kupę i przygląda się swoim kaloszom z zaciekawieniem, po czym rozmazuje wszystko kijkiem, którego potem nie daje sobie odebrać. Jej niemalże autystyczna fascynacja patykami i kamieniami przerasta moją cierpliwość. Zawsze wracamy do domu z naręczem chrustu, prawie jakbyśmy nie mieli centralnego i musieli ogrzewać się przy palenisku. Zanim docieramy do parku, Nick zasypia w wózku, a ja klnę w myślach, bo to o prawie dwie godziny za wcześnie, co oznacza, że zaśnie znów w czasie obiadu i obudzi się, gdy ja będę szła spać.

Na placu zabaw w samym centrum Wilhelmina Park rozpoznaję jedną z mamuś. Saskię. Poznałyśmy się w tym parku całkiem przypadkiem i dopiero wracając z niego, zdałyśmy sobie sprawę, że jesteśmy prawie sąsiadkami. Spotykamy się czasem, próbując wypić kawę pomiędzy pogonią za piątką dzieci. Kiedy przychodzi do nas, jej potomstwo rozłazi się jak insekty po całym pokoju, potrącając wszystko, przewracając, dotykając lepkimi odnóżami. Nasze rozmowy są płytkie i nudne. Ile ząbków, ile godzin snu, ile słów, ile kilogramów, ile centymetrów. Macierzyńskie rozliczenia. Czasem mam ochotę zacząć krzyczeć w trakcie tych rachunków, rzetelnej wymiany niewiele znaczących cyfr, wokół których nasze życie zdaje się krążyć jak satelita. Omijamy trudne tematy dotyczące uczuć, jak się omija psią kupę na chodniku. Jesteśmy ostrożne i ugrzecznione. Nasza relacja ma wyraźną granicę, nieprzekraczalną. Macierzyństwo ma drugie dno. Nikt się tam nie zapuszcza. Nikt nie ma wstępu. Unosimy się na powierzchni w naszych skrzętnie przyozdobionych uśmiechami łódeczkach i wmawiamy sobie nawzajem, że tu wcale nie jest głęboko. Choćwygląda na to, że zaraz utoniemy.

Pcham przed sobą wózek, koła grzęzną w piachu. Kątem oka obserwujęIsę, która wpada na teren placu i ginie pośród innych dzieci. Szukam jej wzrokiem, wymieniając zwyczajowe uwagi z Saskią.

Gdy parę lat temu przeprowadziliśmy sięz hałaśliwego Amsterdamu do Sneek, to właśnie ten park sprawił, że wybraliśmy dom w północnej części miasta. Spacerowaliśmy między drzewami, obserwując kaczki unoszące się na powierzchni wody, trzymając się za ręce i niosąc ze sobąniewypowiedzianą na głos wizję długich spacerów z wózkiem dzieci biegnących alejkami oraz karmiących ptaki. Pamiętasz, Magdo, długie e-maile lata temu, które pisałam, będąc w ciąży? Pełne zdjęć malutkich ubranek, wyobrażeń, planów. Wtedy też zwykłam spacerować w tym parku z dzieckiem w moim łonie, małą larwą wijącą się nieustannie. Isa nawet przed narodzinami pulsowała niewyczerpanym źródłem energii życiowej. Więc wkładałam z trudem buty i szłam, by rytmiczne kołysanie kroków uśpiło chaos pod moim sercem. Szłam, aż dostawałam skurczy łydek, ale czułam, jak Isa powoli uspokaja się i wycisza, by w końcu usnąć. Pamiętam uśmiechy ludzi, zwykła reakcja na okrągły brzuszek. Wdychałam zapach świeżo skoszonej trawy, słuchałam szumu drzew, szelestu liści, śmiechu dzieci, dochodzącego z placu zabaw w centrum parku.

Wtedy był on symbolem naszych marzeń o rodzinie, dziś jest przypomnieniem o kolejnym punkcie codziennej rutyny. Nasze rodzinne spacery w leniwe weekendy również odbiegają od wymarzonej wizji. Marc uczestniczy w nich jakby za karę, jego telefon dzwoni regularnie, rozkłada wtedy ręce przepraszająco z miną mówiącą: „Ten naprawdę muszę odebrać”. Isa wiesza się na jego nogawce, desperacko walcząc o chwilę uwagi, podczas gdy on próbuje uwolnić się od jej małych rączek. W końcu Isa poddaje się i rusza biegiem przed siebie, za nią ja z wózkiem, pozostawiając za sobą poważny i skupiony głos Marca, który powoli ginie wśród innych dźwięków. Dogania nas zwykle po paru minutach i, poirytowany moim pełnym wyrzutów spojrzeniem, rzuca coś o pieprzonym kryzysie i osobowości 9–17 i że każdy musi pracować po godzinach. A jeśli to nie pomaga, dodaje, że chciałam siedzieć z dziećmi w domu, że to była nasza wspólna decyzja i gdybym poszła do pracy, sama bym zobaczyła.

Zwykle nie odzywam się już potem, zraniona i upokorzona, z ciążącym mi poczuciem winy za decyzje niby nasze, a jednak bardziej moje. Wieczorem widzę jego skruszoną minę. Zaczyna mi tłumaczyćswoje ważne sprawy, by w końcu dojść do standardowego: „Może powinnaś wyjść trochę do ludzi, zrobić coś dla siebie, oderwaćsię”. Potem, żeby mi zrobić przyjemność i dać chwilę wytchnienia, zabiera dzieci na górę do kąpieli, zostawiając za sobą pobojowisko na dole, które próbuję ogarnąć, zamiast usiąść i wypić herbatę. Zanim zdołam na dobre zacząć, słyszę jego poirytowany głos pełen paniki i niecierpliwości. „Ingo, gdzie jest, do cholery, ten różowy ręcznik?!”. W głowie próbujęzlokalizować cholerny ręcznik i przypominam sobie, że kosz z czystym praniem stoi wciąż niewyładowany w rogu sypialni. Kolejna fala poczucia winy, bo jeszcze nie zdążyłam tego zrobić, podobnie jak większości zaplanowanych rzeczy. Odstawiam brudne naczynia i wchodzę schodami na górę, gdzie słyszę buczenie Isy, która stoi golutka na środku łazienki i odmawia przyjęcia jakiegokolwiek innego ręcznika, ponieważ nie jest różowy. Posadzka jest zalana, Nick piszczy i wylewa kubeczkiem wodę z wanny, Marc wściekle przerzuca ręczniki w szafce. Zwykle w milczeniu opanowuję sytuację, pokornie znosząc jego irytację. Wiem, że jest zmęczony. Ja też.

Wieczorem, gdy schodzę na dół po tym, jak dzieci wreszcie zasną, widzę go pochylonego nad laptopem, jego plecy zgarbione, czoło zmarszczone w skupieniu. Wygląda groźnie i niedostępnie, pan i władca chaosu. Rozglądam się po pokoju zarzuconym zabawkami, ubraniami, ścinkami papieru, kredkami, brudnymi naczyniami. Mozaika życia z dziećmi. Marc nie zauważa nawet, że już zeszłam, nie podnosi głowy znad monitora. Dryfuje w świecie ważniejszych spraw, świecie, do którego nie mam klucza. Ja też dryfuję. Ten chłód między nami jest moim środowiskiem naturalnym. Nauczyłam się unosić na jego powierzchni, omijać niebezpieczne, wciągające wiry. Pytam, czy zrobić mu herbatę, odpowiada, nie patrząc na mnie. A ja czuję, że tonę. Widać małżeństwo też ma drugie dno.

Inga jeszcze przez dłuższą chwilę patrzyła na monitor komputera. Kursor poruszał się delikatnie po słowie „wyślij”, jakby próbował je rozdrażnić. Oczy piekły ją ze zmęczenia, głowa pulsowała hałasem całego dnia, który opadł teraz jak mgła i okrył wszystko warstwą nocy. Dochodziła dwudziesta trzecia. Jej wzrok wodził po słowach. Napisanie tego e-maila zajęło jej trzy wieczory. Nagle w elektrycznej niani rozleg­ło się ciche kwilenie Nicka i Inga, która już trzy razy wbiegała na górę, by uspokoić synka, westchnęła głęboko. Nim wstała, kliknęła jeszcze na ikonkę w programie e-mailowym i jej słowa popłynęły w wirtualną podróż.

Dochodziła północ, gdy Inga zrzuciła z siebie przepocone ubrania i weszła pod kołdrę. Długo jeszcze patrzyła w ciemność przed sobą, czując, jak napięcie powoli odpuszcza, i wsłuchując się w miarowy oddech Marca. W mroku widziała zarys jego ciała. Zawsze spał na lewym boku z dłonią pod głową. Inga czuła się zmęczona, jednak sen nie przychodził. Trwała więc nieruchomo, pogrążona w myślach, dryfująca na powierzchni rzeczywistości.

Nie mogła sobie nagle przypomnieć, kim byli kiedyś, kim był kiedyś ten mężczyzna śpiący tak spokojnie obok niej. Czy był prawdziwy, czy też pozostawał jedynie wytworem jej wyobraźni, cieniem kogoś, kogo znała niegdyś? Wysoka, chuda, niezręczna sylwetka stanęła jej nagle przed oczyma. Zobaczyła ją na tle błękitnego nieba i porośniętych trawą wydm. Miał długie ramiona, lekko zgarbione plecy i ten introwertyczny wyraz twarzy. Pamiętała trochę nieśmiałe spojrzenie brązowych oczu, szybko umykające, gdy przyłapała je na sobie. Jego gęste, rozjaśnione słońcem i słoną wodą włosy rozwiewał wiatr. Inga po raz pierwszy była wtedy w Holandii, po raz pierwszy za granicą i po raz pierwszy na wyspie. Mały skrawek lądu, na który dostały się z Magdą olbrzymim promem, zachwycił ją każdym centymetrem. Łapczywie pochłaniała widoki, zapachy, wrażenia. Ich przeciągające się często do zmroku wycieczki, prowadzone przez nowo poznanych przewodników, stanowiły dla Ingi źródło nieustającej przyjemności i już wkrótce również okazję do bycia blisko Marca. Czasem doganiał ją, gdy szli wąską ścieżką przez park narodowy. Teren był pagórkowaty, pełen wzniesień i zagłębień, rozciągających się aż po horyzont. Wydmy, po których wędrowali ściśle wyznaczoną piaszczystą dróżką, porastały wysokie trawy i gęste, kolczaste krzewy. Czasem widziała wśród nich niejadalne czerwone jagody, jeżyny lub pigwy. W niektórych miejscach rosły spore kępy fioletowych wrzosów, przyciągające jej wzrok intensywnym kolorem. Na zboczach można było dojrzeć królicze jamy. Wszystko tańczyło w rytm podmuchów wiatru wiejącego od morza. Od czasu do czasu dziki ptak zaalarmowany ich głosami zrywał się do lotu z łopotem skrzydeł. Echo niosło krzyk mew, które jak chmara szarańczy podążały za biało-granatową łodzią rybacką widoczną w oddali.

Marc mówił niewiele, ale wszystko obserwował. Nic nie mogło go wyprowadzić z równowagi, zachwiać jego kamiennym spokojem. Nieważne, czy zabłądzili w czasie wycieczki, zgubili portfel, czy wybrali kiepską restaurację – Marc był nieporuszony. W głębi duszy musiała przyznać, że jej to imponowało. Neurotyczna, intensywna, niespokojna natura Ingi ciągnęła do niego, jak plus ciągnie do minusa. Przyłapała go parę razy, jak uważnie się jej przyglądał, ale nigdy nie przypuszczała, że mógłby być nią zainteresowany. Dopóki trzy tygodnie po powrocie do Polski nie otrzymała e-maila. W pierwszych zdaniach zawile się tłumaczył, jak zdobył jej adres, rozwlekle przepraszał za naruszanie jej prawa do prywatności. Inga dokładnie pamiętała to przyjemne łaskotanie, gdy uświadomiła sobie, że lubił ją bardziej, niż dał po sobie poznać. Tylko było już za późno. Oboje wrócili do swoich żyć, związków, studiów, pracy. Odpisała, załączając kilka najpiękniejszych fotografii z tamtego tygodnia na Texel, nie spodziewając się, że otrzyma odpowiedź. Jednak jego e-maile przychodziły regularnie i wkrótce ich wirtualna znajomość nabrała bardziej intymnej formy, a dość powierzchowne z początku listy poruszały coraz głębsze i bardziej osobiste tematy. Wymieniali zdjęcia, opinie na temat książek, filmów i muzyki, opowiadali o swojej codzienności, problemach i radościach. On czasem ją zaskakiwał jakimś polskim zwrotem, ona próbowała uczyć się niderlandzkiego. I nim nadeszła zima, przykrywając Kraków mokrą szarą breją, Inga i Marc rozpoczynali swój dzień od krótkiego e-maila, by powiedzieć: „Dzień dobry” przy kawie i kończyli go dłuższą relacją z wydarzeń. Kiedy spostrzegła, że wypełniał jej głowę po brzegi? Czy biegnąc na autobus w przemoczonych butach, by zdążyć na zajęcia? Czy w czasie wiosennych spacerów wzdłuż Wisły, z wznoszącymi się ponad rzeką murami Wawelu, gdy próbowała zaleczyć serce pęknięte po burzliwym zerwaniu dość stabilnego już związku? W maju dostała pracę w maleńkiej szkole w jednej z podkrakowskich wiosek. Musiała dojeżdżać na lekcje busem, wiecznie w pośpiechu między uczelnią i pisaniem pracy magisterskiej a klasówkami. Jednak z tego okresu najbardziej pamięta, że jej myśli krążyły wokół niego w oczekiwaniu na kolejny SMS, e-mail, telefon. Bomba wybuchła, gdy w prezencie z okazji obrony pracy magisterskiej przysłał jej bilet lotniczy do Holandii w obie strony. Była zszokowana tym gestem. Nie padły między nimi żadne wielkie słowa, żadne deklaracje, nic, co mogłoby wskazywać, że zdecyduje się na taki krok. Zadzwoniła zaraz po otrzymaniu koperty. Odmówiła przyjazdu. Wezbrała w niej jakaś złość, której źródła nie potrafiła zlokalizować. Magda patrzyła na nią, unosząc brwi, gdy Inga szamotała się sama z sobą, trzaskając drzwiczkami szafy i klnąc. „Chciałem cię zobaczyć”. Powiedział cicho i jego szept podążał za nią jeszcze parę dni po ich dość burzliwej i chaotycznej rozmowie. Kiedy wreszcie wsiadła na pokład samolotu, zawstydzona, przerażona i otumaniona faktem, że zobaczą się po roku, nie wiedziała, co ją pchnęło w tę dziwną podróż.

„Kocham cię”. To były pierwsze słowa, które wypowiedział, gdy z palącymi rumieńcem policzkami spotkali się wreszcie twarzą w twarz. Stał tam bezbronny, spokojny, kompletnie poddany sytuacji. Nie wyciągnął nawet ręki, nie podał jej kwiatów, które trzymał, nie próbował zatuszować strachu i zdenerwowania. Jego ciemne oczy patrzyły na nią w oczekiwaniu. Ramiona zwisały bezładnie po obu stronach ciała.

– Kocham cię. Chciałem ci to powiedzieć już dawno. Ale chciałem to powiedzieć, patrząc ci w oczy.

Inga pamięta strumień ludzkich ciał, w którym stali, echo głosów i kroków. W zawirowaniu wokół nich byli jedynie dwojgiem zwykłych ludzi. Wśród pożegnań i powitań, wśród odejść i powrotów byli wyznaniem miłości, długo oczekiwanym, a jednak niespodziewanym.

To były najpiękniejsze dwa tygodnie jej życia, czternaście upajających dni pełnych długich poranków, krótkich nocy, spacerów po tętniącym życiem Amsterdamie. Żadne z nich nie zastanawiało się, co będzie potem, co zrobią z dzielącym ich dystansem. Inga żyła chwilą, zachłysnęła się tą miłością, odsunęła na bok troski, wątpliwości i pytania, zanurzyła się w jego życiu, jak się zanurza w wodzie, zagłuszającej wszelkie dźwięki. Gdzieś w głębi jej świadomości tliła się niepokojąca myśl, że ten związek nie miał przyszłości, że pozostanie jedynie upajającą przygodą. Nie miała nic do stracenia. Chłonęła wszystko łapczywie. Emocje, zapachy, widoki, wspomnienia. Skrzętnie zapisywała w pamięci.