Kiedy Atena odwraca wzrok - Jakub Szamałek - ebook
Opis

*powieść kryminalna osadzona w antycznych Atenach

*główny bohater musi zmierzyć się z groźną siatką szpiegowską i własnymi słabościami

*Jakub Szamałek, absolwent archeologii na Oxfordzie, obecnie doktorant Uniwersytetu w Cambridge, zabiera czytelnika w fascynującą podróż po starożytnych Atenach i odkrywa ciemną stronę kolebki demokracji

*błyskotliwy humor, współczesne dialogi, antyczne Ateny bez historycznego dystansu

Jesień, 430 r. p.n.e. Kiedy wojska Spartan przerywają oblężenie, zaczyna się prawdziwa wojna. Leochares musi powstrzymać pozbawionego skrupułów spartańskiego szpiega, zanim ten zniszczy Ateny od środka.

Początkowo Leochares nie docenia w pełni zagrożenia. Kiedy jednak jeden z podejrzanych zostaje brutalnie zamordowany, okazuje się, że gra toczy się o najwyższą stawkę. Żadna ze stron nie zawaha się przed ciosem - nawet jeśli miałoby to oznaczać zatarcie granic między dobrem a złem.

Leocharesowi przychodzi zmagać się nie tylko z groźnym szpiegiem, ale i z własnymi uczuciami. Podczas gdy jego związek z żoną się rozpada, pewien młody niewolnik gotów jest zrobić wszystko, by Leochares odwzajemnił jego uczucie - a ten nie wie, czy ma siłę mu się oprzeć. Co więcej, jego pracodawca Perykles, największy autorytet Aten, ulega żądzy władzy. Leocharesa ogarniają powoli wątpliwości - czy na pewno stanął po słusznej stronie konfliktu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jakub Szamałek

Kiedy Atena odwraca wzrok

Projekt okładki: Tadeusz Kazubek

Redakcja:Redaktornia.com

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta:Irma Iwaszko

© by Jakub Szamałek

© by MUZA SA, Warszawa 2011

© Zdjęcie wykorzystane na okładce Andreas Constantinou/flickr.com

ISBN 978-83-7758-124-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I

Rodzicom – Grażynie i Krzysztofowi Szamałkom

Podziękowania

Przy pisaniu tej książki pomogło mi wiele osób. Za uwagi i zachętę do dalszej pracy chciałbym podziękować Grażynie i Krzysztofowi Szamałkom, Agnieszce Szamałek-Michalskiej i Danielowi Michalskiemu, Zdzisławowi Książkowi, Natalii Pawłowskiej, Krzysztofowi Pawłowskiemu i Monice Płatek, Lene Thu Phuong, Krzyśkowi Wójtowiczowi, Rafałowi Kłoczce oraz Marcie Grabiec, a zwłaszcza Andrzejowi Nowojewskiemu za jego wnikliwe uwagi i sugestie. Dziękuję też mojemu redaktorowi Wojtkowi Górnasiowi, który wyłuskał z tekstu liczne nieścisłości i anglicyzmy. Jestem szczególnie wdzięczny mojej żonie Marysi Pawłowskiej – pierwszej czytelniczce i recenzentce – bez jej wsparcia, cierpliwości i rad nigdy bym nie wyszedł poza pierwszy rozdział.

Wstęp

Chciałem napisać książkę, po którą sam, jako pasjonat starożytności i powieści kryminalnych, miałbym ochotę sięgnąć. Dlatego postawiłem sobie za cel nie tylko wymyślenie wciągającej fabuły, ale też stworzenie postaci, które będą jak najbliższe historycznym realiom – to znaczy myślące i zachowujące się tak, jakby rzeczywiście należały do innej kultury, wyznawały obce nam wartości i hołdowały nieznanym dziś zwyczajom. Zależało mi jednocześnie, aby moi bohaterowie mówili w jak najbardziej naturalny sposób, a nie wyrażali się jakimś sztucznym, sztywnym językiem pełnym „jednakowoż”, „iżby” i innych „azaliż”, którym w wielu powieściach maskuje się anachronizmy. Starałem się też jak najwierniej zrekonstruować miejsce akcji, opierając się na źródłach pisanych i archeologicznych. Mam nadzieję, że tak przedstawiona starożytność będzie jednocześnie ciekawa i egzotyczna. Czy mi się udało – niech Państwo sami ocenią.

α

Leochares lubił zapach dymu. Nie z powodu samej woni, tylko wspomnień i skojarzeń, jakie przywoływał. Palące się drzewo oliwne przywodziło mu na myśl dzieciństwo i małe gospodarstwo pod Atenami, gdzie spędził pierwsze lata życia. Co roku na wiosnę trzeba było przejrzeć każde drzewko w gaju, wyciąć suche, martwe konary, które nie przetrwały zimy, gałęzie, które rosły ku dołowi, zamiast piąć się w górę, i te, które krzewiły się zbyt blisko siebie. Te kawałki drewna, które były zbyt małe albo zanadto wilgotne, by nadawały się na sprzedaż, palili na placu przed domem. Buchający z ogniska dym był cierpki i szczypał w oczy, wchodził w ubrania i włosy.

Dym wiecznie unoszący się nad Kerameikosem, dzielnicą garncarzy i burdeli, był z kolei ciemniejszy, cięższy, jakby bardziej dojrzały. Pierwszą kobietę – wytatuowaną, rudą niewolnicę – Leochares posiadł, wdychając tę właśnie woń, w małej alejce biegnącej między warsztatami. Zrobili to w pośpiechu, na stojąco, opierając się o gorącą od pieca ścianę, ich szybkie oddechy zagłuszało ospałe huczenie miechów.

Z kolei lepka, słodkawa woń gotującej się smoły, mieszająca się ze słoną bryzą, przywodziła na myśl Pireus, miasto portowe. To tu Leochares po raz pierwszy zabił człowieka, wioślarza, z którym grał w kości. Długa historia.

Dym, który od miesięcy unosił się nad Atenami, był zupełnie inny – wszechobecny i przytłaczający, gryzący, irytujący. Smród palonych chat, pól i martwych zwierząt. Nie sposób było przed nim uciec, odpocząć od niego, nawet jeśli ktoś zaszył się w domu czy tawernie. Nieproszony wciskał się przez szpary pod drzwiami, przez nieszczelne okna i dach. Nie pozwalał o sobie zapomnieć. Ciągle obecna nutka spalenizny szeptała: wojna, wojna, wojna! Każdy zadawał sobie pytanie – co teraz płonie? Moja winnica? Mój gaj, moje gospodarstwo, dom, który sam budowałem? Od miesięcy nic nie smakowało – ser, chleb, oliwki i czosnek były jak popiół i zwęglone drzewo. Bez względu na to, ile ludzie lali na siebie perfum, ile razy się myli – śmierdzieli wędzoną rybą. Ateny były niczym wielki ul pełen ludzi, których ktoś próbował wykurzyć dymem.

Mijało drugie lato wojny1. Wojny – prywatnym zdaniem Leocharesa – głupiej i bezsensownej. Już było widać, że będzie trwać latami. Ateńczycy schowali się za murami miasta i możliwość wygranej upatrywali w morzu, gdzie nikt nie mógł się z nimi równać, z kolei Spartanie chcieli walczyć tylko na lądzie. A zatem nie będzie wielkich bitew, tylko drobne potyczki i gra na wyczekanie. Spartański król Archidamos spędził całe lato w Attyce. Oczywiście wiedział, że nie będzie miał z kim stawać w szranki. Zamiast czekać na starcie, palił i niszczył, mając nadzieję, że Ateńczycy dadzą się sprowokować do walki, że czując przy każdym wdechu, jak przepada dorobek ich życia, wymuszą na Peryklesie zmianę strategii. Na razie jednak, choć wszyscy zgrzytają zębami z poczucia bezsilności, nic się nie dzieje.

Było już ciemno, cykady zaczynały swój cowieczorny koncert. Leochares stał na murach miasta i wpatrywał się w rozświetlony ognistą łuną horyzont. Pośród dziesiątków nitek dymu udało mu się wypatrzyć drobny sznur jasnych punkcików. To Spartanie, oświetlając drogę pochodniami, wracają wraz z Archidamosem na zimę do domu. Większość ludzi myśli, że na razie są bezpieczni, że do wiosny będzie już spokój. Leochares wiedział jednak dobrze, że to tylko złudzenie, marzenie ludzi naiwnych i niedoświadczonych. Wojna będzie trwała nadal, ale będzie miała inny charakter. Teraz przyjdzie się zmagać z wrogami wewnątrz murów.

– I co, napatrzyłeś się już? – Głos Demoklesa wyrwał go z zadumy. – Napiłbym się czegoś. Strasznie tu piździ.

Leochares przeniósł wzrok na towarzyszy. Scyles, jak zawsze milczący, wpatrywał się w horyzont, dłubiąc jednocześnie w nosie. Demokles, owinąwszy się ciasno płaszczem, kucał oparty o mur i trząsł się z zimna.

– Scyles, ile naliczyłeś pochodni? – spytał Leochares, ignorując chłopaka.

– Ciężka powiedzieć – odrzekł Scyta swoją łamaną greką – powietrze drże od gorąca, dymy ich zasłania. Między sto a sto trzydzieści.

– Czyli, o ile rzecz jasna nie próbują nas zmylić, wycofują całe wojsko. Świetnie, jutro spróbujemy wyłapać trochę szczurów. Scyles, o świcie masz być przy bramie… Albo nie, sam po ciebie przyjdę. Wybierz dziesięciu swoich chłopaków, takich, co dobrze się czują w terenie, jasne? Niech będą gotowi. I błagam, niech włożą jakieś mniej kolorowe ciuchy. Powiedz, że mają się ubrać jak na polowanie.

– Oczywiście.

– Demokles, ty też idziesz. Masz czekać przed moim domem.

– Bogowie, jaka to upierdliwa robota… – Demokles wstał i otrzepał płaszcz. – Najpierw trzy godziny stoimy w nocy na murze, gapiąc się w horyzont, a jutro wstajemy przed świtem. Świetnie.

– Skoro ci się tak nie podoba – powiedział Leochares, idąc już w kierunku schodów – to zawsze mogę cię odsprzedać temu pornoboskosowi*, jak on się zwał… Archenaks? Archelas?… Teraz jest duży ruch w mieście, na pewno byś miał co robić.

– Bardzo śmieszne – rzekł Demokles. – Naprawdę, można się w himation* ze śmiechu posikać. Do jutra.

***

Kiedy Leochares otworzył oczy, było jeszcze ciemno. Zsunął się powoli z łóżka, próbując nie budzić Lamii. Sięgnął do misy z wodą i wilgotną ręką przetarł twarz i szyję, zmywając pot i ciężki zapach snu; czuł na szyi świeży, lekko kłujący zarost.

Długo czekał na ten dzień. Obserwował. Wypatrywał gadułów, którzy u fryzjerów godzinami truli o tym, że Perykles został przekupiony, a Aspazja to tania kurwa, która jeszcze parę lat temu wypinała się przed każdym, kto miał w ręku parę miedziaków. Facetów, którzy na agorze* tonem eksperta mówili o zwycięstwach Spartan, planowanych buntach ateńskich sprzymierzeńców i nieszczelnych statkach. Starych dziadów, którzy w tawernach opowiadali o dwugłowych cielakach, chmurach, z których zamiast wody lała się krew, i innych złowróżbnych znakach, które pewnikiem zwiastują klęskę. Część z tych ludzi jest zwyczajnie przerażona wojną bądź zawiedziona pozorną bezsilnością ateńskich wojsk, inni mają po prostu podły charakter. Niektórzy zaś dostają za swe czarnowidztwo i plotki wynagrodzenie. Leochares dobrze o tym wiedział, bo sam płacił takim ludziom w Sparcie, Koryncie i Tebach. Zszedł po schodach na parter, założył himation. Do torby wrzucił główkę czosnku, cebulę, zeschnięty kawałek chleba i kilka oliwek.

Pod domem czekał Demokles. Musiał stać tu już jakiś czas, bo na głowie osiadło mu kilka kropel rosy. Chłopak miał piękne włosy i dobrze o tym wiedział. Każdego dnia je mył, rozczesywał i skrapiał perfumami. Leochares próbował mu to wyperswadować, ale bez powodzenia. Dziś najwyraźniej nie starczyło mu czasu na poranną toaletę, bo ciemne loki były matowe i splątane.

– Witaj, młody – powiedział Leochares, zamykając za sobą drzwi.

– Cześć – odparł Demokles, trąc oczy.

– Wyglądasz jakoś wczorajszo.

– Nic dziwnego, dla mnie jest jeszcze wczoraj i powinienem teraz spać.

– No tak, jestem pewien, że chciałbyś leżeć w łóżku cały dzień, i to najlepiej w towarzystwie.

– Mhm. Widzę, że swoje kretyńskie dowcipy możesz serwować całą dobę – odgryzł się Demokles. – Żal mi twojej żony. Pewnie ją nimi raczysz od pięciu lat.

– Odczep się od Lamii. Nie znasz się na żartach.

– Nie, to ty masz jakiś problem. Wiem, o co chodzi, chcesz mnie przelecieć, prawda? Prawda? To czemu po prostu nie powiesz?

– Nieprawda, wcale nie – obruszył się Leochares.

– Takie teksty to możesz wciskać Scylesowi – prychnął Demokles. – Myślisz, że nie widzę, jak na mnie patrzysz? Jak mnie zjadasz wzrokiem? To zrób to, co ja mam w końcu do gadania? Przecież mnie kupiłeś, wypominasz mi to sto razy dziennie przy każdej możliwej okazji, jak stara przekupa, która siedzi cały dzień na rynku i klepie w kółko to samo. Możemy to zrobić tu i teraz, to może wreszcie przestaniesz się przypieprzać!

– Skończ z tymi bzdurami, w tej chwili. Według ciebie cały świat chce cię złapać za tyłek, łącznie z lwem nemejskim* i trzema Mojrami. Mamy przed sobą ważny dzień i nie mam czasu na głupstwa, rozumiesz?

– Mhm.

– To dobrze. A teraz żwawiej, bo się spóźnimy.

– Mhm.

– I przestań mhm-chać.

– Mhm.

Niewdzięczny gnojek, pomyślał Leochares, przyspieszywszy kroku. Wyciągnąłem go za uszy z gówna, można by oczekiwać, że będzie się czuł choć trochę zobowiązany. Kiedy to było – dwa, może trzy lata temu. Leochares zajmował się niejakim Kallimedonem, który przyprawił rogi paru ważnym osobom. Reputacja frajera nie służy rzecz jasna politycznym ambicjom, toteż zdradzonym mężom bynajmniej nie zależało na rozgłosie. Zwyczajowe przeganianie uwodziciela po agorze z rzepą w tyłku nie wchodziło więc niestety w rachubę – a to wszak wspaniała tradycja… Trzeba było Kallimedona uspokoić w nieco dyskretniejszy, choć niekoniecznie przyjemniejszy dla niego sposób.

Śledził go cały dzień, czekając na sposobną chwilę; wreszcie pod koniec dnia znalazł się w Pireusie. Nawet wiele godzin po zmierzchu port był pełen dźwięków. Wysokie, zimne fale uderzały w nabrzeże z usypiającą regularnością, silny wiatr zrywał dachówki i przewracał dzbany. Było zupełnie ciemno; niebo zlewało się z morzem, ulice już opustoszały. Idealne warunki. Leochares wiedział, że zamężne kobiety nie były jedyną pasją Kallimedona. Gustował też w chłopcach, zwłaszcza w młodszych. Miał swój ulubiony burdel, prowadzony przez jakiegoś wytatuowanego Epirotę, i tam też się udał owej nocy.

Początkowo Leochares planował poczekać, aż Kallimedon wyjdzie, a potem zabrać go na krótką, lecz intensywną męską rozmowę, która na jakiś czas wybiłaby mu z głowy takie igraszki. Przyklęknął w małej uliczce biegnącej wzdłuż burdelu i owinąwszy się grubym wełnianym płaszczem, czekał. Słyszał przytłumione dźwięki – gładki głos Kallimedona, gardłowy szczekot alfonsa, skrzypiące drzwi, nic nadzwyczajnego. Chwilę potem zaczęły go jednak dochodzić inne odgłosy, nieoczekiwane i nieprzyjemne. Wysoki, młody, podniesiony głos, potem krzyk, płacz. Wreszcie świdrujący uszy wrzask, pełen bólu. Nie moja sprawa, myślał Leochares, zaciskając zęby, nie moja sprawa. Nie pierwsza i nie ostatnia dziwka ma ciężką noc; ryzyko zawodowe. Niech tylko ten skurwysyn wyjdzie, sam będzie wrzeszczał.

Krzyk przeszedł wkrótce w urywane zawodzenie, słychać było też męski śmiech. Tego już było za dużo. Leochares podszedł do wejścia, załomotał, policzył w myślach do dziesięciu i kopnął z całych sił w drzwi. Pornoboskos pochylał się właśnie nad przeziernikiem, kiedy drzwi wyleciały z zawiasów. Epirota runął na podłogę, przewracając stolik i lampę. Leochares doprawił go jeszcze trzema kopniakami i ruszył w stronę izby. Kallimedon właśnie nerwowo się ubierał. Na łóżku leżał szlochający chłopiec – himation miał zadarty na plecy, po nogach ściekała mu krew; lewa ręka była wykręcona w nienaturalny sposób, złamana przynajmniej w dwóch miejscach.

– Ty kurwi synu – wysyczał Leochares.

– Wynocha stąd, won w tej chwili! – wykrzyczał Kallimedon. Nie brzmiało to przekonująco w ustach kogoś, kto nie mógł trafić w rękaw. Leochares złapał go za głowę i wyrżnął nią o kant łóżka. Coś chrupnęło, zęby albo drewno; raczej to pierwsze. Jeszcze raz, mocniej. Rozpruła się poduszka, w powietrze wystrzelił czerwony puch; Kallimedon opadł na śliską od własnej krwi podłogę.

Leochares wziął chłopca na ręce. Teraz zobaczył twarz – piękną, ale spuchniętą i usmarkaną. W sieni Epirota z trudem dźwigał się na kolana. Wychodząc, Leochares rzucił w jego stronę garść monet. Nie targował się. Chłopak kilka lat wcześniej został porwany wraz z rodziną przez piratów, potem ich rozdzielono. Leochares mógł sprzedać Demoklesa z dużym zyskiem, ale szybko się do niego przywiązał. Ponadto okazało się, że chłopak jest wyjątkowo bystry i przydawał mu się w robocie.

Tak, to prawda, Leochares miał chętkę na Demoklesa – ale kto nie miał? Chłopak był zjawiskowo wręcz piękny, jakby ulepiony przez bogów. Wszystko, każdy detal jego ciała – delikatny meszek na zarumienionych policzkach, lekko rozchylone, mięsiste usta, splątane loki kruczoczarnych włosów – był stworzony do miłości i pieszczot. Ale za każdym razem, gdy Leochares o tym myślał, przypominał sobie ów straszny, przepełniony bólem krzyk.

Szli w milczeniu, nie patrząc jeden na drugiego, niosąc w sobie ten rodzaj śmiertelnej urazy, która potem wydaje się absurdalna. Miasto jeszcze spało, powietrze było zimne, kłuło w płuca przy głębszym wdechu. Ulice należały teraz do zwierząt: w piachu widać było świeże ślady kuny albo łasicy, jaszczurki chciwie łapały pierwsze promienie słońca, wylegując się na progach domów.

Scyles czekał na nich przed domem. Najpierw rzucał się w oczy jego kosmaty wielobarwny płaszcz. Kiedy Leochares zobaczył go po raz pierwszy, spytał rzecz jasna, z czego został zrobiony – ze skóry jakiegoś bawołu, który przemierza bezkresne stepy Scytii, z dzikiego kota albo może innej bestii, o której słyszy się tylko w opowieściach bezzębnych starców? Scyles uśmiechnął się wtedy szeroko, obnażając sczerniałe zęby, i powiedział nie bez dumy: „Nie! Z tych, którzy zginęli od moich strzały!”. Dopiero wtedy Leochares dostrzegł to, co było oczywiste: niezwykły płaszcz zszyty był z dziesiątków skalpów. Jak się później okazało, Scytowie używali ich także do dekorowania kołczanów, a czaszki przerabiali na kubki. O to, co robili z resztą ciał wrogów, Leochares przezornie nie pytał.

– Bogowie, musiałeś znów wkładać to okropieństwo?

– Okropieństwo! – odparł urażonym tonem Scyles. – Nic nie rozumiesz. Duchy pokonanych pomagają w bitwie. Prowadzą strzały do cela, a mnie chronią przed ciosy.

– A czemu mieliby to robić? Przecież ich zabiłeś i obdarłeś zeskóry!

– Kiedy ucinasz głowy, ty uwalniasz ich ducha, który inaczej zginąłby wraz z ciało.

– Mhm – odchrząknął Leochares, nie kryjąc sceptycyzmu wobec scytyjskiej mistyki. – Jakby co, to moją głowę zostaw w spokoju.

– Twoja strata. Mnie i tak jest wszystko jedno, jesteś prawie łysa i z twoich włosów byłaby żaden ozdoba.

– Świetnie, że to ustaliliśmy. A teraz chodź do środka, mamy do pogadania.

Przekraczając próg, opuszczało się Ateny. Na przestrzeni kilku pokoi Scyles i jego kompani odtworzyli swoją ojczyznę, daleką i mroźną Scytię. Dom był pozbawiony okien, ciemny i duszny. Podłogi wyściełały skóry dzikich zwierząt – dzików, łani, nawet niedźwiedzi. Ściany były pokryte rysunkami, które przedstawiały dziwaczne, wielogłowe i zlewające się ze sobą bestie. Ogony lwów przechodziły w szyje ptaków, rogi jelenia zmieniały się w węże, rybie łuski widziane z bliska okazywały się chrząszczami. Choć zaledwie prymitywnie naszkicowana węglem, ta gmatwanina ciał była oszałamiająca, zdawała się delikatnie ruszać i pulsować. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że te dziwaczne zwierzęta mogą w każdej chwili rzucić się do biegu, że gdyby chciały, uciekłyby przez otwór w dachu niby dym.

Zapach w domu był słodkawy i ciężki, czuć było męski pot i ziarna konopi*, które czasem tu palono dla poprawy humoru. Pod ścianami siedziało dziesięciu młodych Scytów – w długich zdobionych spodniach, ciemnych tunikach i czapkach o fantazyjnych kształtach.

– Słuchaj – powiedział do Scylesa Leochares, usiadłszy przy palenisku – Demokles i ja obserwujemy od jakiegoś czasu kilkanaście osób, które podejrzewamy o zdradę. Trzej z nich znaleźli się w grupie ludzi, którzy uzyskali zgodę na to, by opuścić miasto i obejrzeć swoje posiadłości. No, oczywiście, w tym jeszcze nie ma nic złego. Większość ludzi chce po prostu zobaczyć, w jakim stopniu ucierpiały ich domy i gospodarstwa. Sądzimy jednak, że ta trójka opuszcza Ateny w innym celu.

– Leo myśli – wtrącił Demokles, zapomniawszy o urazie – że Spartanie zostawili dla nich jakieś instrukcje albo że ci zdrajcy będą próbowali ukryć raporty w umówionych miejscach.

– Wyjdziemy z miasta w chwilę po tym, jak żołnierze wypuszczą ludzi – podjął Leochares. – Podzielimy się na trzy grupy, każda będzie podążać za jednym z nich. Kiedy tylko zrobią coś podejrzanego, natychmiast ich capniemy i przesłuchamy. Bardzo ważne jest, żeby ich zajść znienacka. Tutaj liczę na twoich chłopaków – muszą być jak cień, muszą nas podprowadzić na tyle blisko, byśmy mogli ich obserwować, pozostając niezauważeni.

– Bardzo prosta – uśmiechnął się Scyles. – Na ludzi polować dużo łatwiej niż na zwierzęta.

***

Leochares wziął na siebie Archinosa. Był to starszy, barczysty mężczyzna o kwadratowej, grubo ciosanej twarzy i niebywale wręcz krzaczastych brwiach. Czas odcisnął na nim już swe piętno – był przygarbiony, drżały mu ręce, chodził z wyraźnym trudem.

Leochares zwrócił na niego uwagę parę miesięcy temu. Archinos, podobnie jak inni starsi panowie, spędzał całe dnie na agorze, snując się od straganu do straganu, od golarza do stoiska z perfumami. Wszędzie mówił o tym samym – o niesprawiedliwości polityki Peryklesa, o tym, że Ateny nie mają szansy na wygranie wojny, że miasto stało się zbyt chciwe władzy i że zapłaci straszliwą karę za swoją pychę. Rzecz jasna każdy obywatel mógł mówić, co mu ślina na język przyniosła, ale zapał Archinosa do wygłaszania tych kasandrycznych tyrad był co najmniej zastanawiający.

Teraz się okaże, co motywowało staruszka – zgorzknienie czy może spartańskie złoto? Leochares podążał jego śladem wraz z dwoma Scytami. Młodzi barbarzyńcy poruszali się bezszelestnie, przemykając między pniami spalonych drzew. Leochares dotrzymywał im kroku z najwyższym trudem, łapiąc głośno powietrze, spluwając co jakiś czas gęstą śliną. Attyka wyglądała koszmarnie, jak jedna z tych starych waz, na których wszystko namalowane było na czarno. Setki zwęglonych drzew oliwnych sterczących w równych szpalerach, szczątki domów, pola zasypane popiołem – wszystko ciemne jak smoła. Patrząc na samego siebie, Leochares miał wrażenie, że zaraził się od umierającej Attyki jakąś chorobą – czarny pył oblepił i jego, pokrył mu płaszcz, nogi, ręce; jego metaliczny smak czuć też było w ustach. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie było jedynie pogorzelisko; pamiętająca pożar ziemia parzyła jeszcze stopy.

Archinos doszedł wreszcie do ruin swego gospodarstwa. Stanął pośrodku drogi jak wryty; kostur, na którym się wspierał, upadł na ziemię, wzbijając w powietrze popiół. Nawet z odległości kilkudziesięciu stóp Leochares widział, jak starzec z niedowierzaniem rozgląda się wokół siebie. Podszedł do drzewa oliwnego stojącego tuż koło drogi. Pod jego delikatnym dotykiem małe czarne gałązki odłamywały się i padały na ziemię, rozsypując się w proch. Archinos wydał z siebie dziwaczny, nieludzki jęk. Ze złością chwycił leżący na ziemi kij i zaczął okładać nim pień, tak jak robi się to w okresie zbiorów, by strząsnąć dojrzałe oliwki. Pod razami starca martwe drzewo rozpadało się na kawałki, zwęglone i pomarszczone owoce spadały cicho na ziemię. Archinos nadal wył i połykając łzy, walił coraz szybciej i silniej. Wreszcie opadł wyczerpany na kolana, schował twarz w dłoniach, łkał cicho i długo, załamany. Zerwał się lekki wiatr, zdmuchując powoli dom i gaj Archinosa w niepamięć.

Leochares stał bez słów, zagryzając wargi. Jeden ze Scytów podniósł łuk i spojrzał pytająco w jego stronę.

– Nie, baranie, widzisz przecież, że to pomyłka – odrzekł, odwracając się już, Leochares. – Jedna wielka pierdolona pomyłka.

***

Zaczynało się robić naprawdę gorąco, marsz był coraz bardziej uciążliwy; wargi lepiły się do siebie, pot zalewał oczy. Wreszcie Leochares dotarł do miejsca spotkania – porośniętego iglastymi krzewami pagórka, u którego stóp biło jedyne w okolicy źródło. Reszta już na niego czekała – Demokles przecierał twarz mokrą chustą, Scyles i jego Scytowie rozsiedli się tam, gdzie można było znaleźć choć trochę cienia. Pośrodku obozu siedział związany mężczyzna – najwyraźniej nie wszyscy wrócili z pustymi sieciami.

Demokles wyszedł mu na spotkanie.

– I co? – spytał chłopak.

– I nic. Archinos to fałszywy trop. A wy kogo macie?

– Kleiniasa. Pamiętasz, to ten sprzedawca perfum.

– Mhm – przytaknął Leochares, próbując schować się w cieniu ostrokrzewu. – Co z nim?

– Niestety, nic specjalnego – powiedział Demokles. Nadal przecierał twarz i szyję, chusta była już prawie czarna. – Po prostu okazało się, że zakopał na swojej posiadłości skarb, a teraz najwyraźniej postanowił go zabrać. Zastanawiałem się, czy go w ogóle zatrzymywać…

– Dobrze zrobiłeś – przerwał mu Leochares. – Kleinias od paru lat wymigiwał się od liturgii*, mówiąc, że nie ma pieniędzy. Za takie oszustwo grozi spora kara, możemy to jakoś wykorzystać. No dobrze, a co z tym drugim, którego śledził Scyles? Jak mu tam było na imię?

– Euergos. Nic. Po prostu obszedł ruiny domu i sobie poszedł. Niczego nie podnosił, niczego nie ruszał.

– Niech to szlag. Miałem nadzieję, że złapiemy kogoś ważnego. No nic… Chcę pogadać z Kleiniasem. Gdzie ten jego skarb?

– Leży razem z moimi rzeczami. Już przynoszę.

Leochares położył na ziemi worek ze skarbami i usiadł obok jeńca. Kleinias był mężczyzną po trzydziestce, z zadbaną brodą, zawsze dobrze ubrany. Teraz był cały utytłany w kurzu i popiele, miał spękane usta.

– Chcesz się napić?

Kleinias kiwnął głową. Leochares podstawił mu do ust bukłak. Kleinias pił łapczywie, wino ściekało mu po brodzie i szyi. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Podobno interesy ci nie idą?

– No nie idą. Jak jest wojna, to ludzie nie myślą o perfumach, tylko o tym, co do garnka włożyć.

– Ale, jak widzę, biedy nie klepiesz – powiedział Leochares, pstrykając w worek. Rozległ się cichy, metaliczny dźwięk.

– To rodzinny skarb, nic ci do tego.

– O, wręcz przeciwnie. Unikałeś podatku, a to przestępstwo.

– Podobnie jak pobicie i porwanie obywatela – odparł szorstko Kleinias. – Jeśli tak cię interesuje stan skarbca, to mnie pozwij. Nie rozumiem, co tu się dzieje! Nie masz prawa mnie tak traktować!

Zamiast odpowiedzieć, Leochares wysypał zawartość worka na ziemię. Złoto i srebro zalśniły w popołudniowym słońcu.

– Piękna kolekcja. Biżuteria, naczynia, monety… Warte ładnych parę min* – powiedział Leochares. – Skąd to masz?

– Mówiłem ci, rodzinny skarb. Po ojcu.

– Aha. A tatuś kiedy zmarł?

– Nie twój zasrany interes.

– No, nie bądź taki niemiły. Im szybciej skończymy tę rozmowę, tym szybciej cię puszczę. Jeszcze raz: kiedy zmarł twój ojciec?

– Będzie jakieś dwadzieścia, nie… czternaście lat temu.

– To bardzo ciekawe. Skoro już mówimy o naszych ojcach – powiedział Leochares, przeglądając rozrzucone kosztowności – to mój był złotnikiem. Mówię ci, podły zawód! Może nie taki męczący jak uprawa ziemi, ale wymagający nieludzkiej cierpliwości. Stary godzinami siedział nad jednym kolczykiem czy wisiorem, nakładając granulki złota albo wyciskając wzory na srebrnych blaszkach…

– Po co mi opowiadasz te pierdoły?! Odpowiedziałem na twoje pytanie, a teraz mnie wypuść!

– Jeszcze nie skończyłem mówić, zamknij się. Na czym to ja… – zadumał się Leochares, drapiąc się po brodzie. – Aha, no i czasem ojcu pomagałem. Zwłaszcza jak się już zestarzał i niedowidział. Nudne to było nieziemsko, nienawidziłem tego. I ten zaduch warsztatu…

– Wypuść mnie, bo pożałujesz! Może jesteś zausznikiem tej kurwy Aspazji, ale…

– Już ci powiedziałem, zamknij się. Otóż teraz okazuje się, że te dłużące się godziny pracy mi się przydają! Niebywałe, prawda? Spójrz, na przykład ten piękny kielich nie mógł być zrobiony wcześniej niż jakieś pięć, dziesięć lat temu. Można to poznać po dekoracji, jeszcze niedawno takich wzorów nie grawerowano.

– Ten kielich to ja kupiłem – odparł szybko Kleinias. Za szybko. – Za część spadku po ojcu, kupiłem go niedawno.

– Ach tak? A na przykład te kolczyki… – Leochares wziął je do ręki i zdmuchnął popiół. – Naprawdę przepiękne, choć wyglądają dziwnie. Jeszcze takich w Atenach nie widziałem, chyba je zrobiono gdzie indziej? Zwinięta zręcznie blaszka tworzy coś w rodzaju malutkiej łódeczki albo może bukłaczka… A tobie z czym się kojarzy?

Kleinias był biały jak ściana. Szczęka troszkę mu opadła i zaczęła drgać, powieki latały nerwowo. Leochares znał te znaki doskonale i witał je z radością. A jednak.

– Eee, hee – wyjęczał Kleinias. – No nie wiem, chyba z niczym mi się nie kojarzą, no nie wiem… A nie chciałbyś ich sobie wziąć? Może masz córkę albo żonę i wtedy…

– Nie, nie, nie ma potrzeby, tylko się przyjrzę. – Leochares obracał powoli kolczyki w dłoni. A więc to one były kluczem do strachu Kleiniasa… – A, to ciekawe. Wiesz, jednak za wcześnie zacząłem je chwalić. Są spartaczone. Zobacz, blaszka jest zgięta, jej brzegi się stykają, ale nie są ze sobą połączone. W palcach kogoś nieostrożnego mogłaby się rozwinąć i kolczyk byłby zniszczony…

– Nie, zostaw je! Zostaw!!!

– Ach, niezdara ze mnie! Zobacz, jednak się rozwinęła. A na spodniej stronie jest coś napisane. To chyba jakaś wiadomość od świętej pamięci papy? Tylko czemu skrobał do ciebie w lacedemońskich literach?

Kleinias nic nie odpowiedział. Był przerażony, pomimo upału drżał na całym ciele.

– „Przesyłka gotowa – czytał na głos Leochares. – Dostarczymy niedługo. Do odbioru w stałym miejscu. Przekaż Proteuszowi. Podwójna zapłata po ukończeniu”.

Leochares oderwał oczy od zapisanej blaszki. Kleinias siedział w kałuży własnego moczu, bezgłośnie łkał. Wiedział, co to oznacza.

– Taaak – powiedział Leochares, wstając. Otrzepał himation z igliwia i grudek ziemi. – Miło się gawędziło. Dokończymy tę rozmowę w Atenach.

***

Ateny były przepełnione. Kobiety pół dnia stały w kolejkach do studni. Jedzenie czegoś innego niż samo zboże i oliwki stało się przywilejem bogatych, najgorsze nawet wino było dwa razy droższe niż przed wojną. Spędzeni do miasta ludzie tłoczyli się w każdym możliwym zaułku. Ci, którzy mieli tu rodzinę, sprowadzali się do domów krewnych, często ku ich rozpaczy. Pozostali klecili tymczasowe domostwa, gdzie tylko się dało – na placach, w sanktuariach i świątyniach, na poboczach ulic, a nawet między murami łączącymi Ateny z Pireusem. Idąc od bramy w stronę agory, Leochares i Demokles brnęli przez tłum spoconych, zmęczonych ludzi. Większość z nich snuła się bez celu – nie mieli pracy, którą mogliby się zająć, nie stać ich było na jakiekolwiek rozrywki. Nie podoba mi się to – myślał Leochares. – Kiedyś znałem tu prawie każdego, wiedziałem o wszystkim, co się działo w mieście. Za dużo tu nowych ludzi.

– Co teraz zrobisz z Kleiniasem? – zapytał Demokles, wytrącając go z zadumy.

– Teraz? Nic. Pójdę do domu coś zjeść.

– Co? Złapałeś szpiega i pójdziesz po prostu do domu?

– Nie inaczej. Dam trochę czasu Scylesowi i jego chłopakom, oni powinni odrobinę Kleiniasa zmiękczyć. Poza tym muszę się zastanowić, jak go podejść, jak z nim rozmawiać.

– Po co? Przecież on jest przerażony, powie ci, co tylko zapragniesz.

– Właśnie o to chodzi. Chcę, żeby powiedział mi prawdę, a nie to, co chcę usłyszeć. Nie ma się co spieszyć, mamy czas. Ja muszę porozmawiać później z Peryklesem, a ty masz się dowiedzieć więcej o Kleiniasie. Z kim się spotyka? Kto mieszka u niego w domu? Zrób to, zanim rozejdzie się wieść, że został zatrzymany.

– Dobrze, nic prostszego.

– Zuch chłopak. No, już jesteśmy na miejscu. Do zobaczenia jutro.

Leochares otworzył drzwi i wszedł do środka. Po nagłym przejściu z rozgrzanej oślepiającym światłem ulicy do ciemnego, chłodnego wnętrza domu ćmiło mu się przed oczami. Usiadł ciężko na stojącej przy drzwiach ławie i zrzucił z siebie himation.

– Lamia! – krzyknął. – Lamia, zejdź na dół!

– Pani nie ma w domu – powiedziała Lydike, ich niewolnica. – Wyszła jakąś godzinę temu.

– Ach tak? A po co? – zapytał zirytowany Leochares.

– Powiedziała, że jej przyjaciółka będzie rodzić i idzie jej pomóc.

– Bardzo ciekawe… Jest woda w domu?

– Tak, jeszcze tak.

– To przygotuj mi balię ciepłej wody, mam ważne spotkanie i muszę się wymyć. I zrób coś do jedzenia, może być coś małego.

– Tak, panie.

Leochares już nie odpowiedział – wchodził na piętro. Wparował do pokoju Lamii i otworzył jej skrzynię. Aha, pomyślał, przerzucając ubrania. Wyszła w swoim najlepszym chitonie*, to ciekawa kreacja jak na przyjmowanie porodu… Przejrzał woreczek z biżuterią – brakowało złotych kolczyków i naszyjnika z błękitnym kamieniem. Na podłodze leżały jej włosy, a Lydike sprzątała przecież dom, kiedy wychodził rano – zatem Lamia układała włosy przed wyjściem… Zdzira.

Rozsierdzony Leochares zszedł na parter. Wskoczył do balii i zaczął szorować się gąbką. Krople wody ściekały powoli po ciele, wytyczając wijące się ścieżki na pokrytej popiołem i pyłem skórze. Lydike stała obok ze wzrokiem wbitym w ziemię i nerwowo mięła róg sukni.

– Nie stój tak jak kołek – warknął. – Przynieś mi ręcznik.

Leochares wyszedł z balii, zostawiając mokre plamy na podłodze. Zarzucił na ramiona ręcznik i przeszedł na podwórko. Usiadłszy na ławie, pogryzał cierpkie oliwki, które doskonale komponowały się z jego obecnym nastrojem.

Zdzira, najzwyklejsza zdzira, powtarzał w myślach Leochares, wypluwając pestkę. Ciekawe, od kiedy się tak prowadzi. Jeszcze nie tak dawno było mu z nią dobrze, budziła w nim czułość, pożądał jej ciała. Ale od początku wojny była nieznośna, nieposłuszna, wiecznie niezadowolona. Źle ją sobie wychował. Przyjaciele powtarzali mu: musisz uformować swoją żonę, przyzwyczaić ją do obowiązków. Dobra żona jest skarbem, niczym królowa pszczół wspaniale zarządza domem i gospodarstwem. Zła jest najgorszym przekleństwem, gorgoną* i harpią*, która może zatruć życie i zrujnować najbogatszego. Ale on nie miał do niej ręki, pozwalał jej na zbyt dużo – spotkania z koleżankami, spacery na agorę z Lydike, naukę gry na flecie i inne tego typu fanaberie. To się musi skończyć.

Leochares usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe. Zerwał się i wszedł do domu. Tak jak myślał, Lamia wróciła. Wydawała się speszona jego widokiem, unikała jego wzroku.

– Witaj, mężu – wybąkała.

– Witaj, ukochana żono – odparł Leochares. – Piękna pogoda, prawda? Aż chciało się odetchnąć świeżym powietrzem, co?

– Przestań, proszę – powiedziała cicho Lamia. – Przyjmowałam poród, to nie było nic przyjemnego.

– A czyje to dziecko?

– Adelfe, żony Adrastosa…

– Chyba zapominasz, czym ja się w tym mieście zajmuję – wysyczał przez zaciśnięte zęby Leochares. – Adelfe poroniła tydzień temu. Adrastos chce się z nią rozwieść. Przygotuj sobie lepszą wymówkę następnym razem, o ile w ogóle będzie następny raz. Naprawdę, jesteś głupsza niż Dejanira! Gdzie byłaś?

– Przepraszam – powiedziała cicho Lamia, opuściwszy głowę. – Ja… spotkałam się po prostu ze znajomą, wyszedłeś tak wcześnie rano, że nie mogłam spytać cię o pozwolenie.

– Czemu kłamałaś?

– Wiedziałam, że będziesz zły, nie chciałam, ja…

– A po co ci były kolczyki i naszyjnik?

– Ja, ja przecież nie brałam…

– Och, dość tego pieprzenia – warknął Leochares. – Nie mam teraz czasu na tę rozmowę. Idź na górę do swojego pokoju, w tej chwili.

– Le-eo, ja… – wyjąkała Lamia.

– Ani słowa więcej. Marsz na górę. Bo cię tam wciągnę za włosy.

Lamia spojrzała na niego jeszcze raz, miała oczy mokre od łez. Weszła na piętro; drzwi zamknęły się cicho.

– Lydike… – powiedział, spokojniejszy już, Leochares. – Zamknij drzwi od jej pokoju i pod żadnym pozorem jej nie wypuszczaj. Zanieś na górę kolację, ale niedużą. Rozumiesz?

– Tak, panie – bąknęła wystraszona dziewczynka.

– Świetnie. Będę przed zachodem słońca.

***

Czekając, aż zostanie zaproszony do gabinetu, Leochares usiadł na kamiennej ławie. Rozejrzał się wokół, mimo że znał ten dom równie dobrze jak swój. Cieszyło go, że Perykles mieszka skromnie, pomimo tego, że był najpotężniejszym człowiekiem w mieście. Żadnych malowanych ścian, podłóg ułożonych z małych kamyczków czy srebrnych ozdób, jakie widuje się u tych zniewieścialców z azjatyckich miast.

– Wejść – zza drzwi odezwał się kobiecy głos. No tak, pomyślał Leochares, wznosząc oczy ku górze, tego mi tylko brakowało…

Aspazja siedziała w wyłożonym poduszkami fotelu, w dłoni trzymała kubek pełen wina. Na stojącym przed nią stoliczku rozłożone były dokumenty – pokryte gęstym pismem woskowane deseczki i ostrakony*. Nie podniosła wzroku, kiedy wszedł; leniwym gestem wskazała mu krzesło. Mimowolnie rzucił okiem na jej nogi. Miała zniewalające stopy i kostki…

– Słyszałam, że nagonka się udała? – powiedziała, wciąż czytając.

– Mhm. Udała się.

– To może się pochwalisz? Kogo złapaliście?

– To nie są tematy dla kobiet. Chcę rozmawiać z Peryklesem.

– Chyba żartujesz – powiedziała Aspazja, podnosząc głowę. Miała zmęczone, zaczerwienione oczy, wściekły wyraz twarzy; jej kolczyki zabrzęczały ostrzegawczo. – To nie jest temat dla mnie?

– Słuchaj, to nic osobistego, ale…

– Nie, ty słuchaj – przerwała mu ze złością Aspazja. – Na wypadek gdybyś nie wiedział, to ja piszę Peryklesowi mowy, ja mu doradzam, jak odpowiadać lakońskim posłom, ja mu mówię, gdzie wysłać statki. Jedyny powód, dla którego to nie ja jestem strategiem*, to że nic mi nie dynda między nogami. Więc przestań stroić fochy, powiedz, co masz do powiedzenia, albo przestań marnować mój czas i zjeżdżaj.

Leochares był wściekły, zacisnął pięści. Ale nie odpowiedział.

– Rozumiem, że dotarło. Jeszcze raz: kogo złapaliście?

– Kleiniasa, sprzedawcę perfum, z demu* Pallene.

– I co?

– Odebrał wiadomość od Lacedemończyków, przygotowują jakąś przesyłkę, która ma być niedługo przerzucona do miasta. Jeszcze nie wiem, co to może być.

– A kiedy będziesz wiedzieć? – spytała Aspazja, notując coś szybko.

– Dziś jeszcze przepytam Kleiniasa, może mi powie. A jak nie on, to ktoś inny. Kwestia czasu.

– Dobrze, ale pospiesz się. Perykles mówił mi, że masz jakieś sugestie co do bezpieczeństwa miasta. O co chodzi?

– Szpiedzy Sparty szykują coś dużego – zaczął Leochares. – Przez ostatni rok byli uciążliwi, ale przewidywalni. Nie zrobili nic szczególnie groźnego: parę razy przekupywali sędziów albo strażników, uszkadzali statki, rozsiewali plotki… Krótko mówiąc, uprzykrzali nam życie. A teraz nic, siedzą cicho. Parę osób, które podejrzewałem, nagle zniknęło z miasta; pozostali zaszyli się w domach. Nie przyjmują nikogo, nie wychodzą, nie wysyłają żadnych wiadomości. Wydawało mi się, że to cisza przed burzą, i ta przesyłka dla Kleiniasa dowodzi, że mam rację. Coś się stanie, i to już za parę dni.

– No, jesteś tu od tego, żeby właśnie się nie stało. Co sugerujesz?

– Miasto jest dziurawe, za łatwo się tu wchodzi i wychodzi. Przez najbliższe dwa tygodnie Ateny muszą być zamknięte. Żadne statki nie powinny wypływać ani wpływać bez zezwolenia. Ludzie mający długi nie mogą pilnować bram, zbyt łatwo można ich przekupić. Nie wpuszczać kupców, posłańców, ambasadorów i im podobnych, a jeśli to absolutnie konieczne, trzeba ich przeszukiwać przy wejściu, a potem śledzić i zamykać na noc. Żadnego świętowania poza murami Aten, bo ktoś mógłby wmieszać się w tłum powracający do miasta.

– Co dalej?

– Trzeba ograniczyć szpiegom możliwość komunikacji. Musicie zakazać używania pochodni i lamp w okolicach portu i murów. Światłem można dawać znaki. Żadnych prywatnych zgromadzeń, poza pogrzebami i ślubami. Ponadto trzeba ogłosić nagrody dla informatorów. No i przydałoby mi się więcej ludzi…

– Prosisz o dużo – powiedziała Aspazja, drapiąc się rysikiem po karku. – Na razie mogę tymczasowo zrezygnować z otwarcia bram, a co do reszty… Porozmawiam z Peryklesem.

– Takie pieprzenie to możesz zachować dla swojej służącej – przerwał Leochares. – Nie ma co gadać, tylko trzeba się wziąć do roboty.

– Po pierwsze, nie klnij, kiedy ze mną rozmawiasz. Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia, wysłuchałam cię i muszę się zastanowić. A teraz wybacz, mam inne rzeczy do zrobienia. No, wiesz, gdzie są drzwi…

***

– Ten człowiek jest już bardzo, bardzo wystraszona – powiedział z uśmiechem Scyles. – Gotowy do rozmowy.

– Co mu zrobiliście? – spytał Leochares.

– Nic takiego – odparł Scyta, wzruszając ramionami. – Daliśmy mu różne zioła, takie, po których człowiek nie potrafi odróżnić snu od jawa, a człowieka od cień. Potem trochę go pomęczyliśmy, pokazałem mu też swoje trofea, opowiedzieć, jak się je zdobywa, no i…

– Aha, wystarczy – odparł Leochares. Jemu się robiło od tych historii słabo bez żadnych ziół. Kiedy pierwszy raz zobaczył kubek Scylesa zrobiony z ludzkiej czaszki, prawie się porzygał. – Zaprowadź mnie do niego.

Kleinias był zamknięty w małym, ciemnym pokoju. Siedział skulony w kącie, kolebiąc się z jednej strony w drugą. W miejscu paznokci miał krwawe plamy. Oddychał szybko, był zlany potem; oczy, mimo że otwarte, zdawały się nie widzieć.

– Od jak dawna szpiegujesz dla Lacedemonu? – zaczął Leochares, siadając koło niego.

– Kim… Kim jesteś? – wychrypiał Kleinias.

– To nie jest ważne. Odpowiadaj na pytania, bo inaczej zostawię cię Scytom do zabawy.

– Od siedmiu miesięcy – powiedział szybko.

– Kto cię zwerbował?

– Teopompus, rzeźnik z demu Sfetos.

– Kim jest Proteusz?

– Nie wiem.

– No, zobaczymy, co powiesz Scylesowi i jego chłopakom… – pogroził Leochares, powoli wstając.

– Nie, nie, naprawdę nie wiem! Naprawdę! – wrzasnął Kleinias. – Nikt nie wie, kim jest Proteusz.

– Jak to?

– Nawet Teopompus nigdy go nie widział, wysyła mu wiadomości przez kogoś innego.

– Aha. No to czym jest ta cała „przesyłka”?

– Nie wiem, nie mam pojęcia, ja tylko przekazywałem informacje!

– Dobra, jeszcze to sprawdzę. Lepiej, żebyś nie kłamał. Mów, jak miałeś „dać znać” o tej „przesyłce”?

– Wiadomości zawsze wysyłałem tak samo – mówił szybko Kleinias. Ślina ciekła mu po brodzie, oczy łzawiły. – Rozpruwałem skórzany bukłak, wpisywałem tekst po wewnętrznej stronie i znów zszywałem. Potem zostawiałem go na dnie tej wyschniętej studni u stóp Pnyksu.

– Dobrze. A co to za „stałe miejsce”, w którym miałeś odebrać truciznę?

– Nie wiem, nie ja ją miałem odebrać, ja tylko miałem przekazać wiadomość!

– Powiedzmy, że ci wierzę. Też bym ci takiego zadania nie powierzył. Powiedz lepiej, jakich szpiegów jeszcze znasz?

– Nikogo, tylko Teopompusa… Nic więcej nie wiem, wypuść mnie stąd, wypuuuuuść! – jęknął Kleinias rwącym się głosem.

– Dobra, nie mazgaj się już. Odeślemy cię zaraz do więzienia przy agorze, będziesz miał proces jak się patrzy, bez żadnych Scytów.

– Dziękuję, dziękuję… – wydukał więzień.

Leochares nie odpowiedział; wstał, spojrzał na niego z obrzydzeniem i zamknął za sobą drzwi.

***

Nie spieszył się do domu – musiał przecież porozmawiać z Lamią, a nie miał na to najmniejszej ochoty. Jak zawsze po spotkaniu z Aspazją, był poirytowany, czuł, że powinien trochę ochłonąć. Zamiast wracać do siebie, odbił w stronę Olimpiejonu. Słońce chyliło się ku zachodowi i upał wreszcie zelżał, szorstki himation nie drażnił już spoconego karku, piasek nie parzył w stopy. Zaczynała się krótka, najprzyjemniejsza część dnia.

Leochares usiadł na podeście nieukończonej świątyni. Przed wojną Olimpiejon był zawsze opustoszały, ale teraz, gdy miasto wypełniło się po brzegi, i tu tętniło życie. Między pokrytymi porostem kolumnami rozciągnięto sznurki, na których schły ubrania, przy rozpadającym się murku obdarte dzieci bawiły się szmacianą piłką. W rogu placu, który miał być naosem*, kucał staruszek. Niepewnie balansując, podcierał się garścią suchej trawy, jednocześnie przyciskając brodą płaszcz do piersi. Leochares spojrzał na niego z niesmakiem. Ateny nigdy szczególnie czyste nie były, myślał, ale teraz, kiedy zwaliły się tu tłumy wieśniaków przyzwyczajonych do wypinania się, gdziekolwiek ich dopadnie potrzeba, miasto stało się nie do zniesienia. Jeszcze trochę i Spartanie nie będą mieli z kim walczyć, bo utoniemy we własnym gównie.

Trzeba jak najszybciej dorwać tego Teopompusa, pomyślał Leochares, odwracając wzrok. Najlepiej jeszcze dziś w nocy, albo może raczej z samego rana. Z tego, co powiedział Kleinias, wynika, że rzeźnik stoi o szczebel wyżej w hierarchii, więc może gdzieś mnie doprowadzić. No i muszę wykorzystać tę studnię, zobaczyć, czy używa jej jeszcze jakiś szpieg, który zbiera wiadomości. Za to też koniecznie trzeba się jutro zabrać. I jak najszybciej znaleźć Proteusza i przynieść jego głowę Peryklesowi na tacy.

Proteusz… Ciekawy pseudonim. Imię nieuchwytnego bożka, który wiecznie zmienia kształty. Leochares starał się sobie przypomnieć, w którym momencie Odysei się pojawia, ale bez sukcesu. Chyba po tym, jak Odyseusz i spółka zarżnęli woły boga słońca Heliosa? Zresztą nieważne. Porównywać się do boga to hubris*, a ja będę jego Erynią…

Zaczynało mu być już zimno w tyłek od siedzenia na kamieniu. Pora wracać do domu.

***

Lamia siedziała skulona w kącie łóżka, owinięta ciasno płaszczem. Przed nią stała taca z nietkniętą kolacją. Leochares zastanawiał się, czy rzeczywiście była tak przejęta, że nie chciała jeść, czy udawała, żeby go zmiękczyć. Wystarczyło jednak chwilę dłużej popatrzeć na jej drgające usta i mokre oczy, żeby nie mieć więcej wątpliwości. Leochares usiadł obok niej na łóżku, położył jej dłoń na kolanie. Nie uspokoiło jej to wcale, zaczęła drżeć.

– Jeszcze raz, spokojnie i bez kłamstw – powiedział cicho Leochares. – Po co wyszłaś dziś z domu i czemu się tak wystroiłaś?

– Spotkałam się ze Stratokleją, ona była ze swoją służącą – odpowiedziała po chwili Lamia. Głos jej się łamał, przełykała łzy. – Poszłyśmy na agorę, do Stoi Poikile.

– Dobrze. Po co?

– Po nic, po prostu chciałam zobaczyć obrazy… Odkąd zaczęła się wojna, cały dzień siedzę w domu, nigdy cię nie ma – Lamia podniosła głos, wycieńczona własnym strachem próbowała zakrzyczeć go złością. – A kiedy wreszcie przychodzisz, nawet się nie odezwiesz, nie interesuje cię, co się ze mną dzieje. Dla ciebie równie dobrze mogłabym być niemową…

– Uspokój się – upomniał ją Leochares. – Tak jest i będzie. Jesteś kobietą i żyjesz w domu, ja jestem mężczyzną i żyję poza nim. I tak masz ze mną dobrze, pozwalam ci zapraszać koleżanki, uczyć się czytać, a ty jak mi się odwdzięczasz? Szlajasz się po mieście jak najtańsza kurwa.

Lamia schowała twarz w dłonie, skuliła się w sobie jeszcze bardziej.

– Pozwól mi wrócić do ojca, dopóki trwa wojna. Jak już będziesz mniej…

– Nie ma mowy – uciął Leochares. – Zapomnij!

Nic nie odpowiedziała. Leochares chciał ją pogłaskać, uspokoić, ale odsunęła głowę.

– Jak sobie chcesz – powiedział Leochares, wstając. Zdjął z siebie ubranie, położył je na taborecie. Obmył twarz wodą, napił się trochę wina i położył. Lamia siedziała nieruchomo po drugiej stronie łóżka, gdy zasypiał. Była tam też, kiedy się obudził następnego dnia.

***

Leochares spotkał się z Demoklesem w małej tawernie na tyłach mennicy, tuż przy agorze. Byli pierwszymi klientami, mało kto miał ochotę pić o tej porze.

– Daj no dwa kubki, wino pół na pół z wodą – zwrócił się Leochares do właściciela, niskiego faceta z włochatymi rękoma – i trochę chleba.

– Ostre picie od rana, co? To wszystko?

– Na razie tak, dzięki. No dobrze, mały, czego się dowiedziałeś o Kleiniasie?

– Niestety niewiele, chociaż sterczałem pod jego domem cały dzień – powiedział Demokles. – Mieszka z żoną, dwiema córkami i kuzynem, który wprowadził się na czas wojny. Kobiet w ogóle nie widziałem, z tego, co mówią sąsiedzi, w ogóle nie wychylają nosa poza próg.

– Czyli jednak są takie… – burknął Leochares, maczając kawałek chleba w winie. – No, a co z tym kuzynem?

– Nic ciekawego. Ma opinię głupka i chyba zupełnie zasłużenie, takiej tępej gęby dawno nie widziałem. Siedział przed domem i pół dnia grał sam ze sobą w kości.

– Faktycznie, nie wydaje się, żeby to miał być jeden z siedmiu mędrców… Ktoś do nich przychodził?

– Nikt.

– Dziwne. Spodziewałem się, że ktoś wpadnie zobaczyć, co się z nim dzieje…

– Nie chcesz przeszukać jego domu? – spytał Demokles.

– Nie, nie sądzę, żebyśmy tam coś ciekawego znaleźli. Nie mógł być na tyle głupi, żeby trzymać w domu cokolwiek, co mogłoby go obciążyć, a ja nie chcę im pokazać, jaki Kleinias jest dla nas ważny. Ale mamy co robić: Kleinias powiedział mi wczoraj, kto jest jego kontaktem. Pójdziemy zaraz złożyć wizytę pewnemu rzeźnikowi, Teopompusowi.

– To ten samotnik, który mieszka w Kerameikosie?

– Ten. No, dopijaj swoje wino i lecimy.

***

Dom rzeźnika można było rozpoznać z daleka – pod drzwiami leżały trzy bure psy, czekając na ochłapy. Co jakiś czas jeden z nich podnosił uśliniony pysk i łapczywie wciągał powietrze. Widać kundle czuły zapach świeżego mięsa.

– Jesteś pewien, że we dwóch sobie poradzimy? – spytał Demokles.

– Jakich dwóch? Ty masz w ogóle zamiar tam ze mną wchodzić? – zdziwił się Leochares.

– Faktycznie, nie. Dasz sobie radę sam?

– No cóż, nie bardzo mam wybór. Licz do stu, jak nie wrócę, to leć po Scytów.

– Czemu od razu ich nie wzięliśmy?

– Bo pół miasta by na to zwróciło uwagę, a tego nie chcemy.

– Ale…

– Żadnych ale. Zaczynasz liczyć, w momencie kiedy wchodzę do środka.

Leochares podszedł do domu Teopompusa, psy niechętnie się odsunęły. Zapukał. Żadnej odpowiedzi. Pchnął drzwi. Zamknięte.

– Hej, jest tam kto? Teopompus? – zawołał Leochares, ale nikt nie odpowiedział. Zaniepokoił się. Było za wcześnie, żeby rzeźnik był już na agorze, a zatem albo uciekł, albo wiedział, kto do niego puka. Obydwie możliwości oznaczały kłopoty. Leochares postanowił porzucić grzeczności i z całej siły kopnął. Zamek puścił, drzwi gwałtownie się otwarły.

Teopompus leżał tuż za progiem, w korytarzu. Z pleców wystawał mu rzeźniczy tasak, ściany były obryzgane krwią. No tak, pomyślał Leochares, ta możliwość nie przyszła mi do głowy.

Kucnął nad ciałem, kozikiem nadciął nadgarstek. Krew już nie leciała, a zatem Teopompus nie żył od dłuższego czasu. Tasak wszedł w ciało tak głęboko, że musiał go zabić od razu. Leochares wyszarpnął go z pleców rzeźnika, przeganiając stadko much. Teopompus miał w ręku gliniany uchwyt od lampki, która strzaskała się, kiedy upadał, ale nie widać było żadnych innych przedmiotów. Miał na sobie lekką tunikę, pewnie w niej spał.

Leochares podniósł się i spojrzał na rozwalony zamek. Był to prosty skobel, a zatem drzwi były zamknięte od wewnątrz. Ktokolwiek załatwił Teopompusa, musiał wyjść inną drogą. Ponadto na pewno był cały umazany we krwi, czyli zostawił jakieś ślady. Korytarz całe szczęście był wąski, już parę kroków w głąb widać było czerwone plamy. Patrząc z bliska, Leochares rozpoznał odcisk barku i ramienia. Napastnik pewnie poślizgnął się i podparł o ścianę. Sądząc po wysokości, na której zostawił ślady, musiał być niższy od Leocharesa co najmniej o głowę.

– No to już wiemy, co tak ładnie psom pachniało – odezwał się Demokles zza jego pleców. – Co tu się stało?

– Rozejrzyj się. – Leochares się wyprostował. – Ktoś zapukał w nocy do drzwi domu, musiało być jeszcze ciemno, skoro Teopompus wziął lampkę. Nie spodziewał się gości, więc zabrał jeden ze swoich tasaków na wszelki wypadek. Musiał znać napastnika i ufać mu. Wpuścił go do domu, a kiedy zamykał za nim drzwi, dał mu do potrzymania tasak. Nocny gość poczekał, aż rzeźnik się odwróci, i wbił mu go w plecy. Potem wbiegł w głąb domu.

– Co dalej?

– Wejdźmy, to zobaczymy.

Ślady krwi