Wydawca: Buchmann Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 452 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kici - Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba, Lucjan Brychczy

Legendarny piłkarz Lucjan Brychczy „Kici bezpośrednio, szczerze i bez kompromisów o życiu prywatnym i świecie futbolu!

Obecnie prezes honorowy Legii, mimo 80-tych urodzin, jest aktywny jako trener piłkarski. Opowiada o swojej karierze sportowej – przez chwile zwątpienia i triumfalny powrót – i o życiu osobistym.

Autorom udało się „otworzyć” zwykle niechętnego do osobistych rozmów Kiciego.

Opowiedziane świetnym, potoczysty językiem! Książka wzbogacona o wyjątkowe zdjęcia!

Opinie o ebooku Kici - Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba, Lucjan Brychczy

Fragment ebooka Kici - Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba, Lucjan Brychczy

KICI

Legenda Legii Warszawa

Lucjan BrychczyGrzegorz Kalinowski Wiktor Bołba

Copyright© Lucjan Brychczy, Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba, 2013

Copyright for this edition© Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-7881-358-3

Redaktor prowadząca: Anna Sikorska-Michalak

Konsultacja: Arkadiusz Seidler

Projekt graficzny okładki: Roman Tobjasz

Zdjęcie na okładce: East News

Korekta: Anna Kędziorek

Sklad i łamanie: TYPO 2

Książka powstała we współpracy z Firmą wydawniczą SEZAMM Małgorzata Maruszkin

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

e-mail:biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Krzysztof Talarek / Virtualo Sp. z o.o.

My, czyli Legia - kibice i klub, ogłosiliśmy rok 2014 Rokiem Lucjana Brychczego. Sprawa jest prosta: Pan Lucjan kończy 80 lat i obchodzi jubileusz 60-lecia pracy w klubie. Jubilat był wielkim graczem, później prowadził Legię jako trener, wygrywając z nią Puchary Polski, a od kilkunastu lat pomaga kolejnym sztabom szkoleniowym jako asystent pierwszego trenera. Śmiało można powiedzieć, że w każdym sukcesie Legii miał swój udział. Jest dla mnie legendą Legii, dlatego jedną z moich pierwszych decyzji jako prezesa klubu był wniosek o mianowanie Go Honorowym Prezesem Legii. Jest tylko jedna osoba, która może powiedzieć: „byłem w Legii, jak nie było tam jeszcze Lucjana Brychczego“, to Pan pułkownik Zbigniew Korol.  

Bogusław Leśnodorski, prezes Legii Warszawa 

Niezręcznie mi o nim mówić, bo znamy się od 60 lat i jesteśmy sąsiadami. Nie chcę być posądzony o kumoterstwo, dlatego przypomnę jak postrzegali go inni. W 1954 roku Legia gra mecz z Honvedem. Na boisku byli najlepsi piłkarze świata, a jednak Węgrzy podziwiali Lucjana Brychczego. Pięć lat później w Chorzowie Polska grała z Hiszpanami, którzy ogrywali wszystkich w Europie, a Real seryjnie zdobywał Puchar Mistrzów. Tymczasem po meczu goście mówili o tym, jak by to było dobrze mieć u siebie Brychczego. Wreszcie rok 1969 i wyjazdowy mecz z Galatasaray Stambuł. Po tym spotkaniu trener Arisu Saloniki, słynny Stjepan Bobek, chciał wyrywać z Legii 35-letniego Kiciego. Minęło tyle lat, a on ciągle budził podziw! Był po prostu świetnym graczem, który umiał grać w każdym systemie. Jak zaczynał, to grało się 3 obrońcami, 2 pomocnikami i 5 napastnikami. Później zmieniono system na WM, następnie na tak zwaną brazylianę, a za czasów Vejvody grano trójką pomocników. W każdym systemie i pod każdym trenerem Kici był mózgiem drużyny, co świadczy o jego wyjątkowości i sportowej klasie. Jego i Deynę stawiam jako dwóch najlepszych graczy w historii klubu, to są prawdziwe legendy i ikony Legii.

Podpułkownik w stanie spoczynkuZbigniew Korol

Człowiek Legii

Kici, gdy jesteś na stadionie

I gdy o piłkę walczy Legia, to nie

młodzi piłkarze bohaterami widowiska:

dla ciebie aparatów flesz błyska,

a pamięć nasza te czasy przywoła,

kiedy równych sobie nie miałeś dokoła.

Chłopcem byłem, co przez dziurę w płocie wchodził na mecz,

a szkolna piłka łatana to była najważniejsza rzecz.

Stadion cichł, gdy wbiegałeś na boisko,

ja myślami fruwałem obok ciebie blisko

i czułem, co ty, i tym samym żyłem,

walczyłem ze słabością, z herosami się biłem

tymi, co ty, drobny, dzielny piłkarz ze Śląska,

który wybrał Warszawę. I potem, gdy ten napis „Polska”

błyszczał na twej koszulce na stadionach świata,

byłem obok ciebie przez wszystkie te lata.

Marek Gaszyński, Warszawa, czerwiec 2013

PROLOG

Jesień 1966 roku. Przy Łazienkowskiej byłby to dzień jeden z wielu. W salce pod trybuną stadionu trenują pięściarze, na świeżym powietrzu – lekkoatleci. Jedni i drudzy to krajowa czołówka, CWKS Legia wygrywał podówczas w niemal wszystkich dyscyplinach sportu, będąc jednym z najsilniejszych klubów sportowych nie tylko w Europie, ale i na świecie. Najlepsi z najlepszych, ściągani tu przez wojsko, wabieni obietnicą sukcesu i magią stolicy, pracowali na medale Igrzysk Olimpijskich, Mistrzostw Świata i Europy. Ale na basenie i kortach zdarzali się też amatorzy. Amatorzy – ale jacy! Artyści, ludzie władzy oficjalnej i tej nieoficjalnej. Minister obok szefa waluciarzy i dyrektor zjednoczenia z prywaciarzem. Najpiękniejsze dziewczyny i najgłośniejsze nazwiska. Każdego dnia salon stolicy. W weekendy na trybunach w tłumie warszawiaków zasiadali Łapicki, Konwicki, Putrament, Dygat i Holoubek. Wraz z innymi podziwiali w klubie najważniejszych: drużynę piłki nożnej.

Tego dnia zespół, którego gwiazdą był Lucjan Brychczy, wychodził na kolejny trening. Dla niektórych jeden z pierwszych, dla Brychczego jeden z tysięcy. Od paru tygodni treningi prowadził Czech Jaroslav Vejvoda. Jego poprzednicy zawsze zaczynali od rozgryzienia problemu, jak do Kiciego dopasować pozostałą dziesiątkę graczy. Steiner, Koncewicz, Górski, Bobek, Janeczek, Popescu… Wszyscy mieli jeden problem: co zrobić, by mały pomocnik mógł pokazać swe mistrzostwo.

Brychczy był żywą legendą. Dołożył się do wszystkich klubowych trofeów, zagrał w meczu otwarcia Camp Nou, w reprezentacji był kapitanem, a w niezapomnianym, wygranym 2:1 meczu z ZSRR podawał do Cieślika.Był największym piłkarzem, jakiego miała Legia. Gdyby nie mieszkał w PRL, tylko po lepszej stronie „żelaznej kurtyny”, wychodziłby w tej chwili na boisko Realu lub Barcelony. Konkurowałby z najlepszymi, szykowałby się do kolejnych zagranicznych triumfów. To jednak nie było mu dane. Wygrał już chyba wszystko, co miał do wygrania. Był wypalony i wiedział, że zbliża się koniec. Jeszcze sezon, góra dwa, i zacznie się nowy etap życia. Jaki? Będzie trochę czasu, by pomyśleć, choćby dziś na treningu. Pomysłów jednak brakowało, tak samo chęci do wytężonej pracy, takiej jak wówczas, gdy miał dwadzieścia lat, gdy nie było rutyny i kalkulacji.

Nowy szkoleniowiec zauważył, że choć najważniejszy zawodnik wychodzi na treningi, to jednak mentalnie zawiesił już buty na kołku. Takiego w zespole nie chciał. Przełomowym momentem stały się tak zwane „bombony” – cukiereczki, czyli mordercze biegi na wytrzymałość. Brychczy wyraźnie nie miał ochoty poddawać się tej katordze. „Pepik” był bardzo dobrym trenerem, bo niezależnym, więc z zimną krwią zdecydował się popełnić świętokradztwo: wyrzucił Brychczego z treningu. Wielkiego Brychczego, Kiciego, legendę! To wyglądało na koniec pięknej kariery. Bez kwiatów, wojskowej orkiestry, tłumów skandujących „Kici, Kici, Kici”. Wypalony mistrz schodził do szatni, po cichu, smętnym epizodem kończyła się jego przygoda z Legią.

Opuszczając trening, Kici nie przypuszczał, że dopiero teraz przyjdzie prawdziwy europejski sukces, że u jego boku wyrosną gracze, którzy talentem i sukcesami przebiją jego dawnych idoli, partnerów i rywali z boiska: Cieślika, Pohla, Kowala i Szymkowiaka.

Rozdział 1DZIECIŃSTWO I WOJNA

– Panie Lucjanie, jest Pan jednym z najbardziej rozpoznawalnych warszawiaków, bardziej niż wielu spośród urodzonych w tym mieście. Pochodzi Pan jednak ze Śląska, a jeden z Pana przyjaciół, trener Krzysztof Dowhań, mówi tak: nie ma innego Hanysa, który by zrobił dla Warszawy tyle, co Lucjan Brychczy!

– Bo ja jestem warszawiakiem ze Śląska. Można tak powiedzieć, bo ze Śląska pochodzę i moi rodzice byli Ślązakami, a w Warszawie mieszkam już prawie 60 lat. Urodziłem się 13 czerwca 1934 roku w Nowym Bytomiu. To była wtedy dzielnica Rudy Śląskiej. Mój ojciec, Stanisław, walczył o Polskę i polski Śląsk. W latach 1919–1921 był w Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska i brał udział w I Powstaniu Śląskim. Ojciec walczył w rejonie Goduli i Orzegowa (dzielnice Rudy Śląskiej – przyp. aut.). Niestety, powstanie nie zakończyło się sukcesem, a ojciec musiał się ukrywać, bo groziły mu niemieckie represje. Rok po upadku I Powstania wybuchło kolejne. Ojciec był w randze szefa kompanii, która z powodzeniem walczyła o Nowy Bytom. Także to powstanie nie spełniło oczekiwań i po plebiscycie, w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, wybuchło kolejne. W III Powstaniu Stanisław Brychczy był w składzie Grupy Wschód. Najpierw w 3., a następnie w 4. batalionie 5. pułku piechoty. To był tak zwany pułk bytomski, dowodzony przez Czesława Paulę, którego adiutantem został mój ojciec.

Powstańcy śląscy byli powszechnie szanowani, a każda kolejna polska władza oddawała im honory. Stanisław Brychczy nie zabiegał o nie. „Był człowiekiem niezwykle skromnym, o dumnej postawie. Wspaniale prezentował się w powstańczym mundurze z oficerskimi dystynkcjami, ale nie chciał być na pierwszym planie – wspomina spotkanie ze Stanisławem Brychczym Aleksander Chłopek, były gliwicki radny i poseł na Sejm RP. – Gdy po 1989 roku zostałem radnym i brałem udział w organizacji obchodów 70. rocznicy plebiscytu i III Powstania Śląskiego, na liście żyjących jeszcze bohaterów tamtych czasów zobaczyłem nazwisko Brychczy. To było nazwisko bohatera z mojej młodości! Ileż pracy kosztowało przekonanie pana porucznika Brychczego, by przyjął od Gliwic nagrodę oraz uczestniczył w nadzwyczajnej Radzie Miasta, którą zorganizowaliśmy w gliwickim muzeum! Pytany o syna uśmiechał się z dumą, ale ani jego własne powstańcze bohaterstwo, ani postać słynnego syna nie oddalały go od zwykłych ludzi. Wielka uprzejmość, ujmujący uśmiech, skromność i godna postawa”. Niemal to samo można było powiedzieć o Lucjanie Brychczym, gdy kilkadziesiąt lat później w Warszawie Lech Kaczyński wręczał mu nagrodę Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy.

Po powstaniach ojciec pracował, a matka prowadziła dom. Byłem najmłodszy z czworga rodzeństwa. Mama była ciepła, dbała o nas, a dom był piękny i jasny. Mieszkaliśmy wygodnie, w czteropokojowym mieszkaniu przy ulicy Kościuszki, a ojciec był szanowaną osobą: byłym powstańcem, oficerem rezerwy WP i pracownikiem urzędu gminy w Nowym Bytomiu.

– Beztroskie dzieciństwo szybko się skończyło…

– Miałem pięć lat, gdy wybuchła wojna. Oczywiście ojciec jako oficer rezerwy poszedł na front. Takie momenty, gdy żegna się najbliższych, którzy idą w nieznane, są zawsze smutne. Tyle właśnie pamiętam: smutek. Samego momentu, jak ojciec wyrusza na wojnę – nie. O jego wojennych losach docierały do nas różne sprzeczne informacje. Raz mówiono, że zginął, innym razem informowano nas, że tata żyje, przedostał się do Rumunii i zaciągnął do armii Andersa. Nie wiedziałem wówczas, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. W okresie, w którym się potrzebuje najwięcej ciepła rodziców, zostałem bez ojca. To był trudny czas; by nas wyżywić, mama ciężko pracowała w hucie (dzisiejsza Huta Pokój – przyp. red.), jej pensja musiała starczyć na utrzymanie domu. Bez ojca było trudno i biednie, ale przez to szybciej dorastaliśmy. Wiedzieliśmy, że nie możemy narzekać i że matka sama tego ciężaru nie uniesie, dlatego pomagał jej mój najstarszy brat, Mieczysław. Całe rodzeństwo pomagało, i Helena, i Tadeusz, i ja. Wojenne doświadczenie pozwoliło mi stać się twardym i samodzielnym. Donosy życzliwych, przypominających komu trzeba o powstańczej przeszłości ojca i jego oficerskich szlifach sprawiły, że wyrzucono nas z naszego pięknego mieszkania i trafiliśmy do jednopokojowego lokalu w zbudowanym z czerwonej cegły gmaszysku, po śląsku nazywanym familokiem.

Były to takie górnicze bloki, poczerniałe od kopalnianego pyłu i przez to wyglądające smutno. Na każdym była namalowana białą farbą bramka. A podwórko było naszym pierwszym boiskiem. W ciężkich chwilach matka mówiła: „Musimy przetrwać, Bóg da, że ojciec wróci”. Wierzyliśmy. Trzeba było znieść głód i gorsze rzeczy.

Wojenne losy Stanisława Brychczego ułożyły się szczęśliwie. Uniknął sowieckiej niewoli, która dla oficerów była najczęściej wyrokiem śmierci, uniknął też piekła, które Niemcy zgotowali byłym powstańcom i ludziom działającym na rzecz polskiego Śląska. Wkraczające na teren Śląska Einsatzgruppen – oddziały operacyjne Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy – były wyposażone w Sonderfahndungsbuch Polen – księgę gończą, zawierającą około 9 tysięcy nazwisk działaczy ruchu niepodległościowego. W akcji eksterminacyjnej często pomagali niemieccy sąsiedzi. Wielu z nich tworzyło wcześniej oddziały dywersyjne (tzw. V kolumnę).

Kiedy zaczęła się załamywać hitlerowska ofensywa, gdy Niemcy zaczęli się cofać na wszystkich frontach, w ostatnich miesiącach wojny, nie zwracali już uwagi na klasyfikację. Do Wehrmachtu brali, kogo się tylko dało. W ten sposób wzięli starszego brata. I wysłali na front. Mietek przeżył zaledwie dwa miesiące. Nie zdążył zdezerterować ani poddać się aliantom. Zginął we Francji cztery miesiące przed zakończeniem wojny. Przeżywając dramat śmierci brata, tym mocniej żywiliśmy nadzieję na powrót ojca. W 1946 roku ojciec wrócił z wojny. Wojna się skończyła, wrócił ojciec, oddano nam mieszkanie przy ulicy Kościuszki.

Ponieważ Śląsk został włączony do III Rzeszy, wszyscy jego mieszkańcy traktowani byli jak jej obywatele. O ile na terenach okupowanych tzw. Volkslistę podpisywali wyłącznie zdrajcy i kolaboranci chcący poprawić swój status życiowy, o tyle na Śląsku była to sprawa życia lub śmierci. Zarówno Rząd RP na uchodźstwie, jak i biskupi diecezji śląskiej, obawiając się zagłady wiernych Rzeczpospolitej Ślązaków, zalecali im wypełnienie obowiązkowej ankiety niemieckiej. To z kolei skutkowało przydzieleniem do jednej z kategorii Volkslisty. III Rzesza przejęła ¼ terytorium przedwojennej Polski i uczyniła swoimi obywatelami 10 milionów Polaków. Zabroniono używania języka polskiego nawet w kościołach, nie było ani „gadzinówek” (polskojęzycznych gazet wydawanych pod kontrolą okupanta), ani kronik filmowych w polskiej wersji. To była Rzesza, a jej obywateli obowiązywała służba wojskowa. Przez szeregi Wehrmachtu przewinęło się w czasie II wojny światowej blisko pół miliona Polaków, czyli dwukrotnie więcej niż walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie.

Rozdział 2SPORTOWE POCZĄTKI

– Wojna to było sześć lat ciągnących się w nieskończoność. Jej koniec nie zawsze oznaczał kres cierpień. Rodzina Brychczych zaczęła od nowa, ale jednej rzeczy Pan nauczył się w czasie wojny. Oprócz złych wspomnień pozostała także pasja – gra w piłkę.

– Tych dobrych wspomnień było niewiele i wiązały się przede wszystkim z grą w piłkę. Kopać zacząłem w czasie wojny, jak mieszkaliśmy w familoku. To były dość smutne, można powiedzieć ponure domy. Ceglane, poczerniałe od dymu z kominów i pyłu z hałd, z pozoru straszne, ale w sumie familoki dało się lubić. Tam prawie wszyscy kopali piłkę.

– Tę prawdziwą nazywano futbolówką?

– Taka prawdziwa była ze skóry. W środku był gumowy pęcherz, wsadzony przez sznurowany otwór. To było marzenie, bo taka piłka kosztowała majątek. Czasem trafiało się, że syn kogoś bogatego przynosił taką piłkę. To się zdarzało rzadko; najczęściej kopaliśmy szmaciankę albo piłkę z lanej gumy. Przypominała tę do tenisa. O butach piłkarskich nie ma nawet co wspominać. Sprzętu nie było, ale każde podwórko było boiskiem. Gdyby nie te podwórka między familokami i setki godzin spędzonych na kopaniu szmacianki, nigdy nie byłoby piłkarza Lucjana Brychczego.

– Szybko Pan się przebił w podwórkowej hierarchii?

– Odstawałem od kolegów warunkami fizycznymi. Byłem mniejszy, więc musiałem nadrabiać umiejętnościami i kombinowaniem na boisku. Od wyższych i silniejszych byłem sprytniejszy i z łatwością uczyłem się zwodów i żonglerki. Jak nas było czterech, to mówiłem: was trzech na mnie jednego, bo inaczej nie było sensu. Granie w piłkę szło mi lepiej niż nauka w szkole. Wolałem ganiać za piłką, albo…

– … albo się bić, jak prawie każdy chłopak…

– Dokładnie tak. W 1945 roku, gdy miałem 11 lat, zapisałem się do sekcji bokserskiej Pogoni Bytom. Zrobiłem to w tajemnicy przed rodzicami. Roznosiło mnie, ciągnął każdy sport. Byłem niski, ale za to wyróżniałem się dużą sprawnością fizyczną, sprytem i szybkością. To sprawiło, że gdy stoczyłem kilka walk, zaczęto o mnie mówić w Nowym Bytomiu. Po którejś z walk do ojca dotarło, że ten mały czarny, który tak sprytnie się bije, to jego syn Lucek. Normalnie zabronił mi treningów i tyle. „To niebezpieczna zabawa – powiedział. – Możesz tak oberwać, że złamią ci szczękę i nos”. Ale nie ma tego złego…

Nie tylko Lucjan Brychczy próbował sił w ringu. Przedwojenna gwiazda Legii Henryk Martyna mimo nietypowej sylwetki (168 cm wzrostu i 86 kilogramów wagi) był nie tylko znakomitym stoperem (kapitan Legii i reprezentacji oraz etatowy egzekutor stałych fragmentów gry), ale także bokserem. W drużynie Legii pan Lucjan miałby groźnego konkurenta w osobie Marcelego Strzykalskiego, który przed przyjściem na Łazienkowską próbował sił nie tylko w ringu, ale i na zapaśniczej macie. Co ciekawe, Strzykalski także pochodził z Nowego Bytomia. Również dwie współczesne gwiazdy futbolu, Wayne Rooney i Zlatan Ibrahimović, rozpoczynały przygodę ze sportem od sztuk walki. W ostatnich latach w Polsce był tylko jeden ligowiec, który boksował w normalnym ringu oraz w formule MMA – piłkarz Górnika i Cracovii, Jacek Wiśniewski.

– Na pewno, zwłaszcza że boksować zaczął Pan jako nastolatek, a piłkę znał Pan już od kołyski…

– Mamę zawsze interesowała piłka nożna, więc chodząc ze mną w wózeczku, zaglądała na boisko, gdzie odbywały się mecze. Pewnego razu piłka wyleciała z boiska i trafiła w wózek. Znak, że mam zostać piłkarzem!

Gdy koledzy dowiedzieli się o końcu mojej kariery bokserskiej, namówili mnie na trenowanie piłki nożnej. Na boisku, podobnie jak w ringu, od razu poszło mi dobrze. Zrobiłem jak najlepsze wrażenie, bo nie myślałem o tym, że to mój pierwszy trening. Po prostu wyszedłem na boisko i zacząłem kiwać kolegów. Po zajęciach trener podszedł do mnie i powiedział: „Chłopcze, widzę, że będzie z ciebie niezły grajek. Warunków to ty nie mnie masz, ale umiejętności…”

– I zaczęło się na dobre?

– Tak. Od tamtej pory piłka zawładnęła mną całkowicie. To była jedyna rzecz, która się liczyła. Mając 11 lat, zacząłem grać jako trampkarz w Pogoni Nowy Bytom. W pierwszym meczu grałem na środku ataku. Ponieważ piłka mi nie przeszkadzała, biegałem z nią między rywalami, strzelając przy okazji bramki. Po paru meczach nie byłem już trampkarzem, bo przenieśli mnie o klasę wyżej. Zresztą tak już miało być w czasie całej mojej kariery młodzieżowej. Miałem taki dar, że jak już złapałem piłeczkę, to ją sobie woziłem. Robiłem slalomy między obrońcami, a gdy już przedryblowałem wszystkich, kończyłem akcję celnym strzałem. Wydaje mi się, że przed jednym z meczów juniorów zabrakło gracza. Byłem wtedy na stadionie, żeby popatrzeć, jak grają starsi koledzy. Ktoś mnie zobaczył na trybunach i zaproponował grę. Trener juniorów trochę się obawiał, bo byłem młodszy i odbiegałem posturą od reszty zawodników. Silni, rośli juniorzy mogli mnie poturbować. Ostatecznie dał się namówić. Wstałem z trybun i poszedłem do szatni. Nie miałem nic do stracenia. W tym meczu poszedłem na całego i pokazałem, co potrafię. Atakowałem, dryblowałem i strzeliłem dwie bramki! Od tego momentu, będąc w wieku trampkarza, zacząłem występować w zespole juniorów. Niestety, wkrótce zakończyła się moja przygoda z Pogonią Nowy Bytom.

– Jakiś skandal, a może Pana skaperowali?

– Nic z tych rzeczy. Miałem 15 lat i dobrze mi było w Nowym Bytomiu, ale w 1949 roku ojciec został zdemobilizowany i skierowany do pracy w Wojskowych Zakładach Mechanicznych w Łabędach. To było miasto położone obok Gliwic. Portowe, można powiedzieć, bo leżało nad Kanałem Gliwickim i miało port. Prawie kurort, oaza spokoju. Było cicho, dużo zieleni, dla Śląska – jedna z miejscowości wczasowych. Mieszkaliśmy w willi, którą wynajęła fabryka.

– W tamtych czasach to chyba było życie jak w bajce.

– Panowie, żadnej bajki nie było. W willi długo nie pomieszkaliśmy, bo przeniesiono nas do bloków. Ta przeprowadzka to była tragedia, straciłem kolegów i piłkę. Po prostu cierpiałem, bo skończyły się moje ukochane treningi w Pogoni. Wszystko było nowe i obce. Chodziłem po okolicy i nasłuchiwałem, czy gdzieś ktoś nie gra w piłkę. Trafiłem w końcu na podwórko, na którym chłopcy biegali za piłką. Najpierw stałem z boku i z biciem serca przyglądałem się grze. Doczekałem się. W jednej z drużyn zabrakło zawodnika, bo musiał iść do domu. Wtedy zapytali mnie, czy zagram. Zagrałem, bo przecież tylko czekałem na taką propozycję. To był przełomowy moment. Od tamtej chwili miałem w Łabędach swoją paczkę. Znów byłem szczęśliwy, bo całymi dniami i wieczorami uganialiśmy się za piłką. Rodzice już tacy szczęśliwi nie byli. Krzyczeli na mnie, bo znikałem z domu i wracałem późno tak zmęczony, że z miejsca waliłem się do łóżka i spałem jak zabity.

– To był jedyny kłopot, jaki mieli z Panem rodzice?

– Nie byłem ani lepszy, ani gorszy od innych chłopaków. Owszem, zdarzała się jakaś wybita szyba albo zwędzone gdzieś cudze jabłka. Psociliśmy, ale nie byliśmy chuliganami. Oczywiście bywało, że sąsiedzi chodzili na skargę, a ja potem musiałem wysłuchiwać kazań. Ale kto taki nie był?

– Jakby było z Panem źle, to by zabronili grać w piłkę…

– Nie zabronili i zgodzili się na treningi. Pamiętam ten dzień, kiedy koledzy namówili mnie, żebym poszedł zapisać się do klubu. Nie musieli długo się starać. Moim drugim klubem stał się ŁTS Łabędy. Łabędzkie Towarzystwo Sportowe miało wtedy w śląskiej A-klasie jedną z silniejszych drużyn. Nowy klub był mocniejszy, ale kłopoty ze sprzętem podobne. Każdy ćwiczył w tym, co miał albo co znalazło się w klubie. Nie to, co teraz, wszyscy od początku w jednakowych strojach. Sprawy sprzętowe wyglądały skromnie, ale jednak nie najgorzej, bo tam dostałem swoje pierwsze prawdziwe buty do gry. Cieszyłem się jak rzadko i nie przeszkadzało mi, że były podniszczone. Wtedy junior nie miał co marzyć o nowych butach. Taki sprzęt dostawało się po seniorach. ŁTS w porównaniu z Pogonią Nowy Bytom wydawał się wielkim klubem.

– W Pogoni był już Pan gwiazdką. Wszyscy znali Lucka-trampkarza, który grał z juniorami. Tu trzeba było zaczynać od zera.

– Poszło szybko. Nieskromnie powiem, że duma mnie rozpierała, gdy po pierwszym treningu z zespołem juniorów trener powiedział: „Dobry jesteś! Zostajesz przyjęty”. Prawdę mówiąc, nie potrenowałem z nimi długo. Po kilkunastu treningach i kilku meczach, w których zagrałem i nastrzelałem bramek, chcieli mnie sprawdzić w drużynie seniorów. Zdecydował trener pierwszej drużyny, Karol Dziwisz, który odegrał w mojej karierze wielką rolę. Był wspaniałym człowiekiem i piłkarzem. Skromny, pasjonat piłki, a przecież miał wspaniałą karierę sportową. Grał u boku Ernesta Wilimowskiego w wielkim, przedwojennym Ruchu, był reprezentantem Polski. Ktoś z taką przeszłością musiał mieć autorytet, a on w dodatku miał jeszcze wspaniałe podejście do zawodników. Gdy ktoś taki powtarzał mi na każdym kroku, że będę wielkim piłkarzem, to musiałem uwierzyć i zrobić wszystko, by tak się stało. Dziwisz poświęcał mi na treningach wiele czasu, a ja chętnie go słuchałem i wykonywałem wszystkie polecenia.

W Łabędach trenowaliśmy trzy razy w tygodniu po dwie godziny. Zawsze po południu, bo większość starszych zawodników normalnie pracowała i mogli przychodzić na treningi dopiero po fajrancie. Z kolei ja chodziłem do szkoły i choć orłem nie byłem, to nie sprawiałem nauczycielom i rodzicom większych kłopotów. Jeśli chodzi o problemy z graczami takimi jak ja wtedy, to najczęstszym jest pogubienie się, gdy młody człowiek trafia do dorosłej drużyny. Dziś także mówi się, że najtrudniejszy jest przeskok w wieku juniora do drużyny seniorów. Wielu zawodników wtedy wyhamowuje i zatrzymuje się w rozwoju. Dla mnie problemu nie było. Miałem dobrą technikę i spryt, nie miałem kompleksów. Czułem też akceptację i poparcie nie tylko trenera, ale i starszych kolegów. Byli sympatyczni i pełni życzliwości, a przecież nie zawsze tak się zdarza. To wszystko miało bardzo pozytywny wpływ na moją grę w Łabędach.

Trener Karol Dziwisz (1911–1982) pchnął Lucka Brychczego w kierunku wielkiej kariery. Dziwisz uwierzył w talent małego pomocnika, bo sam również nie należał do gigantów. Mierzył ledwie 162 cm, ale nie przeszkodziło mu to w zdobyciu wraz z Ruchem pięciu tytułów Mistrza Polski (1933, 1934, 1935, 1936, 1938) oraz w dwóch występach w kadrze narodowej.

– Przy tempie, w jakim rozwijała się Pana kariera, powinno być tak: „W ŁTS Łabędy długo miejsca nie zagrzałem, bo zgłosił się po mnie czołowy śląski klub…”

– W zasadzie tak było i to nie raz, ale… Pierwszy mój głośny występ dla ŁTS Łabędy to był mecz towarzyski z pierwszoligową Polonią Bytom. Pamiętam, że oni zagrali wtedy na dwa fronty. Część grała mecz z Piastem Gliwice, a część w Łabędach z nami. Tego dnia rozegrałem bardzo dobre spotkanie. Atakowałem, dryblowałem i strzelałem na bramkę. Ku mojemu zaskoczeniu wpadłem w oko trenerowi Polonii, Soneckiemu. W pierwszoligowej Polonii był drugim trenerem i jednocześnie łowcą talentów. Po meczu podszedł do mnie i zapytał, czy chciałbym pójść do Polonii Bytom. Kto by nie chciał?! Nie dość, że drużyna pierwszoligowa, to jeszcze grali tam reprezentanci Polski, że wspomnę bramkarza Henryka Skromnego czy czołowych strzelców ligi – Kazimierza Trampisza i Henryka Kempnego. Niestety, ale jakoś tak się potoczyło, że z mojej gry w Polonii Bytom nic nie wyszło. Później podobnie było z Ruchem Chorzów, ale to już zupełnie inna historia….

– Między Polonią a Ruchem inny ważny wtedy klub miał Pana na wyciągnięcie ręki. Zalazł Pan za skórę drugiej drużynie ligi, a już na pewno zapamiętał Pana bramkarz…

– Tak się zdarzyło. Graliśmy w A-klasie, ale do dobrego zwyczaju należało granie sparingów z drużynami z wyższego szczebla. Zdarzała się nawet drużyna z I ligi. W jednym z takich spotkań zagraliśmy z Górnikiem Radlin. To była wtedy najważniejsza górnicza drużyna (w roku 1951, czyli w poprzednim sezonie, byli wicemistrzami ligi; mistrzostwo Polski w owym roku przyznano wzorem radzieckim nie zwycięzcy ligi, Wiśle Kraków, lecz zdobywcy Pucharu Polski, Ruchowi Chorzów – przyp. aut.), a w zespole mieli doświadczonych, powoływanych do różnych reprezentacji zawodników. Jednym z nich był bramkarz Alfred Budny. Właśnie Budny stał w bramce, a mnie, osiemnastolatka, wyznaczyli do strzelania karnego! Stary wyga wyzwał mnie na psychologiczny pojedynek. Chciał młodego juniorka ośmieszyć i stanął nie w środku bramki, tylko bliżej jednego ze słupków. Odkrywając drugą stronę, liczył na to, że właśnie tam kopnę piłkę. Wziąłem rozbieg i ruszyłem… Po pierwszym kroku już wiedziałem: strzelę w róg, w którym stoi Budny. Zrobiłem zamach, on poleciał w ten róg, na który mnie podpuścił. Lecąc w pustkę, mógł patrzeć, jak piłka trafia do siatki. Przechytrzyłem pyszałka! Na trybunach podniósł się wielki wrzask, a koledzy klepali mnie po plecach i wołali: „Brawo, Lucek, strzeliłeś fantastycznie”. Wygraliśmy 2:0, co było dla wszystkich dużym zaskoczeniem.

– Ten karny na pewno podbudował status lokalnej gwiazdy…

– No, można tak powiedzieć. Miałem w Łabędach swoich kibiców, ale najbardziej cieszyłem się, jak widziałem na trybunach mamę. W przeciwieństwie do ojca, interesowała się piłką i śledziła moje wyczyny. Była dumna, jak drybluję i strzelam bramki. Zwłaszcza gdy siedzący obok wiedzieli, że jest moją matką i gratulowali jej syna. Ona wtedy opowiadała anegdotę o tym, jak chodziła ze mną na mecze i jak w mój wózeczek trafiła piłka. Tłumaczyła, że takie było przeznaczenie, znak niebios.

– Piłka była Pana przeznaczeniem, ale chyba nie zajmowała całego życia. Bądź co bądź, był Pan jeszcze nastolatkiem.

– Oczywiście, że nie. Chodziliśmy z dziewczynami do kawiarni, zawiązywały się pierwsze sympatie. Jak jechaliśmy na mecze wyjazdowe, to zabieraliśmy ze sobą dziewczyny. Nie jeździło się autokarami, tylko ciężarówkami, na których zamontowane były ławki. Wskakiwaliśmy z dziewczynami na pakę i jechaliśmy. Po meczach robiliśmy pikniki. Alkohol był, ale w rozsądnych dawkach. Powroty też były o przyzwoitych porach. Jak graliśmy u siebie, to po meczu szliśmy na tańce. Takie wtedy były, jak to się dzisiaj mówi, weekendowe rozrywki.

– I co, jako znany już w okolicy piłkarz wyrywał Pan dziewczyny?

– Ja z natury jestem nieśmiały i nawet jak mi się dziewczyna podobała, to nie zaczepiałem jej pierwszy. Ale tak było do czasu. Pojawiła się taka, która mnie ośmieliła. Po jednym z meczy w Łabędach, w 1951 roku, na który kolega przyszedł z dziewczyną, a ta zabrała ze sobą koleżankę. Po meczu zaprosił mnie, żebym poszedł z nimi na spacer i lody. Ta koleżanka nazywała się Małgosia i od razu mi się spodobała. Piękna buzia, czarne, falujące włosy, usteczka, zielone oczy. Miała 14 lat i chodziła do podstawówki, ja byłem trzy lata starszy i uczyłem się w ogólniaku. Zakochałem się, spotykaliśmy się ze sobą. Wydawało się, że to tylko taka młodzieńcza czy nawet dziecięca fascynacja. Nawet był moment, że przestaliśmy się widywać, ale nie trwało to długo. Bez Małgosi świat dla mnie nie istniał. Wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Na początku kryliśmy się z naszymi uczuciami, ale wkrótce wszyscy wiedzieli, że jesteśmy parą, że – jak to się mówi – chodzimy ze sobą.

Pani Małgorzata z rozrzewnieniem wspomina tamte czasy: „Byliśmy bardzo młodzi. Nie miałam wtedy 16 lat i byłam przed moim ostatnim wyjazdem na kolonie. To wszystko przez koleżankę, której chłopak grał w Łabędach. Dlatego poznałam «jego brygadę» i brałam udział w spotkaniach po meczach, aż w końcu poszliśmy na ten spacer. W trójkę szliśmy, bo Lucjan to naprawdę był nieśmiały i snuł się obok nas. Później już taki nie był i nawet mieliśmy przerwę w tym naszym chodzeniu. Z inną dziewczyną się spotykał, więc nakrzyczałam na niego, że jest zdrajcą. Wróciliśmy do siebie, ale mama nic o naszej znajomości nie wiedziała. Jak to bywa, sąsiadki jej powiedziały: «Gertruda, tu jeden taki gwiżdże pod oknem». Tak było. Lucek wywoływał mnie z domu gwizdaniem i później – jak to na Śląsku – rozmawialiśmy przy furtce. W końcu mama powiedziała, żebym tego gwizdacza zaprosiła do mieszkania”.

Zrobiło się już tak na poważnie i Małgosia postanowiła pokazać mnie swojej mamie. Podstępem. Pewnego zimowego dnia zaprosiła mnie do siebie, mówiąc, że nikogo nie ma w domu. Uchylam drzwi, wchodzę do mieszkania, patrzę… a tam mama Małgosi, która zaprasza do środka. Zamarłem i nie mogłem wykrztusić słowa. Wyglądać musiałem nieciekawie. Doszedłem do siebie, jak Małgosia szarpnęła mnie za ramię.

– To był 1952 rok i okazał się on dla Pana przełomowy pod każdym względem…

– Chodziłem z Małgosią, zaakceptowała mnie jej mama i stałem się pełnoletni. Od czterech lat nieprzerwanie byłem w ŁKS Łabędy. Występy i treningi w tym klubie zaważyły na mojej karierze. Tam nauczyłem się gry i nabrałem pewności siebie. To dla Łabęd co niedziela rozgrywałem mecze, zdobywałem gole, otrzymywałem oklaski i podziwiano moje zagrania. Piłka była już najważniejszą częścią życia. Trenowałem cztery razy w tygodniu, a do tego dochodziły mecze. Na inne rzeczy powoli przestawało starczać czasu. Dlatego przeniosłem się z liceum ogólnokształcącego do technikum zawodowego. Tam zamiast sześciu dni nauki (do połowy lat 70. obowiązywał sześciodniowy tydzień nauki – przyp. aut.) były trzy dni szkoły i trzy dni pracy. Nauczyciele mniej wymagali i to nie dlatego, że chroniono mnie jako ucznia grającego w piłkę. Po prostu poziom był niższy i mimo że mało czasu spędzałem nad podręcznikami, to ukończyłem technikum i poszedłem do pracy.

– Dostał Pan jakiś fajny, piłkarski etat…

– To nie były jeszcze te czasy i to nie był ten klub. Żadnej taryfy ulgowej. Pracowałem w zakładach mechanicznych jako dyspozytor. Rano do pracy, a po południu na trening. O wolnych sobotach wtedy nikt nie słyszał, więc jak jechaliśmy na mecz, to dopiero w sobotę po robocie. W zespole mieliśmy górników, a ci mieli szychtę nawet w niedziele. Często prosto z kopalni szli na mecz. Wszystko było tak zaplanowane, żeby zmiany się zgadzały i żeby w poniedziałek rano każdy był w pracy. Nie było łatwo, ale graliśmy przyzwoicie. Musieliśmy, bo po przegranych meczach w poniedziałek każdy przy swoim warsztacie słuchał przemów kolegów z zakładu czy kopalni. Żeby chyłkiem nie meldować się w pracy, trzeba było grać ambitnie i wygrywać. Jakoś mi to wszystko wychodziło. Pracowałem w fabryce i stale robiłem postępy na boisku. Do tego stopnia, że, jak to się dzisiaj mówi, pojechałem na testy do Ruchu Chorzów.

W 1952 roku po Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach przyjechali do Łabęd reprezentanci Polski, olimpijczycy, którzy grali na co dzień w Ruchu Chorzów. Byli wśród nich Cieślik i Alszer. Opowiadali o igrzyskach, o meczach i swoich wrażeniach z tej imprezy. Władze mojego klubu zaproponowały mnie działaczom Ruchu. Ci wykazali zainteresowanie i zaprosili mnie na najbliższy trening. Byłem dumny i miałem ochotę skakać z radości. Grać w Ruchu, który królował w polskim futbolu, i w dodatku obok Gerarda Cieś-lika, najlepszego polskiego piłkarza… To było coś! Mama dała mi błogosławieństwo na drogę i pojechałem do Chorzowa. Niestety, wbrew temu, czego oczekiwałem, potraktowano mnie tam niepoważnie. Wysłali mnie po sprzęt, a magazynier rzucił mi tenisówki, które były o kilka numerów za duże! Nawet nie spytał, jaki mam rozmiar. Czułem, że zrobił to celowo, rzucając małemu chłopakowi „kajaki”. Zapamiętałem tę chwilę na całe życie. Dla wyczynowca, którym już byłem, podstawa to dopasowane, a nawet przyciasne buty. W klubach długo było tak, że juniorzy „rozbijali” lekko przyciasne buty seniorom, by ci mieli obuwie jak na miarę. Tymczasem w najważniejszej próbie przeżywałem męczarnie, biegając i kopiąc w za dużych butach. To nie mogło się udać. Miałem się tam pokazać z jak najlepszej strony, mieli mnie zobaczyć znakomici piłkarze i ich trener, słynny Peterek. Tymczasem było tak, że jeden działacz zaproponował, drugi się zgodził i trzeba było coś z tym zrobić. Wzięli mnie więc na ten sprawdzian i potraktowali jak powietrze. Trening dłużył mi się i jak nigdy wcześniej marzyłem, żeby skończył się jak najszybciej. Czułem się źle: zlekceważony i niedoceniony. Nie chciałem wracać do Chorzowa na żaden trening. To był żałosny epizod, który sprawił, że inaczej patrzyłem na Niebieskich, na klub moich marzeń. Fascynację zastąpiła niechęć. Rozczarowany wróciłem czym prędzej do swoich Łabęd.

Katastrofalny błąd, lepiej by mi było o tym nie wiedzieć. Nawet nie chcę liczyć, ilu mistrzów Ruch stracił przez to niedopatrzenie – zastanawia się pisarz i kibic Ruchu Chorzów, Wojciech Kuczok. Na rzecz Legii z całą pewnością dwa tytuły w 1955 i 1956 roku. Wtedy Kici szalał w ataku, zdobywał po cztery gole w jednym meczu, nastukał grubo ponad 30 goli w dwóch sezonach w lidze i pucharze – takiego zawodnika brakowało przy Cichej, aby zdobyć mistrzostwo, i trzeba było się zadowolić niższym stopniem na pudle. Lepiej, żeby kibice Ruchu nie próbowali dodawać tych 182 ligowych goli Brychczego do bilansu Niebieskich, bo zamieszkają na stałe w historii potencjalnej, rozfantazjują się w dziejach niedokonanych, dołączą do tych marzycieli, którzy zastanawiają się, czy Ruch z Wilimowskim i Peterkiem byłby Barceloną lat 40., gdyby nie wybuchła II wojna światowa. Gdybiarze będą mieli używanie: Kici został spławiony i niech diabli wiecznie dolewają smoły do kotła magazynierowi, który 60 lat temu dał Lucjanowi Brychczemu za duże trampki.

Rozdział 3POBÓR

– Wydawało się, że był Pan tuż, tuż dużej piłki. Mieli na wyciągnięcie ręki Brychczego i Polonia Bytom, i Górnik Radlin. Najbliżej był Ruch, o którym Pan marzył, a który Pana zlekceważył. Mogło się zdawać, że Lucjan Brychczy skończy jako kolejna lokalna gwiazdka, taki wymiatacz z sąsiedztwa, który pozostanie na zawsze dobrze zapowiadającym się talentem. Na szczęście byli tacy, którzy w Pana wierzyli…

– Tak, to był klub ŁTS Łabędy i jego trener. Karol Dziwisz wierzył we mnie i stale powtarzał: „Na ciebie, mały, trzeba mieć oko”. I miał, bo będąc równocześnie trenerem w Katowickim Okręgowym Związku Piłki Nożnej, powołał mnie do reprezentacji Śląska. Mnie! Osiemnastolatka z A-klasowej drużyny. To było wyróżnienie, bo dostać się tam było bardzo ciężko. Śląsk był najmocniejszym okręgiem piłkarskim, a Ruch Chorzów, który wtedy grał jako Unia, zdominował rozgrywki (MP 1951, 1952 i 1953).

– A najlepszy gracz Ruchu-Unii był Pana idolem…

– Tak, Gerard Cieślik był moim idolem i dzięki powołaniu do reprezentacji Śląska nie tylko poznałem go bliżej, ale zagraliśmy w jednej drużynie. W reprezentacji Śląska były niemal same gwiazdy. Zetknąłem się z Edwardem Szymkowiakiem – najlepszym bramkarzem tamtych czasów, Henrykiem Alszerem – znakomitym napastnikiem Ruchu, który zginął tragicznie kilka lat później (31 grudnia 1959 roku Alszer zginął w wypadku drogowym – przyp. aut.), Czesławem Suszczykiem – pomocnikiem o świetnym strzale czy Ryszardem „Pingolem” Wyrobkiem – notabene szwagrem Cieślika. Muszę przyznać, że przedstawiłem im się dobrze. Mój debiut w reprezentacji Śląska odbył się w Chorzowie przy okazji finiszu etapu Wyścigu Pokoju. Oczekując kolarzy, kibice oglądali mecz reprezentacji Śląska i Katowic. Strzeliłem dwie bramki, a Śląsk wygrał 3:2. Chwilę po zakończeniu naszego meczu kolarze wjechali na stadion, a jako pierwszy linię mety minął Mieczysław Wilczewski. Publiczność opuszczała stadion po zwycięstwie znanego polskiego kolarza i po dwóch golach nieznanego wcześniej piłkarza.

Ten mecz otworzył mi drzwi do wielkiej kariery. Po tym, jak pokazałem się w Chorzowie w reprezentacji Śląska, powołano mnie do kadry województwa. Mecz graliśmy 13 września 1953 roku w Bytomiu, a przeciwnikiem była kadra B Polski, która szykowała się do meczu z Tiraną. Wynik 3:3 wywołał w piłkarskim światku niemałą sensację. Jeszcze większą – 19-letni chłopak, który zaskoczył wszystkich efektowną grą, podaniami, dryblingiem, no i przede wszystkim strzeleniem dwóch goli dla Śląska. Jeszcze większe było ich zdziwienie, gdy okazało się, że ten chłopak grał w zaledwie A-klasowej drużynie. Dla kadry strzelali wyjadacze: Kempny, Hachorek i Kotaba, a trzecią bramkę dla Śląska zdobył Stawowy. Po meczu dowiedziałem się, że trener kadry B, Michał Matyas, dołączył mnie do swojej drużyny. Nie wiem, czy był ktoś oprócz mnie, kto trafiłby do kadry z A-klasy. Byłem z siebie dumny, bo to był prawdziwy wyczyn. Będąc ledwie 19-latkiem, rozpocząłem kolejny, reprezentacyjny etap w karierze. Po meczu pojechałem do domu, spakowałem rzeczy i nazajutrz wróciłem do Bytomia na zgrupowanie kadry.

Michał „Myszka” Matyas (1910–1975) był świetnym piłkarzem. Grając w barwach Pogoni Lwów, zdobył 100 bramek, a w 1935 roku, strzelając 22 gole, został Królem Strzelców ligi. Jego podopieczny, Brychczy, dorówna mu 22 lata później (w 1957 roku zdobył 19), dokładając potem jeszcze tytuły najlepszego strzelca w roku 1964 (18 goli) i 1965 (20 goli). W kadrze narodowej Matyas zaliczył 18 występów i zdobył siedem goli, a jako trener prowadził ją w latach 1950–1952 oraz w roku 1954. W 1970 roku dotarł z Górnikiem do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. „To był przystojny mężczyzna, brunet, obdarzony niezwykłym, głębokim głosem. Ten głos i prezencja robiły wrażenie, ale to, co mówił do piłkarzy, już nie. Byłem w szatni przed słynnym meczem Górnik – Roma i to, co usłyszałem, nieco mnie rozczarowało. Mówił mniej więcej tak: «wiecie, chłopcy, o co gracie, dajcie z siebie wszystko»; powtarzał to kilkakrotnie. Żadnych wielkich słów czy przypomnienia taktycznych zadań – wspomina inny lwowiak, Mariusz Walter. – Nie był wielkim mówcą, a nad treścią górowała wspaniała barwa jego głosu. Może właśnie o to chodziło? Na pewno ma miejsce w historii polskiej piłki, jako świetny napastnik i jako jedyny trener, który dotarł do finału europejskiego pucharu”.

– To było Pana pierwsze zgrupowanie i chyba pierwsza wyprawa do Warszawy.

– Niezwykłe przeżycia. Kadra i Warszawa. Myślałem, że jedynych wzruszeń dostarczy mi sportowa strona wyjazdu, tymczasem widok stolicy zrównanej z ziemią chwycił mnie za gardło. Mówiło się o tym, pisało w gazetach, były kroniki filmowe, ale to, co zobaczyłem… Wszystko było niesamowite, bo z jednej strony widziałem miasto zrównane z ziemią, a z drugiej było to miejsce tętniące życiem. Ruch był nieporównanie mniejszy od dzisiejszego, ale ja wcześniej tylu pojazdów nie widziałem. Miejsce skazane na zagładę żyło i rosło. To było niesamowite. Pierwszy raz mieszkałem w takich luksusach. Hotel Polonia mieścił się jak dziś w Alejach Jerozolimskich, parę lat wcześniej miały w nim siedziby urzędy i ambasady, mieszkali tam goście z całego świata. Miałem duży pokój wychodzący na wznoszony Pałac Kultury i Nauki. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego placu budowy. To wszystko robiło ogromne wrażenie. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że kiedyś po drugiej stronie Pałacu, na rogu Świętokrzyskiej i Emilii Plater, będę miał własne mieszkanie, w którym razem z Małgosią spędzimy niemal całe życie.

– Niemal całe życie, bo resztę zajmie inny adres: Łazienkowska 3.

– Tak, wtedy też miałem okazję pierwszy raz znaleźć się na stadionie Wojska Polskiego. I spotkać się z warszawską publicznością. Było to dla mnie niezapomniane wydarzenie. Mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym, ale przeciwko reprezentacji albańskiej stolicy, Tiranie, zagrałem dobrze. Na tyle dobrze, że oglądający ten mecz trener Legii Janos Steiner zaproponował mi grę w Warszawie. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Co powiedzą na to rodzice i Małgosia? Co powiedzą w Łabędach? Całą drogę powrotną o tym myślałem.

– Tylko o tym?

– Nie tylko o tym. Tak jak współcześnie piłkarze ciekawi są, co o nich mówili w czasie transmisji albo jak skomentowano mecz w internecie, tak nas, grających 60 lat temu, ciekawiło, co napisano o nas w prasie. Jak wróciłem do domu, ruszyłem do kiosku po gazetę, żeby sprawdzić, czy znajdę jakąś wzmiankę o 19-letnim debiutancie. Przeczytać pierwszy raz o sobie w gazecie – to było bardzo ważne. Więc kupuję gazetę, otwieram i… czytam, że opiekun kadry Matyas w gronie wyróżnionych umieścił też mnie! Było o mnie, o Lucjanie Brychczym, zostałem dostrzeżony. Myślałem sobie: jest dobrze, rzucony na głęboką wodę nie tylko się nie utopiłem, ale i całkiem nieźle dałem sobie radę. Do tego znów usłyszałem te śmieszne, węgiersko-niemieckie słowa trenera Legii Janosa Steinera. Mówił, jak mówił, ale jasne było, że chce mnie w Warszawie. Nie był zresztą jedyny. Oprócz jego i Legii chcieli mnie inni.

– Po udanym debiucie w kadrze B „telefony się rozdzwoniły”?

– Poczta pantoflowa się uaktywniła, bo telefonów to wtedy za dużo nie było. Przynajmniej ja go nie miałem. Dochodziły słuchy, że parę klubów mnie chce. Po przygodzie z Ruchem miałem jednak blokadę i nie chciałem się ruszać poza Łabędy, z drugiej zaś strony zdawałem sobie sprawę, że jeśli mam się wybić, zrobić postępy i utrzymać miejsce w reprezentacji, to muszę zmienić klub na lepszy. To nie było łatwe. ŁTS-owi Łabędy i trenerowi Dziwiszowi zawdzięczałem bardzo wiele. Musiałem jednak coś postanowić. Pierwszy ofertę złożył Sosnowiec. Dzisiaj Zagłębie, a wtedy Stal. Dwa dni po ofercie z Sosnowca do drzwi zapukali kolejni działacze. Jednym z nich był znany na Śląsku szkoleniowiec Antoni Niemiec. Podobnie jak Michał Matyas był lwowiakiem. Niemiec przybył w towarzystwie prezesa Piasta Gliwice. „Chcielibyśmy zadać Luckowi pytanie” – zwrócili się do ojca. „Proszę bardzo” – odpowiedział. Więc zapytali: „Czy chciałbyś grać dla Piasta?”. Nie powiem, sprawa była ciekawa, zainteresowanie sprawiało mi przyjemność, ale wciąż żywe było wspomnienie po przygodzie z Ruchem. No i niechęć do opuszczenia kolegów z Łabęd. By mnie przekonać, roztaczali przede mną wizje: jak będzie wyglądał klub, jakich zawodników jeszcze ściągną, jak będą się pięli w górę. Chcieli walczyć o awans do II ligi, a pomóc w tym mieli gracze rozwiązanego niedawno drugoligowego Lotnika Warszawa (dziś Okęcie – przyp. aut.). Wśród nich byli dobrzy piłkarze, Grot i Świergot. Wzmocniony jeszcze moją osobą Piast miał uzyskać awans. Nadal nie byłem przekonany. Rodzice też nie. Działacze opuścili mieszkanie z niczym. Byli jednak dobrymi strategami. Nie dali za wygraną i wrócili z… księdzem proboszczem, który był u nich honorowym prezesem. Jego obecność zrobiła na mojej mamie wielkie wrażenie. Popatrzyła na proboszcza z uznaniem i powiedziała: „Jeśli opiekunem piłkarzy jest ksiądz, to nie mam zastrzeżeń, by Lucek miał iść do tego Piasta”. Fortel się udał. Mama miała zmiękczone serce, a następnie przeciągnęła na stronę Piasta także ojca. On rzadko sprzeciwiał się matce, więc praktycznie moje przejście do Piasta zostało przesądzone. Postawiłem jednak warunek: mogę przejść do Piasta, ale z bratem Tadeuszem, który w Łabędach był bramkarzem. Działacze z Gliwic przystali na to bez zmrużenia oka. Piast to był bezpieczny wybór. Było blisko, nie musiałem się wyprowadzać, spać w mało przytulnym, wynajętym pokoiku, w obcym łóżku. Nie musiałem jechać do obcego miasta, gdzie bym nie znał żywego ducha. Nadal mieszkałem w Łabędach, a odległość dzielącą mnie od Gliwic, czyli niecałe osiem kilometrów, pokonywaliśmy z Tadkiem autobusem.

– Piast to już było takie troszkę zawodowstwo. To wtedy były pierwsze pieniądze i profity?

– Zgodnie z deklaracjami, które składali w mieszkaniu rodziców, działacze Piasta zaopiekowali się mną jak należy. Dostałem pomoc od nowego zakładu pracy, czyli Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych. GZUT spłaciły pozostałą część pożyczki, którą zaciągnąłem z kasy zakładowej w Łabędach. Dostałem takie samo stanowisko – dyspozytora. Jako dyspozytor i już jako tako znany piłkarz, wziąłem pożyczkę na zakup… roweru. Ale wtedy to był luksus. W porównaniu z Łabędami w Gliwicach było bardziej profesjonalnie, lepsza organizacja i finanse. Najwięcej zależało od prezesa, który wszystko świetnie organizował. Miał kwiaciarnię i z niej dokładał pieniądze na klub. Były środki na to, żeby zimą wyjechać na zgrupowanie do Szklarskiej Poręby. Niby oczywiste, skoro mierzyliśmy w II ligę, ale wtedy to była nowość. Przynajmniej dla mnie, bo pierwszy raz wyjechałem na obóz przygotowawczy do sezonu. Dużo się mówi o niechęci Ślązaków do warszawiaków i odwrotnie. My z chłopakami z Warszawy, którzy przyszli do nas z Lotnika, dogadywaliśmy się znakomicie. Zresztą w zamyśle miało powstać coś nowego, połączenie śląskiego i warszawskiego charakteru. To miało dać nam awans do II ligi.

– Coś jednak poszło nie tak.

– Apetyty były chyba na wyrost, a do tego klub nie potrafił zatrzymać warszawiaków. A może – jak to się teraz mówi – „nie było chemii”? Warszawiacy czekali w Piaście na powrót do stolicy, a dla mnie z kolei był to tylko półroczny epizod przed powołaniem do wojska. Jak odszedłem, to nawet nie interesowałem się klubem, inaczej niż w przypadku ŁKS Łabędy. To trwało zbyt krótko, by emocjonalnie związać się z klubem i Gliwicami.

– Brat też nie związał się z Piastem na dłużej.

– Jego angaż do Piasta był moim warunkiem na przejście do tej drużyny. Nie stracili na tym, Tadek nieźle bronił, ale jak odszedłem, to od razu odstawili go od zespołu i pozbawili możliwości gry. Przykre, ale brat na tym skorzystał. Odszedł z Piasta i poszedł do drugoligowej Calisii. To był czas ważnych decyzji. Najważniejszą były dla mnie zaręczyny. Zbliżała się służba wojskowa i coraz poważniej myśleliśmy z Małgosią o małżeństwie. Kupiłem pierścionek i wręczyłem go Małgosi na pamiątkę mojej miłości. Nie lubię wielkich słów, ale kiedy przyjęła moje oświadczyny, to poczułem w sercu łaskotanie. Z miłości byłem gotów do największych poświęceń.

– Takich jak zgłoszenie się do wojska na ochotnika?

– Żartujecie! W gazetach tak pisali, co nie znaczy, że to prawda. Było tak: do mojego WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień – przyp. aut.) w Gliwicach przyjechał major Przylipiak. Dostałem „bilet”, chociaż mój rocznik szedł w kamasze pół roku później. Major tłumaczył: „trener Steiner chce zbudować silną drużynę piłkarską na wzór Honvedu Budapeszt, a po tym, co pokazałeś w meczu kadry B z Tiraną, widzi dla ciebie miejsce w tej drużynie. Skala twojego talentu każe sądzić, że w Legii możesz zrobić ogromną karierę. Nic nie tracisz. Spróbuj”.

To była – jak to się mówi – propozycja nie do odrzucenia. Nie dyskutowałem z wojskiem, tylko wsiadłem w pociąg i pojechałem do Warszawy, chociaż nie za bardzo chciałem. Na przełomie lipca i sierpnia 1954 roku, nie będąc na wcześniejszej rejestracji, pół roku przed terminem jechałem do jednostki, a w prasie pisali potem, że poszedłem na ochotnika… Na ochotnika wybrał mnie ten sympatyczny Węgier Steiner, który uparł się, żebym grał dla niego w Legii.

Jechałem, jak prawie każdy, z duszą na ramieniu. Strach uleciał jednak, gdy przekonałem się, że moim życiem rekruta będzie gra w piłkę, bez musztry, obierania ziemniaków i szorowania podłóg. Zakwaterowano mnie w sportowych koszarach dla zawodników, którzy odbywali w Legii służbę wojskową. W poborze byłem z kilkoma zapaśnikami i bokserami ocierającymi się o kadrę narodową. W takim towarzystwie mogłem czuć się bezpiecznie!

– Zanim Pan odbył szkolenie i złożył przysięgę, ojczyzna wezwała na front!

– Na piłkarski front, ma się rozumieć. Byłem w Legii zaledwie parę dni i dostałem powołanie do kadry! Wysłał je trener Ryszard Koncewicz. Pojechałem więc do Lądka Zdroju, gdzie odbywało się zgrupowanie. Chociaż byłem debiutantem w drużynie narodowej, to nie czułem się nowicjuszem. Większość piłkarzy, że wspomnę Trampisza, Suszczyka, Cichonia i przede wszystkim Cieślika, znałem z reprezentacji Śląska, a wielu innych z kadry B. Moje pojawienie się na zgrupowaniu wywołało niemało zamieszania, bo oczywiście przyjechałem w mundurze. Koledzy, szczególnie ci ze Śląska, przecierali oczy ze zdumienia i pytali, co się stało, że jestem już w wojsku. Szybko wyjaśniłem, co i jak, i poszedłem do magazynu po sprzęt. Niby nic wielkiego, ale pamiętam tremę, gdy wciągałem bluzę z napisem POLSKA. Ten napis na piersi to była bardzo ważna rzecz. Ja, chłopak bez meczu w ekstraklasie, reprezentowałem Polskę! Byłem w jednym szeregu z Tomaszem Stefaniszynem, Leszkiem Jezierskim, Romanem Koryntem, a także ze świetnymi piłkarzami, których poznałem już w reprezentacji Śląska i w kadrze B. Byli tam wszyscy, którzy coś wtedy znaczyli w polskiej piłce. To było wielkie spełnienie moich marzeń.

– Wielcy piłkarze, wspaniali ludzie i prowadzący ich człowiek z fajką…

– Trener Ryszard Koncewicz! To on ułatwił mi start, to on na mnie postawił. Nie rozstawał się z fajką i dlatego nazywano go „Faja”. Doskonale znał zawód, był konsekwentny i trzymał drużynę twardą ręką. Nie wszyscy musieli go lubić, bo był bardzo wymagający. Przede wszystkim tępił pijaństwo, o czym miał się przekonać w przyszłości na własnej skórze mój przyjaciel Ernest Pohl. Za piwo „Faja” odsunął „Nochala” od gry w reprezentacji i dlatego ten fantastyczny strzelec zaliczył w kadrze tylko 46 występów. Koncewicz miał posłuch, nikt nie kwestionował jego autorytetu. Ostro gonił nas do roboty, jego polecenia były niepodważalne. Trzymał nas na dystans. Po latach wydaje mi się nawet, że może ten dystans był za duży. Akurat ja nie miałem z tym żadnego problemu, bo był bardzo surowy, ale i sprawiedliwy. Co więcej, sądzę, że, spotykając „Faję” na mej piłkarskiej drodze, miałem wyjątkowe szczęście, bardzo wiele skorzystałem.

– Zbliżał się debiut w reprezentacji, i to na stadionie, na którym miał Pan grać na co dzień. Piłkarze różnie reagują na taką chwilę.

– Gdy nadeszła noc przed wyjazdem do Warszawy na mecz z Bułgarami, nie mogłem zasnąć. Nie byłem pewny, że zagram, ale w głowie rozgrywałem ten mecz, widziałem kiwki, podania i akcje. Rano miałem świadomość, że jeśli trener wystawi mnie do gry z Bułgarią, to przejdę do historii polskiej piłki. Zaliczę występ w kadrze i nikt mi tego nie odbierze.

Wyruszamy autokarem z Buska do Warszawy. Zajmuję miejsce przy oknie i… niewiele widzę, wszystko przesłaniają mi kłębiące się w głowie myśli o debiucie w drużynie narodowej. Dopiero gdy dojechaliśmy do Warszawy, na Łazienkowską, pod stadion Wojska Polskiego, ujrzałem, jak za oknem przelewa się tłum, jak ludzie machają nam na powitanie. Pomyślałem: „Lucek, czy ty sobie zdajesz sprawę ze swojego szczęścia?”.

– Do szczęścia jednak trochę brakowało, bo nie było Pana w pierwszym składzie.

– Ale miałem nadzieję, że wejdę jako rezerwowy, ale brałem udział w rozgrzewce i po raz pierwszy usłyszałem hymn jako reprezentant. Jak słuchacie piłkarzy, że mówią, że to szczególny moment, to mówią prawdę. Ja, choć nie stałem na środku boiska, tylko przy ławce rezerwowych, poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. Coś ścisnęło mnie za gardło, tak że przez chwilę ze wzruszenia nie mogłem wydobyć z siebie głosu.

Mecz nie układał się dobrze, do przerwy przegrywaliśmy 0:2. W szatni trener Koncewicz zagadnął do mnie kilka razy. Poczułem, że w drugiej połowie wejdę na boisko. Tak też się stało. Ósmego sierpnia 1954 roku, 10. minuta gry po przerwie w meczu Polska – Bułgaria. To była moja wiekopomna chwila: przy stanie 0:2 trener Ryszard Koncewicz zdecydował się wprowadzić na boisko młodego debiutanta Lucjana Brychczego. Zmie-niłem zawodnika ŁKS-u, Józefa Kokota. Gdy już gotowy do gry stanąłem przy bocznej linii boiska i kiedy spiker odczytał moje nazwisko i przynależność klubową, usłyszałem owację. Ludzie na stadionie przy Łazienkowskiej po raz pierwszy usłyszeli: „Lucjan Brychczy – Legia Warszawa”. Przyjęli mnie z miejsca jak swego, dali wsparcie i kredyt zaufania. Wywarło to na mnie wrażenie, że tak szybko mnie zaakceptowano. Poczułem się jak u siebie w domu i od razu chciałem im się za to odwdzięczyć. Tak jak tylko najlepiej potrafię: dobrą grą, kiwkami i podaniami. Chciałem podarować im ten mecz, dobry mecz, tak żeby byli ze mnie zadowoleni. Jak natchniony zacząłem mijać Bułgarów. Kiwałem ich, a z trybun słychać było okrzyki i oklaski. Warszawiacy, jak to się mówi, z miejsca mnie „kupili”. Nie było w tym „żadnej lipy”, bo te moje popisy pomogły drużynie. Zremisowaliśmy 2:2, a obydwa gole strzelił stary znajomy z reprezentacji Śląska, Kazimierz Trampisz. Po meczu na stadionie odbył się bankiet z udziałem oficjeli, działaczy i… piłkarzy.

Mecze międzypaństwowe rozgrywano bardzo rzadko, więc każdy taki występ był świętem. To były zupełnie inne czasy. Debiut Lucjana Brychczego w kadrze zdążył jeszcze przypaść na czasy, w których Europa nie miała swoich mistrzostw (pierwszym mistrzem Starego Kontynentu została w 1960 roku drużyna ZSRR), a regularne rozgrywki klubowe miały wystartować dopiero za rok. Dyscyplina była wtedy symboliczna, a pomeczowe bankiety w czasach nielicznych kontaktów międzynarodowych wydawały się rzeczą oczywistą. Angielski film United (2011, reż. James Strong), odtwarzający ostatnie godziny ekipy Manchester United przed katastrofą w Monachium, barwnie ukazuje sceny z bankietu po pucharowym meczu z Crveną Zvezdą Belgrad.

Ten bankiet był zwieńczeniem mojego debiutu. Zamiast wracać do koszar, rekrut Brychczy poszedł na imprezę dla oficjeli i zawodników obu drużyn. Było miło i wesoło, a po jego zakończeniu autokar miał odwieźć na dworzec rozjeżdżających się do domów kadrowiczów. Ja wróciłem na piechotę, bo moje łóżko znajdowało się po drugiej stronie stadionu. To był powrót do szarej rzeczywistości. Parę godzin po reprezentacyjnym bankiecie obudził mnie krzyk dyżurnego. Godzina szósta! Uczciwie należy przyznać, że tak było tylko przez pierwszych kilka dni, bo nasza jednostka była raczej parodią wojska.

Komentator telewizyjny Wojciech Jagoda (w latach 1974–1982 i 1986–1989 piłkarz Legii) wspomina swój epizod rekruta w barakach jako pasmo wydarzeń, które mogłyby ubarwić akcję nawet dobrej komedii. „Po służbie oficerowie zostawiali mundury i szli do domu w cywilnych ubraniach – wspomina Jagoda. – Jeden z kolegów rozwiązał więc problem przepustki i WSW (w czasach PRL odpowiednik Żandarmerii Wojskowej – przyp. aut.), biorąc z szafy mundur. Przebrał się za oficera i poszedł w miasto. Wrócił nad ranem, powożąc w oficerskim uniformie dorożką, którą uprowadził na Starym Mieście”. Fotograf Legii Eugeniusz Warmiński w wywiadzie dla kanału nSport wyznał, że był świadkiem zakrapianej imprezy, podczas której bramkarz Edward Szymkowiak odważył się na wyrównanie rachunków z jednym z szefów klubu. Ustawił sobie pijanego oficera pod ścianą, wziął zamach, ale tamten zsunął się na podłogę, a Szymkowiak boleśnie rozbił sobie pięść o mur.

Nazwałbym ten czas „pobieżną służbą wojskową”. Niby było jak w wojsku: pobudki, baczność – spocznij, salutowanie, nauka musztry i tak dalej. Próbowali też nas nauczyć posługiwania się bronią. Raczej próbowali, niż chcieli. Takie wojsko „pro forma”. Większość zdawała sobie sprawę, że nie bardzo nam się to przyda. Oczywiście, byli oficerowie-służbiści, którzy – jak to się mówi – dawali nam popalić. Wymagali od nas jak od normalnych żołnierzy, rozliczali z obowiązków, traktując je z całkowitą powagą, i uczyli respektu dla szarży i munduru. Tak po prawdzie, to mieliśmy luz, a te nagłe zrywy traktowaliśmy z przymrużeniem oka. Wszystko to zupełnie mijało się z tym, co słyszałem o służbie wojskowej. I całe szczęście!

– A jakieś zajęcia z bronią? Strzelanie?

– Chyba tylko na boisku! Prochu tośmy w tym wojsku nie powąchali, za to w grafik zajęć mieliśmy wpisane zajęcia sportowe, czyli treningi w naszych sekcjach. Jak najbardziej wojskowy był za to zakaz opuszczania ośrodka przy Łazienkowskiej. No, chyba że jechało się na zgrupowanie kadry narodowej. Byliśmy jeszcze przed przysięgą, na tak zwanej unitarce. Dlatego wciąż czekałem na spotkanie z Małgosią i rodzicami oraz na debiut w Legii. Nasze życie było mało urozmaicone. Nieliczne zajęcia wojskowe, treningi i czas wolny. Nie mogąc wyskoczyć na miasto, spędzaliśmy całe godziny na pogawędkach i grze w karty. Przysięga przyszła i… przeszła niespodziewanie. Nie było przygotowań, uroczystości, defilady i wizyty najbliższych, którzy przywozili smakołyki i wódkę. Pewnego dnia powiedziano nam, żebyśmy założyli mundury wyjściowe. W moim poborze było nas sześciu: pięciu reprezentowało sekcje bokserską, lekkoatletyczną i zapaśniczą, no i był ten szósty – piłkarz, czyli ja. Prawdziwa elita, niemal sami reprezentanci Polski. Z jednostki przyjechał oficer i przeszliśmy błyskawiczny kurs obchodzenia się z bronią. Było trochę śmiechu, bo jak rozłożyliśmy karabin, to na tyle skutecznie, że nie dawał się złożyć. Wezwano więc kilku starszych żołnierzy, żeby pomogli nam się z tym uporać. Potem odmówiliśmy rotę przysięgi i tyle. W ciągu kilkunastu minut staliśmy się pełnowartościowymi żołnierzami. I legionistami, bo od tej pory mogliśmy reprezentować klub. To było niesamowite znaleźć się w klubie, w którym byli najlepsi sportowcy.

– W takim towarzystwie niełatwo się wybić, zresztą historia Legii wyznaczana jest nie tylko przez jej wielkie gwiazdy, ale i przez tych, którzy przy Łazienkowskiej kompletnie zawiedli.

– Wtedy jeszcze nie było takiego ciśnienia jak dzisiaj, ale lekki stres czułem. Może dlatego, że oczekiwania wobec mnie były duże. W gazecie przeczytałem: „Trener Janos Steiner szczególne nadzieje wiąże ze środkową trójką CWKS-u. Niesłychanie zwinnym, szybkim, świetnym technicznie Brychczym, konstruktywnym Kowalem i dysponującym potężnym strzałem Pohlem”. Oczywiście, taki tekst dodawał też otuchy, ale mimo dobrej opinii i tego, że jeszcze przed debiutem w barwach Legii zagrałem w reprezentacji Polski, nie bujałem w obłokach. Ostro trenowałem, żeby jak najszybciej założyć koszulkę Legii i wybiec w pierwszej jedenastce.

Rozdział 4CHŁOPCY STEINERA