Keraban Uparty - Juliusz Verne - ebook

Keraban Uparty ebook

Juliusz Verne

0,0

Opis

Keraban Uparty” to powieść Juliusza Verne’a,  uznanego za jednego z pionierów gatunku science fiction.

Tytułowy uparty bohater, nie chcąc płacić za transport na druga stronę cieśniny Bosfor, woli objechać całe Morze Czarne, aby dostać się na drugą stronę.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-196-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Van Mitten i lokaj jego Brunon, przypatrują się i rozmawiają, nie mogąc zrozumieć co się to znaczy.

Dnia 16-go sierpnia, o godzinie szóstej wieczorem, wielki plac Top-Hané w Konstantynopolu, zazwyczaj tak ludny i gwarny, był cichy, posępny, prawie pusty. Zaledwie tu i owdzie przesunęło się kilku cudzoziemców zdążających ku wązkim, ciemnym, błotnistym, pełnym żółtych psów uliczkom, prowadzącym do przedmieścia Pera. Jest to dzielnica wyłącznie niemal zamieszkana przez Europejczyków; białe jej domy silnie odbijają od czarnego tła cyprysów rosnących na wzgórzach.

Gdzież się podziały te tłumy zwykle plac ten zalegające, ci Persowie w czapkach z Astrachanu; Grecy tak elegancko noszący fałdziste fustanelle; Czerkesi w wojskowym ubiorze; Gruzyanie w rosyjskim, Arnauci w haftowanych kaftanach, i nareszcie Turcy, ci Osmanlisowie, ci potomkowie starożytnego Bizancyum i starego Stambułu, gdzież się podzieli?

Nie na tem koniec. Jak na Top-Hané tak i za portem, w właściwem mieście, turysta spotkałby też samą ciszę i toż samo opustoszenie. I z drugiej strony Złotego Rogu, takież panowało milczenie, cały amfiteatr Konstantynopola, zdawał się w śnie pogrążonym. Czyż nikt tam nie czuwał? Jestże to ów przechwalony Konstantynopol, to marzenie Wschodu urzeczywistnione wolą Konstantyna i Mahometa IV?... Takie pytanie zadało sobie dwóch cudzoziemców chodzących po Top-Hané. Byli to Holendrzy przybyli z Rotterdamu, Jan Van Mitten i służący jego Brunon, dziwnem zrządzeniem losu zagnani na krańce Europy. Któż nie zna Van Mittena, prawdziwego typu Holendra? Lat czterdzieści pięć, blondyn, oczy niebieskie, broda i faworyty żółte, twarz mocno rumiana, nos nieco za krótki odnośnie do rozmiarów twarzy, duża głowa, szerokie ramiona, wzrost nieco więcej niż średni, brzuch zaczynający się mocno zaokrąglać, nogi więcej zalecające się siłą niż wytwornym kształtem, wyraz twarzy zapowiadający poczciwego człowieka. Pod względem moralnym, Van Mitten nie odznaczał się mocą charakteru; humor jego był jednostajny, usposobienie łagodne; lubił towarzystwo, unikając sprzeczek, należał do tych ludzi o których mówią że nie umieją miéć woli własnej, wtedy nawet gdy im się zdaje że się nią wyłącznie rządzą.

Gdy weszli na plac Top-Hane, Brunon rzekł do pana.

– Więc tedy, panie, jesteśmy w Konstantynopolu?

– Tak, Brunonie, a zatem kilka tysięcy mil od Rotterdamu.

– Czy uznaje pan że nareszcie dostatecznie jesteśmy oddaleni od Holandyi?

– A! nigdy nie mogę być za daleko od niej! odrzekł Van Mitten pół-głosem, jak gdyby bojąc się aby nie usłyszano w Holandyi.

Brunon był wiernym, pełnym poświęcenia sługą. Nie opuszczał pana swego od lat dwudziestu, i to ciągłe pożycie wyrobiło w nim pewne podobieństwo. Był niby mniej niż przyjacielem domu, ale więcej niż sługą, i z tego tytułu pozwalał sobie udzielać dobrych rad swemu panu, a czasami nawet i strofować, gdyż oburzało go że tenże wszystkim pozwalał rządzić sobą, nie umiejąc oprzéć się nikomu.

Dodać trzeba że już czterdziestoletni i ciężki z natury, Brunon, unikał ruchu, nie cierpiał zmiany miejsca pobytu. Przez takie męczenie się, mówił, narusza się równowagę organizmu, osłabia się i chudnie, a ważył się co tydzień i bardzo chodziło mu o to aby czasem nie stracił coś na wadze.

Gorąco przywiązany do rodzinnego miasta i do Holandyi, nigdy bez ważnych powodów, nie byłby opuścił swego mieszkania przy kanale Nieuve Haven, bo nie wierzył aby gdzie bądź na świecie mógł istniéć kraj piękniejszy od jego ojczyzny. A jednak dnia tego znalazł się w Konstantynopolu, dawnem Bizancyum, zwanym przez Turków Stambułem i będącym stolicą Turcyi.

Van Mitten był bogatym kupcem z Rotterdamu, handlującym tytoniem i tabaką. Od lat dwudziestu był w ciągłych stosunkach z domem Keraban w Konstantynopolu, rozsyłającym do wszystkich części świata, swe sławne, gwarantowane tytonie, cygara i tabakę. Skutkiem tak długich stosunków z tym znakomitym domem, i nieustannej korespondencyi, nauczył się dobrze języka tureckiego, którym władał jak najwierniejszy poddany Padiszaha. Brunon, dobrze znający interesa handlowe swego pana, przez przywiązanie do niego, nauczył się także po turecku aby mógł być mu pomocnym w stosunkach handlowych.

Postanowili sobie wzajemnie, aby podczas pobytu w Turcyi nie rozmawiać z sobą inaczej jak po turecku, a mówili tak płynnie, iż gdyby nie strój ich europejski, mogliby łatwo uchodzić za dwóch Osmanlisów starej daty. Gniewało to trochę Brunona, ale jako posłuszny sługa, stosował się do woli pana, i codziennie rano zapytywał go:

– Effendum, emriniz né dir?

Co znaczy: Co pan rozkaże? a Van Mitten odpowiadał:

– Sitrimi, pantalounymi fourtcha.

Co znaczy: Oczyść mi suknie i pantaliony.

Po tem objaśnieniu, łatwo domyśléć się, że Van Mitten i Bruno mogli swobodnie chodzić po Konstautynopolu, raz dlatego że znali język turecki, a powtóre iż nie wątpili że czeka ich gościnne przyjęcie w domu Kerabana, który dawniej odbył podróż do Holandyi, i zaprzyjaźnił się serdecznie ze swoim roterdamskim korespondentem. I to właśnie było głównym powodem, że po opuszczeniu rodzinnego kraju, Van Mittem powziął myśl zamieszkania w Konstantynopolu, a Bruno, choć z bólem serca, nie omieszkał mu towarzyszyć. Powoli na placu Top-Hané zaczęli ukazywać się nieliczni przechodnie, ale po większej części sami codzoziemcy. Nareszcie pojawiło się kilku Turków, którzy szli rozmawiając z sobą, a właściciel kawiarni istniejącej w środku placu, zaczął powoli, wcale się nie spiesząc, ustawiać niezajęte dotąd stoliki.

– Nim godzina upłynie, mówił do towarzysza jeden z przechodzących Turków, słońce ukryje się w falach Bosforu, a wtedy...

– Wtedy będziemy mogli jeść, pić, a nadewszystko palić do woli, odrzekł drugi.

– Strasznie długi ten post Ramadanu.

– Jak zwyczajnie post... i przeszli:

Dwóch cudzoziemców przechadzało się przed kawiarnią.

– Zabawni są ci Turcy! mówił jeden z nich, cudzoziemcy przybywający do Konstantynopola podczas tego nudnego postu, musieliby powziąć nie bardzo korzystne wyobrażenie o tej stolicy Mahometa.

– Bah! odrzekł drugi, niby to Londyn zabawniejszym jest co niedziela! Turcy poszczą w dzień, ale umartwienie to wynagradzają sobie w nocy, i gdy tylko wystrzał armatni zwiastuje zachód słońca, wraz z nim da się czuć zapach pieczonego mięsiwa, różnych napoi, dym z cybuchów i cygaretek, a ulice się zapełniają przybierając zwykłą ożywioną postać.

Widać cudzoziemcy ci mieli słuszność, gdyż w tejże chwili właściciel kawiarni przywołał garsona, rozkazując:

– Niech wszystko będzie gotowe! Za godzinę zgłodzeni postem tłumnie cisnąć się będą do kawiarni, trudno będzie dać sobie radę!

Dwaj cudzoziemcy prowadzili z sobą dalszą rozmowę:

– Według mnie, właśnie podczas tego Ramadanu Konstantynopol najciekawszy przedstawia widok; wprawdzie w dzień jest pusty i posępny jak środa popielcowa, ale za to noce są gwarne, hulaszcze, wesołe.

– Tak, sprzeczność jest rażąca.

Gdy tak rozmawiali z sobą, Turcy spoglądali na nich z pewną zazdrością:

– Szczęśliwi ci cudzoziemcy, rzekł jeden, mogą jeść, pić, palić, jak i co im się podoba.

– Zapewnie, odrzekł drugi, tylko że w całem mieście nie dostaliby teraz nic do zjedzenia lub picia.

– Bah! bo nie wiedzą gdzie się udać! Kto tylko ma kilka piastrów w kieszeni, znajdzie zawsze usłużnego handlarza który sprzeda mu co zechce, na mocy dyspensy udzielonej przez Mahometa.

– Przez Allacha! zawołał jeden z Turków, cygaretki na nic wyschną mi w kieszeni, a nie mogę przecież zmarnować dobrowolnie doskonałego tytoniu za kilka parasów.

I nie zważając że ktoś może zobaczyć, Turek zapalił cygaretkę i puścił parę kłębów dymu.

– Ostrożnie! zawołał jego towarzysz, gdyby nadszedł jakiś surowy Ulema, mógłbyś...

– Eh! w najgorszym razie połknąłbym dym i nicby nie zobaczył.

I przeszli w przyległą ulicę, prowadzącą do przedmieść Pera i Galata.

– A! proszę pana, zawołał Bruno, cóż to za szczególniejsze miasto! Oglądam się ciągle na prawo i na lewo, i od samego hotelu spotykamy zaledwie jakby cienie mieszkańców. Wszyscy do koła śpią na ulicach, wybrzeżach placach, nie wyłączając nawet żółtych wychudłych psów, którym nie chce się poruszyć aby nas ukąsić. No, niech co chcą prawią zapaleni podróżnicy, włóczenie się po świecie nic nie warte! Stokroć wolę nasz ukochany Rotterdam i szare niebo starej naszej Holandyi.

– Cierpliwości, Brunonie, cierpliwości, odrzekł spokojnie Van Mitten, przecież zaledwie kilka dopiero godzin tu jesteśmy. Przyznaję że Konstantynopol nie jest takim jak marzyłem; wyobraziliśmy sobie że ujrzymy tu Wschód w całej pełni, urzeczywistnienie baśni z Tysiąc i jednej nocy, a tu jesteśmy jakby uwięzieni w głębi...

– Olbrzymiego klasztoru, w pośród ludzi smutnych i ponurych jak więźnie, dodał Brunon.

– Mój przyjaciel Keraban wytłomaczy nam co to znaczy, rzekł Van Mitten.

– Ale gdzież jesteśmy teraz? Jak się nazywa ten plac? Co to za wybrzeże? pytał Brunon.

– O ile mi się zdaje, jesteśmy na placu Top-Hane, przy końcu Złotego-Rogu. Oto Bosfor oblewający wybrzeże Azyi.

– Piękny widok, odrzekł Brunon, a zwracając się ku pustej zawsze kawiarni, dodał: Zmęczyliśmy się bardzo schodząc na przedmieście Pera; słońce tureckie piecze jak ogień, i zdaje mi się że koniecznie potrzebuje pan ochłodzić się trochę.

– Ma to znaczyć że ci się pić chcę; wejdźmy więc do tej kawiarni.

I usiedli na ławeczce przed stolikiem stojącym przed wystawą zakładu.

– Garson! krzyknął Brunon, po europejsku ręką w stół uderzając.

Nikt się nie pokazał. Krzyknął drugi raz głośniej. Właściciel ukazał się w głębi zakładu, ale nie śpieszył się przyjść.

– Cudzoziemcy! szepnął, zobaczywszy dwóch gości siedzących przy stoliku; czy myślą że...

I nie dokończywszy zbliżył się do nich.

– Kawadżi, podaj nam butelkę świeżej wody wiśniowej, rzekł Van Mitten.

– Wraz z wystrzałem armatnim, odrzekł spokojnie.

– Co! woda wiśniowa z wystrzałem armatnim? Jak żyję nie słyszałem o takim napoju, zawołał Brunon.

– Jeźli jej nie ma, podaj inny jaki orzeźwiający napój, rzekł Van Mitten.

– Z wystrzałem armatnim, powtórzył Turek, wzruszając ramionami.

– Czy oszalał ze swoim wystrzałem armatnim! zawołał Brunon po holendersku.

– Toć przecież musisz mieć kawę, sorbet... – Z wystrzałem armatnim, ani minuty prędzej, i to powiedziawszy wszedł do zakładu.

– Chodźmy ztąd, proszę pana, nie mamy tu co robić; ten gbur Turek częstuje tylko wystrzałem z armat.

– Chodźmy, może jaki inny będzie grzeczniejszy.

– Jaka szkoda że nie zastaliśmy przyjaciela pana, rzekł Bruno gdy powrócili na plac; byłby nas objaśnił co to ma znaczyć.

– Cierpliwości, Brunonie, wszak powiedziano nam w kantorze iż na tym placu spotkamy Kerabana.

– Tak, ale dopiero o siódmej kaik jego ma tu przypłynąć, aby go przewieźć na drugą stronę Bosforu, do jego willi w Skutari.

– O! jak tylko szanowany mój przyjaciel przybędzie, wytłomaczy nam wszystko, rzekł Van Mitten. Jest to prawdziwy Osmanlis, jeden z tych Turków starej daty nie chcących ani słyszéć o żadnych nowościach, o zmianie pojęć i zwyczajów, protestujących przeciw wszelkim wynalazkom nowoczesnego przemysłu; wolą oni jechać dyliżansem niż koleją żelazną, płynąć tartanem niż statkiem parowym. Od lat dwudziestu jak prowadzę z nim interesa handlowe, nie dostrzegłem ani cienia zmiany w pojęciach i poglądach mego przyjaciela; gdy przed trzema laty odwiedził mnie w Rotterdamie, przyjechał tam pocztą, i zamiast ośmiu dni, podróż ta zajęła miesiąc czasu. Znałem wielu ludzi upartych, ale o takim jego uporze, pojęcia nawet nie miałem.

– Dopieroż się zadziwi zobaczywszy pana w Konstantynopolu! rzekł Brunon.

– Spodziewam się, bo też chciałem sprawić mu niespodziankę. W jego domu będziemy dopiero w prawdziwej Turcyi! O! Keraban za nic na świecie nie przywdziałby błękitnej zwierzchniej szaty i czerwonego fezu, tego strojów nowych Tuków.

– Co to jak się kłaniają, wyglądają jak odetkane butelki, rzekł Brunon.

– Oh! ten kochany, niezrównany Keraban! Pewny jestem że i teraz będzie ubrany tak samo jak kiedy był u mnie w Rotterdamie; turban ogromny, kaftan żółty lub cynamonowy...

– Tak jakby jaki handlarz daktyli, zawołał Brunon.

– Tak, tylko że Keraban mógłby sprzedawać a nawet jadać szczero-złote daktyle. Handluje on tytoniem i tabaką, a więc najwłaściwszym w tym kraju towarem; tu gdzie palą od rana do wieczora i od wieczora do rana, sprzedaż tytoniu musi kolosalne przynosić zyski.

– Ale gdzież są owi palacze, nie spotkaliśmy ani jednego, a ja wystawiałem sobie że co krok zobaczę gromadki Turków siedzących przed domami z ogromnemi cybuchami w ustach!... a tu nigdzie ani jednego palącego choćby cygaro, choćby cygaretkę.

– Ja sam pojąć tego nie mogę, Brunonie; co prawda nasze rotterdamskie ulice daleko więcej zadymione są tytoniem niż ulice Konstantynopola. – Czy tylko pewny pan jest żeśmy nie zabłądzili, czy rzeczywiście jesteśmy w stolicy Turcyi? Założyłbym się żeśmy przeciwną udali się drogą, że to nie Złoty-Róg ale Tamiza z tysiącem swych statków parowych.

– Nie zapędzaj się tak, Brunonie, nie przystoi to rodowitemu Holendrowi, bądź spokojny, cierpliwy, flegmatyczny jak twój pan, i nie dziw się niczemu. Wiesz że opuściliśmy Rotterdam z powodu...

– Tak, tak!... potwierdził Bruno potrząsając głową.

– Nie odezwijże się z niczem podobnem w obec przyjaciela mego Kerabana, mógłby się rozgniewać.

– Niech pan będzie spokojny, będę się miéć na baczności, ale kiedy już nie można się niczem ochłodzić, toć wolno przynamniej zapalić fajkę?

Mówiąc to nakładał ogromną porcelanową fajkę, i zapaliwszy ją zapałką pociągnął kilka razy z widocznem zadowoleniem. Lecz w tejże chwili ukazało się znów na placu owych dwóch Turków tak narzekających na umartwienia Ramadanu, i ten właśnie który bez skrupułu zapalił cygaretkę, postrzegł Brunona idącego z fajką w ustach.

– Na Allacha! zawołał, otóż znów jeden z tych przeklętych cudzoziemców, pozwalających sobie lekceważyć zakaz Koranu. O! tego nie ścierpię!

– Zgaśże przynamniej pierw twoją cygaretkę.

– Naturalnie.

I rzuciwszy cygaretkę, podszedł wprost do poczciwego Holendra, nie spodziewającego się bynajmniej podobnej zaczepki, i wyrywając mu fajkę, zawołał:

– Jak usłyszysz wystrzał armatni.

– Moja fajka! krzyknął Brunon z gniewem.

– Jak usłyszysz wystrzał armatni, psie giaurze.

– Tyś sam pies Turek! wrzasnął Brunon.

– Uspokój się, Brunonie, rzekł Van Mitten.

– To niechże mi przynamniej odda fajkę, odrzekł z gniewem Brunon.

– Jak usłyszysz wystrzał, powtórzył Turek po raz trzeci, wsuwając fajkę do kieszeni kaftana.

– Chodź, Brunonie, rzekł Van Mitten, nie należy ubliżać zwyczajom krajów które zwiedzamy.

– Zwyczajom złodziei?

– Chodź, mówię ci; mój przyjaciel Keraban dopiero o siódmej ma przybyć na ten plac; pójdźmy się przejść dalej, wrócimy tu w oznaczonym czasie.

I pociągnął za sobą Brunona, mocno strapionego utratą ulubionej fajki. Gdy się oddalili, Turcy mówili sobie:

Doprawdy ci cudzoziemcy myślą że im wszystko wolno.

– Nawet palić przed zachodem słońca!

– Chcesz ognia? zapytał pierwszy zapalając cygaro.

– I owszem, odrzekł drugi.

Rozdział II

Intendent Scarpante i kapitan Yarhud rozmawiają o zamiarze który poznać warto.

Gdy Van Mitten i Brunon zwrócili się ku wybrzeżu, z po za meczetu Mahmuda wyszedł jakiś Turek i zatrzymał się na placu.

Była godzina szósta. Po raz czwarty dnia tego muezzini wchodzili na balkon minaretów, których nie może być mniej jak cztery w meczetach wznoszonych przez sułtanów. Głosy ich rozlegały się zwolna po nad miastem, zwołując wiernych na modlitwę tą uświęconą formułą: La Illach il Allah vé Mohammed recoul Allah! (Nie ma Boga jak Bóg, a Mahomet jest Boga tego prorokiem!)

Turek obejrzał się dokoła, popatrzył na nielicznych przechodniów, poczem z pewnemi oznakami zniecierpliwienia zaglądał w przyległe do placu ulice, chcąc zobaczyć czy ktoś oczekiwany nie nadchodzi.

– Czyż ten Yarhud nie przyjdzie! mruczał, wie przecież że czekam go o oznaczonej godzinie?

Przeszedł znów parę razy po placu, i doszedł do kawiarni w której Van Mitten i Brunon nic dostać nie mogli. Zasiadł przy stoliku nic nie żądając od właściciela kawiarni ściśle zachowującego post Ramadanu, gdyż wiedział, że nie nadeszła jeszcze godzina sprzedaży przeróżnych napoi, rozrabianych w dystylarniach otomańskich.

Turek ten był to Scarpante intendent bogacza Saffara zamieszkałego w Trebizondzie, w Anatolii, w owej części Turcyi Azjatyckiej, tworzącej południowe wybrzeże morza Czarnego.

Obecnie magnat Saffar zwiedzał południowe prowincye Rossyi, poczem miał przez Kaukaz powrócić do Trebizondy, nie wątpiąc nawet że intendent jego Scarpant przeprowadzi pomyślnie polecone mu przedsięwzięcie.

Był to człowiek śmiały, zdolny do wszystkiego, choćby do najniecniejszych czynów, byle zadowolnić wszelkie zachciewki swego pana. I obecnie w podobnym celu przybył do Konstantynopola, i oczekiwał na pewnego kapitana maltańskiego, takiego jak i on niegodziwca.

Kapitan ten nazywający się Yarhud, dowodził statkiem Guidare, żeglującym zwykle po morzu Czarnem. Oprócz przemytnictwa trudnił się ohydniejszym jeszcze handlem, to jest sprzedażą czarnych niewolników z Sudanu, Etyopii, Egiptu, na co rząd turecki dobrowolnie zamyka oczy.

Scarpant niecierpliwił się coraz więcej, a Yarhud nie przychodził.

– Czemu ten pies nie przychodzi? mruczał; czy mu co wypadło? Onegdaj musiał opuścić Odessę, powinien więc był przybyć do tej kawiarni o oznaczonej przeze mnie godzinie…

W tejże chwili oczekiwany Yarhud pokazał się na wybrzeżu; spojrzał na prawo i na lewo i zobaczył Scarpanta, który natychmiast wstał i podszedł ku niemu.

– Nie mam zwyczaju czekać, Yarhudzie! krzyknął.

– Niech mi Scarpant przebaczy, ale zrobiłem co tylko było w mej mocy aby się stawić na wyznaczoną schadzkę. Przybywam w tej chwili koleją, pociąg się nieco spóźnił…

– Kiedy wyjechałeś z Odessy.

– Onegdaj.

– A twój statek?

– Czeka w porcie odeskim.

– A czy możesz liczyć na załogę?

– Najzupełniej. Są to także Maltańczycy, całkiem oddani temu co im hojnie płaci.

– Dobrze. Jakież przywozisz wiadomości, Yarhudzie?

– Złe i dobre zarazem, odrzekł zniżając głos.

– Powiedzże najpierw złe.

– Złą jest wiadomość że Amazya, córka bankiera Selisna z Odessy, ma narzeczonego, a zatem porwanie jej stanie się daleko trudniejszym i wymaga większego pośpiechu, mówił zniżając głos.

– Co za jeden jest ten narzeczony Amazyi? zapytał Scarpant.

– Młody Turek z Konstantynopola, nazwiskiem Ahmet, siostrzeniec i spadkobierca bogatego kupca z Galata, Kerabana.

– Czemże handluje ten Keraban?

– Tytoniem, i na tym handlu zrobił ogromny majątek.

– Nie ma więc chwili czasu do stracenia. Gdzież jest obecnie Ahmet?

– W Odessie.

– A ów Keraban?

– W Konstantynopolu.

– Czy znasz tego Ahmeta, Yarhudzie? Cóż to za człowiek?

– Młody, ma być bardzo odważny, i niełatwa będzie z nim sprawa.

– Czy jest zupełnie niezależnym?

– Nie; zależny jest od swego wuja i opiekuna, bogatego Kerabana, który kocha go jak syna, i podobno niedługo ma przybyć do Odessy, aby być na jego weselu.

– Czy nie możnaby jakim sposobem opóźnić wyjazdu Kerabana?

– Byłoby to nader pożądane, gdyż mielibyśmy więcej czasu, ale jak tego dokazać?

– To już twoja rzecz, Yarhudzie, odrzekł Scarpant; pamiętaj tylko że wola pana mego Saffara musi być spełniona, i młoda Amazya powinna być odstawiona do Trebizondy. Nie pierwszy to już raz Guidara opłynie w jego interesie wybrzeża morza Czarnego, wiesz więc jak hojnie płaci za oddane mu usługi.

– Ba! wiem to z doświadczenia. Mimo jednak tego radbym wiedzieć, co Saffara skłania do wykonania tak draźliwej i niebezpiecznej awantury?

– Powiadają, odrzekł Scarpant, że to wszystko przez zemstę, jaką Saffar przejęty jest zarówno dla Selima jak i Kerabana. Zresztą co nas to obchodzi! Gdy głupi z gniewu wścieka się i wyrzuca pieniądze, dlaczegóż mędrszy nie ma z tego korzystać?

– Zapewne, zapewne, potwierdził Yarhud, ale mówiąc między nami, jeżeli zamierzone małżeństwo utrudnia tę sprawę, to z drugiej strony nastręcza mi sposobność wejścia do domu bankiera Selima. Jestem także i handlującym, mam na statku bogaty zbiór najpiękniejszych materyi jedwabnych i przeróżnych przedmiotów mogących łatwo w młodej narzeczonej wzbudzić chęć ich posiadania. Liczę więc na to że uda mi się ściągnąć ją na pokład, i korzystając z tej sposobności, odpłynąć zanim dowiedzą się o porwaniu.

– Doskonały pomysł i powinienby się udać, tylko staraj się dokonać tego w największej tajemnicy. – Bądź spokojny, odrzekł Maltańczyk.

– Działaj więc niezwłocznie, ale wiele potrzebujesz czasu aby z Odessy przybyć do Trebizondy?

– Biorąc w rachubę brak przyjaźnego wiatru i burze miewające miejsce na morzu Czarnem, żegluga może potrwać trzy tygodnie.

– Około tego czasu, będę już w Trebizondzie, a i pan mój także tam przybędzie. Nie zapominaj że rozkazał najsurowiej abyś z tą młodą dziewczyną obchodził się jak z największem uszanowaniem i wysokiemi otaczał względami. Pragnie zemścić się ale nie dręczeniem niewinnej dziewczyny.

– Spełnię wolę twego pana. Pragnąłbym gorąco żeby mi się powiodło, co wtedy jedynie nastąpi jeżeli znajdzie jaka przeszkoda niedozwalająca Kerabanowi wyjechać niezwłocznie.

– Czy znasz tego kupca?

– Znam… i nagle zbliżając się do Yarhuda, dodał cicho: O wilku mowa, a wilk tu!

– Co takiego.

– Czy widzisz tego otyłego mężczyznę wychodzącego z Pera? To Keraban. Odsuńmy się na bok i nie traćmy go z oczu. Wiem iż codziennie odpływa do swej willi w Skutari, jeźli będzie trzeba udam się drugą stroną Bosforu aby się dowiedziéć kiedy zamierza wyjeżdżać.

Wmieszawszy się w tłumy coraz więcej napływających przechodniów, Scarpant i Yarduh umieścili się tak aby mogli wszystko słyszéć i widziéć, co nie było trudnem gdyż Keraban miał zwyczaj mówić głośno, nie troszcząc się o to wcale że zwraca powszechną uwagę.

Rozdział III

Karaban zadziwił się niewymownie spotkawszy przyjaciela swego Van Mitten’a.

Keraban wyglądał z twarzy na lat czterdzieści, z tuszy przynamniej na pięćdziesiąt, a w rzeczywistości miał czterdzieści pięć. Ruchy miał bardzo poważne, nie zbyt długą, siwiejącą już brodę, czarne, bystre i przenikliwe oczy, podbródek czworograniasty, nos zagięty jak dziób papugi, usta zaciśnięte, za otwarciem których ukazywały się śnieżnej białości zęby; wysokie czoło, środkiem którego rysowała się prostopadle głęboka zmarszka zdradzająca upór charakteru. Wszystko to połączone nadawało mu całkiem odrębną postać, którą raz zobaczywszy zapomniéć nie można było.

Miał na sobie ubiór starych Turków, zachowujących starodawny strój z czasów janczarów: wielki zwężony u dołu a rozszerzony w górze turban; szerokie bufiaste pantaliony, opadające na safianowe papucie, kaftan bez rękawów zdobny wielkiemi guzami, pas z bogatego szala i żółtą zwierzchnią suknię, drapującą się okazale. Ubiór ten starodawny, róźnił się najzupełniej od noszonego obecnie przez tak zwanych młodych Turków przejmujących zwyczaje europejskie.

I sługa jego, dwudziesto-siedmio-letni Nizib, nosił strój staro-turecki, jak w niczem tak i w tem nie ważyłby sprzeciwiać się panu. Wierny i nieograniczenie oddany panu, nie miał żadnych pojęć ani zdań osobistych. Obydwaj wchodzili na plac Top-Hane i Keraban swoim zwyczajem rozprawiał głośno, nie troszcząc się czy go kto słyszy czy nie.

– Otóż nie! wołał; niech nas Allah ma w swej opiece, ale za czasów janczarów, gdy tylko wieczór zapadł, każdy mógł robić co mu się podobało. Nie! za nic w świecie nie poddam się ich nowym wymysłom policyjnym, i jak mi przyjdzie chęć będę chodził po ulicach bez latarki w ręku, choćbym miał wpaść w dół i rozbić sobie nos, lub zostać szarpanym przez włóczące się psy.

– Włóczące się psy!… powtórzył Nizib.

– I nie męcz mnie daremnie twemi niedorzecznemi namowami, bo, przez Mahometa! tak wyciągnę twoje uszy że ich wielkości będą ci mogli pozazdrościć sam oślarz i jego osieł.

– Oślarz i jego osieł… powtórzył Nizib, który, jak łatwo się domyśléć, nie namawiał pana do niczego.

– I jeźli naczelnik policyi skaże mnie na karę pieniężną, to ją zapłacę ale nie ustąpię! wołał uparciuch. Jeźli każe wziąć mnie do kozy, ale nic i w niczem nie ustąpię!

Tym razem, Nizib skinął tylko potwierdzająco głową: gdyby do tego przyszło, gotów był iść z panem do więzienia.

– A! panowie nowi Turcy! wołał spostrzegłszy przechodzących kilku Konstantynopolitańczyków przybranych w długie surduty i czerwone fezy, a! chcielibyście narzucać nam prawa, sponiewierać dawne nasze obyczaje i zwyczaje… nic z tego! Nie zgodzę się na to do ostatniej chwili życia… Nizib, czy powiedziałeś memu kademu aby oczekiwał z kaikiem o godzinie siódmej?

– Tak, panie!

– Więc czemuż nie ma go jeszcze?

– Nie wiem panie, odrzekł Nizib.

– Niedołęgo! Czyż nie wiesz że jeszcze nie ma siódmej.

– A tak nie ma jeszcze siódmej.

– Skądże wiesz o tem?

– Wiem, bo pan mój tak mówi.

– A gdybym powiedział że jest godzina piąta?

– Byłaby godzina piąta, odpowiedział Nizib.

– Przez Mahometa! trudno być większym głupcem.

– Tak, panie, potwierdził wierny sługa.

– Ha! mruknął Keraban, ten wiecznem potakiwaniem, gamoń ten rozłościł mnie nareszcie!

W tejże chwili Van Mitten i Brunon znowu powrócili na plac, a że wieczór zapadł i słońce kryło się po za wyżyny starego Stambułu, dlatego Van Mitten nie poznał mijającego się z nim Kerabana, który zmierzał ku wybrzeżu Galata. Ponieważ szli w przeciwnym kierunku spotkali się z sobą a pragnąc ominąć się zwracali się raz na prawo to znów na lewo. – Ależ panie, ja chcę przejść i przejdę! krzyknął Keraban, nie mający zwyczaju ustępować komukolwiek.

– Owszem… odrzekł Van Mitten, probując usunąć mu się grzecznie.

– Przejdę choćby nie wiedziéć co…

– Ależ… odrzekł znów Van Mitten – aż nagle poznając z kim ma do czynienia, zawołał:

– Ach! mój przyjaciel Keraban!

– A!.. to ty!.. ty!.. Van Mitten!.. zawołał zdziwiony niewymownie Keraban; ty!.. tu!.. w Konstantynopolu?…

– Ja, w mej własnej osobie.

– Kiedyż przyjechałeś?

– Dziś rano, przyjacielu Kerabanie.

– I nie do mnie skierowałeś pierwsze twoje kroki?

– Owszem, przyjacielu, odrzekł Holender. Poszedłem wprost do twego kantoru, ale nie zastałem cię już, i powiedziano mi że o siódmej będziesz na tym placu.

– Prawdę powiedzieli, kochany Van Mitten! zawołał Kaeraban. Nigdy nie spodziewałem się zobaczyć cię w Konstantynopolu… Dlaczego nie uprzedziłeś mnie?

– Tak nagle opuściłem Rotterdam…

– Jakiś ważny interes?

– Nie… odjazd… dla przyjemności! Nie znałem ani Konstantynopola ani Turcyi, a potem chciałem ci się odwzajemnić za odwiedzenie mie w Rotterdamie.

– Jak to dobrze z twej strony… Ale nie widzę pani Van Mitten?

– Bo została w domu, odrzekł, żona moja nie lubi wyjeżdżać, i dlatego przyjechałem tylko z moim służącym Brunonem.

– Z tym oto tam, zawołał Keraban, ręką wskazując Brunona, który uznał za stosowne, skłonić mu się po turecku, to jest obie ręce podnieść do kapelusza.

– Wystaw sobie, przyjacielu Kerabanie, Brunon chciał opuścić mnie i odjechać, tak posępną, pustą i nie wesołą wydała mu się stolica cesarstwa otomańskiego.

– Chciał odjechać nie prosząc mnie o pozwolenie! zawołał Keraban marszcząc brwi.

– Ależ bo miasto to wygląda jak cmentarz, rzekł Brunon. Sklepy puste… nie widać ani jednego powozu… po ulicach przesuwają się tylko jakby cienie, a co gorsza cienie te kradną fajki.

– Bo teraz Ramazan, kochany Van Mitten, powiedział Keraban.

– Aha! teraz Ramazan, rozumiem, zawołał Brunon… ale, jeźli łaska, powiedz mi pan co to jest Ramazan?

– Czas postu i umartwień, rzekł Keraban. Przez czas jego trwania, od wschodu do zachodu słońca nie wolno jeść, pić ani palić. Ale za pół godziny, gdy wystrzał armatni zwiastuje koniec dnia…

– A! teraz rozumiem, dlaczego wszyscy gadali mi o wystrzałach z armaty! zawołał Brunon.

– Ale jak tylko słońce zajdzie, zobaczysz kochany Van Mitten, jaka czarodziejska zajdzie zmiana, mówił Keraban. Obumarłe miasto, ożyje nagle. Oho! panowie nowi Turcy nie zdołali jeszcze niemądremi swemi nowościami, wyrugować starodawnych naszych zwyczajów. Niech ich Mahomet wydusi.

– Widzę, przyjacielu Kerabanie, że pozostajesz wiernym starodawnym obyczajom.

– Nie dość powiedziéć że pozostałem wiernym, bo trzymam się ich uparcie. Ale, wszak kilka dni zabawisz w Konstantynopolu?

– Tak… a nawet…

– Doskonale!.. przez cały czas pobytu do mnie wyłącznie należysz… nie opuścisz mnie ani na chwilę… jesteś moją własnością.

– Zgoda, kochany przyjacielu, odpowiedział Van Mitten.

– Ty, Nizibie, zajmij się Brunonem; rozkazuję ci abyś go zniewolił zmienić zdanie o prześlicznej naszej stolicy.

Spełniając rozkaz, Nizib wciągnął Brunona w tłum coraz liczniej plac zapełniający.

– A wiesz co kochany przyjacielu, mówił Keraban, w sam czas przyjechałeś; za sześć tygodni już byś mnie nie zastał w Konstantynopolu. Mam wyjechać do Odessy… ale prawda, jeźli będziesz tu jeszcze, dlaczego nie miałbyś jechać ze mną?

– Kiedy bo…

– Mówię ci że pojedziesz! zawołał Keraban.

– Zamyślałem odpocząć tu po znużeniu podróżą.

– Dobrze, więc odpoczniesz sobie tu, a potem przez jakie trzy tygodnie będziesz odpoczywać znów w Odessie.

– Przyjacielu Kerabanie…

– Ale to już postanowione! przerwał Keraban, Przecież zaledwie przyjechawszy nie zechcesz robić mi na przekor? Wiesz, iż mając słuszność, nie lubię robić ustępstw.

– Tak… wiem o tem, przyjacielu Kerabanie.

– A potem, trzeba przecież żebyś poznał siostrzeńca mego Ahmeta. Uważam go jak syna, gdyż nie mam własnych dzieci.

– To szkoda!

– Więc tedy w Odessie poznasz Ahmeta; dziarski chłopiec! powiadam ci: trochę artysta, trochę poeta, tylko co prawda nie cierpi handlu, w czem wcale niepodobny do mnie. Pojedziemy więc do Odessy na jego wesele.

– Więc się żeni?

– Tak z Amazyą, córką bankiera Selima, zarówno jak ja prawdziwego Turka. Uroczystość obchodzona będzie bardzo świetnie i wystawnie.

– Kochany Kerabanie, wolałbym…

– Sądzę że nie masz zamiaru sprzeciwiać mi się? rzekł ostro Keraban.

– Choćbym chciał…

– Tobyś nie mógł, dodał Keraban.

W tej chwili Yarhud i Scarpant przysunęli się bliżej i słyszeli jak Keraban mówił do przyjaciela.

– Tak więc stanęło na tem, że najdalej za sześć tygodni obydwa wyjeżdżamy do Odessy.

– A wesele odbędzie się?.. zapytał Van Mitten.

– Zaraz jak przyjedziemy, odpowiedział Keraban.

Yarhud pochylił się do ucha Scarpanta, mówiąc cicho:

– Sześć tygodni, mamy dość czasu.

I nie opuszczając swego stanowiska, podsłuchiwali i podglądali dalej, a Keraban mówił jeszcze.

– Przyjaciel mój Selim któremu zawsze pilno, i niecierpliwszy od niego Ahmet, chcieli aby małżeństwo niezwłocznie zostało zawarte, w czem co prawda mają zupełnie słuszny powód. Trzeba koniecznie aby Amazya poszła za mąż przed skończeniem lat ośmnastu, bo straciłaby znaczną sumę którą z tym warunkiem zapisała jej stara dziwaczka ciotka. Lecz ponieważ za sześć tygodni zacznie rok ośmnasty, napisałem więc im że nic nie nagli, i dość czasu odbyć wesele przed końcem przyszłego miesiąca.

– I zgodzili się na to? – A jakże; Ahmet tylko się niecierpliwi, ale darmo, musi słuchać. Co do mnie, nie puszczę cię już, mój przyjacielu. Kaikiem moim przepłyniemy Bosfor i będziem obiadować w mojej willi w Skutari. Zobaczysz jakie to śliczne mieszkanie; pałacyk stoi na wzgórzu otoczony cyprysami, a widok z niego na Bosfor i Konstantynopol. O! prawdziwa Turcya jest tam, na brzegu azyatyckim; tu to Europa, tam Azya! tam nie prędko nasi surdutowi postępowicze przeprowadzą swoje nowości: potoną wprzód w Bosforze zanim tam dopłyną. Ale gdzież Nizib? dodał oglądając się i wołając:

– Nizib!… Nizib!…

Nizib przechadzał się z Brunonem, na wołanie Kerabana obaj przybiegli.

– Czemu Kaïdzi nie przypłynął z kaikiem? zapytał Keraban.

– Z kaïkiem, powtórzył Nizib.

– Nie minie go bastonada; każę wyliczyć mu sto batów.

– Oh! zawołał Van Mitten.

– Pięćset! wołał Keraban.

– Oh! zawołał Brunon.

– Jak będziecie mi przeczyć, dostanie tysiąc.

– Panie mój, rzekł Nizib, spostrzegam twego Kaïdziego, opłynął Szczyt Seraju i dopłynie tu za kilka minut.

Keraban ujął pod rękę Van Mittena, a Yarhud i Scarpant stojąc w pobliżu nie spuszczali z nich oczu.

Rozdział IV

Keraban najupartszy z upartych stawia się hardo władzom otomańskim.

Kadżi przybył zawiadomić pana swego że kaik jego oczekuje w porcie. Kaików takich uwija się tysiące po wodach Bosforu i Złotego Rogu. Są to łodzie dwu-wiosłowe, ostro zakończone z obu stron aby można było kierować niemi w podwójnym kierunku. Mają kształt łyżw piętnaście po dwudziestu stóp długich, zbudowane są z drzewa bukszpanowego lub cyprysowego, a wewnątrz rzeźbione lub malowane. Szybko i nader zręcznie łodzie te płynąc, krzyżują się i wymijają w pięknej cieśninie oddzielającej wybrzeża dwóch lądów.

Keraban z Van Mittenem a za nimi Brunon i Nizib skierowali swe kroki ku statkowi, gdy dał się widziéć ruch jakiś w tłumie zalegającym Top-Hane. Keraban zatrzymał się, pytając:

– Co się tam stało?

W tejże chwili wchodził na plac naczelnik policyi przedmieścia Galata, otoczony strażą. Przed nimi szedł dobosz z bębnem i trębacz; jeden uderzył w bęben, drugi zatrąbił i powoli nastała cisza.

– Zapewne znów jakie niemądre postanowienie, za mruczał Keraban, tonem człowieka umiejącego zawsze i wszędzie bronić praw swoich.

Naczelnik policyi rozwinął papier z urzędowemi pieczęciami, i odczytał głośno następujące postanowienie.

„Z rozkazu Muszyra przewodniczącego w Radzie policyjnej, od dnia dzisiejszego nakłada się podatek dziesięć parasów, na każdego przepływającego Bosfor, czy to z Konstantynopola do Skutari, czy ze Skutari do Konstantynopola, bez względu czy płynąć będzie kaikiem, czy jakim bądź statkiem parowym lub żaglowcem. Każdy odmawiający opłaty tego podatku, ulegnie karze pieniężnej lub więzieniu.

Dan w pałacu, 10 miesiąca Szaabanu.

„Podpisano: Muszyr.”

Szmer niezadowolnienia powitał nowy ten podatek, wynoszący nie całe trzy grosze.