Wydawca: Goneta Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 243 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kepusie. Tom II - Adrian Widram

Druga część opowiadająca historie z życia kepusiów, czyli uczłowieczonych kotów. Chodzą na dwóch nogach, mają ręce, nie łapy, dłonie, twarz, ale też uszy, ogon i futro… w bardzo różnych kolorach i odcieniach, o czym przekonaliśmy się, poznając te nadzwyczaj inteligentne osobniki, stojące na najwyższym ze znanych nam poziomów technicznych. Dla nich podróż na drugą planetę w jakiejś odległej galaktyce to pestka, a co dopiero mówić o jakiejś niewielkiej planecie odkrytej właśnie przez Nanona pod koniec września 5619 roku.

Poprzednio poznawaliśmy kepusie bardziej od strony osobowości. Teraz otwierają przed nami swoje możliwości techniczne. Wysokości osiągane przez samoloty i ich prędkości wbijają w fotel podczas lektury, zdając sobie sprawę z przeciążeń, jakich powinny doświadczać te miłe zwierzątka, ale nic takiego u nich się nie dzieje. Technika zaskakuje i wywołuje podziw oraz zazdrość o te nowinki.

Autor wzorem poprzedniej części stara się nanieść na karty swojego opowiadania jak najwięcej wiedzy technicznej już nam znanej, ale rozwiniętej o możliwości do przewidzenia z punktu widzenia właśnie umysłu ścisłego. Prędkości liczone w setkach i tysiącach kilometrów na godzinę, zasięg lotu jednego samolotu w kilkudziesięciu tysiącach kilometrów, a do tego DVD o pojemności 3 terabitów (TB) zadziwia i nie pozwala schierarchizować takich wartości. Poza tym kadłuby pokryte są kevlarami, a kapusie hełmy mają wyposażone w noktowizory. Do tego są fantastycznie inteligentne i długowieczne. Brzmi zachęcająco.

Pamiętajmy, że niniejszy wolumin dotyczy kepusiów, którzy przetrwali międzygalaktyczny exodus w poszukiwaniu nowej planety, podobnej do ich macierzystego Koto, które zostało rozbite w kosmicznym wybuchu czerwonego karła. Na szczęście mocno rozwinięta nauka, w tym astronomia, pozwoliły głównemu astronomowi Kropkowi zapobiec wyniszczeniu nacji kepusi. W wyniku tego exodusa trafili na Wenę, która zamieszkana była przez wyniszczające ją roboty, nazywane trokserami. Troksery to znacznie mniej rozwinięta cywilizacja. Oczywiście stanęły w obronie swojej planety, ale przegrały, a teraz zmuszone zostały do koegzystencji razem z kepusiami. Nie bardzo im to jednak wychodzi w porównaniu z oszczędnymi i umiejącymi wykorzystać dobra naturalne planety kepusiami. Przyczyniło się to do kolejnego konfliktu.

 

Kepusie to nie tylko konstruktorzy maszyn, ale też kochający partnerzy swoich dam, posiadający emocje i humory. Na szczęście żyją kilkaset lat, więc mają czas na dokładne poznanie siebie nawzajem.

Opinie o ebooku Kepusie. Tom II - Adrian Widram

Fragment ebooka Kepusie. Tom II - Adrian Widram

OD AUTORA:

Kepusie to powieść fantastyczno-naukowa dla dzieci i młodzieży. Można się z niej dowiedzieć, że nasz świat zbudowany jest z atomów. Imiona większości bohaterów to nazwy poszczególnych cząstek elementarnych, to znaczy mion, atom, proton, neutron itp. Niniejsze opowiadanie powinno pobudzić wyobraźnię przede wszystkim najmłodszych. Chodzi o ogrom wszechświata, w którym istnieje duża szansa na istnienie innych, różniących się od nas Ziemian, cywilizacji. W przeciwnym razie jest to marnowanie przestrzeni, a natura na pewno na to nie pozwoli.

Warto się uczyć, bo nauce zawdzięczamy wiedzę na przykład o tym, że silniki, wytwarzając ciąg powietrza, powodują, że samolot unosi się dzięki różnicy ciśnień pod skrzydłami i nad nimi, a nie za pomocą magii.

Niniejsza książka jest na tyle zwięzła, by można było przeczytać ją w cztery godziny. Liczę też na to, że Czytelnik na tyle dobrze ją zapamięta, że po przeczytaniu nie odstawi jej na półkę swojej wirtualnej biblioteki ku zapomnieniu, tylko wróci do niej od czasu do czasu, utrwalając sobie pewne techniczne aspekty.

OD REDAKCJI:

Adrian Widram— to pseudonim literacki tego młodego autora. W latach 2004-2006 uczeń policealnego studium informatycznego w zespole szkół elektryczno-elektronicznych w Radomsku. Po pracy miłośnik programów graficznych.

„Kepusie”— to debiut literacki pana Widrama. „Kepusie” to całkowicie nowa i bardzo innowacyjna opowieść o klanie zmutowanych kotów, chodzących na dwóch łapach, które mają twarze, ręce i  nogi, a zamiast ogona kucyk. Są bardzo mocno zaawansowane w rozwoju nauki i techniki.

Historia Kepusiów zaczyna się tak naprawdę w momencie, kiedy główny astronom, Kropek, odkrywa, że jedno ze słońc obiegających planetę Kepusiów Koto niebezpiecznie zbliża się do tej planety, by w efekcie zderzyć się z nią i zniszczyć ją bezpowrotnie. Postanowiono się ewakuować i szukać we wszechświecie innej planety, przyjaznej i podobnej do Koto. Zanim wszyscy wyruszymy razem z bohaterami w ich międzygalaktyczną podróż, poznajemy po kolei postacie odgrywające najważniejsze role w społeczności planety. Kepusie są kotami o niezwykłych kolorach, które autor z takim upodobaniem opisał. Wszystkie kepusie robią to, co lubią, i takie też wykonują zawody. Dożywają kilkuset lat.

Po wyruszeniu w kosmos spotykają różne planety, kóre w pierwszej chwili uważają za przyjazne, i przeróżne formy życia czy cywilizacje. Niektóre bardziej zaawansowane techniczne, inne przeciwnie — o wiele mniej. Opisy ich są bardzo barwne i momentami zaskakujące,co rozbudza wyobraźnię czytelnika.

Po wielu przygodach i perypetiach nasi bohaterowie znajdują wreszcie swoją planetę o nazwie Wena. Już po kolonizacji jednego z kontynentów tej planety czeka na nich jednak niespodzianka, z którą muszą się jeszcze zmierzyć, zanim pożegnamy się z tymi przesympatycznymi bohaterami znanym zakończeniem: „I żyli długo i szczęśliwie”.

Autor mimo młodego wieku ma wiedzę techniczną. Czasem wydaje się, że ta jego książka science-fiction wymyka się z ram obecnie dostępnej ogólnej wiedzy. Zaskakuje nas rozwiązaniami i szczegółowymi opisami statków, pociągów, lądowników oraz objaśnieniami ich sposobu poruszania się. To samo dotyczy opisu zjawisk w kosmosie, nazw układów słonecznych czy choćby opisów samych planet i istot na nich żyjących. Niesamowity jest opis spotkania z przedstawicielem innej, jakże podobnej do kepusiowej cywilizacji.

Może na początku opisy i mentorstwo w sprawach technicznych wydają się zbyt nużące, ale jest to konieczne z punktu widzenia całej książki. Może się też wydawać, że autor opisuje rzeczy oczywiste i znane nam wszystkim z zakresu fizyki czy chemii. Ale zakłada się, że odbiorcą tej opowieści mogą być na tyle młodzi ludzie, którzy nie zakończyli jeszcze edukacji, pozwalającej im na zrozumienie wszystkich opisanych tu zjawisk.

Dobrze jest powtórzyć za autorem, że wiedza rozwija wyobraźnię i umacnia nadzieję na istnienie innych cywilizacji, bo inaczej ten bezdenny ogrom przestrzeni kosmicznej byłby zmarnowany. Uczmy się zatem bawiąc i nie odsyłajmy w zapomnienie niniejszego woluminu.

Skrócony opis sylwetek kepusiów, występujących na kartach niniejszej książki

* Imię wytłuszczone oznacza, że dany kepuś był gruby.

* Oznaczone kolorem fioletowym imię należy do kepusiowych — kepusi płci żeńskiej.

RODOWÓD KEPUSIÓW

Drugi świt nadchodził w ciągu dnia nad planetą Koto. Piloci zmęczeni dziewięciogodzinnym lotem podchodzili do lądowania samolotem pasażerskim o nazwie Anartel w fioletowym, ulubionym kolorze Kepusiów. Maszyna jest wielka jak wieloryb, z przyczepionymi czterema odrzutowymi silnikami napędzanymi energią uzyskiwaną ze słońc. Odbywała ona lot próbny po wymianie czterech silników.

Kiedy Procjon ujrzał przed sobą pas lotniska znajdującego się w mieście Kell, poprosił Outrona:

— Podchodzimy do lądowania. Włącz autopilota.

Outron spojrzał na tablicę z dziesiątkami cyfrowych i analogowych wskaźników przyrządów takich, jak wysokościomierze, przyrządy kontrolno-pomiarowe, monitory sygnalizatorów, urządzenia alarmowe, żyroskopy oraz monitory ciekło-fermionowe, Następnie nacisnął czerwony przełącznik po swojej lewej stronie.

* * *

Kepusie wyewoluowały z gatunku kotów, które zamieszkiwały planetę Ziemia, znajdującą się w Drodze Mlecznej. Materiał genetyczny kotów został przeniesiony przez meteoryt do Wielkiej Mgławicy w Andromedzie. Tam, w galaktyce spiralnej o nazwie M31, dotarł na jedną z trzech średniej wielkości planet, którą Kepusie nazwały KOTO.

To jest ich dom, oddalony o dwa miliony lat świetlnych od ziemskiego Układu Słonecznego, ale one o tym nie wiedzą. Galaktyka z Koto podobnie jak Droga Mleczna z Ziemią, miała gwiazdy oraz planety krążące nie tylko wokół słońc, ale i kwazarów. Koty, które na planecie Ziemia umiały tylko łowić myszy i wylegiwać się koło pieca lub na słońcu, po powstaniu nowego gatunku dokonały ogromnego postępu technicznego.

Kepusiom nie chodzi tylko o to, żeby tylko przeżyć, ale też dokonać jakichś odkryć, zbudować coś nowego. Są przeciwnikami magii pod każdą postacią, bo w ich filozofii życiowej stamtąd zieje pustką.

Na planecie Koto jest jeden superkontynent o nazwie Kepolandia, który zajmuje 45 procent powierzchni i ze wszystkich stron jest otoczony oceanem Merionowym. Na środku kontynentu znajduje się największe miasto o nazwie Orion. Jest ono sercem planety pod względem przemysłowym. Na pierwszym wschodzie nad brzegiem kontynentu leży miasto Hezon, które graniczy ze skalistą pustynią Kanion, na której różnica poziomów pomiędzy krawędzią i dnem przekracza 4,4 kilometra. Na zachodzie położone jesto miasto Kell. Kiedy się patrzy w kierunku drugiego wschodu słońca, można zobaczyć miasto portowe Pikromedes. W części zachodnio-drugiego-zachodu leży pustynia piaszczysto-skalista Soara o powierzchni 24 milionów kilometrów kwadratowych. Między miastami Nikomedes a Orion znajduje się morze, które połączone jest z oceanem pięcioma rzekami. Jest tylko jedna pora roku — lato.

Kepusiom w Kepolandii życie biegło lekko i przyjemnie każdy robił to, co lubił. Miało się to jednak wkrótce zmienić.

Plan planety Koto

Rok trwa tam 400 dni, a dzień 32 godz. Nocy nie było w ogóle, bo planetę tę okrążały dwie gwiazdy, które wschodziły nad planetą co szesnaście godzin. Pierwsza gwiazda kwazarowa świeciła dwukrotnie jaśniej, oświetlając planetę swoim niebieskim blaskiem niż druga gwiazda, którą było Słońce barwy żółtej. Obie te gwiazdy potocznie nazywano słońcami.

* * *

Procjon, spoglądając na Outrona, powiedział:

— Za dwie minuty wzejdzie drugie słońce, która oślepi nas swoim blaskiem. Przyciemnij zatem szyby kabiny.

Kepuś Outron, uśmiechając się do kapitana, odpowiedział:

— Chwila.

Po czym nacisnął przycisk barwy oliwkowej i szyby zmieniły kolor na jasno-srebrny.

Samolot zaczął powoli osiadać na granitowej płycie lotniska. Rozległ się pisk opon trących o podłoże. Maszyna zadrżała, następnie zaczęła wytracać powoli prędkość.

— Tak się zastanawiam — rzekł Outron — jaka jest prędkość cząsteczek?

Procjon spojrzał w jego stronę i uśmiechając się, odrzekł:

— Prędkość cząsteczek nawet tego samego gazu jest różna, Outronie. Jedne poruszają się bardzo wolno, inne nieco prędzej, a inne jeszcze szybciej. Najwięcej jest cząsteczek poruszających się z prędkościami pośrednimi. Te pośrednie prędkości są różne dla różnych gazów. W otaczającym nas powietrzu cząsteczki — na przykład tlenu — poruszają się ze średnią prędkością 500 m/s (1800 km/h), a cząsteczki dwutlenku węgla z prędkością 400 m/s (1440 km/h).

— A zatem średnia prędkość cząsteczek tlenu jest większa od prędkości naszego samolotu — kalkulował na głos Outron, wpadając w słowo Procjonowi.

— Tak. No, widzę, że kumasz, o co chodzi. Wyobraź sobie, że metalowe belki wmontowane w skrzydłach naszego samolotu, pozornie niezmienne, pełne spokoju i bezruchu, składają się z wiecznie poruszających się cząsteczek. Podobnie pokład, po którym chodzimy, woda, którą pijemy, powietrze, które wdychamy. Gdziekolwiek spojrzymy, tam, poza pozorną martwotą, spostrzegamy zawsze wieczny ruch. Ruch jest nieodłączny od wszelkich ciał, które nas otaczają, nieodłączny od materii. Nie ma ruchu bez materii i materii bez ruchu.

Następnie po zatrzymaniu się Procjon wyłączył silniki i wyszedł z kabiny za Outronem, kierując się do wyjścia po prawej stronie. Outron pociągnął zatrzask, znajdujący się w środku drzwi, czym spowodował ich automatyczne otwarcie się, a wraz z nimi również aumatycznie zaczęły wysuwać się schody. Najpierw zaczął schodzić Procjon. Był kapitanem, szefem klanu. Miał ciemnopomarańczowe futro, oprócz tylnych nóg, bo te były niebieskie. Wyglądało to tak, jakby nosił skarpetki. Tak jak wiele Kepusiów miał oczy koloru żółtego, twarz okrągłą, czerwony nosek, białe równe ząbki, dwie ręce, a na każdej z nich po pięć palców zaopatrzonych w ukryte pazury. Głowę zwieńczały stojące uszy. Procjon, jak i wszystkie inne kepusie, chodził na dwóch nogach. No i miał kucyk zamiast ogona. Był inteligentny i niezależny, a także najstarszy, bo miał już 1438 lat.

Tuż za Procjonem kroczył pilot Outron, z zawodu nawigator samolotów. Średniej budowy Outron miał jasnozielone futro, a oczy koloru piwnego.

Outron przyspieszył i zrównał się krokiem z kapitanem.

Wtedy kapitan spytał:

— To co? Idziemy na kubek gorącego mleka?

— Jak najbardziej — żarliwie potwierdził Outron.

Po czym obaj skierowali się w kierunku bloku w kształcie litery K, w którym była jadalnia, blok koloru żółtego kształtem przypominał pięciokąt.

Gdy tak szli obok siebie, Outron zapytał:

— A ile jest cząsteczek w pozornie pustej szklance?

— Zależy to między innymi od ciśnienia. To znaczy od tego, jak takie cząsteczki w szklance są „ścieśnione‘’. W szklance zwykłego powietrza... takiego zwykłego, jakie otacza w tej chwili każdego z nas... znajduje się ich tryliard. Abyś uświadomił sobie, jak wielka jest to liczba, wyobraź sobie, że w ciągu jednej sekundy ucieka z tej szklanki miliard cząsteczek i żadna z nich nie wraca. To po ilu latach szklanka się opróżni?

— Nnnie wiem... — odpowiedział Outron po chwili i spostrzegł, że kapitan uważnie mu się przygląda.

— Po 20.531 latach. Odpowiednikiem tego czasu na planecie Ziemia jest trzydzieści tysięcy lat.

— Na meteoryta Pika!

— Zapamiętaj prawo zachowania materii: „materia jest niezniszczalna”.

— A co to znaczy ?

— To oznacza, że materii nie można unicestwić. Materia może tylko przechodzić z jednej postaci w drugą. Ta ciągła zmienność materii jest ich podstawową własnością, którą zauważył Platomedes.

— A czemu węgiel i ropę naftową przestaliśmy eksploatować?

Procjon zatrzymał się i machinalnie podrapał się po nosie, po czym odpowiedział:

— Bo palenie się tych substancji jest procesem chemicznym, który polega na łączeniu się atomów spalonej substancji z atomami tlenu w cząsteczki chemiczne. W reakcji tej biorą udział tylko elektrony, krążące wokół jąder tych atomów, a same jądra nie ulegają zmianom. Natomiast w czasie reakcji jądrowej — jak na przykład podczas dzielenia się jąder atomów ciężkich — przegrupowują się protony i neutrony zawarte w jądrach atomów. Energia wiązania tych cząstek jest milion razy większa od energii wiązania elektronów, otaczających jądra i dlatego podczas reakcji jądrowych wydziela się bez porównania więcej energii. Na przykład z jednego kilograma uranu235 wydziela się dwadzieścia milionów kilowatogodzin (kWh) energii, a w wyniku spalenia jednego kilograma ropy naftowej tylko dwanaście kilowatogodzin (kWh) energii.

Outron, nie spuszczając z niego wzroku, powiedział:

— A więc jeden kilogram uranu zamiast ośmiu tysięcy ton węgla kamiennego?

— Jeszcze mniej, Jeden kilogram daje siedem kilowatogodzin energii.

— A jak przebiega reakcja atomowa?

— Jesteś bardzo ciekawski, Outronie. Poczekaj, napiję się tylko mleka. — Upił trzy łyki i zaczął wyjaśniać ten proces: — Weźmy takie jądro uranu, rozpadające się na skutek bombardowania ich neutronami. Kiedy pojedynczy neutron bombarduje jądro uranu, jądro to rozpada się na dwa odłamki główne, będące jądrami innych, lżejszych atomów, oraz dwa, trzy swobodne neutrony zwane neutronami wtórnymi. Te odłamki jądra mają bardzo dużą prędkość, a tym samym i ogromną energię kinetyczną. Wówczas, gdy mamy do czynienia z wielką liczbą rozszczepień jądrowych, w krótkim czasie moc tej energii rośnie do ogromnych wprost rozmiarów.

— A jak cząsteczki gazu mogą, mimo ich wielkiej liczby, poruszać się dość swobodnie w małej objętości?

— To dzięki ich bardzo małym rozmiarom. Cząsteczki te jednak bardzo często zderzają się ze sobą. Liczba zderzeń cząsteczek jest bardzo duża. Kezon obliczył, że w otaczającym nas powietrzu cząsteczka tlenu ulega 6,5 miliardom zderzeń, a dwutlenek węgla 9 miliardom zderzeń na sekundę. Obliczył również, że droga prosta przebyta przez cząsteczkę tlenu pomiędzy dwoma kolejnymi zderzeniami wynosi 6 milionowych centymetra. Prawda, że droga ta wydaje się bardzo mała?

— Trudno mi to sobie wyobrazić.

— Ale cząsteczka tlenu — kontynuował swoją wypowiedź kapitan — jest trzysta razy mniejsza od wspomnianej drogi. Żebyś zdał sobie sprawę z tego, jaką drogę przebywa cząsteczka tlenu, wyobraź sobie, że te cząsteczki to samoloty, których rozpiętość skrzydeł i długość kadłuba wynosi siedemnaście metrów. Cząsteczki tlenu będą przypominały zderzające się co pewien czas samoloty, przy czym droga przebyta między dwoma kolejnymi zderzeniami wynosiłaby średnio pięć km. Droga zaś pomiędzy kolejnymi zderzeniami, zwana drogą swobodną, wzrasta gdy zmniejszamy ciśnienie gazu.

W tym samym momencie w mieście astrofizyk i matematyk, Pikromedes Kropek, zajmował się obserwacją i teoretyczną właściwością ciał niebieskich, materii rozproszonej i promieniowania w przestrzeni poza Koto. Jego nazwa Kropek wzięła się stąd, że był cały biały, tylko na plecach i brzuchu miał czarne kropki. Kropek wziął w obliczeniach pod uwagę aktualną trajektorię dwóch słońc, okrążających i oświetlających jego planetę, obliczył, że drugie słońce — gwiazda kwazarowa, oddalone o miliard kilometrów od Koto ma bardzo dużą gęstość. Jedna mała jego łyżeczka ważyła 1000 miliardów ton i świeciła ośmiokrotnie jaśniej od tego pierwszego słońca. Kwazar daje białe światło, w przeciwieństwie do Słońca, które promieniuje żółtym blaskiem. Po dokonaniu obliczeń Pikromedes Kropek stwierdził, że przez coraz silniejsze przyciąganie grawitacyjne oba słońca w końcu zderzą się ze sobą. Odrzut wybuchu nada kwazarowi tak dużą prędkość, że po 34 minutach wpadnie na planetę Koto, która w efekcie tego zdarzenia wyparuje pod wpływem bardzo wysokiej temperatury. Kropek jeszcze raz zrobił obliczenia, myśląc że się pomylił, ale te powtórne wyliczenia potwierdziły tylko, że za 405 dni nastąpi koniec istnienia kepusiowej planety.

Kepusie zasadniczo chodziły spać o godzinie 19:30. Żeby móc zasnąć, zasłaniały w oknach aluminiowe żaluzje, a przed snem piły soarę, czyli kawę zbożową. Nazwa tego napoju pochodziła od wytworzania jej z ziaren zboża hodowanego na terenie pustyni Soara. Kawa Soara jest dla Kepusiów napojem-kołderką.

Kropek zadzwonił do kapitana Procjona, żeby go powiadomić o swoim katastrofalnym odkryciu. Kapitan nadal delektował się kubkiem gorącego mleka w towarzystwie Outrona. Kiedy więc zadzwonił telefon kapitana, ten spojrzał na niego i powiedział:

— Och! Nie pozwolą nawet w spokoju wypić kubka gorącego mleka!

Telefon leżał po prawej stronie kubka, zatem też prawą ręką podniósł go i spojrzał na wyświetlacz. Poznał numer numer Kropka i powiedział do kolegi:

— To Kropek tak się do mnie dobija. — Nacisnął przycisk połącz i odezwał się poważnym tonem: — Tu kapitan Procjon. Słucham cię, Kropku ?

— Musimy opuścić naszą planetę Koto, ponieważ drugie słońce, gwiazda kwazarowa, zbliża się coraz bardziej do pierwszego słońca. Co rok o kilkaset kilometrów, co zakłóca grawitację pierwszego słońca. Teraz oba są jak dwa magnesy różnoimienne. Przyciągają się, co powoduje, że się do siebie szybko zbliżają. Kiedy kwazar wbije się w to pierwsze słońce, nastąpi gigantyczna eksplozja, która wystrzeli jak z procy pierwsze słońce prosto w nas. Ta katastrofa jest nieunikniona — wydusił jednym tchem.

— Hmm... co ty mówisz Kropku? Czy ty przypadkiem nie nawąchałeś się za dużo kepomlecza? (Jest to roślina, po której widzi się na jawie wszystko, co w tym dniu sobie myślałeś).

— Od tygodnia niczego nie wąchałem, bo pilnie pracuję w swoim laboratorium! — wrzasnął Kropek. — Co mam innym powiedzieć?

— Prawdę. Teraz trzeba powiadomić o tym fakcie załogę stacji orbitalnej okrążającej Koto, aby dokonali transformacji na statek kosmiczny. Potem trzeba przygotować miejsca dla wszystkich kepusiów. W celu znalezienia we Wszechświecie planety podobnej do naszej, na której będzie skalista gleba, woda, klimat o temperaturze od 10 do 14 stopni kedaronów (1 kedaron to 2 stopnie Celsjusza) oraz niezbędny do oddychania tlen.

— Ze wszystkich planet w naszym układzie jest tylko jedna, która może utrzymać życie, to tylko nasza planeta, znajdująca się w odpowiedniej odległości od słońc, z idealnym klimatem. Jest naszą szczęśliwą planetą. Mamy tu krajobrazy spektakularnie piękne. To są idealne warunki dla nas. Gdzie my znajdziemy drugą taką ?

— Wcześniej czy później znajdziemy planetę, i to nie jedną. To jest tylko kwestia czasu.

— To teraz zadzwoń do stacji orbitalnej — odpowiedział Procjon i rozłączył się z Kropkiem.

* * *

Stacja orbitalna białego koloru, o nazwie „Keraz4321”, z łatwością mogła się zamienić na statek międzygalaktyczny po naciśnięciu zaledwie czterech przycisków. W końcu technika Kepusiów liczyła ponad 200 lat. „Keraz4321” ma kształt itery V. Po naciśnięciu pierwszego przycisku na kadłubie górnym rozwijał się nad całą powierzchnię statku żagiel napędzany wiatrem słonecznym. Drugi i trzeci przycisk to chowanie baterii słonecznych, które znajdują się wzdłuż boków kadłuba, a czwarty przycisk uruchamia dwa silniki znajdujące się w tylnej części statku. Wcześniej statek poleciał tylko raz, żeby odwiedzić sąsiednią planetę Anzel, oddaloną zaledwie o 200 milionów kilometrów. Mimo że Kepusie dotarły tam całe i zdrowe, to na miejscu okazało się, że cała planeta jest pokryta tysiącem wulkanów, które eksplodując co kilka godzin, zalewały ogromne obszary oliwą, tryskającą niczym gejzery.

„Keraz4321” był dumą gatunku Kepusiów. Grawitację na Keraz sztucznie wytwarzano za pomocą dwóch magnesów. Sama stacja składała się z siedmiu pokładów. Na pierwszym, górnym, był poziom sterowniczy. Na drugim pokoje, łazienka oraz duży salon. Na trzecim kuchnia, stołówka, basen, kino, stół bilardowy oraz sala komputerowa. Na czwartym i piątym poziomie znajdował się sad, w którym w doniczkach rosły trzymetrowej wysokości drzewka kokosowe, czyli podstawowy pokarm Kepusiów. Ich owoce pestkowe, zwane orzechem kokosowym, były zamknięte w bardzo twardej brązowej i włochatej skorupce o grubości dwóch milimetrów. W środku orzech miał dwa litry pysznego mleczka, za którym Kepusie przepadały. Mleczko miało barwę białą. W sadzie rósł też kepomlecz. Na szóstym pokładzie znajdował się magazyn z żywnością, a na siódmym ogromny, o wysokości 20 metrów hangar dla statków, które wlatywały przez wrota umieszczone w bocznej części orbitera. Pod podłogą ten wspaniały prom miał wysuwane podwozie, składające się z trzech ogromnych dysków antygrawitacyjnych. Długość orbitera to 250, szerokość 70, a grubość 35 metrów. Statek napędzały cztery reaktory eleanotorowo-ezonowe (pierwiastek ezon chłodzony laserowo). Z tylnej części statku wylatywały fotony. Ich odrzut z olbrzymią mocą powodował, że wprowadzały statek w ruch do przodu, czyli w przeciwną stronę, niż one wylatywały z tyłu, nadając mu niebagatelną prędkość międzyplanetarną 98 procent prędkości światła.

* * *

W Kepolandii żyło ponad 100 Kepusiów. Większość mieszkała w domach z cegieł, a reszta w domach wydrążonych w drzewach o nazwie kekwoje (dorastały do dwustu metrów wysokości, a ich średnica dochodziła do pięćdziesięciu metrów), ich lancetowate liście były wiecznie fioletowe. Każdy z Kepusiów miał po dwa takie domy wydrążone w kekwojach, w sześciu różnych miastach rozsianych po całym kontynencie.

* * *

Tymczasem 100 kilometrów od miasta Nikomedes, na oceanie załoga łodzi podwodnej „K-III” odebrała sygnał radiowy wysłany alfabetem Kota. Jak ustalił nawigator Menus, sygnał wysłano z odległości dwudziestu kilometrów z kierunku drugiego zachodu. Menus odszyfrował kod o następującej treści: „ Toniemy, załoga Magnezala”. Menus wziął w prawą rękę kartkę z przezroczystej folii z wydrukowanym tekstem wiadomości i pobiegł do Ketosa.

„K-III” wypłynął w celach badawczo-naukowych. Oprócz Menusa na pokładzie znajdowało się jeszcze 8 Kepusiów — dowódca Ketos, Aema, Kater, Relimedes, Ragemedes, Aurela, Grey oraz kucharka Karen i piekarz Wuon.

Kiedy Menus wpadł do kabiny, Grey rozmawiał w tym czasie z kucharką Karen. Co chwilę się do niej uśmiechał i dopytywał się, co dzisiaj będzie na obiad.

Menus wpadł do kabiny tak zasapany, że aż nie mógł mówić, tylko sapiąc i fukając, podał kartkę foliową z odkodowanym tekstem Ketosowi. Kapitan wziął prawą ręką folię z notatką napisaną czarną czcionką na białym tle. Po przeczytaniu sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej telefon radiowy o zasięgu czterdziestu kilometrów, podłączony do wszystkich głośników na łodzi podwodnej, włączył odpowiedni przełącznik i stanąwszy przed urządzeniem, zaczął mówić:

— Uwaga! Przerywamy badania naukowe, ponieważ statek „Magnezal” tonie. Mamy rozkaz ratować załogę.

Wyłączył interkom i zwrócił się za pomocą radia do Relimedesa:

— Pełne wynurzenie, Relimedesie!

Ten akurat w tej chwili siedział w maszynowni na fotelu i bawił się jojem, zajadając z Wuonem cukierki. Po wysłuchaniu komunikatu błyskawicznie zerwał się na nogi i wziąwszy swój telefon radiowy, krzyknął:

— Gotów!

Lewą ręką przesunął dźwignię w dół i włączył pompy, które zaczęły wypompowywać wodę z dwóch komór umieszczonych na przodzie, a z trzeciej na końcu kadłuba. Po dwóch minutach górny kadłub „K-III” wynurzył się do połowy na powierzchnię wody. Wtedy Grey, skręcając kierownicą w lewo, obrał kurs na drugi wschód słońca.

— Relimedes zaraportował, że zaraz się całkowicie wynurzymy!

— Tylko do połowy. Wyłącz pompy i daj pełną moc silnika.

— Tak jest!

Po trzech minutach „K-III” osiągnęło maksymalną prędkość 420 kilometrów na godzinę. „K-III” jest łodzią podwodną napędzaną wodorem.

„Magnezal” to statek transportowy, który płynął do portu w Pikromedes. Na pokładzie miał pół miliona ton magnezu (stąd też nazwa statku), a magnez jest niezbędny do budowy antygrawitacyjnych kosmosamolotów. Załoga liczyła sześć osób. Transportowiec zaczął nabierać wody po tym, jak zderzył się z ortonalem. Ośmiocalowy kadłub statku został rozpruty niczym konserwa sardynek.

Ortonale to smoki, które pływały w praoceanie i ważyły dwa tysiące ton, wielkością dorówując statkom. Już z daleka widać je płynące pod powierzchnią wody. Ich ciała świecą kolorem ciemnożółtym. Na głowie miały siedem dużych par oczu czarnych jak okruchy kamiennego węgla.

Widocznie załoga „Magnezala” przez zabawę, jaką mieli na pokładzie, nie zauważyła niebezpieczeństwa. Ortonale nie atakowały kapusiów. Żyły z nimi w przyjaźni. Same żywiły się glonami. Najprawdopodobniej wynurzył się z dna oceanu, żeby nabrać tlenu niezbędnego do nurkowania na następną dobę (dla przypomnienia 32 godziny).

Załoga tonącego statku wdrapała się na jeden z kontenerów, w środku którego znajdował się ładunek. Statek już prawie cały został pochłonięty przez wodę. Sześcioosobowa załoga zaczęła dryfować na kontenerze, czekając na pomoc. Nie była pewna, czy ktoś odebrał ich S.O.S.

Po dziesięciu minutach dryfowania, które dla nich wydawały się godzinami, kucharz Aveni, rozglądając się po oceanie ujrzał szybko zbliżający się do nich statek. Wtedy krzyknął:

— Jesteśmy uratowani! Patrzcie! Patrzcie!

Wszyscy skierowali spojrzenia w kierunku drugiego wschodu i zaczęli krzyczeć i machać rękoma. Gdy przez peryskop Ketos ujrzał załogę na kontenerowcu, przez telefon pokładowy powiedział do Relimedesa:

— Zwolnić obroty silnika do jednego kilometra na godzinę!

Relimedes wykonał polecenie, przesuwając odpowiednią dźwignię do góry. „K-III” podpłynęła tak blisko do dryfującego kontenera, że każdy członek załogi po kolei jednym krokiem przeskoczył na kadłub ratowniczego statku. Najpierw przywitał ich Grey. Gdy szedł po górnym kadłubie, powiedział uśmiechając się:

— Witamy na pokładzie „Kepusia-III” i zapraszam do środka!

Jako pierwszy z ocalonych podał swą dłoń elektryk Archel, potrząsając energicznie ręką Greya.

— Dziękuję, dziękuję w imieniu moim i załogi — powiedział Archel.

Za nim weszli przez właz do wnętrza „K-III” wszyscy pozostali członkowie „Magnezala”. Jako ostatni z ocalałych z „Magnezala” wszedł konstruktor i biofizyk Ramzes i zamknął za sobą właz, obracając trzykrotnie wielkim kołem w lewą stronę.

— Pewnie chce się wam pić? — zapytał Grey.

— O taaak! — odpowiedzieli wszyscy chórem, drepcząc za nim gęsiego wąskim korytarzem.

Po zaprowadzeniu rozbitków do jadalni, oficer rzekł:

— Tutaj nasza kucharka Karen zaopiekuje się waszymi pustymi brzuchami, a ja teraz udam się do kabiny dowodzenia. To na razie — dodał jeszcze na odchodnym Grey, po czym odwrócił się na pięcie i zamykając za sobą drzwi, wymaszerował z kantyny.

Karen uśmiechając, się przyniosła kubki z gorącym mlekiem kokosowym.

— A może chcecie coś na ząb? — uprzejmie zapytała.

— Tak! — żarliwie odpowiedział Aveni.

— Za chwilkę wam przyniosę.

Po czym przyniosła placki ziemniaczane. Postawiła talerz na stole i spytała:

— Od jak dawna pływacie po tym sektorze?

Nic nie odpowiedzieli. Bardzo byli zajęci łapczywym spożywaniem placków.

Dopiero po jakiejś chwili odezwał się Aveni:

— Od połowy roku.

— A my badamy go już od kilku miesięcy. No proszę, i ani razu się nie spotkaliśmy.

Aveni, upiwszy łyk mleka, odparł:

— Bo my przeważnie pływamy w głębinach.

— To szczęście, że byliście tak blisko nas, bo rekiny miałyby z nas obiad! — dorzucił marynarz Ardos.

— Ech! Nie było jeszcze tak źle. Przecież siedzieliśmy na kontenerze — odezwał się Aveni.

— Nie mów z pełnymi ustami — upomniał Aveniego Relimedes.

W tym czasie do jadalni przyszła na swój obiad załoga „K-III”. W wejściu krzyknęli do gości:

— Cześć wam! Smacznego!

— Dziękujemy! — odpowiedzieli chórem rozbitkowie.

Załoga „K-III” przysiadła się do nowoprzybyłych, zajmując miejsca naprzeciwko, wzdłuż drugiej strony stołu. Karen przyniosła siedem kubków gorącego mleka i po ciastku kokosowym. Załoga „Magnezala” po spożytym posiłku i niedawnych emocjach poczuła się senna. Zwrócili się więc do nadchodzącego właśnie Ketoza, by wskazał im ich miejsca odpoczynku.

— Idźcie za Rademedesem. On was zaprowadzi.

Rademedes tylko skinął głową i zaprowadził ich do pokoju, na którego drzwiach widniał napis „k4m”.

* * *

Astrofizyk Kropek uporczywie wydzwaniał do stacji orbitalnej, ale nikt nie odbierał telefonu. Nie wiedział, że załoga „KX” zrobiła sobie imprezę z okazji dwustuosiemdziesiątych urodzin Tradola. Muzyka była włączona na cały regulator. Kropek zniecierpliwiony pięciominutowym oczekiwaniem już miał zrezygnować, gdy ktoś wreszcie odebrał. W tle słychać było piosenkę zespołu Qeryx.

— Halo?

— Tu Kropek. Dostałem polecenie od kapitan Procjona, by się z wami skontaktować z powodu szybko zbliżającego się niebezpieczeństwa.

— Do rzeczy, proszę! Co się dzieje?!

— Za 405 dni.

Po czym astrofizyk powtórzył to samo, co mówił kapitanowi.

Rethon zbladł. Zauważyła to reszta załogi, mimo że wszyscy byli zajęci tańcami. Coś się wydarzyło. Po minie Rethona widać było, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Tradol podszedł do wieży i wyłączył mp9, przyciskając guzik z napisem stop.

— To co mamy zrobić? — zapytał Rethon.

— Przygotujcie w orbiterze dodatkowe miejsce na ewakuację wszystkich Kepusiów!

— Wszystkich?! Na heurekę! Przecież tu będzie, jak w wesołym miasteczku. A poza tym, czy aby wszyscy się zmieścimy? Przecież nas jest tak dużo.

— Jakoś to będzie. Nie martw się zawczasu. Przecież w chwili zagrożenia Kepusie pomagają sobie nawzajem. Pamiętasz tę powódź sprzed 120 lat?

— Pewnie, że dobrze pamiętam. No, dobrze, to w takim razie załoga zaraz zabierze się do pracy. Myślę, że za dwie doby orbiter będzie przygotowany do ewakuacji.

— To świetnie — odpowiedział Kropek i rozłączył się z Rethonem.

Tomeana spytała:

— Co się stało?

Rethon przekazał, jaką otrzymał wiadomość od Kropka i co należy zrobić.

Tylko Sastoteles nie tańczył na urodzinach Tradola, bo był tak gruby, że po kilku minutach by się zmęczył. Siedział więc przy stole i zajadł tort oraz inne łakocie. Uważał, że po to się urodził, aby jeść.

Rybak Orion, wszechstronnie uzdolniony wynalazca, dla odmiany tańczył szybko niczym śmigło helikoptera. To on skonstruował NGO (neutralizator grawitacji Oriona). Jest to urządzenie w kształcie dysku o średnicy 12 cm, które tysiąckrotnie zmniejszało ciężar. W 5068 roku dostał za ten wynalazek keponobla.

Nymon i Hedrozaur, miały tą wspaniałą cechę umysłu, która dała mu umiejętność wyjścia z każdej niebezpiecznej sytuacji, byli najlepszymi przyjacielami.

Obok niego tańczył Amenol, ściane podpierał Kedaron który lubił się huśtać. Kedaron wszystko widział w kolorowych barwach. Zbudował termometr z własną skalą.

Siedząc przy otwartym oknie, zasłuchani w szelest liści drzew, Einstain, Korfel, Pozyton i Neutron pili gorące mleko ze swoich kubków. Einstein o sierści brązowej i kręconych włosach zajmował się teorią mechaniki kwantowej, którą sam wymyślił, oraz kosmologią, to jest genezą i ewolucją wszechświata. Był odkrywcą cząstki Kachion, poruszającej się z prędkością trzysta razy większą od prędkości światła. Spojrzał na Pozytona i uśmiechając się, powiedział:

— A ta tajemnicza eksplozja, która miała miejsce nad lasem pięć tysięcy kilometrów od Nikomedesa 178 w dniu 50.112 roku została wyjaśniona?

— Tak. Przypominam ją sobie. Oglądałem to w programie SEQUAX. Ten tajemniczy wybuch nazwany został meteorytem Nikomedesowym. Badał go Kezon. Według niego siła wybuchu miała sto megaton energii. Kezon wyliczył z rozmiarów zniszczeń, jakie zastał po przyjeździe na miejsce. Las był powalony w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów od centrum wybuchu .

— Nie do wiary! Sto megaton!? To jak bomba kwazarowa.

Neutron wstał i zaczął spacerować po pokoju. Z zawodu chemik kwantowy i zgodnie ze swoim zawodem starał się możliwie najdokładniej rozwiązać równanie w celu opisania rzeczywistości.

— A może to jest kawałek antymaterii z kosmosu, który wtargnął w atmosferę naszej planety?

— Możliwe — odpowiedział Pozyton.

Imię Pozyton pochodzi od niepoprawnie pozytywnego myślenia właściciela tego imienia, gdzie jego ulubione powiedzenie brzmi: „Jakoś to będzie”.

— Widzę, że znasz się na archeologii — powiedział Einstain.

— Trochę interesuję się tą dziedziną. Od kilku lat to moje hobby.

— Legendę o tym wybuchu w mieście Nikomedes opowiada się do dziś —zauważył Korfer. — Mieszkałem tam ponad 120 lat.

— Ja tam uważam, że to jest to nieudane lądowanie statku ASOP (Obcy Statek Pozaplanetarny, czyli Alien Ship Off Planet, wymawia się asopy).

Do rozmowy wtrącił się Einstain:

— Ale macie bujną fantazję! Myślę, że jest to zabłąkana planetoida (skalista bryła o średnicy większej niż 4 kilometry). Gdy weszła w atmosferę Koto, to wskutek tarcia jej wewnętrzne ciśnienie rozerwało ją na strzępy. Stąd ten wybuch. Albo jest to kosmiczny gruz, jaki pozostał po okresie formowania się naszego systemu sprzed 7,5 miliarda lat. Krótko mówiąc, są to pozostałości, które nie zostały wkomponowane w planety i ich księżyce.

— A może zrobimy wyprawę do tego lasu? Co wy na to? — rzucił propozycję Pozyton. — Na pewno będzie fajnie? Pionolot nas wysadzi dziesięć kilometrów od doliny, w której był ten wybuch. To jak?

— Pomyślę — odpowiedział Neutron .

* * *

Drugie Słońce znajdowało się już w połowie swej wędrówki do zachodu, kiedy Tradol, Naproxen i Deinos maszerowali obrzeżem miasta Hezon. Wybierali się poserfować na swoich deskach. Każdy przyciskał do piersi swoją dechę. W miarę zbliżania się do celu, otaczający widok zaczął wzbudzać zainteresowanie Kepusiów. W oddali ujrzeli przed sobą jasnożółtą pływającą wyspę, wyrastającą wprost z lazurowego oceanu.

Deinos krzyknął:

— Kto ostatni na wyspie, ten będzie ropuchą!

Wszyscy spojrzeli na niego i rzucili się biegiem w kierunku nieznanej wyspy, nie wypuszczając z objęć swoich desek. Rzucili je na wodę, następnie położyli się na nich i wiosłując rękami, zaczęli nabierać prędkości. Wtedy poniosła ich fala, a w połowie drogi znikła tak samo nagle, jak się pojawiła. Naproxen zaczął ze wszystkich sił machać rękami, by po chwili wyprzedzić kolegów. Z uśmiechem przechwalał się:

— Dobrze, że jestem taki szczupły... hehehe... To dlatego tak szybko płynę!

— Nie marudź — skarcił go Tradol.

Naproxen pierwszy dopłynął na brzeg wyspy. Stał i chichotał, a do zbliżającego się Deinosa rzekł:

— To już wiemy, kto będzie ropuchą!

— Tak — odpowiedział Deinos, śmiejąc się: — Tradol!

Po kilku minutach dopłynął Tradol i sapiąc wygramolił się z wody, ciągnąc za sobą swoją deskę. Potem rzucił ją na plażę i rzekł:

— Ooo, wielkie mi zawody. Nie chciałem was wyprzedzić, żebyście mieli radochę.

Po czym zmęczony bachnął się na plażę, a Naproxen i Deinos zwijali się ze śmiechu.

Deinos był rolnikiem. Ogarnął wzrokiem wyspę i powiedział do Tradola:

— Wstawaj, dosyć tego leniuchowania! Przygody wzywają!

Grymasząc coś pod nosem, Tradol powoli gramolił się na nogi. Zaczęli iść.

Wyspa w większości była porośnięta trawą barwy ciemnozielonej, na której rosły drzewa pięćdziesięciometrowej wysokości, które wydawały się wprost olbrzymami w porównaniu z Kepusiami, których przeciętny wzrost wynosił 180 centymetrów. Ogrodnik Naproxen pierwszy dojrzał czerwone owoce w kształcie kulek, zwisające z gałęzi drzew pod lancetowatymi liściami. Podekscytowany wykrzyknął natychmiast:

— Patrzcie w korony drzew!

— Spróbujmy tych owoców — zaproponował Deinos.

A Tradol dodał:

— Wejdź na drzewo, Naproxen, i urwij kilka tych owoców.

Naproxen, wbijając pazury w korę, zaczął się wspinać na drzewo.

Deinos, przyglądając się wspinaczce przyjaciela, powiedział do Tradola z powątpiewaniem w głosie:

— A może te owoce są trujące?

— Eeee tam, co ty gadasz. To jest pewnie jakiś słodki owoc, którego my jeszcze akurat nie znamy. Pomyśl, że będziemy pierwszymi, którzy go spróbują, że jesteśmy odkrywcami nieznanego gatunku rośliny.

Tradol cały dumnie się nadął.

Naproxen po dotarciu do korony drzewa zawołał:

— Hej! Uwaga! Ścinam! Łapcie!

Po czym, wysunąwszy pazur z palca prawej ręki, przeciął nim łodygę owocu. Wtedy powoli zaczął złazić z drzewa. Jednak zanim na dobre zsunął się z wierzchołka drzewa, to przez chwilę skoncentrował swoją uwagę na otoczeniu. Widział liście lancetowate, pachnące skórzaste kwiaty w kolorach białym lub zielonym, zgrupowane po około cztery do maksymalnie szesnastu w kątach liści.

Deinos lewą ręką złapał owoce kształtem przypominające wrzeciono. Wziął jeden do pyszczka i łapczywie go rozgryzł, by po chwili gwałtownie wszystko wypluć.

— Tfu! Błe...! To jest gorzkie!

Naproxen, który dotarł już do nich z wysokości, zaczął się z niego śmiać razem z Tradolem.

— To