Kciuk Inżyniera - Arthur Conan Doyle - ebook + audiobook

Kciuk Inżyniera ebook i audiobook

Arthur Conan Doyle

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Młody inżynier hydraulik Victor Hatherley dostaje zlecenie idealne: pięćdziesiąt gwinei za jedną noc pracy. Warunki są tylko dwa — absolutna dyskrecja i przyjazd ostatnim pociągiem. Na odludnej stacji w Eyford w hrabstwie Berkshire czeka na niego powóz z zasłoniętymi oknami, milczący woźnica i tajemniczy pułkownik Lysander Stark, który każe naprawić potężną prasę hydrauliczną rzekomo tłoczącą ziemię foluszniczą. Nim noc dobiegnie końca, inżynier będzie uciekał o życie — i straci kciuk.

 

Nazajutrz rano trafia z zakrwawioną dłonią na Baker Street, gdzie jego opowieść bada Sherlock Holmes i doktor Watson. Mroczne opowiadanie z cyklu Przygody Sherlocka Holmesa łączy klasyczną zagadkę kryminalną z atmosferą prawdziwego koszmaru — i kończy się odkryciem, którego nikt się nie spodziewał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 37

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jarosław Wrona

Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bleblata

Dobrze spędzony czas

Przesłuchana
00



Przygody Sherlocka Holmesa

Kciuk Inżyniera

Arthur Conan Doyle

WROTA WYOBRAŹNI · 2026

Kciuk Inżyniera

Autor: Arthur Conan Doyle

Tytuł oryginału: The Adventure of the Engineer’s Thumb

Wydanie I

ISBN: 978-83-68914-79-5

Copyright

© 2026 by Wrota Wyobraźni

Wszelkie prawa zastrzeżone

Ze wszystkich trudnych zagadek kryminalnych, których rozwiązanie powierzano mojemu przyjacielowi, Sherlockowi Holmesowi, tylko dwie trafiły do niego za moim pośrednictwem: sprawa kciuka pana Hatherleya isprawa obłędu pułkownika Warburtona. Ta ostatnia bez wątpienia stanowiła dla bystrego badacza wdzięczniejsze zadanie, pierwsza jednak już wsamym początku była tak niezwykła, aw całym przebiegu tak wysoce dramatyczna, że wydaje mi się godniejsza opowiedzenia, choć niezwykły dar dedukcji mego przyjaciela, któremu zawdzięczał zazwyczaj swe nieraz zdumiewające sukcesy, miał tu znacznie mniej pola do popisu. Historia ta, jak wszystkie tego rodzaju sensacyjne wiadomości, obiegła wszystkie dzienniki, ale opowiedziana na pół kolumny druku zpewnością wywarła na czytelniku znacznie mniejsze wrażenie niż tutaj, gdzie cały jej przebieg powoli rozegra się przed oczyma jego wyobraźni.

***

 Było to latem 1889 roku, wkrótce po moim ślubie. Powróciłem do prywatnej praktyki inie mieszkałem już oczywiście uHolmesa przy Baker Street; niemniej jednak odwiedzałem go często, aod czasu do czasu nakłaniałem go nawet, by sprzeniewierzył się swym kawalerskim przyzwyczajeniom izajrzał do nas. Moja praktyka powoli się rozrastała, aponieważ przypadkiem mieszkałem wpobliżu dworca Paddington, zgłaszało się do mnie po poradę niemało tamtejszych kolejarzy. Jeden znich, konduktor, którego wyleczyłem zprzewlekłej ibolesnej choroby, zaczął głosić moją sławę na wszystkie strony iprzysyłał mi każdego pacjenta, jakiego tylko zdołał pochwycić.

Pewnego ranka, nieco przed siódmą, obudziło mnie pukanie służącej, która oznajmiła, że dwóch panów przybyło zPaddington iczeka na mnie wgabinecie. Ubrałem się pospiesznie, wiedziałem bowiem zdoświadczenia, że wypadki kolejowe rzadko bywają błahe. Kiedy schodziłem po schodach, zgabinetu wyszedł mój dawny pacjent, konduktor, istarannie zamknął za sobą drzwi.

– Mam go tutaj – szepnął, wskazując kciukiem przez ramię. – Wszystko wporządku.

– O co chodzi? – zapytałem, bo jego zachowanie sugerowało, że zamknął wmoim gabinecie jakieś osobliwe stworzenie.

– To nowy pacjent – szepnął. – Uznałem, że najlepiej będzie przyprowadzić go osobiście, żeby mi się nie wymknął. Siedzi tam cały izdrów. Ale ja już muszę iść, doktorze, obowiązki wzywają, tak samo jak pana.

I wybiegł, poczciwiec, zanim zdążyłem mu podziękować.

W gabinecie zastałem siedzącego przy stole pana wskromnym brązowym tweedowym garniturze; miękką sukienną czapkę położył przed sobą na moich książkach. Jedną rękę miał owiniętą chustką, całą przesiąkniętą krwią. Był młody, na pierwszy rzut oka miał najwyżej dwadzieścia pięć lat; twarz miał męską, omocnych rysach, ale tak bladą, że sprawiał wrażenie człowieka, który niedawno przeżył gwałtowny wstrząs imimo wszelkich wysiłków wciąż nie zdołał nad nim zapanować.

– Przepraszam, że tak wcześnie pana zbudziłem, doktorze – rzekł. – Tej nocy spotkał mnie bardzo poważny wypadek. Przyjechałem porannym pociągiem na Paddington itam na stacji dopytywałem się, gdzie mógłbym znaleźć lekarza. Pewien uprzejmy człowiek przyprowadził mnie tutaj. Dałem pańskiej służącej swój bilet wizytowy, ale jak widzę, leży jeszcze na stoliku.

Wziąłem go do ręki iprzeczytałem: „Victor Hatherley, inżynier hydraulik, Victoria Street 16A, III piętro”. Takie zatem były nazwisko, zawód iadres mego porannego gościa.

– Bardzo mi przykro, że musiał pan czekać – rzekłem, zajmując miejsce za biurkiem. – Jeśli dobrze rozumiem, przybywa pan prosto znocnej podróży, ato zazwyczaj dość nudna rzecz.

– O, tym razem nie mogę tego powiedzieć – odparł iroześmiał się.

Śmiał się tak głośno ihałaśliwie, że aż odchylił się na krześle do tyłu imusiał trzymać się za boki. Wtej przesadnej wesołości było coś chorobliwego, poznałem to natychmiast.

– Proszę przestać! – zawołałem. – Niech pan się opanuje!

Nalałem mu wody zkarafki, ale na próżno. Miał atak histerii, jaki zdarza się unatur bardzo silnych, które przeszły jakieś wielkie wzburzenie.

Powoli się uspokoił izaczerwienił mocno zzakłopotania.

– Ależ się ośmieszyłem – wykrztusił.

– Bynajmniej. Proszę, niech pan to wypije. – Nalałem mu do wody trochę koniaku iwkrótce krew znów napłynęła do jego pobladłych policzków.

– To mi dobrze zrobiło – rzekł. – Ateraz, doktorze, może zechce pan obejrzeć mój kciuk, araczej miejsce, gdzie przedtem był.

Odwinął chustkę iwyciągnął rękę, której widok wstrząsnął nawet moimi zahartowanymi nerwami. Obok czterech wyciągniętych palców wmiejscu kciuka widniała głęboka, krwawa rana; kciuk został najwidoczniej odrąbany albo wyrwany usamej nasady.

– Wielki Boże! – zawołałem. – To okropna rana. Musiał pan stracić bardzo dużo krwi.

– O, tak. Zaraz potem zemdlałem imusiałem długo leżeć bez przytomności. Kiedy się ocknąłem, krew wciąż płynęła, więc obwiązałem sobie nadgarstek chustką izacisnąłem ją jak najmocniej za pomocą patyka.

– Znakomicie! Byłby zpana dobry chirurg. Ranę zadano wkażdym razie jakimś ostrym narzędziem?

– Czymś wrodzaju tasaka.

– Zapewne nieszczęśliwy wypadek?

– O, wcale nie.

– Na miłość boską, awięc napad morderczy?

– Zgadł pan.

– Ależ to okropne.

Przemyłem ranę, oczyściłem ją i