Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 333 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kazimierz Kaczor. Nie tylko polskie drogi - Paweł Piotrowicz

Pasjonujące wspomnienia jednego z najpopularniejszych polskich aktorów, niezapomnianego Jana Serce czy Leona Kurasia z Polskich dróg.

W rozmowie z Pawłem Piotrowiczem Kazimierz Kaczor z wdziękiem, humorem, ale i nie bez refleksji opowiada o swoim życiu i karierze, przyjaźniach i miłościach, sukcesach i rozczarowaniach. W książce nie brakuje barwnych i zabawnych anegdot z planów filmowych i scen teatralnych, wciągających historii z działalności opozycyjnej czy relacji z dalekich wypraw, między innymi na Karaiby.

Aktor nie ucieka od żadnego tematu – po raz pierwszy zdradza, jak naprawdę wyglądały okoliczności słynnej burzy wokół ZASP-u…

***

Kazimierz to oczywiście przede wszystkim mój miły i ciepły kolega z dawnych lat, czyli z czasów Polskich dróg. Ale to również człowiek wielkiego formatu, mający szeroką wiedzę nie tylko na temat swojego zawodu, lecz także świata, żeglarstwa czy komputerów. Do tego obdarzony jest dużymi zdolnościami menedżerskimi, dzięki którym jako prezes ZASP-u potrafił nieco inaczej niż wielu kolegów spojrzeć na sprawy naszego środowiska, choćby prawa twórców. Bardzo wiele mu, jako aktorzy, zawdzięczamy.

- Karol Strasburger, aktor

Kazik Kaczor to wyjątkowa postać. Wspaniały aktor, świetny żeglarz, szczery przyjaciel, doskonały towarzysz podróży, dobry człowiek. Miałam okazję przekonać się o tych wszystkich jego cechach. Cieszę się, że zechciał się podzielić z nami swoimi wspomnieniami i refleksjami. Pasjonująca lektura.

- Elżbieta Dzikowska, podróżniczka, reżyser i historyk sztuki

Kazika znam od czasów szkolnych spędzonych w II Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie. Gdy ściągałem od niego matematykę na maturze, nie przypuszczałem, że siedzę koło jednego z najbardziej utalentowanych polskich aktorów. Każda kreowana przez niego postać w teatrze, filmie czy telewizji jest niezwykle prawdziwa i wiarygodna. A są to role bardzo różne. Tyle w kwestiach zawodowych… A tak po ludzku, to nieszukający rozgłosu, skromny, ciepły i koleżeński człowiek. Świetny żeglarz, znany w środowisku. Żadne burze i oceaniczne sztormy nie są mu obce. Twardy facet.

- Andrzej Kotkowski, reżyser i scenarzysta

Wielki, skromny aktor, wiarygodny w każdej roli. Jak chyba nikt inny w polskim kinie potrafi zagrać tak zwanego prostego człowieka, który staje się pełnowymiarowym bohaterem, zyskując podziw i sympatię widza. Szkoda, że ostatnio filmowcy rzadko sobie o nim przypominają. Ich strata.

- Zdzisław Pietrasik, „Polityka”

O autorze:

Paweł  Piotrowicz (ur. 1976 w Głogowie) jest dziennikarzem muzycznym i filmowym, autorem blisko dwóch tysięcy publikacji, które pojawiły się między innymi na łamach „Filmu”, „Muzy”, „Premier”, „Machiny” i przede wszystkim portalu Onet., z którym blisko współpracuje od 2007 roku.

Opinie o ebooku Kazimierz Kaczor. Nie tylko polskie drogi - Paweł Piotrowicz

Fragment ebooka Kazimierz Kaczor. Nie tylko polskie drogi - Paweł Piotrowicz

1. Dzieciństwo

Jakie jest pańskie pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Ja jeszcze pamiętam wojnę… Moje pierwsze wspomnienie jest jednym z najbardziej przejmujących. Wiąże się przyjściem Niemców po mojego ojca Antoniego, który się wówczas ukrywał. To był jakiś 1944 rok, miałem trzy lata.

Ojciec ukrywał się z jakiegoś konkretnego powodu?

Wzięło się to z tego, że gdy podczas kampanii wrześniowej służył w 16. Pułku Piechoty, trafił do niewoli sowieckiej. Wcześniej został ranny odłamkiem granatu, blisko kręgosłupa, bliznę miał zresztą do końca życia. W transporcie do obozu jenieckiego był zabandażowany i prawdopodobnie przez to słabiej go pilnowano. W efekcie udało mu się uciec. Z nieznanych mi jednak przyczyn nigdy później nie chciał o tym mówić; być może właśnie dlatego nie mogliśmy wtedy zostać w Krakowie. Pojechaliśmy do Siemiechowa, jego rodzinnej wsi niedaleko Zakliczyna. Co było dla mnie dziwne, nie mieszkaliśmy w domu dziadków, lecz u ich znajomych, państwa Tarsów. Wynajmowaliśmy u nich jeden pokój.

Gdy przyszli po ojca, był właśnie w domu. Razem ze Staszkiem, synem Tarsów, schował się w sypialni pod łóżkiem. Niemcy weszli do kuchni. Pani Tarsina i moja mama Aniela przyjęły ich jakąś wódką i zakąską. Zwyczajnie chciały odwrócić ich uwagę, sprawić, by do tej sypialni nie zaglądali. Poskutkowało, choć nie do końca, bo po jakimś czasie rzucili: „Nie ma Antoniego, to bierzemy panią”. I zabrali matkę.

Te obrazki mam przed oczami do dziś: pierwszy, gdy wchodzili do domu przez werandę, co widziałem na ukos przez okno, i drugi, gdy mama postawiła nogę na taborecie i zapinała sobie kapce. Jako że jej w tym pomagałem, pamiętam, że drżały jej ręce. Byłem bardzo wystraszony… Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie. Dwa czy trzy dni później mama została wypuszczona. Nie mam pojęcia, czy na skutek czyjejś interwencji, przekazania łapówki czy tak po prostu.

Ma pan jeszcze jakieś wspomnienia z czasu wojny?

Kilka. Bardzo żywe jest to ze stycznia 1945 roku, miesiąca nie jestem pewien, już z Krakowa. Siedzieliśmy razem z rodzicami i sąsiadami w piwnicy naszej kamienicy, ukrywając się przed ostrzałem artyleryjskim. Co chwilę słyszałem potężne wybuchy. W pewnym momencie mama stwierdziła, że skoro wszystkim nam chce się pić, to pójdzie po wodę. Wzięła ze sobą dzbanuszek, który potem przez długie lata był w naszej rodzinie, dosyć duży, w niebieskie kwiatki, i wyszła. Strasznie się wtedy o nią bałem. Na szczęście wróciła, co było dla mnie źródłem wielkiej radości, większej niż łyk czystej, zimnej wody.

Następne zdarzenie widzę jak przez mgłę. Leżę na tapczanie i nagle coś go przesuwa. Sąsiedzi opowiadali później, że niedaleko nas wysadzono krakowską elektrownię, i to właśnie wybuch spowodował, że cały budynek zatrząsł się w posadach, a tapczan zmienił swoje położenie o jakiś metr.

I jeszcze jedno sobie przypominam: mamę biegnącą za ruszającym pociągiem towarowym. Chciała z Siemiechowa czy Zakliczyna dostać się do Krakowa. W jednej ręce trzymała mnie, a w drugiej walizkę… Usiłowała wskoczyć do wagonu, którym jechali niemieccy żołnierze. Kilku z nich, siedzących na schodkach, wciągnęło ją do środka. Pewnie w trakcie tego wciągania zraniłem się w stopę. Jeden z Niemców wyjął brązowy płyn, jodynę, i polał nią ranę. Jak to strasznie zabolało… Od tamtej pory nienawidzę słowa jodyna.

Pamiętam też pewnego Rosjanina, który po wyzwoleniu Krakowa przyszedł do naszego mieszkania, otwierał szuflady i przeszukiwał kredens. Siedzieliśmy w milczeniu na tapczanie. Nic cennego nie znalazł, machnął więc ręką i wyszedł. W opowieściach rodzinnych często przewijała się również historia o tym, jak poszedłem z mamą na spacer, pewnie po Plantach, i się jej wyrwałem. Podbiegłem do faceta w czarnym mundurze, złapałem go za spodnie i zapytałem: „Mamo, czy to jest Niemiec?”. To był gestapowiec… Pogroził mamie palcem, uśmiechnął się chyba i poszedł dalej.

Mała uwaga: to, o czym będę panu opowiadał, pochodzi z mojej własnej pamięci. A ta, jak wiadomo, jest zawodna. Stąd mogę mylić daty, nazwiska, coś przekręcić albo kogoś z moich przyjaciół nie wymienić, za co wszystkich przepraszam.

Kim byli pana rodzice?

Ojciec, Antoni, urodził się w 1916 roku. Pochodził z prostej chłopskiej rodziny, miał siedmioro rodzeństwa. Dosyć wcześnie wyjechał do Krakowa i starał się przyuczyć do najrozmaitszych zawodów, co mu się szczęśliwie udało. Jeszcze przed wojną wyrobił sobie prawo jazdy i pracował jako kierowca. W czasie wojny był kelnerem w Barze Krakowskim, który wtedy nosił nazwę Bar Ludowy. Na jednym ze zdjęć stoi przed frontem baru razem z drugim kelnerem i panem Woźniakiem, właścicielem.

Mama, Aniela, z domu Witana, rocznik 1918, była gospodynią domową. Z tego, co wiem, przez pewien czas dorabiała też drobnymi pracami biurowymi, gdyż często coś pisała i gdzieś te papiery zanosiła. Potem zajęła się wyłącznie prowadzeniem domu. W tamtych czasach nie było to wcale łatwe.

W domu było biednie?

Skromnie, ale nigdy nie cierpieliśmy głodu. Przynajmniej ja nie pamiętam, bym niedojadał. Ojciec nie zarabiał wiele, ale mama wykazywała się sporą gospodarnością, była bardzo zaradna. Razem z ojcem wyprodukowała na przykład szare mydło, a potem z powodzeniem sprzedawała je na pobliskim bazarku na Kazimierzu. Robiła też pastę do butów, którą nosiła w dosyć dużej szarej walizce. Ta pasta miała swój charakterystyczny zapach, bardzo słodki; mnie kojarzył się z łakociami. W każdym razie do dziś z przyjemnością o niej myślę.

Liczne znajomości rodziców na wsi sprawiały, że co jakiś czas, nawet podczas wojny, odbywali wyprawy za miasto po świniaka czy cielę.

Zapamiętał pan jakieś wyjątkowe smaki z dzieciństwa?

Czasy nie były za bogate, ale mama słynęła z gospodarności, więc prawie codziennie jedliśmy mięso, poza piątkami, kiedy z moją pomocą lepiła pierogi. Kotlety mielone mamy… Nie ma mowy, do tej pory nikt ich nie przebił. Na szczęście mam przepis, więc sam potrafię je zrobić. Zresztą lubię gotować. Z domu wyniosłem też zamiłowanie do schabowych – gdy na początku lat sześćdziesiątych pojechałem na kolonię jako wychowawca, kucharka, dowiedziawszy się o moim ulubionym przysmaku, usmażyła dla mnie piętnaście kotletów. Na jedno posiedzenie zjadłem dwanaście. Do dziś schabowe to jedna z moich największych kulinarnych słabości.

Wasza rodzina poniosła podczas wojny jakieś straty?

Rodzice i ja wyszliśmy z niej bez szwanku. Wiem, że wujek Wrona, mąż siostry mojej matki, zginął w Oświęcimiu. Natomiast wśród sąsiadów często padała nazwa Montelupich, a w Krakowie oznaczało to więzienie – i to takie, z którego często się nie wracało.

W jaki sposób rodzice się poznali?

Z tego, co wiem, w połowie 1938 roku. Mama również przyjechała do Krakowa za pracą, z Tuchowa. Ojciec prawdopodobnie poznał ją w barze, gdy był kelnerem. Pierwsze wspólne zdjęcie przedstawia ich spacerujących po Plantach.

Po wojnieojciecrównież pracował jako kelner?

Co chwilę zmieniał pracę. Z nieznanych mi zupełnie powodów zachowywał się bardzo tajemniczo, niekiedy znikał na parę dni. Nigdy jednak do tematu działalności wojennej nie wracał, a ja specjalnie go o to nie pytałem. Zrobiłem to raz, ale usłyszałem: „Lepiej, żebyś nie wiedział, to ci na nic nie jest potrzebne”.

Może był w podziemiu, w ruchu oporu?

Bardzo prawdopodobne. Wydaje mi się też, że głęboko tkwiła w nim świadomość, że w radzieckich spisach z 1939 roku figuruje jako polski żołnierz. Pewnie się bał. Kilku sąsiadów z kamienicy zniknęło przecież w tajemniczych okolicznościach. Nagle ich nie było, mówiło się, że coś się z nimi stało. Mama też nigdy nie obciążała mnie taką wiedzą.

Po wojnie ojciec parał się różnymi zajęciami, na kilka miesięcy wrócił nawet do Baru Krakowskiego. Przez jakiś czas widywałem go chyba w mundurze, nie pamiętam już jakim… Ostatecznie zatrudnił się jako kierowca w Krakowskich Zakładach Garbarskich. Stąd wzięło się moje zamiłowanie do pierwszej drużyny, której kibicowałem, nieistniejącej już dziś Garbarni. Pamiętam piękne boisko i stadion, z drewnianą, wspaniale pachnącą trybuną.

W czerwcu 1946 roku poszliśmy na ulicę Zyblikiewicza wziąć udział w referendum ludowym „3 × TAK”, które, jak się potem okazało, było jednym wielkim oszustwem. Ojciec należał, jeszcze od czasów przedwojennych, do PSL-u i być może dlatego nie brał nigdy żadnych awansów w pracy, nawet gdy mu proponowali wygodną posadę magazyniera czy zwierzchnika. Awans zawsze wiązał się z prześwietlaniem przeszłości, a także wejściem w rozmaite układy. Dlatego wolał pozostać kierowcą. Był w tym świetny, bezwypadkowy. To dzięki niemu, kiedy skończyłem osiemnaście lat, zrobiłem zawodowe prawo jazdy, tak zwaną trójkę, na samochód ciężarowy.

Gdzie w Krakowie mieszkaliście?

Najpierw na Kazimierzu, na trzecim piętrze kamienicy na rogu ulic Józefa i Estery. Mieliśmy właściwie tylko jeden duży pokój. Mieściło się w nim wszystko. Woda była na korytarzu. Zawsze gdy jestem na Kazimierzu, patrzę w okno, przez które lubiłem wyglądać…

Na przełomie 1946 i 1947 roku rodzice dostali przydział na mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Lubicz 3. To już był prawdziwy luksus. Mieliśmy i pokój, i kuchnię, z wodą i gazem. Ubikacja była co prawda na korytarzu, ale łazienkę można było urządzić w domu. Przez długie lata towarzyszyła nam tak zwana nasiadówka, czyli balia na wodę z wysokim oparciem. Człowiek się rozsiadał i kąpał. Dwa razy w tygodniu odbywaliśmy tam rodzinne kąpiele. Dziś to brzmi trochę spartańsko, ale naprawdę dało się w takich warunkach żyć.

Miał pan rodzeństwo?

Byłem jedynakiem i pewnie dlatego rodzicom łatwiej mnie było wychować. Po prostu bardziej o mnie dbali.

W domu panowała dobra atmosfera?

Najlepszym potwierdzeniem, że tak, jest to, że pamiętam tylko jedną kłótnię. Mama bardzo chciała, by ojciec rzucił jakąś pracę czy zajęcie. Domyślam się, że było to coś niebezpiecznego dla całej rodziny. W efekcie ustąpił. Raczej nie było więc źle. Tym bardziej że rodzice przeżyli jako szczęśliwe małżeństwo ponad pięćdziesiąt lat. A mnie dzieciństwo kojarzy się z nadzwyczajnym ciepłem i opiekuńczością, jakich doświadczyłem z ich strony.

Dziadków pan pamięta?

Do dziś mam przed oczami obrazy z Siemiechowa, dziadka Wawrzyńca i babci Zosi, którzy się mną bardzo dobrze opiekowali. Natomiast babcię Bronisławę i dziadka Franka od strony mamy pamiętam słabo, gdyż oboje bardzo wcześnie umarli. Jedyne, co mi się kojarzy, to że dziadek Franek był szewcem. Gdy mama zostawiała mnie u nich na Kazimierzu, dawał mi młotek i gwoździe i prosił, bym je wbijał we wszystko, co mi podłoży. Był bardzo z tego powodu zadowolony, pewnie go w jakiś sposób odciążałem. Ale od powrotu do Krakowa obojga już nie pamiętam.

Jakim był pan dzieckiem?

Powiedzmy, że małym rozrabiaką. Wśród bliższej i dalszej rodziny popularna była opowieść o tym, jak w czasie wojny, mieszkając u państwa Tarsów, dopuściłem się uśmiercenia indyka. Był to występek dosyć poważny. Pan Tarsa zapytał, dlaczego to zrobiłem. Odpowiedziałem: „Bo mi nie ustąpił z drogi”. „No, skoro ci nie ustąpił…”, skomentował nieco przebaczająco. Samo zdarzenie było jednak wyjątkowo jak na mnie drastyczne, bo ze zwierzętami żyłem za pan brat, zwłaszcza z psami. Pierwszym była suczka Saba, od której zaczęła się moja bezwarunkowa miłość do psów. No ale przecież coś takiego nie wyklucza rozrabiactwa.

Czy jako rozrabiaka wdawał się pan w bójki?

Raczej nie. Miałem za to wielu kolegów, zarówno na wsi, jak i w Krakowie. W grupie byłem raczej pupilem, gdyż na ogół otaczali mnie chłopcy starsi o rok, dwa czy trzy. Pierwszą, nazwijmy to, bójkę przeżyłem w podstawówce, na Plantach. Zaczepiła mnie jakaś banda i boleśnie dostałem po nosie, właściwie za nic. Choć nic mi nie zabrali. Wtedy, inaczej niż dziś, rabunki były rzadkością.

Gdzie się pan uczył?

Jakiś czas chodziłem do przedszkola na rogu ulic Mikołajskiej i Radziwiłłowskiej, obecnie Mikołaja Reja. Prowadziły je zakonnice, ale nie mam z tego okresu żadnych specjalnych wspomnień… W 1947 roku zostałem uczniem Szkoły Podstawowej nr 21im. Władysława Jagiełły. Znajdowała się przy placu Matejki. Raz do szkoły przyjechał jej dawny uczeń, marszałek Polski Michał Rola-Żymierski, by odsłonić specjalną tablicę upamiętniającą jego naukę. To była podniosła chwila: marszałek był przepięknie ubrany, a orderów, odznaczeń i naszywek na mundurze galowym miał tyle, że ledwo się mieściły… Uroczyste było też rozpoczęcie roku, gdy ze sztandarem szkoły – cóż to było za cudo! – szliśmy na drugą stronę placu Matejki, na mszę do kościoła św. Floriana. Kilka lat później byłem tam ministrantem.

Parokrotnie na zastępstwo za księdza Grabowskiego, który uczył nas religii, przychodził ksiądz, który w parafii św. Floriana był wikarym, czyli pomocnikiem proboszcza. Bardzo miło z nami gawędził, a po zajęciach zabierał na duży trawnik za kościołem, gdzie mogliśmy z nim pograć w piłkę. Był wysoki i chudy, w grze trochę mu przeszkadzała sutanna. Nazywaliśmy go wujkiem albo księdzem Karolem. Nikt z nas nie przypuszczał, że wiele lat później zostanie Janem Pawłem II. Cóż, każdy krakus tamtego pokolenia ma swoje wspomnienia związane z księdzem Wojtyłą. A ja w dodatku byłem za jego czasów ministrantem.

Służyć do mszy zacząłem siłą rozpędu, gdyż prawie wszyscy koledzy to robili. Ale nie spełniłem się w tym jakoś specjalnie, nie doszedłem nawet do rangi pierwszego ministranta.

Szkołę miał pan daleko od domu?

Zupełnie nie, około trzystu metrów, niemniej starałem się do niej dojeżdżać tramwajem. Całą kozackością tamtych czasów było to, że się wskakiwało do jadącego tramwaju. Ja to robiłem pod domem, a kiedy przejeżdżał obok Barbakanu i placu Matejki, to z niego wyskakiwałem. Tak zwane winogrona, czyli obwieszone ludźmi tramwaje, to był chleb powszedni. A już największy kozak to był ktoś, kto jeździł na schodach czy stopniach. Tyle że łatwo było o wypadek. Sam zresztą jeden widziałem.

Miałem wtedy z dziesięć lat. Zrobił na mnie wrażenie, a doszło do niego dosłownie na progu mojego domu, naprzeciwko dworca. UlicąLubicz szedł czwórkami oddział wojska, przed którym tramwaj nie dał rady wyhamować. Jeden z żołnierzy dostał się pod maszynę… Razem z kilkudziesięcioma innymi osobami usiłowaliśmy przesunąć ten tramwaj, by wydobyć nieszczęśnika spod kół. Nie widziałem go jednak. Później słyszałem, że obcięło mu nogi.

Czym się pan interesował w dzieciństwie?

Dosyć wcześnie złapałem bakcyla książkowego. Pamiętam, że dzięki mamie umiałem dobrze czytać już jako sześciolatek. A pamiętam to, ponieważ samodzielniena głos odczytałem informację, że pod Ustrzykami został zastrzelony generał Karol Świerczewski. A to był marzec 1947 roku. Moimi słuchaczami byli rodzice i sąsiedzi, którzy wspólnie grali w najrozmaitsze gry towarzyskie, karty czy szachy. Bardzo mnie potem za to czytanie chwalili.

Niezwykle znaczące wspomnienie z mojego życia związane jest z imieninami, miałem wtedy dziesięć czy jedenaście lat. Rodzice zapytali mnie, co chciałbym dostać. Odpowiedziałem, że „Trylogię”. Dużo o niej słyszałem, marzyłem więc o jej przeczytaniu. Mama i tato spojrzeli na siebie i odeszli na chwilę na bok, po czym, dokładnie to pamiętam, tata wrócił, wyciągnął z portfela sto złotych i mi je wręczył. Natychmiast pobiegłem do pani Ewy, która prowadziła stoisko z książkami. I tak oto stałem się właścicielem siedmiu tomów „Trylogii”. Cóż to był za zapach! Jakże miło było trzymać te nowe książki.

Pochłonąłem „Trylogię” od razu, w pełnym zachwycie.

Po latach, w 1974 roku, wystąpił pan wPotopieJerzego Hoffmana, choć przyznam szczerze – w ogóle pana z tego filmu nie pamiętam.

Nic dziwnego. U Hoffmana zagrałem pułkownika piechoty szkockiej, który ucztuje na dworze księcia Janusza Radziwiłła – to właśnie ta uczta, podczas której Kmicic dowiaduje się, że książę zawarł porozumienie ze szwedzkim królem Karolem Gustawem, czyli de facto zdradził Rzeczpospolitą. Jeśli się dobrze wpatrzyć w te sceny, to w jednej z nich, po prawej stronie ekranu, przez chwilę widoczny jest różowy rękaw koszuli z żabotami i kawałek brązowego skórzanego kaftana. I to jest właśnie pułkownik piechoty szkockiej w moim wydaniu. No cóż, twarzy mojej zabrakło, ale nikt mi nie powie, że nie było mnie w Potopie.

Zdjęcia do uczty kręcono w Krakowie przez trzy dni. Kiedy weszliśmy na Wawel, ujrzeliśmy przepięknie i przebogato zastawiony stół, z najrozmaitszymi potrawami, w tym pieczonymi bażantami i prosiakami, z głowami, w pełnej okazałości. Jerzy Hoffman zastrzegł, że nie można jadła dotykać, gdyż później nie będzie się dało zmontować materiału. A więc siedzieliśmy cały dzień, wpatrując się w te smakołyki. Nazajutrz było podobnie. Kiedy pojawiliśmy się na planie trzeciego dnia, wszystko już tak strasznie śmierdziało, że zaczęło się nam zbierać na wymioty. No ale grać trzeba było… W końcu przyszła pora na jedzenie. Nikt oczywiście nie sięgał po zepsute potrawy, posilaliśmy się więc kawałkami pieczywa, umiejętnie pochowanymi między tymi bażantami i prosiakami. Wrażenia? Niezapomniane. Ten odór będę pamiętał do końca życia.

Umiłowanie „Trylogii” i książek w ogóle zostało mi do dzisiaj. Raz w roku czytam wybrane tomy. Bardzo się z Kmicicem utożsamiałem. Podobało mi się to, że w służbie Najświętszej Panience był się w stanie odrodzić, nawet jeśli popełnił wcześniej bardzo poważne błędy czy miał coś niegodziwego na sumieniu.

Dostawał pan od rodziców kieszonkowe, które przeznaczał na książki?

Źródłem mojego dochodu był tran. Szczerze go nienawidziłem, ale… za wypicie jednej łyżki dziennie dostawałem od mamy pięćdziesiąt groszy. W tamtych czasach wychodziła masa tytułów, w cyklu zwanym „Biblioteką Jaskółki”, po dwa i pół złotego za sztukę. To jak na ówczesne czasy było niewiele, gdyż przykładowo bilet tramwajowy kosztował pięćdziesiąt groszy. Za pięć łyżek mogłem już mieć książkę!

Kazimierz Kaczor

Nie tylko polskie drogi

Copyright © by Kazimierz Kaczor 2013

Copyright © by Paweł Piotrowicz 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Redakcja –Joanna Mika-Orządała

Korekta –Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład– Joanna Pelc

Projekt okładki– Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photograph:Filmoteka Narodowa / Studio Filmowe „Kadr”

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN EPUB: 978-83-7924-093-7

ISBN MOBI: 978-83-7924-094-4

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
1. Dzieciństwo
Strona redakcyjna