Każdy miał swój PRL - Czartoryska Jolanta - ebook + książka

Każdy miał swój PRL ebook

Czartoryska Jolanta

0,0
22,00 zł

lub
Opis

Mówi się: "Obyś żył w ciekawych czasach". Czy czasy PRL były ciekawe? Tak. Często opisywane są przez historyków, socjologów czy filozofów. Ukazywane są jako czasy trudne, momentami tragiczne, niebezpieczne, pełne strachu. Każdy coś wie o PRL. Ci, którzy w nim żyli wspominają go przeważnie albo dobrze, albo źle. Połowa Polaków zna PRL tylko z opowiadań lub książek.
A jak widziała to dziewczynka, która żyła w tamtych czasach? Dzieci nie rozumieją polityki, chcą spędzać czas z rówieśnikami, chcą stabilizacji, bezpieczeństwa, chcą swobody. Mają swoje małe i „ogromne” problemy.
Nie obchodzi je ustrój czy polityka, które przelatują przez codzienność i rzutują na całe życie.
"Opowiadania nostalgiczne" uchylają rąbka tajemnicy o życiu córki członka aparatu ówczesnej władzy. Czy było tak inne, jak się czasami o tym mówi w tonie deprecjonowania? Jak wyglądało jej patrzenie na codzienność? Opowieść dotyczy lat środkowego PRL. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: starsi – wspomnienia swojej młodości, młodsi – wiele ciekawych informacji o życiu w tamtych czasach. PRL był jaki był. Każdy żył jak mógł i umiał, a czasem nawet jak chciał, i to niezależnie od tego kim się było.
Każdy miał swój PRL.

Jolanta Czartoryska – absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez kilkadziesiąt lat wykonywała cztery zawody prawnicze, obecnie emerytowany radca prawny. Doktor nauk humanistycznych – historyk, publicystka, laureatka konkursu „Deutsche Welle” i „Rzeczypospolitej” (2002) oraz innych wyróżnień, autorka książki-dyskursu dotyczącego okresu PRL i współczesności „Odejść w cień”( LSW 2012).
Lubi porządkować problemy i przestrzeń wokół siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 151

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładki

Adam S. Czartoryski

Korekta

Anna Szymańska

Skład i łamanie

Sławomir Drachal

Koordynator projektu

Joanna Zimny

© Copyright by Jolanta Czartoryska

ISBN 978-83-958570-0-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Druk i oprawa

Drukarnia Cyfrowa

OSDW Azymut sp. z o.o.

ul. Senatorska 31

93-192 Łódź

Kontakt:

www.rozpisani.pl

[email protected]

Moim Rodzicom

Mojemu Pokoleniu wyżu demograficznego lat pięćdziesiątych XX wieku

Prolog

Nikt nie ma wpływu na to, gdzie i kiedy się urodzi. Nikt!

Socjalizm nic mnie nie obchodził. Dlaczego miałby mnie obchodzić? Czy ja byłam jego twórcą? Czy ja wprowadzałam go w życie? Czy ktoś ze mną konsultował dobre decyzje? Czy ktoś ze mną konsultował decyzje złe? Dlaczego więc miałby mnie obchodzić ustrój, na którego istnienie zupełnie nie miałam wpływu?

Ale... on dotknął mnie i naznaczył na całe życie! Dotknął nie tylko osobiście mnie, ale przeleciał się również po całej mojej rodzinie! Jednak, jak mówił tato, gdyby nie on, ten przeklęty socjalizm, ja i moje rodzeństwo nie mielibyśmy szans na zdobycie wykształcenia, mieszkania w godziwych warunkach i godnej pracy.

Musiałam te wszystkie słowa napisać. Staję w nich twarzą w twarz ze sporym kawałkiem życia. Staję twarzą w twarz z historią.

Jeżeli nie wiesz skąd jesteś, nie wiesz, kim jesteś

Jeżeli nie wiesz skąd jesteś, nie wiesz, kim jesteś. Przeczytałam te słowa w gazecie. Wypowiedziała je Niemka. Komentowała potrzebę podtrzymywania więzi z miejscem pochodzenia. Dwie kobiety jechały do Wrocławia, w którym się przed wojną urodziły. Obie były bardzo niezadowolone z tego, że Niemcom zabrano Breslau. Zamyśliłam się:

— A czy ja wiem, skąd jestem, a zatem k i m jestem? W tamtej chwili uprzytomniłam sobie, że odpowiedź na to proste pytanie: — Skąd jesteś? — zawsze sprawiała mi trudność. W końcu nauczyłam się: — Z Rzeszowszczyzny albo — Z rzeszowskiego. No tak, ale co to była za odpowiedź? Przecież wokół mnie wszyscy wiedzieli skąd są! Przeważnie z jakiejś wsi — tu babcia, tam dziadek... a ja?

Gdy zaczęłam o tym myśleć, miałam już ponad pięćdziesiąt lat. Przez wiele lat nie przywiązywałam do tego najmniejszej wagi. Jakież to mogło mieć znaczenie? Liczyło się tu i teraz!

Przez tę rozmowę dwóch nieznanych Niemek, zaczęło mnie nagle uwierać to, że nie mam swojego miejsca na ziemi, z którego pochodzę. Mieszkałam w życiu w siedmiu miastach! Jednak nagle oświeciło mnie, że tato, do którego byłam bardzo przywiązana, należy do grona ludzi pozbawionych nie tylko miejsca urodzenia, ale również tego, co określa się miejscem pochodzenia. Zupełnie jakby spadł z księżyca. Jako dziecko czasami słyszałam od niego, że rodzina jego ojca i matki wywodzi się z tych piaseczków. Miał na myśli tereny niedaleko Niska. Jednak on sam urodził się daleko, w miejscowości o niemiecko brzmiącej nazwie Landestreu, położonej niedaleko Kałusza. Urodził się w Polsce, ale całe życie miał wpisane w dowodzie, że urodził się w ZSRR. Och, ta polska historia!

O życiu przed wojną i w czasie wojny tato nigdy nie opowiadał. Zdarzyło się jednak, że w najbliższym gronie rodzinnym, gdy trochę wypił i się rozluźnił, mój zazwyczaj poważny tato — zaśpiewał! Miał ładny baryton i do tego bardzo dobry słuch, więc nie fałszował. Cóż, jakby nie było, w dzieciństwie przeszedł kurs śpiewu w chórze kościelnym! Głębokim głosem nagle wydobył z siebie pieśń, którą znał z lat dziecinnych, stamtąd, ze Wschodu. Ta pieśń była znana w Polsce w wykonaniu Czesława Niemena pod tytułem Bajkał. Taki nieśmiały występ taty zdarzył się w chwili, gdy — jak mówiła mama — tato trafił na wesołą wódkę. Niestety, w większości przypadków tato trafiał na wódkę smutną. Innym razem zdarzyło się, że miał tak trochę więcej w czubie i chyba wówczas coś w nim puściło. Zanucił pieśń, którą uważał za wyjątkową, właściwie nie do śpiewania. Nagle usłyszeliśmy niespodziewanie jak wydobył z siebie: My ze spalonych wsi, my z głodujących miast. Tato przy tym... płakał! Łzy same płynęły mu po policzkach. Gdy to zobaczyłam, zamurowało mnie! Zapamiętałam tę chwilę na całe życie. Mimo upływu wielu lat mam przed oczami tatę w tamtym momencie i sama jestem mocno wzruszona. Pieśń tę znałam jako jedną z tak zwanych pieśni patriotycznych nauczanych w szkole. Nie sądziłam, że ktoś może śpiewać ją w domu! Mogę się tylko domyślać, o czym tato wtedy myślał i co wprawiło go w płacz nieprzystający mężczyźnie! Mogę jedynie przypuszczać, że schodziło z niego w postaci łez to, czego nie chciał lub nie umiał wypowiedzieć słowami.

Gdy się urodziłam, oboje rodzice mieli po 27 lat, więc pamiętam ich dopiero wtedy, gdy mieli przynajmniej 35 lat. Byli już dojrzałymi ludźmi. Tato był dziwny, taki wyciszony, ostrożny, delikatny, zupełnie inny niż mama. Dziadka, ojca taty, pamiętam z czasu, gdy był już koło siedemdziesiątki — wysoki, postawny i siwy. Miał przy tym ogromne, czarne krzaczaste brwi. Patrząc na niego zastanawiałam się, jak to możliwe: na głowie siwy jak gołąbek, a brwi takie czarne! Miałam 8 lat i nie znajdowałam żadnego wyjaśnienia tego cudu natury. Gdy patrzę na tych kilka zdjęć, jakie po nim pozostały, to widzę, że dziadek był przystojny, nawet w zaawansowanym wieku, ale właściwie, co to był za wiek, jak na dzisiejsze czasy? Zmarł, mając 74 lata. Jego wygląd cechowała pewna srogość, która bywa obecna w posturze ludzi wysokich, z mocnym zarostem na twarzy.

Jeździliśmy do dziadków, co kilka miesięcy, bo mieszkaliśmy w innym mieście. Dziadek mnie wyjątkowo ciekawił, bo nigdy nie siedział z nami w towarzystwie w dużym pokoju, obecnie nazywanym salonem. Och, teraz wszyscy mają salony! Na początku lat 60. XX wieku o istnieniu salonu, czyli największym pokoju, nikt nawet nie słyszał. Salony kojarzyły się z panami, a w PRL-u panów nie było! Nie mogło być również salonów! Szłam na chwilę do jego pokoju (dziadkowie mieli trzy pokoje na sześć osób) i przyglądałam mu się, gdy jadł. Biedakowi trzęsły się ręce i rozlewał zupę, zanim doniósł łyżkę do ust. Był dla mnie równie egzotyczny jak ja dla niego, z tą moją bardzo wczesną młodością. Patrząc na dziadka nie mogłam się nadziwić, że ktoś może być taki stary!

Cóż, nie poznaliśmy się z dziadkiem. Po prostu nie zdążyliśmy. Rozdzielił nas czas. Nie zdążyłam z nim porozmawiać i dowiedzieć się tego, co interesuje mnie obecnie. Skąd mogłam wiedzieć, że po wielu, wielu latach będę szukać swoich korzeni, swojej tożsamości oraz opowieści o rodzinie? Skąd mogłam o tym wiedzieć w wieku dziewięciu lat? Nie mogłam i nie wiedziałam! Teraz wiem o wiele więcej.

Moja rodzina podzieliła los wielu tysięcy Polaków wysiedlonych po II wojnie ze wschodnich rubieży Polski. Gdy spojrzałam na mapę, gdzie leżał Landestreu to wiem, że dziadkowie ze swoimi małymi dziećmi, w tym z moim tatą, musieli przejechać kawał drogi, aby po wojnie znaleźć poczucie bezpieczeństwa fizycznego i społecznego. Obecnie, według niektórych, po wojnie wpadli z jednej okupacji w drugą. Może i wpadli... Wiele im się tu nie podobało, ale przynajmniej już nie bali się o życie. To wszystko jest takie skomplikowane!

Dziadek miał 55 lat, gdy wraz z żoną i dziećmi został brutalnie wysiedlony ze swego domu w Landestreu, nazywanego od 1939 r. Mazurowem. W tamtych czasach był już starym człowiekiem. Wówczas nikomu do głowy nie przychodziła aktywizacja ludzi 50+. Raczej uważano, że zbliża się koniec ich ziemskiej wędrówki. Pewnego czerwcowego dnia 1943 r. moi dziadkowie i ich dzieci zostali pozbawieni wszystkiego: domu, ziemi, poczucia bezpieczeństwa, dobytku, dochodów i perspektyw na przyszłość. Nawet pamiątkowych fotografii! Wszystkiego, co ma dla człowieka jakiekolwiek znaczenie! Próbowałam, ale nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić!

Miałam dziewięć lat, gdy w październiku 1963 r. umarł dziadek. Dla mnie była to pierwsza śmierć w rodzinie, której osobiście doświadczałam. Mimo że byłam mała, brałam udział w pogrzebie dziadka. W tamtym czasie nikomu nie przychodziło do głowy, żeby dzieci nie uczestniczyły w ostatniej ziemskiej drodze własnego przodka. Czyżby taka postawa dorosłych wynikała z braku delikatności, którą współcześnie prezentują rodzice małych dzieci?

To nie były czasy na istnienie domów przedpogrzebowych. Dziadek leżał więc w swoim pokoju na urządzonym ze stołu katafalku. Stałam i znowu mu się przyglądałam. Znowu wydawał mi się jakiś taki dziwny. Leżał spokojnie, nie ruszał się i był... żółty. Tak, jak wcześniej dziwiłam się kolorowi jego brwi, tak teraz nie mogłam pojąć, dlaczego nagle zrobił się taki żółty?! Jeszcze dziś pamiętam zapach igliwia rozchodzący się po całym mieszkaniu. Gałęziami jedliny obłożona była trumna, obok której paliły się gromnice. Ten zapach utkwił mi w pamięci na całe życie. Nie lubię go! Gdy czasami poczuję gdzieś tę woń, od razu mam skojarzenie: pogrzeb dziadka Józefa! A to już minęło ponad pięćdziesiąt lat!

Mimo że byłam dzieckiem, zauważyłam, że przed pogrzebem napięcie w domu było duże. Nawet dziecko musiało je wyczuć. Byłam za mała, aby rozumieć, w czym rzecz. Dopiero po latach dowiedziałam się, o co chodziło. Zaistniał problem natury politycznej! To była tragedia rodzinna! Wszyscy synowie dziadka, w tym mój tato, musieli podjąć decyzję o tym, że pogrzeb ich ojca będzie miał charakter świecki. Czy rzeczywiście musieli? Wtedy nie wiedziałam, ale dzisiaj już wiem: w tamtym momencie w sytuacji taty — tak! To, co zrobili, to był czysty oportunizm! Pogrzeb świecki w tamtych czasach w Polsce, ba, w każdych czasach, jest rzeczą niezwykłą! Przede wszystkim jednak był to dramat ze względu na babcię, ciocię i samego dziadka. On był mocno wierzącym i praktykującym katolikiem, żołnierzem I wojny, hallerczykiem, wrogiem kołchozów i jednoznacznym przeciwnikiem czerwonych i władzy ludowej. Dziadek od zawsze uważał komunę za diabła wcielonego, a z diabłem się nie gada. Jego się po prostu przepędza! No tak, łatwo powiedzieć! Dziadek nie mógł darować tacie, że zaraz po wojnie pracował krótko w Służbie Ochrony Kolei i nosił na czapce orzełka bez korony! On tego nie mógł znieść!

Po wielu dyskusjach synowie podjęli tę, także dla nich niełatwą decyzję! Mieli jasną świadomość swojej sytuacji — mieli pracę związaną z władzą. Wprawdzie stali na bardzo niskim szczeblu w hierarchii, ale instynkt samozachowawczy podpowiadał im, że może tam-gdzieś, wysoko, łatwiej jest się ochronić, ale tutaj na dole — nie! Kierując się własnymi bardzo praktycznymi odczuciami, zgodnie uznali, że w ich sytuacji zawodowej, gdyby zrobili dziadkowi pogrzeb religijny, straciliby pracę. Do tego w żadnym przypadku nie chcieli i nie mogli dopuścić! Za wiele już w życiu stracili i wystarczyło tych strat na jedno pokolenie! Na początku lat sześćdziesiątych osiągnęli małą stabilizację, mieli gdzie mieszkać, co jeść, dzieci spokojnie rosły, chodziły do szkoły i miały możliwość kształcenia. Bardzo dokładnie rozumieli, że nie mogli narażać siebie i swoich rodzin. Dziadek, patrząc z zaświatów na zaistniałą sytuację, musiał to zrozumieć i synowie bardzo na tę jego wyrozumiałość liczyli! Ich motywacje były banalne, przyziemne, może nawet niskie, ale bardzo ważne. Tak, od strony praktycznej — dosyć strat! Co myślały, co czuły wówczas babcia i siostra taty? A co mogły czuć? Takie były czasy i one nie miały nic do gadania. Musiały to zrozumieć! Babcia tylko poprosiła córkę, żeby ją we właściwym momencie pochowała jak należy. I tak się stało, ale to było dwanaście lat później.

Można osądzać na różne sposoby takie zachowanie. Można nazywać je obłudą lub czymś jeszcze gorszym, ale w tamtym czasie manifestowanie, przez osoby będące na stanowiskach tzw. nomenklaturowych, przywiązania lub sympatii do Kościoła oraz religii, było przez władzę niemile widziane. A władza i partia to było to samo i... były wszędzie! Oficjalnie standard obowiązywał jeden: jesteś związany w jakikolwiek sposób z aparatem partyjnym, jego nomenklaturą lub organami władzy państwowej, wojskiem, milicją? Masz kierownicze stanowisko? To — żadnego kościoła! Przynajmniej oficjalnie! Równocześnie ludzie nieaspirujący do stanowisk lub pracy w organach państwowych, mogli spokojnie chodzić do kościoła.

Jak to wyglądało w praktyce — pokolenie moich rodziców i moje, wiedzą dokładnie. A że bywało baardzo różnie, to zupełnie inna sprawa. Ludzie zawsze potrafią wyłamać się z kanonów. W tamtym czasie nie miało jakiegokolwiek znaczenia to, że pogrzeb dotyczył starego człowieka, byłego żołnierza armii Hallera, walczącego przeciwko bolszewikom w 1920 r. Synowie akurat te fakty skrupulatnie ukrywali, podobnie jak to, że ich ojciec namiętnie słuchał radia Wolna Europa.

Jakie to wszystko było? Głupie? Nie tylko! Powód był konkretny: strach! I przecież nie chodziło o dziadka, bo jemu nic już zaszkodzić nie mogło! A poza tym, kim w latach powojennych był mój dziadek? Po tzw. repatriacji, a właściwie wysiedleniu, do powojennej i zupełnie mu nieznanej Polski, był najzwyklejszym stróżem, doczekującym emerytury otrzymanej od znienawidzonej władzy ludowej. Jako gospodarz, mający wcześniej sporo ziemi na wschodnich czarnoziemach, dziadek najzwyczajniej nie umiał odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To nie było jego państwo! On z tym nie miał nic wspólnego! Dla niego było już za późno na zaczynanie życia od nowa. Został przymusowo wysiedlony i przesiedlony na ziemie swoich nieznanych przodków. Był goły i wesoły. O nie, nie, na pewno mój dziadek nie był wesoły! A zatem, przyjechał goły i... smutny. Uciekli całą rodziną przed prześladowaniem i śmiercią tak, jak stali. Nie zabrali niczego — żadnych rzeczy, pamiątek poza jedną fotografią. Nie mieli niczego, oprócz tułaczki i z trudem uratowanego życia! Postawili przed sobą tylko jedno zadanie: przetrwać za wszelką cenę! Przez te kilkanaście lat życia, które minęło od zakończenia wojny, dziadek spędzał wolny czas albo w bibliotece, albo na czytaniu książek z niej wypożyczonych. Coś trzeba było z tym życiem i wolnym czasem robić! A dziadek uwielbiał czytać i zaraził tym wszystkie swoje dzieci.

Mój tato — rocznik 1927 — tuż po wojnie miał 18 lat. Jego bracia niewiele więcej. Życie ich wszystkich dopiero się zaczynało. To tu, w tej powojennej i okrojonej Polsce, była ich rzeczywistość. To tu i teraz musieli żyć, uczyć się i pracować, a także być szczęśliwymi tak, jak potrafi tylko człowiek, który musi uznać, że nie ma za sobą żadnej przeszłości! Oni, cała taty rodzina, nie posiadali niczego materialnego i nikogo, kto by im pomógł zrozumieć otaczający świat. Żyli, jak umieli, a strach siedział im zawsze na ramieniu.

Miasto rodzinne

Nie urodziłam się w Jarosławiu, ale czas tutaj spędzony uważam za przeżyty niczym w rodzinnym mieście. Był to bardzo ważny okres w moim życiu nie tylko dlatego, że mieszkaliśmy w tym mieście najdłużej, bo aż osiem lat. Przyczyny tego stanu rzeczy są tak naturalne, jak dojrzewanie i dorastanie.

To piękne architektonicznie, stare, historyczne miasto. Zachowało się w nim wiele wspaniałych kamienic z bogatą ornamentyką, a wojna na szczęście nie wyrządziła im krzywdy. Na początku lat sześćdziesiątych ludzie mieszkali w tych uroczych kamienicach, nie posiadając w większości komfortu. W tym czasie nie było widać jeszcze ruchu w budownictwie. To, co naprawdę ważne w tym zakresie dla miasta, było jeszcze w pracowniach architektonicznych. Dopiero powstawały plany budownictwa mieszkaniowego. My, dzieciaki, efekty tych działań zobaczyliśmy dopiero wtedy, gdy zaczęły się pierwsze wykopy, a potem zaczęły wyrastać z ziemi pierwsze bloki. Jakimż było dla nas przeżyciem obserwować te rosnące, murowane klocki!

Moja ulica była w tamtych czasach jedną z ważniejszych w mieście. Położona była prostopadle do głównej arterii miejskiej. Na jednym jej końcu mieściła się Komenda Powiatowa Milicji Obywatelskiej, a na przeciwległym jej krańcu było wejście do jednostki wojskowej. Obecnie mieści się tam wyższa uczelnia. Pośrodku tej ulicy, pod numerem siódmym, mieszkaliśmy my. Można śmiało powiedzieć, że żyliśmy w strefie zmilitaryzowanej, bo z ochroną milicyjno-wojskową! Tak się złożyło, ale w tamtych czasach ja zupełnie tego nie zauważyłam.

O późniejszym osiedlu bloków mieszkalnych, przylegającym do naszej ulicy, dopiero zaczęły ćwierkać wróbelki. Doskonale pamiętam, gdy pierwsze lata podstawówki bawiliśmy się w miejscu, gdzie teraz, od wielu lat, stoją bloki. Trawy, rosnącej niemal w centrum miasta, nikt nie kosił. Rosła, więc sobie swobodnie bezpośrednio za linią zabudowy i nikomu nie przeszkadzała. Była wysoka i dla nas dzieciaków stała się wdzięcznym polem do rozlicznych manewrów. Nasze zabawy polegały na chowaniu się w trawie, albo na polowaniach na wymyślonych Indian lub Apaczy, albo na budowaniu ogromnych budowli z piasku. Był to bardzo wdzięczny teren do popisów architektonicznych, ponieważ piasek był ciężki, zwarty, dający się rzeźbić i uklepywać. W lecie, utrudzeni dziecięcym bieganiem, zziajani, kładliśmy się w trawie, patrzyli w niebo i puszczając wodze dziecięcej fantazji, toczyliśmy dyskusje o tym jak będzie wyglądać świat kiedyś, w przyszłości, gdy będziemy dorośli. Wówczas wydawało nam się, że to może będzie za jakieś... sto lat! Ten nasz ziemski raj trwał zaledwie trzy-cztery lata, bo powoli zaczęto budować osiedle. Nie ma co ukrywać: traktowaliśmy tę budowę wrogo. Zabierała nam plac zabaw wraz... z uciekającym dzieciństwem. Wtedy tak nie myśleliśmy, bo to nie było żadne dzieciństwo, tylko po prostu nasze życie! O, bardzo nie podobały nam się te zmiany! Jednak nic nie mogliśmy poradzić. Szło nowe! W blokach już komfort był inny. Montowano centralne ogrzewanie, normalne łazienki, nie było pieców kaflowych. Nowoczesność i... już!

Najbliżej tego dziecięcego eldorado mieszkała z rodzicami i bratem moja pierwsza jarosławska koleżanka Basia. Ich mieszkanie mieściło się w bloku stojącym prostopadle do naszej ulicy. Do niego przylegał jeszcze jeden niewielki budynek, w którym mieszkał znany jarosławski lekarz. Pamiętam to doskonale, bo w tamtych czasach lekarz to była persona, na którą patrzyło się z wielkim szacunkiem i podziwem. Dzieciom lekarza, jako elicie wśród dzieci, my, dzieci ówczesnej władzy, zazdrościłyśmy wszystkiego.

Bardzo imponowało mi to, iż mieszkam w historycznym mieście, które wzięło swoją nazwę od jeszcze bardziej historycznego księcia. Była tu renesansowa, wyjątkowa kamienica Orsettich, w której mieściło się muzeum miejskie. Po okresie zamieszkiwania w Stalowej Woli, wybudowanej od podstaw w okresie międzywojennym, a więc bez żadnych zabytków, Jarosław jawił się grodem z bajki. Były w nim także inne budowle historyczne, z których ważna była Anna Cassarnia ze swymi dwiema wieżami widocznymi przy wjeździe do miasta od strony Szówska i Radawy. Mieścił się tam internat technikum budowlanego, w którym mieszkali koledzy ze szkoły muzycznej. Zabytki dodawały splendoru miastu, ale ze wstydem przyznaję, że nie zwiedziłam ich. Jakoś tak wyszło!

W Jarosławiu zamieszkaliśmy, gdy byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej. Przyszłam do nowej szkoły, tzw. Jedenastki przy ul. Kraszewskiego, tuż po feriach zimowych. W tamtym czasie dzieci pobierały naukę w zdecydowanie większej liczbie dni, niż dzieje się to obecnie. W soboty uczyliśmy się do trzynastej. Ferie ściśle łączyły się ze świętami Bożego Narodzenia. Nie było — jak teraz — oddzielnej przerwy świątecznej. Były jedne ferie zimowe trwające od 22 grudnia do 6 stycznia włącznie. Podstawówka trwała osiem lat, a ja byłam drugim rocznikiem, który szedł nowym programem po wydłużeniu podstawówki z siedmiu do ośmiu lat.

Gdy obecnie przypominam sobie zabawy z mojego dzieciństwa i porównuję z tym, co słyszę na temat współczesnych dziecięcych zabaw, to stwierdzenie, że świat się zmienił, niczego nie oddaje. Dzisiejszym dzieciakom bardzo współczuję, chociaż one zapewne popatrzyłyby na mnie jak na osobę z innego świata, gdybym im to powiedziała. W moich dziecięcych czasach dziewczęta bawiły się latem lalkami na kocu rozłożonym na podwórku. Przynosiłyśmy, co się dało wynieść domowego z domu i bawiłyśmy się w... dom! Siedząc na kocu, grałyśmy też w kamienie, podrzucając je do góry i łapiąc równocześnie inne, leżące na kocu. Czasami kamienie zastępowane były metalowymi śrubami, nazywanymi sztolami. Dostęp do tego sprzętu mieli tylko nieliczni, a w każdym razie ja nie miałam.

Wspólnie z