Każdego roku nadchodzi Boże Narodzenie - Barbara Kromin - ebook

Każdego roku nadchodzi Boże Narodzenie ebook

Barbara Kromin

1,0
15,36 zł

lub
Opis

„Życie jest bajką. Płatki śniegu są tłem naszego zimowego przeżywania. Płatki śniegu wirują, tańczą, ...przemijają.”

Każdego roku nadchodzi Boże Narodzenie. Każde jest inne, choć uważamy, że te święta są zawsze takie same. Jesteśmy najpierw dziećmi, potem rodzicami, dziadkami, ...pradziadkami ...przemijamy.

Czy wszystko dostrzegamy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 86




BarbaraKromin
Każdego roku nadchodzi Boże Narodzenie
Przedmowa

Barbara kromin

każdego roku

nadchodzi

BOŻE NARODZENIE

Kraków 2015

Pracuj ciężko w czasie przeznaczonym na pracę. Baw się intensywnie, gdy przychodzi czas na zabawę. Ciesz się słuchaniem starych historii opowiadanych przez babcię, póki wciąż jeszcze żyje. Nawiązuj głęboki kontakt ze swoimi znajomymi. Patrz na dzieci oczami pełnymi cudów, jakimi one same patrzą na świat. Śmiej się z dowcipów i życiowych absurdów. Oddawaj się swoim pasjom i pragnieniom.

[ Philip G. Zimbardo, „Paradoks Czasu”]

Płatki śniegu

.

Trzy małe dziewczynki. Gdzieś obok czekaja ich sanki

Czy pamiętacie zimowe opowieści i baśnie Andersena? To był bajkowy, zimowy świat. „Dziewczynka z zapałkami”, „Królowa Śniegu”, …… Wiedziałam wtedy jak wygląda Królowa Śniegu. Jan Szancer kształtował moją wyobraźnię.

- Pamiętacie?

Wtedy to była tylko baśń. Wierzyliśmy, że w życiu wszystko dobrze się kończy. Ta wiara, to cecha szczęśliwego dzieciństwa.

Bohaterów tych baśni, pisarz nie musiał wymyślać. On ich znał. Widział biedną, zmarzniętą dziewczynkę, stojącą na rogu ulicy. Obok niej przechodzili obojętni ludzie. Znał też prawdziwą Królową Śniegu.

Za oknem wirują płatki śniegu.

Czy te baśnie nie uczyły nas życia? One nas ostrzegały.

- Wokół was jest zło. Nauczcie się je odróżniać.

- Wokół was są biedni ludzi. Uczcie się pomagać potrzebującym.

Wtedy nie wiedzieliśmy o tym.

Rozglądnijcie się wokół siebie. Znacie ludzi złych i obojętnych.

Pisarz siedzi, w zamyśleniu, nad pustymi jeszcze stronami. Sięga po gęsie pióro i pisze. Tego dnia widział czyjąś krzywdę.

„Odłamek roztrzaskanego w przestworzach diabelskiego zwierciadła odmienił jego spojrzenie na świat. Wszystko, co piękne i dobre, postrzegał od tej pory jako brzydkie i złe. Grzeczny chłopiec przemienił się w dziecko krnąbrne, złośliwe i okrutne.”

Diabelskie zwierciadło?

- Dlaczego ludzie sprawiają kochanym osobom ból?

- Kaj zdradził Gerdę. Czy tak było? Czy to się wydarzyło?

Kaj zobaczył piękną kobietę, zakochał się w jej urodzie i tajemniczym, lodowatym wnętrzu. Czyjeś serce wtedy zamarzło?

Dopiero jako dorośli odkrywamy, że może Andersen, stworzył te baśnie dla nas, już dorosłych. Sięgamy do nich ponownie.

Płatki śniegu wirują, tańczą, przemijają. Pozostają wspomnienia z dzieciństwa.

Z tyłu, za szkołą numer osiemdziesiąt dwa, od strony ulicy Bulwarowej, była górka saneczkowa. Górka ciągnęła się wzdłuż ogrodzenia szkoły. Na całej jej długości dzieci zjeżdżały na sankach. Były tam też wąskie ślizgawki, po których, co odważniejsi, zjeżdżali na stojąco, na butach.

Górka „górką” była chyba tylko do czasu, kiedy dzieci zaczynały chodzić do szkoły, do pierwszej klasy. Później wysokość górki „szybko malała”. Dzieci odkrywały, że to zwykła, niewysoka skarpa, z której zjeżdżały na sankach tylko maluchy. Dla tych starszych atrakcyjniejsza już była skarpa przy Placu Centralnym. Tam zjeżdżały tłumy dzieci. Było to w pewnej odległości od naszego domu. Rodzice nie puszczali nas tam samych.

Płatki śniegu nie są dla nas ważne?

Pchałyśmy śnieżne kule z wielkim zapałem. Im większa, tym lepsza. Za każdą kulą powstawał ciemny ślad, goła ziemia po zabranym przez kulę śniegu. Tylko jak tą kulę włożyć na tę, co już stoi? Ta największa miała być brzuchem bałwana.

- Co robisz? Przecież nie da się włożyć większej kuli na mniejszą!

- Ale po co bałwanowi taki wielki brzuch?

- I co mu włożyć na głowę?

Dziecinna twórczość. Dziecinne problemy. To była nauka od najmłodszych lat.

Płatki śniegu. Każdy jest inny. Jak one to robią?

W  szkole, w zimie, na lekcjach rysowaliśmy płatki śniegu. Rysowaliśmy różne wzory, płatki miały różne kolory. Dlaczego? Śnieg przecież jest biały. Robiliśmy też zimowe obrazki. Na nich śnieg był z  białej pasty do zębów, bałwanek był wyklejanką z waty.

Płatki śniegu.

Każdy z nich był tłem naszego zimowego przeżywania. Czasem upadną na ciemny rękaw płaszcza.

Na zimę babcia uszyła nam identyczne płaszczyki w kolorze brązowym. Miały futrzane kołnierzyki. Babcia uszyła też ciepłe czapki z tego samego materiału, co płaszczyk. Brązowe futerko umieściła na kołnierzykach płaszcza i czapce. Było w nich cieplutko.

Czy pamiętacie jeszcze to zimowe uczucie radości i beztroski? Leżąc na plecach, na świeżym śniegu, patrzyliście w niebo. Ze śmiechem machaliście rękami i nogami robiąc ........... O R Ł A.

- Tak, tak, oczywiście! W dzieciństwie! – odpowiadają. Na twarzy każdego z nich, pojawia się błogi wyraz rozmarzenia.

- Czy później robiliście to samo, w dorosłym życiu?

-Nie, oczywiście, że nie.

- Ale dlaczego nie? – pytam.

- Bo ludziom dorosłym nie wypada tak leżeć na ziemi i głupio machać kończynami.

- Bzdura. Ludzie dorośli zapominają, że to właśnie im, a nie dzieciom, wszystko wolno. Wolno więc im nie mieć trosk, patrzeć w niebo i cieszyć się życiem. Przyglądam się tym, którym zadaję takie pytanie.

- Czy czujecie, że zamknięto was w klatce dorosłości?

- Czy wiecie, że jesteście więźniami obowiązków, trosk i odpowiedzialności?

Przecież każdy z nas jest nadal dzieckiem.

Czy jest ktoś, kto mówi do was:

- Otwórz tę klatkę, choć na chwilę, daj dziecku pobiegać.

- Tak. Nie wiecie nawet, że to możliwe, że tak można.

Każdego roku nadchodzi Boże Narodzenie

Od początku grudnia zaczynały się w domu generalne porządki. Odbywało się czyszczenie wszystkiego, co tylko do czyszczenia się nadawało, mycie okien, odsuwanie mebli. Mieszkanie musiało lśnić i pachnieć.

Parkiety mojej mamy. Pastowała je często. Wiórowała na kolanach raz do roku, razem z kuchnią, bo tam też był parkiet. To były jej parkiety, była z nich dumna. Kiedy efekt pracy oceniła jako dobry, doprowadzała parkiet do połysku elektryczną froterką. W domu pięknie pachniało pastą do podłóg.

Sąsiedzi z mieszkania piętro niżej mieli pretensje o brak dywanów w mieszkaniu. Przeszkadzało im tupanie dzieci. Mama jednak nie dawała się przekonać, była dumna ze swoich parkietów i zakrywanie ich czymkolwiek nie wchodziło w grę.

Jakoś mamie przed świętami pomagałyśmy. Robiłyśmy to niezbyt chętnie, bo nie istnieją na świecie dzieci, akceptujące obowiązki bez oporu. Tak się tłumacze. W tamtych czasach największą pomocą przed świętami było stanie w długich kolejkach w sklepach.

- Po co? – zapyta kiedyś mój wnuk.

- Po wszystko. Nigdy nie było wiadomo, czy „rzucą” towar do sklepu.

- Co znaczy „rzucą”?

- Tak się wtedy mówiło. Nikt nie wiedział czy towar zostanie dowieziony do sklepu i ile go będzie. Ale kolejka stała i snuła rozważania, czy „rzuconego” towaru wystarczy dla wszystkich chętnych.

W sklepie rybnym kłębił się tłum, każdy chciał przed świętami kupić karpia. Kupienie mięsa, szynki czy wędlin było wyczynem.

Otwieram laptopa i robię zamówienie. Dostawa z Tesco, ustalam termin. Wybieram: mąka, woda mineralna, ….. proszek do prania, ……. banany, pomarańcze, mandarynki. Dostawca wniesie to wszystko do mojej kuchni.

A jak było wtedy?

- Wtedy statek z cytrusami przypływał z Kuby raz do roku, na święta i wtedy ogłaszano to w telewizji, w wiadomościach.

- Mama dzieliła jedną pomarańczę na kilka części, żeby każde dziecko dostało kawałek.

- A czego jeszcze nie można było kupić? Po co jeszcze stałaś w tych kolejkach?

- Oj Leo, po wszystko. Przed świętami „rzucano” też do sklepów papier toaletowy, a każdy zdobywca, idący dumnie ulicą z długim sznurem z rolkami ohydnego szarego papieru, był zaczepiany przez wszystkich przechodniów.

– Gdzie to kupione? – pytali.

Czasem ktoś zażartował:

- A na zachodzie to mają papier nie szary, lecz kolorowy, pachnący, w kwiatuszki!

Wtedy cała kolejka trzęsła się ze śmiechu.

- Dlaczego?

- Bo nikomu do głowy nie przychodziło, że to mogłaby być prawda.

Kiedy nadchodziły Święta, mama była zmęczona. Za sobą miała już kolejkowe starania, stracony czas i zdenerwowanie. Dom wprawdzie pachniał i błyszczał, ale czy takie zmęczenie to dowód miłości do rodziny? To raczej przekonanie o powinnościach, to wychowanie.

Po kilku dniach pieczenia i gotowania marzyła o ciszy, spokoju, odpoczynku. Tak wtedy było.

Ja nie mam parkietów. Lubię grudzień. To miesiąc towarzyski, świąteczny, to miesiąc szczególny, pełen świateł, ozdób, prezentów. Mam grudniowe, zimowe imię. Czas świąteczny w moim domu zaczyna się od „Barbary”. Wtedy ustawiam imieninow0 - mikołajową choinkę. Raz do roku spotykają się wszyscy …. No może prawie wszyscy. Zebrać ich razem, w jednym miejscu, nie jest łatwo. To czas dla nich. W święta będą zajęci swoimi rodzinami.

Imieniny, jak i wszystkie inne okazje wymyślono głównie po to, żeby się ludzie spotykali. Zaraz potem jest Mikołaj. Potem święta, imieniny mojej córki, gwiazdka i jeszcze Nowy Rok, urodziny Ewy.

Urok starej kamienicy

W Wigilię, przed południem, Tata zabierał nas do swojej rodziny na ulicę Dietla. Jego najmłodsza kuzynka, Ewa, obchodziła tego dnia imieniny.

Pokonywaliśmy drewniane, wydeptane schody kamienicy i wkraczaliśmy do innego świata. To był świat cioci Doroty. Ciocia była wdową po wuju Kazimierzu. Dla dzieci, ciocia była wdową „od zawsze”. Mieszkała z dwoma córkami. Kuzynki taty były od niego dużo młodsze. Aneczka, była zawsze wyniosła i niedostępna. Młodsza, świąteczna solenizantka, Ewa, była ładną, roześmianą dziewczyną. Miała duże, kształtne usta i piękne oczy. Czesała się w bardzo modny wtedy koński ogon.

U cioci Doroty również pachniało świątecznie ciastem i pastą do parkietów, ale jakoś inaczej. W pokoju na stoliku stała zawsze żywa, zawsze taka sama, średniej wielkości, starannie wybrana, równa choinka, pełna ozdóbek ręcznie robionych ze słomek i koralików. Paliły się na niej maleńkie świeczki zamocowane w malutkich choinkowych lichtarzykach. Widok tej choinki, i świąteczny nastrój tego domu, wraca we wspomnieniach, w każde kolejne święta. W starym krakowskim mieszkaniu wszystko to miało szczególnie bajkowy czar.

Łyżwy

Dawno temu, obok każdej szkoły było czynne zimą lodowisko.

- Niemożliwe!

- Niemożliwe? To było dawno temu. Wtedy zima trwała aż do wiosny.

Gromada dzieci, rozkrzyczanych, radosnych, spoconych na mrozie, z zaczerwienionymi od mrozu policzkami i nosami, godzinami pomykała na łyżwach.

Łyżwy były przykręcane do skórzanych, sznurowanych butów małym kluczykiem. Wszyscy mieliśmy w obcasach butów zamontowane przez szewca blaszki z dziurką, dla mocowania łyżwy, a na szyi kluczyk na długiej tasiemce, żeby się nie zapodział .

Byłam w piątej klasie, kiedy na gwiazdkę dostałam wymarzony prezent. Pod choinką leżało duże pudło z napisem „BASIA”. Rozpakowywałam je, pełna emocji. Możecie sobie wyobrazić dziewczynkę, podskakującą, wykrzykującą i bardzo wtedy szczęśliwą?

Z pudła wyjęłam łyżwy z białymi butami, wymarzone „figurówki”. Miałam wtedy dwanaście lat. Byłam bardzo przejęta. Już nie musiałam mieć blaszki w obcasie. Figurówki podziwiałam w telewizji, oglądając jazdę figurową na lodzie. O takich łyżwach marzyłam.

Takich łyżew w sklepach nie było. Zdobyte były z wielkim trudem. Ojciec jeździł po nie z Krakowa, aż do Katowic. Był z siebie dumny. Dla niego było to nie mniejsze przeżycie. Z nowymi łyżwami, pojechaliśmy po raz pierwszy, na prawdziwe, kryte lodowisko.

Nie pojeździłam długo. Chłopcy gonili się. Jeden użył mnie jak słupka. Zrobiłam pierwszy w życiu piruet, a może tylko coś w rodzaju piruetu i upadłam na lód. Podparłam się lewą ręką. Poczułam chrupnięcie. Udało mi się samodzielnie wstać. Wiedziałam już, że przygoda skończyła się. Podjechałam do czekającego przy bandzie taty.

Niedaleko