Wydawca: Dream Music Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Kate – Księżna Cambridge ebook

Marcia Moody

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kate – Księżna Cambridge - Marcia Moody

Kate Middleton – kim jest kobieta, która podbiła serce nie tylko księcia Williama, lecz także wszystkich Brytyjczyków?

W kilka lat zrobiła to, nad czym głowili się przez dekady PR-owcy brytyjskiej monarchii – zwróciła oczy całego świata na rodzinę Windsorów i sprawiła, że mieszkańcy Wielkiej Brytanii znów pokochali swoją rodzinę królewską. Dziś Diamentowy Jubileusz Elżbiety II, królewskie wesele, narodziny i chrzest małego księcia George’a to najpopularniejsze wydarzenia na Wyspach, a uśmiech pięknej Kate zdobi okładki większości magazynów kobiecych na całym świecie.

Kate Middleton, absolwentka Uniwersytetu St. Andrews, córka stewardesy i byłego dyspozytora lotów, czekała na oświadczyny swojego wymarzonego księcia prawie dziesięć lat. Kiedy nadeszła wreszcie ta chwila, William wręczył jej jeden z najsłynniejszych klejnotów świata, odziedziczony po matce – księżnej Dianie, pierścionek, wykonany z białego złota oraz czternastu brylantów, otaczających owalny dwudziestokaratowy szafir z Cejlonu. Książę William nie wiedział wtedy jeszcze, że ta skromna, piękna dziewczyna zmieni na zawsze nie tylko jego życie, lecz także całej rodziny królewskiej.

Książka „Kate – Księżna Cambridge” portretuje: dzieciństwo Kate Middleton, czas jej studiów na uniwersytecie St Andrews; opisuje też moment poznania księcia Williama, ich związek i próby, którym poddawał go los, a także ślub i nową, oficjalną rolę księżnej oraz oczywiście okres ciąży i narodzin małego księcia George’a. To nie tylko doskonała pozycja dla wielbicieli księżnej Kate, lecz również wszystkich zainteresowanych losami jednej z najsłynniejszych rodzin królewskich świata.

Autorka, Marcia Moody, była królewską korespondentką magazynu OK.! i koordynowała jego specjalne wydanie poświęcone ślubowi książęcej pary, które sprzedało się w nakładzie miliona egzemplarzy. Od dwóch lat przygotowuje publikacje dotyczące rodziny królewskiej, towarzyszyła również parze książęcej podczas jej podróży do Kanady i Kalifornii. Przez dziesięć lat pracowała jako dziennikarz w branży rozrywkowej. Mieszka w hrabstwie Wiltshire na południu Anglii.

Opinie o ebooku Kate – Księżna Cambridge - Marcia Moody

Fragment ebooka Kate – Księżna Cambridge - Marcia Moody

Ty­tuł ory­gi­na­łu: KATE. A BIO­GRA­PHY

Co­py­ri­ght © Mi­cha­el O’Mara Bo­oks Li­mi­ted 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Dre­am Bo­oks

(A di­vi­sion of Dre­am Mu­sic Ltd.), War­saw, Po­land 2013

Co­ver de­si­gned by Dre­am Bo­oks

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion

by Anna Bez­piań­ska-Oglęc­ka/Dre­am Bo­oks, 2013

Tłu­ma­cze­nie: Anna Bez­piań­ska-Oglęc­ka

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Mag­da­le­na Plu­ta

Kon­sul­ta­cja re­dak­cyj­na: Hu­bert Mu­siał

Wy­da­nie I

ISBN: ISBN: 978-83-64460-00-5

Dre­am Bo­oks

Dre­am Mu­sic Sp. z o. o.

ul. Wspól­na 50 lok. 9, 00-687 War­sza­wa, Pol­ska

Tel. +48-22-4035713

Fax +48-22-4035713

E-mail:info@dre­am­bo­oks.com.pl

We­bsi­te: www.dre­am­bo­oks.com.pl, www.dre­am­mu­sic.pl

Skład i ła­ma­nie: Ewa Ma­jew­ska

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Au­tor­ka, Mar­cia Mo­ody, była kró­lew­ską ko­re­spon­dent­ką ma­ga­zy­nu OK! i ko­or­dy­no­wa­ła jego spe­cjal­ne wy­da­nie po­świę­co­ne ślu­bo­wi ksią­żę­cej pary, któ­re ro­ze­szło się w na­kła­dzie mi­lio­na eg­zem­pla­rzy. Od dwóch lat przy­go­to­wu­je pu­bli­ka­cje do­ty­czą­ce ro­dzi­ny kró­lew­skiej, to­wa­rzy­szy­ła rów­nież pa­rze ksią­żę­cej w po­dró­ży do Ka­na­dy i Ka­li­for­nii. Przez dzie­sięć lat pra­co­wa­ła jako dzien­ni­karz w bran­ży roz­ryw­ko­wej. Miesz­ka w hrab­stwie Wilt­shi­re na po­łu­dniu An­glii.

De­dy­ku­ję tę książ­kę wszyst­kim, któ­rych za­in­spi­ro­wa­ła Kate.

Wstęp

„Ka­sia-Cze­ka­sia”, „go­rą­ca sio­strzycz­ka”, księż­na Cam­brid­ge, iko­na mody… Wszyst­kie te okre­śle­nia – mniej lub bar­dziej traf­ne – do­ty­czą jed­nej i tej sa­mej oso­by. Ca­the­ri­ne Eli­za­beth Mid­dle­ton. Nie nada­ła ich so­bie sama. Wy­my­śli­li je lu­dzie, któ­rzy nig­dy z nią na­wet nie roz­ma­wia­li. Wszyst­kie te okre­śle­nia są więc ni­czym wię­cej niż tyl­ko pro­jek­cja­mi czy­ichś wy­obra­żeń o żo­nie na­stęp­cy tro­nu. Kate la­ta­mi uda­wa­ło się za­cho­wać ano­ni­mo­wość i wciąż po­zo­sta­je po­sta­cią-za­gad­ką.

Przez dzie­sięć dłu­gich lat Kate była naj­bliż­szą oso­bą dla czło­wie­ka, któ­ry pew­ne­go dnia zo­sta­nie kró­lem, mimo to nie­wie­le osób zda­wa­ło so­bie w ogó­le spra­wę z jej ist­nie­nia.

Kie­dy w 2001 roku po­zna­ła księ­cia Wil­lia­ma, jego ro­dzi­na mia­ła za sobą trud­ny okres, na­zna­czo­ny skan­da­la­mi i gło­śnym roz­wo­dem, co z ko­lei spo­wo­do­wa­ło ogrom­ny spa­dek po­pu­lar­no­ści wśród pod­da­nych. Po­ja­wia­ły się py­ta­nia o sens ist­nie­nia mo­nar­chii we współ­cze­snym pań­stwie, szcze­gól­nie kie­dy księż­na Wa­lii i księż­na Yor­ku prze­rwa­ły mil­cze­nie i po la­tach trzy­ma­nia buzi na kłód­kę za­czę­ły od­kry­wać se­kre­ty kró­lew­skie­go dwo­ru. Sta­ło się ja­sne, że pa­łac Buc­kin­gham jest cał­ko­wi­cie ode­rwa­ny od oby­wa­te­li. Aby mógł prze­trwać, ko­niecz­ne były zmia­ny, któ­re po­zwo­li­ły­by po­pra­wić wi­ze­ru­nek fa­mi­lii. Bóg miał ich w opie­ce, bo po skan­da­lach lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku w no­wym stu­le­ciu re­la­cje w ro­dzi­nie kró­lew­skiej ukła­da­ją się co naj­mniej po­praw­nie.

Gdy ksią­żę Wil­liam roz­po­czął stu­dia, ksią­żę Ka­rol za­warł umo­wę z me­dia­mi. W za­mian za po­zo­sta­wie­nie jego syna w spo­ko­ju biu­ro pra­so­we za­pew­nia­ło dzien­ni­ka­rzom re­gu­lar­ne wy­wia­dy i se­sje fo­to­gra­ficz­ne. W ten spo­sób na­dwor­ni PR-owcy upie­kli dwie pie­cze­nie przy jed­nym ogniu, bo dzię­ki temu prze­ka­zy­wa­li tyl­ko te in­for­ma­cje, któ­ry­mi chcie­li się dzie­lić z pra­są. Wła­śnie dla­te­go przez dłuż­szy czas nikt nie za­uwa­żył obec­no­ści Kate w ży­ciu księ­cia Wil­lia­ma. Ich uczu­cie roz­kwi­ta­ło z dala od cie­kaw­skich oczu – wcze­śniej człon­ko­wie ro­dzi­ny kró­lew­skiej nie mie­li ta­kie­go luk­su­su.

Za­nim ogło­szo­no za­rę­czy­ny, Kate i Wil­liam spo­ty­ka­li się ze sobą przez osiem lat. Pra­sa za­in­te­re­so­wa­ła się dziew­czy­ną do­pie­ro wte­dy, gdy ze sobą ze­rwa­li (na krót­ko zresz­tą), ale przez resz­tę cza­su nie przy­cią­ga­ła ona uwa­gi opi­nii pu­blicz­nej. Jed­ną z naj­słyn­niej­szych ko­biet świa­ta sta­ła się do­pie­ro, przyj­mu­jąc pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy. Dla ro­dzi­ny kró­lew­skiej oka­za­ła się cen­nym na­byt­kiem. In­te­li­gent­na, cza­ru­ją­ca, zrów­no­wa­żo­na i pew­na sie­bie. W do­dat­ku wspie­ra­ła Wil­lia­ma w jego naj­trud­niej­szych chwi­lach. Była przy nim, kie­dy jako stu­dent mu­siał sta­wić czo­ło ko­lej­nym skan­da­lom w ro­dzi­nie, i po­ma­ga­ła „ma­łe­mu księ­ciu” po­go­dzić się z lo­sem na­stęp­cy tro­nu. On tak­że da­wał jej opar­cie, szcze­gól­nie gdy sta­ła się oso­bą pu­blicz­ną. Kate zo­sta­ła za­ak­cep­to­wa­na przez ro­dzi­nę kró­lew­ską, a Wil­liam zdo­był sym­pa­tię przy­szłych te­ściów. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że się ko­cha­li, byli szczę­śli­wi i two­rzy­li zgra­ną dru­ży­nę.

Do dnia za­rę­czyn wi­dzia­no w Kate tyl­ko do­da­tek do Wil­lia­ma, a jej ta rola od­po­wia­da­ła. W koń­cu to on był po­tom­kiem ro­dzi­ny kró­lew­skiej i na­wykł do by­cia obiek­tem po­wszech­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Po­zna­li się, gdy osią­gnął peł­no­let­ność i za­czy­nał wcho­dzić w rolę, jaką mu wy­zna­czo­no. Wspie­ra­ła go pod­czas stu­diów, a tak­że na po­cząt­ku ka­rie­ry woj­sko­wej. Mał­żon­ko­wie człon­ków ro­dzi­ny kró­lew­skiej za­wsze mu­szą spro­stać okre­ślo­nym ocze­ki­wa­niom, jed­nak od Kate nie wy­ma­ga­no zbyt wie­le. Głów­nie dla­te­go, że była ko­bie­tą. Kie­dy ksią­żę Fi­lip po­ślu­bił kró­lo­wą Elż­bie­tę, mu­siał zre­zy­gno­wać z do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­rie­ry w ma­ry­nar­ce wo­jen­nej. Uda­ło mu się jed­nak zna­leźć swo­je miej­sce i po­go­dzić obo­wiąz­ki kró­lew­skie­go mał­żon­ka z wła­sny­mi am­bi­cja­mi.

Kate sta­ła się kimś wię­cej niż tyl­ko żoną na­stęp­cy tro­nu, a jej przy­szłość ma­lu­je się w ja­snych bar­wach. Ci, któ­rzy z nią kie­dy­kol­wiek pra­co­wa­li, ce­nią ją nie tyl­ko za na­tu­ral­ne cie­pło i em­pa­tię, lecz tak­że za uwa­gę, jaką po­świę­ca szcze­gó­łom. Jesz­cze za­nim we­szła do ro­dzi­ny kró­lew­skiej, po­ma­ga­ła dzie­ciom po­krzyw­dzo­nym przez los. Te­raz zgło­si­ła go­to­wość do zaj­mo­wa­nia się też po­waż­niej­szy­mi pro­ble­ma­mi, choć­by po­mo­cą uza­leż­nio­nym od nar­ko­ty­ków. Z oka­zji ślu­bu wspól­nie z Wil­lia­mem na­pi­sa­ła mo­dli­twę, któ­rą wy­gło­si­li, skła­da­jąc so­bie przy­się­gę mał­żeń­ską: „Po­móż nam słu­żyć cier­pią­cym i wspo­ma­gać ich”. To jaw­na de­kla­ra­cja – wła­śnie tak tych dwo­je wy­obra­ża so­bie swo­ją rolę w spo­łe­czeń­stwie. Ca­ro­le, mat­ka Kate, wy­cho­wa­ła tro­je dzie­ci, jed­no­cze­śnie stwo­rzy­ła od pod­staw wła­sną fir­mę i za­mie­ni­ła ją w świet­nie pro­spe­ru­ją­ce przed­się­bior­stwo. Cór­ka za­mie­rza iść w jej śla­dy i łą­czyć ma­cie­rzyń­stwo z obo­wiąz­ka­mi re­pre­zen­ta­cyj­ny­mi.

Te­raz, kie­dy Kate ofi­cjal­nie na­le­ży już do ro­dzi­ny kró­lew­skiej, nad­szedł czas, żeby le­piej się jej przyj­rzeć. To je­dy­na ko­bie­ta bez ary­sto­kra­tycz­nych ko­rze­ni, któ­ra w cią­gu ostat­nich trzy­stu pięć­dzie­się­ciu lat po­ślu­bi­ła na­stęp­cę tro­nu. Praw­do­po­dob­nie nie do­szło­by do tego, gdy­by nie tra­ge­die, któ­re do­tknę­ły oby­dwie ro­dzi­ny. Wy­da­rze­nia po­prze­dza­ją­ce jej przyj­ście na świat oraz wspar­cie i mi­łość, ja­kie otrzy­ma­ła od ro­dzi­ców, spra­wi­ły, że zna­la­zła się w ta­kim, a nie in­nym miej­scu. Resz­ta to jej za­słu­ga.

Na chrzcie nada­no jej imię Ca­the­ri­ne. Pod­czas stu­diów za­czę­to wo­łać na nią Kate. Tak też zwra­ca się do niej Wil­liam. Dzien­ni­ka­rze skwa­pli­wie pod­chwy­ci­li to zdrob­nie­nie i te­raz już nikt nie mówi o niej in­a­czej. Pew­ne­go dnia ta ko­bie­ta zo­sta­nie kró­lo­wą Ca­the­ri­ne, na ra­zie jed­nak jest zna­na i uwiel­bia­na jako Kate.

ROZDZIAŁ PIERWSZYFatalny zbieg okoliczności

W 1982 roku bry­tyj­ska zima była wy­jąt­ko­wo mroź­na. W stycz­niu przez kraj prze­szły in­ten­syw­ne za­mie­cie. Za­mknię­to set­ki ki­lo­me­trów dróg, od­wo­ła­no po­cią­gi, dzie­ci nie cho­dzi­ły do szko­ły. W kra­ju za­pa­no­wał cha­os. W hrab­stwie Berk­shi­re po­li­cja za­le­ca­ła miesz­kań­com po­zo­sta­nie w do­mach. Po­wie­dzieć, że było nie­przy­jem­nie, to eu­fe­mizm. I aku­rat w sa­mym środ­ku jed­nej ze śnie­życ oka­za­ło się, że Ca­ro­le i Mi­cha­el Mid­dle­to­no­wie mu­szą na­tych­miast je­chać do szpi­ta­la, na świat mia­ło bo­wiem przyjść ich pierw­sze dziec­ko. Po­bra­li się pół­to­ra roku wcze­śniej. Obo­je cięż­ko pra­co­wa­li i byli lu­bia­ni przez są­sia­dów. Byli bar­dzo ro­dzin­ny­mi ludź­mi i nie mo­gli się do­cze­kać na­ro­dzin pierw­szej cór­ki. Ca­the­ri­ne Eli­za­beth Mid­dle­ton uj­rza­ła świat w szpi­ta­lu Roy­al Berk­shi­re w Re­ading, w so­bo­tę 9 stycz­nia 1982 roku. Była do­rod­nym dziec­kiem, z bu­rzą czar­nych wło­sków. Po krót­kim po­by­cie w szpi­ta­lu mama i ma­leń­stwo wró­ci­li do domu.

Choć Kate nie zda­wa­ła so­bie z tego spra­wy, jej szczę­śli­wy po­ród w ob­li­czu po­go­do­wej klę­ski był sym­bo­licz­nym koń­cem dłu­giej i krę­tej dro­gi, jaką mu­sie­li po­ko­nać Ca­ro­le i jej przod­ko­wie. Przez po­nad sto lat ro­dzi­na Har­ri­so­nów pra­co­wa­ła w ko­pal­niach i spę­dza­ła pod zie­mią po osiem­na­ście go­dzin dzien­nie, sześć dni w ty­go­dniu. Na każ­dym kro­ku gro­zi­ła im śmierć – wy­bu­chy gazu i tąp­nię­cia były w ów­cze­snych ko­pal­niach chle­bem po­wsze­dnim. Gruź­li­ca, cho­le­ra i po­lio zbie­ra­ły żni­wo wśród miesz­kań­ców gór­ni­czych osie­dli, po­zo­sta­wia­jąc bez środ­ków do ży­cia tłu­my wdów i sie­rot. Har­ri­so­no­wie miesz­ka­li w hrab­stwie Dur­ham, na po­łu­dnie od New­ca­stle. Ko­pal­nie, w któ­rych pra­co­wa­li, na­le­ża­ły do ro­dzi­ny Bo­wes-Lyons, z któ­rej wy­wo­dzi­ła się kró­lo­wa mat­ka. Kto wie, jak dłu­go jesz­cze ko­lej­ne po­ko­le­nia Har­ri­so­nów wy­do­by­wa­ły­by wę­giel, gdy­by śmierć nie zaj­rza­ła do ich domu. Tho­mas, przy­szły pra­dzia­dek Kate, miał za­le­d­wie czter­na­ście lat, gdy w oko­pach pierw­szej woj­ny świa­to­wej stra­cił ojca. Tra­ge­dia od­mie­ni­ła ży­cie chło­pa­ka i wpły­nę­ła na los jego po­tom­ków. Tho­mas rzu­cił ro­bo­tę w ko­pal­ni i za­czął ter­mi­no­wać na sto­la­rza u dziad­ka ze stro­ny mat­ki. Gdy osią­gnął peł­no­let­ność, oże­nił się, a wkrót­ce zo­stał oj­cem dziew­czyn­ki, któ­rej nada­no na imię Do­ro­thy. W przy­szło­ści mia­ła zo­stać bab­ką Kate. Kie­dy w la­tach czter­dzie­stych XX wie­ku kraj po­wo­li pod­no­sił się z gru­zów po dru­giej woj­nie świa­to­wej, Har­ri­so­no­wie w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia prze­nie­śli się na po­łu­dnie.

Osie­dli­li się w So­uthall, na przed­mie­ściach Lon­dy­nu. Tam wła­śnie Do­ro­thy po­zna­ła Rona Gold­smi­tha – przy­szłe­go dziad­ka Kate. Jego ro­dzi­na nig­dy nie pra­co­wa­ła w ko­pal­ni, ale tak­że kle­pa­ła bie­dę. Gold­smi­tho­wie po­cho­dzi­li z Ken­tu i za­ra­bia­li na ży­cie jako nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­ni ro­bot­ni­cy lub w naj­lep­szym wy­pad­ku me­cha­ni­cy. Po­dob­no kil­ku z nich było na ba­kier z pra­wem i skoń­czy­ło w Au­stra­lii, w tam­tych cza­sach wciąż jesz­cze bę­dą­cej bry­tyj­ską ko­lo­nią kar­ną. Z tą nie­chlub­ną tra­dy­cją ro­dzin­ną ze­rwał do­pie­ro pra­pra­dzia­dek Kate, John Gold­smith, i w po­szu­ki­wa­niu za­ję­cia prze­niósł się naj­pierw do Lon­dy­nu, a w koń­cu do So­uthall. Kie­dy Ron po­znał Do­ro­thy, ona pra­co­wa­ła w eks­klu­zyw­nym skle­pie z odzie­żą, a on był kie­row­cą. Dziew­czy­na chcia­ła po­pra­wić swój los i kon­se­kwent­nie do tego dą­ży­ła. Mniej przy­chyl­na część ro­dzi­ny na­rze­czo­ne­go uwa­ża­ła ją na­wet za „bez­czel­ną pan­ni­cę ze skłon­no­ścią do wy­wyż­sza­nia się”. Inni pod­kre­śla­li jej urok oso­bi­sty, bez­po­śred­niość oraz ła­twość na­wią­zy­wa­nia zna­jo­mo­ści.

– Była bar­dzo miła w oby­ciu – wspo­mi­nał Du­dley Sin­gle­ton, miesz­ka­niec So­uthall, któ­ry po­znał Do­ro­thy i Rona, kie­dy byli już mał­żeń­stwem. – Za­wsze cho­dzi­ła wy­pro­sto­wa­na, uśmie­cha­ła się do wszyst­kich uro­czo i mia­ła iście dwor­skie ma­nie­ry. Na­zy­wa­no ją więc „księż­ną”. I ona, i jej mąż, czło­wiek spo­koj­ny i ci­chy, cie­szy­li się po­wszech­ną sym­pa­tią. Po ślu­bie mło­dzi mał­żon­ko­wie za­miesz­ka­li u owdo­wia­łej mat­ki Rona, a wkrót­ce prze­nie­śli się do miesz­ka­nia ko­mu­nal­ne­go. Za pie­nią­dze po­ży­czo­ne od szwa­gra zbu­do­wa­li swój pierw­szy dom. I wła­śnie tam, 31 stycz­nia 1955 roku, przy­szła na świat ich cór­ka Ca­ro­le Eli­za­beth Gold­smith.

Przez dzie­więć lat była je­dy­nacz­ką. Póź­niej Do­ro­thy uro­dzi­ła syna, Gary’ego, a ro­dzi­na prze­nio­sła się do po­bli­skie­go Nor­wo­od Gre­en – miej­sco­wo­ści już nie tak bied­nej jak So­uthall, ale cie­szą­cej się tyl­ko tro­chę lep­szą opi­nią. Za­miesz­ka­li w domu na osie­dlu ko­mu­nal­nym, wy­bu­do­wa­nym na te­re­nach zbom­bar­do­wa­nych pod­czas woj­ny. Za­miast ku­pić nie­wiel­kie miesz­ka­nie, na któ­re ze swo­imi do­cho­da­mi mo­gli­by so­bie spo­koj­nie po­zwo­lić, za­in­we­sto­wa­li w więk­szą nie­ru­cho­mość. Ron, pra­cu­ją­cy jako kie­row­ca cię­ża­rów­ki, czę­sto brał do­dat­ko­we kur­sy, żeby za­pew­nić ro­dzi­nie od­po­wied­ni po­ziom ży­cia. Do­ro­thy zaj­mo­wa­ła się dzieć­mi i do­ra­bia­ła jako agent­ka han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Po prze­pro­wadz­ce Ron za­ło­żył wła­sną fir­mę bu­dow­la­ną, ale na swo­im też pra­co­wał rów­nie cięż­ko. Oczkiem w gło­wie i dumą Gold­smi­thów były ich dzie­ci.

Ja­sno­wło­sa Ca­ro­le gra­ła w szkol­nym ze­spo­le mu­zycz­nym. Była ty­po­wą słod­ką dziew­czyn­ką – uwiel­bia­ła ko­lor ró­żo­wy i ta­niec przed te­le­wi­zo­rem. Ko­cha­ła swo­je­go młod­sze­go o dzie­więć lat bra­ta. Jako na­sto­lat­ka za­in­te­re­so­wa­ła się mu­zy­ką soul, a do jej ulu­bio­nych ar­ty­stów na­le­że­li Ste­vie Won­der oraz gru­pa Earth, Wind & Fire. Pra­co­wa­ła w po­pu­lar­nym skle­pie z ubra­nia­mi C&A. Nie epa­to­wa­ła uro­dą, ale po­wszech­nie uwa­ża­no ją za ład­ną dziew­czy­nę.

– Ra­czej się nie ma­lo­wa­ła – wspo­mi­na­ła jej ku­zyn­ka Anne Ter­ry w książ­ce Clau­dii Jo­seph Kate Mid­dk­ton: Prin­cess in Wa­iting („Kate Mid­dle­ton: przy­szła księż­nicz­ka”). – Była bar­dzo na­tu­ral­na, naj­czę­ściej no­si­ła dżin­sy i luź­ną blu­zę, ale i w nich wy­glą­da­ła atrak­cyj­nie.

W wie­lu dwu­dzie­stu je­den lat Ca­ro­le za­czę­ła pra­cę w Bri­tish Air­ways. Tam po­zna­ła uro­cze­go mło­de­go czło­wie­ka, Mi­cha­ela Mid­dle­to­na, i to spo­tka­nie mia­ło zmie­nić jej ży­cie.

Hi­sto­ria ro­dzi­ny Mid­dle­to­nów była zde­cy­do­wa­nie mniej po­gma­twa­na i dra­ma­tycz­na niż losy Gold­smi­thów i Har­ri­so­nów.

Przod­ko­wie Mi­cha­ela od pię­ciu po­ko­leń pro­wa­dzi­li kan­ce­la­rię ad­wo­kac­ką w Le­eds i wio­dło im się le­piej niż do­brze. Pra­dzia­dek Kate, Noel Mid­dle­ton, oże­nił się z pan­ną z to­wa­rzy­stwa Oli­ve Lup­ton, cór­ką bo­ga­cza Fran­ci­sa Lup­to­na, i to jemu i jego mły­nom ro­dzi­na za­wdzię­cza­ła ma­ją­tek. Fran­cis Lup­ton miał trzech sy­nów i dwie cór­ki. Nie­ste­ty, wszy­scy chłop­cy zgi­nę­li pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej, a nie­szczę­sny oj­ciec do koń­ca ży­cia nie po­tra­fił po­go­dzić się z tą stra­tą. Po śmier­ci Fran­ci­sa ma­ją­tek zo­stał po­dzie­lo­ny mię­dzy cór­ki. Część, któ­ra przy­pa­dła Oli­ve, dzi­siaj by­ła­by war­ta oko­ło dzie­się­ciu mi­lio­nów fun­tów.

Przez Lup­to­nów Kate jest spo­krew­nio­na z księ­ciem Wil­lia­mem. Obo­je po­cho­dzą z li­nii sir Tho­ma­sa Fa­ir­fak­sa, człon­ka par­la­men­tu i na­czel­ne­go do­wód­cy z cza­sów an­giel­skiej woj­ny do­mo­wej w XVII wie­ku. Wil­liam jest z nim spo­krew­nio­ny od stro­ny mat­ki, Kate – po­przez ojca, a to ozna­cza, że są ku­zy­na­mi pięt­na­ste­go stop­nia. War­to wspo­mnieć, że Zo­fia, cór­ka sprze­daw­cy opon i se­kre­tar­ki, a obec­nie hra­bi­na We­ssex i żona księ­cia Edwar­da, jest ku­zyn­ką swo­je­go męża w je­de­na­stym stop­niu. Gdy­by zgłę­bić rzecz do­kład­niej, oka­za­ło­by się, że wie­lu tak zwa­nych zwy­czaj­nych oby­wa­te­li wśród swo­ich przod­ków ma ary­sto­kra­tów, któ­rych na­zwi­ska dziś po­krył już kurz hi­sto­rii.

Noel i Oli­ve mie­li dwóch sy­nów. Jed­nym z nich był przy­szły dzia­dek Kate, Pe­ter, a dru­gie­mu dali na imię An­tho­ny. Kie­dy do­ro­śli, w cią­gu jed­ne­go roku po­ślu­bi­li bliź­niacz­ki, Va­le­rie i Mary Glass­bo­row. Dziew­czę­ta po­cho­dzi­ły z rodu ban­kie­rów i urzęd­ni­ków, uro­dzi­ły się na lon­dyń­skim East En­dzie, ale wy­cho­wa­ły w Mar­sy­lii. Dzia­dek Kate zła­mał ro­dzin­ną tra­dy­cję, nie zo­stał bo­wiem praw­ni­kiem, tyl­ko wstą­pił do Kró­lew­skich Sił Lot­ni­czych Wiel­kiej Bry­ta­nii (RAF), a po dru­giej woj­nie świa­to­wej zo­stał pi­lo­tem Bri­tish Eu­ro­pe­an Air­ways, czy­li przod­ka Bri­tish Air­ways. Ta de­cy­zja w przy­szło­ści mia­ła wpły­nąć na wy­bór za­wo­du przez jego syna Mi­cha­ela. Pod­czas woj­ny Pe­ter pi­lo­to­wał sa­mo­lot my­śliw­sko-bom­bo­wy Mo­squ­ito. Jego za­da­nie po­le­ga­ło na od­strze­li­wa­niu sta­tecz­ni­ków nie­miec­kich ra­kiet V1, któ­re dzię­ki temu nie do­la­ty­wa­ły do Lon­dy­nu i spa­da­ły na sła­bo za­lud­nio­ne te­re­ny wiej­skie.

Dru­gi z czte­rech sy­nów Pe­te­ra, Mi­cha­el Fran­cis Mid­dle­ton, przy­szedł na świat 23 czerw­ca 1949 roku. Trzy lata póź­niej ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się do Buc­kin­gham­shi­re, żeby Pe­ter miał bli­żej do pra­cy na lot­ni­sku He­ath­row. Wła­śnie wte­dy miał oka­zję to­wa­rzy­szyć księ­ciu Edyn­bur­ga pod­czas jego dwu­ty­go­dnio­wej po­dró­ży po Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Pe­ter peł­nił funk­cję pierw­sze­go ofi­ce­ra, a w po­dzię­ko­wa­niu za za­słu­gi otrzy­mał od ro­dzi­ny kró­lew­skiej list oraz parę zło­tych spi­nek do man­kie­tów.

Mi­cha­el Mid­dle­ton po­bie­rał na­uki w Cli­fton Col­le­ge w Bri­sto­lu. Po­cząt­ko­wo ma­rzył, żeby tak jak oj­ciec zo­stać pi­lo­tem. W 1972 roku Bri­tish Eu­ro­pe­an Air­li­nes po­łą­czy­ła się z Bri­tish Over­se­as Air­li­nes i tak po­wsta­ło Bri­tish Air­ways. Mi­cha­el roz­po­czął pra­cę na lot­ni­sku He­ath­row. No­sił gra­na­to­wy mun­dur ze zło­ty­mi dys­tynk­cja­mi na man­kie­tach, bia­łą ko­szu­lę, ciem­no­nie­bie­ski kra­wat i czer­wo­ną czap­kę, któ­rej pra­cow­ni­cy ob­słu­gi za­wdzię­cza­ją swo­je prze­zwi­sko. Mi­cha­el był od­po­wie­dzial­ny za ko­or­dy­na­cję ru­chu na­ziem­ne­go na pły­cie lot­ni­ska. Przed star­tem prze­pro­wa­dzał in­spek­cję: spraw­dzał, czy ma­szy­na zo­sta­ła od­po­wied­nio za­tan­ko­wa­na i za­opa­trzo­na w żyw­ność, a licz­ba pa­sa­że­rów i ba­ga­ży od­po­wia­da tej, któ­ra zo­sta­ła za­de­kla­ro­wa­na pod­czas od­pra­wy. Do­pie­ro wte­dy pi­lo­ci otrzy­my­wa­li ze­zwo­le­nie na start. Kie­dy zaś ja­kiś sa­mo­lot wy­lą­do­wał, Mi­cha­el jako pierw­szy wcho­dził na po­kład, by wy­mie­nić z pi­lo­tem tech­nicz­ne in­for­ma­cje na te­mat lotu. Na­stęp­nie spraw­dzał, czy per­so­nel ka­bi­no­wy wy­ko­nał swo­je za­da­nia. Pod­czas jed­nej z ta­kich kon­tro­li po­znał mło­dą ste­war­de­sę, Ca­ro­le Gold­smith.

W la­tach sześć­dzie­sią­tych i na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku po­dró­że po­wietrz­ne wciąż mia­ły po­smak luk­su­su, na któ­ry tyl­ko nie­wie­lu mo­gło so­bie po­zwo­lić. Pra­ca na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu ucho­dzi­ła za nie­zwy­kle pre­sti­żo­wą. Ste­war­de­sy mu­sia­ły być peł­ne ży­cia, mło­de, ład­ne i ła­two na­wią­zy­wać kon­takt z pa­sa­że­ra­mi. Wy­star­czy­ło, by któ­raś przy­ty­ła kil­ka ki­lo­gra­mów, a była wzy­wa­na na po­waż­ną roz­mo­wę. W 1976 roku, kie­dy dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia Ca­ro­le za­czy­na­ła ka­rie­rę za­wo­do­wą, sy­tu­acja po­wo­li za­czy­na­ła się zmie­niać. Po­wsta­ły pierw­sze biu­ra po­dró­ży ofe­ru­ją­ce pa­kie­ty wy­ciecz­ko­we ra­zem z prze­lo­tem i ceny bi­le­tów nie­co spa­dły. Bu­do­wa­no co­raz więk­sze i szyb­sze sa­mo­lo­ty, a za tym szła ko­niecz­ność za­trud­nia­nia no­wych lu­dzi. Mimo to per­so­nel po­kła­do­wy wciąż był po­strze­ga­ny jako pew­ne­go ro­dza­ju eli­ta, a zdo­by­cie upra­gnio­ne­go eta­tu po­prze­dza­ła dłu­ga i żmud­na re­kru­ta­cja. Za­nim Ca­ro­le roz­po­czę­ła szko­le­nie, mu­sia­ła przejść roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną, pod­czas któ­rej oce­nia­no jej ko­mu­ni­ka­tyw­ność, za­cho­wa­nie, spo­sób ubie­ra­nia się, a na­wet wy­sła­wia­nia. Li­nie lot­ni­cze były w sta­nie przy­jąć do pra­cy oso­bę, któ­ra mó­wi­ła z lek­kim ak­cen­tem, ale nie to­le­ro­wa­ły wpla­ta­nia slan­go­wych słów i zwro­tów.

Kan­dy­da­tu­ra Ca­ro­le zo­sta­ła za­ak­cep­to­wa­na i dziew­czy­na roz­po­czę­ła sze­ścio­ty­go­dnio­we szko­le­nie, pod­czas któ­re­go po­ru­sza­no wie­le roz­ma­itych, cza­sem dość dziw­nych za­gad­nień. Wło­sy ste­war­des mu­sia­ły być krót­ko ob­cię­te lub zwią­za­ne w kok i w żad­nym wy­pad­ku nie po­win­ny do­ty­kać koł­nie­rzy­ka. Ko­bie­ty mo­gły uży­wać tyl­ko jed­ne­go, okre­ślo­ne­go, ro­dza­ju szmin­ki, a pro­fe­sjo­nal­ni wi­za­ży­ści prze­pro­wa­dzi­li po­kaz do­zwo­lo­ne­go ma­ki­ja­żu. Re­gu­la­min okre­ślał na­wet wy­gląd pa­znok­ci, któ­re mu­sia­ły być czy­ste i sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wa­ne. Przy­szłe ste­war­de­sy po­uczo­no rów­nież o od­po­wied­nim ko­lo­rze raj­stop i przy­po­mnia­no o sta­ran­nym czysz­cze­niu obu­wia. Zdar­te ob­ca­sy były, rzecz ja­sna, nie­do­pusz­czal­ne. Pod­czas służ­by pra­cow­ni­ce mu­sia­ły no­sić sto­sow­ny uni­form, łącz­nie z ka­pe­lu­szem i rę­ka­wicz­ka­mi.

Szko­le­nia od­by­wa­ły się w cen­trum w Cra­ne­bank, zwa­nym „szko­łą umie­jęt­no­ści”. Ca­ro­le uczy­ła się na­wet pro­fe­sjo­nal­ne­go ser­wo­wa­nia po­sił­ków i na­le­wa­nia szam­pa­na oraz mie­sza­nia drin­ków, ta­kich jak mar­ti­ni czy Krwa­wa Mary. Na po­trze­by szko­le­nia zbu­do­wa­no ma­kie­tę prze­dzia­łu pa­sa­żer­skie­go, w któ­rej pra­cow­ni­cy Bri­tish Air­ways uda­wa­li pa­sa­że­rów, a uczen­ni­ce tre­no­wa­ły ich ob­słu­gi­wa­nie. Wy­ma­ga­no, by po­ru­sza­ły się z gra­cją, uważ­nie słu­cha­ły i na­wią­zy­wa­ły kon­takt wzro­ko­wy z pa­sa­że­ra­mi. Oczy­wi­ście wszyst­ko z uśmie­chem. Jak mó­wił je­den z by­łych in­struk­to­rów:

– Ko­niecz­ne było opa­no­wa­nie wszyst­kich ele­men­tów oma­wia­nych pod­czas szko­le­nia. Żeby otrzy­mać za­li­cze­nie, trze­ba było zdo­być od­po­wied­nią licz­bę punk­tów.

Na­to­miast brat Ca­ro­le, Gary, wspo­mi­nał:

– W cza­sach, kie­dy cho­dzi­ła na kurs, w domu go­dzi­na­mi ćwi­czy­ła ko­mu­ni­ka­ty, któ­re wy­po­wia­da się na po­kła­dzie. Na­gry­wa­ła je na ma­gne­to­fon, żeby wy­chwy­cić błę­dy. Bar­dzo mnie to wte­dy ba­wi­ło.

Po ślu­bie Kate i Wil­lia­ma po­ja­wi­ło się wie­le po­chleb­nych ko­men­ta­rzy na te­mat po­wścią­gli­we­go za­cho­wa­nia człon­ków ro­dzi­ny pan­ny mło­dej. Po czę­ści jest to ich na­tu­ral­ny spo­sób by­cia, po czę­ści zaś za­słu­ga szko­le­nia, ja­kie prze­szła Ca­ro­le na po­cząt­ku swo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej. Dziś wy­ma­ga­nia, sta­wia­ne w tam­tych cza­sach ste­war­de­som, mogą się wy­da­wać sta­ro­świec­kie, ale do­bre ma­nie­ry i opa­no­wa­nie nig­dy nie tra­cą uro­ku. W po­dob­ny spo­sób za­cho­wu­je się rów­nież Kate – za­wsze uśmiech­nię­ta, ele­ganc­ka i uprzej­ma dla wszyst­kich.

Tre­ning z za­kre­su bez­pie­czeń­stwa, któ­ry obo­wiąz­ko­wo mu­sie­li przejść wszy­scy kan­dy­da­ci na pra­cow­ni­ków Bri­tish Air­ways, obej­mo­wał za­ję­cia na ba­se­nie, poza tym ob­słu­gę tratw oraz rę­ka­wów ra­tun­ko­wych. Uczo­no nie tyl­ko za­sad pierw­szej po­mo­cy, lecz tak­że od­bie­ra­nia po­ro­du, tech­nik re­ani­ma­cji czy po­da­wa­nia le­ków pa­sa­że­rom. Każ­dy mu­siał umieć opa­try­wać rany, a na­wet unie­ru­cha­miać w łup­kach zła­ma­ne koń­czy­ny. Za­li­cze­nie da­wał tyl­ko wy­nik dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent z te­stu. Je­śli nie uda­ło się to za pierw­szym ra­zem, kan­dy­dat do­sta­wał dru­gą szan­sę, ale ko­lej­na po­raż­ka ozna­cza­ła ko­niec z ma­rzeń o zo­sta­niu człon­kiem per­so­ne­lu po­kła­do­we­go.

Ca­ro­le zda­ła wszyst­kie eg­za­mi­ny i była wszech­stron­nie przy­go­to­wa­na do roz­po­czę­cia ka­rie­ry za­wo­do­wej. Po­tra­fi­ła ode­brać po­ród, przy­rzą­dzić mar­ti­ni i przy­wró­cić ak­cję ser­ca – a wszyst­ko to z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem. W tam­tych cza­sach ste­war­de­sy no­si­ły skrom­ne uni­for­my o tra­dy­cyj­nym kro­ju, na któ­re skła­da­ła się bia­ła bluz­ka z koł­nie­rzy­kiem, dłu­gi, do­pa­so­wa­ny ża­kiet w ko­lo­rze gra­na­to­wym oraz spód­ni­ca się­ga­ją­ca po­ło­wy ły­dek. Ca­ło­ści do­peł­nia­ły wspo­mnia­ne rę­ka­wicz­ki i ka­pe­lusz. Ca­ro­le była za­chwy­co­na pra­cą na po­kła­dzie.

Mu­sia­ła szyb­ko zre­or­ga­ni­zo­wać swo­je dwu­dzie­sto­jed­no­let­nie ży­cie. Zda­rza­ło się bo­wiem, że przez dwa­dzie­ścia dni z rzę­du była poza do­mem. La­ta­ła za­rów­no w dzień, jak i w nocy, peł­niąc obo­wiąz­ki nie­prze­rwa­nie przez wie­le go­dzin i śpiąc o naj­dziw­niej­szych po­rach. Z po­wo­du zmia­ny stref cza­so­wych mie­wa­ła po po­wro­cie do An­glii pro­ble­my z za­sy­pia­niem. Mimo to lu­bi­ła swo­ją pra­cę i uwa­ża­ła ją za bar­dzo eks­cy­tu­ją­cą. Zda­rza­ło się, że cze­ka­jąc na lot po­wrot­ny na dru­gim koń­cu świa­ta, mia­ła kil­ka dni tyl­ko dla sie­bie. Wie­le mło­dych ko­biet ma­rzy­ło o ta­kiej pra­cy. Per­so­nel po­kła­do­wy nie mógł też na­rze­kać na ży­cie to­wa­rzy­skie. Pra­cow­ni­cy otrzy­my­wa­li do­dat­ko­we fun­du­sze na wła­sne wy­dat­ki w wa­lu­cie kra­ju, do któ­re­go aku­rat le­cie­li. W roku 1976 po­dró­że lot­ni­cze wy­glą­da­ły zu­peł­nie in­a­czej niż obec­nie. Tra­fia­li się tu­ry­ści (szcze­gól­nie pa­no­wie), któ­rzy nie przy­wy­kli jesz­cze do la­ta­nia sa­mo­lo­tem. By­wa­ło, że pró­bo­wa­li wejść na po­kład pro­sto z pla­ży – bez ko­szu­li, w klap­kach i ką­pie­lów­kach. Wte­dy pi­lo­ci pro­si­li ich, by wró­ci­li do hali od­lo­tów i prze­bra­li się w coś bar­dziej sto­sow­ne­go do sy­tu­acji. W tam­tych cza­sach nie obo­wią­zy­wał za­kaz pa­le­nia. Je­den z by­łych pra­cow­ni­ków Bri­tish Air­ways wspo­mi­nał, że cały per­so­nel ka­bi­no­wy po­tra­fił zbie­rać się w ma­leń­kiej kuch­ni na pa­pie­ro­sa, a po­sił­ki roz­wo­zi­ło się w chmu­rze si­we­go dymu. Przy oka­zji oczy­wi­ście ro­man­so­wa­no na po­tę­gę, a wie­le ste­war­des wy­cho­dzi­ło za mąż za pi­lo­tów. Szyb­ko sta­ło się ja­sne, że Ca­ro­le i Mi­cha­el do­sko­na­le do sie­bie pa­su­ją. Wkrót­ce też zo­sta­li parą. Obo­je cięż­ko pra­co­wa­li, mie­li dy­żu­ry o naj­róż­niej­szych po­rach dnia i nocy, czę­sto spo­ty­ka­li się tyl­ko w bie­gu gdzieś po dro­dze. Mie­li jed­nak świa­do­mość, że atrak­cyj­na pra­ca wy­ma­ga po­świę­ceń. Jak pra­cow­ni­kom wszyst­kich li­nii lot­ni­czych na świe­cie, im też przy­słu­gi­wa­ło kil­ka dar­mo­wych prze­lo­tów w roku oraz duże zniż­ki przy za­ku­pie bi­le­tów.

Mło­dzi szyb­ko za­miesz­ka­li ra­zem. Wy­na­ję­li miesz­kan­ko w Slo­ugh, prze­my­sło­wej dziel­ni­cy w re­jo­nie He­ath­row. Pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych wspól­ne ży­cie bez ślu­bu świad­czy­ło o „no­wo­cze­snym” po­dej­ściu do związ­ku. Ca­ro­le i Mi­cha­el nie wy­obra­ża­li so­bie jed­nak ży­cia bez sie­bie i już w 1979 roku za­rę­czy­li się, a wkrót­ce po­tem ku­pi­li pierw­szy wła­sny dom w miej­sco­wo­ści Brad­field na Cock Lane. Była to po­łów­ka bliź­nia­ka, zbu­do­wa­na z czer­wo­nej ce­gły, przy­tul­na i skrom­na, ty­po­wa dla an­giel­skiej pro­win­cji. Du­dley Sin­gle­ton, agent, któ­ry sprze­dał im tę nie­ru­cho­mość, za­pa­mię­tał Ca­ro­le jako „bar­dzo sty­lo­wą ko­bie­tę, uśmiech­nię­tą i peł­ną uro­ku oso­bi­ste­go”, za to Mi­cha­el wy­dał mu się „ci­chy, nie­co wy­co­fa­ny, ale sym­pa­tycz­ny”.

Ślub wzię­li 21 czerw­ca 1980 roku w ko­ście­le Świę­te­go Ja­ku­ba Mniej­sze­go. Pan­na mło­da do­tar­ła na miej­sce kon­nym po­wo­zem. De­ter­mi­na­cja i wro­dzo­ny urok Do­ro­thy oraz ta­lent i pra­co­wi­tość Rona za­pew­ni­ły ro­dzi­nie fi­nan­so­wą sta­bi­li­za­cję. Cza­sy miesz­ka­nia ko­mu­nal­ne­go w So­uthall na­le­ża­ły do prze­szło­ści. Go­ściom za­ser­wo­wa­no szam­pa­na i tar­tin­ki w po­bli­skim Do­rney Co­urt. Póź­niej wszy­scy prze­nie­śli się na we­se­le do domu bra­ta Mi­cha­ela, Si­mo­na.

Na­stęp­nej wio­sny Ca­ro­le za­szła w cią­żę. Zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy w li­niach lot­ni­czych, a na po­że­gna­nie otrzy­ma­ła od­pra­wę w wy­so­ko­ści pię­ciu ty­się­cy fun­tów. Nie za­mie­rza­ła jed­nak osiąść na lau­rach. Po­sta­no­wi­ła za­ło­żyć wła­sną fir­mę, któ­ra za kil­ka lat mia­ła uczy­nić z Mid­dle­to­nów mi­lio­ne­rów. Na ra­zie mło­de mał­żeń­stwo po­świę­ca­ło całą uwa­gę nowo na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku.

Dzień, w któ­rym Kate przy­szła na świat, był wy­jąt­ko­wo mroź­ny i śnież­ny. W ca­łym kra­ju pa­no­wa­ły bar­dzo trud­ne wa­run­ki po­go­do­we, ale w hrab­stwie Berk­shi­re sty­czeń 1982 roku uzna­no za re­kor­do­wo zim­ny.

Dziew­czyn­ka oka­za­ła się spo­koj­nym, po­god­nym ma­leń­stwem, a Ca­ro­le szyb­ko od­na­la­zła się w roli mat­ki. Za­przy­jaź­ni­ła się z in­ny­mi świe­żo upie­czo­ny­mi mat­ka­mi z oko­li­cy. Jed­na z nich, Geo­r­ge Brown, wspo­mi­na­ła:

– Wy­cho­dzi­ły­śmy z dziew­czyn­ka­mi na spa­cer, a po dro­dze wpa­da­ły­śmy na kawę. Ca­the­ri­ne naj­czę­ściej spo­koj­nie spa­ła. Naj­wy­żej raz albo dwa wi­dzia­łam, jak pła­ka­ła.

W wie­ku pię­ciu mie­się­cy Kate zo­sta­ła ochrzczo­na w ko­ście­le Świę­te­go An­drze­ja w Brad­field. Na uro­czy­stość, któ­ra od­by­ła się 20 czerw­ca, z ca­łe­go kra­ju zje­cha­li krew­ni. Mi­cha­el wy­stą­pił w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, a Ca­ro­le – w su­kien­ce w kwia­ty. Na­stęp­ne­go dnia uro­dził się ksią­żę Wil­liam. Mid­dle­to­no­wie bar­dzo in­te­re­so­wa­li się wy­da­rze­nia­mi na dwo­rze. Nie tyl­ko dla­te­go, że księż­na Wa­lii za­szła w cią­żę w tym sa­mym cza­sie, co Ca­ro­le. Wszak w la­tach osiem­dzie­sią­tych ro­dzi­na kró­lew­ska cie­szy­ła się po­wszech­ną sym­pa­tią. Wszy­scy uwiel­bia­li Dia­nę, a jej ślub z księ­ciem Ka­ro­lem był wiel­kim wy­da­rze­niem, trans­mi­to­wa­nym przez te­le­wi­zję na cały świat. Wia­do­mość, że ksią­żę­ca para spo­dzie­wa się pierw­sze­go po­tom­ka, zo­sta­ła przy­ję­ta z ra­do­ścią. Ko­lo­ro­we ma­ga­zy­ny pu­bli­ko­wa­ły zdję­cia przy­szłej mamy i skwa­pli­wie opi­sy­wa­ły jej stro­je. Do­pie­ro dzie­sięć lat póź­niej wy­szły na jaw pro­ble­my, z ja­ki­mi bo­ry­ka­ła się księż­na. Lu­dzie do­wie­dzie­li się o za­ła­ma­niach, sta­nach lę­ko­wych i pró­bie sa­mo­bój­czej, któ­rą pod­ję­ła, rzu­ca­jąc się ze scho­dów pa­ła­cu San­drin­gham, wiej­skiej re­zy­den­cji kró­lew­skiej w Nor­folk. Na ra­zie jed­nak Dia­na pre­zen­to­wa­ła przed ka­me­ra­mi pro­mien­ny uśmiech, a ko­bie­ty na ca­łym świe­cie sta­ra­ły się na­śla­do­wać jej spo­sób ubie­ra­nia się i fry­zu­rę.

Ca­ro­le uwiel­bia­ła ro­dzin­ne uro­czy­sto­ści. Prze­ko­na­ła swo­ją przy­ja­ciół­kę i są­siad­kę Geo­r­ge Brown, jak waż­ne jest fe­to­wa­nie uro­dzin dziec­ka – na­wet je­śli koń­czy­ło za­le­d­wie ro­czek. Geo­r­ge – mat­ka trój­ki ma­lu­chów – nie bar­dzo mia­ła na to ocho­tę, ale dała się na­mó­wić, a Ca­ro­le przy­nio­sła tort. W tym cza­sie była już w dru­giej cią­ży. Nie­ba­wem – 6 wrze­śnia 1983 roku – na świat przy­szła dru­ga cór­ka. Nada­no jej imio­na Phi­lip­pa Char­lot­te, choć szyb­ko za­czę­to ją na­zy­wać po pro­stu „Pip­pa”. Ży­cie to­czy­ło się nor­mal­nie, wkrót­ce jed­nak Ca­ro­le i Mi­cha­el sta­nę­li przed waż­ną de­cy­zją.

Pierw­sze lata ży­cia Kate przy­pa­dły na nie­spo­koj­ny okres w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Rok wcze­śniej w ca­łym kra­ju wy­bu­chły gwał­tow­ne za­miesz­ki. W So­uthall, gdzie wcze­śniej miesz­ka­ła Ca­ro­le, 120 osób zo­sta­ło ran­nych pod­czas ulicz­nych bó­jek mię­dzy skin­he­ada­mi i mło­dy­mi Azja­ta­mi. Kon­ser­wa­tyw­ny rząd ciął wy­dat­ki na cele pu­blicz­ne, bez­ro­bo­cie wzro­sło do po­zio­mu, ja­kie­go nie no­to­wa­no od cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej. W mar­cu 1982 roku wy­bu­chła woj­na o Fal­klan­dy (Mal­wi­ny). Ir­landz­ka Ar­mia Re­pu­bli­kań­ska do­ko­ny­wa­ła krwa­wych za­ma­chów, w któ­rych gi­nę­ło wie­lu przy­pad­ko­wych lu­dzi.

Wspie­ra­ni fi­nan­so­wo przez ro­dzi­nę Mi­cha­ela Mid­dle­to­no­wie żyli z jed­nej pen­sji. Kie­dy więc po­ja­wi­ła się moż­li­wość do­brze płat­nej pra­cy za gra­ni­cą, nie wa­ha­li się dłu­go. Po­dob­ną de­cy­zję pod­ję­ło wte­dy wie­lu pra­cow­ni­ków Bri­tish Air­ways i na kil­ka lat tra­fi­li oni do przed­sta­wi­cielstw fir­my w róż­nych czę­ściach świa­ta. Mid­dle­to­no­wie wy­je­cha­li na Bli­ski Wschód, do Jor­da­nii – nie­wiel­kie­go kra­ju, któ­ry gra­ni­czy z Izra­elem, Sy­rią, Ira­kiem i Ara­bią Sau­dyj­ską. Było to od­waż­ne po­su­nię­cie, zwłasz­cza w przy­pad­ku ro­dzi­ny z dwój­ką ma­łych dzie­ci – Kate mia­ła prze­cież wte­dy dwa lata, a jej sio­stra za­le­d­wie osiem mie­się­cy. Za­miesz­ka­li w pół­noc­nej czę­ści kra­ju, w sto­li­cy – Am­ma­nie. Szczę­śli­wie dziew­czyn­ki były na tyle małe, że zmia­na oto­cze­nia nie­spe­cjal­nie wpły­nę­ła na ich ży­cie. Mid­dle­to­no­wie pla­no­wa­li wró­cić do An­glii, kie­dy Kate bę­dzie szła do szko­ły. Mie­li oka­zję zo­ba­czyć coś no­we­go, na­cie­szyć się słoń­cem, a przy oka­zji cał­kiem nie­źle za­ro­bić. Lot do Lon­dy­nu trwał tyl­ko pięć go­dzin, w ra­zie po­trze­by mo­gli więc szyb­ko wró­cić do ro­dzin­ne­go kra­ju.

W maju 1984 roku Mid­dle­to­no­wie wy­ru­szy­li do Am­ma­nu, idąc w śla­dy Rona, ojca Ca­ro­le, któ­ry za swo­ich żoł­nier­skich cza­sów sta­cjo­no­wał na Bli­skim Wscho­dzie. Jako pra­cow­ni­cy Bri­tish Air­ways obo­je byli przy­zwy­cza­je­ni do po­dró­żo­wa­nia, ale tym ra­zem było to co in­ne­go – mie­li za­miesz­kać w nie­zna­nym kra­ju, z dala od naj­bliż­szych. Am­man oka­zał się tęt­nią­cym ży­ciem, przy­sy­pa­nym pu­styn­nym ku­rzem mia­stem, peł­nym tar­go­wisk i me­cze­tów. Po uli­cach cho­dzi­ły ko­nie i osły, a domy wy­glą­da­ły jak po­zba­wio­ne okien, bia­łe sze­ścia­ny. Do­mi­no­wa­ła kuch­nia arab­ska. Wszę­dzie moż­na było ku­pić fa­sze­ro­wa­ne li­ście wi­no­gron, ryż, ja­gnię­ci­nę, pod­pło­my­ki oraz świe­że wa­rzy­wa i owo­ce. Pięć razy dzien­nie z licz­nych mi­na­re­tów roz­le­ga­ły się na­wo­ły­wa­nia mu­ez­zi­nów do mo­dli­twy. Mid­dle­to­no­wie mu­sie­li przy­wyk­nąć do no­wych zwy­cza­jów, wa­lu­ty, a na­wet świąt. Pią­tek zwy­cza­jo­wo był dniem wol­nym od pra­cy, na­to­miast w nie­dzie­lę wszyst­kie in­sty­tu­cje i skle­py dzia­ła­ły nor­mal­nie.

Mło­da ro­dzi­na za­miesz­ka­ła w pro­stym par­te­ro­wym bu­dyn­ku. Czynsz opła­ca­ły li­nie lot­ni­cze, dzię­ki cze­mu Ca­ro­le i Mi­cha­el mo­gli za­trzy­mać dom w Berk­shi­re. Oj­ciec Kate pra­co­wał na otwar­tym za­le­d­wie rok wcze­śniej mię­dzy­na­ro­do­wym lot­ni­sku imie­nia kró­lo­wej Alii, trze­ciej żony kró­la Jor­da­nii Hu­saj­na I.

Zaj­mo­wał kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko, miał do dys­po­zy­cji służ­bo­wy sa­mo­chód i gry­wał w te­ni­sa w am­ba­sa­dzie Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mid­dle­to­nom za­ofe­ro­wa­no bez­płat­ne bi­le­ty lot­ni­cze do An­glii, Ca­ro­le z dziew­czyn­ka­mi mo­gła więc re­gu­lar­nie od­wie­dzać kraj. Dzię­ki temu każ­de świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia cała czwór­ka spę­dza­ła wśród naj­bliż­szych.

Mid­dle­to­no­wie uwiel­bia­li od­kry­wać nowe miej­sca. Kie­dy tyl­ko mie­li oka­zję, zwie­dza­li Jor­da­nię, po­zna­jąc jej przy­ro­dę i za­byt­ki. Szcze­gól­nie w pa­mięć za­pa­dły im sta­ro­żyt­ne ru­iny w Dża­rasz, mie­ście za­ło­żo­nym przez Alek­san­dra Wiel­kie­go. Czę­sto jeź­dzi­li nad rze­kę Jor­dan, na­cie­szyć oczy tam­tej­szą nie­po­wta­rzal­nie so­czy­stą zie­le­nią. Pod wpły­wem słoń­ca wło­sy obu dziew­czy­nek szyb­ko zmie­ni­ły bar­wę na zło­ci­sty blond. Kate cho­dzi­ła do miej­sco­we­go przed­szko­la, gdzie uczy­ła się wier­szy­ków po arab­sku. Po­tra­fi­ła na­wet za­śpie­wać w tym ję­zy­ku „Sto lat”, i to jesz­cze za­nim na­uczy­ła się słów tej przy­śpiew­ki po an­giel­sku.

Nim się obej­rze­li, mi­nę­ło kil­ka lat. Nad­szedł czas po­wro­tu do Wiel­kiej Bry­ta­nii.

ROZDZIAŁ DRUGIDziewczynka zwana „Piszczkiem”

Mid­dle­to­no­wie re­gu­lar­nie by­wa­li w oj­czyź­nie. Krót­ko po czwar­tych uro­dzi­nach Kate po raz ko­lej­ny wsie­dli do sa­mo­lo­tu, tym ra­zem jed­nak po to, by wró­cić na do­bre. Dziew­czyn­ka nie­wie­le pa­mię­ta­ła z pierw­szych dwóch lat ży­cia spę­dzo­nych w domu przy Cock Lane. Te­raz na nowo od­kry­wa­ła jego se­kre­ty. Jej po­kój znaj­do­wał się na pod­da­szu, miał sko­śny su­fit, a do­kład­nie po­środ­ku nie­go okno.

O domu cięż­ko było po­wie­dzieć, że był prze­sad­nie prze­stron­ny, ale dziew­czyn­ki mo­gły ba­wić się w cie­niu dę­bów w ol­brzy­mim ogro­dzie. Przy­najm­niej przez kil­ka mie­się­cy, bo Kate nie­ba­wem mia­ła pójść do pierw­szej kla­sy. Za­miast do re­jo­no­wej pod­sta­wów­ki, od­da­lo­nej o mi­nu­tę od domu, ro­dzi­ce po­sła­li ją do St. An­drews w Pang­bo­ur­ne, do­kąd trze­ba było do­jeż­dżać dzie­sięć mi nut sa­mo­cho­dem. Dziew­czyn­ce w do­sta­niu się do eli­tar­nej szko­ły pry­wat­nej po­mo­gła wy­so­ka po­zy­cja ro­dzi­ny ojca. Po­nie­waż Mid­dle­to­no­wie za­osz­czę­dzi­li w Jor­da­nii nie­ma­łą sum­kę, było ich stać na cze­sne w wy­so­ko­ści – ba­ga­te­la – czte­rech ty­się­cy fun­tów za se­mestr. I tak, pew­ne­go dnia czte­ro­lat­ka wy­stro­jo­na w bia­łą bluz­kę, nie­bie­ską spód­nicz­kę, zie­lo­ny swe­te­rek i czar­ny kra­wat prze­kro­czy­ła próg szko­ły.

Bu­dy­nek stał w ser­cu gę­sto po­ro­śnię­te­go drze­wa­mi par­ku o po­wierzch­ni po­nad dwu­dzie­stu hek­ta­rów. Pro­wa­dzi­ła do nie­go dłu­ga, krę­ta dro­ga. Dla cie­ka­wej świa­ta Kate było to miej­sce wprost wy­ma­rzo­ne i w rze­czy sa­mej szko­ła wy­war­ła ogrom­ny wpływ na jej cha­rak­ter. Głów­ny gmach wy­glą­dał jak wik­to­riań­skie za­mczy­sko z czer­wo­nej ce­gły, ale w po­bli­żu było roz­rzu­co­nych wie­le skrom­niej­szych za­bu­do­wań i kil­ka pla­ców za­baw. Ca­ro­le i Mi­cha­el od dziec­ka wpa­ja­li cór­kom za­sa­dy do­bre­go wy­cho­wa­nia i bu­do­wa­li w nich po­czu­cie obo­wiąz­ku. W szko­le tak­że zwra­ca­no na to uwa­gę. Pro­gram na­ucza­nia był no­wa­tor­ski. Obej­mo­wał nie tyl­ko za­gad­nie­nia z wie­dzy ogól­nej, za­ję­cia spor­to­we i ar­ty­stycz­ne, lecz tak­że roz­wi­jał w uczniach umie­jęt­no­ści spo­łecz­ne. Szcze­gól­ny na­cisk kła­dzio­no na „sza­cu­nek, uprzej­mość, pra­cę ze­spo­ło­wą, szcze­rość, en­tu­zjazm i wy­trwa­łość”. Po­nie­waż szko­ła pro­wa­dzo­na była przez Ko­ściół an­gli­kań­ski, dzie­ci co ty­dzień, a tak­że we wszyst­kie świę­ta, mia­ły obo­wią­zek uczest­ni­czyć w na­bo­żeń­stwie.

Mid­dle­to­no­wie po­now­nie przy­zwy­cza­ja­li się do siel­skie­go ży­cia na an­giel­skiej pro­win­cji. Ca­ro­le po raz trze­ci za­szła w cią­żę. W tym cza­sie wpa­dła na po­mysł za­ło­że­nia fir­my, któ­ra do­star­cza­ła­by za­baw­ki i sło­dy­cze na przy­ję­cia or­ga­ni­zo­wa­ne dla dzie­ci z oko­li­cy. Wie­le ma­tek na­rze­ka­ło na brak dro­bia­zgów, któ­ry­mi za roz­sąd­ną cenę moż­na by uroz­ma­icić kin­der­ba­le, i Ca­ro­le po­sta­no­wi­ła wy­peł­nić tę lukę. Po­cząt­ko­wo sprze­da­wa­ła je na kier­ma­szach w ra­tu­szu, ale szyb­ko sta­ło się ja­sne, że musi roz­sze­rzyć dzia­łal­ność.

Syn Mid­dle­to­nów uro­dził się 15 kwiet­nia 1987 roku. Otrzy­mał imio­na Ja­mes Wil­liam. Kate chwi­lę wcze­śniej skoń­czy­ła pięć lat. Ra­zem z młod­szą sio­strą osza­la­ły na punk­cie bra­cisz­ka.

– Trak­to­wa­ły go jak skarb – wspo­mi­nał wuj dziew­czy­nek, Gary Gold­smith.

Na­ro­dzi­ny dziec­ka by­najm­niej nie ogra­ni­czy­ły za­wo­do­wej ak­tyw­no­ści Ca­ro­le i w tym sa­mym roku, kie­dy mały Ja­mes przy­szedł na świat, dzia­łal­ność roz­po­czę­ła jej fir­ma Par­ty Pie­ces. Po­cząt­ko­wo za­mó­wie­nia re­ali­zo­wa­no wy­łącz­nie wy­sył­ko­wo. Ca­ro­le przy­go­to­wa­ła ka­ta­log, z któ­re­go klien­ci mo­gli za­ma­wiać pry­wat­ko­we ga­dże­ty. Na pierw­szej stro­nie za­mie­ści­ła zdję­cie có­rek trzy­ma­ją­cych tacę z ba­becz­ka­mi.

Spo­koj­ny za­ką­tek hrab­stwa Berk­shi­re oka­zał się ide­al­nym miej­scem dla Kate i jej ro­dzi­ny. Miesz­ka­li w Brad­field, gdzie wszy­scy się zna­li. Przy­ję­cia dla dzie­ci or­ga­ni­zo­wa­no w ra­tu­szu, a wo­kół mia­stecz­ka roz­cią­ga­ły się pola i łąki po­prze­ci­na­ne dro­ga­mi, któ­re aż się pro­si­ły, by ru­szyć nimi na pie­szą wy­ciecz­kę. Wo­kół pa­sły się kro­wy i owce, a na szo­sie zda­rza­ło się utknąć za trak­to­rem lub kom­baj­nem (co było naj­częst­szą przy­czy­ną spóź­nień). Na po­bo­czu sprze­da­wa­no kwia­ty i tru­skaw­ki.

Mid­dle­to­no­wie upra­wia­li róż­ne spor­ty, ale lu­bi­li też mu­zy­kę i sztu­kę. I Ca­ro­le, i Mi­cha­el mie­li uta­len­to­wa­nych ar­ty­stycz­nie przod­ków. Jej oj­ciec był zdol­nym ma­la­rzem i sto­la­rzem – zro­bił na­wet skrzyp­ce dla swo­jej żony Do­ro­thy. Z ko­lei Oli­ve, bab­ka Mi­cha­ela, ma­lo­wa­ła akwa­re­la­mi, a jego dzia­dek Noel za­ło­żył ro­dzin­ną or­kie­strę, w któ­rej oj­ciec Mid­dle­to­na był pierw­szym wio­lon­cze­li­stą. Kate i Pip­pa bra­ły lek­cje gry na fle­cie i śpie­wa­ły w chó­rze. Bab­cia Va­le­rie na­uczy­ła je szyć i speł­nia­ła ich ubra­nio­we za­chcian­ki. Jak gło­si wieść ro­dzin­na, jej naj­słyn­niej­szym dzie­łem był ko­stium klau­na, któ­ry uszy­ła kie­dyś dla Kate. Mimo upły­wu lat księż­na Cam­brid­ge do­sko­na­le je pa­mię­ta.

– To były wiel­kie, bia­łe ogrod­nicz­ki w czer­wo­ne krop­ki – wspo­mi­na­ła – a w ta­lii mia­ły wszy­te kół­ko hula-hoop. Po pro­stu ge­nial­ne.

Ser­cem domu Mid­dle­to­nów była kuch­nia – dłu­gie, wą­skie po­miesz­cze­nie pod sko­sem, gdzie nie mie­ścił się na­wet stół. Ca­ro­le lu­bi­ła go­to­wać i piec cia­sta, a dzie­ci chęt­nie jej w tym po­ma­ga­ły. Z za­pa­łem od­da­wa­ła się or­ga­ni­zo­wa­niu przy­jęć. Świę­ta czy uro­dzi­ny – bez róż­ni­cy, każ­da oka­zja była do­bra. Za­mó­wie­nie tor­tu w cu­kier­ni czy ba­nal­ne ku­po­wa­nie pre­zen­tów w su­per­mar­ke­cie nie wcho­dzi­ły w grę. Ro­dzi­ce nie wi­dzie­li nic złe­go w spra­wia­niu przy­jem­no­ści dzie­ciom („przy­ję­cio­wym” przy­sma­kiem Kate była ga­la­ret­ka). Li­czy­ło się tyl­ko to, że mogą spę­dzać ra­zem jak naj­wię­cej cza­su. Przed Wiel­ka­no­cą ma­lo­wa­no jaj­ka, a w grud­niu za­czy­na­ło się praw­dzi­we przed­świą­tecz­ne sza­leń­stwo. Kate, Pip­pa i Ja­mes ry­so­wa­li kart­ki świą­tecz­ne, ro­bi­li ozdob­ne wień­ce na drzwi, szy­ko­wa­li mię­to­we pra­lin­ki i de­ko­ro­wa­li po­ko­je pa­pie­ro­wy­mi łań­cu­cha­mi wła­snej ro­bo­ty. W dzień Bo­że­go Na­ro­dze­nia nikt na­wet nie my­ślał o oglą­da­niu te­le­wi­zji. Mid­dle­to­no­wie naj­pierw całą ro­dzi­ną szli na spa­cer, a po ko­la­cji wspól­nie otwie­ra­li góry pre­zen­tów.

Na­dej­ście lata ozna­cza­ło dłu­gie go­dzi­ny spę­dza­ne na dwo­rze, bez wzglę­du na po­go­dę. Mid­dle­to­no­wie od po­ko­leń ko­cha­li przy­go­dy. Kie­dy dzia­dek Kate, Pe­ter, prze­szedł na eme­ry­tu­rę, ra­zem z żoną po­pły­nął dzie­się­cio­me­tro­wym jach­tem na Ka­ra­iby. W 1976 roku ich łódź roz­bi­ła się na Ba­ha­mach, ale na szczę­ście oby­ło się bez ofiar. To wła­śnie po dziad­kach mło­dzi Mid­dle­to­no­wie odzie­dzi­czy­li awan­tur­ni­czą żył­kę. Tak jak oni uwiel­bia­li bi­wa­ki, że­glo­wa­nie i pie­sze wy­ciecz­ki. Mi­cha­el wciąż pra­co­wał w Bri­tish Air­ways, więc kie­dy wy­bie­ra­li się na urlop za gra­ni­cę, po pro­stu ku­po­wał bi­le­ty last mi­nu­te za uła­mek pier­wot­nej ceny. Na wy­jazd cała piąt­ka mu­sia­ła być ele­ganc­ko ubra­na – żad­nych dżin­sów: pa­no­wie w gar­ni­tu­rach, pa­nie ko­niecz­nie w raj­sto­pach. A że do ostat­niej chwi­li nie mie­li pew­no­ści, czy uda im się w ogó­le do­stać na po­kład, nie od­by­wa­li od­pra­wy ba­ga­żo­wej. Z ra­cji, że wcho­dzi­li jako ostat­ni, sami wno­si­li swo­je ba­ga­że do sa­mo­lo­tu.

W tam­tym cza­sie Mid­dle­to­no­wie wie­dli pro­ste, ale sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce ży­cie. Ro­dzi­ce Ca­ro­le, Ron i Do­ro­thy, ku­pi­li dom w po­bli­skim Pang­bo­ur­ne, a ro­dzi­ce Mi­cha­ela miesz­ka­li w są­sied­nim hrab­stwie Hamp­shi­re. Nic dziw­ne­go, że Kate, Pip­pa i Ja­mes byli moc­no zwią­za­ni z dziad­ka­mi. La­tem Pe­ter za­bie­rał całą trój­kę, by po­że­glo­wać po po­bli­skim uj­ściu rze­ki Ham­ble, a w ogro­dzie zbu­do­wał dla nich naj­praw­dziw­szą kry­pę pi­ra­tów.

W dni wol­ne od pra­cy Kate i jej naj­bliż­si zwy­kle je­cha­li na wy­ciecz­kę do Kra­iny Je­zior. Wte­dy wszy­scy dzie­li­li się obo­wiąz­ka­mi. Przed wy­ru­sze­niem w dro­gę trze­ba było zro­bić ka­nap­ki i spa­ko­wać ple­ca­ki, w któ­rych nie mo­gło za­brak­nąć cia­sta, mię­to­wych cze­ko­la­dek i po­pu­lar­nych fla­pjacks, czy­li pysz­nych owsia­nych ba­to­ni­ków z ba­ka­lia­mi. Let­nie wie­czo­ry Mid­dle­to­no­wie spę­dza­li w ogro­dzie, do póź­nej nocy pa­ląc ogni­sko, a cza­sem na­wet śpiąc w na­mio­tach. A pod­czas re­gu­lar­nych spo­tkań z są­sia­da­mi przy gril­lu i ban­jo śpie­wa­li ta­kie bi­wa­ko­we szla­gie­ry, jak: Ging Gang Go­olie czyRow, Row, Row Your Boat.

Trud­no uwie­rzyć, ale tak wła­śnie wy­glą­da­ło dzie­ciń­stwo żony na­stęp­cy tro­nu. I to wła­śnie ta­kie bez­tro­skie ży­cie po­cią­ga­ło Wil­lia­ma. Cho­ciaż Dia­na i Ka­rol sta­ra­li się stwo­rzyć sy­nom spo­koj­ny, ko­cha­ją­cy dom, to na­ra­sta­ją­ce mię­dzy nimi kon­flik­ty co­raz czę­ściej od­bie­ra­ły chłop­com nor­mal­ne dzie­ciń­stwo. Rysy na związ­ku były już tak głę­bo­kie, że nie dało się ich już dłu­żej ukry­wać. Księż­na Wa­lii sta­ra­ła się, by jej sy­no­wie, tak jak ich ró­wie­śni­cy, mo­gli od cza­su do cza­su zjeść ham­bur­ge­ra czy wy­brać się do Di­sney Worl­du. Ale z po­wo­du to­wa­rzy­stwa ochro­nia­rzy i pa­pa­raz­zich nie były to zwy­czaj­ne, ro­dzin­ne wy­pa­dy. Bez wzglę­du na to, ile big ma­ców zjadł­by Wil­liam, po­tem mu­siał wró­cić do pa­ła­cu i pod­po­rząd­ko­wać się obo­wią­zu­ją­cym tam od wie­ków nor­mom i tra­dy­cjom. Na dwo­rze po­moc­ni­cy, za­trud­nia­ni przez ro­dzi­nę kró­lew­ską, nie od­stę­po­wa­li go na krok, na uli­cy zaś wi­dok czy­ha­ją­cych na nie­go fo­to­re­por­te­rów nie po­zwa­lał mu za­po­mnieć, kim jest i kim bę­dzie w przy­szło­ści. Kate i ro­dzeń­stwo nie mie­li tego pro­ble­mu. Też cho­dzi­li do pry­wat­nych szkół i ni­cze­go im nie bra­ko­wa­ło, ale mie­li nor­mal­ne, bez­tro­skie dzie­ciń­stwo. Wpraw­dzie nie­któ­rzy wy­ty­ka­ją Kate jej po­cho­dze­nie, ale wła­śnie to, co wy­nio­sła z domu, było jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych za­in­te­re­so­wał się nią Wil­liam.

Z roku na rok kin­der­ba­le Mid­dle­to­nów sta­wa­ły się co­raz cie­kaw­sze. Po­ja­wia­ły się mo­ty­wy prze­wod­nie, Ca­ro­le pro­jek­to­wa­ła spe­cjal­nie oko­licz­no­ścio­we tor­ty, a go­spo­da­rze wrę­cza­li swo­im go­ściom ory­gi­nal­ne pre­zen­ty. Te­ma­tem jed­nej z uro­dzi­no­wych im­prez Ja­me­sa byli pi­ra­ci, a jej punkt kul­mi­na­cyj­ny sta­no­wi­ła sza­lo­na wal­ka na ba­lo­ny wy­peł­nio­ne wodą. Kate naj­przy­jem­niej wspo­mi­na swo­je siód­me uro­dzi­ny, kie­dy mat­ka przy­go­to­wa­ła dla niej tort w kształ­cie Bia­łe­go Kró­li­ka, jed­ne­go z bo­ha­te­rów Ali­cji w Kra­inie Cza­rów.

Mała Kate tak­że pró­bo­wa­ła swo­ich sił w kuch­ni, ale nie za­wsze z suk­ce­sem. Jed­ną z jej naj­więk­szych po­ra­żek oka­za­ła się pró­ba upie­cze­nia tor­tu uro­dzi­no­we­go dla bra­ta.

– Do­da­łam wszyst­kie skład­ni­ki z wy­jąt­kiem prosz­ku do pie­cze­nia – na­pi­sa­ła póź­niej na stro­nie in­ter­ne­to­wej fir­my Par­ty Pie­ces. – Cia­sto, oczy­wi­ście, nie wy­ro­sło, ale prze­ło­ży­łam je owo­ca­mi i na­wet uda­ło się wbić w nie świecz­ki. Nie je­stem jed­nak prze­ko­na­na, czy bra­tu mój tort przy­padł do gu­stu.

Wy­wo­ła­ny do od­po­wie­dzi, Ja­mes tłu­ma­czył po­tem:

– To nie było cia­sto dla chło­pa­ka, któ­ry ma­rzył o cze­ko­la­do­wym tor­cie god­nym praw­dzi­we­go pi­ra­ta.

W na­tu­rze Mid­dle­to­nów nie le­ża­ło jed­nak ro­bie­nie z igieł wi­deł. Dla­te­go kie­dy coś pój­dzie nie tak, Kate nie pod­upa­da na du­chu, tyl­ko sta­ra się zna­leźć ja­kieś do­bre stro­ny tej sy­tu­acji. Po­cho­dzi z ro­dzi­ny, któ­ra gdy los ze­śle jej cy­try­nę, nie za­do­wa­la się wy­ci­śnię­ciem z niej le­mo­nia­dy, tyl­ko nie spo­cznie, do­pó­ki nie „prze­ro­bi” jej na ja­kiś wspa­nia­ły de­ser.

Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych fir­ma Par­ty Pie­ces po­ja­wi­ła się w in­ter­ne­cie i od tej chwi­li wszyst­ko po­to­czy­ło się bar­dzo szyb­ko. Licz­ba za­mó­wień ro­sła z mie­sią­ca na mie­siąc, a Ca­ro­le i Mi­cha­el po­sta­wi­li w ogro­dzie drew­nia­ny bu­dy­nek, w któ­rym otwo­rzy­li biu­ro. Przy domu do­bu­do­wa­li tak­że po­kój dla dzie­ci. W krót­kim cza­sie szczel­nie wy­peł­ni­ły go książ­ki, za­baw­ki, ka­se­ty wi­deo oraz ry­sun­ki, któ­re cała trój­ka przy­no­si­ła ze szko­ły.

Wie­le osób uwa­ża Ca­ro­le Mid­dle­ton za