Katalog L - Monika Peterson - ebook

Katalog L ebook

Monika Peterson

3,0

Opis

Tytuł roboczy tej książki brzmiał „Mąż z Internetu, czyli jak stracić w życiu prawie wszystko”. Autorka zaprasza do przeczytania opowieści o miłości, determinacji, strachu i porażce, życząc jednocześnie, by podobna historia nigdy nie zapisała się na kartach ksiąg losu Czytelników.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Monika Peterson

Katalog L

© Monika Peterson, 2017

Tytuł roboczy tej książki brzmiał „Mąż z Internetu, czyli jak stracić w życiu prawie wszystko”. Autorka zaprasza do przeczytania opowieści o miłości, determinacji, strachu i porażce, życząc jednocześnie, by podobna historia nigdy nie zapisała się na kartach ksiąg losu Czytelników.

ISBN 978-83-8126-091-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Dla mojego syna Jakuba

Wstęp

Dziś mija druga rocznica mojego ślubu. Już prawie południe, brak jednak bukietu czerwonych róż i prezentu, jak było zaledwie rok temu. Powodem tego jest fakt, iż mój małżonek przebywa piętnaście tysięcy kilometrów stąd i od roku unika ze mną wszelkich kontaktów, jakbym co najmniej zabiła mu przysłowiową mamusię siekierą. Moje usposobienie dalekie jest jednak od portretu charakterologicznego mordercy, wręcz przeciwnie — jeśli zdarza mi się wyrządzić komuś krzywdę, to zazwyczaj osobą skrzywdzoną jestem ja sama.

Pozwólcie, że się przedstawię: Monika, czterdzieści cztery lata, mentalnie jednak czuję się o wiele młodsza. Odnoszę wrażenie, że dzięki doświadczeniom życiowym z kilku ostatnich lat nareszcie jestem pełnoletnia. Urodziłam się i pierwsze czterdzieści jeden lat życia spędziłam w Krakowie. Moje dzieciństwo i młodość przepełnione były przemocą fizyczną, seksualną i psychiczną pomiędzy rodzicami (na bazie alkoholizmu), takie warunki stworzyli mojemu starszemu bratu i mnie. To jednak temat na zupełnie inną książkę i nie zamierzam się nad nim rozwodzić. Wspominam o tym, gdyż dzięki tak niewiejącemu nudą dzieciństwu przez większość życia borykam się ze stanami lękowymi, głównie agorafobią, oraz oczywiście z mocno zaniżoną samooceną. Tłumaczy to w dużym stopniu (przynajmniej mi samej) pewne moje wybory i schematy postępowania, a nawet uczucia.

W tym momencie siedzę w fotelu, w wynajętym mieszkaniu w Koninie, laptop na kolanach, piszę. Mój czternastoletni syn Jakub jest w szkole, a ja jestem bezrobotna. To, w jaki sposób znalazłam się w takiej sytuacji czterysta kilometrów od domu, spróbuję wyjaśnić Wam, opisując moją historię, która wydaje się plasować trochę powyżej średniej w skali przeciętności. Myślę również, że to, co mi się przydarzyło, może być przestrogą dla innych osób, nie tylko kobiet marzących o wielkiej miłości — takiej, która może przenosić góry i przemierzać oceany. Powiem szczerze, gdybym pięć lat temu mogła przeczytać podobną książkę… być może obecnie nie pisałabym mojej. A być może pomyślałabym po prostu: „Eee, mnie to przecież nie dotyczy”. Tego jednak, Drodzy Czytelnicy, już się nie dowiemy.

Rozdział 1. Osobno

Długo myślałam, od czego zacząć, i wymyśliłam, że najlepiej będzie, gdy cofnę się dokładnie o pięć lat. Pięć lat temu jest luty dwa tysiące dwunastego roku, jestem mamą dziewięciolatka i partnerką życiową jego ojca Adama (nigdy, przenigdy nie zamierzałam wychodzić za mąż!), niedawno obchodziłam trzydzieste dziewiąte urodziny i od wielu lat pełnię funkcję referenta w jednym z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie. Mieszkamy w moim M-4 położonym w odległości krótkiego spaceru od Wzgórza Wawelskiego. Nasz jedenastoletni związek znajduje się w stanie zaniku. Wszystko zobojętniało i opadło. Pozostajemy razem głównie dla dobra dziecka, nie dzieje się nic złego, ale też i nic dobrego. Moja agorafobia się nasiliła, uważam więc za wielką sprawę pomoc partnera w codziennych zakupach czy innych sprawach wymagających wyjścia z domu. Mam problemy z samodzielnym poruszaniem się na zewnątrz, raz jest lepiej, raz gorzej, do pracy jeżdżę taksówką. Swoje życie uważam za przeciętnie udane — moje dziecko jest bardzo mądre i bezproblemowe, lubię moją pracę, choć zarabiam minimum krajowe (tak jak mój partner w tej samej instytucji) i biorąc pod uwagę oszczędności, które udało mi się zgromadzić w „lepszych czasach”, jakoś udaje nam się związać koniec z końcem.

Agorafobia uczyniła mnie domatorką. Dzięki ci, losie, za Internet! Dzięki ci, mój partnerze, za Internet! Kilka lat temu nie byłam do niego przekonana, ale w końcu uległam namowom Adama i sama stałam się codzienną użytkowniczką tego cudownego wynalazku. Teraz to moje okno na świat, mój kontakt ze znajomymi z życia realnego oraz z tymi, których nigdy nie spotkałam. Oczywiście, mam profile na Facebooku, Twitterze oraz YouTube, prowadzę również swój blog. Internautka pełną gębą. Adam też wsiąkł kompletnie, ale pasja ta wcale nas nie łączy, wręcz przeciwnie — dwa komputery, osobne pokoje, osobne działania w sieci. Tu naprawdę nie ma już czego ratować.

Każdy dzień wyglądał właściwie identycznie. Dom — praca — dom. Po pracy obowiązki domowe, pomoc Kubie w lekcjach. Zawsze spędzałam z synem dużo czasu, w efekcie czego jesteśmy mocno związani emocjonalnie. Wieczory to oczywiście moje życie w wirtualnym świecie. Na Twitterze, idąc za przykładem innych, oprócz konta oficjalnego, założyłam drugie — fikcyjne. Nazwałam się Agnes. Agnes nie musi niczego przed nikim ukrywać. Mówi otwarcie o swojej fobii oraz innych problemach, gdy tylko ma na to ochotę, i przynosi jej to ulgę. Otoczona jest gronem znajomych z całego świata, którzy również dzielą się swym życiem, swymi troskami, schizami, chwilami złymi i dobrymi. Jak kto woli.

W życiu realnym zaś byłam zawsze uśmiechnięta i sprawiałam wrażenie osoby silnej i zaradnej. O mojej fobii wiedzieli tylko mój lekarz oraz partner i kilkoro przyjaciół. Nie do końca byli jej świadomi nawet moi rodzice, gdyż — dla własnego dobra — dawno temu musiałam odciąć się od nich psychicznie i — na ile się tylko dało — fizycznie. Matka i brat od lat mieszkali poza Krakowem, żyjąc w toksycznym związku. Ojciec od czasu urodzenia mojego syna wynajmował osobne mieszkanie. Okazał się fantastycznym dziadkiem i często odwiedzał wnuka. Dopóki nie uznałam, że Kuba jest wystarczająco duży, by być gotowym na tę wiedzę o mamie, mojej kondycji nie był też świadomy mój syn. Oczywiście nie wiedział nikt w pracy. Taxi nigdy nie podjeżdżała pod samą bramę muzeum, te kilkadziesiąt metrów mogłam spokojnie przejść bez ataku paniki czy omdlenia. Najwyraźniej wstydziłam się tej ułomności. Mój partner nie bardzo w nią wierzył i raczej uważał, iż jest mi wygodnie jeździć sobie taryfą, gdziekolwiek potrzebuję. Chyba nie chciałam, żeby inni również nie rozumieli, wolałam więc, by nie wiedzieli.

Życie, w którym codziennie trzeba się pilnować i udawać pełną sprawność psychiczną, której się nie posiada, może być bardzo męczące. Nie lubię kłamać, tak więc ciągłe zatajanie prawdy było dla mnie niełatwe, wręcz frustrujące.

Wsparcie i zrozumienie, jakie potrafili dać mi wirtualni znajomi, bardzo szybko przerodziło się w coś bardzo mi potrzebnego. Co za wspaniałe uczucie móc być sobą, móc dzielić się prawdą o sobie, o najciemniejszych zakamarkach swego jestestwa, i na dodatek widzieć, jak wiele osób mających podobne problemy jest w stanie zrozumieć moje. Joan niedawno straciła swego towarzysza życia, który na jej rękach przegrał walkę z rakiem. Teraz zmaga się z głęboką depresją. Princess boryka się ze stwardnieniem rozsianym oraz osobowością dwubiegunową. Rozwiodła się z mężem, który zdradzał ją na prawo i lewo. Ken jest bezrobotny, ma tyle schorzeń, że nie jest w stanie podjąć pracy. Obecnie wegetuje więc bez możliwości leczenia, gdyż nie posiada żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. W przetrwaniu pomagają mu rodzice staruszkowie. Luke jest gejem, ale ożenił się i spłodził dwójkę dzieci, by sprostać wymaganiom rodziny i środowiska, w którym żyje. W sferze materialnej nie brakuje mu niczego. Ludzie ci nie oceniają, nie krytykują, nie wyśmiewają ani nie dołują innych. Zbyt dużo sami przeszli i — podobnie jak mi — w realu pozostało im tylko trzymać fason, by jak najmniej narażać się na krytykę czy po prostu niezrozumienie otoczenia.

Jak to w wirtualnym świecie bywa, osoby przychodzą i odchodzą. Profil usunięty i szukaj wiatru w polu. W taki sposób, nagle i niespodziewanie, zniknął Jose, portier w luksusowym hotelu i tata trójki adoptowanych dzieci. Do tej pory nie wiem, co się z nim stało, a odnosiłam wrażenie, że byliśmy całkiem bliskimi przyjaciółmi. Zostali mi po nim nasi wspólni znajomi. Znajomi Josego, którzy nie byli dotychczas moimi znajomymi, również zaczęli rozmawiać w większym gronie, w którym i ja się znajdowałam. Próbowaliśmy pozbierać wszystko to, co wiedzieliśmy indywidualnie, by móc jakoś zrozumieć zniknięcie przyjaciela. W ten oto sposób poznałam użytkownika Twittera o nicku Zurkana.

Tweety Zurkany przepełnione były samotnością. Wyobcowany pisał, że nigdy nie był dla nikogo wystarczająco dobry. Opisywał, jak to parę lat wcześniej rozstał się ze swoją wieloletnią partnerką, matką jego córki. Gdy odchodził, dziewczynka miała trzy lata. Całe szczęście, że mógł ją widywać i spędzać z nią co drugi weekend. Odkąd się wyprowadził, wynajmował pokój z kuchnią i łazienką w domu, w którym mieszkały jeszcze dwie inne rodziny. Na tyle było go stać. Trzeba tu nadmienić, że dom był drewniany i w dużym stopniu zaatakowany przez korniki oraz że nie miał klimatyzacji. W Australii, gdzie się urodził i mieszkał, oznaczało to, że latem temperatura w mieszkaniu dochodziła do czterdziestu stopni Celsjusza — bez żadnej możliwości obniżenia — nawet przez kilka dni z rzędu, zimą natomiast, przy jednocyfrowych temperaturach nad ranem, wydychało się parę z ust. Stary, drewniany, nieszczelny budynek w tamtejszym klimacie. Na dodatek usytuowany był tak blisko torów kolejowych, że gdy przejeżdżały pociągi, wewnątrz trzęsło się dosłownie wszystko i podobno nie było słychać własnych myśli. Zurkana był pracownikiem biurowym w firmie transportowej, zajmował się fakturowaniem. Filia, w której pracował, mniej więcej od roku borykała się z poważnymi problemami i wiadomo było, że prędzej czy później zostanie zlikwidowana, póki co jednak miała tylu klientów, że ledwo, bo ledwo, ale dawała radę. Do pracy dojeżdżał pociągiem, dom od dworca dzieliło sto metrów. Mężczyzna ten wiele pisał również o prawdzie, szczerości, uczciwości wobec siebie i wobec innych. Brzydził się kłamstwem i manipulacją, co niezmiernie mnie w nim urzekło. Często wspominał o swoim niedopasowaniu społecznym, miał wielkie kompleksy na punkcie swego statusu materialnego. Stronił od ludzi i nie posiadał żadnych przyjaciół. Dowiedziałam się tego wszystkiego, czytając jego tweety, zanim jeszcze postanowiłam do niego zagadać. Pisał o sobie i swoim życiu bardzo dużo i bardzo często. Dla mnie był postacią niezwykle ciekawą, oprócz szczerości imponowało mi w nim to, iż miał szerokie spektrum zainteresowań, a co za tym idzie sporą wiedzę ogólną.

Szybko zaczęłam łapać się na tym, że wchodzę na Twittera głównie po to, by sprawdzić, co u Zurkany, jak się czuje i czy wszystko z nim w porządku. Po kilku dniach takiej obserwacji postanowiłam do niego napisać. Nie było to trudne, oboje okazaliśmy się bowiem pasjonatami kina i muzyki. Tak zostało nam od dzieciństwa, gdy muzy te były dla nas rodzajem zapomnienia i ucieczki od tego, co na co dzień działo się w naszych domach. Skomentowałam filmowy link, który udostępnił, a on odpowiedział na mój komentarz. Od słowa do słowa pisaliśmy już do siebie nie tylko tweety widoczne dla wszystkich, ale i przenieśliśmy nasze rozmowy do wiadomości prywatnych. Dowiedziałam się, że ma na imię Michael i jest o trzy lata starszy ode mnie. Wymieniliśmy się zdjęciami — był wysokim, postawnym brunetem o lekko kręconych włosach i ciemnej karnacji. Bardzo przystojnym, wysokim, postawnym brunetem o lekko kręconych włosach i ciemnej karnacji. W krótkim czasie staliśmy się nierozłączni. Rozmawialiśmy, kiedy to tylko było możliwe. Dziewięć godzin różnicy pomiędzy strefami czasowymi nie ułatwiało naszych kontaktów, ale pisaliśmy do siebie nawet wtedy, gdy jedno z nas spało, i odczytywaliśmy te wiadomości zaraz po przebudzeniu.

Zakochałam się po uszy, co ważniejsze jednak — zakochałam się z wzajemnością. Michael od razu zaakceptował mą agorafobię, nie było to dla niego niczym wielkim czy dziwnym, jak się okazało, jego mama od ponad dwudziestu lat przebywała w domu opieki i chorując na schizofrenię, nie była w stanie funkcjonować sama. Odwiedzał ją co niedzielę, robił potrzebne zakupy i spędzał z nią trochę czasu. Nigdy jednak nie zostawał długo, choroba matki była dla niego ciężka do zniesienia. Dla mnie i tak był bohaterem i podziwiałam sam fakt, że tak często jeździ do niej, mimo iż ma ona zapewnioną całodobową profesjonalną opiekę. Ja swojej toksycznej matki unikałam jak ognia. Ojca nie znał, jedyne, co wiedział od matki, to to, że był to człowiek mający problemy z prawem i mocno nadużywający alkoholu oraz że płynęła w nim aborygeńska krew. Mike miał również dwójkę starszego rodzeństwa. Dzieci te miały innych ojców i zostały oddane przez matkę zaraz po urodzeniu, a była to wspólna decyzja mamy i babci Michaela. Gdy pojawiła się trzecia ciąża, babcia zadecydowała, że tym razem dziecko trzeba zostawić, by jej córka wreszcie, jak to się brzydko mówi, usiadła sobie na dupie oraz miała zajęcie i obowiązek. W ten sposób Michael od urodzenia został skazany na dorastanie z chorą psychicznie matką, która miała lepsze lub gorsze okresy, ale której choroba postępowała. Od siedemnastego roku życia dość regularnie poddawano ją elektrowstrząsom, gdy jej stan się pogarszał. Była to dla niej jedyna skuteczna metoda powrotu do jakiej takiej normy na kolejne kilka miesięcy czy rok.

Rozmawiając o naszych traumatycznych dzieciństwach oraz o tym, w jaki sposób wpłynęły one na nasze życie, bardzo zbliżaliśmy się do siebie. Dawaliśmy sobie nawzajem wielki komfort zrozumienia i wsparcia. Naprawdę nikt wcześniej nie rozumiał mnie tak jak Mike, a on twierdził to samo na mój temat. Czułam się kochana i potrzebna. Kochana przez osobę, której nie widziałam na oczy, i potrzebna jej bardziej niż jakiejkolwiek osobie w życiu, oczywiście z wyjątkiem mojego dziecka.

Zaledwie przez trzy miesiące ukrywałam przed domownikami mój związek z Michaelem. Poznaliśmy się w lutym, a już w maju postanowiliśmy sobie, że będziemy razem — nieważne, jak długo zajmie i jak trudna będzie realizacja tego postanowienia.

Pewnego majowego poranka znalazłam na poczcie maila z załącznikiem do klipu na YouTube. Kliknęłam w link i oczom moim ukazał się Mike śpiewający dla mnie „Heartbeat” Davida Sylviana & Ryuichi Sakamoto. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej piosenki, a była tak piękna. Wzruszenie nie pozwoliło mi opanować łez. Żadnego mężczyzny wcześniej nie kochałam tak bardzo. To stwierdzenie jest zresztą aktualne do dnia dzisiejszego. Uważaliśmy siebie za bratnie dusze i to, by w końcu móc być razem w realnym życiu, stało się naszym priorytetowym celem. Nie było już odwrotu, miłość była tak mocna, byliśmy przekonani, iż zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by mieć siebie naprawdę i na zawsze.

Wiedziałam już, że chcę oznajmić całemu światu o naszych zamiarach. Nie byłam w stanie dłużej niczego przed nikim ukrywać. Pierwszą osobą, której zamierzałam powiedzieć o mojej nowej miłości oraz planach, była jedyna osoba, której te plany miały również bezpośrednio dotyczyć — mój syn. Poprosiłam Mike’a, by nagrał krótki film dla Kuby i troszkę się w nim przedstawił. Zrobił to chętnie i nazajutrz dysponowałam już czterominutowym nagraniem, przeznaczonym w całości dla mojego dziecka. Michael opowiadał Kubie o tym, jak mnie poznał, jak mnie pokochał, jak pragnie, abyśmy oboje, Kuba i ja, przylecieli do niego do Australii, byśmy mogli stworzyć kochającą się rodzinę. Wspomniał o tym, jak mówiłam mu, iż Kuba jest dobry w grze w szachy, i miał nadzieję, że mój syn pomoże mu stać się lepszym graczem. Całe nagranie było cudowne i tylko utwierdzało mnie w tym, jak wspaniałego faceta udało mi się poznać w tej wirtualnej dżungli.

Była to sobota. Adam udał się do pracy, gdyż pracował przez większość weekendów, mając za to wolne poniedziałki oraz inne dni wynikające z grafiku. Po śniadaniu usiadłam razem z synem i przeprowadziłam z nim pierwszą w życiu tak poważną rozmowę. Na szczęście los obdarzył mnie wyjątkowym dzieckiem i nie jest to tylko moje nieobiektywne zdanie. Najtrafniejsze określenie, jakie usłyszałam na temat Kuby z ust przyjaciela domu, brzmiało: „Twój syn ma bardzo starą duszę”. Całkowicie się z tym zgadzam. Odkąd był maleńki, miałam wrażenie, że to dziecko rozumie o wiele więcej, niż powinno jak na swój wiek i doświadczenie. Zawsze cechował go spokój, był obserwatorem, mówić zaczął bardzo wcześnie i w wieku kilku lat miał słownictwo dorosłego człowieka. Z tego powodu w wieku trzech lat został skierowany przez pediatrę do Katedry Językoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie prowadzone były badania nad rozwojem mowy. Badane były dzieci, u których zauważono wyjątkowo dobry rozwój mowy, oraz te, które miały w tej sferze opóźnienia. Uczestniczyliśmy w tych badaniach przez kilka lat, tam również stwierdzono ponadprzeciętną inteligencję Kuby. Usiedliśmy więc w ciszy, moje małe, stare dziecko i ja. Wyglądało to mniej więcej tak:

— Kubusiu, zauważyłeś pewnie, że mama i tato od dawna już spędzają ze sobą mało czasu, mało rozmawiamy i żyjemy tak sobie, jakby obok siebie? — zapytałam spokojnie.

— Tak, wiem, w końcu tu mieszkam — odpowiedział Kuba, sprawiając wrażenie, jakby nie usłyszał niczego nowego.

— Jesteś pierwszą osobą, której chciałam powiedzieć, że poznałam kogoś, kogo bardzo polubiłam. I ta osoba również polubiła mnie. Jak wiesz, po pracy nie wychodzę z domu, poznałam tego pana w Internecie. Dużo mu o tobie opowiadam, tak że on też już całkiem dobrze cię zna. Widział masę twoich zdjęć, wie, jak sobie radzisz w szkole, jakim jesteś dla mnie oparciem i moim światem.

— Mamo, nie przesadzaj — powiedział ten młody człowiek, który nigdy nie przepadał za komplementami.

— Rozmawiam z tobą w tej chwili, bo muszę znać twoje zdanie na temat naszej ewentualnej przeprowadzki. Wiesz, że bez ciebie mama nigdzie nie pojedzie.

— A gdzie mieszka ta osoba? — zapytał Kuba z ciekawością.

— Ma na imię Michael i mieszka w Australii — odrzekłam synowi.

— Aaa, to nie tak daleko, tylko Czechy przelecimy — rzucił Kuba spontanicznie.

— No nie za bardzo, synu, przynieś globus i znajdziemy Australię — poleciłam mu, lekko martwiąc się o to, jak zareaguje, dowiadując się, gdzie faktycznie leży kraj, o którym była mowa.

Już w drodze powrotnej ze swojego pokoju Kuba zauważył, że pomylił Australię z Austrią.

— Mamo, pragnę zauważyć, że to jest na drugim końcu świata — powiedział, przemierzając palcem na globusie drogę z Polski do Australii. — Ale słyszałem w telewizji, że jest tam o wiele lepsze życie, pamiętam taki program, a w nim rankingi — dodał lekko podekscytowany.

— Zgadza się, Kuba, nie można nawet porównać ekonomii Australii i Polski. I jest tam ciepło cały rok. Występuje tam również cała masa pająków i innych insektów, które uwielbiasz. Ja chciałabym wyjechać, ale jeśli ty miałbyś coś przeciw temu, muszę to wiedzieć jak najszybciej. Wiesz, żeby nie robić nadziei sobie ani Michaelowi. — W tym momencie moje szczęście zależało od decyzji dziecka.

— Mamo, przecież mnie w tym kraju nic nie trzyma — odpowiedział spokojnie Kuba.

Tak wyglądała moja rozmowa z dzieckiem, które za kilka dni miało obchodzić swoje dziesiąte urodziny.

Na zakończenie pokazałam synowi film nagrany dla niego przez Mike’a. Zatrzymywałam nagranie co jakiś czas, by wszystko dokładnie przetłumaczyć Kubie na polski, choć sam rozumiał wiele. W domu często mówiłam do niego po angielsku, wiedząc, że jest w wieku, w którym drugi język bardzo łatwo wchodzi do głowy. W szkole również uczył się angielskiego.

— Bardzo fajny ten Michael — stwierdził z namysłem Kuba po obejrzeniu filmu. — Mój ojciec chyba w życiu nie wypowiedział do mnie tylu słów.

Późnym wieczorem, gdy Kuba już spał, przeprowadziłam rozmowę z Adamem. Odbyło się to zupełnie spokojnie, można powiedzieć bez emocji. Poinformowałam go, że mam kogoś oraz kim jest ta osoba i gdzie mieszka. Powiedziałam, że moje plany obejmują przylot Michaela do Krakowa oraz nasz ślub, a następnie staranie się o wizę do Australii dla mnie i Kuby. Tak, zmuszona byłam zmienić zdanie na temat zamążpójścia, gdyż wyjazd z dzieckiem musi mieć ręce i nogi, spełniać warunek poczucia bezpieczeństwa. Uzyskanie stałego pobytu w Australii nie jest wcale sprawą prostą. Poza tym byłam tak zakochana, że sama zupełnie szczerze pragnęłam tego małżeństwa. Powiedziałam Adamowi, że rozmawiałam z Kubą i że wyraził on chęć wyjazdu ze mną. Ta nasza rozmowa trochę rozmyła mi się w pamięci, dobrze pamiętam jednak Adama, mówiącego, że jak zwykle zrobię to, co chcę, gdyż zawsze stawiam na swoim. Do ewentualnego wylotu Kuby z kraju niezbędna była notarialnie poświadczona zgoda ojca, o tym również rozmawialiśmy. Adam powiedział, że jeśli Kuba osobiście mu potwierdzi, że chce wyjechać, on ze swojej strony nie będzie robił problemów. To była dobra cecha mojego partnera — wiedząc, że niewiele jest w stanie zrobić, nie zamierzał utrudniać sytuacji.

Nazajutrz, w mojej obecności, Adam porozmawiał z Kubą. Była to dobrze przeprowadzona rozmowa, wcześniej obawiałam się, czy nie będzie chciał wzbudzić w synu poczucia winy, wypomnieć mu, jak łatwo przychodzi mu opuścić ojca, ale nic takiego się nie stało. Kuba potwierdził, że chce wyjechać, gdy przyjdzie czas. Obiecali sobie utrzymywać kontakty na odległość, w dobie Internetu nie stanowi to problemu. Czułam wielką ulgę i cieszyłam się, że każde z nas wreszcie wie, na czym stoi.

Nareszcie nie musiałam już niczego ukrywać! Kontakty z Michaelem mogły wzbogacić się o rozmowy przez Skype’a. W dni powszednie, gdy wracałam z pracy, u niego było już po północy, nie były więc one możliwe, za to w weekendy, gdy tylko się budziłam, zasiadałam do wielogodzinnej sesji. Nie tylko zasiadałam, robiłam też podczas naszych rozmów to, co musiałam, np. w kuchni. Kończyliśmy te rozmowy dopiero, gdy Mike szedł spać. Oczywiście Kuba również był ich uczestnikiem i dzięki temu jego angielski z tygodnia na tydzień ulegał poprawie. Za pośrednictwem Skype’a przedstawiłam też Michaelowi ojca Kuby. Było OK.

Co drugi weekend u Mike’a przebywała jego sześcioletnia wówczas córka Felicity. Na początku nie dziwiło mnie to, że nie skype’ujemy, gdy młoda jest u niego. Oczywiście oboje z Kubą chcieliśmy ją poznać, byliśmy jednak cierpliwi. Po kilku miesiącach takiego stanu rzeczy Kuba zapytał mnie:

— Mamo, czy Felicity nie powinna wiedzieć o naszym istnieniu, skoro mamy się tam zjawić? Chyba lepiej, gdy dziecko wie wcześniej o takich rzeczach. Tak, jak ja wiem od dawna, że wyjadę. Gdybym tak dowiedział się w ostatniej chwili, nie wiem, jak bym zareagował.

Te słowa syna dały mi do myślenia. Obiecałam mu, że przy najbliższej okazji porozmawiam o tym z Michaelem. I tak też się stało. Nie czekałam z poruszaniem tego tematu do następnego Skype’a, rozpoczęłam go podczas naszych codziennych rozmów na Messengerze.

Napisałam: „Kochanie, znasz moje dziecko od miesięcy, czy nie zbliża się już pora, byśmy poznali Twoją Flis, a ona nas?”.

Przytoczyłam również wypowiedź Kuby na temat tego, jak to lepiej zrobić taką rzecz wcześniej niż w ostatniej chwili. Na odpowiedź, jak chyba nigdy wcześniej, czekałam dobre pół godziny. Przeczytałam, że Mike najpierw musi porozmawiać z matką Flis, Helen.

„Dobrze, więc porozmawiaj, jeśli jest taka potrzeba” — odpisałam.

Mama Flis od dłuższego czasu miała nowego partnera, który mieszkał z nią i Felicity. Przyszło mi więc do głowy pytanie: „Pewnie twoja była partnerka również pytała cię o zdanie, gdy Flis miała poznać jej nowego faceta?”. Chciałam zrozumieć, jak to u nich „działa”. Na odległość łatwo jest o nieporozumienie, zwłaszcza że różnice w mentalności słowiańskiej i australijskiej są naprawdę spore. Uzyskałam odpowiedź, że nikt nie konsultował z Michaelem pojawienia się nowego partnera jego eks w życiu Flis, ani nawet zamieszkania tej osoby razem z jego córką. W tym momencie pierwszy raz zapaliła mi się czerwona lampka.

Rozmowa stanęła na tym, że Michael ma powiedzieć swojej byłej partnerce o istnieniu moim i Kuby oraz zapytać ją o zgodę na to, by Flis mogła poznać nas przez Skype’a.

Minęło kilka dni. Rozmawialiśmy o wszystkim, tylko nie o tym, byłam więc zmuszona ponownie zacząć drążyć temat. Im bardziej dopytywałam, dlaczego występuje taki problem z naszym poznaniem Felicity, tym bardziej czułam, jak Mike się wycofuje. Odpowiedź na moje pytanie musiała jednak w końcu nastąpić.

„Boję się” — przeczytałam.

„Czego się boisz?” — zapytałam.

„Nie wiem” — odpowiedział.

Od początku naszej znajomości Mike zapewniał mnie, że Helen już nic dla niego nie znaczy i że kontakty z nią zmuszony jest utrzymywać tylko i wyłącznie ze względu na córkę. Wydawało mi się to jak najbardziej logiczne, ale chyba jednak nie do końca było tak, jak mówił Michael. Rozmawiając z nim o tym, czym spowodowany jest jego strach, wyłonił mi się nieco inny obraz jego relacji z mamą Flis. Kobieta faktycznie utrzymywała z Michaelem kontakty tylko dlatego, że był ojcem jej dziecka. Miała swoje nowe życie, nowego partnera, rodzinę, przyjaciół. Prowadziła bogate życie towarzyskie — imprezy, wyjazdy. Mike od czasu rozstania z nią żył jak pustelnik. Zawsze był samotnikiem, ale okres, o którym mowa, stanowił czas, w którym całe jego życie polegało na wyjściu do pracy, niedzielnych odwiedzinach u matki oraz czterech dniach w miesiącu spędzonych z córką. Zero przyjaciół, ba! zero znajomych. Poważnie mówiąc, jedyni znajomi, o jakich mi wspominał, mieszkali tysiąc kilometrów od niego — dwie osoby, które poznał w szkole wieczorowej dwadzieścia lat wcześniej. Była partnerka Mike’a była więc ostatnią osobą w jego życiu, z którą kiedyś wiele go łączyło i z którą nadal miał częsty kontakt. Przy generalnym braku ludzi w życiu taka osoba nie mogła być obojętna. Mogłam wyczuć, że Michael z jakiegoś powodu obawia się opinii swojej eks, obawia się tego, co ona może pomyśleć, powiedzieć, jak zareaguje. Wcale a wcale mi się to nie podobało, zwłaszcza że nieprzerwanie utwierdzał mnie w przekonaniu, jak bardzo ta osoba jest dla niego nieistotna. Ja mogłam normalnie i bez jakichkolwiek obaw wyłożyć mojemu byłemu kawę na ławę i wszystko było w porządku. Michaelowi do przeprowadzenia rozmowy ze swoją byłą potrzebne były miesiące przygotowań.

W końcu jednak Kuba i ja doczekaliśmy się, że zgoda na to, byśmy mogli pojawić się w życiu Flis, została wyrażona. Parę pierwszych rozmów przez Skype’a przełamało nieśmiałość tej bardzo energicznej dziewczynki i wszelkie bariery zniknęły. Kuba prezentował Michaelowi swoje kolekcje czołgów i samolotów, Flis dla mnie tańczyła i śpiewała.

Mijały miesiące, a przylot Mike’a odkładał się w czasie. Niestety, bez pieniędzy takie przedsięwzięcia są bardzo trudne w realizacji. Sama miałam spore oszczędności, zanim trafiłam do muzeum, stawiałam tarota, zajmowałam się ezoteryką i bioenergoterapią. W tamtych czasach powodziło mi się wyśmienicie i zdołałam odłożyć znaczną sumę. Zdawałam sobie sprawę, że gdy nadejdzie czas załatwiania spraw wizowych oraz zakupu biletów lotniczych dla mnie i Kuby, nikt nie pomoże mi w tym finansowo. Proces wizowy wymagał długotrwałego załatwiania, w tym tłumaczenia przysięgłego na język angielski stosów dokumentów i formularzy, wcześniej potwierdzonych przez notariusza, oraz kosztownych badań w specjalistycznej klinice współpracującej z australijskim Departamentem Imigracji i Ochrony Granic. Na mnie spadał też koszt organizacji ślubu w Krakowie. Mike nie posiadał żadnych oszczędności, a potrzebował takiej kwoty, która wystarczyłaby na przelot w obie strony oraz miesięczne pokrycie kosztów wynajmowanego mieszkania podczas jego nieobecności. Musiał też być w stanie przelać australijskie „alimenty” na konto miejsca, które porównać można do polskiej świetlicy, czyli tam, gdzie przebywała jego córka przed i po szkole. Tu również potrzebował środków na miesięczną opłatę. Wszystko to stanowiło kwotę ponad trzech tysięcy dolarów australijskich. Takich pieniędzy nie zaoszczędziłby z pensji przez dziesięć lat. Było to nierealne. Jedynym wyjściem było wzięcie kredytu, ale przy jego niskich zarobkach żaden bank ani inna firma nie kwapiła się takiej pożyczki udzielić. Nie tracąc jednak nadziei, że w końcu uda się zorganizować potrzebną sumę, trwaliśmy przy sobie, wspierając się, jak to tylko było możliwe. Nasza relacja zacieśniała się, tęsknota sprawiała, że miłość była jeszcze głębsza, a nasze marzenia jeszcze odważniejsze. Ja, przybita wcześniejszym życiem w marazmie, miałam teraz tyle energii, że nie poznawałam samej siebie. Znajomi i współpracownicy również zauważyli tę przemianę. W końcu i z nimi podzieliłam się tym, co dzieje się w moim życiu i jakie mam plany na przyszłość. Zdania odnośnie mojej decyzji wyjazdu z dzieckiem „w nieznane”, do osoby, którą póki co znam tylko z Internetu, były podzielone. Jedni szczerze życzyli mi i Michaelowi szczęścia i powodzenia, drudzy uznali mnie za osobę skrajnie nieodpowiedzialną, stawiającą na szali zwłaszcza los mojego dziecka. Zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że być może wyjeżdżam, by skończyć w domu publicznym, a Kuba zostanie spreparowany na przeszczepy organów, i to też muszę brać pod uwagę.

Nie, nie brałam pod uwagę żadnych negatywnych scenariuszy! Wiedziałam, z kim mam do czynienia, i ufałam tej osobie. Jak ktoś, kto jest zdecydowany przylecieć do mnie, by spotkać mnie pierwszy raz twarzą w twarz i podczas tego samego pobytu pojąć mnie za żonę, mógłby mieć jakiekolwiek złe zamiary? Ktoś, kto chce również podjąć się wychowania, a może i utrzymania mojego dziecka. W związku z moją fobią w naszych planach — przynajmniej na początku wspólnego życia w Australii — nie widzieliśmy mnie pracującej zawodowo. Życie tam wygląda o wiele inaczej, pięćdziesięciokilometrowy, czy nawet stukilometrowy dojazd do pracy nie jest niczym wyjątkowym. Nam obojgu trudno było wyobrazić sobie mnie pokonującą takie odległości samotnie. Tym bardziej myślałam, jak wspaniały musi to być człowiek, który bez mrugnięcia okiem chce związać swe życie z kimś tak „sprawnym” jak ja. Mike zawsze próbował sprawiać, bym czuła się lepiej odnośnie siebie samej. Poczynił pewne wyliczenia i zapewniał mnie, że jeśli gotowałabym w domu, to na jedzenie we trójkę wydawalibyśmy mniej pieniędzy, niż wydawał on, będąc sam i stołując się codziennie poza domem. W Polsce przygotowywanie domowych posiłków jest normą, bez względu na to, czy kobieta pracuje, czy też nie, w Australii natomiast kobieta gotująca to skarb. Do tej pory on osobiście nie spotkał się z takim skarbem. Bardzo doceniał mój dobry zmysł organizacyjny i gospodarność, a dodając do tego domowe obiady, które miałyby przyczynić się do oszczędności, był przekonany, że model rodziny z pracującym mężem i żoną zajmującą się domem jest dla nas idealny. Nasze wspólne życie mieliśmy więc obgadane na dziesiątą stronę. Gdy już dotrzemy z Kubą do Australii, miałam sprzedać moje własnościowe mieszkanie, z którego zastrzyk finansowy dałby nam wszystkim spore poczucie bezpieczeństwa — cóż mogło nam się nie udać? Plany były bardzo realne, żadne zamki na piasku nie wchodziły w grę.

Ilość filmów nagrywanych dla mnie przez Mike’a rosła. Lubił je dla mnie tworzyć, a ja uwielbiałam je oglądać. Gdy był offline, a ja tęskniłam, mogłam odtwarzać je w kółko. Często były dowcipne i śmiałam się sama do siebie. Na moim kanale na YouTube utworzyłam dla nich osobną playlistę, którą nazwałam „Love”.

Love kwitła. Nigdy wcześniej nie czułam się kobietą w takim stopniu jak z Michaelem. Uprawialiśmy wirtualny seks i było mi dobrze. Czułam się ładna i pożądana. Moje libido zawsze było niskie (patrz trauma z dzieciństwa), ale wraz z nowym mężczyzną polubiłam seks i czerpałam z niego przyjemność. Piętnaście tysięcy kilometrów odległości jakby nie miało znaczenia. Potrzeby seksualne Mike’a były o wiele większe niż moje. Gdy już nabraliśmy do siebie pełnego zaufania, nie ukrywał, że seks jest dla niego rodzajem ucieczki od szarej rzeczywistości i najlepszą formą relaksacji, jakiej był w stanie doświadczyć. Nie spotykał się jednak z kobietami. Jego była żona (ożenił się w wieku dwudziestu trzech lat i ponoć małżeństwo to bardzo szybko okazało się porażką) oraz matka Flis były jedynymi kobietami, z którymi był w sposób intymny. Przez samotne lata towarzyszyła mu więc masturbacja, był również stałym bywalcem stron pornograficznych. Na tej płaszczyźnie nie zyskał we mnie towarzyszki, owa strona Internetu nigdy mnie nie interesowała. Dopóki byliśmy osobno, postanowiłam nie wnikać w jego pornopotrzeby. Mieliśmy jasno ustalone, że w momencie gdy w końcu będziemy mieszkać razem, temat ten znika z jego życia. Twierdził, że pornografia jest dla niego tylko „zamiast” i „w zastępstwie” pożycia seksualnego, jakie można mieć z własną kobietą. Wierzyłam jego słowom, nie miałam podstaw, by myśleć inaczej, pamiętając o tym, jak brzydzi się kłamstw i jak ważna jest dla niego uczciwość, zwłaszcza między dwojgiem najbliższych sobie osób. Michael był w moim wyobrażeniu okrutnie samotnym człowiekiem. Tak bardzo chciałam uczynić jego życie szczęśliwszym. Wyznawał mi, że na taką kobietę jak ja czekał całe życie. Słysząc, że mieliśmy spotkać się teraz, doświadczeni przez poprzednie związki i wydarzenia, które miały nas przygotować na to, by być dla siebie nawzajem najlepszymi wersjami samych siebie, wiedziałam, że mówi to, co czuje i w co głęboko wierzy. Sama wierzyłam w te słowa równie mocno.

Nadszedł Nowy Rok. Dziwnie było „świętować” go osobno. Mike nie czekał do australijskiej północy, poszedł spać wcześniej. Ja o godzinie piętnastej naszego czasu pomyślałam, że w Brisbane, gdzie mieszkał, właśnie zmieniła się data na rok dwa tysiące trzynasty i napisałam ukochanemu życzenia na Messengerze. Mnie osobiście, odkąd byłam nastolatką, nie zdarzyło się przegapić Nowego Roku, lubię to końcowe odliczanie, fajerwerki, choćby tylko słyszane czy widziane z oddali. Gdy Mike się obudził, u mnie było już po dwudziestej drugiej. Podziękował za życzenia, następnie poszedł zrobić sobie śniadanie, ja przygotowywałam jakieś przekąski, gdyż zamierzałam jeszcze długo nie spać. Jak zawsze byliśmy w ciągłym kontakcie, jednocześnie robiąc swoje. O północy razem z Kubą i jego tatą wznieśliśmy toast noworoczny. Niedługo potem młody zaczął szykować się do spania, a jego ojciec wrócił do swojego komputera. Mogłam wreszcie spokojnie zasiąść do laptopa, by przed snem jeszcze porozmawiać z Michaelem, który tego dnia nie miał zupełnie żadnych zajęć. Nie znalazłam życzeń noworocznych w wiadomościach. Rozmowa, którą zaczęliśmy, również nie zapowiadała, że je usłyszę. Autentycznie było mi przykro. Mój ojciec zadzwonił z życzeniami i Mike o tym wiedział, gdyż z tego powodu przerwaliśmy na chwilę nasze pogaduszki. O pierwszej w nocy nie wytrzymałam.

— Jest mi trochę przykro, że nie życzyłeś mi szczęśliwego Nowego Roku. To w końcu taki wyjątkowy moment. Wszyscy sobie życzą, jeśli akurat o tej porze są w kontakcie — powiedziałam spokojnie.

— Przepraszam. Dla mnie takie zachowania nie są oczywiste. Nie miałem ich kiedy nabyć, a potem było już za późno — odpowiedział Mike, usiłując się wytłumaczyć. — Nie wiem, co kiedy wypada, co się powinno, a czego nie. Inaczej widzę i odczuwam wiele rzeczy i sytuacji. Do większości ludzi zupełnie nie pasuję, mógłbym śmiało powiedzieć, że do nikogo nie pasuję. Nikogo poza tobą. Dlatego moje życie pozbawione jest ludzi. Tak jest lepiej dla mnie i dla nich — mówił bardzo poważnie i odnosiłam wrażenie, że zależy mu na tym, bym dokładnie go zrozumiała. — Przepraszam, że nie wiedziałem, że powinienem złożyć ci życzenia. Ale to nie znaczy, że cię nie kocham, wiedz o tym.

Na początku stycznia Kuba paskudnie się rozchorował. Ostre zapalenie gardła i zatok. Kilka dni później zaraziłam się od niego, co zresztą często mi się zdarzało. Dwa tygodnie przebywałam na zasiłku opiekuńczym na chore dziecko, oboje wzięliśmy po dwie serie antybiotyków. W tym okresie zrozumiałam, o czym dokładnie mówił Mike w noc sylwestrową. Nie wiem, czy podczas całej naszej choroby choć raz czy dwa razy zapytał o to, jak się czujemy. Odpuściłam sobie jednak pytanie, czy naprawdę tak mało go obchodzi to, czy jest już lepiej, czy też nadal mam wysoką gorączkę, czy Kuba może już jeść itd. Pamiętałam jego słowa. Nie zawsze wie, jak należałoby się zachować. Postrzega i czuje wiele sytuacji inaczej. Nie znaczy to, że mnie nie kocha. Rozumiałam już, iż będę musiała się przyzwyczaić i pogodzić z tym, że gdy jest mi przykro, nie jest to równoznaczne z tym, że Michael zranił mnie specjalnie. Taki po prostu był. A ja bardzo pokochałam go takim, jaki był. On nie chciał zmieniać mnie, ja nie chciałam zmieniać jego. To zresztą nigdy by się nie udało.

Druga połowa stycznia była o wiele lepsza. Na czterdzieste urodziny ukochany przysłał mi srebrny łańcuszek ze ślicznym i oryginalnym serduszkiem. Założyłam go i nie zdjęłam z siebie przez następne trzy lata. Faktycznie nikt wcześniej nie podarował mi niczego piękniejszego.

W ostatni piątek stycznia jak zawsze po przebudzeniu sprawdziłam wiadomości od Mike’a. To, co przeczytałam, sprawiło, że nie potrzebowałam mojej porannej mocnej herbaty, by się rozbudzić. Jakaś firma udzielająca pożyczek sama wysłała do Mike’a maila z propozycją trzech tysięcy dolarów, których potrzebowaliśmy! Wcześniej zdarzyła się już podobna sytuacja, ale po sprawdzeniu owej firmy okazało się to jakąś szemraną sprawą, było ryzyko wyłudzenia danych osobowych czy bankowych i propozycja została odrzucona. Tym razem wszystko wyglądało dobrze! Szczęście moje nie miało granic. Piszczałam i skakałam po domu jak dziecko, by dać mu upust.

Tego dnia w pracy na niczym nie mogłam się skupić. Zajęta byłam wydzwanianiem do Urzędu Stanu Cywilnego w celu zasięgnięcia informacji na temat dokumentów potrzebnych do zawarcia małżeństwa z obywatelem innego kraju. Bardzo wymęczyłam urzędników, dopytując się kilka razy o to samo, ale nie mogłam pozwolić sobie na to, by coś miało się nie zgadzać, czegoś brakować. Ze względów finansowych Michael mógł przylecieć tu tylko raz. Jako że byłam panną i urodziłam się w Krakowie, wymagano ode mnie tylko dowodu osobistego. Lista potrzebnych dokumentów ze strony Mike’a była o wiele dłuższa. Akt urodzenia, dokument poświadczający tożsamość z adresem zamieszkania, paszport, akt rozwodu oraz Zaświadczenie o Niewystępowaniu Przeszkód do Zawarcia Związku Małżeńskiego z Ambasady Australii znajdującej się w Warszawie. Oczywiście całość przetłumaczona przez tłumacza przysięgłego. Od złożenia wszystkich wymaganych dokumentów do chwili ślubu oczekuje się ustawowy miesiąc. Oczyma wyobraźni widziałam więc nas śpieszących do urzędu prosto z lotniska po przylocie Mike’a oraz pędzących na lotnisko zaraz po ślubie. Muszę powiedzieć, że wizja ta nawet mnie rozśmieszyła. Ważne, że mieliśmy dla siebie cały miesiąc pomiędzy wizytami na lotnisku! Dałam znać ukochanemu, jakie dokumenty musi zgromadzić, zapewnił mnie, że zacznie je organizować już nazajutrz. Ja natomiast jeszcze tego samego dnia znalazłam w Krakowie tłumacza, pana Antoniego. Wszystkie papiery mogłam przesyłać mu pocztą elektroniczną, oryginały chciał zobaczyć, gdy będzie to możliwe. Oznaczało to, że przed dotarciem do Urzędu Stanu Cywilnego musimy najpierw odwiedzić pana Antoniego, okazać mu oryginalne dokumenty, które przywiezie Mike, i odebrać tłumaczenia. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Poczucie wszechogarniającego szczęścia sprawiało jednak, że nie przewidywałam żadnych problemów. Zrobimy to, co musimy, ze wszystkim zdążymy, a następnie, gdy tylko odbiorę dowód osobisty oraz paszport wyrobione na nowe nazwisko, rozpoczynamy proces wizowy! Nareszcie wszystko zaczynało iść zgodnie z planem!

Zgromadzenie potrzebnych dokumentów oraz wyrobienie paszportu miało zająć Michaelowi dwa tygodnie. Z zakupem biletów lotniczych nie było najmniejszych problemów, można było to zrobić w każdej chwili. W pracy miał niewykorzystane dwa tygodnie urlopu wypoczynkowego, miał wziąć dwa kolejne bezpłatnego.

W dniu, w którym Mike odebrał paszport, odebrał również inny, jak się okazało, nie mniej istotny dla nas dokument. Zwolnienie z pracy z czterotygodniowym okresem wypowiedzenia. Niebo spadło mi na głowę.

Michael był załamany. Nie dość, że odwlekało to nie wiadomo o ile jego przylot, to na dodatek zawisło nad nim widmo bezrobocia, co w jego przypadku oznaczało bezdomność. Musiałam być silna, nie miałam innego wyjścia. Wspierałam go, jak tylko mogłam, zaoferowałam mu też pomoc finansową i dopingowałam w poszukiwaniach nowej pracy. Oczywiście wiadome było, że dwa tygodnie urlopu, które posiadał, zostaną przeznaczone właśnie na to. Lata temu, gdy na świecie nie było jeszcze Felicity, również zdarzyło mu się stracić pracę. Pół roku zajęło mu znalezienie nowej. W pewnym momencie chciał brać, co popadnie, słyszał jednak wtedy, że ma za wysokie kwalifikacje, i pracy nadal nie było. Mieszkał wówczas ze swoją partnerką, której przez ten okres udało się utrzymać ich oboje. Teraz był sam jak palec.

Płakałam. Serce mi krwawiło, gdy czytałam słowa mężczyzny, którego kochałam do szaleństwa, a który pisał, że zasługuję na kogoś lepszego. Kogoś normalnego. Kogoś, kogo stać na przylot do Europy, tak jak stać jego współpracowników, którzy dwa razy w roku spędzają wakacje we Francji czy Włoszech z całymi rodzinami. Którzy mają własne domy z ogrodami i basenami. Którzy zawsze mieli i zawsze będą mieć lepsze życie niż on.

„Znalazłaś ukrytego pod tym cyfrowym kamieniem życiowego nieudacznika. Nie mam nic. Nigdzie nie pasuję. Wychodząc z domu, zakładam maskę, by nikt nie dostrzegł, kim naprawdę jestem. Nawet moje serce jest jakieś małe. Ale całe należy do ciebie”.

Cierpiałam, będąc świadkiem załamania mojego mężczyzny. Potrzebował mojego wsparcia i wiary w niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Intensywne poszukiwania pracy przyniosły efekty. Zaledwie przez tydzień Mike był faktycznie bezrobotny. Jedna z agencji pracy znalazła dla niego miejsce dokładnie w jego branży. Była to również firma zajmująca się transportem, jednak bez porównania większa i prężniejsza niż poprzednia. Oboje byliśmy przeszczęśliwi. Cieszyłam się, wiedząc, że Mike jest bezpieczny i nie grozi mu brak dachu nad głową — w tym momencie było to dla mnie najważniejsze.

W nowym miejscu pracy mógł wziąć urlop dopiero pod koniec października. Oznaczało to, że do naszego spotkania pozostało siedem długich miesięcy. Nic. Siła wyższa. Czekam na niego ponad rok, poczekam jeszcze tyle. Trzeba wytrzymać. Powtarzałam sobie w głowie plusy i skrzętnie je w niej pielęgnowałam: Jest praca. Trzy tysiące pożyczki nie musiały zostać naruszone i są bezpieczne na koncie. Mamy wszystkie potrzebne do ślubu dokumenty z wyjątkiem zaświadczenia z ambasady. Termin wizyty w Warszawie Mike ustalić miał jeszcze z Australii na pierwszy dzień po przylocie do Polski. Musiał wykonać ten telefon osobiście, ale na to było jeszcze o wiele za wcześnie. Znów wszystko jest pod kontrolą. Z każdym dniem będzie bliżej do naszego spotkania. W dodatku w listopadzie jest paskudnie, a w nazwie miesiąca nie występuje „r” — niewiele osób bierze wtedy ślub w Polsce, nie będzie więc problemu z terminem. Miałam sporo tych plusów i trzymały mnie one w jako takiej formie psychicznej.

Kolejne miesiące po prostu mijały. W kwietniu znów mieliśmy w domu infekcję. Michael obchodził urodziny, na które wysłaliśmy mu z Kubą zakupionego w Sukiennicach uroczego srebrnego diabełka. Prezent ten sprawił mu wielką radość. W maju mama Mike’a musiała iść do szpitala na oddział psychiatryczny. Stan jej pogorszył się na tyle, iż zaczęła być groźna dla siebie oraz osób z otoczenia. Spędziła tam ponad miesiąc, Mike więc w kolejne niedziele odwiedzał ją w szpitalu. Ciężko przychodziło mu widzieć matkę w takim stanie, niekiedy nawet robiło mu się słabo.

— Gdy będziemy razem, będziesz jeździła ze mną do mamy? — zapytał pewnego razu po powrocie ze szpitala.

— Co to w ogóle za pytanie! Oczywiście, że tak. Będę jeździła z tobą wszędzie, gdzie tylko mnie zabierzesz — odpowiedziałam szczerze zdziwiona pytaniem o tak oczywistą sprawę.

Wtedy powiedział mi, że żadna z jego wcześniejszych kobiet nigdy, ani jeden raz, nie pojechała z nim w odwiedziny do mamy — ani do domu opieki, ani gdy przebywała w szpitalu. Trudno było mi to pojąć. Gdy zapytałam, dlaczego tak było, Michael odpowiedział, że nie wie. Taka odpowiedź zresztą często padała z jego ust. Znów potwierdziło się, w jak wielu sytuacjach był w życiu sam. Nawet będąc w wieloletnich związkach.

W maju miały miejsce z kolei jedenaste urodziny Kuby. Otrzymał na nie od Michaela oryginalną figurkę Qui-Gon Jinna z „Mrocznego Widma”. Obaj byli zagorzałymi fanami serii „Gwiezdne Wojny”.

Ze względu na to, iż wiedziałam, że będę potrzebowała wziąć miesiąc urlopu na przełomie października i listopada, całe wakacje spędziłam w pracy. Może to i lepiej, od lat i tak nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, a czas leci szybciej, gdy ma się zajęcie. W sklepie internetowym zakupiłam dwie sukienki, które wydawały mi się być odpowiednie do założenia na cichy i skromny ślub cywilny. Jedna cieplejsza i ciemniejsza, zupełnie jednolita. Druga lżejsza, ecru w duże, czarne kwiaty. Byłam więc przygotowana na każdą temperaturę w listopadzie. Mike nie bardzo wiedział, jak kupuje się obrączki (nie wiedział również, że ich zakup to obowiązek pana młodego), zajęłam się więc również i tą sprawą. Swój rozmiar oczywiście znałam, Mike nie znał jednak swojego. Przysłał mi stary srebrny sygnet, który nadal na niego pasował, bym mogła wybrać się do jubilera i ustalić, jaki to rozmiar. Numeracja ubrań, bielizny, butów i wielu innych rzeczy w Australii jest inna, nie chcieliśmy więc ryzykować, że po zrobieniu pomiaru u siebie Mike poda mi nieprawidłowy rozmiar swojej przyszłej obrączki.

Gdy sygnet do mnie dotarł, wzięłam go ze sobą do pracy. Tam zapytałam koleżankę, czy mogłaby podejść ze mną do jubilera. Zakład jubilerski znajdował się na tyle blisko muzeum, że wstyd byłoby jechać tam taksówką, a jednocześnie na tyle daleko, że sama nie dałabym rady do niego dojść. Oczywiście nie przyznałam się koleżance, że potrzebna jest mi ona do opieki, poprosiłam, by pomogła mi wybrać wzór obrączek. Zgodziła się chętnie, udałam się więc do szefa i zapytałam, czy mógłby zwolnić nas obie na pół godziny. Nie widział problemu. Tego dnia zamówiłam nasze obrączki z wygrawerowanymi wewnątrz imionami i uroczymi serduszkami.

Pod koniec lipca odebrałam obrączki. Były jeszcze piękniejsze, niż przypuszczałam, że będą. Ledwo wróciłam do domu, zrobiłam im zdjęcia i wysłałam Michaelowi. Zobaczył je, jak tylko się obudził, czyli jak to przeważnie u mnie bywało, w okolicy dwudziestej pierwszej. Bardzo mu się spodobały. Żałował, że musi czekać jeszcze co najmniej trzy miesiące, by ujrzeć je „na żywo”. Tego poranka był mocno przybity, od tygodnia doskwierał mu potworny ból pleców i prawego ramienia. Problemy z plecami powracały co jakiś czas, podobno związane były ze stresem. Lekarz przepisywał mu na te dolegliwości tylko silne leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Z tego, co mówił Mike, ból ten może odbierać chęć do życia w stopniu, w jakim robi to silna migrena. Najchętniej nie wstawałby z łóżka, nie ruszał się, nie jadł. Nie mógł sobie jednak na to w żadnym razie pozwolić, będąc zatrudnionym na okres próbny w nowej pracy. Podczas tej rozmowy zauważyłam, jaką radość sprawiają mu nasze obrączki, i wpadłam na pewien, być może nieco kontrowersyjny pomysł, ale tak bardzo chciałam, by ukochany poczuł się lepiej… Zapytałam, czy nie chciałby zobaczyć i móc dotknąć swej obrączki wcześniej. Zaproponowałam, że mogę mu ją wysłać. Gdy ją dostanie, moglibyśmy oboje na Skypie założyć swoje obrączki. Takie nasze wirtualne zaręczyny, w końcu do tej pory wszystko między nami działo się w cyfrowym świecie. Mój pomysł został przyjęty entuzjastycznie. Ponownie usłyszałam, że nikt nigdy nie troszczył się o niego tak jak ja i nikt nie włożył „w niego” tyle wysiłku. Cieszyłam się, że mogłam choć w taki sposób poprawić jego nastrój. Nazajutrz po pracy miły pan taksówkarz najpierw podrzucił mnie na pocztę, gdzie nadałam obrączkę Michaela do Brisbane, i dopiero wtedy pojechaliśmy do domu.

Dwa tygodnie zajęła obrączce droga do narzeczonego. Do naszych wirtualnych zaręczyn musieliśmy jednak poczekać kilka dni — do sobotniego Skype’a. Wybraliśmy nawet podkład muzyczny w postaci „Latch” duetu Disclosure i naszego ulubionego wokalisty Sama Smitha. Wyobrażałam sobie, że będę trochę skrępowana podczas tej „ceremonii”, okazało się jednak, że oboje pękaliśmy ze śmiechu, żadne z nas nie mogło zachować powagi. Stało się, byliśmy zaręczeni.

W pierwszych dniach września Michael przeprowadził rozmowę ze swoim szefem, dotyczącą długiego urlopu, który musiał wziąć. Przełożony nie był tym zachwycony, Mike powiedział mu jednak, że potrzebuje aż miesiąc ze względu na ważne sprawy rodzinne. W sumie byliśmy już prawie rodziną. Na szczęście szef wyraził zgodę. Michael, odkąd pracował w nowym miejscu, nie opuścił ani jednego dnia pracy i pracodawcy zdążyli już poznać go z najlepszej strony. Osoba, która mogła zastąpić Mike’a na jego stanowisku, była jednak dostępna dopiero od pierwszego listopada. Urlop został więc zatwierdzony na dni pierwszy listopada — pierwszy grudnia dwa tysiące trzynastego roku. Mając go w kieszeni, Michael bezzwłocznie zarezerwował bilety lotnicze w obie strony. Wylatywał z Brisbane pierwszego listopada wieczorem, w Krakowie miał wylądować planowo tuż przed południem trzeciego. Wykonał też telefon do Ambasady Australii w Warszawie i umówił się na spotkanie na poniedziałek, czwartego listopada o godzinie trzynastej trzydzieści. Ze swojej strony załatwił więc wszystko. Byłam przeszczęśliwa, mając wreszcie konkretną datę, wyznaczającą koniec tego ciągnącego się w nieskończoność oczekiwania na osobiste spotkanie miłości mego życia!

Teraz nadeszła moja kolej, by rozwiązać pewne sprawy. Nastał czas, kiedy to tata Kuby musiał się wyprowadzić. Mike miał zatrzymać się u mnie, raczej żadne z nas trojga nie wyobrażało sobie tego, by mój były towarzysz życia nadal mieszkał ze mną w tym czasie. Rozmowa ta była tak samo nieunikniona, jak i spodziewana. W październiku Adam mieszkał już osobno w wynajętym przez siebie pokoju.

Kolejny raz wykonałam telefon do USC, od czasu gdy dzwoniłam tam po raz pierwszy, minęły bowiem miesiące. Ponownie upewniłam się, czy mamy wszystkie potrzebne dokumenty, oraz zarezerwowałam nam termin wizyty na piątego listopada, czyli dzień po Warszawie. Poruszyłam też kwestię, że gdy złożymy dokumenty, narzeczony, niestety, nie będzie w stanie zostać w Polsce pełnego ustawowego miesiąca, ale dowiadywałam się wcześniej i wiedziałam, że w wyjątkowych sytuacjach termin oczekiwania na ślub może zostać skrócony. Pani po drugiej stronie telefonu powiedziała, że pod koniec listopada nie będzie najmniejszego problemu z terminem, zwłaszcza że nie zależało nam na żadnym konkretnym dniu ani godzinie i mogliśmy się dopasować.

Moi świadkowie, wieloletni przyjaciele Beata i Piotr, również byli przygotowani na to, że datę ślubu będę w stanie podać im dopiero około trzy tygodnie przed ceremonią. Było to dla wszystkich zrozumiałe, przyjaciele znali naszą historię, determinację i walkę z losem o to, by w końcu móc być razem.

W moim odczuciu październik ciągnął się w nieskończoność. Euforia związana z niedługim przylotem Mike’a wcale nie sprawiała, że czas płynął szybciej. W domu zrobiliśmy z Kubą podłużny papierowy kalendarz z odcinanymi od dołu dniami, by widzieć, jak upływa czas i jak zbliża się przylot Michaela.

W połowie miesiąca kupiłam bilety na pociąg do Warszawy, na ósmą rano czwartego listopada. Nic więcej nie zostało mi do załatwienia.

W końcu nadszedł mój ostatni dzień w pracy przed Wszystkich Świętych i urlopem. Oznaczało to również ostatni dzień pracy dla Mike’a i jego wylot z Brisbane nazajutrz wieczorem. Tego dnia w pracy byłam bardzo zajęta, chciałam osobom, które miały mnie zastępować, zostawić wszystko zapięte na ostatni guzik. Dopiero przed południem sprawdziłam wiadomości od Mike’a.

„Mam gorączkę, ból gardła i kompletnie zatkane zatoki. Czuję się fatalnie. Prosto z pracy jadę do lekarza”.

Nie wierzyłam. Zdenerwowałam się bardzo, powiem więcej, byłam wściekła. Dlaczego wszystko idzie jak po grudzie?! Odkąd znam Mike’a, nie był nawet przeziębiony. Plecy, ramię, kostka w złamanej lata temu nodze, ale nigdy coś takiego! Momentalnie zaczęłam się martwić. Czy przesunie to termin jego przylotu? A jeśli nie, to jak da on radę spędzić w samolotach i na lotniskach dwie doby?! Dałam mu znać, że się martwię i że w napięciu czekam na wiadomość po jego wizycie w przychodni. W końcu odezwał się. Poinformował lekarkę, iż nazajutrz wieczorem leci do Europy, przepisała mu najmocniejszy antybiotyk o najszerszym spektrum działania, o jakim tylko mogła pomyśleć. Była dobrej myśli, gdyż Michael nie brał antybiotyków od lat, organizm nie był więc do nich przyzwyczajony. Przewidywała, że po trzech pierwszych dobach zażywania Mike powinien odczuć poprawę. Dla mnie nadal oznaczało to, że podczas podróży będzie czuł się źle.

Martwiłam się. Po powrocie do domu Mike bezzwłocznie wziął pierwszą tabletkę i spakował walizkę według spisu, który kilka dni temu dla niego zrobiłam. Nigdy nie opuszczał Australii, a w Polsce listopad może być zimny i zdradliwy. Bardzo chciał zobaczyć śnieg, pierwszy raz w życiu. Gdy bagaż był gotowy do podróży, wykończony położył się spać.

Nazajutrz rano, zaraz po moim przebudzeniu, weszliśmy na Skype’a. Po raz ostatni przed ujrzeniem się w realnym świecie. Michael wyglądał i czuł się fatalnie. Opuchnięta twarz, zmieniony głos, brzydki kaszel, co chwilę wydmuchiwał nos.

— Nie martw się, kochanie — powiedział, próbując mnie uspokoić. — To po prostu cali my. Wszystko nie tak, los wystawia nas na różne próby, a jednak kończy się dobrze i dajemy radę. Za dwa dni widzę cię na lotnisku. Już z oddali będę ci śpiewał, byś wiedziała, z którego kierunku nadciągam. Następnie będę cię całował i nie obchodzi mnie, czy nadal będzie lało mi się z nosa, czy nie. Taki jest mój plan i tego się trzymam!

Mike był chory, ale szczęśliwy. Ja popłakałam się ze wzruszenia. Pogadaliśmy jeszcze pół godziny (życzyłam mu bezpiecznej podróży i prosiłam, by dbał o siebie i nie zapomniał brać antybiotyków) i musiał zbierać się na lotnisko, by dotrzeć tam na dwie godziny przed wejściem na pokład. Samolot z Brisbane do Singapuru odlatywał o dwudziestej pierwszej.

Przez większość czasu podróży Michael miał problemy z Internetem w telefonie, ale kiedy tylko mógł, dawał mi znać SMS-em, gdzie się znajduje, oraz zapewniał, że wszystko jest w porządku. Ja udałam się do fryzjera i ufarbowałam włosy. Sama nie potrafiłam tego zrobić, gdyż w tamtym czasie były długie do pasa. Wydawało mi się, że przez ostatni rok jednak mocno posiwiałam.

Rozdział 2. Razem

— Kuba! Mike właśnie wylądował w Berlinie. Za dwie godziny zbieramy się na lotnisko — takimi słowy powitałam ledwo co obudzone dziecko w niedzielę, trzeciego listopada.

— Nareszcie, nie da się już z tobą wytrzymać — zażartował (miałam nadzieję) mój syn.

Byłam po nieprzespanej nocy, emocje nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Oczywiście nie czułam najmniejszego zmęczenia, wręcz przeciwnie — roznosiła mnie energia. Tańczyłam i śpiewałam. Wykonałam telefon do naszego tłumacza, by potwierdzić, że dziś wieczorem zjawiam się u niego z Michaelem i oryginałami wszystkich dokumentów, które dla nas tłumaczył. Rewelacyjnie się dla nas złożyło, pan Antoni miał bowiem biuro w swym domu, był więc dostępny dla klientów o każdej porze i nie stanowiło to dla niego problemu.

Taksówkarz wysadził Kubę i mnie pod wejściem głównym portu lotniczego w podkrakowskich Balicach. Było bardzo ciepłe i słoneczne niedzielne południe. Samolot Michaela nie był opóźniony i właśnie podchodził do lądowania. W domu nie mogłam usiedzieć na tyłku, teraz byłam jednak całkowicie spokojna. Czekaliśmy wewnątrz lotniska, tuż przy wejściu głównym, tak jak byliśmy umówieni. Było bardzo tłoczno. Pojawiały się coraz to nowe grupy podróżnych.

W końcu mój telefon zadzwonił. Był to Michael!

— Jestem i szukam cię, kochanie, gdzie jesteście? — w jego głosie brzmiała radość.

Zaczęłam się uśmiechać i nie mogłam przestać.

— Tu, gdzie mieliśmy być, najgłówniejsze wyjście — odpowiedziałam podekscytowana.

Mike szukał nas, będąc cały czas przy telefonie, Kuba wypatrywał go spokojnie, ja kręciłam się w kółko, nie wiedząc, skąd nadejdzie. W końcu usłyszałam:

— Widzę was, kochanie, widzę cię, jesteś… — I to ostatnie słowo usłyszałam już nie tylko przez telefon. Odwróciłam się o dziewięćdziesiąt stopni. Przede mną stał uśmiechnięty od ucha do ucha Michael.

Otworzył ramiona i rzuciłam mu się na szyję. Po trzech sekundach całowaliśmy się i świat nie istniał. Wcześniej wyobrażałam sobie, że pierwsze, co zrobię, gdy się spotkamy, to przedstawię Michaelowi Kubę, by młody nie czuł się skrępowany. Niestety, w tym momencie pierwszy raz w życiu zapomniałam o istnieniu Kuby. Łzy szczęścia spłynęły po moich policzkach — ale tylko przez moment. Byłam w ramionach człowieka, którego kochałam do szaleństwa. Mimo iż widziałam go i dotykałam pierwszy raz, miałam wrażenie, że znam go pół życia. Był taki mój, jak dla mnie stworzony, i wiedziałam, że on czuje tak samo. Był to najszczęśliwszy moment w mojej historii, podobnie czułam się tylko lata temu, widząc po raz pierwszy mojego syna.

W końcu oderwaliśmy się od siebie, przyciągnęłam bliżej Kubę i przytuliliśmy się jeszcze we trójkę. Nikt z nas nie był ani trochę onieśmielony tym pierwszym spotkaniem, wręcz przeciwnie — byliśmy na totalnym luzie.

— Gdzie masz walizkę? — zapytał Kuba.

Twarz Mike’a zmieniła się.

— Cholera. Gdzie jest moja walizka!? — zapytał bardzo zdziwiony. — Zupełnie o niej zapomniałem! Chciałem was znaleźć jak najszybciej, bałem się, że będziesz się tu źle czuła, wiesz, twoja fobia…

Wziął mnie za rękę, ja wzięłam za rękę Kubę i tak udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca, gdzie można było odebrać zagubiony bagaż. Stanowisko to, jak się okazało, znajdowało się bardzo blisko nas. Mike okazał bilet i otrzymał swoją własność. Pozostało już tylko udać się na postój taksówek i pojechać do domu.

W aucie Kuba usiadł z przodu, dzięki czemu Michael i ja mogliśmy przez cały czas trzymać się za ręce i patrzeć sobie w oczy. Czułam się pijana szczęściem. Oboje nie mogliśmy przestać się uśmiechać. Głaskałam go po czarnych, kręconych włosach i przytulałam się, choć było nam średnio wygodnie. Dopiero w taksówce zauważyłam, że jeszcze był chory, jednak gdy zapytałam, jak się czuje, odpowiedział, że z infekcją już o wiele lepiej, ale jest potwornie zmęczony. W żadnym z czterech samolotów nie dał rady złapać ani chwili snu.

W domu podałam Michaelowi rosół, który ugotowałam z myślą o nim poprzedniego dnia. Powiedział, że nigdy w życiu nie jadł domowego rosołu i że jest przepyszny. Gdy jadł, posłałam mu łóżko. Następnie Mike poszedł wziąć prysznic. Zaciągnęłam zasłony, było około piętnastej i nadal bardzo słonecznie. Po zakończonej toalecie położyłam Mike’a do łóżka.

— Odpocznij, kochanie — powiedziałam i pocałowałam go w czoło. — Masz cztery godziny na sen, potem musimy pojechać do tłumacza. Wszystko na wariackich papierach.

Mój ukochany obdarzył mnie pięknym uśmiechem i pocałował czule. Po minucie już spał. Usiadłam do komputera i przez następne godziny dzieliłam się moim szczęściem z przyjaciółmi. Twitter wrzał — Agnes i Zurkana razem w realu!

Obudziłam go pocałunkiem o dziewiętnastej. Niedługo trzeba było nam ruszać w drogę po tłumaczenia. Mike chwycił mnie i wciągnął do łóżka. Powiedział, że pan Antoni może poczekać kwadrans akademicki. Najbliższe chwile spędziliśmy, obsypując się pocałunkami i mówiąc sobie o szczęściu, którego oboje właśnie doświadczaliśmy. Ukochany nie był głodny, poleżeliśmy więc aż do chwili, gdy zbliżał się czas przyjazdu zamówionej wcześniej taksówki.

Pan Antoni mieszkał w centrum Krakowa. Michael zachwycał się starym budownictwem i architekturą, oczywiście jego stopa nigdy wcześniej nie postała w takim miejscu. Byłam bardzo szczęśliwa, widząc jego entuzjastyczne zainteresowanie wszystkim dookoła. Mieszkanie naszego tłumacza było wielkie — sam pokój, w którym znajdowało się biuro, miał czterdzieści metrów kwadratowych. Mike podziwiał rozmiary mieszkania. Sufit zawieszony był na wysokości ponad czterech metrów. Dla mnie nie było to nic nowego, gdyż w takim budownictwie, na Kazimierzu, mieszkali kiedyś moi dziadkowie.

Formalności załatwiliśmy ekspresowo, a pan Antoni okazał się osobą przemiłą i bardzo profesjonalną. Ponownie mieliśmy się z nim spotkać za dwa dni w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdyż przy składaniu dokumentów do ślubu z obcokrajowcem wymagana jest obecność tłumacza przysięgłego. Byliśmy więc umówieni. Pan Antoni życzył nam powodzenia nazajutrz w Warszawie, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu, do Kuby.

Późnym wieczorem zjedliśmy kolację, następnie moi chłopcy grali w szachy, mając przy tym spory ubaw, a ja siedziałam, obserwując ich i delektując się poczuciem szczęścia. Kuba polubił Mike’a od pierwszej chwili, oczywiście z wzajemnością.

Wyjęłam mój kieszonkowy kalendarzyk, w którym notowałam przeróżne wydarzenia. Michael wyjął mi go z ręki, wyciągnął długopis z bocznej kieszeni swej walizki i napisał: „Jestem w Krakowie z moją Moniką”.

Tej nocy kochaliśmy się pierwszy raz. W wieku czterdziestu lat poznałam, czym jest dobry seks i jak powinna czuć się kobieta ze swoim mężczyzną. Lepiej późno niż wcale. Usłyszałam, że Michael pragnie zestarzeć się ze mną, a potem umrzeć pierwszy, by nigdy za mną nie tęsknić. Ja również nie chciałam zostać na tym świecie bez niego, tak że pozostało nam tylko iść na kompromis i umrzeć razem. Kiedyś, kiedyś tam, gdy już wychowamy i wykształcimy dzieci, by zdobyły dobre zawody, zarabiały dużo pieniędzy i mogły z różnych okazji obdarowywać nas prezentami w postaci wycieczek po całym świecie. Taki był nasz plan, zanim mieliśmy się razem zestarzeć i umrzeć.

W poniedziałek rano wyszliśmy wszyscy jednocześnie — Kuba do szkoły, a my do taksówki, która miała zawieźć nas na dworzec. Obliczyłam, że ostatni raz jechałam pociągiem nad morze, gdy Kuba miał półtora roczku. Mike jeździł pociągami na co dzień, dojeżdżał bowiem nimi do centrum Brisbane — do pracy.

Podróż zajęła nam ponad trzy godziny. Mieliśmy czas o wszystkim porozmawiać oraz oczywiście poprzytulać się i po prostu cieszyć swoją bliskością. Roztaczaliśmy wizję naszego ślubu, opowiadałam Mike’owi o naszych świadkach, chciałam, by wiedział o moich przyjaciołach jak najwięcej, zanim pozna ich osobiście. Nie obyło się również bez bardzo miłego zdarzenia. W pewnym momencie przez przeszklone drzwi naszego przedziału ujrzałam przechodzącego korytarzem Edwarda Lubaszenko! Postanowiłam wyjść i poprosić go o autograf, wszystko działo się szybko i nie zdążyłam wytłumaczyć Michaelowi, kim jest mężczyzna, za którym wybiegłam. Po chwili Mike wyszedł za mną i gdy zauważył, że szukam czegoś w torebce, a pan Edward wyciąga długopis z kieszeni marynarki, zorientował się, że musi być to jakaś znana w naszym kraju osoba. Wyjął telefon i zrobił nam na pamiątkę piękne zdjęcie, które wieczorem z dumą zamieściłam na Facebooku z opisem: „Nieczęsto podróżuję pociągami, ale jeśli już tak się dzieje, to robię to w doborowym towarzystwie :)”. Gdy już daliśmy spokój panu Lubaszence, wyjaśniłam Michaelowi, że to polska gwiazda na miarę australijskiego Hugh Jackmana czy amerykańskiego Roberta DeNiro. Wtedy zrozumiał, z kim mieliśmy do czynienia, i uznał to za fantastyczne wydarzenie i prawdziwą atrakcję naszej podróży.

Ambasada Australii znajdowała się trzy minuty jazdy od dworca, po przyjeździe do stolicy mieliśmy więc dwie godziny do umówionej wizyty. Zbliżała się pora obiadowa, udaliśmy się więc do jednej z sieci restauracji oferujących fast food, gdzie oboje wybraliśmy po możliwie najzdrowszej przekąsce.

Wizyta w ambasadzie zajęła nam pół godziny. Bez najmniejszego problemu miła pani urzędniczka wystawiła Michaelowi potrzebne zaświadczenie. Wielkim ułatwieniem było dla nas to, iż na potrzeby polskich urzędów ambasada oferowała zaświadczenia w języku polskim. Odpadał więc koszt i załatwianie przyspieszonego tłumaczenia. Dokument ten był nam potrzebny już nazajutrz. Na wszelki wypadek umówiliśmy się z panem Antonim, że gdyby napisany był po angielsku, to przetłumaczy go nawet nocą i przyniesie ze sobą przed południem, gdy wszyscy spotkamy się w Urzędzie Stanu Cywilnego. Na szczęście akcja nocnego tłumaczenia nie była konieczna. Tym samym po powrocie do Krakowa prosto z dworca mogliśmy pojechać do domu.

Wróciliśmy około dwudziestej pierwszej i zastaliśmy w domu Adama, który dotrzymywał Kubie towarzystwa, by nie przebywał sam wieczorem. Dobrze się złożyło, mogłam przedstawić Michaelowi Adama, który niedługo po tym wyszedł.

Wtorek. Dotarliśmy pierwsi do USC, a pan Antoni zjawił się niedługo po nas. Za moment młoda urzędniczka poprosiła nas do gabinetu. Byłam w posiadaniu teczki z wszystkimi dokumentami. Przyjęła ją ode mnie, następnie wyjęła z niej stos papierów i oddała pustą. Poprosiła, żebyśmy wyszli i poczekali jeszcze na korytarzu. Sama miała w tym czasie sprawdzić dokumenty, po czym ponownie nas poprosić. Mimo gawędzenia z naszym przemiłym tłumaczem minuty oczekiwania ciągnęły się strasznie.

— Coś długo to trwa — powiedział w końcu pan Antoni, który już wielokrotnie załatwiał w tej instytucji sprawy z klientami.

W momencie, gdy wypowiadał te słowa, otworzyły się drzwi do pokoju znajdującego się obok tego, w którym zostawiliśmy dokumenty, i poproszono nas do środka.

Weszliśmy. Oczom naszym ukazał się stojący za biurkiem kierownik Wydziału do Spraw Ślubów z Obcokrajowcami. Po jego bokach stały trzy panie, wśród nich ta, którą poznaliśmy wcześniej.

— Witam, co państwa do nas sprowadza? — zapytał i od razu poczułam się dziwnie. Zanim jednak zdążyłam odpowiedzieć, dodał: — To znaczy wiem, co państwa sprowadza, ale niestety jest problem. Brakuje jednego bardzo istotnego dokumentu.

Pan Antoni dyskretnie tłumaczył Michaelowi wszystko, co działo się w gabinecie.

Oczywiście było to niemożliwe, wszystkie dokumenty mieliśmy przygotowane, w rezultacie wielu telefonów do urzędu.

— To niemożliwe — odpowiedziałam z uśmiechem i otworzyłam teczkę, którą cały czas trzymałam.

Jeżeli jakiegoś dokumentu brakowało, to musiał w niej nadal być. Teczka jednak była pusta.

— Zgromadziłam i dostarczyłam państwu wszystkie papiery wymagane przez wasz urząd — powiedziałam pewnie. — Dzwoniłam tu wiele razy i rozmawiałam z co najmniej trzema różnymi osobami, które podawały mi te same informacje. Wczoraj w ambasadzie zdobyliśmy ostatni potrzebny dokument i wszystko ma pan na biurku.