Kastratka - Iny Lorentz - ebook
Opis

Debiut duetu autorów, którego powieści podbiły serca czytelników! Pół miliona sprzedanych egzemplarzy! Jedenastolenia Giulia, jedyna córka kapelmistrza Fassiego z Saletto, wychowywała się wśród anielskich głosów chłopięcego chóru prowadzonego przez ojca. Śpiew jest dla niej tak naturalny, jak oddech, ale włoski Kościół epoki renesansu coraz bardziej ogranicza prawa kobiet, nie zezwalając im nawet na głośną modlitwę. Pobożny lud widzi w śpiewających damach tylko grzesznice. Gdy solista chóru ojca niespodziewanie rozpoczyna mutację, wykonanie najnowszej mszy mistrza Giovanniego da Palestriny przed znamienitymi gośćmi staje pod znakiem zapytania. By uniknąć kompromitacji, Fassi przebiera córkę za chłopca i każe jej zastąpić śpiewaka. Występ okazuje się tak ogromnym sukcesem, że pada propozycja wykastrowania wspaniałego solisty i zachowania jego pięknego głosu… Giulia wraz z ojcem muszą uciekać z miasta, by uniknąć straszliwej kary, ale wiedziony marzeniami o sławie i bogactwie kapelmistrz postanawia kontynuować maskaradę i latami obwozi córkę po kraju, zmuszając ją, by udawała młodego kastrata. Dziewczyna zaczyna występować na dworach włoskich możnych, ale gdy wśród słuchaczy dostrzega niezwykle przystojnego mężczyznę, przyjęta rola staje się dla niej przekleństwem… Porywająca, pełna emocji historia o kobiecej sile i wyzwalającym pięknie muzyki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 629

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Die Kastratin

Copyright © 2003 Knaur Verlag. An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcia na okładce: wikimedia.org

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-805-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZAPrzemiana

I

Matka uderzyła ją w twarz tak mocno, że Giulia czuła, jak płonie jej policzek. I choć do oczu napłynęły jej łzy, to uniosła głowę, wysuwając przekornie brodę do przodu. Nigdy, przenigdy nie zrozumie, dlaczego matka nie pozwala jej śpiewać tych samych pieśni, które na górze, w opactwie, pilnie ćwiczy chór chłopięcy, i dlaczego mówi, że to grzech.

Dziewczynka najczęściej była ostrożna i śpiewała tylko wtedy, gdy sądziła, że jest sama, albo gdy ojciec dał jej na to wyraźne przyzwolenie. Tego ranka z jej ust wymsknęło się kilka taktów cudownej melodii, którą usłyszała podczas swej ostatniej potajemnej wycieczki i która od tamtego czasu wciąż chodziła jej po głowie. Giulia myślała, że nikt nie usłyszy jej cichego śpiewu, zwłaszcza że matka od iluś dni leżała chora w łóżku. Ale jak na nieszczęście w tym akurat momencie schorowana niewiasta stanęła w drzwiach za plecami Giulii.

Za karę kazała córce wyręczyć służącą i zanieść pranie na łączkę. Trzeba je było tam porozkładać, aby schło na słońcu. Kosz z bielizną okazał się o wiele za ciężki dla jedenastoletniej dziewczynki. Ramiona bolały ją od ciężaru i najchętniej opuściłaby go na ziemię. Ale pomyślała o matce, która za coś takiego urządziłaby jej w domu piekło. Tak więc dalej dźwigała kosz, idąc w dół po schodkach wąską uliczką. Po drodze mijała zbudowane z tłuczonych kamieni domy, z których dobiegał kwaśny zapach.

Smętnie pomyślała o Assumpcie, która chętnie sama zaniosłaby pranie na łączkę. Leciwa służąca nieraz robiła wyrzuty matce dziewczynki, że powierza dziecku zbyt ciężkie prace. Maria Fassi była jednak przekonana, że tylko w ten sposób oduczy córkę śpiewania i z powrotem sprowadzi ją na drogę cnoty. Giulia nie rozumiała swojej rodzicielki, gdyż czuła się tak niewinna jak anioł w niebie. Cóż mogła poradzić, że pieśni, które z takim trudem ćwiczyli chórzyści, zapadały jej głęboko w pamięć, nawet jeśli słyszała je tylko raz?

Gdy dotarła do Piazza Vendetti, odwróciła się i spojrzała tęsknie w górę, na klasztor Świętego Hipolita, który wznosił się majestatycznie na wzgórzu porośniętym drzewami oliwnymi. Miała wrażenie, że słyszy głosy chłopców z chóru, którzy o tej porze mieli tam próbę. Najchętniej z miejsca pobiegłaby na górę, wcisnęłaby się w swoją kryjówkę pod małym okienkiem i słuchałaby, jak ćwiczą. Mimowolnie pomyślała, że podsłuchiwanie chórzystów też jest może grzechem.

Po krótkim zastanowieniu odrzuciła tę myśl. Chórzyści z Saletto każdej niedzieli śpiewali w kościele, a tam musiała przecież słuchać ich śpiewu. Niedzielne pieśni mogłaby zaśpiewać przez sen – kompletnie już jej się znudziły. Bardziej interesowało ją słuchanie, jak chłopcy ćwiczą nową mszę, którą mają zaśpiewać w Dniu Świętego Hipolita. Giulia rozmarzyła się, przypominając sobie pierwsze strofy solowej partii, do której wykonania wyznaczono chłopca o imieniu Ludovico. W tym momencie znów przyłapała się na tym, że mruczy pierwsze takty. Natychmiast zacisnęła usta i się rozejrzała. Jeszcze jedna z sąsiadek doniesie matce, że jej córka nie nuci dziecięcych melodii, na które dziewczynki miały przyzwolenie, lecz znowu pieśni, które mogą wykonywać tylko chłopcy i mężczyźni ku chwale Boga Najwyższego.

– To niesprawiedliwe, że jestem dziewczyną, a nie chłopcem – mruknęła pod nosem. – Ciągle tylko słyszę, że tego nie wypada, tamtego nie można…

Rozgniewana szła dalej. W końcu ciężar kosza sprawił, że musiała oprzeć go na wystającym kawałku muru. W tym momencie pojawiła się obok niej ich stara sąsiadka Lodrina. Wyglądem przypominała wronę, gdyż jako wdowa nosiła czarne ubranie, kiwała się bezustannie, a na dodatek miała sterczący nos do złudzenia podobny do ostrego dzioba. Przywitała Giulię, siląc się na nieszczerą uprzejmość i odsłaniając przy tym resztki żółtych zębów.

– Niesiesz pranie na łączkę? Jesteś dzielną dziewczynką.

– Muszę się spieszyć, Lodrino. Jestem już spóźniona.

Giulia wciągnęła głęboko powietrze do płuc, podniosła koszyk i szybko ruszyła dalej, chcąc uniknąć rozmowy z kobietą. Nie lubiła Lodriny, bo staruszka często podkradała się do niej bezszelestnie, a gdy usłyszała, że Giulia śpiewa, zaraz skarżyła na nią matce. Obie uważały, że dziewczynka, która śpiewa święte pieśni, narusza Boże przykazania. Lodrina już kiedyś wyzwała Giulię przy ludziach od czarownic i zapowiedziała, że pewnego dnia dziewczynka zostanie za te śpiewy spalona na stosie i będzie się smażyć po wieki w ogniu piekielnym. Od tego czasu Giulii często śniło się nocą, że ogarniają ją płomienie, i budziła się potem z płaczem.

Otrząsnęła się, żeby przegnać z głowy koszmarne myśli. Przeszła przez wąską furtkę w murze miejskim i skierowała się na łączkę, którą miejskie kobiety wykorzystywały do bielenia prania na słońcu. Na jej nieszczęście najlepsze miejsca były już zajęte i musiała podejść do stóp zamkowej góry, żeby znaleźć dość wolnej przestrzeni.

Zamek i klasztor były dwoma biegunami, między którymi toczyło się w Saletto życie miejskie. Na górze, w zamku, rezydował hrabia Gisiberto Corrabialli, który był świeckim władcą miasta i jego mieszkańców. Ale nad ludzkimi duszami czuwali klasztorni mnisi i ich opat Francesco della Rocca.

Giulia energicznym ruchem podrzuciła pierwsze prześcieradło i rozpostarła je na trawie. Podczas pracy próbowała sobie wyobrazić twarze obu mężczyzn, z którymi jej życie było tak ściśle splecione. Nie pamiętała ich dobrze. Pewnie dlatego, że obaj przyjeżdżali do Saletto co najwyżej raz albo dwa razy w roku. Przebywali głównie w Rzymie, gdzie wypełniali zaszczytne funkcje na dworze Ojca Świętego. Ojciec Giulii, Girolamo Fassi, służył hrabiemu Gisibertowi jako kapelmistrz i nadworny kompozytor, ale on też nie widywał swego pana częściej niż inni. Nie był zadowolony, że hrabia zostawia go w Saletto. W czasie nieobecności swego pana Fassi pomagał jako korepetytor ojcu Lorenzowi kształcić wokalnie chłopców z klasztornego chóru.

Ledwo Giulia zaczęła chodzić, ojciec nauczył ją pierwszych piosenek. Już w wieku pięciu lat przestały jej wystarczać proste dziecięce strofy i przyśpiewki ludowe. Tak więc zaczęła naśladować o wiele bardziej skomplikowane śpiewy chórzystów. Dorosłych najpierw to bawiło, nawet ją do tego zachęcali. Ale wkrótce matka zakazała jej jakiegokolwiek śpiewu i kłóciła się z ojcem, gdy ten pozwalał córce na wykonywanie świeckich piosenek. Giulia nie potrafiła pod tym względem być posłuszna matce. Miała uczucie, że się udusi, jeśli nie będzie mogła śpiewać.

Ostrożnie rozejrzała się po okolicy i z radością stwierdziła, że jest sama. Teraz mogła uwolnić tony, które nagromadziły jej się w krtani. Partia solowa nowej mszy była po prostu cudowna. Giulia słyszała te strofy dopiero raz, gdy Ludovico, osławiony solista chłopięcego chóru, wykonywał je przed ojcem Lorenzem, była jednak pewna, że potrafi zaśpiewać równie dobrze, co ten gbur.

Giulia śpiewała zwrotkę po zwrotce, zapomniawszy o całym świecie. Miała wrażenie, że tworzą one drabinę do nieba, po której mogłaby się wspiąć z lekkością anioła. Była tak zaabsorbowana śpiewem, że nie zauważyła chłopca w koszuli chórzysty, który szedł właśnie od strony klasztoru i zamierzał skręcić w kierunku młyna. Usłyszawszy głos Giulii, przystanął, zmarszczył czoło i zacisnął dłonie w pięści. Na jego pucołowatej twarzy pojawiła się złośliwa mina. Cicho podkradł się do strumienia, nabrał w dłoń szlamu i rzucił nim Giulii prosto w twarz.

Przerwała śpiew w pół słowa i wypluła błoto.

Młody chórzysta roześmiał się drwiąco.

– Pożałujesz tego, Ludovico! – zawołała i schyliła się po kamień.

Chłopiec znów rzucił w nią błotem, ale się odsunęła. Brudna breja wylądowała na najlepszym prześcieradle matki. Dziewczynka krzyknęła przerażona. Przez moment nie wiedziała, czy ma odpłacić chłopcu pięknym za nadobne, czy szybko sprać brud z tkaniny, zanim plama się utrwali. Pomyślała, że gdy wróci do domu z brudnym prześcieradłem, wówczas dostanie od matki lanie, chwyciła więc płótno i nie patrząc na Ludovica, pobiegła do strumienia.

Chłopiec podszedł do niej bliżej i ze złośliwym uśmiechem przyglądał się jej staraniom.

– Ej, Giulia – powiedział – masz głos jak tarka. Nie dziwota, że kobietom nie wolno wykonywać świętych pieśni. Ciężko grzeszysz swoim śpiewem. Ojciec Lorenzo mówi, że święty apostoł Paweł zabronił kobietom śpiewu. Kobiety nie mogą otwierać ust w kościele. Napisał tak w liście do Koryntian, to wszystko można przeczytać w Piśmie Świętym. Powinnaś być mi wdzięczna, że powstrzymałem cię od dalszego łamania Bożych przykazań.

Giulia ze złością popatrzyła na swego dręczyciela. Ludovico był jedynym spośród miejscowych chłopców, którego przyjęto do chóru. Inni chórzyści zostali wybrani przez ojca Lorenza, który na polecenie opata szukał najlepszych głosów po całej Umbrii. A że Ludovico pochodził z Saletto, cieszył się szczególnym upodobaniem u hrabiego. Chłopiec wykorzystywał swoją uprzywilejowaną pozycję jak tylko się dało. Wyśmiewał inne dzieci, bił mniejszych od siebie, a starszym pokazywał język, ponieważ dobrze wiedział, że nikt nie odważy się coś mu zrobić. Gdyby ktoś podniósł rękę na Ludovica, dostałby szpicrutą po grzbiecie od hrabiego Gisiberta albo spotkałaby go jeszcze sroższa kara. Giulia kilka razy widziała, jak hrabia chłoszcze poddanych, i uznała, że dobrze zrobiła, nie rzucając kamieniem w chłopca. Dla Gisiberta Corrabiallego nie było różnicy, czy ma przed sobą mężczyznę, kobietę czy dziecko.

Jej dręczyciel nie dawał za wygraną. Znów nabrał w dłoń szlamu ze strumienia i zaczął jej grozić.

– Powinienem pobrudzić ci całe pranie za to, że śmiałaś śpiewać moją partię tym swoim nędznym głosem. Proś mnie na kolanach o wybaczenie, bo naprawdę to zrobię.

Giulia zorientowała się, że Ludovico mówi poważnie, i zesztywniała. „Nie ulegnę temu szantażowi – postanowiła w duchu – nawet jeśli w domu czeka mnie lanie”.

Ludovico zrozumiał, że w ten sposób nie zdoła zastraszyć Giulii. Spojrzał niepewnie na błoto w ręce. Fajnie byłoby pobrudzić Giulii pranie i mieć tę satysfakcję, że zostanie w domu ukarana. Ale co z tego, skoro i tak nie zobaczy, jak dziewczyna dostaje lanie od rodziców? Popatrzył na jej drobną, ale silną sylwetkę i oblizał się po wargach. Nauczy tę flądrę, co to znaczy wchodzić mu w paradę.

Na myśl o tym, co Giulia ma pod spódnicą, poczuł lekkie ciągnięcie w okolicach pachwin, którego doświadczył już kilka razy, gdy razem z innymi chórzystami kąpał się potajemnie nago w stawie. Sapnął głośno i wykrzywił usta w obleśnym grymasie.

– Mam lepszy pomysł. Chodź ze mną w krzaki i ściągnij kieckę. Chcę zobaczyć, jak wyglądasz na dole. Będziesz też mogła zobaczyć mojego pindola i wziąć go do ręki. Jeśli to zrobisz, zostawię twoje pranie w spokoju.

Mówił tak skrzekliwie, że Giulia poczuła ból w uszach. Jego żądanie oburzyło ją do granic możliwości. Chłopcu nie wypadało zaglądać dziewczynie pod spódnicę, a ten bezczelny Ludovico zażądał, żeby zdjęła sukienkę. Coś takiego to na pewno wielki grzech, o wiele większy niż śpiewanie przez nią kościelnych pieśni.

– Proszę bardzo, pobrudź mi pranie. Powiem mamie, że to zrobiłeś, a wtedy ona powie wszystko twojej matce.

Giulia udawała w tym momencie dzielną, ale wcale się tak nie czuła. Miała nadzieję, że Ludovico nie wie, iż jej matka choruje, nie wychodzi z domu i nie dałaby rady dojść do młyna, żeby poskarżyć się młynarce na jej syna. Giulia mogła się raczej spodziewać, że matka o wszystko obwini i ukarze własną córkę.

Na szczęście Ludovico faktycznie nie miał o niczym pojęcia. Zagryzł wargę i pomyślał o swojej matce, która w przeciwieństwie do ojca nie dała się oszołomić łaskawością, jaką okazywał chłopcu hrabia. Kobieta gotowa byłaby mu przyłożyć, gdyby uznała, że należy mu się lanie.

– Jesteś bezbożną zołzą! Czarownicą, którą powinno się spalić na stosie! – zawołał, wymachując w bezradnej złości pięściami, po czym odwrócił się i odszedł.

Po kilku krokach zauważył, że jego ręce ciągle jeszcze są całe w błocie. Odruchowo wytarł je o klasztorne ubranie chórzysty. Zorientował się, co zrobił, i zaklął jak parobek. Ojciec Lorenzo był równie srogi, co jego matka. Nie spoliczkuje go ani nie wysmaga rózgą, ale zamknie na kilka dni w kozie. A to byłoby dla chłopca sroższą karą niż chłosta, bo przez ten czas pozbawiono by go dobrego jedzenia gotowanego przez matkę. Chórzyści mieszkający w klasztorze dostawali tylko dwa skąpe posiłki dziennie, żeby nie rośli za szybko i głos im za wcześnie nie zmężniał.

– To przez tę lafiryndę – burknął, złoszcząc się na dziewczynę, że mu nie uległa i nie pokazała, co takiego ma pod spódnicą.

Giulia tymczasem uprała prześcieradło, ale plama całkiem nie zeszła. Cóż więc miała zrobić? Zaniosła płótno z powrotem na łączkę i rozłożyła je obok innych. Pomyślała z nadzieją, że może matka nie zauważy zabrudzenia. Wracając do miasta z pustym koszem, zapomniała o praniu. Jej myśli uleciały ku mszy, którą chórzyści ćwiczyli w klasztorze. Skomponował ją specjalnie na Dzień Świętego Hipolita sam Giovanni da Palestrina, kompozytor i papieski chórmistrz. Podobno opat Francesco musiał zapłacić mu za ten utwór kilkaset dukatów. Ojciec powiedział o tym Giulii i dodał, że msza jest warta każdego denara. Giulia przyznała mu w duchu rację i była bezgranicznie zła, że ten nikczemny chłopak Ludovico ma wykonywać partię solową.

– Co za bezczelność! Chciał mi zajrzeć pod spódnicę!

To żądanie wciąż jeszcze napełniało ją oburzeniem. Najchętniej poskarżyłaby się rodzicom, ale uznała, że nie powinna tego robić. Matka wpadłaby jeszcze na pomysł, by wezwać do siebie młynarkę i powiedzieć jej, że Ludovico dybał na niewinność Giulii. A matki miały dziwną skłonność do swatania małżeństw. Giulia zaś była jeszcze za młoda na małżeństwo. Ale najpóźniej za dwa, trzy lata matka zacznie rozglądać się za odpowiednim kandydatem i na pewno nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby jej córka dostała za męża młynarskiego syna, który na dodatek cieszy się wielką przychylnością hrabiego. Giulia ponownie poczuła głęboki żal, że jest tylko dziewczyną.

II

Gdy Giulia znalazła się w domu, jej ojciec zdążył już wrócić z klasztoru. Uśmiechnął się do niej przyjaźnie, tak że jej dusza napełniła się nadzieją. Ale wtedy z sypialni dobiegł jazgotliwy głos matki.

– Giulio, czy to ty? Gdzie tak długo byłaś? Powinnaś wrócić dawno temu. Na pewno znowu się wałkoniłaś.

– Nie wałkoniłam się!

Giulia pomyślała ze złością o Ludovicu, bo to z jego powodu musiała ponownie uprać prześcieradło. Jej matka nie zadowoliła się tą odpowiedzią, tylko nadal zrzędziła. Giulia zacisnęła usta, żeby nie wymsknęła się jej jakaś niestosowna odpowiedź. Nie była przecież tak głupia, leniwa, uparta czy niezręczna, jak ciągle zarzucała jej matka.

Ojciec chyba nie zgadzał się z opinią żony, bo położył Giulii rękę na ramieniu i spojrzał na nią życzliwie.

– Pójdź teraz do ogrodu i pomóż Beppowi przy pracy – podpowiedział jej, aby zniknęła z oczu nerwowej matce.

Giulia skinęła głową i zbiegła szybko po schodach.

Girolamo Fassi odprowadził ją wzrokiem. Gdy z motyką na ramieniu wyszła z domu, poszedł do sypialni, żeby zobaczyć, jak czuje się jego żona. Pod drzwiami natknął się na Assumptę. Służąca nie miała jeszcze czterdziestu lat, ale już posiwiała i wyglądała staro. Służyła u Fassiego razem ze swoim mężem Beppem; na więcej czeladzi nie mógł sobie pozwolić.

– Pani znowu gorzej się czuje – szepnęła do niego.

Przygnębiony Fassi skinął głową. W ciągu ostatnich tygodni aż nazbyt często słyszał te słowa. Przekroczywszy próg, przystanął i spojrzał w głąb mrocznego pomieszczenia. W środku było tak ciemno, że jego leżąca w łóżku żona wyglądała jak nieokreślony cień. Westchnął, podszedł do okna i rozsunął zasłony. Maria Fassi zaprotestowała głośno:

– Co robisz? Wiesz przecież, że źle znoszę światło!

Girolamo popatrzył na nią w milczeniu. Bardzo schudła. Skórę na twarzy miała napiętą, kości policzkowe wystające, a cienkie, już siwiejące włosy kleiły jej się do głowy. W ogóle nie przypominała radosnej dziewczyny, z którą ożenił się dwadzieścia lat temu. Ojciec obecnego hrabiego naraił mu córkę zdolnego nadwornego śpiewaka chyba w nadziei, że dzięki temu pozyska do chóru chłopców, którzy odziedziczyliby talent po rodzicach. Fassi poczuł gorycz w ustach na myśl, że ulubieńcem nowego hrabiego nie jest jego potomek, tylko Ludovico, syn młynarza.

Ponieważ nic nie mówił, jego żona wpadła w irytację.

– Co się dzieje? Czy na mój widok odebrało ci mowę?

– Nie powinnaś się denerwować, Mario.

Sam już nie wiedział, ile razy w ciągu dnia wypowiadał to zdanie. Jak na razie jego słowa nie odnosiły skutku. Także tym razem jego żona zareagowała histerycznie i dała upust swej frustracji, wylewając na niego wszystkie żale. Od wielu lat musiał wysłuchiwać jej narzekań i pretensji, znał je wszystkie na pamięć i tylko czekał, aż Maria zacznie skarżyć się na ich córkę jedynaczkę.

– To twoja wina, że Giulia jest taka krnąbrna i uparta. Gdybyś nie zabierał jej do klasztoru, gdy była małym dzieckiem, nigdy nie przyszłoby jej do głowy, żeby naśladować anielskie głosy chórzystów. Po coś ją tam prowadzał, skoro kobietom nie wolno tam wchodzić?

Tym oskarżeniem przerwała potok słów i spojrzała na niego jadowicie.

– Nie zabierałem Giulii do klasztoru! – zaoponował. – Kilka razy, kiedy była jeszcze mała, poszła tam za mną, a furtian wpuścił ją do środka. Przebywała wyłącznie w sali prób, a ta znajduje się w internacie dla chłopców, poza właściwym klasztorem.

Fassi już nieraz jej to tłumaczył i powtarzał wciąż na nowo właściwie z przyzwyczajenia, bo i tak wiedział, że równie dobrze mógłby mówić do ściany.

– Giulia jest skaraniem boskim. Dlaczego to ona przeżyła, a mój mały Pierino musiał tak wcześnie umrzeć?! – Maria Fassi zaniosła się niepowstrzymanym szlochem.

Jej mąż był rad, że odesłał dziewczynkę, ponieważ okrutne słowa matki z pewnością sprawiłyby jej dużo bólu. Zastanawiał się, ile razy Maria wysuwała tego typu oskarżenia w obecności Giulii. On też nosił w sercu żałobę po synu, który zmarł kilka miesięcy temu w wieku siedmiu lat. Dwa tygodnie później jego żona przedwcześnie powiła martwe dziecko i od tego czasu chorowała. Oskarżała przy tym Giulię o to, że będąc jej jedyną córką, pozostała przy życiu, podczas gdy siedmiu synów umarło w jej łonie albo we wczesnym dzieciństwie.

Maria Fassi wyciągnęła ramię i z zadziwiającą siłą zacisnęła palce na kaftanie męża.

– Gdyby mój Pierino wciąż żył, to on, a nie ten gnojek, bachor młynarza, cieszyłby się teraz przychylnością hrabiego! To Pierino śpiewałby partię solową, a hrabia sowicie by cię za to wynagrodził.

Fassi westchnął i pokręcił głową.

– Pierino byłby jeszcze za mały, ale mógłby już śpiewać w chórze.

Jego żona nie dawała się zbić z tropu.

– Pierino śpiewałby partię solową i hrabia byłby ci przychylny. Ale umarł, a my nawet nie wiemy, czy w przyszłym roku nadal będziemy mieć dach nad głową.

– Wcale nie jest tak źle – powiedział Fassi ostrzej, niż zamierzał.

– Jak to nie jest? – drwiła jego żona. – Gdybyś cieszył się przychylnością hrabiego, to teraz wystawiana byłaby twoja msza, a nie kogoś innego. Poza tym Lodrina powiedziała mi, że hrabia planuje w przyszłym roku zabrać Ludovica do Rzymu, aby chłopak się tam kształcił na kompozytora. Potem da mu twoją posadę i przepędzi cię jak psa.

– Nawet jeśli Ludovico byłby dość utalentowany, a moim zdaniem nie jest, potrzebowałby wielu lat, żeby nabyć umiejętności kompozytora i kapelmistrza.

Mimo że próbował uspokoić żonę, czuł, że złość wzbiera w nim niczym gorzka żółć. Maria doskonale wiedziała, że jeszcze nigdy żadne jego dzieło nie zostało wykonane podczas uroczystości poświęconych Świętemu Hipolitowi. Mógłby jej wyjaśnić, że do tej pory nie dostał takiego zlecenia ani nie dano mu dość czasu, by mógł skomponować coś tak długiego i skomplikowanego jak śpiewana msza.

Jego żona dogryzała mu tymczasem dalej:

– Ludovico wyjeżdża do Rzymu. A kiedy to hrabia zabrał tam ciebie po raz ostatni?

Przez moment Girolamo stał jak zamurowany. Maria poruszyła temat, który już od dawna go dręczył. Od wielu lat hrabia nie zabierał go ze sobą do Rzymu ani chociażby do Perugii. Fassi miał wielką ochotę pogłębić swoją krótką znajomość z Giovannim da Palestrina, kompozytorem nowej mszy. Z wielką przyjemnością przestudiowałby też jego najnowsze dzieła. Od czasu, kiedy zaprezentował hrabiemu jedną ze swoich kompozycji, minęło też już kilka długich miesięcy. Gisiberto Corrabialli wyraził wtedy bardzo powściągliwą aprobatę i nawet nie wypłacił mu należnego za to dzieło wynagrodzenia.

Fassi spojrzał na swoją pozbawioną wdzięku żonę, która nie była w stanie dać mu syna. Z nadzieją pomyślał, że może wkrótce Bóg go od niej wybawi. Był jeszcze dość młody i gdyby związał się z inną kobietą, mógł doczekać się silnych, udanych synów. Te myśli musiały w jakiś sposób odzwierciedlić się na jego twarzy, ponieważ Marię ogarnął dziki gniew.

– Chcesz się mnie pewnie pozbyć, ty draniu. Ale Bóg jeszcze nie wzywa mnie do siebie, chociaż śmierć wydaje mi się czasem wybawieniem.

– Mario, o niczym takim nie myślałem.

Fassi przeraził się tym, że jego uczucia schodzą na manowce, dlatego postarał się, by mówić łagodniej niż kiedykolwiek w ciągu minionych tygodni.

Jego żona uspokoiła się trochę. Na jej twarzy dało się nagle dojrzeć słabą nadzieję.

– Jeśli Bóg da, wkrótce wyzdrowieję i będziemy mogli mieć syna, którego oboje pragniemy.

– Bardzo by mnie to uradowało, Mario.

Girolamo nie wierzył, że coś takiego nastąpi, ale czule ścisnął dłoń żony. Nazbyt często jego marzenia i oczekiwania kończyły się wielkim rozczarowaniem.

– Pójdę teraz do siebie, muszę przygotować się do jutrzejszych lekcji.

Puścił rękę żony i ruszył do wyjścia.

– Musisz jeszcze raz wyraźnie powiedzieć Giulii, że nie wolno jej biegać do klasztoru! – zawołała za nim.

Fassi skinął potulnie głową i zamknął za sobą drzwi. Opuściwszy pokój przepełniony zapachem kamfory i rumianku, poczuł ulgę. Ale nie zapomniał o żądaniu małżonki. Gdy Giulia wróciła z ogrodu w towarzystwie chudego, pochylonego do przodu Beppa, wezwał ją do siebie.

Zaciekawiona wślizgnęła się do środka.

– Czego sobie życzysz, ojcze?

Fassi kiwnął ręką, żeby podeszła do okna, po czym zmierzył ją poważnym i, jak miał nadzieję, nieco nagannym spojrzeniem.

– Muszę z tobą porozmawiać, dziecko. Pod jednym względem twoja matka ma rację: nie wypada, żebyś podkradała się pod klasztor i podsłuchiwała śpiew chórzystów. Musisz mieć na uwadze to, że niedługo staniesz się kobietą i będziesz należała do jakiegoś mężczyzny. Twoje zachowanie jest nie tylko niestosowne, ale też popełniasz wielki grzech, ponieważ wodzisz na pokuszenie pobożnych braci.

Giulia mogła mu wyjaśnić, że wcale nie wchodzi na teren klasztoru, lecz słucha prób chóru przez małe okienko od strony porośniętego dziką roślinnością zbocza. Uznała, że dla ojca nie będzie to stanowiło różnicy, a ona swoim wyznaniem zdradzi dogodną kryjówkę. Dlatego przyjęła naganę ze stoicką miną.

Fassi popatrzył na jej przekornie wysuniętą do przodu dolną wargę.

– Czy mnie zrozumiałaś, moja córko?

Giulia skinęła głową, nie patrząc mu jednak w oczy.

– Zrozumiałam. Nie mogę chodzić do klasztoru, bo to grzech.

Zaakcentowała słowa „do klasztoru” i nie wspomniała o chórze. Bo chociaż dla rodziców jedno i drugie było tożsame, to ona nie chciała wypowiadać kłamstwa przed Bogiem i Dzieciątkiem Jezus.

Ku jej uldze ojciec zadowolił się tą obietnicą i obrócił ku pulpitowi do pisania. Zachowywał się, jakby zapomniał o obecności córki, bo zmarszczył czoło i z przesadną precyzją kreślił nuty na papierze. Nagle podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej zachęcająco.

– Skomponowałem nową pieśń. Jeśli chcesz, możesz ją zaśpiewać.

– Chętnie, ojcze.

Giulia wzięła do rąk kartkę z nutami i zanuciła pierwsze takty. Melodia była dość ładna, ale po zapoznaniu się z mszą Palestriny Giulia uświadomiła sobie, że jej ojciec jest co najwyżej przeciętnym kompozytorem. Mocno dotknęła ją ta świadomość, bo go kochała i byłaby szczęśliwa, gdyby to on był najlepszym muzykiem w kraju i odnosił duże sukcesy.

Ojciec z uśmiechem słuchał jej śpiewu, a gdy skończyła, zaklaskał w dłonie.

– Cudownie, Giulio. Jak widzisz, wcale nie zabraniam ci śpiewu. Chcę tylko, byś wybierała pieśni, które są stosowne dla dziewcząt i kobiet.

– Takie płytkie rzeczy jak ta piosenka?

Giulia sama przestraszyła się swoich słów i ze łzami w oczach dostrzegła, jak mocno dotknęła ojca. Na moment uniósł rękę, jakby chciał ją uderzyć, ale tylko wyrwał kartkę z jej ręki i rzucił w kąt.

– Mówisz jak twoja matka. Napuściła cię na mnie?

Głos Fassiego się załamał. Rozpacz w jego spojrzeniu uświadomiła Giulii, że ojciec zdaje sobie doskonale sprawę ze swojej przeciętności.

– Przykro mi. Nie miałam nic złego na myśli. Ta pieśń jest naprawdę śliczna.

Giulia przymusiła się do tych słów, bo nie lubiła kłamać.

Ojciec pokiwał ze zmęczeniem głową.

– Jeszcze ją przerobię. Może będziesz ją potem mogła zaśpiewać hrabiemu, gdy wróci do Saletto. Ale oczywiście tylko w prywatnym kręgu, bo inaczej nie wypada.

Giulia posłusznie skinęła głową, chociaż nie mogła sobie wyobrazić, że pieśń spodoba się wielkiemu panu. Zauważyła przy tym, że ojciec mierzy ją badawczym, a zarazem nieco rozczarowanym spojrzeniem. Girolamo Fassi miał nadzieję, że jego córka będzie dość urodziwa, żeby wzbudzić zainteresowanie hrabiego, ale także ta nadzieja zdawała się płonna. Dziewczynka była zbudowana dość masywnie, miała zbyt szerokie barki i daleko jej było do eterycznej elegancji owych dam, które obecnie cieszyły się popularnością wśród wielkich panów. Gisiberto Corrabialli nie interesował się głosem kobiety, tylko jej wyglądem. Giulia miała zatem marne szanse, żeby hrabia poczuł do niej pociąg.

W chwilach przygnębienia Girolamo Fassi często pocieszał się tym, że odzyska przychylność swego pana, gdy jego córka zostanie metresą hrabiego. Maria na pewno byłaby zła, jeśliby wiedziała, że jej mąż nosi się z takimi grzesznymi planami wobec ich dziecka. Ale gdyby wszystko potoczyło się po jego myśli, byłby wolny od wszelkich trosk i zgryzot związanych ze swoim urzędem. „Bóg nie jest sprawiedliwy – pomyślał z goryczą. – Sprawił, że moi synowie zmarli, a jedyna córka przypomina wiejską niezdarę, którą nie zainteresuje się żaden szlachetny pan”.

Giulia nie wiedziała, jak źle myśli o niej ojciec. Z pewnością nie zapowiadała się na jakąś wyjątkową piękność, ale wprawne oko doświadczonego mężczyzny byłoby w stanie dojrzeć w niej zadatki na uroczą i powabną kobietę. Przez chwilę nie odzywała się w nadziei, że ojciec da jej okazję do przeproszenia za niestosowną uwagę. Na dodatek w głębi duszy kołatało jej kilka pomysłów, w jaki sposób można by było uczynić jego pieśń bardziej porywającą. Zorientowała się jednak, że w tej chwili nie zależy mu ani na jej przeprosinach, ani na radach. Urażona wymruczała słowa pożegnania i opuściła pokój.

Na zewnątrz spotkała służącą, która właśnie wnosiła do środka kosz z suchą bielizną. Giulia podbiegła, żeby jej pomóc.

– Przykro mi, Assumpto, ale całkiem zapomniałam o praniu.

– Nic takiego się nie stało, dziecinko. Dość się już na dzisiaj napracowałaś – powiedziała służąca, po czym spojrzała na nią, przekrzywiając głowę. – Nowe prześcieradło nie było całkiem czyste, a jestem pewna, że wyprałam je jak trzeba.

Przygnębiona Giulia kiwnęła głową.

– To sprawka Ludovica. Rzucał we mnie błotem, bo usłyszał, jak śpiewam.

– Na pewno znowu śpiewałaś którąś z klasztornych pieśni, a nie powinnaś tego robić.

Zawstydzona Giulia spuściła głowę.

– Nie chciałam, ta pieśń wydobyła mi się z ust sama z siebie. Wiesz przecież, że nie robię tego z przekory. Śpiew wychodzi z mojego wnętrza, nic nie mogę na to poradzić.

Służąca uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Zawsze byłaś śpiewającym ptaszkiem. Powinnaś się była urodzić chłopcem tak jak biedny Pierino. – Przycisnęła na moment Giulię do swoich kościstych żeber i pogłaskała ją po kręconych, czarnych włosach, które trudno było okiełznać i uczesać w warkocze, po czym mówiła dalej: – Moje ty biedactwo. Twój ojciec umiera ze strachu, że straci przychylność hrabiego, a matka myśli tylko o zbawieniu swojej duszy ze szkodą dla siebie samej i całej rodziny. Pani Maria całkiem zapomina, że nie każda radość jest grzeszna. Gdyby mogła, kazałaby ci zaszyć wargi, żeby z twojego dzióbka nie wydostał się żaden dźwięk. Nie mam pojęcia, czy to faktycznie grzech, jeśli kobieta zaśpiewa w kościele pobożną pieśń, ale jedno wiem na pewno: dużo większym grzechem jest pobrudzić bieliznę obcym ludziom. Ludovico powinien się wstydzić.

Assumpta chwyciła kosz i posapując, ruszyła wąskimi schodkami na strych. W ich połowie obróciła się i spojrzała na Giulię.

– Jeszcze raz upiorę to prześcieradło, żeby twoja matka niczego nie zauważyła.

Powiedziała to cicho, aby te słowa usłyszała tylko dziewczynka, a broń Boże pani domu.

– Dziękuję, Assumpto! – Giulia odetchnęła z ulgą i mocno postanowiła, że przez następne dni nie będzie przysparzać zmartwień ani ojcu, ani matce.

III

Maria Fassi chciała zniechęcić Giulię do śpiewu, obarczając ją pracą ponad siły jedenastoletniego dziecka. Assumpta po raz kolejny wstawiła się za dziewczynką, ale jej pani była głucha na wszelkie obiekcje służącej.

– Giulia nie jest już dzieckiem. Musi się nauczyć, jak prowadzić gospodarstwo. Za kilka lat wyjdzie za mąż. Nie chcę, żeby mąż i teściowie się na nią skarżyli. Poza tym to moja córka, a nie twoja! – powiedziała lodowatym, nietolerującym sprzeciwu tonem.

Assumpta wyszła więc na dwór i zobaczyła, że Giulia niesie do domu ze studni dwa skórzane wiadra z wodą. Koryto w przybudówce było niemal puste, więc należało je pilnie napełnić, ale zrobiło jej się żal zmęczonego dziecka. Gdy Giulia po raz trzeci wspinała się pod górę obciążona wiadrami, wzięła je od niej i sama wylała ich zawartość do koryta.

– Resztę wody doniosę sama, a ty zanieś Beppowi do ogrodu miseczkę z nasionami. Zapomniał jej zabrać – powiedziała do dziewczynki.

Na spoconej twarzy Giulii pojawił się uśmiech. Chwyciła miseczkę i wybiegła na zewnątrz. Ruszyła w dół stromą uliczką po schodkach, kierując się ku bramie. Wkrótce potem znalazła się na niewielkim poletku, które hrabia podarował jej ojcu. Beppo właśnie przekopywał ziemię.

Gdy zobaczył Giulię, wyprostował się, westchnął i otarł pot z czoła.

– Przyniosłaś mi coś do picia?

Giulii zrobiło się przykro, że musi go rozczarować.

– Niestety, tylko nasionka, o których zapomniałeś. Ale jeśli masz jakiś dzbanek albo kubek, mogę szybko pobiec do studni.

Stary ogrodnik przez moment się zastanawiał, po czym skierował się do małej szopy, która została sklecona ze starych desek. Wyszedł z niej, niosąc pękaty dzbanek.

– Mam coś takiego, Giulio. Tylko dobrze go wypłucz, jest strasznie zakurzony.

Giulia wzięła naczynie i pobiegła zwinnie jak wiewiórka. Niedługo potem wróciła z pełnym dzbankiem. Beppo akurat wysiewał nasiona. Wziął dzbanek, opryskał sobie wodą ramiona i zwilżył czoło, dopiero potem się napił.

– Tak trzeba robić, żeby się ochłodzić. Niedobrze jest pić, jak człowiek jest rozgrzany – wytłumaczył Giulii poważnym tonem.

Dziewczynka uśmiechnęła się pobłażliwie, ponieważ wysłuchiwała tych nauk co najmniej pięć razy w roku, po czym zapytała go, czy jeszcze czegoś nie potrzebuje.

– Nie, nie. Możesz już wracać do domu. Powiedz mojej staruszce, że dzisiaj jestem wyjątkowo głodny.

Te słowa też były rytuałem, który Beppo chętnie powtarzał.

Giulia obiecała mu to, ale nim zawróciła do miasta, jeszcze raz przeszła się wzdłuż zagonów z warzywami. Po drodze dopadła ją nagle przemożna chęć zaśpiewania pierwszej części mszy Palestriny. Mocno zacisnęła szczęki, żeby stłumić owo pragnienie. Ale niewiele to pomogło, dlatego w końcu zanuciła lekką piosenkę skomponowaną przez ojca. To wprawdzie nie było to samo, ale przynajmniej nikt nie mógł jej za coś takiego zbesztać.

Gdy skończyła, powtórzyła utwór jeszcze raz, zmieniając zgodnie ze swym wyczuciem kilka krótkich pasaży. Piosenka brzmiała teraz lepiej niż oryginalna wersja stworzona przez ojca. Doszlifowała ją jeszcze trochę i stwierdziła, że nie komponuje wcale gorzej od ojca, a wręcz przeciwnie.

Kierowana pragnieniem, by zrobić mu przysługę, nie poszła natychmiast do matki, lecz wślizgnęła się do niewielkiej komnaty, którą Girolamo Fassi wykorzystywał jako swoją pracownię. Stał tu nie tylko pulpit, przy którym komponował, ale też viola da braccio, z której był szczególnie dumny. Giulia już nieraz prosiła ojca, żeby nauczył ją gry na tym instrumencie, bo już potrafiła grać na lutni i flecie poprzecznym. Girolamo Fassi jak dotąd zawsze się wymigiwał, twierdząc, że viola da braccio nie jest stworzona dla kobiecych rąk. Giulia miała jednak nadzieję, że kiedyś zdoła go przekonać. Może nawet dzisiaj, po tym jak zaśpiewa mu poprawioną wersję jego melodii.

Ta myśl jej nie opuszczała. Patrzyła na leżącą na pulpicie pustą kartkę, zaostrzone pióro i zamknięty kałamarz. Czuła, że coś przemożnie ciągnie ją do tych przedmiotów. Ojciec nauczył ją czytać nuty, ale nigdy nie wymagał, żeby je zapisywała. Ona jednak dość często przyglądała mu się podczas pracy i sądziła, że sama poradzi sobie z zapisaniem tej nieskomplikowanej melodii. Kreśląc nuty, nuciła poszczególne pasaże, żeby utrafić we właściwą tonację. Prawie skończyła, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły – stanęła w nich matka. Maria Fassi wykrzywiła ze złości twarz i krzyknęła:

– Ty nieposłuszny leniuchu! Wymigujesz się od pracy, którą ci zadałam, a na dodatek bazgrzesz po cennym papierze ojca!

Oburzona Giulia pokręciła głową.

– Nie, wcale nie. Chciałam tylko szybko zapisać kilka poprawek do nowej kompozycji tatusia, które akurat przyszły mi do głowy.

– A więc nie tylko chcesz śpiewać, tak jak on kiedyś śpiewał, gdy był jeszcze chórzystą, ale na dodatek chcesz zastąpić go przy komponowaniu! Na krew przelaną przez Chrystusa, jesteś zepsuta do szpiku kości. – Kobieta chwyciła kartkę z nutami i zaczęła nią walić Giulię po głowie. – A masz! – wołała jak opętana. – To za to twoje komponowanie! A teraz marsz do roboty! Trzeba wynieść gnój z kurnika!

– Przecież zawsze zajmuje się tym Beppo! – zawołała z rozpaczą w głosie Giulia, ale matka nie uległa.

– Dzisiaj ty to zrobisz – powiedziała zimno i wyszła z pracowni zmęczonym krokiem, jakby ten wybuch gniewu odebrał jej resztkę sił.

Giulia odprowadziła matkę wzrokiem i tupnęła nogą. Była rozżalona nie z powodu powierzonego jej zadania, ale przede wszystkim dlatego, że matka odbierała jej nawet najmniejszą radość.

– Byłoby lepiej, gdybym to ja umarła, a nie Pierino – mruknęła pod nosem Giulia, a po policzkach pociekły jej łzy.

Spróbowała rozprostować pomiętą kartkę z nutami, aby ojciec mógł rozczytać melodię, po czym wyczyściła pióro. Nie mogła zanadto zwlekać, jeśli chciała porządnie uprzątnąć gnój z kurnika.

Wzięła skrobak, szufelkę i kosz do noszenia na plecach. Przeszła wąskim przejściem oddzielającym dom jej rodziców od domu sąsiadów. Kurnik był mały i tak niski, że musiała się schylić, żeby doń wejść. Z tego powodu Beppo nie czyścił go nazbyt często. Pięć kurek, które mieli, zaczęło w popłochu bić skrzydłami i gdakać, jakby Giulia chciała dobrać się im do gardeł. Dwie pierzchły jej nawet między nogami, próbując wydostać się na zewnątrz. W ostatniej chwili dziewczynka chwyciła uciekinierki i wepchnęła je z powrotem do kurnika.

Nienawidziła tego zajęcia, bo pył, który unosił się z zaschniętego kurzego łajna, drażnił jej nos i gardło. Kaszlała, aż rozbolały ją płuca, i raz za razem kichała. Przez to wystraszyła kury, które biegały w popłochu, machając skrzydłami i wzbijając jeszcze więcej pyłu. W końcu Giulia obwiązała sobie twarz chustką, żeby w ogóle móc oddychać.

Skrobakiem odsunęła kury na bok i zaczęła pakować gnój do kosza. Stał się tak ciężki, że ledwo mogła go wyciągnąć z kurnika. Szybko zamknęła za sobą drzwiczki i popatrzyła w zwątpieniu na ciężar, który musiała teraz zanieść Beppowi do ogrodu. Pomyślała, że mogłaby połowę wysypać i potem po nią wrócić, ale pył wpadłby do domu i matka znowu by ją ukarała.

Z jękiem dźwignęła kosz, postawiła go na pieńku do rąbania drew, potem wsunęła ramiona w szelki i spróbowała podnieść ciężar na plecach. W pierwszej chwili się zatoczyła, ale złapała równowagę i wąskim przejściem wyszła na ulicę, po czym ruszyła schodkami w dół, kierując się do ogrodu.

Beppo na jej widok załamał ręce i natychmiast pomógł jej zdjąć kosz z pleców.

– Na Świętą Panienkę i Dzieciątko Jezus! Co ci przyszło do głowy, żeby czyścić kurnik z gnoju?

– Mama mi kazała – odpowiedziała Giulia, zgrzytając zębami z wysiłku i zarazem ze złości.

Beppo pokręcił głową i dobrotliwie ją zganił:

– To dla ciebie za ciężkie. Jeszcze dostaniesz przepukliny.

Giulia wzdrygnęła się na samą myśl. Mąż Lodriny miał przepuklinę, która wyglądała okropnie, prawie jak wielki wrzód, który przerwał powłoki ciała i wydostał się na zewnątrz. Mężczyzna zmarł przed rokiem i wielu było zdania, że właśnie z powodu przepukliny. Z zakłopotaniem spojrzała na Beppa.

– Następnym razem załaduję mniej.

– Wystarczy ten jeden raz – odpowiedział surowo. – Teraz odpoczniesz. Resztę ja uprzątnę. Twoja matka i tak pewnie nie wyjdzie z domu, żeby sprawdzić, kto się tym zajmuje.

Giulia uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Na pewno znowu się położyła i nawet nic nie zauważy.

– Mam nadzieję, że leży w łóżku, bo wtedy ci nie dokucza. – Leciwy parobek uśmiechnął się do Giulii i dał jej prztyczka w nos. – Idź nad strumień i umyj sobie twarz. Ubrudziłaś się i czuć od ciebie kurami.

Zajął się gnojem, a ona poszła za jego radą i pobiegła w dół, nad strumień. Gdy umyła sobie twarz, ręce i nogi, mimowolnie spojrzała w górę, na zabudowania klasztorne. O tej porze chórzyści mieli próbę. Kusiło ją, żeby wspiąć się pod klasztorne mury i posłuchać ich śpiewu. Dzięki temu, że Beppo przejął jej robotę, miała dla siebie całą godzinę. Rozejrzała się badawczo. Nie zobaczyła nikogo poza kilkoma kobietami, które w dalszym ciągu znajdowały się na łączce, zbierały prześcieradła i plotkowały.

Giulia otrzepała sukienkę, pobiegła do zarośli, w które chciał ją zwabić Ludovico, przemknęła wzdłuż nich i wpadła do znajdującego się ciut wyżej, na drugim zboczu, klasztornego ogrodu. Tam, gdzie teren był płaski, pobożni bracia uprawiali warzywa i porzeczki. Niżej rosły stare drzewa oliwne, które w nocy wyglądały jak groźne upiory, co Giulii aż nazbyt dobrze wryło się w pamięć. Dzisiaj był jednak słoneczny dzień, a oliwki łagodnie kiwały gałęziami na lekkim wietrze. Giulia przemykała od drzewa do drzewa, uważając, żeby nie dojrzano jej z klasztoru.

Chwilę potem znalazła się przy warzywniku. Przeszła przez niski murek, który oddzielał go od zagajnika oliwnego, i kryjąc się za kilkoma rozłożystymi krzakami porzeczki, dotarła do zewnętrznych murów klasztoru. Tam, od strony porośniętego dziką roślinnością stromego zbocza, na wysokości kolan znajdowało się maleńkie okienko, które służyło do wentylacji piwnicznego pomieszczenia, w którym odbywały się próby. Przez to okno wszystko było słychać tak doskonale, że Giulia najczęściej zapominała o całym świecie. Ale dzisiaj w środku panowała całkowita cisza, tak że w pierwszym momencie dziewczynka poczuła rozczarowanie i doszła do wniosku, że próba już się skończyła. Ale chwilkę później zabrzmiał pełen słodyczy i zaangażowania śpiew chłopców.

Giulia skuliła się, przylgnęła do ściany i słuchała z przejęciem. Fragment mszy, wykonywany na wiele głosów, był naprawdę przepiękny. Słyszała go już kilkakrotnie i powtarzała w swoim rejestrze głosowym. Najbardziej zainteresowana była jednak partią solową. Słuchała, jak chłopcy anielskimi głosami śpiewają „Alleluja!”, i czekała na występ Ludovica. Jak zawsze zaczął ułamek sekundy za późno. Giulia wyobraziła sobie, że ojciec Lorenzo i jej ojciec kręcą w tym momencie głowami, i nie mogła się powstrzymać od jadowitego uśmieszku. W tym samym momencie nadstawiła uszu.

Z głosem Ludovica coś było nie tak. Już przy trzeciej nucie zabrzmiał nieczysto. Gdy zepsuł swój występ kolejnymi fałszywymi tonami, Giulii przypomniało się zabrudzone prześcieradło i uśmiechnęła się ze złośliwą satysfakcją. Nie były to wielkie błędy, czasami ledwo dało się je usłyszeć. Ale dla niej były jak drobne rysy na wypolerowanym kamieniu szlachetnym. Teraz bardziej niż kiedykolwiek nabrała przekonania, że potrafi śpiewać lepiej niż tak przez wszystkich wychwalany Ludovico, i uznała, że świat jest niesprawiedliwy.

Siedząc w cieniu pod ścianą i słuchając chóralnego śpiewu, Giulia straciła poczucie czasu. Dźwięk kościelnego dzwonu przywołał ją w końcu do rzeczywistości. Chórzyści powtarzali teraz poszczególne fragmenty mszy, co do których wykonania ich nauczyciele mieli pewne zastrzeżenia. Giulia poczuła się znudzona i opuściła kryjówkę. Okrężną drogą zeszła na łączkę do suszenia bielizny, by stamtąd wrócić do miasteczka. Idąc, mimowolnie zanuciła pierwszą część solowej partii Ludovica.

Przestraszona zasłoniła sobie usta dłonią i się rozejrzała. Kobiety, które tu wcześniej widziała, zdążyły spakować już swoją bieliznę i wróciły do Saletto. Ponieważ nikogo wokół nie było, Giulia postanowiła skorzystać z okazji. Schowała się w krzakach za kilkoma sterczącymi skałami obok oliwnego zagajnika i stłumionym głosem zaintonowała mszę. Powoli rozkręcała się coraz bardziej, zapominając o dyskrecji, aż w końcu zaczęła śpiewać pełną piersią.

IV

Ojciec Lorenzo odesłał chórzystów do pokojów i razem z Girolamem Fassim wyszedł do przyklasztornego ogrodu, żeby coś z nim jeszcze omówić. Chwilę spacerowali w milczeniu pod szpalerami drzew owocowych. Potem chórmistrz westchnął, jak gdyby przygniatał go olbrzymi ciężar.

– Dzisiejszy występ Ludovica nie zanadto mi się spodobał. Niektóre tony zaśpiewał niezbyt czysto, a parę miejsc całkiem zepsuł. Obawiam się, że popełniliśmy duży błąd, powierzając mu partię solową.

Fassi wzdrygnął się, jakby ktoś sieknął go biczem po karku.

– Nie sądzę. Przecież nie mieliśmy innego wyjścia. Hrabia Gisiberto wyprosił ten honor dla swojego ulubieńca, a opat Francesco chciał się przysłużyć hrabiemu.

– Jeśli Ludovico zawiedzie podczas mszy, to żaden z nich nie będzie poczuwał się do odpowiedzialności. W razie klapy obwinią nas przed swymi wysoko postawionymi gośćmi. Ocenią, że nie potrafiliśmy przygotować chóru do występów. Słono zapłacimy, jeśli dojdzie do kompromitacji.

Ojciec Giulii roześmiał się nerwowo.

– Nawet nie mam odwagi o tym myśleć – powiedział. – Trzymam się kurczowo nadziei, że dzięki nowej mszy hrabia stanie się wobec mnie przychylniejszy. Na Boga, na uroczystości przyjedzie tu pół Umbrii i wielcy panowie z Rzymu. Musi się udać.

– Mistrzu Girolamo, rzeczywiście pracowaliście ciężko, aby odnieść sukces. Śpiew chóru jest prawdziwą ucztą dla uszu. Teraz wszystko zależy od partii solowej Ludovica. Jeśli nie popełni jakichś rażących błędów, hrabia będzie z nas zadowolony. Oczywiście powiem mu i opatowi, z jakim zaangażowaniem i poświęceniem przygotowywaliście tegoroczną mszę.

Tym razem to Fassi westchnął głęboko.

– Byłoby miło, gdyby hrabia sobie o mnie przypomniał. Obecnie życie mnie nie rozpieszcza. Syn, w którym pokładałem tyle nadziei, zmarł, moja żona choruje, a córka Giulia…

Urwał, bo właściwie nie wiedział, co mógłby zarzucić córce. Wprawdzie była w dużej części odpowiedzialna za napięcia między nim a żoną, ale nie mógł za wszystko winić dziewczynki.

Przez chwilę kroczył w milczeniu obok ojca Lorenza, zazdroszcząc mnichom. Żyli sobie w zgodzie z samymi sobą i ze światem, wykonywali swoje zadania, którymi zapracowywali na łaski w zaświatach, mieli do dyspozycji dość jedzenia i picia. Nagle poczuł pragnienie, żeby zerwać z dotychczasowym życiem i prosić ojca, by ten pomógł mu wstąpić do klasztoru, ale szybko przywołał się do porządku. Nie mógł zostawić Marii ani Giulii na łasce losu, nawet jeśli ciężar odpowiedzialności za nie ciążył mu niczym kamień młyński u szyi.

Na tę myśl westchnął.

– Jesteśmy nędznymi stworzeniami, nierozerwalnie związanymi ze swym losem – powiedział.

Ojciec Lorenzo popatrzył na niego przez moment z irytacją, ale potem pokiwał głową, przyznając mu rację.

– Tak właśnie jest, mistrzu Girolamo. Bóg w swojej wielkiej dobroci przyznał każdemu z nas jego los. Nieliczni, jak papież czy nasz hrabia, otrzymują swoją nagrodę już za życia. My, zwykli śmiertelnicy, musimy jednak poczekać, aż Pan wezwie nas do siebie. W raju nie będziecie musieli kłaniać się Gisibertowi Corrabiallemu; to on przygarnie was do piersi i nazwie swym bratem.

Ojciec Lorenzo złożył dłonie jak do modlitwy i mówił z żarliwością, kierując wzrok ku niebu. Fassi nie potrafił jednak uwierzyć w tę wizję. Hrabia Gisiberto nie był człowiekiem, który mógłby traktować go jak brata, nawet na tamtym świecie. A gdyby jakimś cudem tak się stało, to on i tak będzie przed nim drżał ze strachu i ściskał czapkę w dłoni.

Fassi otrząsnął się z trudem z tej wizji.

– Porozmawiajmy lepiej o innych rzeczach zamiast o śmierci i o tym, co się może po niej wydarzyć. Wiecie już, jakich gości należy się spodziewać na uroczystościach podczas Dnia Świętego Hipolita?

– Jak słyszałem, będzie to krąg dostojnych osób. Swoją obecność zapowiedział kardynał Pietro Francesco Ferreri, a także Ippolito Farnese oraz Ippolito della Rovere, bratanek księcia Urbino. Dwaj ostatni cieszą się wielkim uznaniem Jego Świątobliwości i na pewno wkrótce zostaną uhonorowani kardynalską purpurą. Ich rodziny mają dość pieniędzy, żeby kupić dla nich te godności.

W głosie ojca Lorenza zabrzmiała lekka irytacja, że owi kościelni dygnitarze, którzy powinni stosować się do słowa Bożego, mogą kupić tytuły za pieniądze, zamiast zasłużyć sobie na nie pracą i poświęceniem.

Fassi nie zwrócił uwagi na to, że nastrój jego towarzysza nagle się zmienił, lecz wysłuchiwał nazwisk kolejnych dostojników, wzdychając przy tym raz po raz. Wielokrotnie też wyraził nadzieję, że Ludovico nie przyniesie im wstydu. Tymczasem doszli aż do końca ogrodu i chcieli już zawrócić. Wtedy w zagajniku oliwnym zabrzmiał czysty, dźwięczny głos, który właśnie śpiewał najtrudniejszy fragment solowej partii będącej częścią mszy.

Ojciec Lorenzo zatrzymał się, przytknął rękę do ucha i nasłuchiwał przez moment.

– Chyba Ludovico wziął sobie naszą krytykę do serca i ćwiczy teraz na osobności. Jeśli podczas uroczystości zaśpiewa tak jak teraz, to obaj możemy sobie pogratulować, mistrzu Girolamo.

Fassi zrobił się nagle blady jak prześcieradło, ponieważ poznał głos Giulii. Najchętniej by do niej pobiegł, żeby zmusić ją do milczenia, ale nie chciał dopuścić, by mnich się zorientował, że to nie Ludovico śpiewa. Zaśmiał się więc niezręcznie i zawrócił w kierunku klasztoru.

– Proponuję zostawić śpiewaka w spokoju – rzekł. – A poza tym muszę już wracać do domu.

Ojciec Lorenzo go przytrzymał.

– Którędy idziecie? Jeśli zejdziecie na dół wzgórza i przejdziecie przez dolną bramę, będziecie mieli krótszą drogę do domu niż przez klasztor.

Po tych słowach otworzył małą furtkę, która oddzielała ogród od zagajnika oliwnego, i machnął energicznie na Fassiego, żeby ten szedł za nim.

Ojciec Giulii rozpaczliwie szukał w myślach wybawienia, ale było już za późno. Mnich z niestosownym pośpiechem wbiegł do oliwnego zagajnika, zatrzymał się i znów nasłuchiwał, żeby się zorientować, gdzie dokładnie znajduje się śpiewak. W końcu palcem wskazującym wycelował w zarośla i po cichu się do nich podkradł. Gdy dostrzegł Giulię, która śpiewała w skupieniu i z oddaniem, stanął jak wryty.

– A niech to! Mistrzu Girolamo, to przecież wasza córka. Jak to możliwe? Co to za diabelska sztuczka?

Giulia przerwała swój śpiew w połowie słowa, krzyknęła i z osłupieniem wlepiła wzrok w mnicha, a potem rzuciła się do ucieczki tak szybko, jakby gonił ją sam diabeł z piekła rodem. Ale ojciec dopadł ją po kilku krokach. Chwycił ją mocno, po czym uderzył kilka razy w twarz i silnie nią potrząsnął.

– Ile razy ci mówiłem – zawołał z wściekłością – żebyś nie chodziła do klasztoru i nie podsłuchiwała chóru! Ale ty jesteś głucha na to, co mówię!

Giulia miała wrażenie, że od bicia i potrząsania głowa zaraz spadnie jej z ramion. Ból policzka rozszedł się falą po ciele dziewczyny i wniknął w palce rąk i stóp.

– Przecież nie byłam w klasztorze – z trudem wydobyła z siebie głos. – Tylko w ogrodzie.

Tę odpowiedź ojciec skwitował kolejnym policzkiem.

– Kłamiesz! W ogrodzie nie słychać, jak chór śpiewa.

Giulia jęczała z bólu.

– Właśnie, że słychać. Koło porzeczek jest takie małe okienko, przez które słychać wszystko, co się dzieje podczas prób.

– Kłamiesz! – znów krzyknął ojciec i chciał ją uderzyć.

Ojciec Lorenzo przytrzymał jego ramię.

– Dziewczyna mówi prawdę. Znam to okienko. Przez pierwsze lata mojego pobytu w klasztorze Świętego Hipolita sam często tam przesiadywałem, żeby słuchać śpiewu chórzystów, wśród których wy się wtedy znajdowaliście. Z tego powodu zaniedbywałem nawet swą pracę, aż w końcu czcigodny opat Jacopo di Riezzi powierzył mi kierownictwo nad chórem, a moje wcześniejsze obowiązki przejął jeden z braci.

Była to ciekawa historia, a mnich opowiedział ją z lubością. Wszelako jedynie po części była zgodna z prawdą, bo Lorenzo wstąpił do klasztoru już jako znawca muzyki, aby wspierać ówczesnego chórmistrza. Ale przynajmniej na moment odwrócił uwagę Fassiego od Giulii.

Dziewczynka stojąca przed obydwoma mężczyznami wyglądała jak siedem nieszczęść i żałośnie pociągała nosem. Jeszcze nie widziała ojca tak rozgniewanego. Gdy zobaczył jej spojrzenie, znów się zamachnął, żeby ją uderzyć, ale ojciec Lorenzo osłonił ją swym obfitym ciałem niczym wał ochronny.

– A więc to ty jesteś tym małym słowikiem, którego śpiew właśnie słyszeliśmy. Muszę przyznać, że ojciec doskonale cię wyuczył – powiedział z nutką niepewności w głosie.

Fassi gwałtownie zaprotestował.

– Nie ćwiczyłem z Giulią mszy! Musicie mi uwierzyć, wielebny ojcze. Moja córka nauczyła się jej poprzez słuchanie. Ciągle się tu podkrada pod klasztor, żeby podsłuchiwać.

Fassi ze strachu odchodził od zmysłów. Jeśli chórmistrz uzna, że uczył żeńską istotę sakralnych śpiewów i doniesie na niego z tego powodu do opata albo biskupa, to będzie po wszystkim. Straci nie tylko stanowisko, ale zostanie mu też wytoczony proces przed sądem kościelnym, a rzadko się zdarza, żeby ten kogoś uniewinnił.

Zakonnik nie zwracał uwagi na korepetytora, lecz surowym wzrokiem lustrował Giulię.

– Czy to prawda, co mówi twój ojciec?

Dziewczynka przytaknęła, mając łzy w oczach.

Ojciec Lorenzo w zamyśleniu potarł czubek nosa.

– Dzisiaj po raz pierwszy ćwiczyliśmy kompozycję mistrza Palestriny Kyrie eleison. Jeśli mówisz prawdę, to będziesz potrafiła i to zaśpiewać.

Przestraszony Fassi zaprotestował:

– Wielebny ojcze, nie możecie żądać, żeby dziewczyna zaśpiewała fragment mszy!

– Jestem ciekaw, czy faktycznie opanowała ją sama z siebie, czy może chcecie zamydlić mi oczy.

Chociaż głos mnicha brzmiał łagodnie, to ojciec Giulii poczuł zimny dreszcz na karku. W tym momencie opanowała go nadzieja, że jego córka faktycznie zdoła zaśpiewać tę trudną partię.

– Słyszałaś, co powiedział wielebny ojciec. Zaśpiewaj Kyrie eleison.

Dziewczynka spoglądała sceptycznie to na jednego, to na drugiego. W końcu zorientowała się, że mężczyźni mówią poważnie, i zaczęła śpiewać drżącym głosem. Początkowo nie była w stanie dobrać właściwych tonów. Ojciec Lorenzo chciał już pogardliwie machnąć ręką i surowo spojrzał na ojca Giulii. Ale wtedy dziewczynka wzięła się w garść. Zapomniała o obecności mężczyzn i całkowicie oddała się muzyce.

Ojciec Lorenzo cofnął się o krok, z niedowierzaniem patrząc na dziewczynkę. Gdy skończyła, pokręcił głową.

– Gdyby to nie była pieśń ku chwale Pana, której z pewnością nie naucza żaden demon z piekła rodem, pomyślałbym, że to czary.

Fassi wzdrygnął się, usłyszawszy to słowo po raz drugi.

– Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, wielebny ojcze. Giulia już jako małe dziecko potrafiła zapamiętać każdą melodię, którą usłyszała choćby raz. Wtedy jednak śpiewała piosenki, które przystoją niewieście, a nie nową mszę wielkiego Palestriny. Obiecuję wam, ojcze, że ukarzę ją za arogancję.

Ojciec Lorenzo roześmiał się i machnął ręką.

– Już ją uderzyliście w gorącym gniewie. Nie zgrzeszcie ponownie, podnosząc na nią rękę.

Pogłaskał Giulię po policzku i się do niej uśmiechnął.

– Wracaj teraz do domu, moje dziecko. Aha, w związku z tym, że weszłaś do klasztornego ogrodu, czego jako dziewczyna nie powinnaś była robić, zmówisz jako pokutę dwadzieścia razy Ojcze nasz.

Giulia poczuła ulgę, że może oddalić się od mnicha i ojca. Zbiegła pospiesznie w dół zbocza. Ojciec Lorenzo patrzył w ślad za nią, póki nie zniknęła między domami, po czym stanął przodem do Fassiego.

– Jaka szkoda – powiedział – że wasza córka nie jest chłopcem, mistrzu Girolamo. Byłaby chlubą naszego chóru. – Westchnął i pokręcił głową, po czym dodał: – Bóg rozdaje ludziom swoje dary często w taki sposób, że my, śmiertelnicy, nie potrafimy tego zrozumieć. Obdarował waszą córkę wielkim talentem, który może co najwyżej ściągnąć na jej głowę nieszczęście. Tymczasem niektórym poskąpił zdolności, chociaż bardzo by im się przydały.

– Bardzo was proszę, yyy, błagam was, żebyście to wszystko zachowali dla siebie!

Ojca Giulii trzymał w swych szponach strach, że on i jego córka mogliby zostać oskarżeni o czary. Aż za dobrze pamiętał, że stara Lodrina już nieraz nazywała Giulię czarownicą. Ale na szczęście jak do tej pory nikt poważnie nie traktował słów wdowy.

Ojciec Lorenzo uniósł ręce.

– Nie obawiajcie się, mistrzu Girolamo – powiedział uspokajająco. – Zachowam to dla siebie. Ale w przyszłości lepiej pilnujcie córki, żeby śpiewała tylko takie melodie, które przystoją niewieście.

– Przypilnuję jej, wielebny ojcze.

Fassi próbował ukryć niepewność, bo dokładnie wiedział, że nie zdoła dotrzymać tej obietnicy, chyba że trzymałby Giulię przez całą dobę w ciemnej piwnicy. A nawet tam jeszcze by śpiewała, tego był pewien.

Ojciec Lorenzo nie dostrzegł jego wewnętrznego rozdarcia.

– Jakie macie plany wobec córki? – zapytał.

Fassi mimowolnie spojrzał w górę, na zamek, ale wiedział, że nie może osobie duchownej powiedzieć, iż marzy o tym, by podsunąć hrabiemu Giulię jako metresę. Nie wiedząc, co powiedzieć, zaczął sobie wycierać nos, aby mieć czas na wymyślenie czegoś odpowiedniego, po czym bezradnie wzruszył ramionami.

– Chciałbym – oznajmił – żeby za wstawiennictwem hrabiego Gisiberta Giulia została dwórką jakiejś szlachetnie urodzonej damy. Mogłaby jej grywać na lutni i śpiewać wesołe piosnki. Moja żona Maria natomiast najchętniej wydałaby ją za pierwszego lepszego absztyfikanta, gdy tylko Giulia osiągnie odpowiedni wiek.

Ojciec Lorenzo pokiwał głową.

– Cóż za marnotrawstwo nadzwyczajnego talentu.

V

Giulia czuła złość na siebie i na swojego ojca, a jednocześnie zupełną bezradność. Gdyby była chłopcem, pozwalano by jej na wszystko to, czego jej teraz zabraniano i za co ją bito. Wtedy nawet jej talent wokalny byłby powodem do dumy. Złościła się, że zachowała się tak nieostrożnie i śpiewała w gaju oliwnym. W ten sposób straciła wszelką możliwość podsłuchiwania chóru w przyszłości. Ojciec dotychczas dawał jej za przewinienia co najwyżej lekkiego klapsa. Ale teraz bolała ją cała głowa, a pod oczami miała siniaki. W gaju oliwnym odniosła wrażenie, że ojciec nie jest sobą, że wstąpił w niego zły duch i zamienił go w demona z jej koszmarów.

Była tak rozgniewana, że w pierwszej kolejności wpadła do pokoju ojca, chwyciła nuty, które z trudem uratowała przed matką, zaniosła je do kuchni i wrzuciła do ognia. Patrzyła z gorzką satysfakcją, jak papier najpierw się zwija, potem w kilku miejscach brązowieje, a na koniec płonie. Chciała pomóc ojcu, aby jego melodia przypadła hrabiemu do gustu. Teraz było jej wszystko jedno. A niech się ośmieszy!

– Giulio, czy to ty? – usłyszała żałosny głos matki.

Przez moment czuła pokusę, by udać, że jej nie ma. Ale potem wysunęła zadziornie brodę do przodu i poszła do pokoju matki.

Maria Fassi siedziała w łóżku zlana potem i ciężko oddychała.

– Źle się czuję. Przyprowadź Assumptę. A potem pobiegnij do doktora Bramontone, niech mi dostarczy lekarstwo.

Wobec złego stanu matki Giulia zapomniała o swoim gniewie i wybiegła na zewnątrz. Znalazła Assumptę za domem. Służąca właśnie karmiła kury.

– Idź szybko do mamy! Jest bardzo chora i chce, żebyś do niej przyszła, a ja pobiegnę do lekarza.

Assumpta nie miała dobrego zdania o zdolnościach jedynego lekarza, który praktykował w Saletto.

– On jej w niczym nie pomoże – powiedziała bez ogródek. – Będzie tylko niezrozumiale mamrotał i przepisze jej do picia jakąś wstrętną miksturę. Ale mimo wszystko przyprowadź go, jeśli to ma uspokoić twoją matkę.

Gdy niedługo potem do domu wrócił Girolamo Fassi, zastał obok swojej żony i pary służących także lekarza Alcidego Bramontone, który właśnie palił pałeczki siarkowe, żeby przepędzić opary przyprawiające o chorobę. Na widok Fassiego na jego podłużnej, końskiej twarzy pojawił się frasunek.

– Przychodzicie w złą godzinę, mistrzu Girolamo. Wasza żona jest ciężko chora.

– Już od wielu tygodni choruje.

Mina Fassiego zdradziła, że podejrzewa lekarza, iż to przez niego Maria tak długo cierpi i teraz na dobre się rozchorowała.

Bramontone nie dał się sprowokować. Zastygł w dumnej pozie i zaczął cytować jakieś łacińskie słowa, które Fassi rozumiał tylko po części. Na koniec z kieszeni ciemnej togi wyciągnął szklaną buteleczkę i pobujał nią Fassiemu przed twarzą.

– Sporządziłem to lekarstwo według receptury mędrca Arystotelesa. Odgania śmierć od każdego progu – oznajmił zarozumiałym tonem, po czym kazał Assumpcie, by podała mu kubek z wodą, wlał do niego kilka kropli płynu, pokręcił kubkiem, żeby lekarstwo dobrze się wymieszało, i podał je chorej.

Maria Fassi, wstrząsana atakami kaszlu, wypiła roztwór do dna, po czym spojrzała z nadzieją na lekarza.

– Niech Bóg was błogosławi, doktorze. Wydaje mi się, że już mi lepiej.

– Mam taką nadzieję – powiedział lekarz z namaszczeniem.

Wcisnął Assumpcie butelkę do ręki i wyjaśnił, że ma dawać chorej trzy razy dziennie dziesięć kropel rozcieńczonych w wodzie. Potem zwrócił się do ojca Giulii:

– Nie chcę pana niepokoić, mistrzu Girolamo, ale wciąż jeszcze jesteście mi winni honorarium za moją ostatnią wizytę.

Fassi uniósł ręce w obronnym geście.

– Zapłacę wam, jak tylko hrabia wróci do Saletto i przekaże mi zaległe wynagrodzenie.

Ponieważ zarządca Gisiberta Corrabiallego nie spieszył się z wypłatą wynagrodzeń i na dodatek część pieniędzy zatrzymywał dla siebie, sakwa Girolama Fassiego ostatnimi czasy zrobiła się lekka. Pogardliwe spojrzenie Bramontonego trafiło go jak uderzenie obuchem, ale pomyślał, że Maria zapewne będzie potrzebować jeszcze pomocy lekarza. Dlatego przeszedł do pracowni i wyciągnął ze skrytki lniany woreczek z gotówką schowaną na czarną godzinę. Odliczając pieniądze dla lekarza, miał nadzieję, że żona wkrótce wyzdrowieje albo zostanie ostatecznie wybawiona od swoich cierpień.

Bramontone sprawdził skrupulatnie sumę i zwrócił monetę, której waga wydała mu się zbyt mała.

– Dajcie mi lepiej innego skuda.

Lekarz z zadowoleniem schował pieniądze i skierował się ku drzwiom. Na progu zatrzymał się jeszcze raz, uniósł palec wskazujący i pouczającym tonem rzekł:

– Powinniście w ciągu najbliższych dni trzymać się z dala od łoża swej niewiasty. Złe opary mogłyby podczas snu wedrzeć się do waszych płuc i spowodować chorobę także u was.

Ojciec Giulii wiedział, że w Perugii i Rzymie praktykują lekarze, którzy uważają, iż choroby mają inne źródło niż jakieś złe opary. Ale w pewnym sensie Saletto było równie odległe od Rzymu, co od księżyca. Tylko wielcy panowie, tacy jak hrabia Gisiberto, opat oraz ich wybrani towarzysze, mieli możliwość wyjazdu do tych miast. Gdy ojciec Gisiberta jeszcze żył, Girolamo Fassi też należał do grona szczęśliwców, którzy zabierani byli do Rzymu. Ale nowy hrabia gardził w równym stopniu jego muzyką, co towarzystwem.

Wieczorem Maria Fassi znów poczuła się gorzej. Na żądanie Fassiego Assumpta podała jej lekarstwo, ale nic to nie pomogło. Ponieważ Fassi nie wiedział, co począć, służąca się zaoferowała, że będzie czuwać przy chorej. Z ulgą zaszył się w swojej izbie i przy świetle kiepskiej lampy łojowej pracował nad nową melodią. W końcu doszedł do wniosku, że jego dzieło nie wywrze na młodym hrabim oczekiwanego wrażenia.

Giulia również martwiła się z powodu złego stanu matki. Ale jako że Maria Fassi leżała bezradnie, a ojciec prawie przez cały dzień przebywał w klasztorze, dziewczynka miała spokój. Nikt na nią nie krzyczał, nie złościł się ani jej nie wyzywał. Z łatwością wypełniała swoje domowe obowiązki i pomagała Assumpcie pielęgnować chorą matkę. Nie była jednak w nastroju na śpiewanie, chociaż boleśnie brakowało jej słuchania chóru.

VI

Maria Fassi czuła się coraz gorzej. Rzucała się półprzytomna w gorączce i często krzyczała tak głośno, że przybiegały sąsiadki. Gdy odzyskiwała świadomość, wzywała żałosnym głosem męża, a gdy do niej przychodził, robiła mu wyrzuty. Atmosfera była tak nieznośna, że Girolamo Fassi nie wytrzymywał już w domu. Nocami nie mógł spać, nie tyle z winy żony, co z obawy, co się z nim stanie, jeśli wykonanie mszy Palestriny nie zadowoli opata i hrabiego. W końcu poprosił ojca Lorenza, żeby ten oddał mu do dyspozycji nieużywaną klasztorną celę, w której zamierzał mieszkać aż do Dnia Świętego Hipolita.

Wszystkie jego myśli krążyły teraz wokół chóru. Nie mógł się doczekać wielkiej godziny, ale jednocześnie obawiał się powrotu hrabiego, zwłaszcza że zarządca poinformował go, iż kto inny będzie odpowiedzialny za zapewnienie muzycznej rozrywki gościom podczas ich pobytu na zamku. Gisiberto Corrabialli przyjął w Rzymie na służbę nowego kapelmistrza i powierzył mu organizację zabaw.

Tym samym najgorszy koszmar Fassiego przybrał realne kształty, ponieważ od tego dnia już oficjalnie nie należał do najbliższej świty hrabiego, lecz pozostał zaledwie jednym z wielu drobnych służących, którzy powinni być wdzięczni, jeśli dostaną wynagrodzenie wystarczające na przeżycie. Przez kilka dni żywił jeszcze nadzieję, że jeśli msza Palestriny odniesie sukces, wówczas odzyska przychylność hrabiego, a ten powierzy mu inne, lepiej płatne stanowisko. Ale potem na horyzoncie pojawiło się następne fatum.

Chór miał na tyle opanowaną mszę, na ile pozwalały możliwości chłopców. Ludovico jednak z dnia na dzień przysparzał coraz większych zmartwień. Chłopiec jakby stopniowo tracił wyczucie muzyczne. Z początku były to niuanse, niemniej raziły one Girolama Fassiego i ojca Lorenza. Ale z próby na próbę było coraz gorzej. Na koniec chłopiec mylił tonację nawet o pół oktawy.

A że uroczystość zbliżała się milowymi krokami, również ojciec Lorenzo zaczął się niepokoić. Pierwsi goście już dotarli na zamek, a lada dzień miał przybyć hrabia Gisiberto. Wieczorem, tuż przed jego przyjazdem, ojciec Lorenzo i Girolamo Fassi odesłali chłopców z chóru wcześnie do łóżka i usiedli w pustej sali prób nad kielichem wina. Rozpaczliwie próbowali wymyślić coś, co uchroni ich przed grożącą im katastrofą.

Ojciec Lorenzo oparł głowę na dłoniach, jakby jego szyja nagle nie była w stanie unieść jej ciężaru.

– Boję się o tym nawet pomyśleć, ale Ludovico przechodzi chyba właśnie mutację głosu.

Fassi skinął posępnie głową.

– Popełniliśmy błąd, że nie wyuczyliśmy żadnego innego chłopca partii solowej. Może Luca zdoła ją opanować w ciągu tych kilku dni, które nam pozostały.

– Nie, Luca odpada. Jego skala głosu nie jest wystarczająca. Lepiej nadałby się Ambrogio. Jedynie jego głos dorównuje głosowi Ludovica.

Fassi machnął z rezygnacją ręką.

– Za to Ambrogio potrzebuje najwięcej czasu ze wszystkich chórzystów, żeby przyswoić sobie tekst. Wątpię, czy w czasie, jaki nam pozostał, zdoła wyuczyć się choć połowy.

Ojciec Lorenzo przyznał mu z ciężkim sercem rację.