Wydawca: Wilga Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 92 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kaspar. Książę kotów - Michael Morpurgo

Poznaj niesamowite przygody kociego księcia!

Pewnego dnia do eleganckiego hotelu Savoy przybywa w wiklinowym koszyku czarny kot. Nie jest to jednak zwyczajny mruczek, jakich wiele mieszka w mieście. To Kaspar. Książę kotów. Zanim znalazł się w pięknym pokoju londyńskiego hotelu, poznał zgiełk i gwar Nowego Jorku, mieszkał w ponurej izdebce na poddaszu i, razem z ocalałymi pasażerami Titanica, czekał na ratunek w zatłoczonej szalupie. Czy to możliwe, żeby jeden mały kot przeżył tyle przygód?

Mówi się, że koty żyją dziewięć razy. Kto przeczyta historię Kaspara, zawsze już będzie tego pewien….

Opinie o ebooku Kaspar. Książę kotów - Michael Morpurgo

Fragment ebooka Kaspar. Książę kotów - Michael Morpurgo

Mi­cha­el Mor­pur­go

Ka­spar. Książę kotów

Przełożyła Do­mi­ni­ka Sig­sworthIlu­stro­wał Mi­cha­el Fo­re­man

Ori­gi­nal­ly pu­bli­shed in En­glish by Har­per­Col­lins Chil­dren’s Bo­oks, un­der the ti­tle: Ka­spar. Prin­ce of Cats

Text co­py­ri­ght © Mi­cha­el Mor­pur­go 2008

Il­lu­stra­tion co­py­ri­ght © Mi­cha­el Fo­re­man 2008

The au­thor/il­lu­stra­tor as­serts the mo­ral ri­ght to be iden­ti­fied as the au­thor/il­lu­stra­tor of this work.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2014

Przekład: Do­mi­ni­ka Sig­sworth

Re­dak­cja: Mi­chał Bro­dac­ki

Ko­rek­ta: Anna Włodar­kie­wicz

Ilu­stra­cje: Mi­cha­el Fo­re­man

Zdjęcia na okładce: Ma­ster­fi­le, Shut­ter­stock

Skład: www.pa­ge­graph.pl

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.wil­ga.com.pl, www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-441-2

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

All ri­ghts re­se­rved

Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być po­wie­la­na, prze­ka­zy­wa­na lub wy­ko­rzy­sty­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez uprzed­niej zgo­dy Wy­daw­cy.

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Więckow­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Wszyst­kim do­brym i życz­li­wym lu­dziom z Ho­te­lu Sa­voy, którzy tak su­mien­nie się nami zaj­mo­wa­li.

MM

Mo­je­mu bra­tu Pu­do­wi, ry­ba­ko­wi na Mo­rzu Północ­nym, i chłopcu.

MF

Przy­by­cie Ka­spa­ra

Książę Ka­spar Kan­din­sky przy­był do ho­te­lu w ko­szy­ku. Wiem, bo sam go wno­siłem. Tam­te­go ran­ka niosłem wszyst­kie rze­czy hra­bi­ny i mogę wam po­wie­dzieć, że było ich po­twor­nie dużo.

Byłem boy­em ho­te­lo­wym. Moja pra­ca po­le­gała na po­ma­ga­niu gościom: otwie­ra­niu drzwi, no­sze­niu bagaży oraz spełnia­niu in­nych po­le­ceń – od czysz­cze­nia butów po doręcza­nie te­le­gramów. Mu­siałem pamiętać wszyst­kie na­zwi­ska i tytuły przy­byłych do ho­te­lu, co nie było ta­kie pro­ste, bo ciągle zja­wiał się ktoś nowy. Każde za­da­nie wy­ko­ny­wałem z uprzej­mym uśmie­chem na twa­rzy, oka­zując gościom należny im sza­cu­nek. Naj­ważniej­sze w pra­cy boya jest to, aby wszel­kie prośby spełniać na­tych­miast. Trze­ba być go­to­wym na każde zawołanie i kiw­nięcie pal­cem. Sta­le słyszałem: „John­ny, pośpiesz się”, „pod­skocz tu szyb­ko, chłopcze”, „zrób to w oka­mgnie­niu”, albo „hop, hop!”. Goście pstry­ka­li na mnie pal­ca­mi, a ja le­ciałem jak błyska­wi­ca, szczególnie wte­dy, gdy w po­bliżu była pani Bla­ise, główna przełożona per­so­ne­lu.

Łatwo nam było usłyszeć jej na­dejście, bo grze­cho­tała jak pędzący kościo­trup. A to przez wiel­ki pęk klu­czy, który wi­siał u jej pasa. Kie­dy pani Bla­ise była zła, a zda­rzało się to często, jej głos brzmiał jak pu­zon. W ho­te­lu nie było pra­cow­ni­ka, który nie drżałby na ten dźwięk. Pani Bla­ise życzyła so­bie, żeby tytułować ją „Ma­da­me”, ale na na­szym piętrze ho­te­lo­wym, gdzie miesz­ka­li boye, po­kojówki i ku­char­ki, na­zy­wa­liśmy ją „Czaszką”, bo nie dość, że idąc, brzęczała jak wo­rek z kośćmi, to jesz­cze była prze­raźli­wie chu­da – wyglądała jak kościo­trup. Sta­ra­liśmy się nie wcho­dzić jej w drogę.

W jej oczach naj­mniej­sze nie­do­ciągnięcie – przy­gar­bio­ne ple­cy, roz­czo­chra­ne włosy, brud­ne pa­znok­cie – było przestępstwem. Jed­nak za naj­gorszą zbrod­nię uważała zie­wa­nie. I to właśnie na zie­wa­niu Czasz­ka przyłapała mnie tam­te­go ran­ka, tuż przed przy­jaz­dem hra­bi­ny. Prze­chodząc koło mnie w lob­by, groźnie syknęła:

– Wi­działam, urwi­sie, jak zie­wałeś! I na do­da­tek ta czap­ka na ba­kier! Wiesz, że tego nie to­le­ruję. Po­praw ją na­tych­miast! A jeśli jesz­cze raz ziew­niesz, to zro­bię z cie­bie sie­ka­ne ko­tle­ty!

Gdy po­pra­wiałem czapkę, zo­ba­czyłem, że pan Fred­die otwie­ra drzwi ja­kiejś da­mie. Odźwier­ny pstryknął na mnie pal­ca­mi i po chwi­li szedłem obok tej ele­ganc­kiej pani, niosąc przez lob­by jej kosz z ko­tem w środ­ku. Zwie­rzak miau­czał tak głośno, że wszy­scy zaczęli się na nas gapić. Właści­wie to nie miau­czał, ale za­wo­dził pra­wie ludz­kim, drżącym głosem. Dama po­deszła ener­gicz­nie do re­cep­cji i oznaj­miła z moc­nym, jak się później do­wie­działem – ro­syj­skim, ak­cen­tem:

– Je­stem hra­bi­na Kan­din­sky. Mam za­re­zer­wo­wa­ny apar­ta­ment dla sie­bie i Ka­spa­ra. Z for­te­pia­nem i z wi­do­kiem na rzekę. Wysłałam wam te­le­gram z mo­imi wy­ma­ga­nia­mi.

Hra­bi­na mówiła tak, jak­by była przy­zwy­cza­jo­na do tego, że wszy­scy jej słuchają i wy­ko­nują jej po­le­ce­nia. W ho­te­lu Sa­voy ta­kich osób gościło wie­le: bo­ga­tych, sław­nych, ma­gnatów, lordów i dam, a na­wet pre­mierów i pre­zy­dentów. Muszę przy­znać, że szyb­ko prze­stałem zwra­cać uwagę na ich aro­gancję i próżność. Na­uczyłem się, że gdy ukryję niechęć do nich za miłym uśmie­chem, to niektórzy z nich, szczególnie Ame­ry­ka­nie, mogą mi dać niezłe na­piw­ki.

– Uśmie­chaj się i mer­daj ogo­nem – ra­dził mi pan Fred­die. Pra­co­wał jako odźwier­ny w Sa­voyu po­nad 20 lat, więc wie­dział, co mówi. To była do­bra rada. Jak bym nie był trak­to­wa­ny, za­wsze się uśmie­chałem i byłem przy­mil­ny jak szcze­nia­czek.

Gdy po raz pierw­szy uj­rzałem hra­binę Kan­din­sky, pomyślałem, że jest po pro­stu ko­lejną bo­gatą ary­sto­kratką. Było w niej jed­nak coś, co mnie od razu za­uro­czyło. Idąc do win­dy, jak­by płynęła, ma­je­sta­tycz­nie sze­leszcząc fałdami suk­ni, w ka­pe­lu­szu ze stru­si­mi piórami, po­wie­wającymi jak żagle na wie­trze. Kie­dy tak szliśmy, to wszy­scy, łącznie z Czaszką, kłania­li się jej uprzej­mie lub ki­wa­li głową w jej kie­run­ku. Po­czułem wte­dy, że blask jej sławy i wiel­kości ota­cza także mnie.

Na­gle zna­lazłem się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia. Będąc czter­na­sto­let­nim boy­em ho­te­lo­wym, po­rzu­co­nym nie­gdyś jako nie­mowlę na scho­dach sie­ro­cińca w Is­ling­ton, nie miałem do­tych­czas wie­lu oka­zji, aby czuć się kimś ważnym. Idąc z hra­biną i jej za­wodzącym ko­tem w ko­szy­ku, po­czułem się na­prawdę wyjątko­wo. I chy­ba było to po mnie widać, bo hra­bina, marszcząc czoło, za­py­tała:

– Skąd ten uśmiech, chłopcze?

Nie mogłem jej po­wie­dzieć praw­dy, więc szyb­ko wymyśliłem od­po­wiedź:

– Przez pani kotkę, hra­bi­no. Ona tak śmiesz­nie miau­czy.

– To nie kot­ka. To ko­cur. I to nie mój – od­po­wie­działa hra­bi­na. – Ka­spar nie jest ni­czy­im ko­tem. Jest księciem kotów. To jest książę Ka­spar Kan­din­sky, a książę nie należy do ni­ko­go, na­wet do hra­bi­ny – dodała i spoj­rzała na mnie z uwagą.

– Coś ci po­wiem. Po­do­ba mi się, jak się uśmie­chasz. An­gli­cy nie uśmie­chają się tak często, jak po­win­ni. Nie śmieją się, nie płaczą, a to błąd. My, Ro­sja­nie, kie­dy chce­my się śmiać, śmie­je­my się. Kie­dy chce­my płakać, płacze­my. Książę Ka­spar to ro­syj­ski kot. Te­raz jest bar­dzo nieszczęśliwy, więc płacze. Myślę, że to na­tu­ral­ne.

– Dla­cze­go jest taki nieszczęśliwy? – odważyłem się za­py­tać.

– Bo jest zły na mnie. Nie lubi podróżować. Woli prze­by­wać w moim domu w Mo­skwie. Tłumaczę mu: „Jak mogłabym śpie­wać w ope­rze lon­dyńskiej, nie podróżując?”. Ale on mnie nie słucha. W podróży za­wsze robi dużo za­mie­sza­nia i hałasu, ale gdy wy­puszczę go z ko­szy­ka, znów będzie za­do­wo­lo­ny. Sam zo­ba­czysz.

Rze­czy­wiście, Ka­spar umilkł, gdy tyl­ko zna­lazł się na środ­ku sa­lo­nu hra­bi­ny. Naj­pierw jedną łapą zba­dał dy­wan, po czym wy­sko­czył z ko­szy­ka i zaczął prze­cha­dzać się po po­ko­ju. Wte­dy zro­zu­miałem, dla­cze­go hra­bi­na na­zy­wa go księciem kotów. Był czar­ny jak węgiel, od czub­ka nosa po ko­niu­szek ogo­na, a jego je­dwa­biście gładka sierść aż lśniła. Był pięknym ko­tem i do­brze o tym wie­dział. Po­ru­szał się kro­kiem pełnym gra­cji, z wy­so­ko pod­nie­sioną głową i za­dar­tym ogo­nem.

Właśnie miałem opuścić pokój, żeby przy­nieść resztę wa­li­zek, kie­dy hra­bi­na zawołała mnie, tak jak za­zwy­czaj robią goście, gdy chcą mnie na­gro­dzić na­piw­kiem. Biorąc pod uwagę jej tytuł, stru­sie pióra i cały dro­gi ekwi­pu­nek, z którym przy­je­chała, li­czyłem na hoj­ny na­pi­wek. Oka­zało się jed­nak, że wca­le nie za­mie­rza mi go dać.

– Two­je imię. Chce wie­dzieć, jak się na­zy­wasz – po­wie­działa, zdej­mując z gracją ka­pe­lusz.

– John­ny Trott, proszę hra­bi­ny – od­po­wie­działem. Zaśmiała się, ale nie miałem jej tego za złe, bo czułem, że nie drwiła ze mnie.

– Bar­dzo za­baw­ne – rzekła. – Ale kto wie? Może dla cie­bie Kan­din­sky też brzmi za­baw­nie.

W tym cza­sie Ka­spar wsko­czył na sofę. Po chwi­li z niej zszedł i zaczął ostrzyć pa­zu­ry, naj­pierw o zasłonę, a po­tem o je­den z fo­te­li. Zaj­rzał za biur­ko, pod for­te­pian, wsko­czył na pa­ra­pet; za­cho­wy­wał się przy tym jak książę, który właśnie ogląda swój nowy pałac. Na ko­niec usa­do­wił się na fo­te­lu koło ko­min­ka, skąd nas ob­ser­wo­wał zza półprzy­mkniętych po­wiek. Naj­wi­docz­niej książę uznał wnętrze za god­ne jego do­stoj­nej oso­by.

– Wygląda na bar­dzo mądre­go kota – po­wie­działem.

– Mądre­go? Mądre­go? On nie jest mądry, John­ny Trott – hra­bi­na była naj­wy­raźniej nie­za­do­wo­lo­na z mo­jej oce­ny kota. – On jest piękny! To naj­piękniej­szy kot w całej Ro­sji, w całej An­glii, na całym świe­cie! Nie ma dru­gie­go ta­kie­go kota jak książę Ka­spar. On nie jest mądry – on jest wspa­niały. Zga­dzasz się ze mną, John­ny Trott?

Czym prędzej przy­taknąłem. Nie mogłem się z nią nie zgo­dzić.

– Chciałbyś go pogłaskać? – za­py­tała po chwi­li hra­bi­na.

Przy­kucnąłem przy fo­te­lu, ostrożnie wyciągnąłem rękę i przez chwilę głaskałem Ka­spa­ra pal­cem po szyi. Po­czułem, że to wszyst­ko, na co po­zwa­la mi w tym mo­men­cie.

– Myślę, że cię po­lu­bił – po­wie­działa hra­bi­na. – W jego mnie­ma­niu, jeśli nie je­steś przy­ja­cie­lem, to je­steś wro­giem. Nie po­dra­pał cię, więc uważa cie­bie za przy­ja­cie­la.

Kie­dy wstałem, hra­bi­na przyj­rzała mi się wni­kli­wie.

– Cie­ka­wa je­stem, czy do­bry z cie­bie chłopiec, John­ny Trott. Czy mogę ci za­ufać?

– Myślę, że tak, hra­bi­no – od­po­wie­działem.

– To mi nie wy­star­cza, John­ny, muszę mieć pew­ność.

– Tak – od­parłem.

– W ta­kim ra­zie mam dla cie­bie bar­dzo od­po­wie­dzial­ne zajęcie. Pod­czas mo­je­go po­by­tu w Lon­dy­nie będziesz się opie­ko­wać księciem Ka­spa­rem. Ju­tro rano roz­po­czy­nam próby w ope­rze Co­vent Gar­den. „Cza­ro­dziej­ski Flet”. Mo­zart. Je­stem Królową Nocy. Znasz tę operę?

Za­prze­czyłem ru­chem głowy.

– Pew­ne­go dnia ją usłyszysz. Może kie­dyś zaśpie­wam ją dla cie­bie, kie­dy będę ćwi­czyć przy for­te­pia­nie. Ćwiczę co­dzien­nie po śnia­da­niu. Książę Ka­spar jest bar­dzo szczęśliwy, kie­dy śpie­wam. W domu w Mo­skwie lubi leżeć na for­te­pia­nie i słuchać, jak śpie­wam. Ma­cha wte­dy ogo­nem, tak jak te­raz. Po­patrz na nie­go. To ozna­cza, że jest za­do­wo­lo­ny. Kie­dy je­stem na próbach, muszę być pew­na, że do­brze się nim opie­ku­jesz. Zro­bisz to dla mnie? Będziesz go kar­mił? Roz­ma­wiał z nim? Wy­pro­wa­dzał na spa­ce­ry rano i wie­czo­rem? On to bar­dzo lubi. Nie za­po­mnisz?

Hra­bi­na Kan­din­sky nie była osobą, której łatwo można odmówić. Poza tym, muszę przy­znać, jej prośba bar­dzo mi schle­biła. Za­sta­na­wiałem się, jak po­godzę nowe obo­wiązki z pracą w ho­te­lu. Byłem też cie­kaw, czy do­stanę za to spo­ry na­pi­wek, cho­ciaż nie śmiałem­jej o to za­py­tać.

Hra­bi­na uśmiechnęła się i wyciągnęła do mnie rękę w ele­ganc­kiej re­ka­wicz­ce. Za­wa­hałem się. Nig­dy dotąd żaden z gości nie podał mi ręki. Boye ho­te­lo­wi po pro­stu nig­dy nie ści­skają dłoni gości. Po­czułem jed­nak, że hra­bi­na tego ode mnie ocze­ku­je. Uścisnąłem więc jej dłoń; była mała, a ręka­wicz­ka bar­dzo miękka.

– Ty, ja i książę Ka­spar będzie­my do­bry­mi przy­ja­ciółmi. Wiem to. Możesz te­raz nas zo­sta­wić.

Odwróciłem się, żeby odejść.

– John­ny Trott – zaśmiała się znów. – Prze­pra­szam, ale masz bar­dzo śmiesz­ne na­zwi­sko, może na­wet najśmiesz­niej­sze, ja­kie kie­dy­kol­wiek słyszałam. Doszłam do wnio­sku, że je­steś do­brym chłopcem, John­ny Trott. Wiesz, dla­cze­go tak myślę? Nie po­pro­siłeś mnie o pie­niądze. Zapłacę ci pięć szy­lingów ty­go­dnio­wo przez trzy mie­siące – je­stem tu­taj przez trzy mie­siące w ope­rze. Ach, zno­wu się uśmie­chasz, John­ny Trott. Lubię, kie­dy się uśmie­chasz. Myślę, że gdy­byś miał ogon, ma­chałbyś nim jak książę Ka­spar.

Kie­dy przy­niosłem ku­fry hra­bi­ny i usta­wiałem je w hal­lu apar­ta­men­tu, usłyszałem, jak diwa śpie­wa, akom­pa­niując so­bie na for­te­pia­nie. Kątem oka zo­ba­czyłem Ka­spa­ra leżącego na­prze­ciw hra­bi­ny, za­pa­trzo­ne­go w nią i po­ru­szającego z za­do­wo­le­niem ogo­nem.

Po wyjściu za­trzy­małem się przed drzwia­mi jesz­cze na chwilę, aby posłuchać hra­bi­ny. Już wte­dy wie­działem, że nig­dy nie za­pomnę tego dnia, ale na­wet w najśmiel­szych ma­rze­niach nie wy­obrażałem so­bie, że przy­jazd hra­bi­ny i Ka­spa­ra zmie­ni moje życie na za­wsze.

Wca­le nie John­ny Trott

Nig­dy nie