Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Czy można oszukać los?
W świecie, który właśnie przestał istnieć, dwoje ludzi próbuje ocalić to, co najważniejsze – siebie nawzajem.
Gdy przedwojenna Polska pogrąża się w narastającym chaosie, a nad Europą zbierają się ciemne chmury nazizmu, Kasandra i Staszek marzą tylko o jednym: zwyczajnym życiu. Jednak wojna odbiera im wszystko i zmusza do wyborów, których nie da się cofnąć.
Kasandra widzi więcej niż inni. Jej wizje zaczynają się spełniać.
Po powstaniu Staszek przemierza zrujnowaną Warszawę, szukając ukochanej. Niemców już nie ma – są Rosjanie, a każdy krok może kosztować życie. Mimo to nie przestaje ratować tego, co ocalało: polskich książek, pamięci, historii.
Dlaczego Kasandra kazała mu obiecać, że przeżyje?
Czy zostawiła mu ślad, który doprowadzi go do prawdy?
I czy w świecie po katastrofie można jeszcze odnaleźć to, co najcenniejsze?
***
Magda Knedler – autorka ponad trzydziestu książek. Pisze głównie powieści historyczne i obyczajowe. Z wykształcenia filolożka i logopedka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Kasandra w ruinach, t. II
Copyright © by Magda Knedler, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Joanna Wysłowska
Korekta: Anna Jeziorska
Skład i łamanie: Sylwia Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Projekt okładki i ilustracje: Magda Palej
Zdjęcie na okładce: Ruiny Warszawy/CBW/Alamy
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-789-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Sonne oddałby wszystko za to, by nie mieć racji. Przewidywał wojnę, której nienawidził, widział jej przebieg. Wiedział, jak można by jej jeszcze zapobiec i uczyniłby wszystko, by jego straszliwe proroctwo się nie spełniło. [...] krok po kroku, w każdym szczególe urzeczywistniały się jego przepowiednie. Wydarzenia godziły we mnie z podwójną siłą, gdyż przeżywałem coś, co poznałem już z jego ust. Nosiłem to długo w sobie, po czym stawało się to bezlitosną prawdą.
Elias Canetti, Gra oczu
Rzeczywiście wojna. Potwierdzało ten fakt uporczywe wycie syren w pobliskiej fabryce, które słyszeliśmy, zdążając na dworzec. Wybuchła nagle, z incydentów granicznych na południu i zachodzie, bez uroczystych zapowiedzi; nikt w Polsce nie chciał w nią uwierzyć.
Franz Theodor Csokor, Na obcych drogach
Dużo później zrozumiałam, że indywidualne podejście do bólu wyjawia więcej na temat przyszłości człowieka niż jakikolwiek inny znak. Kiedy złamało się moje własne, pełne buty, podejście do bólu? Gdy zaczęła się wojna, oczywiście.
Christa Wolf, Cassandra
Wyzwolenie nie przynosi niczego wielkiego. W ruinach nikt już do nikogo nie strzela i można w miarę spokojnie przez nie przejść, przejeżdżają auta z jakimiś ludźmi, ktoś robi zdjęcia, ktoś pisze coś w notesie, wszyscy kręcą głowami, co za tragedia, czy to miasto w ogóle da się odbudować? Poza tym cisza. Żadnego świętowania, żadnych strzelających korków od szampana. U wylotu Karowej staje drewniany most, którym można przejść na Pragę. Nad nim łuk z drewnianym trójkątem i czerwoną chorągiewką u szczytu. Wyznacza się teraz dni, kiedy przez most wolno przechodzić i kiedy nie wolno. Kiedy wolno – z jednego brzegu na drugi ciągną kilometrowe kolumny. Pośrodku mostu rozstawieni żołnierze. Ludzie pchają przed sobą wózki, taczki, niosą kosze i worki, do których upychają deski, fragmenty potrzaskanych mebli, okienne ramy i kawałki futryn, poduszki, materace i jakieś gałgany. Jeśli ktoś ma szczęście, znalazł gdzieś całe ubranie, ale to naprawdę rzadkie przypadki. Most zamyka się i otwiera w porach trudnych do przewidzenia, dwie godziny z tej strony, dwie godziny z tamtej, dzisiaj otwarty do szóstej po południu, ale jutro tylko przez chwilę wcześnie rano i weź tu, panie, załatw coś.
Można wyjechać z Podkowy Leśnej, z Pruszkowa i innych miejsc, w których uwięziona została lub przycupnęła dobrowolnie ludność zburzonej Warszawy. Staszek pakuje tobół, żegna się z inżynierem, który dał mu schronienie, i jego rodziną, z kolegami i koleżankami, którzy od tygodni śpią na podłogach i sofach w ładnej przedwojennej willi. Tak zaczęli teraz mówić, że coś jest przedwojenne, świat, historia i czas podzielone na „przed” i „po”. Staszek schyla głowę, kiedy przejeżdżają ruskie wozy. Nie chce rzucać się w oczy, na wszelki wypadek, bo przecież nigdy nie wiadomo. Słyszał co nieco o NKWD. O pierwszym więzieniu na Pradze. Mija ruiny, w których już odzyskał orientację; na fragmentach ocalałych fasad, murkach i płotach widzi setki karteczek. Szukam syna, szukam córki, szukam żony, szukam matki, czy ktoś może widział, czy ktoś może wie, Adam Kowalski czeka na rodzinę na Pradze, Jagiellońska numer..., Anna Nowak z Marszałkowskiej numer... czeka na męża na Targówku, róg..., Jaś i Mania Rutkowscy zamieszkują tymczasowo u pani Gałkowskiej, Wileńska numer... Niekończąca się opowieść o ludziach z wyrwą w życiorysie.
Staszek wie, że jego kamienica pozostała niezburzona, ale w czasie Festung Warschau nie mógł tam wrócić. Teraz niby też nie powinien, wiele kamienic, choć stoi, zagrożonych jest zawaleniem. Mimo to ludzie zaczynają się pojawiać. Zajmują swoje stare mieszkania lub tymczasowo dekują się w nowych, po cichu i ze wstydem licząc na to, że dawny właściciel już nie wróci. Nowa władza ostrzega. Budynki są niezabezpieczone. Nie należy zasiedlać bez zezwolenia. Powstaje Biuro Odbudowy Stolicy, zaczyna się realizować plan masowych ekshumacji. Masowe ekshumacje. Brzmi to wyjątkowo makabrycznie, lecz doskonale oddaje rzeczywistość.
W jego mieszkaniu nie ma szyb, panuje przenikliwe zimno. Staszek wyciąga prześcieradła i koce, przybija je gwoździami do okiennych futryn, pozostałe dziury łata starymi gazetami. W kuchni znajduje jej sweter, granatowy, rozpinany, zostawiła go tu tamtej nocy i dotąd wisi na oparciu krzesła, jak gdyby wyszła tylko na chwilę. Staszek przyciska go do twarzy. Jeszcze pachnie, ale stracił już ciepło jej ciała. Mogła sobie pozwolić, żeby zapomnieć o okryciu, był koniec lipca, lato w pełni. Tak rzadko tu wtedy bywał. Staszek jeszcze raz przyciska do siebie sweter Kasandry, po czym bierze się do sprzątania. Ze wstydem buszuje po kilku sąsiednich mieszkaniach w poszukiwaniu jakiegokolwiek pożywienia. Znajduje puszkę ciastek i w zachwycie całuje wieko. Gdzie indziej pół słoika miodu, odrobina herbaty i kilka twardych sucharów. Luksus.
Idzie na Pragę drewnianym mostem, kiedy wolno. Udaje mu się dostać trochę jedzenia, ziemniaki, jeden burak, woreczek orzechów włoskich w łupinach i płatki owsiane, które ugotuje na wodzie, bo mleka nie zdobył. Jakaś kobieta w chustce na głowie mówi, żeby na wieś raczej iść, tam się prędzej znajdzie mleko, może nawet ser. Tu, na Pradze, taka sama bieda jak i wszędzie. Inna przestrzega, że kuzynka koleżanki jej szwagra dostała mleko od krowy chorej na tyfus i potem straszna tragedia się stała. Staszek wraca. Na moście jakiś wojak pokrzykuje, że prędzej, swołocz, ruszać się, bo zamykają. Ludzie pędzą w popłochu przed siebie, gubiąc znalezione przedmioty i własną godność. Staszek więcej nie korzysta z mostu. Chodzi po zamarzniętej Wiśle. Co najmniej do połowy lutego ten szlak komunikacyjny powinien być dostępny.
Za każdym razem, kiedy wychodzi z domu, zostawia wiadomość. „Jestem tu. Wyszedłem tylko na chwilę. Niedługo wrócę”. Pewnego dnia może ona przyjdzie. Szukał jej przy Żabiej, już bez ryzyka, że przy okazji straci życie, ale kamienica, w której mieszkali Bocheńscy, jest bardzo zniszczona i nikt jeszcze nie odważył się do niej wejść. Okoliczna zabudowa doszczętnie zrujnowana, szare ruiny sterczą z oślepiająco białej pokrywy śniegu i sprawiają upiorne wrażenie. Tutaj także do fasad przyczepiono liczne karteczki, rozmiękłe, rozmazane i wygięte od wilgoci. Zostawia swoją. „Czekam na Ciebie przy Chmielnej”.
Pyta na Pradze, pyta po lewej stronie Wisły, każdego, kto pozwala mu dokończyć zdanie. Czy zna pan może pannę Kasandrę Bocheńską? Czy zna może pani Witolda Bocheńskiego? Tak, tego jasnowidza. Natknął się na kilku pracowników Biblioteki Ordynacji Zamojskiej. Nie, nie widzieli panny Kasandry. Pan Bocheński ostał się tu po kapitulacji? Nie, nic nie wiedzą. A te zbiory wywiezione do Görbitsch to da się odzyskać?
Myśli. O tym, co mówiła, o tym, jak mu kazała obiecać, że przeżyje. O tym, że go kocha. Obraca to słowo w głowie, bez końca. Kochała go. Nie była kimś zwykłym, więc nie mogła kochać go w zwykły sposób, ale już się z tym pogodził. Szuka po mieszkaniu rzeczy, które zostawiła. Ślady Kasandry. Poza swetrem kilka książek, szczotka, apaszka, kamyk zabrany z parku podczas spaceru, notes z zapiskami, które tylko ona rozumiała, zdjęcie Eli i Ernesta. Staszek nie może myśleć o tej dwójce. Zwłaszcza o nim. Wciąż pamięta jego twarz, tak nagle martwą i bladą. Inne twarze także, równie martwe i blade. Nie mówił Kasandrze o wielu rzeczach, które popełnił w czasie wojny, ale ona i tak wiedziała.
Duch Ernesta Kallenbacha krąży chyba w pobliżu, bo Staszek natyka się na kolejną rzecz po nim. To pocztówka. „Pozdrowienia z naszej wioski, siostro. Na karcie jest inne zdjęcie, bo z naszą malowniczą okolicą jeszcze żadnej nie zrobiono, ale w końcu obrośniemy w sławę i także będą. Twój brat Ernest. PS Kowal Tomaszek coś dla Ciebie ma, ładna rzecz, przyniosę Ci, gdy wrócę do Warszawy”.
Staszek trochę się waha, ale w końcu wyszukuje najcieplejsze ubranie, pakuje nędzny prowiant i rusza w drogę, trochę kolejką, trochę piechotą, trochę na chłopskiej furmance, która miłościwie zgarnęła go z szosy. Dwór Kallenbachów przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. A Staszek sobie przypomina, jak był tu z Kasandrą po raz pierwszy. Nowa „siedziba rodu”, letnia rezydencja. Ernest zaprosił ich, gdy Kallenbachowie pojechali do Berlina. Nabijał się, że jaśnie pan przyjmuje i czy życzą sobie koktajle na tarasie, zaraz zawoła kamerdynera, wieczorem bal na sto par, ma nadzieję, że Kasandra wzięła perły. Później ona wielokrotnie jeździła tu sama, nawet podczas wojny. Przed wojną kilka razy Staszek się wprosił i zabierała go ze sobą, chętnie, zwłaszcza że wcale nie odwiedzali Kallenbachów. Sięga teraz do kieszeni i wyjmuje metalową broszę. Piękną i misternie wykonaną. Owa „ładna rzecz” od kowala Tomaszka. Ściska ją w dłoni i podchodzi bliżej domu. Przed wejściem kręcą się jacyś ludzie. Na jego widok ktoś unosi widły. Staszek wrasta w ziemię.
– Spokojnie. Ja nic nie chcę. Szukam kogoś i myślałem, że może tu się ukrył.
– A dlaczego tu?
Wzrusza ramionami.
– Niezła kryjówka. Tak mi się zdawało.
Chłop opuszcza nieco widły.
– Jaka tam niezła, odkąd Warszawa zaczęła się palić, tak tu kradno i kradno, że tera nic prawie ni ma. Ale Niemce nie wróco, to co się ma marnieć ta malizna, co się ostała? Niemce poszli, Ruskie przyjdo, tak tu mówio. Im zostawić? A to czemu?
– W porządku. W porządku. Róbcie swoje. Ja tylko chciałem spytać.
– A o kogo chciał spytać, bo powiedzieć nie powiedział.
– O... o pannę Kasandrę Bo...
– A, toć panna Kasandra, od razu trzebało gadać, a nie podchody jakie robić, ona tu znana, do Tomaszka przyjeżdżała, jedyna, co się z nim dogadać umiała, a i dla ludzi miła, z Warszawy czasem ładne co przywiezła, to myśmy jej dawali marchwi, jabłków i innych takich, ale się cieszyła, zwłaszcza we wojnę. No to co z nią?
– Szukam jej. Może pojawiła się tu niedawno?
– Nie widzielim. Od tej tam pożogi we stolicy tylko raz tu Niemce przyjechali i zara odjechali, a tylko on się ostał, stary Kallenbach. Chyba kręćka dostał, bo rankiem z domu wypadł, po wsi biegał, do chałup ludziom zaglądał, a potem podpalić się rzucił kuźnię Tomaszka, to my go z chłopami żeśmy stłukli, w smole utaplali i pierzem posypali, a potem takiego goluśkiego w śnieg puścili. Ale polem biegł! Ło panie! Aż miło było paczeć. Co z nim dalej, ni wiadomo. Ale wrócić nie wrócił, zresztą tera Niemce tu nie wróco i może chwila spokój bedzie, tylko czy na pewno bedzie, to i Święta Panienka pewno nie wi.
– Dziękuję. Pójdę więc na chwilę do Tomaszka, może on coś...
– Aaa, niii, Tomaszka ni ma też, już ze trzy księżyce bedzie, dobrze mówię? Ta, ze trzy. Pewno w lesie zamarzł. Tu niejeden taki był, co zamarzł. Z lasem czeba umiejętnie, zwłaszcza zimą.
Staszek dziękuje im ponownie i cieszy się, że chłop już całkiem opuścił widły. Innych powodów do radości nie ma. Kallenbach został tu sam. Co z nią zrobił? Puścił dalej z tymi Niemcami czy wsadził do transportu do obozu? Co jest gorsze? O tym, że mógł ją zabić, nie chce myśleć.
Pewnego dnia do drzwi mieszkania Staszka puka profesor Bohdan Korzeniewski.
– Kolega ma co robić? – pyta od razu w progu. – Bo jeśli nie, siedzimy z Borowym w Uniwersyteckiej.
– Znowu?
– Można powoli wyjmować to, co żeśmy pochowali.
– Nocujecie?
– Nie. Chociaż trochę strach to tam zostawiać.
– Rozumiem.
Następnego dnia pojawia się w bibliotece. Rzuca się w wir pracy, do utraty tchu, aż boli. Ona wróci, mówi Korzeniewski. Pewnie jest już w drodze. Większość obozów wyzwolona albo właśnie się wyzwala. Z Oświęcimia już wracają. Z innych też w końcu wrócą.
Ruscy dobrali się do zbiorów uniwersyteckich zakonserwowanych w formalinie. Siedzą w Szkole Głównej, na pierwszym piętrze. Jest ich pięciu, raczej starszych albo w średnim wieku. Brodaci, w zniszczonych ubraniach. Karabiny położyli na stole. Jeden trzyma w dłoniach mątwę, której badawczo się przygląda. Profesor Korzeniewski wpada do sali pierwszy i łapie się za głowę. Kiedy widzi, że inny Ruski bierze się do naczynia, w którym mątwa była zakonserwowana, i zaczyna pić płyn, krzyczy:
– To formalina! Otrujesz się!
Rusek bierze jeszcze jeden łyk, ociera wąsy i leniwie sięga po karabin. Staszek wrasta w podłogę tuż za progiem. Ma ochotę uciekać, ale przecież nie zostawi profesora. Dostrzega jednak coś zabawnego w myśli, że miałby teraz umrzeć, właśnie tutaj, za tę głupią formalinę. I na cholerę Korzeniewski się odzywał? Jak ten dureń ma ochotę pić, niech pije.
– To spirytus – mówi żołnierz – a nie formalina. Paszoł won.
– Ale...
Ten, który trzyma mątwę, wzdycha.
– No już, idź, człowieku, lepiej idź.
Staszek robi krok do przodu i ciągnie profesora za rękaw. Tamten wycofuje się niechętnie, a potem mamrocze coś, że mu przykro patrzeć na cudze upośledzenie umysłowe. Na drugi dzień znajdują przed wejściem świeżą mogiłę.
– To ten Rusek od formaliny – mówi Wacław Borowy i chucha na zmarznięte dłonie, po czym bierze się do przeglądania pierwszej tego dnia sterty książek.
Śmierć Ruska pociąga za sobą chwilowe konsekwencje dla profesora Korzeniewskiego, bo wynika problem, czy ostrzegł żołnierzy przed piciem formaliny, czy nie ostrzegł, widać byli tacy, którzy chętnie by uznali, że jednak nie ostrzegł, i zmyli z siebie część odpowiedzialności za głupotę podwładnego. Ostatecznie zaakceptowano fakt, że profesor Ruska ostrzegł, i sprawa zaczyna się rozchodzić, ale szybko zastępuje ją inna, czyli oskarżenie Polaków o to, że zatruwają studnie w spalonej Warszawie. Na tym oskarżeniu cierpią mocno bibliotekarze, bo inny Rusek stoi teraz przy studni i zakazuje czerpać wodę. Przez jakiś czas trzeba więc topić śnieg i herbata przywożona z Zalesia przez profesora Borowego ma obrzydliwy posmak. Nadal jest przeraźliwie zimno, każdy oddech zamienia się w parę. W miejsce Rusków zjawiają się Polacy, reprezentacja nowej władzy.
– Czy obywatele dopełnili obowiązku rejestracji?
– A niby jak? – pyskuje Korzeniewski, który chyba ma już dość. – Mostem może przejdę w jedną stronę, a czy na drugą wrócę tego samego dnia, to już nie wiadomo. A tutaj pracy nie brakuje.
– Po Wiśle obywatel przejdzie i obowiązku rejestracji dopełni, jak niejeden, co się mostem nie chciał pchać.
– Daj im spokój – wtrąca się inny świeży przedstawiciel władz. – Popatrz na nich. Chudzi naukowcy, okularnicy, przygarbieni tacy, gdzie po lodzie będą łazić, jeszcze który zęby zgubi, a teraz jedzenie raczej twarde. Ważne rzeczy robią. Nauka i kultura w Polsce Ludowej musi przecież być.
– Aj, wiecznie z kimś się cackać trzeba, tu bibliotekarze, tam nauczyciel, tu poeta, a ja w każdego sprawie będę biegać jak niańka jakaś, chociaż wszyscy zdrowe nogi mają. Ale dobra, się załatwi. Powiadomimy, kogo trzeba, o waszym tu pobycie.
Wracają za jakiś czas, z papierem opatrzonym pieczęcią. To teraz bardzo ważna sprawa. Bez pieczęci nic się nie załatwi. Wypłacają im po pięćdziesiąt złotych w nowej walucie na poczet przyszłych zarobków. Staszek wpatruje się w pieniądze z lekkim niedowierzaniem. Nie dlatego, że w końcu jakieś ma, lecz dlatego, że to zbyt normalna rzecz na tak jeszcze nienormalną rzeczywistość.
