Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 564 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Karuzela - Agnieszka Lis

Że cię nie opuszczę aż do śmierci...

Renata żyje w nieustannym biegu. Trudno jej znaleźć choćby krótką chwilę tylko dla siebie. Cały dom jest na jej głowie, co przy trójce małych dzieci i ciągle nieobecnym mężu nie jest łatwe. Poza tym, od pewnego czasu kobieta boryka się z różnymi dolegliwościami. Najlżejszy dotyk sprawia, że na jej ciele pojawiają się sińce. Diagnoza lekarska jest jednoznaczna â Renata choruje na białaczkę. Ta wiadomość zupełnie odwraca do góry nogami życie jej i oraz całej rodziny.

Karuzela, to niezwykła opowieść o walce z okrutną chorobą. Pełna ciepła i subtelnego humoru. To nie tylko historia Renaty, ale także całej jej rodziny, która w obliczu tragedii jednoczy się na nowo. Są bowiem sytuacje, w których człowiek nie może być sam. Zwłaszcza, gdy każda chwila jest walką o powrót do normalności, o jeszcze jeden mały krok.

Opinie o ebooku Karuzela - Agnieszka Lis

Fragment ebooka Karuzela - Agnieszka Lis

 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Lis, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: http://www.istockphoto.com/NKS_Imagery

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2017

 

eISBN 978-83-7976-596-6

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Styczeń

Renata biegła.

Rano biegła, bo umówiła się z sąsiadką. Dawno nie miała luksusu spotkania z przyjaciółką. Nie było kiedy tak zwyczajnie pogadać. Zakończyły spotkanie optymistycznym „musimy to częściej powtarzać”, a potem znów był tylko pośpiech. W domu zdążyła jedynie rozpakować zakupy, gdy zupa zaczynała bulgotać.

Krysia, jedyna córka, okropnie nie lubiła świetlicy. Dlatego Renata biegła – żeby stanąć w rządku wraz z innymi matkami, w oczekiwaniu na otwarcie drzwi. Chwilę po dzwonku wylewała się z nich z dzikim wrzaskiem chmara dzieci, jak wulkaniczna lawa. Wszyscy, i matki, i dzieci, włączali się w hałas powitań. Renata zwyczajowo też.

Wbiegając po schodach, zaczepiła obcasem o rant spodni. Przewróciła się. Była na szczęście zaledwie na drugim stopniu, nie spadła daleko, niemniej biodro bolało bardzo. Krzycząc na powitanie Krysi, starała się utrzymywać równowagę na prawej nodze. Rano, idąc na spotkanie, założyła buty na obcasie. Wyjeżdżając po dzieci, wsunęła przez nieuwagę te same czółenka. Teraz chwiała się lekko na niewygodnej szpilce. Krysia nie zwróciła na to uwagi.

Dobrze, że nie przed Sylwestrem. Posiniaczone nogi nigdy nie wyglądają dobrze, szczególnie gdy wystają spod krótkiej sukienki.

Słuchając paplaniny córki, Renata ostrożnie schodziła po schodach, chociaż ciągle się śpieszyła. Grupa Krzysia przyjechała już z wycieczki. Obiecała młodszemu synowi, że szybko go odbierze. Poganiała więc Krysię w szatni. Dziewczynka wybiegła w niezapiętej kurtce i krzywo nasuniętej czapce.

– Mamo, szalik!

– Słucham? – Renata stała już w wyjściu.

– Nie wzięłam szalika!

– To wróć.

Matka zagryzła wargi, policzyła w myślach wolno do dwunastu. Krysia nadbiegła i biegła dalej, matka starała się za nią nadążyć, nierówno stawiając stopy na obcasach.

Prawie już nie boli – pomyślała z zadowoleniem.

Krzyś na widok matki zerwał się z dywanu, na którym układał klocki. Przylgnął do Renaty.

– Krzysiu, układamy po sobie zabawki! – zwróciła uwagę wychowawczyni.

Krzyś odwrócił się, ale nie puścił ubrania matki.

– Ja ułożę – powiedziała Renata, wchodząc na dywan. Syknęła, kucając, i odruchowo dotknęła lewego biodra. Krzyś przyklęknął razem z nią, kilka klocków wrzucił do wielkiego pudła, potem chwycił samochód i odstawił go na półkę. Krysia rzuciła tornister na podłogę; też pomagała. Wychowawczyni kiwnęła głową.

– Ma pani grzeczne dzieci.

– Pomagamy sobie wzajemnie – odpowiedziała za matkę Krysia. Renata uśmiechnęła się. Wstając, podparła się ręką o podłogę.

– Coś się stało? – zapytała przedszkolanka.

– Potknęłam się. – Renata machnęła ręką. – Jutro będzie dobrze.

Kobieta podała jej ramię.

– Dziękuję. – Uśmiechnęły się do siebie.

– Idziemy po Eryka – komenderowała Renata w przedszkolnej szatni. Krzyś wskazał na jeden z rysunków na ścianie.

– Ten jest mój. Mój, mój, mamo!

– Piękny! – Uśmiechnęła się. Przestała się śpieszyć, najstarszy syn pewnie i tak na boisku grał w piłkę.

Nawet zima mu w tym nie przeszkadza – pomyślała.

Krzyś powoli zakładał buty, matka i siostra dopingowały go, ale nie poganiały.

– Mamo, pomożesz mi w matematyce?

– Przecież jesteś dobra w matematyce.

– Mam klasówkę w przyszłym tygodniu.

– Pomogę. Chociaż pewnie tata potrafiłby bardziej. – Renata przysiadła na niskiej szafce, pomagając jednak Krzysiowi w ubieraniu się.

– Tata zawsze się denerwuje. On wszystko wie i nie rozumie, że ja nie wiem.

– No tak… Mamy są od pomagania. I w ubieraniu, i w matematyce, i w innych sprawach, prawda? – Renata cmoknęła Krzysia i odwróciła się w stronę córki. Zasuwając zamek w jej wciąż rozpiętej kurtce, ułożyła usta do buziaka. – Idziemy!

Wielofunkcyjna mama – pomyślała o sobie.

Nawet w pośpiechu pamiętała, aby samochód zostawić na dalszym parkingu, tuż przy wielkiej bieżni. Po drodze na boisko wrzuciła tornister córki na tylne siedzenie. Dzieci pobiegły przodem.

– Renata?

– Daria! Co za spotkanie. Dawno się nie widziałyśmy! – Przyjaciółki przywitały się drobnymi machnięciami dłońmi. – Pamiętaj, trzeba to powtarzać!

Od porannego spotkania minęły tylko dwie godziny, a Renata czuła się zmęczona.

Taki zwyczajny dzień, nic szczególnego, a chciałabym tylko leżeć. Leń ze mnie – pomyślała.

Przyśpieszyła kroku, młodsze dzieci dołączyły już do grupy nastolatków. Stanęła z boku. Sięgnęła do torby, zawsze miała tam coś do czytania. Pomyślała kiedyś, że dzieci ofiarowują całe światy, niewyobrażalne przestrzenie uczuć, ciepła, wrażeń. Jednak zabierają równie wiele. Całe obszary, niegdyś istotne, dzięki dzieciom stają się niedostępne. Na przykład – książki. Renata uwielbiała czytać. Kiedyś, w epoce przedlodowcowej, przeddziecięcej, czytała kilka książek tygodniowo. Głównie wieczorami. Teraz, gdy zapadała nocna cisza, Renata zasypiała od razu po przyłożeniu głowy do poduszki.

Nie otworzyła jednak książki. Trzymała ją w opuszczonej ręce i przyglądała się kilku łatom śniegu, szarym resztkom, jakby porzuconym na obrzeżach stadionu. Starsi chłopcy grali bez szalików, niektórzy zdjęli kurtki, w tym i Eryk. Został w samej czapce, ale Renata nie martwiła się – wiedziała, że jest mu gorąco i że zaraz po zakończeniu gry po prostu założy kurtkę, bez żadnego przypominania. Dwoje młodszych próbowało gonić za piłką, co starsi przyjmowali niechętnie. Renata wiedziała, że kiedy Krzyś zacznie rozpinać kurtkę, to będzie sygnał do zakończenia zabawy. Krzyś potrafił chorować z byle przewiania. Stała tak kilka minut, zanim podeszła na skraj boiska. Eryk zauważył matkę i niemal natychmiast pomachał kolegom na pożegnanie. Krysia i Krzyś niechętnie ruszyli za bratem.

W samochodzie panował rejwach.

– Co na obiad? – dopytywał się Krzyś.

– Nie jadłeś w przedszkolu? – Renata zdziwiła się zwyczajowo, a Krzyś tylko się skrzywił. – Rosół i mielone – odpowiedziała niby obojętnie.

– Hura! – wykrzyknął Eryk, a pozostała dwójka wtórowała. – Mielone!

– Ale muszą zostać dla taty, pamiętajcie.

– To zależy, ile ich przygotowałaś, mamo – wtrącił Eryk. Renata się uśmiechnęła. Akurat on nigdy by nie zapomniał o ojcu.

Zamyśliła się. Byli małżeństwem od siedemnastu lat. Nigdy się nie kłócili, żyli zgodnie, a jednak… ostatnio nie czuła się szczęśliwa. Była ciągle zmęczona, a Mateusz dwa lata temu awansował i teraz w tygodniu praktycznie nie bywał w domu. Albo jeździł po Polsce, albo do późna przesiadywał w biurze.

Rzadko się widujemy, to i rzadko się kłócimy – myślała Renata. Od czasu do czasu przychodziło jej na myśl słowo „wypalenie”, ale z ogniskiem, rozpaleniem i wypaleniem trzeba być ostrożnym, gdy ma się trójkę dzieci. Dlatego Renata nigdy nie rozmyślała o tym zbyt długo.

– Krysia, zanieś plecaki, Eryk, pomóż Krzysiowi poukładać kurtki – komenderowała, jednocześnie odgrzewając obiad i wyjmując talerze. Gdy dzieciaki siedziały już przy stole, chwyciła za telefon.

– Heloł, mamy niespodziewankę! – powiedziała.

– Jestem w pracy. – Usłyszała chłodny komunikat.

– Daj, mamo, ja powiem tacie. – Eryk wyciągnął rękę. Renata oddała synowi telefon z poczuciem, że coś jednak nie jest heloł.

– Ile ci zostawić kotletów, tato?

Młody posłuchał przez chwilę, uśmiechnął się. – Jasne! – odpowiedział ojcu i oddał matce telefon.

– Wybacz, naprawdę jestem zajęty.

– Wiem, ja tylko sobie odpoczywam – odpowiedziała odruchowo.

– Mam huk roboty, a jutro przed szóstą rano wyjeżdżam. Wybacz – powiedział Mateusz. W głosie wcale nie było słychać przeprosin.

To nieprawda, że nigdy się nie kłócimy – pomyślała Renata po rozłączeniu się. – Kłócimy, tylko wolę o tym nie pamiętać.

Popołudnie minęło niepostrzeżenie. To już wieczór? – zdziwiła się Renata, gdy dostrzegła Mateusza w drzwiach.

Wszedł do kuchni, w rękach trzymał bukiet tulipanów.

– Szklarniowe, ale zobacz jakie ładne – powiedział do Renaty.

Uśmiechnęła się i przytuliła. Dobrze, że jest – pomyślała.

– Dzieci jeszcze nie śpią – szepnęła. – Ale potem kontynuuj.

Mateusz mruknął coś niewyraźnie.

– Mamo, no daj spokój! Żeby się tak lizać przy dzieciach! – Krysia pierwsza zbiegła ze schodów.

Zbyt rezolutna ta nasza córka – pomyślała Renata.

– Mamo, ja też chcę, ja też! – wołał Krzyś biegnący za siostrą.

– Dokończymy wieczorem – mruknęła do męża Renata. – Kochani, jak tam lekcje, wszystko odrobione?

– A pomożesz mi wydrukować, mamo? Coś o pingwinach potrzebuję.

– Masz jakąś lekturę? Dlaczego pingwiny?

– Nie wiem, pani kazała. Na jutro.

– Mamo, a ja mam szlaczki, zobacz jakie ja mam szlaczki do pomalowania.

– Eryk, a ty już wszystko zrobiłeś?

Z góry dochodziły odgłosy krzątaniny, Mateusz stał oparty o lodówkę. Zniechęcał go bałagan w kuchni i okruchy na stole. Do nowego domu wprowadzili się niecały rok temu.

 

 

 

Rok wcześniej

Wprowadzają się do nowego domu. Miejsce – ucieleśnienie wolności, spełnienie marzeń. Nowe życie. Jednym słowem – wszystko, czego można obiecywać sobie w nowym miejscu. Wykończenie domu jest kosztowne. Zbyt kosztowne. Stosują rozwiązania tymczasowe. Rezygnują z niektórych, wcześniej ważnych elementów. Wszystko w imię wolności.

Dojazd do miasta, chociaż niedaleki, zajmuje w porannych korkach ponad godzinę. Renaty to nie dotyczy, lub dotyczy rzadko. Mateusza bardzo. Klepisko wokół niewykończonego tarasu powoduje, że Mateusz nawet w dzień zaciąga rolety. Ogród ma być miejscem spotkań, grillowania z przyjaciółmi, skakania na trampolinie z dziećmi. Na razie jest, i jeszcze długo będzie, jedną z dalszych pozycji na długiej liście pilnych potrzeb rodziny.

– Piękne te iglaki. – Renata się zachwyca. – I piwonie, chciałabym mieć piwonie w ogrodzie. I róże.

Renata ogląda rośliny w szkółkach, wpisuje je na kolejną, wydłużającą się listę. Rysuje kształty rabat, projektuje nasadzenia. Czyta książki. Nie kupuje roślin, nie mają na to pieniędzy.

Renata… Zmęczona, z odrostami na głowie. Często mówi o tym, jak bardzo chciałaby mieć długie włosy. Rude loki, ale nawet o krótkie nie dba. I ma brzydkie, nierówne paznokcie. W domu ciągle bałagan, zamieszanie.

W pracy u Mateusza też zamieszanie. Ale inne. I… Joanna. Wprawdzie sekretarka szefa, ale jaka sekretarka. Na szpilkach, a jej mieszkanie wypieszczone, czyściutkie.

 

 

 

Teraz

Mateusz zreflektował się i odruchowo sprzątał kuchnię. Zerknął w okno na swoje odbicie, stał tam smutny facet z bladą twarzą. Zasłonił roletę.

– Do dupy z takim życiem – powiedział do siebie.

– Mateusz! – zawołała z góry Renata.

Wszedł na górę niechętnie, z przyklejonym sztucznym uśmiechem.

– Czas kąpać dzieciaki. – Renata za to uśmiechała się szczerze i dwuznacznie.

– Dzisiaj tata mnie kąpie! – Krzyś podskakiwał.

– Nieprawda, mnie! – sprzeczała się Krysia.

– Obydwoje, rozbierać się, marsz! – zakomenderował Mateusz.

Renata wyszła do drugiej łazienki. Szybki prysznic, miękki ręcznik. Zanim wykąpane dzieci trafiły do łóżek, czekała już na nie z książką na kolanach.

– Dwa rozdziały, mamo, dwa!

– Trzy, dzisiaj trzy! – przekrzykiwały się dzieci.

– Zobaczymy – tajemniczo odpowiedziała Renata. Zanim doczytała pierwszy, dzieciaki spały. Weszła jeszcze do Eryka, leżał w łóżku ze słuchawkami na uszach. Udawał, że śpi. Matka zgasiła światło.

W sypialni Mateusz czekał na żonę.

– Co się stało? – zapytał, gdy zdjęła szlafrok.

– Gdzie? A, nic. Potknęłam się na schodach. To tylko stłuczenie.

– Biodro masz spuchnięte.

– Trochę boli. Szczęście, że nie spadłam z tych schodów, połamałabym się. A tak, cała i zdrowa, mogę się z tobą kochać.

Następnego dnia Renata miała dużego siniaka na ramieniu. Zupełnie nie pamiętała, aby się o cokolwiek uderzyła.

 

 

– Jestem zmęczona – skarżyła się Renata matce przez telefon.

– Pewnie, że jesteś. Każdy by był zmęczony przy trójce dzieci i takim wielkim domu do ogarnięcia. A Mateusz to ci w ogóle nie pomaga. Przyjedź do nas, odpoczniesz trochę.

– Mamo, Mateusz pracuje, utrzymuje dom i nas wszystkich.

– Przyjedź ty do Lipna, córuś.

– A co zrobię z dziećmi?

– A teściowa? Niech przyjedzie, raz chociaż.

– Mamo, to nie takie proste. Spróbuję. Może się uda, zadzwonię za parę dni.

Renata oglądała w lustrze swoje ciało. Siniak od potknięcia na schodach nie zszedł, na razie rozlał się na prawie całe udo i świecił tęczowo. Właściwie nie było części ciała, na której Renata nie miałaby siniaka. Posmarowała się grubą warstwą kremu.

Sine, nie sine, niech chociaż nie będzie wysuszone – pomyślała.

Znowu się śpieszyła. Musiała wcześniej odebrać Krysię i pojechać do lekarza. Większość dzieci w szkole i przedszkolu była chora, Krysia też zaczęła kaszleć. Renata ubierała się, gdy zadzwoniła wychowawczyni Krzysia. Teraz już musiała odebrać dwójkę dzieci i z obojgiem pojechać do lekarza. Spojrzała na zegarek.

Może zdążę jeszcze wrócić po Eryka – pomyślała.

Wsiadając do samochodu, zaczepiła obcasem o brzeg spódnicy, ale utrzymała równowagę.

No nie, dosyć siniaków – pomyślała i dokładnie wtedy zakaszlała po raz pierwszy.

 

 

– Lekarz stwierdził wirusówkę u obydwojga – powiedziała Mateuszowi przez telefon. – Byłam już w aptece, jadę jeszcze po Eryka, jak już ich położę, to nie wyjdę z domu.

– …

– Tak, niestety. Całą trójkę dzisiaj wcześniej zabieram ze szkoły. Żeby tylko jeszcze Eryk nie był chory, wtedy już chyba zwariuję.

– …

– Tak trochę tylko, śpieszę się, złapałam trochę zimnego powietrza, to i kaszlę.

 

 

– Mamo, dzieci chore, nie przyjadę teraz.

– Dziecko, jak ty dasz radę? Sama?

– Mamo, muszę dać radę.

– Ty kaszlesz!

– Dzieciaki tak sieją, że i ja muszę sobie pokaszleć. Nic mi nie jest, nie martw się, mamo.

– Żebyś ty się jeszcze nie rozłożyła.

– Ja nie mogę, muszę cały dom trzymać w ryzach. Ale teściowa obiecała, że jak tylko dzieciaki wyzdrowieją, to przyjedzie. Będę mogła na kilka dni wyrwać się do ciebie.

– Całe szczęście. Bo już z obrazy chyba bym do ciebie przyjechała.

– Też byś mogła, mamuś.

– A mogła, mogła. Przyjadę, niech no się tylko cieplej zrobi, wiesz jak ja zimy nie lubię.

– Wiem, mamo. Tylko co za różnica, zima w Lipnie czy tutaj?

– W Lipnie ładniejsza.

– Jasne. Mamo, muszę lecieć, dzieciaki wołają.

– Tylko dbaj o siebie, dziecko.

– Będę, mamo.

 

 

– Mamo, kaszlesz tak, poszłabyś może do lekarza?

– Eryk, nie zagaduj, tylko rób zadania. Jak wrócisz do szkoły, od razu każą ci pisać klasówkę, wiesz o tym.

– Wiem, mamo, ale to proste.

– Och, ty mój! – Renata cmoknęła syna w czoło. Miała bardzo suche, spierzchnięte wargi. Kaszląc, wyszła z pokoju syna.

– Krysia, Krzyś, do łóżek!

– Mamo, w łóżku nudno!

– Jak nudno, to wstajemy! Ubierać się. Pomagacie mi zrobić obiad.

– Tak, pomagamy! Hura!

Pomaganie polegało na chlapaniu mikserem na blat, ścianę i podłogę. Maluchy kroiły też gotowane warzywa.

– Oddaj nóż! – kłóciły się co chwila.

Stojąc nad garnkami, Renata jednocześnie zerkała na dziecięce wybryki. Po obiedzie zadzwoniła do Mateusza.

– Mam gorączkę, wezwałbyś lekarza?

– Złapałaś od dzieciaków, fatalnie. A ja teraz nie zostanę z dziećmi, muszę wyjechać.

– Znowu wyjeżdżasz?

– Renatko, wiesz, że walczę o awans…

– Wiem, jasne. Oczywiście. Zadzwonię po doktora.

– To zadzwoń. Będę wieczorem.

– Pa.

 

 

– Bardzo dużo mam wezwań, droga pani.

– Że też pan doktor takie tempo wytrzymuje. Już po dziesiątej. Od której jest pan na nogach?

– Oj długo, droga pani, długo. A teraz proszę nie mówić nic przez chwilę… Od dawna ma pani te siniaki?

– Już schodzą. Ten to od ponad dwóch tygodni. Ale faktycznie, dużo ostatnio ich mam, nie wiem dlaczego. Niezgrabna jestem.

– Coś jeszcze pani dolega?

Renata zastanowiła się.

– Łamie mnie w kościach. Właściwie ciągle bolą mnie kości.

– Kiedy ostatnio robiła pani badania?

– Jakie badania, doktorze?

– Podstawowe badania krwi.

– Nie pamiętam.

– Ale o samochód dba pani?

– Słucham?

– Przegląd techniczny robi pani w samochodzie?

– Mąż robi.

– A o swoją własną maszynerię pani się nie troszczy? Siebie też trzeba oddawać do przeglądu. Zalecenie na najbliższe dni – pod żadnym pozorem nie wolno pani wychodzić z łóżka. Gorączka, taka jak dzisiaj, może się utrzymywać przez trzy dni. Proszę ją zbijać według wskazań. – Lekarz wręczył Renacie zapisaną kartkę. – I proszę bardzo dużo pić, jak najwięcej. A jeśli czwartego dnia gorączka będzie się utrzymywała, proszę do mnie zadzwonić. Przyjadę choćby i o jedenastej. – Uśmiechnął się.

Renata też próbowała się uśmiechnąć.

Doktor poprosił Mateusza o rozmowę.

– Oto recepty dla całej czwórki. Pan też za chwilę może być chory, więc profilaktycznie proszę wziąć to. Tutaj są dawki i stosowanie. – Doktor wręczył Mateuszowi stos kartek. – Koniecznie proszę zadbać, żeby żona się dobrze odżywiała. Żadnych ciężkostrawnych rzeczy. Jest bardzo osłabiona.

– Jest chora.

– Tak… Gdy tylko poczuje się lepiej, mniej więcej tydzień po ustąpieniu gorączki, musi zrobić badania. Tu ma pan zapisane, jakie. I proszę koniecznie do mnie zadzwonić, jak już będą wyniki.

– Doktorze Affentowicz, co dolega mojej żonie?

– Teraz? Wirus. A poza tym – nie wiem.

– Ale…

– Nic więcej nie wiem. Proszę do mnie zadzwonić.

 

 

 

Trzydzieści pięć lat wcześniej

– Szybciutko, posprzątaj pokój – mówi matka do Mateusza piskliwym tonem.

Siedmiolatek uważa, że ułożył już wszystko. Matka pokazuje palcem.

– Ten miś jeszcze.

– Ale on mi będzie potrzebny. On tu mieszka.

– Na środku dywanu? Wykluczone.

– Ma tu swój domek.

– Właśnie, te poduszki też sprzątnij.

– Mamo, ale ja się tu bawię!

– To później się pobawisz. Teraz czekamy na doktora.

Chłopiec doprowadza pokój do idealnego porządku. Patrzy ze smutkiem na pusty dywan i równo ustawione zabawki na półkach. Gdy słyszy dzwonek do drzwi, podskakuje nerwowo, ale nie wychodzi z pokoju. Stoi cały czas na środku. Czeka.

– Marysiu – słyszy szept – musimy wytrzymać.

– Nie mogę się doczekać – odpowiada matka chłopca.

– Z takimi chorobami różnie bywa.

– Serce? Z sercem bywa krótko i jednoznacznie.

– Albo długo i nieprzewidywalnie.

– Ale ja już nie wytrzymam, rozumiesz? Już z nim nie mogę!

– Ciii… pójdę do Mateusza. Niech dzieciak nie czeka. Nie obchodzą go nasze dorosłe sprawy.

– On jest tylko przeziębiony.

– Pozwól, że zobaczę.

Doktor wchodzi, uśmiecha się do chłopca. Mateusz nie odpowiada. Stoi sztywno wyprostowany i wykonuje polecenia. Siadaj, rozbierz się. Oddychaj, głęboko, nie oddychaj. Stetoskop jest zimny, ale chłopiec nawet nie drgnie.

– To nie jest tylko przeziębienie. Wcześniej powinien być już leczony. Ma zapalenie oskrzeli. Musi zostać w domu.

– W domu? Kto ma z nim zostać? Ja zwariuję, nie mogę siedzieć w domu z dzieciakami, muszę wyjść do ludzi!

– Uspokój się, Marysiu. Kto ma zostać z dziećmi, jeśli nie matka?

– Kto? Niechby i Grzegorz!

– Przecież twój mąż jest w szpitalu. Uspokój się, uspokój…

Mateusz w swoim pokoju siedzi na tapczanie. Tam, gdzie zostawił go doktor. Wszystko słyszy przez cienkie ścianki gierkowskiego budownictwa.

 

 

 

Teraz

Doktor Affentowicz odwiedzał ich dom, od kiedy tu zamieszkali. Był poleconym przez znajomego znajomego, doświadczonym lekarzem rodzinnym. Sama jego aparycja wzbudzała zaufanie – siwe włosy, lekko kręcące się, krótko przystrzyżone na karku. Ubrany zawsze na szaro, w garniturowe spodnie i miękki blezer lub marynarkę na koszuli bez krawata. Towarzyszyła mu zawsze tradycyjna, poprzecierana lekarska torba i wypastowane na błysk buty. Renata od razu go polubiła i nie chciała już żadnego innego lekarza. Zresztą Mateusz też szybko obdarzył go zaufaniem, a i dzieciaki połykały lekarstwa bez mrugnięcia okiem tylko dlatego, że przepisał je „nasz doktor”. Był w średnim wieku, ale roztaczał wokół siebie aurę takiego doświadczenia, że wszyscy mówili na niego „stary doktor”. W domu Renaty i Mateusza stał się swoistym mężem opatrznościowym.

I teraz doktor wyraził coś dziwnego, niejasnego. Mateusz stał w przedsionku domu jeszcze długo po wyjściu lekarza. Co to miało oznaczać? – Zastanawiał się, aż dotkliwie zmarzł. Noc była zimna, nadchodziły znów ciężkie mrozy. Mateusz wszedł do kotłowni, sprawdził ustawienia pieca, pozamykał starannie wszystkie drzwi.

 

 

– Mamo, nie przyjadę teraz, trochę kaszlę.

– No słyszę, słyszę. To może ja przyjadę, pomogę przy dzieciach?

– Co się będziesz zarażać. Posiedzę z dzieciakami kilka dni w domu. Potem zobaczymy.

– Miłosz tęskni za tobą.

– Ukochaj go. A co u Anny?

– Radzimy sobie. Tylko ty wyzdrowiej.

– Tak zrobię, mamo.

 

 

– Krysia, Krzyś, dajcie nam się pouczyć!

– Mamo, to może ja pójdę do siebie. Zamknę drzwi, nie będą mi przeszkadzali. Jeszcze tylko herbaty ci przyniosę.

– A dasz radę sam?

– Mamo, mnie to chyba łatwiej idzie niż tobie…

Renata zaśmiała się, Eryk do niej dołączył. Westchnęła.

– Masz rację. Wyrosłam już ze szkolnych równań. Te wszystkie całki i różniczki, nie wiem, do czego to służy.

– To służy do dręczenia – odpowiedział chłopak. – Wszystkich uczniów. Zresztą, jeszcze historii muszę się trochę poduczyć, też ma być jakiś sprawdzian.

Do sypialni Renaty znów wpadły młodsze dzieci. Kłóciły się o zabawkę.

– Wam to już chyba lepiej, co? Czas wracać do szkoły i przedszkola.

– Tak, mamo, tak! – wykrzyknęła Krysia.

– Nieeee! – Krzyś zawtórował.

– Ubiorę się, pomożecie mi zrobić obiad.

– Może ja pomogę? – zaproponował Eryk, ale Renata machnęła ręką i nastolatek schował się w swoim pokoju.

Po kilku dniach leżenia Renata czuła się znacznie lepiej. Dzieciaki rozrabiały, a zimowe słońce akurat tego dnia uzupełniało braki witaminy D w ludzkich organizmach. Renata wstała, zachwiała się lekko, ale zawroty głowy szybko minęły. Ostrożnie zeszła po schodach i przez całe popołudnie razem z dzieciakami gotowała, a potem bawiła się z nimi na dywanie w salonie.

Wieczorem jednak była tak zmęczona, że zasnęła przed powrotem Mateusza. Eryk podał ojcu kolację, a Mateuszowi przemknęło: To po co mam tu wracać? Do braku żony?

Rano Renata obudziła Mateusza.

– Dzieciaki powinny iść już do szkoły. Przynajmniej maluchy.

– A kto je przywiezie? – w półśnie zapytał Mateusz. – Dasz radę?

– Jeszcze nie. Ale poproszę Darię. Krysia i Krzyś strasznie rozrabiają, nie mam już pomysłu, jak im zaplanować dzień, potrzebują jakiegoś zajęcia.

– To ich ubierz, zawiozę ancymony do szkoły.

 

 

– Jak sobie radzisz?

– Jakoś muszę. – Renata wzruszyła ramionami.

– Spoko, razem damy radę. – Daria była urodzoną optymistką. – Dziś i jutro odbiorę dzieciaki. A potem weekend, dojdziesz do siebie.

– Ciągle kiepsko się czuję. Dzięki za pomoc.

– Nie ma sprawy. A może bliźniaczki pobawiłyby się trochę z Krzysiem i Krysią? Wzięłabym ich do siebie?

Przyjaciółki pożegnały się uściskiem. Renata patrzyła przez okno, jak Daria wyjeżdża z bramy, zawraca, odjeżdża. I zakręciło jej się w głowie.

Wyjeżdżanie tyłem z bramy jest zbyt skomplikowane, aby na nie patrzeć – pomyślała. – Daria jest intensywna. Pewnie po prostu zmęczyła mnie rozmowa. Powtórzyła zdanie głośno, ale nawet to jej nie przekonało.

To niemożliwe – mówiła dalej do siebie. – Spotykam się z Darią od ponad roku, nazywam swoją przyjaciółką. Nie, ja po prostu muszę wyzdrowieć. – Pociągnęła nosem. – Paskudne to przedwiośnie. Dobrze, że chociaż Mateusz się trzyma.

Usiadła przy stole, kładąc ręce równo przed sobą na drewnianym blacie. Skupiła się na ciszy, a raczej na spokoju tego domu, który ciszą wcale nie był. Dyskretnie skrzypiała lodówka, konspiracyjnie włączało się ogrzewanie, piec płonął chyłkiem, trochę groźnie. „Zawsze mogę wybuchnąć” – Renata wyobraziła sobie, że to właśnie słyszy. Dziwny głos, mówiący o tym, że otoczenie nie jest przyjazne i dobre. Że jest tylko z grubsza okiełznane, pozornie udomowione. Przesunęła ręce po blacie, zapiszczała skóra na gładkiej powierzchni.

Nie ma ciszy – myślała. – I nawet ja sama nie potrafię być w ciszy.

Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie siadała w salonie. Lubiła odrabiać tam lekcje, na niskiej ławie, którą rodzice przed świętami rozkładali w wysoki i długi stół. Czasami mruczał telewizor, czasem grało radio, często nie. Renata słuchała dochodzącego z kuchni skwierczenia mięsa na patelni, odgłosów szatkowania, tłuczenia, gotowania.

– Co tak siedzisz po omacku? – pytała trochę bez składu jej młodsza siostra.

– Wcale nie – odpowiadała Renata. – Ani po omacku, ani po ciemku, ani po cichu. Słucham, jak mama gotuje.

– Mamo, a Renata podsłuchuje, jak gotujesz! – Anna wpadała do kuchni, oskarżycielsko wyciągając palec w stronę starszej siostry.

– To dobrze – odpowiadała matka, wzbudzając niezadowolenie młodszej córki. – Już dobrze – dopowiadała po chwili.

Renata lubiła to wspomnienie. I lubiła słuchać ciszy.

Teraz myśli skakały jej po głowie. Wyobrażała sobie przeskakujące w jej mózgu impulsy nerwowe, bezładną krzątaninę rozbłysków i refleksów. Prawa półkula, lewa półkula. Płat czołowy, móżdżek. Pień mózgu.

Nawet nie wiem, gdzie jest która część – pomyślała.

Skupiła się na ciszy. Całkowity spokój – myślała. – Uporządkowane myśli, wygasłe w odpoczynku, bezdźwięk, bezruch. Tylko trwanie, najlepiej na tropikalnym placu, zalanym ostrym słońcem, które wypala, gasi odruchy życia. Gdzieś w cieniu wielkiego drzewa, którego nazwy nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. Na metalowym, odrapanym krzesełku. Gdzie wszystko czuwa w półśnie, półżywe, w oczekiwaniu na bryzę w zachodzącym słońcu, na wieczorny cień chęci do życia. Widziała, czuła w tym obrazie czas przeczekania, budowania wewnątrz, zawieszenia gonitwy.

Tak rozmyślając, Renata weszła po schodach, zasapana stanęła na półpiętrze. W łóżku zapadła w półletarg, w stan pomiędzy marzeniem, snem i realnością. Czekała, aż przyjaciółka przywiezie dzieci ze szkoły. I chociaż pamiętała, że wspólna zabawa dzieci w domu Darii zajmie co najmniej dwie godziny, to jednak co rusz zerkała nerwowo na zegarek. W końcu sięgnęła po telefon.

– Jestem zmęczona – poskarżyła się matce.

– Przyjedź. To tylko sto sześćdziesiąt kilometrów.

– Mamo, ja nawet nie mam siły wejść po schodach.

– Córeczko, to poleż jeszcze kilka dni, a potem przyjedź.

– Może w przyszłym tygodniu.

– Pojedziemy do Karnkowa.

– Świetny pomysł. Do tego kościoła na wzgórzu, pośród drzew. – Renata się ożywiła. – I na hot doga, na Statoil.

– Na ile tylko chcesz hot dogów, córuś.

 

 

Rozmowa z Mateuszem nie zakończyła się przyjemnie.

Przecież my się nigdy nie kłócimy – pomyślała Renata.

Mateusz był wściekły. Wyjazd Renaty oznaczał dla niego punktualne wracanie do domu, a plany na następny tydzień miał romantyczne. Wprawdzie mógł liczyć na pomoc Darii, ale to z założenia była pomoc, nie wyręka. Zdenerwowany wyjechał z domu pod pretekstem kupienia świeżych bułek na kolację. Do koszyka włożył parówki, kiełbasę i wędlinę. W odruchu dorzucił też twaróg, chociaż w ich domu jadła go głównie Renata.

O co mi chodzi? – zapatrzył się w niespodziewany dla siebie zakup. – Twaróg jest zdrowy, jej teraz jest potrzebny. Wcale nie chodzi mi o to, że zostanę sam z dzieciakami. Martwię się. Zwyczajnie martwię się o Renatę.

Ruszył dalej sklepowymi alejkami. Tylko czy kawałek sera może cokolwiek zmienić? – pomyślał już przy kasie. Zapomniał o bułkach.

Po powrocie do domu wszedł do sypialni. Na pościelonym z grubsza łóżku Renata we frotowym szlafroku odrabiała z Krysią lekcje. Mateusz usiadł z drugiej strony łóżka. Dziewczynka stawiała litery, wystawiając język i zagryzając wargi.

– Twoja babcia tak zawsze robi – powiedział.

Renata podniosła pytająco brwi.

– Moja mama zawsze wystawia język, kiedy pisze.

Renata uśmiechnęła się do męża.

– Matematykę zrobiłam w świetlicy – pochwaliła się Krysia.

– Potwierdzam. Ani jednego błędu.

– Ani jednego? – Teatralnie zdziwił się Mateusz. – To musimy chyba tutaj kogoś mocno wyściskać!

Odprowadził córkę do dziecięcego pokoju.

– Jeśli chcesz, to po prostu pojedź – powiedział po powrocie od sypialni. – Tylko wracaj do mnie szybko. Ciężko mi będzie bez ciebie i będę tęsknił.

 

 

– Jak ty schudłaś!

– Fajnie, prawda?

– Aż za bardzo! – Matka Renaty pokręciła głową z dezaprobatą.

– Nie mów mama, świetnie wygląda – wtrąciła siostra Renaty.

– Jak patyk – upierała się seniorka.

– Co zrobiłaś? – dopytywała się Anna.

– Nic szczególnego. Chorowałam trochę, no i myślałam o schudnięciu. Myślenie daje świetne efekty.

– Też bym chciała chudnąć od myślenia.

– Nie gadaj, dobrze wyglądasz – znów wtrąciła matka.

– No właśnie, dobrze, dobrze, aż za dobrze.

– Ciociaaa! – Rozmowę przerwał siostrzeniec Renaty. Wbiegł do kuchni w butach, dopiero co przywieziony z przedszkola przez dziadka. – Ciocia! Nareszcie przyjechałaś! Kiedy mnie zabierzesz do siebie? Na dłużej. Na długo! Do Krzysia. Kiedy?

– Miłosz, udusisz mnie! Ale urosłeś! – Wycałowała malca. – A jak w przedszkolu? Jesteś grzeczny?

Miłosz tulił się do dawno niewidzianej ciotki. Pachniała tak ładnie. Nie tak jak mama. Ładnie się ubierała, inaczej niż mama. Ciocia była daleka i zawsze przywoziła piękne rzeczy. Ważniejsza jednak od rzeczy była obietnica zawarta w samym przyjeździe. Z jej wizytą zawsze wiązało się coś niespodziewanego, ekscytującego i niecodziennego.

Chłopiec już od dawna chciał pojechać do nowego domu cioci. Do tego miejsca, w którym Krzyś i Krysia mieli wielkie, jasne i suche pokoje. Marzył o tej podróży wieczorami, przed zaśnięciem, ale potem miał smutne sny, z których budził się nad ranem z lękiem. Śniło mu się wtedy najczęściej, że jechał do cioci, ale nie mógł do niej dojechać, a Krzyś i Krysia tylko z daleka machali mu, jakby z okna szybko oddalającego się pociągu. Budził się wtedy nagle, bez krzyku, i nie mógł już zasnąć. Nigdy nie opowiedział nikomu o tych snach, nawet mamie, bo sam szybko o nich zapominał. Tylko następnego dnia był niegrzeczny w przedszkolu, krzyczał na inne dzieci, wychowawczyni się skarżyła. Miłosz nie kojarzył tych zdarzeń ze swoimi snami.

– Ciocia, a kiedy pojedziemy na Statoil?

– To trudne pytanie… może zaraz?

Miłosz ze szczęścia nie mógł wykrztusić słowa. Na hot doga. Zaraz. Z ciocią. Na Statoil.

– Rozpieszczasz go. – Anna się skrzywiła.

– Za rzadko – odparła Renata.

– Kocham cię, ciociu – wtrącił Miłosz.

Renata przytrzymała siostrę gestem. – Nie jedź z nami – powiedziała.

Anna prychnęła. – Przekarmisz go.

– Tak. – Renata się uśmiechnęła. – Pozwól mi na to.

Anna wzruszyła ramionami.

– A ja mogę z wami jechać? – zapytała Krystyna.

– Babcia tak, babcia tak! – Miłosz podskakiwał.

W samochodzie gadał jak najęty. Z paplaniny dziecka Renata wyłowiła niepokojącą nieobecność ojca.

– A co na to tata? – zapytała w pewnej chwili.

– A nic – odpowiedział Miłosz. – Tata się wyprowadził.

Dziecko paplało dalej, a na przednich siedzeniach zapadła cisza. Renata pomyślała ze smutkiem, że wcale jej to nie dziwi. Od dawna przeczuwała, że w małżeństwie jej siostry nie dzieje się najlepiej. Obiecała sobie teraz, że kiedy tylko zostaną same, porozmawia z Anną.

Na stacji Renata zaczęła mieć skrupuły przy czwartym hot dogu, którego domagał się mały. – Ale nie powiesz mamie?

Zdecydowanie pokręcił głową.

– Jest mi niedobrze już od samego patrzenia – skomentowała Renata. Mały jednak był szczęśliwy, a w drodze powrotnej dopytywał się, kiedy wreszcie pojedzie do cioci, do Krzysia i do Krysi.

– Może na Wielkanoc? – Renata spojrzała pytająco na matkę. – Wy też byście przyjechali?

– Właściwie… – zawahała się Krystyna.

– Postanowione. Przyjedziesz do nas na Wielkanoc!

– Super.

Po powrocie malec od razu pobiegł do matki.

– Jadę do cioci na długą noc!

– Na długą noc? – Anna uniosła brwi.

– Na Wielkanoc. – Renata się uśmiechnęła. – Jeśli się zgodzisz.

– I ciocia kupiła mi cztery hot dogi!

Anna wyszła z kuchni.

 

 

 

Dwadzieścia lat wcześniej

– Nie, nie mam.

– No weź…

Grupa nastolatków stoi na wietrze. Jesień tego roku przyszła wcześnie. Trzeszczące sterty liści zalegają we wszystkich kątach. Nawet tutaj, chociaż stacja jest często sprzątana.

– Dopiero wrzesień, a już zimę czuć – odzywa się jeden z chłopaków.

– Co ty, ramol jaki? Dawaj.

Młodzi ludzie przekazują sobie z ust do ust – butelkę i szluga.

– Mi też daj. – Domaga się dziewczyna o długich blond włosach.

– Renata, ty nie – odpowiada chłopak.

– A co, ja gorsza? – Ślicznotka się buntuje.

– Nie, lepsza. Masz być najlepsza. Jutro masz zawody.

– Ale ja chcę! – Młoda się upiera.

– A ja idę w stronę twojego domu. Odprowadzę cię.

– Przestań! Nie bądź taki tatusiek.

– No właśnie, tatusiek! – Pozostali rechoczą.

– Ty, odprowadzić ją chcesz? Że niby sam na sam? Nocną porą? – Towarzystwo jest już podchmielone.

Chłopak wzrusza ramionami. Wyciąga rękę w stronę dziewczyny. Renata podaje mu swoją, odwraca się od rozbawionej młodzieży. Dziewczyny są już pijane, chętnie przytulają się do kolegów. Pomimo zimna ich spódnice są krótkie, a ręce chłopaków nie napotykają sprzeciwu, gdy pod te spódnice się wślizgują.

Dlaczego właściwie z nim idę? Bo nie dał mi się upić? Bo pamięta, że jutro jeżdżę? I nie pozwolił zapalić? Idę z nim nocą, dobrze robię? – myśli dziewczyna.

– Nie daj się – mówi chłopak. – Oni piją, bo nic innego nie mają.

– A ty jesteś taki mądry. Pozjadałeś wszystkie rozumy. A potem wrócisz do siebie i zapomnisz. A oni będą pamiętać, że poszłam z tobą w noc.

– Ja wrócę. Do siebie. A najpierw do nich. Szybko, bardzo szybko. Będą wiedzieli, że nic się nie wydarzyło. A ty się nie dawaj.

Idą w milczeniu skrajem drogi. Nie ma latarni, oświetlają ich tylko od czasu do czasu przejeżdżające samochody. Omiatają ruchomymi snopami ich sylwetki i nagie gałęzie drzew.

– No super! – Dziewczyna się wzdryga. – Jeszcze zaczęło padać.

– Jesteś z cukru? – Chłopak wyraźnie z niej kpi.

Renata nie odpowiada, wzrusza tylko ramionami, chociaż jej towarzysz nie może tego widzieć. Zatrzymuje się, chwyta ją za ramiona. Dziewczyna jest przestraszona.

– Posłuchaj. Nie daj się. Nie pozwól im na to. Jesteś inna. Masz w sobie coś, jeździsz na łyżwach, czytasz. Masz pasję.

– O co ci chodzi? – Dziewczyna rusza dalej, nie podnosząc głowy.

– Mój przyjaciel. Był świetny. Mądry. Miał plany. Dużo chciał. Ale trochę się nudził. Więc chodził do naszego klubu na osiedlu. Takie tam. Wiesz, nic szczególnego. Trochę muzyki, wielka świecąca kulka na środku sufitu. Niewielki barek, nic w nim nie było złego. Złe przyszło w kieszeniach kilku chłopaków. Małe butelki, potem większe. Kilka fajek, potem skręcik. Dwa tygodnie temu pożegnałem kolegę. Leży na skraju cmentarza, w nowej części. Ważył trzydzieści osiem kilo, kiedy umarł. Chociaż on bardziej… zdechł… Nudził się. Ty się nie nudź. Rób coś.

Idą w milczeniu.

Już pod domem dziewczyna podnosi głowę. – Dlaczego ja? – pyta.

Chłopak wzrusza ramionami. – Nie wiem. Co za różnica. Bo jesteś inna. Bo mi się tak wydaje. Bez powodu.

– Bez?

Stoją przed furtką. Mokną.

– Bo patrzyłem, jak jeździsz. Widziałem kiedyś. Nie zmarnuj tego. Bądź kimś. Kimkolwiek, tylko bądź.

Chłopak odchodzi, unosząc tylko rękę w geście pożegnania.

– Gdzie chodziłaś? – interesuje się siostra Renaty.

– Co miałam chodzić. Deszcz pada – odpowiada Renata.

 

 

– Ten chłopak wczoraj, to jak on miał na imię? – pyta Renata koleżankę.

– Wczoraj? A co ja pamiętam z wczoraj? Deszcz padał. Tyle wiem.

 

 

 

Teraz

– Dziecko, pojechałybyśmy do Karnkowa – powiedziała Krystyna po obiedzie.

– Pewnie, mamo. Może jutro z rana, dzisiaj już trochę ciemno.

– Anna, pojedziesz z nami? – zapytała Krystyna młodszą córkę.

– Ja… – Zająknęła się, ale gdy matka spojrzała na nią surowo, odkładając łyżeczkę od herbaty zirytowanym gestem, dopowiedziała szybko: – Tak, mamo. Oczywiście.

– Podjedź po nas, jak tylko odwieziesz Miłosza do przedszkola.

– Mamo, litości, to będzie ósma rano – jęknęła Renata. – Daj się wyspać!

Krystyna nie odpowiedziała. Była przyzwyczajona do wczesnego wstawania. Od dawna wprawdzie nie prowadziła dużego gospodarstwa, do jakiego przywykła w młodości. Zostało kilka kur i mały warzywniak. Czasem czuła pokusę usłyszenia z obórki odgłosów cieląt. Lubiła ich chrapliwy oddech, a nawet gorący, kwaśny zapach świeżych krowich placków, którymi potem nawoziła ogród. Klepała krowy i cielęta, głaskała ich chrapy, z przyjemnością szczotkowała. Rzadko doiła mechanicznie, lubiła miękkość wymion i dźwięk sikającego do cebrzyka mleka.

Teraz obórka stała się graciarnią. Kilka starych krzeseł, które szkoda wyrzucić, chociaż nie były używane już nawet w ogrodzie. Łuszcząca się farba na starym kuchennym kredensie pokazywała tęczę zmieniających się upodobań Krystyny. Ostatnio uspokoiła kolory wokół siebie, meble były jasne, a ubrania – szare. Kiedyś ściany jej kuchni miały kilka kolorów jednocześnie, a meble były jaskrawopomarańczowe. Kilka lat później nastąpiła znowu era ciemnej zieleni, która niespodziewanie zmieniła się w rozbielony błękit.

Kolory się zmieniały, niezmienne pozostało przekonanie, że wstawać trzeba rano. Szkoda dnia – myślała Krystyna. Czasem przychodziło jej do głowy, że jednak nie bardzo jest co robić w ciągu tego dnia, ale wolała posiedzieć w ciszy i udawać, że coś haftuje, niż wylegiwać się w łóżku. A nuż któraś sąsiadka przyjdzie i zobaczy, że ja o ósmej jeszcze w betach? – myślała.

Renata znała obyczaje matki i nie zamierzała się spierać, chociaż czuła się zmęczona. Przyjemna skądinąd wyprawa na stację wyczerpała ją bardziej, niż chciała się przyznać. Z niemałym trudem pomogła matce posprzątać po posiłku. A potem pod pretekstem obejrzenia telewizji z ulgą usiadła na kanapie. Chciała się wyspać, ale nie miała wątpliwości, że nim matka otworzy skrzypiące drzwi jej panieńskiej sypialni, obudzi ją wewnętrzny budzik, nastawiony na codzienny obowiązek odwiezienia dzieci do szkoły. Potem już nie będzie mogła zasnąć.

Pomyliła się. Znacznie wcześniej, długo przed świtem, obudził ją jakiś ptak łomoczący skrzydłami pod dachem. Potem dyskutowali z ojcem, który wrócił późno w nocy od swojego brata, i którego ten sam ptak obudził nad ranem, że coś dużego musiało wlecieć na strych, może pod podbitkę. Nikomu jednak nie chciało się wchodzić po stromej drabinie. Na strych, na którym nikogo nie było od co najmniej dwunastu lat – od kiedy to obórka stała pusta i przejęła funkcję przechowalni dla niepotrzebnych, na wpół już umarłych przedmiotów.

Po śniadaniu wyruszyły na wycieczkę.

– Pamiętacie, jak chodziłyśmy tam na piechotę? – zapytała matka. Ojciec pozostał w domu z nadzieją, że nieobecność żony pozwoli mu na wylegiwanie się w łóżku w dzień.

– Mamo, jak mam pamiętać. Woziłaś mnie wtedy w wózku! – Renata się uśmiechnęła.

– A mnie to już woziłaś samochodem… – dodała Anna.

– Maluchem, nie samochodem! – Siostry zaczęły chichotać.

– Tak, nie pamiętacie. A dla mnie to były zawsze święte wyprawy, pielgrzymki niemal.

– Mamo, jedziemy tam dla przyjemności dzisiaj…

– Jedziemy do kościoła, dziecko. – Krystyna zmitygowała córkę.

Renata spojrzała w lusterko. Zrobiła kilka min, Anna odpowiedziała tym samym. Ot, wygłupy. Krystyna udawała, że nie widzi. Ale nie była zła na córki. I tak po przyjeździe na miejsce – dokładnie jak przewidziała – w odpowiednim do miejsca nabożnym skupieniu wchodziły na kamienne schody.

Zaparkowały wzdłuż utwardzonej drogi, tuż pod murkiem wspierającym kościelną skarpę. Poręcz schodków była lodowata i przerdzewiała. Nie dawała oparcia, tylko ułudę bezpieczeństwa. A jednak Renata wspierała się na niej lekko, szukając jakiejkolwiek podpory przy wejściu na sześć schodków. Anna szła za siostrą zamyślona, spoglądała na wierzchołki drzew, ogołoconych teraz, a dających tak potrzebny cień latem. Ileż to razy bawiły się ukryte za tymi drzewami, znudzone monotonnym głosem księdza i powtarzalną melodią zaśpiewów wiernych. Raz nawet zakopały przy pniu drzewa sekret pod szkiełkiem, kolorowe zdjęcie jakiegoś tropikalnego raju, równie dla nich abstrakcyjnego jak Bóg na kościelnych malowidłach. Renata usiadła na ławce pod drzewem.

– Zimna ławka, nie siadaj tam, córuś – strofowała ją Krystyna.

Renata uśmiechnęła się i wstała. Kręciło jej się w głowie, sześć schodków bardzo ją zmęczyło. Posłusznie jednak weszła do kościoła i przykucnęła w ławce. Przysiadła pod białą amboną, od lat nieużywaną, zsunęła się na klęcznik i trwała tak oparta długą chwilę. Nie modliła się, nie myślała o niczym szczególnym. Czuła tylko spokój. Odpoczynek. Kręgosłup na chwilę przestał boleć, chłód kamiennego wnętrza uspokajał wzbierający ból głowy. Na ołtarzu królowała święta Jadwiga, jak zawsze smutno uśmiechnięta.

Dlaczego święci nie mogą być szczęśliwi? – zadawała sobie pytanie Renata jako nastolatka. Przez lata nie znalazła odpowiedzi i pytanie pojawiało się w jej głowie podczas każdej wizyty w świątyni.

Barokowe bogactwo kościoła nigdy jej się nie podobało. Lubiła wyobrażać sobie jego pierwotny, wyważony wystrój. Gotycki kamień, strzeliste formy. Chciała, by były strzeliste. Taki powinien być gotyk. Taki powinien być kościół.

– Mamo, tu jest ogrzewanie? – Renata się zdziwiła.

– A pewnie – z dumą odrzekła Krystyna. – Cywilizacja.

– To se księżulo dogodził – mruknęła Renata, a Krystyna się oburzyła.

– Nie „se dogodził”, tylko wiernym, parafianom. W krypcie porządek zrobił, wywalił umarlaków, co powinni być na cmentarzu, a nie wiernym powietrze zatruwać, i piec wstawił. Teraz mamy luksus.

– Wywalił umarlaków? Co ty mówisz, mamuś? Opróżnił kryptę? Przecież to zbezczeszczenie…

– Milcz córko, jak nie wiesz, o czym mówisz.

– Mamo, ta rodzina od lat utrzymywała ten kościół, jak można było…

– Milcz! – zdenerwowała się Krystyna.

– Milczę już, milczę. Tylko powiedz, co z nimi zrobił? No, z tymi umarlakami znaczy się. Ze szczątkami.

Krystyna wzruszyła ramionami. – A kto to wie.

Anna przysłuchiwała się rozmowie z daleka. Z rozbawieniem.

Pomogła siostrze wyjść z kościoła, bo Renata potknęła się na progu. – Nie pamiętasz, że przy mamie na kościół i księdza słowa nie można powiedzieć?

– Ale tak ze zmarłymi?

Anna wywróciła oczami. – To pod tym drzewem zakopywałyśmy nasze sekrety?

– Pewnie! Może jeszcze któryś został?

– Możemy sprawdzić. – Anna otworzyła torebkę i wyciągnęła pilnik do paznokci. – Nic innego nie mam.

– Ja też mam tylko pilnik.

Krystyna usiadła na ławce, a siostry, chichocząc jak nastolatki, rozgrzebywały twardą ziemię.

– Tutaj!

– Nie, coś ty, tutaj zakopywałyśmy.

– Tutaj, do dziś pamiętam, obrazek z Backstreet Boys.

– To co innego pamiętamy. Ja zakopywałam obrazek z różą, a pod nim było zdjęcie Tomka.

– Tomka? Tego z szóstej D?

– To ty nie wiesz, jaka byłam w nim zakochana?

– Ty? W Tomku? W tym łobuziaku? Moja starsza siostra?

– Za dużo pytań zadajesz, smarkulo. Pewnie, że ja, twoja starsza siostra, w tym łobuziaku. Kochałam go miłością dozgonną, chyba ze dwa tygodnie.

– A skąd miałaś jego zdjęcie?

– Jak to skąd. Ukradłam z tablicy sprzed ich klasy.

– Co? Ukradłaś?

– Chodź, usiądziemy, bo naprawdę poupadamy. Ze śmiechu. Chyba nic nie zostało z naszych sekretów.

– Wspomnienia nam zostały.

– Mhm. Bezcenne.

Krystyna czekała na córki w milczeniu. Dołączyły do niej, lekko zdyszane, bardziej śmiechem niż ze zmęczenia.

– Mamo, ale ksiądz żadnych więcej zmian w kościele nie będzie robił, jak myślisz? Co prawda mur się kruszy gdzieniegdzie, ale tu wszędzie coś ładnego jest. Herby głównie. Żeby nie zniszczyli przy naprawianiu.

– A co ja tam wiem. Ksiądz niech decyduje.

– Anka, a pamiętasz, tam robiłyśmy zdjęcia. Pod tamtym herbem.

– Tam? Nie, to było z drugiej strony.

– Z drugiej też, ale tam przede wszystkim.

Anna zmarszczyła brwi.

– Przypomnij sobie, pół klasy wtedy było.

– Pamiętam! Zdjęcia robił tata Wojtka, a potem nasz tata.

– I potem zostałyśmy jeszcze z tatą, i robił zdjęcia tylko nam.

– Nie tylko nam. Zostały jeszcze jakieś dwie koleżanki. Z mamą.

– Faktycznie. Nawet nie pamiętam, jak miały na imię.

– Miałam wtedy sukienkę z falbankami. Okropną.

– Pamiętam, różowa. – Renata się wykrzywiła.

– Była śliczna! – wtrąciła Krystyna.

– Mamo! – wykrzyknęły obydwie siostry.

– Chciałam wam powiedzieć, dziewczynki, że ja mam tamto zdjęcie. Właściwie zdjęcia. Są w albumie. Takim w szarym płótnie.

Siedziały jeszcze długo pod drzewem, właściwie nie rozmawiając. Renata odpoczywała, Anna rozmyślała, Krystyna też. O niczym szczególnym. Po prostu – w ciszy kościelnej parceli siedziały trzy kochające się kobiety. Krystyna wyciągnęła termos z gorącą herbatą, siostry uśmiechnęły się na tę zapobiegliwość matki, ale z przyjemnością ogrzewały dłonie o parujący kubek.

– Zjecie coś może?

– Mamo, zabrałaś ze sobą wałówę?

– Masz jajka na twardo? – Renata się zainteresowała.

– Na obiad was zapraszam, dziewczynki, do domu.

– Pamiętasz, mama zawsze zabierała ze sobą wielką torbę z jedzeniem. – Renata zwróciła się do Anny.

– Do dziś mam na jednej z bluzek plamę po pomidorze. Niespieralną.

– I kiedyś jajko trafiło się niedogotowane. Chlapnęło tacie na koszulę.

Aż do samego domu wspominały. Kraciastą torbę z pieczonymi kurczakami i owocową herbatę z domowych malin. Mapę na kolanach mamy, często odwróconą do góry nogami, oszczędność rodziców (napijecie się w domu, nie będziemy się zatrzymywać w barze). Pamiętały także kościoły, zamki, ruiny, muzea i wyprawy do lasu.

Obiad czekał na stole. Ojciec własnoręcznie obrał ziemniaki, rzecz niesłychana, i odgrzał zostawione przez Krystynę przysmaki.

– Muszę się położyć – powiedziała po obiedzie Renata.

– Migasz się od zmywania! – warknęła Anna.

– Cicho dziewczynki, ja pozmywam. – Krystyna ucięła szybko.

Renata położyła się w swoim dziewczęcym pokoju na wąskim łóżku. Pościel pachniała domem – niepowtarzalnym zapachem domowego kurzu, od lat tego samego płynu do płukania, rzadko wietrzonych szaf. Pościel pachniała matką. Zapadał wczesny zmierzch, zza bawełnianych zasłonek przeświecały jeszcze resztki dnia. To było otulające, bezpieczne światło. Renata zasnęła w ciągu kilku minut.

Anna pojechała po Miłosza, czekał na nią w świetlicy spragniony cioci i jej obcego, ciekawego świata. Pojechali jednak do swojego domu, Anna umówiła się u matki dopiero na kolację. Krystyna i ojciec także drzemali. Zapadła cisza.

Ta cisza obudziła Renatę. Pulsowało jej w skroniach, było gorąco. Odrzuciła kołdrę i poczuła, że jest bardzo spocona. Przeziębię się – pomyślała, i znów nakryła się kołdrą. Usiadła, cały czas przykryta. Pokój zawirował.

Przecież nie piłam – zdziwiła się w duchu.

Położyła się znów i leżała tak długo, aż Krystyna postanowiła obudzić córkę. Przysiadła na łóżku, dotknęła rozpalonego czoła Renaty, zmierzyła jej gorączkę, a potem zadzwoniła po lekarza. Renata leżała jakby obok siebie, widziała i słyszała, reagowała, rozmawiała, a jednak patrzyła na siebie spod sufitu. Na postać leżącą w za wąskim łóżku, pod spraną pościelą, z pozlepianymi jasnymi włosami, które układały się na przepoconej poduszce jak strąki kukurydzy.

– Ale doktorze, ona chorowała niedawno.

– Może wstała z łóżka za wcześnie. Na razie nic tu nie ma więcej, nic nie słychać w płucach, tylko gorączkę proszę zbijać.

Znów cisza, pusta samotność, która się Renacie wcale nie dłużyła.

– Ciocia, dlaczego ty tak leżysz?

– Ciocia się chyba przeziębiła. Przewiało ją pewnie w Karnkowie. Musi teraz odpoczywać.

– Ja się chciałem z ciocią pobawić!

– Jutro, Miłoszku, jutro.

Renata akceptowała każdą odpowiedź, każda była równie dobra, jak obojętna. Potrzebna jej była aksamitna cisza i taki sen, który by leczył. Sen jednak nadchodził falami, męczący, przynosił zabałaganione obrazy, przeszłe, przyszłe, wymyślone. Kalejdoskop wrażeń budził Renatę co kilkanaście minut. Dopiero druga porcja leków uśpiła jej wyobraźnię na tyle, że mogła przespać spokojnie kilka godzin – aż do czwartej rano, kiedy znów obudziła ją cisza domu.

Przed szóstą zajrzała do niej matka. Ciemne oczy Renaty na jasnej poduszce wydawały się jeszcze większe.

– Nie śpisz?

Renata pokręciła głową.

– Przyniosę ci coś do jedzenia.

Znów przeczący ruch. – Tylko pić.

Posiedziały razem, Krystyna głaskała córkę, tak jak dawno temu, gdy wieczory spędzały jeszcze razem, na wspólnym czytaniu i oczekiwaniu na powrót ojca.

Po siódmej Renata się podniosła. – Lepiej mi już. Leki pomogły, pospałam w nocy. Mamo, nie martw się.

W łazience musiała jednak podeprzeć się dłonią. Uniesiona noga przeważyła zmęczone ciało, Renata w ostatniej chwili uchroniła się przed upadkiem. Usiadła na brzegu wanny, zanim odkręciła wodę. Stała pod prysznicem, oparta o wykafelkowaną ścianę, w obawie, by znów się nie poślizgnąć. Ciągle kręciło jej się w głowie.

Za ścianą w kuchni głośno grało radio, dlatego Krystyna nie słyszała szumu lejącej się wody. Weszła, by wrzucić do pralki brudne ścierki.

– Renata! Co ty taka posiniaczona? – wykrzyknęła.

– Niezdara jestem, mamo. Ale mogłabyś mnie zostawić, trochę tak głupio.

– Co tam, nie tak gołą cię widziałam. I w środku u mnie byłaś. Ty dbaj o siebie, dziecko. – Krystyna podeszła do wanny.

– A to czemu takie dziwne? Cała jesteś w czerwonych kropkach.

– Uczulenia pewnie jakiegoś dostałam. Dzisiaj to nie wiadomo, co i kiedy zaszkodzi.

– Ja tam się nie znam, ale to to nie wygląda mi na uczulenie. Cała w tym jesteś. Plecy, uda, ramiona.

– Mamo, daj mi się wytrzeć.

– Idę, idę. Jak się starej matki wstydzisz, to idę.

Renata nie zauważyła u siebie dotychczas tych plamek. Ot, przyszło, to i przejdzie.

Na śniadanie Anna przyjechała późno. Starsza siostra zjadła już coś wcześniej, bo Krystyna uznała, że chora nie może czekać. Sama jednak czekała na młodszą córkę. Ojciec zjadł z Renatą i udał się do tajemniczej pracy, nazywanej inaczej drzemką nad gazetą.

– Niepotrzebnie czekałaś, mamo. Musiałam w przedszkolu porozmawiać z wychowawczynią. Przy okazji obiecałam, że pomogę przygotowywać dekoracje do przedstawienia. Pamiętasz?

– Dzień babci. Jak bym mogła nie pamiętać. – Krystyna wzruszyła ramionami.

– U nas dzień babci będzie chyba w lutym. Nie wiem czemu tak w przedszkolu zdecydowali – wtrąciła Renata.

– A jak zjemy, to pokażesz ten album? – zapytała znienacka Anna.

– Od razu po niego pójdę. – Krystyna wstała od stołu.

– Mamo, zostaw, ja pójdę. Zjedz spokojnie. – Renata próbowała zatrzymać matkę, ale ta tylko machnęła ręką, jakby opędzała się od muchy.

Renata zaczęła znosić ze stołu. – Jedz szybciej – poganiała siostrę.

– Co ci tak śpieszno?

– W sumie… nie wiem. Zdjęcia pewnie chcę zobaczyć.

Krystyna wróciła z albumami. – Gdzieś tutaj. Ale najpierw skończymy śniadanie.

– Renata mnie pogania. – Anna się poskarżyła.

Krystyna zmierzyła starszą córkę wzrokiem, jakim mierzy się przykrótki materiał na długą suknię.

– Wiem, wiem, mamo, przy jedzeniu nie należy się śpieszyć. – Renata posłusznie usiadła za stołem. A za chwilę Krystyna wstała, by pozbierać naczynia.

– Pomogę…

– Siedź! – przykazała Krystyna. – U siebie jestem, dam radę.

Krzątanina trwała kilka minut. Zmywanie, układanie, wycieranie stołu. Jeszcze świeża herbata i kawa zalewana w szklankach w plecionych koszyczkach. Domowe ciasto i talerzyki w kwiatki. Wszystko stanęło na komodzie, bo albumy zajęły prawie cały stół.

Kobiety wykrzykiwały co chwilę: – A pamiętacie? A tutaj! – aż w końcu Anna znalazła fotografie spod herbu na kościele w Karnkowie. Wszystkie pochyliły się nad zdjęciami. Czarno-białe, na grubym papierze wycinanym w koronkowy wzorek, przedstawiały roześmiane postacie zupełnie nieprzejmujące się fotografem. Dwie siostry, siostry z mamą, dziewczynki z koleżanką, z dwiema koleżankami i ich mamą.

– Tylko taty nie ma na tych zdjęciach – powiedziała Anna.

– Tata fotografował – odpowiedziała matka.

– Mamo, mogę wziąć jedno? Albo dwa?

Krystyna przechyliła głowę, mówiąc: – Właściwie dlaczego nie?

Obydwie siostry wybrały po dwa zdjęcia. Renata następnego dnia po powrocie do domu kupiła do nich ramki – jedno postawiła na komodzie w sypialni, drugie zawisło na ścianie w pokoju dzieci.

Oglądały jeszcze albumy, gdy zadzwonił telefon.

– Mamo! Dostałam piątkę! Muszę nauczyć się robić szydełkiem, muszę zrobić szalik! Zrobię dla ciebie szalik! Mamo, kiedy będziesz? – Krzyś wyszarpnął słuchawkę Krysi. – Ja też chcę zrobić dla ciebie szalik! Czerwony! – Renata próbowała odpowiadać na wszystkie pytania, ale padały zbyt szybko. W końcu słuchawkę przejął Mateusz.

– Wracaj już, nie daję z nimi rady. Ja chcę do pracy! – jęknął.

– Jutro może, dzisiaj trochę słabo się czuję.

– Co to znaczy słabo? Co ci jest?

– Znowu wczoraj dostałam gorączki, odpocznę dziś trochę, jutro pojadę.

– Dbaj o siebie, nie przezięb się. Ubierz się ciepło.

– Mateusz, kochanie. Może za dużo wrażeń. Wczoraj byłyśmy w Karnkowie. Dziś zwolnię trochę, pobawię się z Miłoszem. Jutro wrócę. Przygotuj dzieciaki, że wszystkie prace domowe mają być odrobione, a pokoje posprzątane.

Zaniepokojony Mateusz zadzwonił do doktora Affentowicza.

– A badania zrobione? Niech pan koniecznie przekona żonę, żeby zrobiła badania, z wynikami proszę do mnie zadzwonić.

 

 

– Odbiorę dzisiaj wcześniej Miłoszka. Ucieszy się.

– Może do kina go zabierzemy?

– Na spacer nie pójdę, ale do kina, czemu nie. – Renata uśmiechnęła się do siostry.

Siostry uzgodniły, że zabiorą małego z przedszkola zaraz po obiedzie. W przedszkolu dzieci jadły go przed dwunastą.

– Na lody też pójdziemy. – Renata obiecywała małemu, trzymając go za rękę przy wyjściu z przedszkola.

– Ciociu, a daleko to jest?

– Pół godzinki. Wybierzemy film, a potem będziemy odpoczywać przy lodach.

– I kawie – wtrąciła Anna.

– I wybierzemy prezenty dla twoich kuzynów – dodała Renata.

– A dla mnie?

– No jakżeby inaczej, dla ciebie też, koniecznie! – przekomarzała się Renata, przypinając małego w foteliku.

Anna pomyślała, że w centrum handlowym nie była już… nie pamiętała. Codzienność nie pozwalała jej na jeżdżenie do Włocławka. W Lipnie można było kupić wszystko, co potrzebne, i to musiało wystarczyć. Kino? Zbytek. Podróż – marnowanie paliwa. Kawa i ciastko – luksus.

A niech mały ma – pomyślała. – Niech pamięta ciotkę.

Renata czuła się słabo, więc popołudnie spędzili, powoli spacerując pomiędzy sklepami, dużo odpoczywając na lodach i dwóch kolejnych ciastkach. W międzyczasie zaliczyli głupią kreskówkę. Miłoszowi się podobała. Wrócili do domu wieczorem. Krystyna czekała z kolacją, po słodkościach nie bardzo chcieli jeść. Kiedy jednak Krystyna postawiła na stole czosnkową swojską kiełbasę, wczoraj wędzoną przez sąsiada, Renata nie mogła się oprzeć.

– Na pewno chcesz jutro wracać? – zagadnęła starszą córkę po kolacji.

– Nie wiem, czy chcę, ale dzieci czekają. Mateusz musi iść do pracy… Muszę wracać, chociaż dobrze mi tu u ciebie, mamo.

– Mam dla ciebie kilka rzeczy. – Krystyna z westchnieniem wskazała na dwie wielkie torby stojące przy drzwiach kuchni.

– Mamo?

– To tylko jajka, trochę kiełbasy, ciasto dla was upiekłam. Nic tam takiego, ale co będziecie te miastowe śmieci jeść.

Renata uścisnęła matkę. Pomyślała, obydwie pomyślały, że trzeba wykorzystać okazję i po prostu poczuć swoje ciała, bliskość, dotyk i zapach. Na co dzień głupio tak, obściskiwać się bez powodu, a tu okazja sama się trafiła. Podziękowania, pożegnania, dobry moment. Szczególnie gdy nikt nie patrzy.

Przed nocą Renata wzięła leki, spała więc spokojnie. Krystyna trzy razy wchodziła do pokoju córki, przyglądała się rozsypanym na poduszce jasnym włosom, słuchała lekko chrapliwego oddechu. Renata się nie obudziła.

Rankiem Krystyna zamierzała znów wejść do łazienki podczas kąpieli córki, trzymała nawet na tę okazję pobrudzoną wczorajszą ścierkę. Renata jednak zasunęła zasuwkę. Sama oglądała swoje ciało w sinym świetle poranka. Ilość wybroczyn powiększyła się, pojawił się nowy siniak. Poprzedniego dnia w kawiarni uderzyła się w biodro. Ledwo dotknęła krzesła, a siniak był granatowy, chociaż malutki.

Chyba nie służą mi wiejskie jajka. Coś mnie musi w nich uczulać – westchnęła, wycierając się. Lekko podmalowała oczy, ułożyła starannie włosy. – Prawie jak człowiek – mruknęła jeszcze pod nosem, spoglądając w niewielkie lustro, z którego na brzegach schodziła odbijająca powłoka. Czarne kropy nie układały się w żaden wzór.

– Śniadanie! – krzyknęła Krystyna.

Zaraz za drzwiami dopadł Renatę Miłosz. – Ciocia, nie wyjeżdżaj, pojedźmy jeszcze gdzieś!

– Ty nie w przedszkolu?

– Mama pozwoliła mi się z tobą pożegnać. Przyjedź znowu, szybko! – Dzieciak był smutny.

Przytuliła go i spojrzała z wyrzutem na siostrę. – Będzie teraz jeszcze bardziej tęsknił. Wyjazdy, atrakcje, prezenty, i jeszcze może nie iść do przedszkola.

– On akurat lubi przedszkole. Zrezygnował z niego, żeby z tobą chwilę pobyć.

Miłosz śniadanie przesiedział na kolanach Renaty, domagając się karmienia.

– Regres – mruknęła Anna.

– Daj mu spokój, niech się potuli. – Krystyna broniła wnuka.

– Ja już się pożegnam – wtrącił ojciec. – Muszę jechać do Jurka.

Wszyscy wiedzieli, że ojciec ucieka do sąsiada z obawy przed łzami, głównie własnymi.

Renata wsiadała do samochodu żegnana łzami Miłosza i błogosławieństwem matki.

Cóż za sentymentalny gest – myślała, wyjeżdżając na główną drogę.

Jechała powoli, często odpoczywając. Nie przyznała się matce, że rano miała jeszcze niewielką gorączkę. Stan podgorączkowy raczej, ale jednak. Nie czuła się dobrze i co pięćdziesiąt kilometrów robiła przerwę. W domu była więc późno, dopiero wieczorem. Dzieci obsiadły ją jak muchy lep, prezenty oglądały na kolanach matki. Tylko Eryk siedział z boku, ale też nie wychodził z pokoju, ucieszony kompletnością rodziny. Z ojcem było fajnie, ale mama dawała większe poczucie przewidywalności. Kanapki może były bardziej jednostajne, jednak zawsze były, a ojcu zdarzyło się zapomnieć o włożeniu śniadaniówek do plecaków dzieci. Poza tym zupy z proszku po trzech dniach odbijały się czkawką, czwartego nie był w stanie takiej zjeść. Na pomoc ojca w odrabianiu prac domowych też mógł liczyć średnio, bo Mateusz siedział z nosem w komputerze i odpowiadał na służbowe maile. Mama przynajmniej mówiła uczciwie – nie wiem, ale nie udawała. Pomagała, jak umiała, i zawsze miała dla niego czas.

– Pomóż mi rozpakować auto. – Renata poprosiła Mateusza.

Z garażu przytaszczył cztery torby.

– Coś ty nawiozła?

– Jajka. Ciasto. Mięso. Kiełbasa. Cuda wianki, a wszystko do jedzenia. To do kuchni, a te dwie torby do sypialni.

– Dwie torby? Po co kobiecie tyle rzeczy na cztery dni?

Renata spojrzała z wyrzutem na męża. Mateusz się uśmiechał. Był stęskniony żony tak jak dzieci matki. Gotował zupki, których nie chciał jeść ani on sam, ani dzieciaki. Makaron na obiad też Renacie wychodził smaczniejszy. I w ogóle – trudno byłoby mu się do tego głośno przyznać, ale nie bardzo sobie radził z całą gromadką, gotowaniem, lekcjami, byciem wszędzie na czas. W pracy lepiej potrafił poukładać sprawy do załatwienia.

Wieczorem Mateusz liczył na seks. Po kilkudniowej przerwie wyobrażał sobie wyuzdane sceny. Renata zasnęła, zanim wrócił z łazienki.

Rankiem Mateusz przygotował dzieci, odwiózł je do szkoły i pojechał do pracy. Gdy Renata wstała i zeszła do kuchni, pośród porozkładanych talerzy, pokruszonego chleba i przyschniętych resztek kanapek zastała kartkę: „Wyśpij się. Dzieci w szkole. Jadę w delegację, będę jutro. Liczę na…”. Dolny brzeg kartki zapełniały uśmiechnięte buźki.

– Liczę na… – powtórzyła półgłosem Renata. – Właściwie, czemu nie? Ja też na to liczę.

Ogarnęła kuchnię, poczuła się zmęczona. Odpoczęła, umyła się. Rozpakowała torby. Przygotowała obiad. Zajęło jej to, z przerwami na odpoczynek, sporo czasu. W poczuciu, że jest spóźniona – pojechała po dzieci.

W drzwiach szkoły spotkała sąsiada. Zagadany z innym ojcem, nieuważnie puścił ciężkie drzwi. Uderzyły Renatę, aż syknęła. Gabriel w ukłonach przepraszał.

– Ależ to moja wina. – Nieznany Renacie ojciec nagle się wtrącił.

– Ależ skąd, to ja…

– Ale to ja pana zagadałem. Nic pani nie jest?

– Nie… chyba nie. – Renata była blada, zachwiała się. – Dobrze, że nie w głowę – dodała, siedząc już na ławce w szkolnej szatni.

– Ja… bardzo przepraszam, ale będę musiał… – Nieznajomy ojciec wyraźnie się śpieszył. – Chyba, że coś jeszcze…

– Nie, nie, proszę się nie kłopotać, zostanę z panią. – Gabriel go wyręczył.

Nieznajomy pożegnał się.

– Kto to?

– Pracowałem z nim kiedyś. Jego syn chyba się tutaj uczy.

– Co ty w ogóle robisz w szkole?

– Moja firma złożyła ofertę w przetargu.

– Twoja firma? – Renata zmarszczyła brwi.

– Ktoś musi kosić trawę wokół boiska. – Gabriel się zaśmiał.

No jasne, przecież on zajmuje się ogrodnictwem! – uświadomiła sobie Renata.

– Myślałam, że bardziej projektujesz ogrody – powiedziała po chwili zastanowienia.

– Projektuję, jak mam klientów na projekt. A na co dzień dbam o zieleń. Co mi wpadnie. Szkolny teren też mogę okiełznać.

– Ale nie będziesz latał z kosiarką…?

Gabriel roześmiał się tak serdecznie, że Renacie zrobiło się głupio.

– Oj, chyba mnie nie znasz. Zapraszam na kawę. – Renata zaczęła się podnosić, więc podał jej rękę i mrugnął nieznacznie w jej stronę. Zrobił to na tyle taktownie, że Renata nie była tego mrugnięcia pewna.

– Eeee… – zająknęła się – ja… dzisiaj nie, śpieszę się po dzieci.

– Jutro rano? – Sąsiad nie ustępował.

– Jutro? Tak, może być jutro – z roztargnieniem odpowiedziała Renata, widząc zbliżającego się Eryka.

– O dziesiątej na rogu, w Różanym Kąciku. Wiesz, gdzie to jest?

Renata kiwnęła głową i już biegła w stronę Eryka.

– Kto to był? – Eryk zmarszczył brwi.

– Sąsiad. – Renata wzruszyła ramionami.

– I ja go nie znam? – dopytywał się Eryk.

– Nie musisz wszystkich znać. Lecę po maluchy. Gdzie będziesz?

– Poczekam na ławce przy boisku.

Renata weszła na piętro. Krysia skończyła lekcje kwadrans temu. Lekko nadąsana siedziała w świetlicy na podłodze, obok plecaka.

– Nie chciała nawet wyciągnąć kanapki – powiedziała świetliczanka.

– Miałaś od razu po mnie przyjść! – Dziewczynka przytuliła się do matki.

Renata zgarnęła córkę miękkim ruchem do siebie, sięgnęła po plecak. Na pustym korytarzu ucałowała małą. Przytulone, uśmiechnięte, powoli poszły w stronę szatni. Z pokoju nauczycielskiego wyszedł wychowawca Eryka.

Dość młody mężczyzna miał lekko siwiejące, niewielkie wąsy i już przerzedzone włosy w mysim kolorze. Pełnił także funkcję wicedyrektora, więc miał niewiele godzin dydaktycznych i często można go było spotkać na korytarzu. Na widok Renaty zatrzymał się. Mrużąc oczy, popatrzył na małą.

– Czy mógłbym…? – zawiesił głos. Przyzwyczajony do posłuchu, patrzył w milczeniu, jak Renata kucnęła przy Krysi i całując ją w nos, powiedziała: – Idź do szatni, ubierz się. Zaraz przyjdę.

Krysia odeszła niechętnie, odwracając się jeszcze kilka razy. Dyrektor spokojnie czekał.

– Chciałbym porozmawiać o Eryku.

A o kim by innym – pomyślała Renata.

– Czy coś nie tak z jego nauką? – zapytała.

– Z nauką nie, bez zmian, jest dobrym uczniem. Czasem nawet bardzo dobrym. Jednak niepokoi mnie ostatnio jego zachowanie.

Renata nic nie odpowiedziała, zastanawiając się, o co może chodzić.

– Eryk… stroni od kolegów. Często siada sam, chętnie na końcu klasy.

– Czy zachowuje się niewłaściwie? Rozrabia? Pyskuje? – dopytywała się Renata.

– Nie… Ale to był towarzyski chłopak, a teraz się zamyka. Nie macie państwo jakichś problemów?

– Nie… – Renata pokręciła głową. – Ale dziękuję za sygnał. Zastanowię się, co mogło się wydarzyć.

Krysia w szatni czekała ubrana, lewy bucik na prawej nodze. Czapka zasunięta aż po oczy. Renata spojrzała na córkę rozbawiona, pochwaliła ją za samodzielność. Krysia rozplątała rączki i powiedziała: – Mamo, tęskniłam za tobą.

– Krysiuniu, to było tylko kilka dni…

– Nie mogłaś mnie wziąć ze sobą?

– Miałaś szkołę. Może następnym razem? Już niedługo będą ferie, wszyscy razem wyjedziemy.

Przeszły do drugiego budynku, woźna akurat myła podłogę.

– Przepraszamy, nabrudzimy tu pani. – Renata zrobiła skruszoną minę. Woźna tylko machnęła ręką.

– Pani, żeby tu tylko takie brudzenie było. – I dalej w skupieniu machała mopem.

Krzyś porzucił kredki, gdy tylko zobaczył Renatę w drzwiach.

– Krzysiu, układamy po sobie zabawki. – Wychowawczyni zatrzymała chłopca. W pośpiechu, nieskładnie wkładał kredki do pudełka. Wysypał je, kiedy podawał pojemnik wychowawczyni. Machnęła ręką: – Idź już do mamy.

Przytulił się równie mocno jak Krysia, za to bez dąsów. Renata kucnęła, pomagając mu zapiąć guziki kurtki. Musiała się podeprzeć, znów zakręciło jej się w głowie.

Eryk siedział na ławce przed szkołą, wpatrzony w parking.

– Myślałam, że poczytasz – zagadnęła Renata.

– Zdążę jeszcze. – Eryk wzruszył ramionami.

Rzeczywiście, coś nie w sosie jest – pomyślała Renata.

Dzieciaki rozrabiały w samochodzie. – Mamo, on mnie uderzył! – poskarżyła się Krysia, a Krzyś nie pozostał dłużny: – Ty byłaś pierwsza, ty zaczęłaś!

Renatę na dobre rozbolała głowa.

– Mamo, a co porobimy po południu? – zapytał Eryk.

– Właśnie, co porobimy? – przekrzykiwały się maluchy.

Położymy się do łóżek, nakryjemy kocem i będziemy milczeć – pomyślała Renata. Głośno zapytała: – A co byście chcieli?

– Będziemy robili szydełkiem! – Krzyś się zapalił.

– Nieprawda! Będziemy bawili się lalkami! – skontrowała Krysia.

– Chciałbym pójść na łyżwy – powiedział cicho Eryk. Propozycja chłopaka została przyjęta milczeniem. Dzieci przekrzywiły głowy, kalkulując, czy to naprawdę jest dobry pomysł. Szybko odzyskały wigor. – Łyżwy! – krzyknęły równocześnie. – Tak, mamo, tak, łyżwy!

Renata spojrzała w lusterku na roześmiane dzieci.

Łyżwy. Czemu nie? – pomyślała.

– W takim razie szybkie odrabianie lekcji i obiad zjedzony do ostatniego okruszka.

Dzieci wypadły z samochodu, porzucając w biegu kurtki i czapki. Z plecaka Krysi, rzuconego niedbale obok stołu, wysypały się zeszyty i książki, niedomknięta śniadaniówka się otworzyła, wypadł z niej ogryzek i nadgryziona kanapka. Krysia, oblizując wargi, kaligrafowała coś w książce. Zanim Renata weszła do pokoju, Krysia robiła już drugie zadanie.

Jeszcze w przedpokoju Eryk powiedział:

– Mało mam dzisiaj zadane, odrobię wieczorem. Tylko fizyka. Tatę poproszę, bo nie wiem, jak się do tego zabrać.

– Tata jest w delegacji, ale zadzwonimy do niego. Może od razu zadzwoń? Niech ma czas się zastanowić nad rozwiązaniem.

– Dobrze, mamo.

Renata podniosła głowę znad układanych butów. – Ufam ci, synku, wiesz o tym?

– Wiem – odpowiedział i szybkim krokiem poszedł do swojego pokoju. Renata ułożyła rozrzucone ubrania i weszła do kuchni. Z przyjemnością patrzyła, jak Krysia odrabia z zapałem lekcje. Krzyś rozsiadł się obok siostry i rysował.

– Mamo, namalowałem dla ciebie serce!

– Piękne. – Renata się uśmiechnęła.

– Nie przeszkadzaj! – warknęła Krysia, która postanowiła, że gdy tylko skończy odrabiać lekcje, namaluje dla mamy ładniejsze serce.

– Obiad za pięć minut! – krzyknęła Renata.

I już po kwadransie układała naczynia w zmywarce.

Zanim