Kartoflada - Tomasz Piątek - ebook
Opis

Powieść drogi w polskim wydaniu. Istna mieszanka wybuchowa!

Dwóch kumpli – Pietuszenko i Nadleśniczy – wyprawia się na Paluch po odbiór arcyważnej przesyłki od firmy Xantis. Wyprawa pełna jest niespodzianek i przygód, w efekcie czego bohaterowie snują się zdezelowaną furgonetką od miasta do miasta, a dołącza do nich jeszcze jeden tajemniczy pasażer o bulwiastej twarzy, istny szaroblond kartofel, który zaczyna opowiadać własną historię. Na domiar złego zaplątany jest w nią sam papież…

Czego tu nie ma?! Powieść drogi, Bildungsroman, powieść szkatułkowa, nawet thriller polityczny… Tomasz Piątek w wyjątkowy sposób miesza rozmaite style i gatunki. Nie szczędzi celnych komentarzy na temat Polski współczesnej, całość okraszając ironią, absurdem i czarnym humorem.

Od autora:

Kartoflada to powieść spiskowa. Ale nie rozgrywa się w wieżowcach i bankach ani też w modnych lokalach. To nasza powieść spiskowa: polska i terenowa. Powieść drogi, ale nie drogiej, tylko taniej. Bo powieść nas w Polskę najlepiej mogą tanie dziurawe szosy. Hop do furgonetki pana Winiena i hej, w drogę! A hejt na drogę.

Mówiąc po ludzku: Nadleśniczy właśnie miał zrobić schodki do wanny dla swojej niesprawnej mamy, kiedy zadzwonił Pietuszenko, któremu przytrafiła się życiowa szansa, żeby stać się częścią systemu. Antypolskiego, ale jednak lepszego sortu. Jedyny problem jest taki, że po tę szansę trzeba pojechać na Paluch. Paluch Losu.

O autorze:

Tomasz Piątek (ur. 1974 w Pruszkowie) – pisarz, dziennikarz, copywriter. W latach 1993–1998 mieszkał i pracował w Mediolanie, najpierw jako tłumacz więzienny i sądowy, a następnie dziennikarz. Autor kilkunastu książek: Heroina (2002, nowe wydanie W.A.B. 2009), Kilka nocy poza domem (2002), Żmije i krety (2003), Szczury i rekiny (2004), Elfy i ludzie (2004), Bagno (2004), Przypadek Justyny (2004), Nionio (2005), Dobry pan (2005), Błogosławiony wiek (2006), Pałac Ostrogskich (W.A.B. 2008), Morderstwo w La Scali (W.A.B. 2009), Wąż w kaplicy (W.A.B. 2010), Antypapież (2011), Podręcznik dla klasy pierwszej (Krytyka Polityczna 2011), Miasto Ł. (W.A.B. 2012) i Magdalena (W.A.B. 2014). Był dwukrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a powieść Pałac Ostrogskich znalazła się w finale Nagrody Nike. Tomasz Piątek zakładał kanał telewizyjny Kino Polska, współpracował i współpracuje z wieloma mediami (m.in. TVP, Canal+, Radiostacja, „La Stampa”, „Polityka”, „Film”, „Gazeta Wyborcza”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 577

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tomasz Piątek

KARTOFLADA

Copyright © by Tomasz Piątek, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

***

Występujące w tej opowieści wydarzenia i postacie są fikcyjne, podobnie jak pełniące w niej główną rolę firmy i instytucje. Niektóre osoby mogą mieć – co w powieści chyba nieuniknione – cechy podobne do cech rzeczywiście istniejących ludzi. Nie mają jednak innych ich cech, nieraz ważniejszych. Nie można więc utożsamiać bohaterów z nikim, kto istnieje. Ich złe emocje zostały im dane przez autora, przeważnie – i w głównej mierze to on jest odpowiedzialny za ich zachowania oraz poglądy.

Co nie znaczy, że je podziela.

Postawy i wypowiedzi niektórych postaci mogą być przykre dla wrażliwych czytelników. Szczególnie dla tych, którzy doświadczyli nienawiści rasowej, etnicznej, wyznaniowej, światopoglądowej i płciowej. Tych czytelników autor z góry przeprasza: podczas lektury możecie poczuć się obrażeni.

AkcjaKartoflady dzieje się późną wiosną 2015 roku.

Zaboruję twój świat

Zacznijmy od tego, że Nadleśniczy nie był nadleśniczym.

Tak tylko go nazywali, bo kazał dziewczynie mówić do siebie w łóżku: Panie nadleśniczy. Ale nie dlatego go zostawiła. Zostawiła go, bo ciągle mieszkał z mamą w małym mieszkaniu na Ursynowie.

Nadleśniczy wielokrotnie próbował wyprowadzić się raz na zawsze z Ursynowa i od mamy. Ale nigdy mu się to nie udało. Może dlatego, że Ursynów to miejsce szczególne. Już w herbie ma niedźwiedzia chodzącego na tylnych łapach po murze i trzymającego w przedniej łapie coś, co wygląda jak odpustowy wiatraczek na drucie. Były kiedyś takie, kręciły się, gdy się na nie dmuchało. I niedźwiedź w herbie wygląda, jakby właśnie chciał sobie dmuchnąć – chociaż heraldycy twierdzą, że to nie wiatraczek, tylko róża.

Jednak wszelkie wyprowadzki, a także wyjazdy zagraniczne Nadleśniczego okazywały się krótkookresowe. Kiedyś wynajął nawet całe piętro w domku u pewnej babci w Józefowie za Wisłą. „Niestety – opowiadał później – babcia mieszkała co prawda na parterze, ale piętro pachniało babcią jeszcze bardziej niż parter. Jakby ku górze szły od niej te wonie: zgnilizna, spalenizna i kocizna, wiekowy mocz jej kotów”. Innym razem Nadleśniczy wynajął tanie mieszkanie na peryferiach dzielnicy Ochota, razem z pewnym Przemkiem. Niestety, na tej Ochocie codziennie ginęło mu około dziesięciu złotych z kieszeni. W pierwszej chwili podejrzewał, że to jakieś złowrogie ochockie fatum, przekleństwo dzielnicy. Okazało się jednak, że współlokator Przemek wymyślił sobie taki sposób na uniezależnienie się od swojej matki: wynająć z kimś mieszkanie za tysiąc dwieście złotych miesięcznie, a swoją część zapłaty, czyli sześćset złotych, uzyskiwać na dwa sposoby. Po pierwsze, kraść codziennie dziesięć złotych współlokatorowi. Po drugie, przy każdej wizycie u matki nie tylko najeść się do syta i podebrać wiktuały z kuchni, ale też wziąć jej z torebki pięćdziesiąt złotych. Przemek bywał u matki dwa razy w tygodniu, więc uzyskiwał w ten sposób jakieś czterysta złotych miesięcznie. Razem z tym, co ukradł Nadleśniczemu, starczało mu na jego połowę mieszkania, a nawet na ziemniaki, smalec i chińskie zupki. Jak łatwo się domyślić z tego wyliczenia, Nadleśniczy musiał płacić za cały prąd, wodę i ogrzewanie. Szybko zatem wrócił do mamy.

„To z kolei jest ursynowskie złowrogie fatum, że na Ursynów zawsze się wraca – mawiał. – Nie ja pierwszy tak się miotam”. Bo jego przyjaciel Baryła, archeolog zarabiający na życie jako przedstawiciel handlowy, opowiadał mu, że przez tysiąclecia mieszkańcy tego terenu wielokrotnie go porzucali, by potem znów zasiedlać. Po raz pierwszy to się zdarzyło osiem tysięcy lat temu pod Lasem Kabackim, w rejonie zwanym Moczydłem. Jacyś prehistoryczni garbarze próbowali tam prowadzić działalność polegającą na obróbce skór zwierzęcych za pomocą krzemiennych narzędzi. Baryła mówił, że wykopaliska tak wyglądały, jakby garbarze parę razy się zwijali, a potem wracali i otwierali swój interes. Najwyraźniej wątpliwy. „Może za bardzo zdzierali skórę?” – spytał kiedyś Nadleśniczy. „Mieli kiepskiego dostawcę krzemienia” – odpowiedział Baryła. A potem rozejrzał się po pokoju Nadleśniczego i powiedział: „Utrzymuj go w tym stanie jeszcze przez dziesięć lat, a przyjdę tu z łopatką zrobić doktorat”. Bo Nadleśniczy od końca lat osiemdziesiątych nie posprzątał swego pokoiku.

W chwili, w której rozpoczyna się nasza opowieść, Nadleśniczy siedział właśnie w tym pokoiku, w mieszkaniu mamy. Przed sobą miał stary, ale bardzo wytrzymały laptop o ekranie poplamionym czymś czarnym i lepkim. Był w trakcie korespondencji z osobą, która internetowo nazywała się londynka.

„i dlaczego żeś wczoraj waćpanna nie przyszła okrutnica – pisał. – chciałem wreszcie waćpannę na żywo ujrzeć, jej lico alabastrowe, cerę marmurową. i te oczy, za którymi czai się sarna duszy”

„bardzo cie przepraszam, nie wiem, co ci powiedzieć – pisała w odpowiedzi londynka. – teraz już mnie olejesz jak inni i nie bede ci sie dziwić, ze mna nie ma prosto bo ja nie mam prostego życia chyba do tego londynu wróce”.

„nie mów tak ja się nie zniechęcam ale to już nasza trzecia pierwsza randka, że tak powiem. trzecia pierwsza, bo trzeci raz nie przyszłaś na pierwsza randkę”.

„mój byly się dobijal do drzwi. musialam udawać, że mnie nie ma, nie moglam wyjść”.

„powiedz mi gdzie mieszka a ja przyjdę do niego z moją husqvarną. zapuszczam pilarkę wziuuu i już ja wam panocki piknie zogrom. bo nie wiem, czy wiesz, na imprezach koniarzy przychodzi ten moment kiedy oni balują w stodole a ja wkraczam, żeby im zrobić taką góralską muzyckę, że nogi same tańcują. same bo odcięte: to jest wziuuu muzycka pilarki. i wtedy jest: chodu, to baca!!! bo oni mówią na mnie baca, kiedy nie mówią nadleśniczy”.

„nie moge sie doczekać, żeby cie zobaczyć. badź jutro w tym samym miejscu”.

„będę tylko słuchaj właśnie co to jest za lokal? wczoraj tam siedzieli sami faceci coś smutni, każdy sam przy swoim stoliku. nie jest to na pewno bar elita. bar elita to ho ho mieści się w samym środku pustyni żrących pyłów między bagnem bezpowrotnym jeziorem jadowitych łez i górami raniących skałek. długo trzeba pielgrzymować pośród zanikającej wegetacji by dotrzeć do baru elita”.

Nadleśniczy długo mógł snuć opowieść o barze Elita. Musiał jednak przerwać, bo w kieszeni telefon zaczął mu się wiercić. A zaraz potem rozdzwonił się melodią z klasycznego utworu Izrael w Egipcie. Dzwonił Pietuszenko.

Pietuszenko tak naprawdę nazywał się inaczej. Ale nikt o tym nie pamiętał. O ile Nadleśniczego czasem nazywano Bacą albo i jego własnym nazwiskiem, o tyle Pietuszenko był dla wszystkich tylko i wyłącznie Pietuszenką.

– Witaj, o mroczny – powiedział Nadleśniczy.

– Byłem dzisiaj u Żabiaka na Żoliborzu – zapiszczał Pietuszenko po swojemu. – U niego na osiedlu jest taki dziadek, który tak sobie stoi i stoi bez ruchu. Przy śmietniku, z szerokim uśmiechem na twarzy. Wygląda jak chińska porcelanowa figurka, tylko bardzo chuda, skóra i kości. Skóra i kości z kurczaczka. I uśmiecha się jak chińska porcelanowa figurka. Gdyby był Chińczykiem, powiedziałbyś: mistrz zen. A tak myślisz: pojeb. Widzisz, do jakiego stopnia lewactwo zaszczepiło nam odwrotny rasizm? Przeciwko nam, białym ludziom, skierowany?

– Hm – zastanowił się Nadleśniczy. – Przy śmietniku stoi?

– Dzisiaj przy śmietniku. Ale Żabiak mówi, że głównie przy parkingu albo w parku. Mają tam taki mały park przy parkingu.

– Może to parkodziad, uhuhu! – zahuczał Nadleśniczy. Miał taki śmiech. – Parkodziad, podstarzały parkodziej!

– Parkodziej? – zdziwił się Pietuszenko.

– Ha! – trymufował Nadleśniczy. Lubił, gdy Pietuszenko się dziwił. – Parkodziej to miejski borodziej. A borodziej to borodziad. Leśny dziad, ale bardziej młody, więc taki bardziej borodziej, leśny ojciec. Skacze nago po lasach i napada na spacerujące kobiety, żeby je zapłodnić. Ma sarnie kopytka i obrotowy penis, co się kręci jak wiertło wiertarki. A potem kobiety wracają do miast i rodzą miejskich borodziejów, czyli parkodziejów, którzy robią to samo w parkach. Tak się mają do borodzieja jak żubroń do żubra. Ale uwaga – Nadleśniczy uznał, że musi solennie przestrzec przyjaciela – borodzieja i parkodzieja nigdy nie myl z kłujkiem! Kłujek wygląda jak człowiek, ale w środku nie ma jamy brzusznej ani płucnej, żadnych narządów, żadnej pustej przestrzeni. W środku całkiem jest wypełniony twardą, zbitą, białą słoniną. Jak dopadnie w lesie kobietę, nakłuwa ją swoim zaostrzonym penisem, który nie jest jak wiertło wiertarki, tylko jak tak zwany punktak. Kobieta staje się niezdolna do ruchu i w strasznych mękach rozpada się na kilka do kilkunastu kawałków. Z każdego z tych kawałków powstaje nowy mały kłujek, mniej więcej wielkości zająca, który szybko rośnie. Od razu zdolny jest do gwałcenia, mój Pietuchu! – I Nadleśniczy przeszedł od mowy do śpiewu: – Zaczaruję twój świat, jestem czarodziejem! Zalajkuję twój świat, jestem lajkodziejem! Zahajluję twój świat, jestem hajlodziejem! Zaboruję twój świat, jestem borodziejem!

Tymczasem na ekranie komputera zaczęło pojawiać się pisanie londynki:

„muszę ci się do czegoś przyznać. nie jestem blondynką. ani londynką, nie mieszkam w londynie. ściemniam ci bo”.

I w tym momencie londynka czy też łże-londynka wykasowała swój wpis. Potem przez chwilę się nie odzywała. Prawdopodobnie czekała na to, czy Nadleśniczy jakoś zareaguje. Gdyby nie zareagował, toby znaczyło, że nie zauważył wykasowanego wpisu. A Nadleśniczy faktycznie go nie zauważył, bo śpiewał o borodzieju. Już nawet nie do słuchawki, tylko w niebo, a dokładnie w sufit. Równocześnie zaś jego matka zaczęła drzeć się w przedpokoju:

– Wyłaź z pokoju! Wanna czeka! Tyle czasu wanna czeka!

– Słyszysz, Pietuchu? Słyszysz? – przekrzykiwał ją Nadleśniczy do telefonu, kiedy już skończył śpiewać. – Nie mogę z tobą gadać, bo jednoosobowa starszyzna plemienna zaczęła wieczorne oratorium. Matka zagania mnie do łazienki. Nie, nie żebym się umył. Do roboty mnie zagania, rodzona macierz mać. Bo w brzuchu zrobiło jej się coś takiego, na co nasza służba zdrowia nie ma lekarstwa. Spadły jej płuca w okolice żołądka. Bez jaj, naprawdę płuca w jamę brzuszną jej wpadły. Takie rzeczy czasem się dzieją, zresztą nie tylko takie. Gdybyś wiedział, co się stało takiemu Andrzejowi z Człuchowa, którego poznałem w Szczecinku… Kiedyś ci opowiem. Ale wracając do starszej: ona ma problemy ze zginaniem się, nawet z podnoszeniem nóg, przez te płuca w brzuchu. Nie bardzo może wleźć do wanny ani z niej wyleźć, robi się jeszcze bardziej niezgrabna, niż była. A zawsze była jak to niedźwiedziątko, niezgrabne łamane przez niezręczne. Ostatnio jak wyłaziła z kąpieli, to wypadła i się potłukła. Razem z porcelanową mydelniczką, bo mieliśmy taką starą, piękną mydelniczkę, znalazłem ją kiedyś w jednym starym domu, jak remont robiłem, i wziąłem, bo wręcz zabytkowa była, ceramiczna. No i jak się potłukła, to starsza wymyśliła, że mam zrobić jej schodki do wanny, żeby łatwiej jej się właziło i wyłaziło. Bo ona ciągle do tej wanny łazi, jako że mamy kibel oddzielnie od łazienki, bardzo mały. I zawsze jak starsza zasypia na sedesie, to wtedy pochyla się do przodu. I opiera się głową o drzwi od kibla. A że się ich brzydzi, tych kiblowych drzwi – no bo w końcu od kibla są – to zawsze, jak zaśnie na kiblu, leci potem do wanny myć głowę. No, leci jak leci: kuśtyka. Mówię jej: mama, kupię ci specjalny czepek sraczowy, będziesz w nim mogła bezpiecznie spać w kiblu choćby całe noce, z głową opartą o drzwi. Potem tylko zdejmiesz srajczepek, jak będziesz wychodziła. Powiesisz na haczyku nad sraczem, będzie tam sobie wisiał, a ty będziesz go wkładała i zdejmowała, nie będziesz się brzydziła, włosy uratowane. Nawet ten haczyk ci zrobię, do ściany przykleję klejem Totex Total Extreme wieszadełko czapkowo-sraczowe. A ona się drze: „Schodki! Stopnie! Muruj!”. A że jest bryndza w interesie, czas wolny, nic do roboty, to muruję, muruję starej schodki w łazience…

Nadleśniczy poopowiadał jeszcze Pietuszence o Pastorku Toporku z amerykańskiego zboru misyjnego na Ursynowie (zbór był amerykański, ale pastor polski i na nazwisko miał Topór, więc siłą rzeczy został Pastorkiem Toporkiem). Jak również o koledze Gniewoszu z ulicy Nutki, który pod względem optymalizacji kosztów życia mógłby być przykładem nawet dla Przemka z Ochoty. Kolega Gniewosz wynajął własne mieszkanie jakimś ludziom, sam zaś zamieszkał w swej piwnicy, do której wstawił łóżko, szafkę na ciuchy i kuchenkę elektryczną. Kaloryfera nie potrzebował, bo przez jego część piwnicy biegła rura z ciepłą wodą – Gniewosz zerwał z niej tylko gipsową izolację, żeby mocniej mu grzała. I bardzo sobie chwalił takie życie, bo już nie musiał chodzić do pracy. A kiedy lokatorzy szli do swojej, kąpał się w mieszkaniu, miał przecież komplet kluczy. Czasem robił tam nawet małe kryptopranie, po którym suszył ciuchy w piwnicy na swojej odrapanej rurze.

Z kolei Pietuszenko zwierzył się Nadleśniczemu – zresztą nie po raz pierwszy – jak trudno jest wyżyć z pisania dla portali motoryzacyjnych o nowych modelach samochodów. Szczególnie gdy trzeba wymyślać wrażenia z jazdy. Bo Pietuszenko w całym swoim życiu prowadził tylko jeden samochód. Swojego używanego peugeota, którego po paru latach musiał odsprzedać, bo nie był w stanie go utrzymać. Kiedy przestał się żalić na swoją sytuację zarobkową, przeszedł do tematu, który ostatnio szczególnie go kręcił: gwałcących Arabów z ulicy Bobrowieckiej. I miał już przedstawić Nadleśniczemu ostateczne dowody na ich związki z pobliską kebabiarnią Sułtan, kiedy matka Nadleśniczego w przedpokoju rozkrzyczała się na dobre. Matki zawsze krzyczą, jednak tak mocny krzyk mógł być zbyt wielkim wysiłkiem dla starych płuc, szczególnie dla takich, co spadły do brzucha. Więc Nadleśniczy przeprosił Pietuszenkę, rozłączył się, wyszedł z pokoju i omijając wrzeszczącą staruszkę, powolnym krokiem podążył ku swemu przeznaczeniu. Ku łazience, wannie i schodkom.

W łazience stały bloczki gipsopodobne, z których Nadleśniczy zamierzał zrobić stopnie. I była też tuba szybkoschnącego kleju montażowego. Totex Total Extreme właśnie.

– Przecież każdy zdrowo myślący człowiek wie, że budowę schodków do wanny zaczyna się od przyczepienia odpowiednich haczyków na różnych ścianach łazienki! – Nadleśniczy uzewnętrznił swój monolog wewnętrzny stosownie głośno. Tak, żeby matka za drzwiami łazienki mogła go usłyszeć. – Haczyków intrygujących, niepokojących, budzących w zleceniodawcy pytania o sens własnych poczynań!

I Nadleśniczy zmierzył szerokość bloczka. Zrobił to już rano, i to kilka razy. A mierząc, kontynuował swój wykład:

– Przecież każdy zdrowo myślący człowiek wie, że pierwszy haczyk należy zamontować na wysokości piętnastu centymetrów. Dla ewentualnego krasnoludka w depresji. Żeby mógł się powiesić.

I jak powiedział, tak zrobił. Miał kilka haczyków, wybrał najbardziej fikuśny, ze stopu mosiądzopodobnego. Przykleił go tuż nad ziemią, potrzymał minutę zgodnie z instrukcją, a nawet dłużej. Odciął nożykiem sterczące spod podstawy haczyka stężałe farfocle kleju, plastusiowe gluty. Popatrzył i westchnął:

– Nie umrę wszystek. Zostanie po mnie Totex.

– Bardzo tęskniłam za czułym spojrzeniem tego pieska, który już nigdy więcej nie pojawił się na naszej cichej uliczce – głośno powiedział telewizor w pokoju matki.

– O, jakie wy macie buźki śliczne, ludziki! – jeszcze głośniej zachwycała się sama matka. Najwyraźniej pojawienie się syna w łazience uspokoiło ją na tyle, że wróciła do siebie oglądać japońskie kreskówki, tak zwane anime. Oglądała je całymi dniami tylko dla tych buziek – historyjki przekraczały jej możliwości percepcyjne. Zachwycały ją wielkie oczyska, jakby wilgotne. Nie zamykała drzwi pokoju i specjalnie pogłaśniała telewizor, bo wiedziała, że Nadleśniczy zazdrosny jest o te kreskówki. Kiedyś jej krzyknął: „Oj, przestałabyś, matka! Popatrzyłabyś, jakiego masz syna ślicznego!”.

Tym razem jednak Nadleśniczy nie zwracał uwagi na hałas kreskówek. Medytował w łaziencie.

– Wiem, co zrobię – powiedział sobie w końcu. – Zamuruję w tych schodkach do wanny kartkę dla przyszłych pokoleń. Napiszę: O wy, mieszkańcy szczęśliwszej lub nieszczęśliwszej, a może i takiej samej przyszłości! Te schodki murował syn, ofiara swego synostwa i ursynostwa.

Ta myśl była jak zastrzyk energii. Zaczął wreszcie robić schodki.

Kikutek i Walduś

Do zamurowania kartki jednak nie doszło, bo było już późno, a po pierwszych natchnionych minutach robota zaczęła się wlec swoim zwykłym trybem. Stara wróciła do przedpokoju i do pokrzykiwania, ale Nadleśniczy odpowiadał jej, że ruchy schodkotwórcze, podobnie jak górotwórcze, są bardzo powolne.

– Nie chciałabyś przecież, żeby ktoś sklecił Tatry na chybcika, prawda? Pomyśl sama, wlazłabyś na Tatry, a one by się złamały albo coś. Tatry są chlubą Polski! A twoje schodki są chlubą dzielnicy Ursynów.

Po dziesiątej Nadleśniczy wrócił do swojego pokoiku. Nawet nie zajrzał do komputera ani do telefonu, tylko położył się spać.

A o piątej rano zbudził go straszliwy wrzask.

Nadleśniczy spał przy otwartym oknie, nawet gdy było bardzo zimno – wtedy wkładał czapkę i przykrywał się dodatkowym kocem. W związku z tym jego trzynogi, znaleziony na ulicy kotek Kikutek noce spędzał na parapecie, obserwując świat, który niegdyś potraktował go tak potwornie. Ale właśnie ze względu na swoje przejścia Kikutek niczego już się nie obawiał. Jak to mawiał Nadleśniczy: Nie boi się o życie, albowiem takie życie to on ma w dupie, bez nogi. Raz tylko zbudził swego pana dziwnym skrzekiem: kiedy na drzewie za oknem siadła sowa śnieżna. Było to zimą, w taki mróz, że sowy śnieżne przyleciały do Polski. Ale i wtedy był to skrzek zaciekawienia, nie strachu – tego Nadleśniczy był pewien. Wiedział i wierzył, że Kikutek jest nieustraszony. Kochał Kikutka.

Dlatego kiedy rozległ się wrzask, natychmiast się zbudził. A podrywając się z łóżka, miał w głowie tylko: Kot?! Ale wrzeszczał nie siedzący na parapecie Kikutek, tylko trzy ogromne sroki, które kołowały za oknem, szykując się do ataku lotniczego na kocura. Ten jednak nie uciekał. Siedział na parapecie i warczał na ptaszyska.

– A poszły won! – przyłączył się do niego Nadleśniczy, pędząc z odsieczą. Dwie sroki odleciały, jedna usiadła na drzewie, patrząc na Nadleśniczego intensywnie. Potem wydała dziwny odgłos, jakby metaliczny. Być może taki dźwięk wydaje sroka, kiedy chce pertraktować. Nadleśniczy jednak pertraktować nie zamierzał. Wiedział, że sroki mają swoje racje, bo niektóre koty wyżerają im jajka i pisklaki z gniazd. Ale przecież to nie Kikutek był tu winny, on nie opuszczał domu.

– Jak to się dzieje, że te sroki są teraz takie wielkie, co, Kikutku? – przemówił Nadleśniczy do kota. Bo kot jak człowiek: kiedy jest w stresie, najlepiej mu robi porcja dywagacji. – Przecież te tutaj były jak tłuste wrony. W latach osiemdziesiątych sroka to było chucherko niewiele większe od sikorki. Sroczyska pewnie upasły się na śmieciach, bo ludzie teraz dużo żarcia wyrzucają. A może to ruscy na nas promieniują czarnobylami swoimi, żeby przerobić Polaków na mutantów razem z ich srokami? Albo też wszystko bujniej nam rośnie przez globalne otępienie, znaczy ocieplenie: sroki jak wrony, wrony jak kruki, kruki jak orły, orły jak osły.

I Nadleśniczy, zadumany, podrapał się po swych ogromnych jądrach. Takie mu zostały, choć przepuklinę mosznową dawno temu już mu zoperowano. Sfinansowała to Edzia, pani dyrektor czegoś ubezpieczeniowego – chyba towarzystwa, bo tak zwykle nazywają się te firmy – która parę lat wcześniej uznała, że Nadleśniczy będzie idealnym dopełnieniem jej stałego wenezuelskiego kochanka Sergia. Edzia miała wielką willę w Podkowie Leśnej. Nadleśniczy jeździł do niej swoimi furgonetkami. Zawsze miał ich kilka, ostatnio – dwie. Jedna była trzydziestoletnią norweską karetką pogotowia z demobilu, na drugiej było napisane „Bogusław Winien, Tapicer Obijacz” zarówno na masce, jak i na burtach. Bo Nadleśniczy kupił ją od pana Winiena, głównie ze względu na ten napis: „Winien”. Zajechał kiedyś tą furgonetką do Edzi, a Edzia oznajmiła, że go zdominuje. Rozebrała go do naga, przełożyła przez kolano i zaczęła lać po gołym tyłku, co Nadleśniczego nie podniecało, tylko śmieszyło. Dopóki Edzia nie trafiła dłonią w tę mosznę pełną jelit. Bo przepuklina mosznowa oznaczała, że Nadleśniczy miał w mosznie jelita. A więc pośrednio – chwalił się kolegom – także i gówno! Kiedy następnego dnia rano chciał wyjechać, okazało się, że ktoś mu w nocy wsadził liścik za wycieraczkę. Zdążył tylko przeczytać: „Zostaw naszego Bączka!”, bo Edzia, która romantycznie wybiegła za nim na dwór w samej koszuli, też zobaczyła ten liścik. Natychmiast wyrwała mu go z ręki i podarła na drobne kawałki. Rodzice Edzi niechętnie patrzyli na jej związek z kruczowłosym Sergiem – nazywali go Wroniasem – ale Nadleśniczy budził w nich autentyczny wstręt.

– Czwarty grosz dla Jadzi, niech se Jadzia wsadzi. Piąty grosz dla Edzi, niech se Edzia wsedzi – podśpiewywał Nadleśniczy, rozpamiętując przygody erotyczno-przepuklinowe i zarazem drepcząc w stronę łazienki. Zrobił długie, długie siku, a potem pomyślał, że można by w końcu skonstruować te schodki. Niby była piąta rano, cisza nocna, ale od odrobiny stuku-puku jeszcze nikt nie umarł. „W ogóle ludzie rozbestwione, śpią do szóstej, siódmej – mówił głos w jego głowie. – A pracowity człowiek wstaje o czwartej-piątej i stuka-puka”.

Na wszelki wypadek Nadleśniczy zmierzył wszystkie bloczki gipsopodobne – stopnie nie mogły być za wysokie. A jak je zmierzył, to znów je zmierzył, jeszcze raz i jeszcze raz. Lubił swoją drewnianą, składaną metrówkę. I podczas mierzenia zwracał mniejszą uwagę na to, czy mierzy dokładnie, a większą na to, jaka fajna jest jego metrówka. Była to metrówka jakich mało, bo na każdym z jej dziesięciocentymetrowych odcinków przyjaciel Pietuszenko napisał kiedyś CHUJ niezmywalnym mazakiem. Im dłużej się mierzyło, tym dłużej można było widokiem CHUJÓW się cieszyć.

Po kilku minutach klęczenia nad gipsopodobnymi bloczkami Nadleśniczy poczuł ożywienie w jelitach, co bardzo go ucieszyło. Zaparcie przekleństwo, sraczka błogosławieństwo, mawiał. Uzyskiwał to błogosławieństwo dzięki płesznikowi, a dokładnie dzięki łupinom nasiennym tego zioła. Zalewał je wodą, a następnie pił w postaci glutoidalnej zawiesiny.

Po zrobieniu kupy płesznikowej – obfitej, łatwej, jakby rzadkiej, a jednak właśnie glutowato zwięzłej, bo zawiesina czyniła takie miłe cuda – Nadleśniczy wyszedł jednak z łazienki i wrócił do swego pokoju. Zdecydował, że przed rozpoczęciem prac schodkotwórczych odpali sobie jeszcze komputer. Zobaczy, co się dzieje, a przede wszystkim, czy londynka mu nie odpisała. Może przez całą noc nie mogła zasnąć, tylko myślała o Nadleśniczym i myślała? A nad ranem, spłoniona, swe myśli mu opisała?

Niestety, kiedy włączył kompa, to od razu zajrzał do pornoli. A jak do nich zajrzał, to się zmasturbował. A jak się zmasturbował, to ogarnął go benediktus. Tym słowem Nadleśniczy określał kosmiczne przygnębienie i smutek, do którego tym razem domieszała się senność. Więc się położył. Kikutek wśliznął mu się pod kołdrę, wtulił w pachwinę i zaczął burczeć. Bo Kikutek nie mruczał, tylko burczał.

– Hej, jak byłem młody, to było walenie konia. – Nadleśniczy też burczał. – Za każdym razem jakby smok przez pokój przeleciał! A teraz, ech, jakby przeszła księgowa.

I zasnął. Obudził się dopiero o ósmej, bo sny miał rozkosznie relaksujące: tkwił w kompletnej ciemności, tak gęstej, że aż puchatej, w której coś miło pobekiwało. Walduś, jak nic! – pomyślał w końcu. I dopiero wtedy sen prysł, wróciła gorycz.

Walduś był barankiem ze stada farmera Jana, a farmer Jan był Norwegiem żyjącym w pustkowiach na północ od Oslo. Nadleśniczy jeździł do niego, żeby dorabiać jako juhas, czyli menedżer stada; stąd ksywka Baca, choć z technicznego punktu widzenia bacą był raczej farmer Jan. I kiedy w stadzie narodził się baranek o nietypowej brunatnej maści, Nadleśniczy upodobał go sobie. Nazwał go Waldusiem, nosił na rękach i śpiewał mu: „Panie Waldku, pan się nie boi”. Chciał go sprowadzić do Polski. Głównie dla niego wynajął pięterko w domku śmierdzącej babci z Józefowa za Wisłą – bo razem z pięterkiem babcia oferowała prawo do użytkowania połowy ogródka. W tej połowie Nadleśniczy zamierzał zbudować małą zagrodę dla Waldusia, żeby tam z nim siedzieć i mu podśpiewywać.

Oczywiście nie można pominąć tego, że dodatkowym bonusem mieszkania w Józefowie miało być niemieszkanie z matką. Ale jakoś tak się stało, że nawet po wynajęciu józefowskiego pięterka Nadleśniczy wciąż musiał na Ursynowie pomieszkiwać ze starą. Bo jak płuca spadły jej do żołądka, ciągle trzeba było jej pomagać. Na przykład schodki do wanny robić. Miał nadzieję, że łatwiej będzie mu dzielić swój czas między matkę a Józefów, kiedy zjawi się tam uroczy baranek. Niestety, okazało się, że sprowadzenie do kraju zwierzęcia spoza Unii Europejskiej wiąże się z kłopotliwymi formalnościami. Nawet kiedy zwierzę pochodziło z bliskiego Unii Europejskiego Obszaru Gospodarczego, czyli z Norwegii. Sprawa przeciągała się i przeciągała, aż w końcu Walduś został rozporcjowany w okręgowej norweskiej ubojni. Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że stało się tak bez wiedzy Nadleśniczego. A dokładnie podczas jego nieobecności, w jednym z tych okresów, kiedy nie pracował w Norwegii, tylko miotał się między Ursynowem a Józefowem. Od tego czasu zaczęły się kwasy między Nadleśniczym a farmerem Janem. Bo wcześniej była idylla. Na samym początku znajomości Nadleśniczy w swej łamanej angielszczyźnie opowiedział farmerowi Janowi dowcip. Okazało się, że Norwegowie nie mają dowcipów i przez długi czas Nadleśniczy nie mógł się potem od farmera uwolnić. Ciągle za nim chodził i chciał jeszcze.

Ale farmer farmerem, Walduś Waldusiem, a łazienka wzywała Nadleśniczego wielkim głosem. A dokładnie matka, która znów krzyczała w przedpokoju, domagając się schodków. Trzeba było brać się do dzieła. Przypomniał sobie: miał przecież napisać list protestacyjny do potomności, przeznaczony do zamurowania w schodkach! Wziął zatem z biurka stary zeszyt. Musiał wyjąć go spod Kikutka, który na zeszycie właśnie zaczął się sadowić (kot burknął). Nadleśniczy wyrwał z zeszytu kartkę, potem znalazł pisak. Pisak oczywiście nie pisał, więc Nadleśniczy wygrzebał w szufladzie drugi – który też nie pisał. Trzeci, znaleziony pod łóżkiem, wreszcie pisał, ale na różowo. Z tej złości Nadleśniczy na kartce napisał tylko „Kurwa”. Następnie ruszył do łazienki. Tam przyklęknął przy bloczkach gipsopodobnych, żeby włożyć pod nie różową „Kurwę” dla potomności i zamurować ją na amen. Jednak tę czynność przerwał mu telefon, który rozśpiewał się znowu Izraelem w Egipcie.

– Cześć – zaczął Pietuszenko, a głosik miał jeszcze cieńszy niż wczoraj. Znowu musiał być czymś zaaferowany, jak to on. – Jesteś na chodzie?

– Witaj, Pietuchu. Jestem na chodzie, a nawet w trakcie czegoś. Bo widzisz, tu nie o byle co chodzi, ale o list! O list do poto…

– O list?! – Towarzyszący okrzykowi odgłos sugerował, że Pietuszenko podskoczył. – Skąd wiesz?!

– Jak to skąd wiem? To list, co w rozpaczliwej sytuacji zaistniał i choć myśl jego kieruje się w przyszłość…

– Właśnie, przyszłość! O przyszłość tu chodzi! Musimy tylko się pośpieszyć! Przyjeżdżaj natychmiast!

– Ale zaraz…

– Dawaj do mnie na Chełmską! A z Chełmskiej trzeba będzie gdzieś dalej podjechać.

– Ale..

– Pogadamy w samochodzie, bo teraz nie ma czasu! Czekam!

– Wacha mi się kończy. Wacha i kacha, w sensie kasa.

Pietuszenko przez chwilę walczył ze sobą.

– Dołożę się – pisnął w końcu. Sprawa naprawdę musiała być ważna. – Dam dychę na wachę.

– No, jak dychę… – Nadleśniczy zaczął się zastanawiać. Miał tak, że kiedy go o coś pilnie proszono, stawał się niczym balon na uwięzi. Jakby zawisał nad proszącym na dużej wysokości, obojętnie kołysząc się na wietrze.

– Nie deliberuj, tylko jedź!

Zapadła pełna napięcia cisza, a potem Nadleśniczy łaskawie zadekretował:

– Jak dychę, to jadę.

Pietuszenko

Jakie on ma szczęście, ten Pietuszenko – myślał Nadleśniczy parę minut później, chowając kartkę z różową „Kurwą” do kieszeni, ubierając się i mimo dzikich krzyków matki wychodząc z domu. – To znaczy, on nie ma szczęścia. On ma najmniej szczęścia ze wszystkich znajomych moich, co nie mają szczęścia. A tu konkurencja jest spora. Ale teraz to jednak miał szczęście, że zadzwonił, zanim wmurowałem mamie w schodki kurwi list od dzisiejszej rozpaczy do przyszłej. Pietuch najwyraźniej potrzebuje tego listu do jakichś swoich mrocznych celów. Gdyby zadzwonił za godzinę, to musiałbym odzyskiwać kartkę ze schodków, rozkuwać stopnie. Byłby wrzask… – rozmarzył się.

Ale czyż nie jest to ohydnym? – myślał minutę później, wsiadając do furgonetki pana Winiena i uruchamiając silnik, który rozgrzewał się długo i rzężąco. – Czyż nie jest ohydnym to, że ja rozkoszuję się matki chorym wrzaskiem? Jest to ohydnym, ale jest rozkosznym. I przy słowie „rozkosznym” pomyślał o szprotkach. Bo nic jeszcze dzisiaj nie jadł, a w pokoju zostawił nietkniętą puszkę, przeznaczoną na śniadanie do podziału z Kikutkiem. Można by wrócić na chwilę do domu, samemu zjeść i kotu dodać szprotek do obrzydliwych kocich chrupków. Tłustawych w dotyku, choć zarazem straszliwie suchych.

Właściwie już wyjeżdżał na ulicę Komisji Edukacji Narodowej. Ale zawrócił. Zaparkował z powrotem pod domem. Jednak kiedy miał wysiąść, głos sumienia wbił go ciężko w fotel za kierownicą. Bo czy wolno biec na górę i objadać się szprotkami, gdy kolega czeka na pomoc? Pietuszenko mówił tak, jakby się śpieszył. Ale z drugiej strony Pietuszenko często śpieszył się bez sensu, podobnie jak reszta świata. Można by zadzwonić i spytać o sensowność tego pośpiechu. Zadzwonić do Pietuszenki, oczywiście, nie do reszty świata. Nadleśniczy miał tani abonament w małej, przebojowej sieci Pure i nie było go stać, żeby obdzwonić świat, nawet w sensie wszystkich znajomych. Umowa była mocno zacofana, bo została zawarta dobrych parę lat wcześniej, a Nadleśniczy wciąż nie mógł się przemóc, żeby poużerać się z operatorem o jakąś nowszą, atrakcyjniejszą. Dlatego jeśli wygadał swój skąpy miesięczny przydział rozmów, to potem nie mógł już nigdzie dzwonić aż do trzeciego dnia następnego miesiąca, kiedy zaczynał się nowy przydział. Więc zasadniczo lepiej było nie dzwonić, niż dzwonić. A poza tym po co dzwonić, kiedy pośpiech w głosie przyjaciela był oczywisty?

Rozmyślał tak przez czas wystarczający na zjedzenie kilku śniadań, a potem znów włączył gruźliczy silnik furgonetki. I bohaterski, bo głodny, ruszył przez Ursynów, przez Dolinę Służewiecką.

Za to kiedy dojechał do Pietuszenki na Chełmską, to nie dzwonił nawet domofonem, tylko kopnął drzwi od klatki schodowej. Kiepski, choć nowy, zamek domofonowy odblokowywał się po mocnym walnięciu pięścią lub właśnie kopniaku. Nadleśniczy zgwałcił więc zamek butem, wbiegł na klatkę schodową i wdrapał się pędem na trzecie piętro bez windy, by załomotać do mieszkania Pietuszenki. Kiedy ten uporał się wreszcie ze wszystkimi swoimi zamkami – w drzwiach wejściowych miał ich cztery – zamiast „Dzień dobry!” usłyszał na wstępie:

– Jestem, Pietuchu! Dawaj herbaty, chleba z pastellą łososiową! I opowiadaj.

– Co opowiadaj! My musimy jechać! – zapiszczał Pietuszenko, który był w garniturze, nawet krawat miał zawiązany. Zawsze zawiązywał go sobie ciasno, a teraz zrobił to na granicy zadławienia. Inna rzecz, że szyjkę miał cienką, w ogóle był łysym chudziną. Kiedyś golił głowę z przyczyn patriotycznych, a teraz po to, żeby ukryć postępujące łysienie. Nadleśniczy z łysych placków na głowie Pietuszenki nieraz się nabijał; sam, chociaż starszy, wciąż był kędzierzawy. Bo tak w ogóle to Pietuszenko był po czterdziestce. A Nadleśniczy zaczynał się zbliżać do pięćdziesiątki.

– Ale to chyba nie taki mus, żeby nie można było podjąć przyjaciela, jak się godzi? – spytał.

– To jest pilna sprawa! – Pietuszenko dla odmiany nie pisnął, a jęknął.

– I chyba grubsza, skoro w garniaka wskoczyłeś. Taki ten list ważny? Ale i tak o suchym pysku nie pojadę, bo będę myślał o jedzeniu, nie o prowadzeniu. I jeszcze się rozjebiemy.

– Ja mogę poprowadzić!

– O nie. Ty do samochodów się nie dotykaj. Swojego, co dotknąłeś, to się psuł. I wypadek za wypadkiem miałeś. Pamiętasz, ile wydawałeś na warszta…

– Pogadamy w samochodzie, ale jedźmy już!

– Herbata i chlebek z pastellą, ty zawsze masz pastellę. Pięć minut cię nie zbawi.

Rad nierad Pietuszenko ruszył sztywno w swym garniturze do kuchni. Okazało się, że esencja się skończyła i trzeba było zaparzać nową w czajniczku, więc z pięciu minut zrobiło się prawie pół godziny. Nadleśniczy nie uznawał herbatek z torebki w kubku parzonych – jedynie czajniczkowe. Chociaż nie narzekał, jeśli Pietuszenko zaparzał esencję na kilku torebkach wrzuconych do czajniczka. Ważne było, żeby w czajniczku. I żeby esencja parzyła się w nim przez dłuższą chwilę, nabierając mocy.

W ramach zemsty gospodarz oznajmił, że pastella też się skończyła.

– A to zajrzę do lodówki, co tam jeszcze… – Nadleśniczy zerwał się z krzesła.

– Krewetkowa się skończyła, łososiowa jest – poprawił się Pietuszenko szybko.

– A ja nie śmiem sięgać w tak wysokie rejony, jak pastella krewetkowa. O łososiową prosiłem, o łososiową. Tylko esencja niech naciągnie porządnie, po polsku. Kiedyś Polacy pili herbatę ciemną, tak czerwoną, że aż czarną, esencja do tego stopnia była przesycona garbnikami, że po wypiciu w gębie schło. Pan Henio, ten, co całe życie pracuje w trupiarni na Oczki, mówi, że jak się trzydzieści lat temu kroiło makabrosza, to miał żołądek wygarbowany. Wewnętrzna powierzchnia żołądka, jak się go rozkroiło, to lśniła na czerwono i czarno, jak dobra kanapa ze skóry. I można było taki żołądek opchnąć na lewo, bo Chinole z Tajwanu przyjeżdżali kupować polskie wygarbowane żołądki. Może obijali nimi kanapy. Może je jedli.

– Ty jedz! Jak już jesz, to szybciej jedz i mniej mów! – piszczał Pietuszenko. – Nie poganiam, ale zaraz nalewam ci herbatę, nie będę dłużej parzył.

– Czekaj chwilę, bo po co my się śpieszymy? – Nadleśniczego nagle olśniło. – Przecież ja ten list niedoli mam w kieszeni. Dam ci go i po kwiku. Znaczy po krzyku.

– Masz ten list, co go muszę odebrać?! – kwiknął znowu Pietuszenko. – Skąd go masz?!

– A ze schodków, schodków górotwórczych. – Nadleśniczy podał swoją kartkę Pietuszence. Ten wyszarpnął mu ją z ręki. I przeczytał: „KURWA”, różowym tuszem.

To był jeden z najciekawszych widoków w życiu Nadleśniczego. Bo w konfrontacji z kartką na małej twarzyczce przyjaciela zaczęły zachodzić niezwykłe przekształcenia mimiczne. Było to zmieszanie, w którym mieszała się kosmiczna nieprzyjemność z kosmicznym zdumieniem. Jakby Pietuszenko był pierwszym Ziemianinem, który spróbował dań marsjańskiej kuchni.

– Aha – powiedział w końcu. – A ja ci jeszcze chleb z pastellą zrobiłem. Nie, nie jestem kurwa. Bo tym razem to nie jest zwykła korporacja, u nich człowiek się nie kurwi. No, może w szerszym, narodowym sensie człowiek się kurwi, bo dla obcych pracuje, w końcu firma zagraniczna. Ale nie mam wyjścia, będę robić dla obcych. Jeśli teraz zdążę. Naprawdę się śpieszę, a że ty najwyraźniej nie chcesz mi pomóc, to dzwonię po taksó…

– Nie stać cię na taksówkę – przerwał mu Nadleśniczy rzeczowo, choć zgubił się w tym wszystkim kompletnie. Nic nie rozumiał z płaczliwej opowieści kolegi.

– Nie stać – przytaknął Pietuszenko. I wreszcie się rozpłakał, bo do tego prowadziły jego dziwne miny. Z oczu popłynęły mu dorodne łzy, które na jego małej twarzyczce zdawały się jeszcze większe. – A ty jeszcze plujesz mi w twarz.

Odwrócił się na pięcie i ruszył do łazienki.

– Pietuchu! Czemu mnie obwiniasz? – zawołał za nim Nadleśniczy. Skończył najpierw chleb z pastellą, dopił herbatę, ale w końcu ruszył za przyjacielem do kibla. Tam Pietuszenko przyciskał palcem kawałek srajtaśmy do krawata, żeby go odplamić czy też wysuszyć. A kolejne łzy wielkie jak grochy kapały właśnie na krawat.

– Przestań z tym krawatem – przemówił mu Nadleśniczy do rozsądku. – Woda, znaczy łza, sama wyschnie.

– Mów od razu: pomagasz mi czy nie?! Muszę na Paluch.

– Jaki znowu Paluch?

– No, tak się to miejsce nazywa – tłumaczył Pietuszenko. – To miejsce, ta ulica, gdzie jest w Warszawie schronisko dla psów.

– Chcesz psa brać? – zaniepokoił się Nadleśniczy. – A wiesz chociaż, ile porządne utrzymanie psa kosztuje? Ja ledwo daję radę z kotem, i to niecałym.

– Kurwa, żadnego psa, nawet jaszczurki. Muszę tam jechać, bo koło schroniska jest…

I wreszcie Nadleśniczy wydobył z Pietuszenki całą historię. Chodziło o Xantis, czyli o kolejną wielką zachodnią spółkę, w której przyjaciel starał się zatrudnić. Pietuszenko dowiedział się, że firma ogłosiła nabór pracowników. Od kandydatów nie wymagała doświadczenia, nie stawiała nawet ograniczeń wiekowych. Zatem od razu zadzwonił na firmową infolinię Xantisu. W rozmowie zapytano go o kilkanaście rzeczy. Co ciekawe, głównie o jego zainteresowania hobbystyczne, które zostały uznane za bardzo interesujące. Skądinąd słusznie: Hitler, renesansowy włoski malarz Arcimboldo, malujący istoty o twarzach zrobionych z warzyw, biedni ludzie poszukujący na śmietnikach antyków na sprzedaż, szybkie i drogie samochody, cudzoziemskie dywizje SS, a nawet wpływ sztucznego pożywienia na podejrzany uśmieszek Holendrów. Firma najwyraźniej była dobra w zdobywaniu zaufania – ze swych holenderskich podejrzeń Pietuszenko zwierzał się tylko przyjaciołom. Pod koniec tej pogawędki kandydatowi powiedziano, że na razie nie został odrzucony i ma szansę na rozmowę kwalifikacyjną w siedzibie firmy. O ewentualnym zaproszeniu na rozmowę Pietuszenko miał zostać powiadomiony pocztą. Zwykłą, papierową pocztą. Bo firma Xantis ogranicza do minimum komunikację mailową i telefoniczną ze względu na różne czynniki… „Nawet w najdrobniejszych sprawach, takich jak pańska, przyjęliśmy zasadę, że stary dobry papier jest przyjacielem, a z elektroniką trzeba bardzo ostrożnie” – powiedziała dziewczyna, która egzaminowała Pietuszenkę telefonicznie. Miała miły głos, ale nie chciała powiedzieć, czy jest z Warszawy, czy może z Ursynowa i czy w firmie Xantis będzie szefową-instruktorką Pietuszenki, wprowadzającą go w tajniki firmowe i inne. Zapowiedziała tylko, że decyzja przyjdzie listem poleconym – nawet gdyby miała być odmowna. W razie odrzucenia nie należy rozpaczać: w liście będzie specjalna plakietka z logo, nazwą i hasłem reklamowym firmy Xantis. Anonimowy trener-selekcjoner firmy przeprowadzi wyrywkowe obserwacje wśród osób odrzuconych. Te z nich, które w miejscach publicznych będą regularnie nosić plakietkę na ubraniu, mogą zostać zaproszone na rozmowę kwalifikacyjną przy kolejnym naborze, prawdpodobnie za półtora roku.

– No i dziś dostałem awizo, list czeka na poczcie! – kończył swą opowieść przyjaciel. – Na pewno od nich!

Na chwilę zapadła cisza.

– Zaraz. Chwilę. Kurwa – zaczął znowu Nadleśniczy. – To przez te wszystkie lata z młotem jebanym pneumatycznym w rękach teraz wolniej myślę. Czyli nie chodzi ci o ten zamurowany list niedoli? Ten, co miał być zamurowany?

– Jaki zamurowany? – zdumiał się Pietuszenko. – Jeszcze tego by brakowało, żeby był gdzieś zamurowany, kiedy ja go muszę mieć jak najprędzej! Musimy jechać na Paluch.

– Tak było w liście?

– Nie, tak było w awizie. Muszę odebrać list na Paluchu. Polecony, rozumiesz? Jak przychodzi polecony, to nie przychodzi polecony, tylko awizo. Z tym awizem trzeba iść na pocztę, żeby polecony odebrać.

– Ale po chuj na Paluch? Przecież ty mieszkasz nad pocztą. Schodzisz kilka pięter w dół, wychodzisz z kamienicy i jesteś na poczcie.

– No nie, bo oni mi to przesłali Nowoczesną Pocztą. – Pietuszenko pokazał Nadleśniczemu awizo. Faktycznie stało tam wielkie hasło: „Nowoczesna Poczta”. – Nowoczesna Poczta to jest nowoczesna poczta, prywatna. I oddział odbierania przesyłek poleconych ma na Paluchu. Bo nasze państwo łaskawie dopuściło konkurencję w usługach pocztowych i teraz są różne poczty prywatne. Niektóre przesyłki odbierasz w kioskach zamiast na poczcie, bo prywatna poczta dogadała się z kioskami. Albo gdzieś na dzielnicy. A w tym wypadku na Paluchu.

– Ale Paluch jest strasznie daleko z każdej strony miasta – zauważył Nadleśniczy. – Czemu mają tylko ten jeden oddział?

– Bo taniej. To bardzo mądra polityka ze strony Xantisu. Jak oni większość rzeczy wysyłają papierem, to mają od cholery takich przesyłek. Więc wybrali najtańszą pocztę, Nowoczesną.

– Taka mądra polityka, że ty musisz jechać aż na Paluch, a tam wrony zawracają, psy dupami szczekają. Zresztą nic dziwnego: schronisko. A gdzie schronisko, tam dupą szczeka psisko. Bo przez pysk karmią je gównem, gównianą karmą.

– Nie pierdol, te psy tam aż za dobrze mają. – Darmozjady to był kolejny z ulubionych tematów Pietuszenki. – Karmienie ich, wiesz, jakie to koszty?

– Niektóre schroniska, powiem ci, Pietuchu, wychodzą na swoje, oj, wychodzą.

– Nie mów, że głodzą bestie. Dają im mięcho za kasę z naszych podatków. A podatnika ledwo stać na kości z kurczaka.

– Nie mówię, że głodzą. Tuczą, Pietuchu, tuczą bardzo intensywnie. Ale tylko przez czas potrzebny, by psa utuczyć. Potem piesek znika z ewidencji, trafia do Ali Baby na kebaby. A wcześniej pysk psiska jest zapchany chemiczną karmą tuczącą, co mu ją nieustannie pod mordę podtykają. Więc dupą szczeka psisko. I cipą kracze wronisko, kiedy widzi schronisko, w geście solidarności z psiskiem! Ta wrona, co na Paluchu zawraca.

– To na pewno jest próba.

– Co jest próbą? Że cipą kracze wronisko?

– Kurwa, jebać wronisko! – zniecierpliwił się Pietuszenko. – To, że jest daleko, to jest próba. Xantis stawia mnie przed tą próbą, żeby sprawdzić, czy mi zależy. Czy pojadę aż na Paluch.

Nadleśniczy spojrzał na niego powątpiewająco.

– Jebać cipą kraczące wronisko?

– Oni na bank testują kandydatów na proaktywność! – Pietuszenko rozpaczliwie trzymał się tematu. – Na tym się opiera nowoczesna rekrutacja, to jest tak zwana zasada Bądź Minotaurem biznesu. Na sto procent zapunktuję u nich, jeżeli jak najszybciej odbiorę list z odpowiedzią i zadzwonię. Na pewno wysłali tych odpowiedzi sporo, to duża firma, na tym etapie dużo ludzi walczy o tę robotę. Więc teraz Xantis czeka, cały czas czeka, kto pierwszy do nich oddzwoni. Jak będę pierwszy, to będzie, że się sprężyłem, że pojechałem na Paluch, że mi zależy, że jestem proaktywny. Dlatego proszę cię, bardzo cię proszę, przestańmy już gadać. Albo gadajmy dalej, ale w samochodzie, jadąc na Paluch.

Ha, żeby to Edzia tak mnie o coś prosiła… – rozmarzył się Nadleśniczy. Pomyślał, żeby poczekać jeszcze minutkę, dwie i posłuchać, jak Pietuszenko kwiczy. Pietuszenko w momentach wzburzenia robił się jękliwy-kwikliwy. A najlepiej było, kiedy wymiotował, wtedy kwiczał zupełnie jak świnka. Kiedyś rzygali razem po jakiejś imprezie i Nadleśniczy w pewnym momencie aż przestał wymiotować i zaczął się śmiać. Pietuszenko wówczas się obraził: „Mógłbyś jakieś współczucie okazać”, co w sposób nieunikniony spowodowało jeszcze większy śmiech.

Ale z drugiej strony teraz to chyba wypadało okazać współczucie. Kolega miał problem. Może nierzeczywisty. Może spokojnie mógł pojechać autobusami na Paluch i zadzwonić do firmy Xantis za dwie godziny albo jutro. Ale co to za kumpel, który pomaga koledze rozwiązywać tylko rzeczywiste problemy?

– Niech będzie! – podjął decyzję Nadleśniczy. – Jedziemy! – Dojadł ostatnią kromkę, dopił herbatę, wstał, przeciągnął się, powiedział: – Jedziemy, jedziemy – przyjrzał się kolekcji samochodzików na półce i wreszcie oznajmił definitywnie: – Jedziemy!

Pietuszenki nie trzeba było oczywiście zachęcać, bo już stał przy drzwiach i otwierał swoje cztery pancerne zamki. Wyłudził je od firmy Gronger, do której zwrócił się jako dziennikarz portalu Quality. Napisał, że chce przetestować ich produkty na własnych drzwiach. I testował je od paru lat, podczas gdy firma zdążyła zbankrutować, chociaż jej zamki były dobre (a może właśnie dlatego). Nieważne, Pietuszenko zawsze zamykał drzwi na wszystkie cztery zamki. Bo różne osoby mogły chodzić po klatce schodowej, skoro domofon dawało się pokonać kopniakiem. Ciężko być Pietuszenką. A może cienko być Pietuszenko? – myślał Nadleśniczy, obserwując przyjaciela, który podczas otwierania drzwi odkrył jeszcze, że pobrudził rękaw swego jedynego garnituru pastellą. Plamka była znikoma, ale doprowadziła Pietuszenkę do takiej rozpaczy, że zaczął ją wysysać, co oczywiście sprawiło, że stała się większa od wilgoci. Ale tym bardziej ją wysysał. A wysysając rękaw, jedną rękę musiał trzymać przy ustach, więc drzwi razem z zamkami otwierał tylko drugą ręką. Czyli też jedną. I tak samo jedną je zamykał, jak już wyszedł na klatkę schodową z Nadleśniczym. Jakoś mu się to wszystko udało, ale siłą rzeczy cały proces trwał długo.

Za to bez przeszkód i komplikacji obaj przyjaciele zeszli po schodach na dół, na dwór. Tam wsiedli do samochodu i wreszcie pojechali. A dokładnie stanęli w korku pnącym się w górę ulicy Dolnej.

– Dolna zawsze stoi – uspokajał Nadleśniczy. – A o tej porze zawsze stoi wszystko. I po co to było tak się śpieszyć, Pietuchu? Po co było tak niemiłosiernie popędzać mnie, przyjaciela swego? Będziemy na tym Paluchu o dwunastej. Lepiej było poczekać, aż się ruch poranny przewali. Jechalibyśmy dwadzieścia minut i bylibyśmy o dwunastej dziesięć.

– Zaraz zwariuję – syczał Pietuszenko. – Zaraz mnie pojebie.

– Mam tam skręcić? Uhuhu! – zaśmiał się Nadleśniczy, wskazując wielki zielony ogród po prawej, gdzie za drzewami krył się szpital psychiatryczny. Połączony zresztą z hotelem-hostelem Garden, dzięki któremu lecznica sobie dorabiała. Pietuszenko nie odpowiedział, więc Nadleśniczy śmiał się sam.

– Ale jednak to podłe i niegodziwe, nędzne i nikczemne, że nie mogli ci wysłać tego listu na twój oddział normalnej poczty – dodał zaraz, by pokazać, że mimo żartów wczuwa się w problemy przyjaciela. – Naprawdę musieli wysyłać na tę Nowoczesną? Aż na Paluch? Nie mów, że normalna Poczta Polska aż tyle bierze za przesyłki.

– Tak, bo Poczta Polska jest państwowa, jebane darmozjady. Znaczy jest prywatna, ale źle ją sprywatyzowali.

– W sensie?

– No bo to wciąż jest moloch dla motłochu, taka jedna i duża. Gdyby ją podzielili na kilka mniejszych…

– I każdy oddział też?

– Tak. Patrz, ile okienek jest na każdej poczcie. Tu przesyłki, tu pocztówki, tu paczki, tu znaczki, przy każdym okienku jedna pani albo i półtorej, bo są grube babska, większe niż jedna kobieta. A gdyby podzielić, to byłyby konkurencyjne.

– Podzielić grube babska na mniejsze?! – Nadleśniczy aż podskoczył, zelektryzowany tą wizją.

– Podzielić okienka na oddzielne poczty! – wyjaśnił Pietuszenko. – I w okienkach obok siebie byłaby konkurencja. Na przykład: Poczta Tania, Poczta Tańsza i Poczta Najtańsza.

– Ale myślisz, że te panie dałyby radę tak ze sobą konkurować?

– Oczywiście! Jakby była konkurencja, toby zapierdalały ze swoimi pieczątkami, jakby to były mistrzostwa świata w stukaniu. Anibyś się obejrzał, a miałbyś list przyjęty, kwit wydany i jeszcze szybką laskę by ci zrobiły pod biurkiem, kurwy.

– Ale czy ich kurwia kondycja nie jest tu przeszkodą? – Nadleśniczy się zadumał. – Właśnie dlatego, że to gnuśne kurwy i kury, nie wiem, czy byłyby zdolne tak konstruktywnie, rycersko konkurować. Bo gdzie szranki i konkury, a gdzie kurwy i kury. One są debilne i wredne, więc co rusz by sobie podpierdalały listy nawzajem. Żeby było, że na tej drugiej, tańszej poczcie listy się gubią.

– Kamerki by były i by pilnowały, żeby wszystko było jak należy. I czy się kurwy nie opierdalają. A jak któraś wolniej robi, to na bruk! Bo zajmuje miejsce, które się komuś innemu należy, pracowitemu. Kamerka kontroluje, kurwa szybko pracuje. A jak zaczyna się opierdalać, to elektroda uruchamia się w krześle i kopie leniwą pipę w cipę. I po pensji, pięćdziesiąt złotych kary! Powiem ci, jeszcze tak kiedyś będzie. Przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy z cipy chluśnie kwas.

W tym momencie korek się ruszył. Furgonetka pana Winiena popełzła w górę i zatrzymała się przy tak zwanym źródełku. Czyli przy małej fontannie, która wystawała ze skarpy. Kiedyś woda tryskała z metalowego pyska lwa. Jednak w latach dziewięćdziesiątych pysk ukradli złomiarze koczujący w pobliskich pustostanach. I przez następnych kilkanaście lat zamiast lwa i wody była wyszarpana dziura. Teraz wreszcie naprawiono fontannę, ale beztwarzowo, bez lwich pysków i innych takich ozdóbek. Pewnie po to, by nie kusić złomiarzy.

Kiedy korek ruszył się jeszcze raz, Nadleśniczy skręcił w prawo, w lewo i znowu w prawo, przedostając się w ten sposób na ulicę Puławską.

– A nie wpierdalaj się, misiu lubelski – mruknął, wymijając suzuki z rejestracją LKR.

– W lewo! – zapiszczał Pietuszenko. – W lewo trzeba jechać, do Odyńca!

– Spokojnie. Szybciej dojedziemy przez rondo Jazdy Polskiej. Zaufaj mi, nie turbuj się.

– I tankować mieliśmy! A tam był Statoil.

– Zatankujemy u pana Grzesia pod Raszynem. Pan Grzesio krzywdy nam nie zrobi. Nie rób takiej nerwówy. Spociłem się przez ciebie – mitygował przyjaciela Nadleśniczy.

– Spociłeś się, bo jest sauna. W nocy lało, a dziś przygrzewa. Ja to się dopiero pocę. Kołnierzyk mam sztywny i mokry.

– To po coś się wbijał w garniak?

– A co będzie, jak zadzwonię do Xantisu, a oni powiedzą, że mam natychmiast przyjechać? – Pietuszenko miał wszystko przemyślane. – Trzeba będzie się pokazać: być tam jak najszybciej i w garniturze. Pytałem nawet tej dziewczyny z infolinii, jak mam się ubrać, a ona powiedziała, że nieoficjalnie, luzacko. Tak niby zdradziła, że to nawet dobrze widziane jest, bo firma stawia na kreatywność. Ale to kolejna podpucha, znaczy próba. Ja ich znam.

– Tylko z internetu. I przez telefon z jedną dziewczyną rozmawiałeś – zauważył sceptycznie Nadleśniczy.

– Poczytałem sobie o nich. Globalna firma, na pewno w garniakach się śmiga.

– Dzisiaj to i w biznesie garniaki idą w kąt. W koszulkach korpoludki śmigają.

– Bo szmatławo się zrobiło! – krzyknął Pietuszenko. – Zatrudnia się gówniarzy, bo są tani, zamiast zatrudniać pracowitych ludzi, którzy przecież nie mają wygórowanych wymagań, mogliby spokojnie zapierdalać za połowę tego, co taki gówniarz dostaje. Ja nawet myślałem, żeby założyć taką firmę, Zawstydzające Klauny, zacząłbym wreszcie trzaskać kasę. To by było tak: kiedy gówniarz w pracy się opierdala albo narzeka, że za mało mu płacą, to koledzy z pokoju mogą się zrzucić na Zawstydzającego Klauna. Klaun ma takie długie sztuczne ręce nieroba, co mu wiszą w dół. I taką znudzoną mordę: płaczliwą, leniwą, roszczeniową. Jak go wezwać, to przyjeżdża do firmy, zaczyna tańczyć wokół nieroba i śpiewa mu piosenkę lenia. Czyli robi to, co powinien zrobić szef, bo szefowie tego nie robią, za mało gówniarzy cisną…

Pietuszenko rozmarzył się na chwilę. A potem wrócił do tematu:

– Ale patrz, Xantis jest inny, oni nawet maili nie chcą wysyłać, papierowe listy przesyłają. Znaczy trzymają się starych dobrych zasad. A to o luzackości, co dziewczę z infolinii powiedziało, to podpucha, żeby wysondować, czy ja mam ich duchowy genotyp, czy sam z siebie okażę szacunek garniturem. Lecz czym podpucha dla Pietucha? Mam czterdzieści lat, niejedno się widziało, umiem wyczuć, co i jak. Dostanę w końcu robotę, i to w Mordorze.

– Czyli oni w Mordorze są? I potem trzeba będzie cię jeszcze na Służewiec zawieźć? – zapytał Nadleśniczy, odnosząc się do największej w stolicy dzielnicy biurowo-korporacyjnej.

– Odwdzięczę ci się! – obiecał żarliwie Pietuszenko.

– Ja chyba znam sprytny skrót z tego tam Palucha do Mordoru. Trzeba objechać hotel Airport i takim polem kapusty przejechać kawałeczek. Przejeżdżając, trochę się tych kapust rozgniecie na kapuśniak, ale chuj z tym, bo pola nikt nie pilnuje. Tam niby miał być taki murek, żeby zagrodzić przejazd, ale go nie ma. Bo z tym murkiem to była taka historia, że on się zapadł, utworzyło się pod nim puste miejsce pod ziemią, nie wiadomo dlaczego. Nawet pan Szerepeta nie wiedział. Albo nie chciał powiedzieć. Bo wtedy tam mieszkał taki pan Szerepeta, ale to nie było jego pole, on go nawet nie pilnował, bo tego pola nikt nie pilnuje. Jak go pytałem, kto tę kapustę co roku sadzi, to się tylko śmiał. „Ten sadzi, kto nie zbiera” – odpowiadał. I powiedział mi kiedyś, że jesienią, zimą cała ta kapusta kiśnie naturalnie, niezebrana, na polu. I że to jest tak, jakby w bigosie mieszkać, w beczce z kapustą. Mówi, że od tego kwasu to nawet glizdy w ziemi są tam kiszone, jeszcze żywe, a już ukwaszone, bez wrzątku od samego kwasu żywcem powoli się gotują jak paróweczki. Ale patrz, tu jest Plac Unii.

– No jest. Jest i jest – westchnął Pietuszenko, bo na placu stanęli i stali, tym razem na światłach.

– Ale nie plac w sensie plac, chociaż on też jest, tylko centrum handlowe Plac Unii, co tu stoi przy placu i jak plac się nazywa. O, ten budynek, niby biały.

– Raczej czarny.

– Jakiś taki – powiedział Nadleśniczy, patrząc na zbliżający się wieżowiec. Nie za wielki, jak na wieżowiec, ale jednak wieżowiec. – Plac Unii nad placem Unii. Można by uznać, że to też plac, tylko pionowy. To w ogóle byłby pomysł, gdybyśmy zrobili sobie w Warszawie pionowy plac. Taki na sztorc. Nikt by nie mógł po nim chodzić, ale to byłby ewenement na światową skalę. Wreszcie zaczęliby do tego jacyś turyści przyjeżdżać ze świata, nie tylko słoiki z Lublina.

– Przyjeżdżają jebane Araby – zazgrzytał Pietuszenko. Ale zazgrzytał z rozkoszą, bo to też był jeden z jego ulubionych tematów. – Przyjeżdżają jebane Araby podziwiać, co zburzą. I jebane Szwaby podziwiać, co zburzyli. I jebane Żydy, co niszczą bez burzenia, bo po co mają burzyć, gdy nasze ulice, ich kamienice. Oraz piwnice, w piwnicach zdzierali paznokcie żołnierzom wyklętym, co ich przed Niemcem ratowali. Wciąż dostajemy w twarz tym pejsem. Znaczy pejczem.

– Ale o tym nie mów w firmie Sanctis.

– Xantis.

– Ale nie mów.

– Wiem, bo mnie nie zatrudnią. W korpo nie można być patriotą. – Pietuszenko westchnął.

– A dlaczego nie założymy patrio-korpo?! – zawołał nagle Nadleśniczy.

– Kto?! – zdumiał się Pietuszenko.

– No ty i ja. Może na bazie twojego pomysłu, co mówiłeś. Patriotyczna firma Zawstydzające Klauny. Działalibyśmy na rzecz wydajności pracy i wzrostu gospodarczego!

Zapadło milczenie na chwilę. Być może Pietuszenko zbierał się w sobie, żeby powiedzieć: „Tak! Zróbmy to!”. I cała nasza historia potoczyłaby się inaczej, lepiej. Niestety, Nadleśniczy zdusił tę możliwość w zarodku, bo coś mu się przypomniało:

– Czekaj, czekaj. Tu, na placu Unii, możesz pozbyć się potu. Chcesz, to zaparkuję.

– Ale że niby jak?

– Normalnie, wchodzisz do galerii handlowej, do pierwszego lepszego sklepu z ciuchami, bierzesz trzy koszulki, idziesz do przymierzalni, przymierzasz na gołe ciało, znów wkładasz garniak, odnosisz koszulki do kasy, rzucasz pani na ladę i mówisz do niej: „Nie biorę. Chujowe te wasze koszulki, nikt ich nie chce i dlatego tak źle ci płacą, dziewczyno”. I nie masz koszulek, ale nie masz też potu, bo został na koszulkach.

– Nie ma czasu – warknął Pietuszenko. – Zresztą przejechaliśmy już plac Unii.

– Zawsze można zawrócić…

– Przestań!

Nadleśniczy przestał. Przestał nawet mówić cokolwiek, może się zmęczył. Ale po paru sekundach zaczął Pietuszenko:

– Widzisz?

– Co?

– W lusterku. Jedzie za nami od Dolnej. Ten gość w suzuki, co go mijałeś. Gówno nie terenówka, taki chujowy crossover. To może być ktoś z firmy Xantis, ich selekcjoner-trener, taki kontroler. Sprawdzają, czy jestem proaktywny, czy mi zależy, czy odpowiednio szybko zapierdalam na pocztę po ich list. Rozumiesz, te rzeczy też wpływają na ocenę kandydata. Koleś ma rejestrację z Krasnegostawu, może dla niepoznaki.

– LKR to Kraśnik, nie Krasnystaw – sprecyzował Nadleśniczy.

– Chuj z tym. Ten jedzie za nami od Dolnej. A obok jedzie chuj z LRY na rejestracji. Znaczy Ryki.

– Piękna nazwa. No pomyśl sam, mieszkać w Rykach. Człowiek nieraz mieszka w rykach. Ja mieszkam w oratoriach mojej staruszki.

– A tu proszę, po lewej mamy LBL. Pierdolony Biłgoraj, miasteczko jehowych.

– No coś ty, to w Biłgoraju tyle jehowych? Biłgoraj ich raj?

– Tak, Biłgoraj ich raj, ale chuj. W sensie chuj z nimi. – Pietuszenko rozejrzał się. – Otacza nas ekipa z Lubelskiego. Myślisz, że to przypadek?

– Nie, to nie przypadek. To nie przypadek, że w Polsce bida, a w lubelskim słoikowie jeszcze większa niż gdzie indziej, więc człapią do Warszawy zapierdalać za kawałek chlebka i ćwierć pomidorka. I gdzie byś jechał, otaczają cię na ulicy lubelskie rejestracje. I świętokrzyskie, łódzkie, radomskie, żyrardowskie, mazurskie, kujawskie.

– Ale ten jakby selekcjoner-trener z Kraśnika jedzie za nami od Dolnej. Ciekawe, czy jak się zatrzymamy, on też się zatrzyma.

– Myślałem, że się śpieszysz na Paluch.

– Śpieszę, śpieszę, nie zatrzymuj się… Ty patrz, on się zatrzymuje! Ledwo to powiedziałem, że można by się zatrzymać, on się zatrzymał! Jakiś podsłuch ci w wozie zamontował? Zatrzymaj się, zatrzymaj się ty!

– Po co? Po co? – pytał Nadleśniczy, ale się zatrzymał. W końcu to Pietuszenko się śpieszył.

Elegancki pan

Pietuszenko wyskoczył z furgonetki Winiena i dzielnie ruszył w stronę samochodu z Kraśnika.

– Witam pana, panie trenerze – powtarzał sobie po cichu drżącymi ustami. – Wiem, że to pan, bo jestem nie tylko proaktywny, ale i inteligentny.

Ale po chwili stanął jak wryty. Nie tylko ze strachu, także z zachwytu. Bo z kraśnickiego auta wysiadł mężczyzna bardzo duży i barczysty, ale też elegancki. Ewidentnie muskularny, choć mięśni nie było widać: dobrze skrojony garnitur krył je, a zarazem sugerował. Bardzo ciemne włosy były nie tylko przystrzyżone, ale i dyskretnie wymodelowane. Do pełnej stylówy w rozumieniu Pietuszenki nieznanemu panu brakowało tylko krawata. Ale Pietuszenko już był gotów mu to wybaczyć.

– O, jak to dobrze – powiedział mężczyzna. – O, jak to dobrze, że jeszcze są dobrzy ludzie. Gotowi pomóc w potrzebie. Nie da się ukryć, mam kapcia.

I ruszył w stronę tylnego koła, kucnął przy nim, westchnął.

– Ktoś mi przebił oponę. I to tak sprytnie, że przy wsiadaniu nie zauważyłem, a kapeć zrobił się podczas jazdy. Są tacy mistrzowie. Wiadomo, że nie wolno parkować na Hawajskiej na Imielinie, tam jest taki człowiek, który przekłuwa. I na Chomiczówce, na Maszewskiej, mi przekłuli.

– To może czas zmienić rejestrację na warszawską… – rzucił jadowicie Nadleśniczy, który też wysiadł i dołączył do grupki podziwiaczy przekłutego koła.

– Przestań – syknął cichutko Pietuszenko. – On może być z Xantisu!

– Z Warszawy jestem, żeby wszystko było jasne. – Pan w garniturze się uśmiechnął. I wstał. Był wyższy o głowę od Nadleśniczego, potężnego chłopa. Ale głos miał łagodny. – Samochód zarejestrowałem pod Lublinem, bo tam taniej ubezpieczenie wychodzi.

– Na pewno jest z Xantisu – szeptał Pietuszenko. – Oszczędność jest wpisana w genotyp firmy.

– Niestety, lewarek mam popsuty – kontynuował ciemnowłosy elegant. – Czy mógłbym pożyczyć od panów na chwilę? Tylko wymienię koło.

– No, ja to tak za bardzo nie mam lewarka – przyznał się Nadleśniczy.

– A w którą stronę panowie jadą?

– Na Paluch. Znaczy jakby w stronę…

– Znam Paluch, oj, znam. Tam jest schronisko dla zwierząt. Polacy mają ogromne, ogromne współczucie dla zwierząt. To chwalebne. Jeszcze chwalebniej jest współczuć człowiekowi. Podwiozą mnie panowie kawałek w stronę Palucha właśnie, Ochoty? Tam jest ulica Buńczuk, naprawdę tak się nazywa, i przy tej ulicy Buńczuk jest firma, w której czeka na mnie przyjaciółka. Wrócę z nią tutaj jej samochodem, ona ma lewarek.

– Niechże pomyślę… – zasępił się Nadleśniczy.

– A co tu myśleć? – szeptał Pietuszenko. – To jest ktoś, komu trzeba pomóc! To może być taka próba! Ty myślisz, że mnie pojebało, ale ty nie wiesz, jakie techniki rekrutacyjne stosują firmy z najwyższej półki!

– Niechaj i tak będzie – zadecydował Nadleśniczy. – Zapraszam do szoferki! Jest jeszcze miejsce dla pasażera!

I była to prawda, bo furgonetka pana Winiena miała jedną zaletę, mianowicie szerokość. Siedzenie w szoferce było właściwie ławą, na której spokojnie mogły się pomieścić trzy osoby. Wysoki pan musiał trochę się schylić przy wsiadaniu, ale bez trudu zmieścił się po prawej.

– A pasy? – zapytał.

A pasy to w Oświęcimiu Żydki na ubrankach nosiły – chciał odpowiedzieć Pietuszenko, ale ugryzł się w język. W globalnym korpo, choćby i staroświeckim, trzeba gryźć się w język. I w serce.

– Mam tylko pasy dla kierowcy – mówił tymczasem Nadleśniczy. – Dla pasażerów jeszcze nie zamontowałem, bo takie czasy. Takie czasy, że brak czasu albo kasy.

– A więc jedziemy poniekąd nielegalnie? – dopytywał się pan w garniturze.

– Przy jeździe nieważne jest poniekąd, ważne skąd i dokąd – powiedział Nadleśniczy. I zamyślił się nad tym, co powiedział.

– Słusznie – zgodził się elegant. – A panowie na Paluch do schroniska? Mają tam oddział dla psów, oddział dla kotów. Ja mówiłem: oddział dla wariatów, na ten dla psów oczywiście. Kiedy byłem na oddziale dla kotów, a psy znów zaczynały szczekać jak wściekłe, to koty się jeżyły. A ja je głaskałem i mówiłem: Ćśśś, nic się nie stało, znów ktoś się zbudził na oddziale dla wariatów.

– Pracował pan tam? – spytał Nadleśniczy, na co Pietuszenko zareagował syknięciem. No bo gdzieżby taki elegancki, wysoki pan, co być może jest trenerem firmy Xantis, pracował w jakimś syfiastym schronisku. Ale wysoki pan nie obraził się, tylko nadal mówił bardzo grzecznie i bardzo składnie:

– Nie, nie pracowałem, ale w pewnym zakresie chciałem zaproponować im współpracę. Nie kotom oczywiście, tylko władzom schroniska. Jestem zarządcą dwóch nieruchomości na Mokotowie. Jednej przy Dolnej i jednej zaraz obok przy Puławskiej. To zrujnowane pustostany. Ale instytucja, do której te pustostany należą, chce je zagospodarować. Niestety, zagnieździli się tam bezdomni, a dokładnie bezdomni alkoholicy, którzy dewastują posesje i całą okolicę. Kiedyś wyrywali elementy metalowe, żeby sprzedać je na złom. I drewniane, bo zrobili sobie palenisko w dwóch budynkach. A teraz nie wiem, co się stało, może osiągnęli ten etap, że nie potrzebują już pieniędzy i ciepła, bo nie wyrywają elementów, nie palą, tylko wszędzie srają. Srają, jakby jedli pięć razy więcej niż kiedyś, choć to niemożliwe, bo nie mają za co. I to, czym srają, nawet już nie śmierdzi gównem, raczej takim bagnem błotnisto-ziemistym. Podejrzewam, że zaczęli jeść ziemię. Są w niej mikroelementy, korzonki, nawet białko zwierzęce w postaci robala się znajdzie, no to jakoś żyją. Oczywiście, to wszystko nie może być bez wpływu na ich człowieczeństwo. Jest tam taka istotka. Niewiele ponad metr wzrostu, w kapturze, a spod kaptura widać tylko okulary – toto pewnie je dostało w pomocy społecznej. Oczy ma zarośnięte szarą ropą, ale jakoś umie wydrapać sobie w niej dziurki na źrenice, więc coś tam widzi. Chodzi toto zakutane w szmaty. I ropę, bo szmaty całe w szarej ropie, kokon taki. I prowadza się z trochę większym, brodatym karłem, co go nazywa tato. Mówi, że ma osiemnaście lat. I że jest dziewczyną.

– Jest dziewczyną, jest. – Nadleśniczy się zaśmiał. – Skojarzyłem już. To znana żebraczka. Ja jej nie widziałem, ale gruby Zunlicht tak. Zunlicht to taki kumpel, co mieszka na Odyńca. Opowiadał mi o tych złomiarzach z Dolnej, bo oni legendarni są. Ale jeśli pan nie dowierza w jej płeć, to można sprawdzić najprostszym sposobem, uhuhu! Ja bym się bał w cipę-ropę zagłębić, ale byli przecież tacy, co babci sąsiadce szklane oko wyjmowali i w oczodół posuwali.

– Nie żartujcie, panowie, nie żartujcie… – Elegancki pan był współczujący, zarazem poważny i rzewny. – Jeśli jest dziewczyną, to nie ma nic straszniejszego niż dziewczyna, która nigdy nie zaznała radości. Jej głos nie brzmi jak głos dziewczyny ani jak głos człowieka. Raczej jak głos komputera, symulatora mowy. Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, zadzwoniłem na policję. Nie mogą zainterweniować, powiedzieli. Musiałaby rozrabiać po pijaku, a jak nie rozrabia, to dupa, mówi mi policjant; dupa w tym sensie, że nic nie można zrobić. Ale pleśń ją żywcem zeżre, mówię mu, przecież od tej ropy ledwo jej źrenice widać. No to niech pan dzwoni na pogotowie, powiedział. Zadzwoniłem na pogotowie, a na pogotowiu mówią, że nie mogą interweniować wbrew jej woli. Musiałaby być nieprzytomna. Czy jest nieprzytomna? Patrzę na nią i mówię: Przytomna to ona nie jest, ale zupełnie nieprzytomna też nie. Pan ją da do telefonu, powiedzieli, zapytamy, czy chce interwencji. Brzydziłem się trochę, ale dałem mój telefon jej do ręki. Kiedy wysunęła rękę z rękawa, zaśmierdziało jak z grobu i z fabryki chemicznej zarazem. Do słuchawki powiedziała tylko: „Nie” i tyle było rozmowy. Dzwoniłem po schroniskach. Nie tylko w sprawie dziewczyny, ich wszystkich chciałem jakoś gdzieś przenieść, tych bezdomnych. Pewnie, mogłem ich wygonić z policją, strażą, ochroniarzami, zabić wszystko dechami i zamontować alarm.

– I następnego dnia miałby pan dechy spalone. – Pietuszenko wreszcie odważył się odezwać do pana w garniturze. – A alarm zerwany i wyrzucony w krzaki. Darmozjady zawsze niszczą biznes.