Karin Stanek. Autostopem z malowaną lalą - Anna Kryszkiewicz - ebook
Opis

Wspomnienia o Karin Stanek zaczęłam spisywać jeszcze w latach 70. ubiegłego stulecia. W mojej książce odwołuję się do opowieści Karin, których słuchałam, i do naszych rozmów.

Karin była wyjątkową artystką, wybitnie utalentowaną, z ognistym temperamentem, a przy tym osobą szalenie skromną, dobrą i łagodną. Była zamknięta w sobie i nikomu nie pozwalała wkraczać w swoje życie prywatne. W tej książce, jeszcze za zgodą Karin, uchylę rąbka tajemnicy na ten temat. Wierzę, że trudne i ciekawe życie Karin zainteresuje nie tylko jej fanów, ale również kolejne, młodsze pokolenia. Karin zasłużyła na to, aby o niej nie zapomniano.

Książka zawiera zdjęcia i materiały archiwalne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

A N N A   K R Y S Z K I E W I C Z

karin stanek

autostopem

z malowaną

lalą

Strona redakcyjna

Autorka i Edipresse Książki serdecznie dziękują Panu Witoldowi Borewiczowi, Panu Mirosławowi Noworycie i Panu Stefanowi Papierowskiemu za udostępnienie zdjęć.

Wydawca i autor dołożyli wszelkich starań, by dotrzeć do właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć i reprodukcji zamieszczonych w książce, jednak nie we wszystkich przypadkach było to możliwe. Uprzejmie prosimy wszystkich zainteresowanych o kontakt z wydawnictwem.

Copyright for the Polish Edition © 2015 Edipresse Polska SA

Copyright © 2015 by Anna Kryszkiewicz

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Korekty: Agnieszka Piotrowicz, Jaga Miłkowska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter, GWF

Projekt graficzny, skład i łamanie: Typo Marek Ugorowski

Zdjęcie na okładce: Witold Borewicz

Druk: Drukarnia Skleniarz

ISBN 978-83-7945-208-8

Zdjęcia pochodzą z archiwum Karin Stanek i Autorki.

Nagrań udostępnionych w aplikacji TAP2C użyczyła Wytwórnia Muzyczna MTJ

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Wstęp

Poznałam Karin latem 1969 roku, kiedy właśnie odchodziła od Czerwono-Czarnych, a ja tego samego roku jesienią uzyskałam dyplom magistra inżyniera budownictwa lądowego i podjęłam pracę. Bieganie po budowach w charakterze inspektora nadzoru budowlanego nie stało się jednak moją pasją.

Od dzieciństwa miałam kontakt z muzyką, ponieważ moja mama była pianistką i uczyła dzieci gry na fortepianie w szkole muzycznej w Łodzi, a także w domu. Ja też skończyłam szkołę muzyczną.

Po odejściu od zespołu Karin zaczęła pracować samodzielnie i komponować nowe piosenki. Nie potrafiła jednak zapisywać ich w nutach, więc postanowiłam jej pomóc i pisałam prymki do nowo powstałych utworów. Z czasem zaczęłam też pisać dla niej teksty. Nasza współpraca rozwijała się dość szybko. Karin wiele razy prosiła mnie, abym w jej imieniu poprowadziła rozmowy w radiu, estradzie czy w telewizji. To zajęcie bardzo mi się spodobało, co oczywiście odbiło się niezbyt korzystnie na mojej pracy zawodowej. Łączyłam te dwie prace przez trzy kolejne lata – tyle musiałam odpracować na budowach, aby otrzymać zezwolenie na wyjazd za granicę.

Kiedy byłam już wolna, całkowicie poświęciłam się pracy z Karin. Załatwiałam jej wszystko jak zawodowy menedżer, chociaż kiedyś takie stanowisko w Polsce nie istniało. Nawet szyłam jej stroje na scenę.

W ciągu kilku lat Karin systematycznie opowiadała mi swoją historię, a ja wszystko skrzętnie notowałam, kolekcjonowałam również rozmaite materiały.

Kiedy na początku lat 70. Karin poleciała na dłuższy kontrakt do Związku Radzieckiego, zabrałam się do spisania jej wspomnień. I napisałam. Kolejne rozdziały powstawały sukcesywnie.

Narodziny talentu

Karin Stanek. Wiele osób jeszcze dziś pyta, jak naprawdę się nazywała. Ponieważ imię jest rzadko spotykane, większość myśli, że to pseudonim. Ale tak nie jest, Karin to jej prawdziwe imię, a Stanek – prawdziwe nazwisko. Owszem, imię jest oryginalne – ale czyż sama Karin nie zaskoczyła wszystkich swoją indywidualnością, talentem? Chyba nie ma człowieka w naszym kraju, który nie słyszał o Karin Stanek. Każdy zna jej przeboje, wie, że miała dwa warkoczyki, grała na gitarze i że znakomicie poruszała się na estradzie. Mało kto jednak zna jej życie. A więc…

Bytom. Tu Karin spędziła dzieciństwo. Wcześnie poznała trudy życia, zbyt wcześnie musiała stać się dorosła. Była zaledwie w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy warunki domowe zmusiły ją do przerwania nauki. W rodzinnym domu było sześcioro dzieci i matka sama je utrzymywała, pracując ponad siły. Kiedy starsza dwójka poszła do pracy, Karin musiała zająć się domem i trojgiem młodszego rodzeństwa. Wstawała skoro świt, budziła dzieciaki, szykowała im śniadanie, a potem wsadzała całą trójkę w „rodzinny” wózek i odstawiała do przedszkola. W domu czekało na nią pranie, sprzątanie, gotowanie.

Tak płynął dzień po dniu, jeden podobny do drugiego. Czasem zdarzało się, że znajdowała chwilę na czytanie ciekawej książki – rzucała się wtedy wraz z bohaterami w wir szalonych przygód, poznawała dalekie, nieosiągalne, pełne tajemnic kraje. Bardzo to lubiła. Błądziła wzrokiem po mapie, zwiedzała nieznane morza i lądy. Lecz brutalne życie nie pozwalało jej na zbyt długie przebywanie w odległych krainach, szybko musiała wracać do rzeczywistości i do pracy ponad siły drobnego dziecka. A zabawy? O, na to zupełnie brakowało czasu małej pani domu. Czasem tylko udawało się wyskoczyć na kilkanaście minut na podwórko, by pograć z chłopcami w piłkę nożną. To była jej wielka pasja. O ustalonej godzinie Karin przerywała pracę w domu, a na podwórku zbierała się „drużyna” (oraz moc kibiców usadowionych wygodnie na murkach, płotach i trzepakach) i wtedy odbywały się mecze. Oczywiście Karin była jedyną przedstawicielką płci pięknej dopuszczoną do gry. Ale musiała być dobra w kopaniu piłki, skoro doceniali ją mali piłkarze, a nawet sami prosili o wzmocnienie drużyny. Piłka nożna – to było i nadal jest jej hobby. Zawsze była gorącym kibicem bytomskiej Polonii, bywała na wszystkich meczach, które rozgrywano w okolicach Bytomia. Śmiesznie musiała wyglądać taka mała dziewczynka z warkoczykami wybierająca się na mecz piłki nożnej w otoczeniu piętnastu chłopców. Ale jej to wcale nie przeszkadzało, czuła się wspaniale na zapełnionych trybunach, krzyczała, gwizdała, przeżywała każdą bramkę. Liberda, Trampisz – to byli jej ulubieni piłkarze.

Pamiętam pierwszy prawdziwy mecz, który oglądałam na prawdziwym stadionie. Wprawdzie było to już bardzo dawno, ale takie wydarzenia się pamięta. Otóż dowiedziałam się kiedyś, że w Chorzowie ma odbyć się mecz Polonii z Ruchem. Zapragnęłam obejrzeć to spotkanie. Ponieważ było zbyt późno na szukanie towarzyszy, wybrałam się sama – autostopem. Biletu oczywiście nie miałam, ale widocznie nikt nie zwracał uwagi na dziewczynę, bo weszłam normalnie na trybuny, niezatrzymywana przez nikogo. Rozpoczął się mecz. Nie wiedziałam nawet, która jest bramka Polonii, a która Ruchu, byłam pod tak silnym wrażeniem. Krzyczałam uradowana bez względu na to, do której bramki wpadła piłka. Otaczający mnie ludzie byli tym oburzeni. Byłam jak w transie, zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje. Wróciłam do domu z tak ogromną chrypą, że prawie nie mogłam mówić. Najlepsze było to, że nawet nie potrafiłam bratu powiedzieć, jaki był wynik meczu – po prostu nie wiedziałam. Padało tak wiele bramek, skąd mogłam wiedzieć dla kogo?

Karin się śmieje. Dziś zna wszystkie aktualne wyniki i śmiało wdaje się w dyskusje na ten temat z zawodowcami. Wprawdzie nie ma zbyt wiele czasu, aby chodzić na mecze, ale za to w telewizji ogląda wszystkie ważniejsze, no i na bieżąco studiuje każdy numer „Przeglądu Sportowego”. Kiedy odbywa się mecz, nie interesuje jej nic innego, żyje tym, co dzieje się na boisku. Każdej bramce zdobytej przez Polaków towarzyszy zawsze gromki okrzyk radości Karin. Jest chora, zła i zrozpaczona, kiedy musi jechać na koncert i omija ją transmisja ciekawego meczu. Sport jest tak ogromną pasją Karin, że nawet kiedyś marzyła o karierze sportowej. Kto wie, gdyby nie została piosenkarką, to może zdobyłaby dla Polski złoty medal na igrzyskach olimpijskich? Właściwie interesuje ją każda dyscyplina sportu, ale najbardziej lubi jednak piłkę nożną, potem boks, hokej i jazdę figurową na łyżwach. Sama jeździ na łyżwach doskonale, często w wolnych chwilach wyrywa się na lodowisko – jeździ wtedy godzinę, dwie i nie czuje zmęczenia. Jest zadowolona.

Każdego dnia miałam dużo pracy w domu, każdego dnia robiłam to samo i tylko z zazdrością mogłam patrzeć przez okno, jak moje koleżanki leniwie i z niechęcią idą do szkoły. One szły, bo musiały. A ja chciałam i nie mogłam. Może komuś trudno w to uwierzyć, ale ja naprawdę chciałam. Lubiłam uczyć się, dowiadywać wciąż czegoś nowego, ciekawego.

Minęły najtrudniejsze zimowe miesiące, moje rodzeństwo przyzwyczaiło się do przedszkola, ciut podrosło, zaczęłam więc na serio myśleć o nauce. Mogłam wrócić do szkoły, ale wtedy stałabym się ciężarem dla mamy. Nie chciałam na to pozwolić. Było zatem tylko jedno wyjście – szkoła wieczorowa. Okazało się, że to też nie jest najlepsze rozwiązanie, bo przecież musiałam przedłożyć zaświadczenie, że pracuję. Tak więc w środku lata rozpoczęłam długie wędrówki od biura do biura w poszukiwaniu pracy. Niestety nie miałam szesnastu lat i nigdzie nie chcieli mnie przyjąć.

Musiałam więc użyć podstępu – podrobiłam po prostu datę urodzenia – i udało się. Zostałam przyjęta jako pomoc biurowa do Przedsiębiorstwa Robót Górniczych w Bytomiu. Moje życie wprawdzie uległo zmianie, ale obowiązków nie ubyło, wprost przeciwnie. Od godziny siódmej rano biegałam z grubą teką pełną korespondencji i pisemek z piętra na piętro, z pokoju do pokoju, z biura na pocztę i do innych przedsiębiorstw. Byłam dość szybka i zwinna, co bystrzejsi zorientowali się więc i zaczęli mnie wykorzystywać, posyłali mnie po śniadanka do sklepu, prosili o załatwienie (po drodze!) drobnych prywatnych spraw.

Wracałam do domu zupełnie wyczerpana. A tu o odpoczynku nie było mowy. Trzeba było jeszcze coś odrobić, czegoś się nauczyć i szybko do szkoły na lekcje. Robiłam, co mogłam, aby uczyć się dobrze i nie łapać dwój. Trudno było w takich warunkach o piątki, ale dwój nie miałam.

Kiedy po tak pracowitym dniu wieczorem wracałam ze szkoły i siadałam do kolacji, często zdarzało się, że zasypiałam przy stole, nie kończąc nawet jedzenia.

Najtrudniejsze były pierwsze tygodnie i miesiące. Ale ja byłam uparta. Postanowiłam skończyć szkołę, więc musiałam to zrobić. W pracy też dawałam sobie radę coraz lepiej. Stałam się odważniejsza, śmielsza i już nie pozwalałam się wykorzystywać. Wiedziałam, co do mnie należy i to robiłam. Z nauką również dawałam sobie radę. Szczególnie lubiłam lekcje geografii, na których poznawałam dalekie ciekawe kraje. Zawsze marzyłam o tym, abym mogła choć część z nich zobaczyć.

Czy śpiewałam kiedyś jako dziecko? Ależ oczywiście, razem z innymi dziećmi na wycieczkach szkolnych, koloniach, czasem dla koleżanek. Kiedyś nawet śpiewałam solo na kolonii. Miałam wtedy może jedenaście lat. Było ognisko, na które zaprosiliśmy inną kolonię. Śpiewałam dwie modne wtedy piosenki – Oh, my papa i Pieśń o matce. Miałam tak okropną tremę, że nie słyszałam sama siebie, ale okazało się, że nie było tak źle, bo otrzymałam nawet duże brawa i przy okazji zyskałam sporo nowych przyjaciół.

Gitara. Jak to się stało, że tak przylgnęła do Karin? Jako dziecko nie grała na gitarze, nie woziła jej na kolonie – a to z tej przyczyny, że jej po prostu nie miała.

Właściwie nigdy nie marzyłam o gitarze, to czysty przypadek sprawił, że nagle zapragnęłam ją mieć. Pracowałam, wieczorem chodziłam do szkoły, a na rozrywki czasu nie starczało. Ale pewnej niedzieli odwiedził nas wujek. Wiedziałam, że gra na gitarze, a ponieważ przyniósł ją ze sobą, poprosiłam, aby coś zagrał. Słuchałam i patrzyłam, jak uderza w struny, gdzie układa palce. Kiedy skończył, poprosiłam, aby pozwolił mi też spróbować. Nie było to oczywiście łatwe, ale już po chwili spodobało mi się tak ogromnie, że byłam zupełnie oszołomiona, prawie nieobecna. Czułam, że chcę grać, że muszę, że siedzi we mnie coś, co może się wyzwolić właśnie dzięki tej gitarze – to mnie męczyło. Od tego dnia chodziłam wciąż zamyślona, cicho nuciłam poznane piosenki i grałam w marzeniach na gitarze. Tak długo błagałam mamę, aż kupiła mi gitarę, zwyczajną, za 150 złotych. Były na niej wymalowane kwiaty, gwiazdy, naklejone zdjęcia – była cudowna.

Mama grała na gitarze, stała się więc moim pierwszym nauczycielem. Tego dnia, kiedy dostałam instrument, nauczyłam się akompaniować sobie do kilku piosenek. Moje zainteresowanie muzyką rosło z dnia na dzień, każdą wolną chwilę spędzałam z ukochaną gitarą. Słuchałam radia i piosenek Jerzego Połomskiego, Marii Koterbskiej, Bogusława Wyrobka i próbowałam sama śpiewać i grać.

Z ogromną przyjemnością robiłam mamie codzienne zakupy w pobliskim sklepie. Biegłam wtedy przez placyk, na którym każdego dnia po szkole zbierali się chłopcy z gitarami i grali modne w tym czasie piosenki. Stawałam za drzewem zasłuchana i zapatrzona, nieruchoma, tkwiłam tak czasem godzinę, a nawet dwie. Wreszcie zdawałam sobie sprawę, że minęło już tyle czasu, mama czeka, a ja, prawdę mówiąc, nie pamiętam nawet, co miałam kupić. Dostawałam za to burę w domu, ale zawsze starałam się jakoś wynagrodzić to mamie, którą kochałam najbardziej w swoim życiu, więc pomagałam jej we wszystkich pracach do późnej nocy.

Wyczekiwałam z niecierpliwością każdej niedzieli, mogłam wtedy dużo czasu poświęcić grze.

Przez kilka miesięcy uczyłam się muzyki u profesora. W tym czasie opanowałam już tyle chwytów, że potrafiłam zaakompaniować sobie do każdej piosenki. Gitara stała się moim nieodłącznym towarzyszem. Musiałam rozstawać się z nią jedynie w godzinach pracy, no i kiedy szłam do szkoły. Ale za to śpiewałam. Biegałam teraz rozśpiewana po piętrach mojego biura. Nuciłam również, załatwiając sprawy służbowe na mieście, w katowickich biurach.

Poznawałam coraz więcej grających kolegów, którzy wprowadzili mnie do klubów młodzieżowych i domów kultury. Przez jakiś czas należałam do zespołu instrumentalnego Domu Kultury w Bobrku składającego się z kilkunastu osób; byli to gitarzyści i akordeoniści. Uczyliśmy się grać pod kierunkiem nauczyciela muzyki, a potem nasz zespół brał udział w imprezach organizowanych w Domu Kultury. Byłam w tym zespole jedyną dziewczyną.

Karin grała i śpiewała. Grono jej przyjaciół muzyków wciąż się powiększało, podobała się im dziewczyna, która śpiewa i gra na gitarze, toteż każdy chciał ją wciągnąć do swojego zespołu. Tak oto Karin poznawała wciąż nowe kluby, nowe piosenki, wkraczała w muzyczny świat bytomskiej (i nie tylko) młodzieży.

Grała w klubach młodzieżowych w Bytomiu, Szombierkach, Miechowicach, Łagiewnikach, w kopalni Bobrek. Zapraszano ją na imprezy okolicznościowe, na akademie, na wieczorki taneczne. Koledzy załatwiali wciąż nowe chałturki. Repertuar miała olbrzymi, śpiewała najmodniejsze szlagiery jej ulubione­go Elvisa Presleya, Paula Anki, Tommy’ego Steele’a. Robiła to z tak ogromną dynamiką, że wszystkich wprawiała w zdumienie. Nie minęło wiele czasu, a w muzycznych kręgach Bytomia i okolic zaczęła być znaną i cenioną, szalejącą na scenie małą Karin.

A co w pracy? I tu doszły słuchy o jej wyczynach muzycznych i jak to zwykle bywa, byli tacy, którzy z przyjemnością słuchali jej śpiewu, ale byli również przeciwnicy.

Któregoś dnia zwolennicy Karin poprosili, aby przyniosła gitarę i zaśpiewała. Gitarę schowała do szafy za segregatory, odczekała, aż kierownik wyjedzie służbowo… i wtedy dała koncert. Mały pokoik, w którym urzędowała Karin, zapełnił się po brzegi. A Karin śpiewała, była w swoim żywiole, zapomniała, że jest w pracy, że to biuro, że są tu jej zwierzchnicy. Po tym „koncercie” wyraźnie urosła w oczach swoich współpracowników, czuła, że traktują ją jakoś inaczej, że stała się „kimś”.

Innym razem – w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki w Katowicach – wręcz domagano się, aby przywiozła swoją ukwieconą gitarę. Czemu nie? Zabrała ją i tak oto któregoś dnia praca na kilku piętrach w budynku Ministerstwa została wyraźnie zakłócona.

Tak więc Karin zyskiwała pomaleńku popularność w miastach Śląska.

A co na to jej biurowi przeciwnicy? Zżerała ich zazdrość o zainteresowanie osobą Karin. Traktowali więc z ironią jej śpiew i grę, wyszukiwali dla niej wciąż trudniejsze prace, aby w ten sposób pokazać swą wyższość. „Pan magister” (jak go tam nazywano), który był bezpośrednim zwierzchnikiem Karin, wezwał ją kiedyś do siebie i powiada: „Słyszałem, że pani śpiewa w różnych tam zespołach. Niech się pani zdecyduje: albo praca, albo śpiew. Co, chce pani zrobić karierę? Tu mi kaktus wyrośnie, jak pani coś osiągnie”.

Ciekawe, co z tym kaktusem…

Na szczęście Karin mało się tym przejmowała, gitara leżała spokojnie w szafie za segregatorami i kiedy kierownik opuszczał biuro, Karin znów grała. Nie oznacza to, że zaniedbywała pracę, zawsze w porę wykonywała swoje obowiązki, spieszyła się, a potem nadrobiony czas wykorzystywała na grę. Największe trudności miała ze zwalnianiem się z pracy na występy. Ale po żmudnej walce ze zwierzchnikami jakoś zawsze udawało jej się wyrwać.

To śmieszne, że zapraszały ją różne zakłady pracy w Bytomiu, a zakład, w którym pracowała, nie zaprosił jej nigdy. Zawiść? Nie martwiło jej to bynajmniej, miała dość zaproszeń.

Z wynagrodzeniem za te imprezy bywało różnie, czasem zaproszono ją na herbatkę z ciasteczkami, a czasem otrzymywała drobne wynagrodzenie pieniężne. To drugie oczywiście cieszyło ją bardziej, ponieważ niejednokrotnie podbudowywało budżet rodzinny. Karin wszystkie zarobione pieniądze – w pracy i na imprezach – oddawała zawsze mamie.

Było lato. Roku już nie pamiętam. U mamy w pracy organizowano wycieczkę do Ojcowa. Bardzo lubiłam wycieczki, więc mama – choć sama nie mogła – pozwoliła mi pojechać. Zabrałam ze sobą oczywiście gitarę. Podczas krótkiego odpoczynku, już w Ojcowie, kilka osób, widząc ją, poprosiło mnie o zaśpiewanie jakiejś piosenki. Lubiłam śpiewać, więc nie musieli długo czekać. Zaśpiewałam jedną, potem drugą i trzecią… i raptem zauważyłam, że jestem otoczona chmarą ludzi. Wszyscy przystawali, zbliżali się do mnie i słuchali. A ja śpiewałam, tańczyłam, szalałam. Kiedy szłam dalej, wraz ze mną szli inni, i to nie tylko z mojego autokaru, lecz także z innych. Odłączali się od swoich i szli ze mną. Byłam zdumiona i zachwycona, gromadka ludzi rosła, brawa nabierały mocy. Każdy chciał mnie zabrać do swojego autokaru, do siebie, pytano, gdzie nauczyłam się grać i śpiewać, w jakiej szkole. Byli i tacy, którzy wróżyli mi karierę, a nawet prosili o autografy. A ja śmiałam się, zupełnie nie wiedziałam, po co mam się podpisywać na podsuwanych karteczkach, dlaczego robią tyle szumu. Sądziłam, że żartują, i traktowałam to jak doskonałą zabawę. W pewnej chwili ktoś zamienił mi gitarę, teraz grałam na innej. Ale co za różnica? Po kilkunastu minutach oddano mi moją gitarę, była ciężka. Dopiero w drodze powrotnej zauważyłam, że jest pełna pieniędzy. Widocznie ktoś po prostu pobiegł z nią między ludzi, a oni wrzucali do niej pieniądze, ile kto miał pod ręką. Wróciłam do domu wieczorem, troszkę oszołomiona, zachwycona, i z ogromną satysfakcją wysypałam przed zdumioną mamą cały stos pieniędzy z gitary. To był prezent dla mamy – tak bardzo się cieszyłam, że mogę jej to ofiarować. Od tej pory prawie żadna zakładowa wycieczka nie odbyła się beze mnie. Musiałam uczestniczyć we wszystkich, stałam się po prostu ich maskotką.

Wielu z nas pamięta przebój Tańcz i śpiewaj Rock and Roll – tą piosenką Karin podbijała każdą publiczność. Śpiewając ją, zapominała o wszystkim, szalała i porywała słuchaczy. A śpiewała chyba wszędzie.

Prawie wszędzie. Bo jedynym miejscem, gdzie nie śpiewałam, była szkoła. Onieśmielała mnie, po prostu bardzo się wstydziłam. Pewno nie spróbowałabym nigdy, gdyby nie moja niesamowita kumpelka. Chodziłam wtedy do jednej klasy z dziewczyną, która była bardzo energiczną i rezolutną osobą. Któregoś dnia moja urocza koleżanka namówiła mnie, abym przyniosła do szkoły gitarę i pokazała wszystkim, co potrafię. Oczywiście uważałam to za grubą przesadę, ale męczyła mnie tak długo, aż się zgodziłam. Przyniosłam więc gitarę. Kłopot polegał na tym, gdzie ją ukryć, aby nie zobaczył jej nauczyciel. Mog­łabym dostać porządną burę, a może i dwóję – wolałam nie ryzykować. Wreszcie ktoś znalazł za oknem gwóźdź wbity w ścianę. Zawiesiłam mój skarb na tym gwoździu. Dziś śmiać mi się chce, ale wtedy drżałam ze strachu na myśl, że gitara – moja jedyna gitara – może przecież zlecieć i cóż ja wtedy zrobię? Nowej przecież nie kupię, nie było mnie na to stać. Wszystkie zarobione pieniądze oddawałam zawsze mamie, zostawiając dla siebie jedynie drobiazgi na prasę lub kino. Mog­łam oczywiście poprosić mamę o te pieniądze, z pewnością by mi nie odmówiła, ale wiedziałam dobrze, co znaczy dla niej taka suma.

Była lekcja języka polskiego z szalenie miłym i dobrym nauczycielem. Oczywiście ja nie, ale moja energiczna koleżanka odważyła się poprosić pana o pozwolenie, abym coś zaśpiewała. Wstydziłam się strasznie, bo nauczyciel był młody i miły, lubiłam go. Wyraził zgodę. Sama nie wiem, kiedy wręczono mi gitarę i ustawiono przed ławkami. Najgorszy był pierwszy moment: jak zacząć? I co zagrać? Wreszcie musiałam się zdecydować. Pamiętam, że modna była wtedy sentymentalna piosenka Ja stoję przy oknie i patrzę na gwiazdy, na niebo. Zaśpiewałam ją. Ale to oczywiście było mało dla klasy, a ponieważ nauczyciel nie protestował, więc zaśpiewałam jeszcze Mój mały bambino i W zielonym zoo. To był pierwszy i ostatni występ w mojej szkole, wstydziłam się potem bardzo, szczególnie pana od polskiego – tym bardziej że od tej pory miałam u niego wyraźne względy.

Najśmieszniejszy mój występ odbył się chyba w ogródkach działkowych na zabawie dla rencistów. Poproszono mnie wtedy, abym zagrała do tańca w zespole. Oczywiście chętnie przyjęłam zaproszenie, miałam bowiem otrzymać za to drobne wynagrodzenie. Jakież było moje zdumienie, kiedy przedstawiono mi pozostałych członków zespołu i ujrzałam czterech łysawych panów w okularach, z których najmłodszy miał może sześćdziesiąt pięć lat. Ale właściwie dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Krótko omówiliśmy repertuar i zaczęliśmy grać. Tylko nasi widzowie nie mogli rozpocząć tańców – pokładali się ze śmiechu. Widać musiałam wyglądać komicznie z dwoma warkoczykami w otoczeniu moich „kolegów”. W sumie zabawa ponoć udała się znakomicie, wszyscy bawili się do późnego wieczora i nawet do dziś niektórzy wspominają z uśmiechem tamten bal.

W tym czasie dowiedziałam się, że Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” szuka nowych solistów. Nie brałam nigdy udziału w żadnych konkursach, bałam się, po prostu nie wierzyłam we własne siły. Ale za namową kolegów i koleżanek postanowiłam spróbować. I tak oto wraz z mamą znalazłam się w Katowicach, gdzie odbywały się eliminacje. Przejęta byłam ogromnie, ponieważ właściwie po raz pierwszy występowałam przed komisją, i to tak liczną, w skład której wchodził sam dyrektor Śląska. Miałam wtedy zaledwie szesnaście lat, a wyglądałam pewnie na trzynaście. Zaśpiewałam wówczas dwie piosenki ze swojego repertuaru, akompaniując sobie na gitarze. Były to Hulla tutulla i Mama. W tych utworach czułam się najlepiej. Tremę miałam potężną, tym bardziej że było dużo kandydatów, no a przecież każdy z nich stanowił dla mnie konkurencję. Wypadłam dobrze. Komisja była nawet zaskoczona tym, co im zaprezentowałam. Oczywiście szalałam niesamowicie, zapominając już po pierwszych taktach o tremie. Ale niestety do zespołu Śląsk nie pasowałam, śpiewałam w zupełnie innym stylu. Członkowie komisji radzili mi, abym koniecznie zgłosiła się do Edwarda Czernego, mówili, że mam ogromne szanse jako piosenkarka, że mam talent. Ale ja oczywiście nie skorzystałam z rady, nie wiedziałam wtedy zupełnie, gdzie mogę znaleźć Czernego i co mu powiedzieć. Wróciłam więc spokojnie do domu, zadowolona, że potraktowano mnie tak serdecznie. Nie miałam zresztą zbyt wiele czasu na rozmyślanie o tej sprawie, bo wkrótce w Miechowicach miał się odbyć konkurs zespołów i solistów z województwa katowickiego. Tego konkursu już się nie bałam. Sama się do niego przygotowałam, wybrałam piosenki, ćwiczyłam i wreszcie wystąpiłam z gitarą – bez zespołu. W konkursie brało udział wielu doskonałych solistów i znanych już w tym czasie na Śląsku zespołów. Toteż ogromnym i niespodziewanym dla mnie sukcesem było zdobycie I miejsca i nagroda w postaci kryształowego wazonu. Była to moja pierwsza nagroda.

Wielu czytelników przypomina sobie z pewnością film W rytmie rock and rolla. Karin widziała go aż siedem razy. Za każdym razem pilnie wsłuchiwała się w piosenki Tommy’ego Steele’a, przychodziła do domu, brała gitarę i naśladowała przed lustrem oglądanego przed chwilą bohatera. Niebawem znała już cały jego repertuar. Śpiewała wszystkie piosenki w języku angielskim. Cóż z tego, że nie znała języka? Naśladowała Steele’a tak doskonale, że nikt nie zwracał nawet uwagi na tekst.

Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałam o karierze, byłam urzeczona filmem. Ale myśl tę szybko odsunęłam od siebie. Wiedziałam, że przecież takich jak ja są tysiące, że to nie takie proste nagle zrobić karierę.

Moją wielką pasją było kino. Kiedy gasły świat­ła na widowni, z prawdziwą radością przenosiłam się na całe dwie godziny w inny świat, poznawałam innych ludzi, inne warunki życia. Wiernie towarzyszyłam bohaterom w wielkich wyprawach, przygodach, przeżywałam wraz z nimi radości i smutki. W każdą niedzielę oglądałam po trzy seanse, biegając z jednego kina do drugiego. Uwielbiałam kino. Filmy, na które chodziłam, tak bardzo odbiegały od mojego szarego życia.

W marcu 1961 roku odbywał się ogólnopolski konkurs na polską piosenkę, organizowany przez Polskie Radio w Katowicach. Postanowiłam się zgłosić. Po raz pierwszy miałam wziąć udział w tak ważnej imprezie. Zabrałam więc gitarę i mojego chłopaka, który miał mi dodać otuchy, no i pojechałam do Katowic. Czułam się jakoś dziwnie w budynku Polskiego Radia. Zdawałam sobie sprawę, że przecież właśnie tu powstają wszystkie audycje, które słyszę codziennie w domu. Ciekawie rozglądałam się wkoło. Kiedy zgłosiłam się do komisji konkursowej, popatrzyli na mnie, na ukwieconą gitarę i pytają: „Co chcesz, mała?”. No, no – myślę sobie – jaka mała? Ale grzecznie im tłumaczę, czerwona jak buraczek, że chciałam zgłosić się do konkursu. A oni na to, że do konkursu można stanąć, mając ukończone osiemnaście lat. Więc odważnie mówię, że niedługo będę miała. Wybuchnęli śmiechem. „Ty? Nie opowiadaj, wyglądasz najwyżej na dwanaście”. Ale zaraz chyba im się zrobiło mnie żal, bo usłyszałam: „No, właściwie nie masz tu czego szukać, ale skoro już jesteś, to zaśpiewaj”. Byłam bardzo zła, że śmieją się ze mnie, więc prawie ze łzami w oczach chwyciłam gitarę i myślę sobie: ja wam pokażę. Zaśpiewałam chyba Dianę. Skończyłam. Cisza. Patrzą na mnie zupełnie zaskoczeni i żaden nic nie mówi. Oczywiście ewolucje taneczne odstawiałam niesamowite – to już ze złości. Wreszcie poprosili o następną piosenkę, więc zaśpiewałam Tutti frutti – tu dopiero się roztańczyłam. Widziałam kątem oka, jak szepczą między sobą, ich twarze wyrażały aprobatę. Ale oczywiście nie powiedzieli nic, tylko już bez sprzeciwu i dyskusji spisali moje dane, kwalifikując mnie do konkursu. Jeszcze tylko przy rubryce lata: „Masz siedemnaście lat?”. „Niedługo skończę”. Śmiali się. Ale to już chyba nie miało znaczenia. Wszyscy uczestnicy konkursu otrzymali nuty i tekst tego samego utworu, Śnimy się sobie co noc. Piosenka zupełnie nie była w moim stylu, wiedziałam, że nie zaśpiewam jej dobrze. Ale mój chłopak tak długo mnie namawiał, aż nauczyłam się jej i po dwóch tygodniach pojechałam na konkurs. Spóźniłam się, eliminacje już trwały. Uchyliłam więc drzwi do sali i zobaczyłam około trzystu osób oczekujących na swoją kolej (a jednocześ­nie stanowiących widownię) oraz komisję złożoną z poważnych panów o surowych twarzach. Zupełnie odruchowo zamknęłam drzwi i wybieg­łam na ulicę. Nie mogłam tam wejść. Gdyby jeszcze pozwolili mi zaśpiewać jedną z moich żywiołowych piosenek – pewno bym spróbowała. Właściwie byłam szczęśliwa, że uciekłam, że znalazłam się poza tym budynkiem, że mogę iść spokojnie przed siebie i nie muszę śpiewać tej zupełnie nieodpowiedniej dla mnie piosenki. Ogromny ciężar jakby spadł mi z serca.

Karin wróciła do Bytomia szczęśliwa i zadowolona z siebie. Nadal grała na akademiach i wieczorkach. Była rozchwytywana, młodzież Bytomia i innych pobliskich miast województwa katowickiego znała już małą, roztańczoną i rozśpiewaną dziewczynę z gitarą, lubiła słuchać znanych i nieznanych, ale zawsze żywiołowych piosenek, charakterystycznie interpretowanych przez Karin.

Któregoś razu, kiedy zamierzała wreszcie odpocząć po pracowitym dniu, wpadł jak bomba kolega, który grał w zespole w Bobrku. Powiedział, że w Bytomiu ma się odbyć przegląd zespołów amatorskich i solistów województwa katowickiego. Jego zespół został już zgłoszony. Mieli nawet swoją solistkę, ale on bardzo chciał, aby to Karin zaśpiewała z nimi. Nie znała zespołu, ale postanowiła spróbować.

Po kilku próbach pojechaliśmy do Bytomia. Występowaliśmy mniej więcej w połowie programu, może w drugiej części. W każdym razie do naszego wyjścia przegląd przebiegał dość sprawnie, każdy według regulaminu prezentował jedną piosenkę. Nadeszła wreszcie kolej na mnie. Miałam spodnie, białą bluzkę i nieodłączną gitarę. Co zaśpiewałam? Ulubioną Dianę oczywiście. Publiczność kategorycznie domagała się bisów – komisja zaś konsekwentnie nie zezwalała, zgodnie z regulaminem. Nie wiedziałam zupełnie, co się dzieje, czułam się jak na meczu piłki nożnej. Słyszałam tylko ogromny huk, wrzask i skandowane moje imię. Marynarki, buty, koszule – wszystko fruwało w powietrzu. Chciałam ich uspokoić, ale nie słuchali. Konferansjera wcale nie dopuścili do głosu. Cóż miałam robić? Zaczęłam śpiewać znany wtedy szlagier Marina. Tu nastąpił chyba punkt kulminacyjny. Publiczność szalała. Raptem zauważyłam, że poważni starsi panowie, którzy tworzyli komisję, ostrożnie wstają i opuszczają salę. Tak, nie myliłam się – komisja po prostu uciekła. Co działo się później, nie wiem, bo sama uciekłam po zakończeniu piosenki. Przegląd oczywiście na tym się skończył, rozentuzjazmowana młodzież nie pozwoliła nikomu więcej wejść na scenę, a ja i mój zespół zostaliśmy zdyskwalifikowani.

Wydarzenie to zostało opisane następnego dnia w miejscowej prasie pod nagłówkiem: „Skandaliczne zachowanie młodzieży. Komisja nie była w stanie dokończyć przeglądu”.

Czy liczyłam wtedy na sławę? Nie… chyba nie. Może czasem myślałam o niej, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ją zdobyć. Śpiewałam zawsze dla przyjemności, lubiłam to, brałam udział w konkursach, przeglądach, ale nigdy z myślą o tym, że mogłyby mi przynieść sławę. Cieszyłam się, kiedy publiczność oklaskiwała moje piosenki, kiedy widziałam, że są zadowoleni, że sprawiłam im przyjemność.

Sława oznaczała dla mnie coś nieosiągalnego, kojarzyła mi się z pieniędzmi, z dobrobytem. Według mnie znani ludzie prowadzili beztroskie życie, bez problemów, bez zmartwień, mieli wszystko i nikt im tego nie zazdrościł. Czy napotykali trudności? Ależ skąd, wszystko przychodziło im tak lekko. Sława to po prostu szczęście. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym żyć tak jak oni. Jakże byłam wtedy naiwna. Dziś wiem, że sława nie oznacza szczęścia. Ludzie rozpoznawalni to też ludzie zwyczajni, normalni, obarczeni kłopotami, zmartwieniami, ponadto skazani na wieczną walkę o utrzymanie tej sławy.

Start po sławę

Była zima 1962 roku, którejś niedzieli jak zwykle „zaliczałam” filmy. W kronice filmowej zapowiedziano zespół Czerwono-Czarni i na ekranie ukazała się Helena Majdaniec, potem Michaj Burano i Janusz Godlewski. Przyznam, że do tej pory byłam całkowicie zaabsorbowana Elvisem Presleyem, Tommym Steele’em i nigdy nie interesowałam się naszymi rodzimymi zespołami. Dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że w Polsce jest naprawdę doskonała kapela. Szczególnie zachwycona byłam Januszem Godlewskim i Michajem Burano. Natomiast na Helenę patrzyłam z dziwnym uczuciem. To, co robiła, nie wydawało mi się zbyt trudne, czułam, że też potrafię zaśpiewać tak jak ona. A jeśli Helena zdobyła sławę, to czy ja… Natarczywe myśli wciąż do mnie wracały, byłam tak bardzo podekscytowana, że tej nocy nie zmrużyłam oka.

Prawie w każdą niedzielę spędzałam kilka godzin w Katowicach, tam było dużo kin, dużo ciekawych filmów. Któregoś dnia, wędrując z chłopakiem ulicą, ujrzałam duży kolorowy afisz – „Czerwono-Czarni szukają młodych talentów”. Można było zgłosić się w jednym z miast na Śląsku. Nie myślałam nawet o tym, że mogłabym spróbować szczęścia. Ale mój chłopak uważał, że mam szansę i powinnam ją koniecznie wykorzystać. Tak więc od tej pory gorąco namawiał mnie każdego dnia, ale ja byłam uparta. Pamiętałam doskonale, jak wyglądały moje dotychczasowe konkursy, nie chciałam więc znów ryzykować. A poza tym – jak mogłam śpiewać przy takich sławach jak Godlewski czy Burano?

Tymczasem Czerwono-Czarni zawitali do Bytomia. Poszłam oczywiście na ich koncert. Byłam zachwycona Godlewskim, ale do konkursu się nie zgłosiłam. Po imprezie udałam się za kulisy i otrzymałam autograf od Michaja Burano.

Ponieważ impreza bardzo mi się spodobała, następnego dnia znów siedziałam i oglądałam program w Katowicach. Widziałam również eliminacje. Startowało wtedy sporo młodych ludzi, między innymi Jacek Ukleja. Znów po imprezie trafiłam za kulisy i odnalazłam Janusza Godlewskiego. Sama nie wiedziałam, kiedy poprosiłam go o autograf, a w dowód ogromnej sympatii podarowałam mu swoje zdjęcie.

Zbliżał się koniec eliminacji na Śląsku. Czerwono-Czarni grali ostatni koncert w Zabrzu. Mój chłopak był nieustępliwy i nakłaniał mnie, abym zgłosiła się na ostatnim koncercie. Tłumaczył, że nie muszę się wstydzić, ponieważ tam nikt mnie przecież nie zna i znajomi nigdy się nie dowiedzą o mojej próbie. Wreszcie dałam za wygraną i tak oto w marcu 1962 roku znalazłam się w Zabrzu. Nie byłam tym wszystkim zachwycona, a tu jeszcze na dodatek zepsuła się moja gitara. Pożyczyłam inną od znajomego księdza, który niegdyś uczył mnie religii w szkole. Może ta gitara przyniosła mi szczęście?

W filharmonii, gdzie miał odbyć się koncert, czekało już kilkoro chętnych, którzy tak jak ja liczyli na to, że los się do nich uśmiechnie. Józef Krzeczek, który był w tym czasie pianistą w Czerwono-Czarnych, pytał każdego z nas, jaką przygotowaliśmy piosenkę, następnie przegrywaliśmy ją jeden raz i czekaliśmy na swoje wyjście. Skończyła się pierwsza część koncertu i po przerwie mieliśmy po kolei prezentować swoje utwory. Pamiętam, że ogromnie przeżywałam sam fakt przebywania za kulisami z gwiazdami polskiej sceny. Zupełnie przypadkowo byłam świadkiem, jak Michaj Burano w garderobie otrzymywał zapłatę za koncerty – wywarło to na mnie niesamowite wrażenie, taka ilość pieniędzy była dla mnie majątkiem, przecież ja zarabiałam zaledwie sześćset złotych. Dziwiłam się ogromnie, że on dostaje tyle gotówki, i usiłowałam sobie wyobrazić, co Burano zrobi teraz z taką sumą. Tak przejęłam się tym, co widziałam, że w rezultacie nie zauważyłam nawet, kiedy przyszła kolej na mój występ. W ostatniej chwili wybiegłam na scenę. Miałam śpiewać piosenkę Hulla tutulla z mojego żelaznego repertuaru. Mimo to czułam, jak olbrzymia trema paraliżuje mi nogi. Ale to na szczęście trwało chwilę, tylko przez pierwsze takty, potem już zapomniałam, że akompaniują mi Czerwono-Czarni, że to eliminacje. Śpiewałam i tańczyłam, a trema gdzieś uciekła. Sama nie wiem, kiedy skończyłam, byłam jak we śnie. Z odrętwienia obudziły mnie ogromne brawa. W kulisach stali wszyscy wykonawcy wraz z kierownictwem Czerwono-Czarnych, a ja kłaniałam się i kłaniałam. Za kulisami podałam swój adres i zostałam wpisana do rejestru młodych talentów. Cieszyłam się ogromnie i z radością wracałam do domu. Szczerze mówiąc, traktowałam to jako przygodę, nie liczyłam na nic więcej.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku dniach otrzymałam pismo zawiadamiające, że komisja kwalifikacyjna Ogólnopolskiego Turnieju „Czerwono-Czarni szukają młodych talentów” zakwalifikowała mnie do drugiego etapu turnieju w ramach eliminacji strefowych (dla województw: katowickiego, opolskiego i krakowskiego). Eliminacje miały się odbyć 17 marca w Hali Wisły w Krakowie. Miałam więc pojechać do Krakowa. Ale to nie było takie proste. W pracy i tak patrzono na mnie krzywo, ponieważ coraz częściej zwalniałam się na imprezy. Poza tym była ostra zima, nie miałam na pociąg – wszystko było przeciwko mnie, postanowiłam więc kategorycznie, że nie pojadę. A zresztą po co jechać? Na sukces przecież nie miałam co liczyć, z pewnością zebrano już całą masę doskonale śpiewających młodych ludzi. Nie było sensu. Ale i tym razem nie wytrwałam w swoim postanowieniu. Mój chłopak znów tak długo suszył mi głowę, tak bardzo namawiał, przekonywał, aż wreszcie zgodziłam się z nim pojechać. Sam zorganizował zresztą cały wyjazd. Dziś mogę szczerze powiedzieć, że to właśnie jemu zawdzięczam wszystko, co zdobyłam. On mnie namówił do pierwszego startu, był moim dobrym duchem. Tak więc włożyłam swoją najładniejszą spódnicę w krateczkę, błękitną bluzkę, cieniutkie pończoszki, najlepsze buty, włosy uczesałam w modny koński ogon i wyruszyłam w drogę. W pracy pokazałam pismo, które otrzymałam, krzywili się, kiwali głowami, aż wreszcie po długich „przemówieniach” uzyskałam dwa dni urlopu.

Towarzyszyła mi oczywiście moja stara, wysłużona gitara z wymalowanymi kwiatami i gwiazdami. Przesłuchanie miało się odbyć o dziesiątej rano. Zima była wyjątkowo dokuczliwa, ostry mróz szczypał w twarz, ręce i nogi, ponadto wysoki śnieg nie pozwalał iść. A ja tonęłam w nim w swoich niskich bucikach i cienkich pończoszkach. Na domiar złego zabłądziliśmy w Krakowie i dotarliśmy na miejsce dopiero o godzinie dwunastej. Eliminacje oczywiście już trwały, na szczęście jednak było około trzystu kandydatów, więc jeszcze zdążyłam. Wszystko odbywało się w dużej sali za sceną, na której prezentowali się młodzi artyści, a na widowni siedziała komisja. W jej skład wchodzili między innymi dziennikarze i dyrekcja Estrady Szczecińskiej. Nie zdążyłam się nawet ogrzać, bo już musiałam wyjść na scenę. Ręce i nogi miałam zupełnie zesztywniałe z zimna. Ale nie było rady, musiałam to przezwyciężyć. Ogarnęło mnie jakieś zobojętnienie, było mi już wszystko jedno. Słyszałam kilku wykonawców, śpiewali dobrze, a komisja nie reagowała. Szeptali tylko między sobą i coś notowali. To straszne śpiewać dla widowni, która nie bije braw.

Jedynym akompaniamentem był fortepian. Ale ja przecież miałam swoją gitarę, której widok – notabene – wywołał uśmiech na twarzach szanownych członków komisji. Patrzyli ubawieni na kwiaty, gwiazdy i zdjęcia Presleya i Tommy’ego Steele’a.

Gitara zastąpiła mi zespół, w solówce zrobiłam z niej nawet perkusję. Śpiewałam oczywiście Hullę tutullę. Zapomniałam, że jestem w spódnicy, tańczyłam i szalałam jak w spodniach. Bo przeważnie występowałam w spodniach z uwagi na wygodę w czasie tańca. Tym razem włożyłam spódnicę, aby ładnie wyglądać.

Palce szybko rozgrzały się i coraz sprawniej biegały po strunach gitary. Kiedy skończyłam, ze zdziwieniem usłyszałam brawa. Tak, o dziwo, komisja biła brawa. Widać było ogromne poruszenie, posypały się pytania: „Co jeszcze? Co jeszcze możesz nam zaśpiewać?”. A więc Tutti frutti. Kiedy skończyłam, było mi już gorąco, wszyscy składali mi gratulacje. Siadłam za kulisami zmęczona i szczęśliwa. Tymczasem śpiewali następni. Jedna z kandydatek występująca po mnie zaśpiewała również Hullę tutullę. Ponieważ po tym przesłuchaniu wybrano dziesięć osób do galowego koncertu, który miał się odbyć wieczorem w Hali Wisły, postanowiłam zaśpiewać inną piosenkę. Wiedziałam już, że będę śpiewała, a liczyłam się z tym, że moja konkurentka również wystąpi – nie mogłyśmy przecież śpiewać tego samego utworu. Po przesłuchaniu poprosiłam więc o zmianę piosenki i zaproponowałam Jimmy Joe. Rzadko ją śpiewałam, niezbyt lubiłam, ale nie miałam innego wyjścia. I tak oto tego wieczoru miałam wystąpić po raz pierwszy na galowym koncercie, przy akompaniamencie znanych i podziwianych Czerwono-Czarnych. Nie wiem, czy w pełni zdawałam sobie wtedy z tego sprawę, byłam chyba zbyt oszołomiona wypadkami ostatnich dni.

Nadszedł wieczór i czas koncertu. Na początku drugiej części miała nastąpić prezentacja wybranych młodych talentów. Nadeszła kolej na mnie. Hala była wypełniona po brzegi publicznością, postanowiłam ją zdobyć.

Uparte, długie brawa publiczności nie kończyły się nawet po bisie, nie pozwalały Karin zejść ze sceny. Odniosła ogromny sukces. Na drugim koncercie tego wieczoru publiczność odśpiewała zdumionej Karin Sto lat. Miała łzy w oczach.

Po koncercie, w garderobie, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Garderoba była pełna ludzi, każdy chciał z bliska zobaczyć tę rewelacyjną dziewczynę, zdobyć jej autograf. A Karin? Nie chciała dawać autografów, uciekała, kryła się zawstydzona i nieśmiała. Jakże mogła dawać autografy w jednej garderobie z Michajem Burano, Tonim Keczerem? Nie zdawała sobie zupełnie sprawy, że tego dnia ona właśnie była najważniejsza.

Młodym talentom zarezerwowano pokoje w hoteliku drugiej kategorii. Ale zaraz po koncercie kierownik zespołu Jerzy Kosiński zabrał Karin i zarezerwował jej pokój w Hotelu Francuskim, w którym mieszkał cały zespół. Kosiński, zachwycony powodzeniem Karin, oświadczył jej:

– Zrobię z ciebie gwiazdę. Przyjedziesz na trasę i będziesz solistką Czerwono-Czarnych.

– Ależ nie, nie da rady – odrzekła Karin – ja pracuję.

– To się zwolnisz, będziesz pracować u nas. – I po chwili: – Jak chcesz być ubrana na scenie? Przygotujemy ci stroje.

– Najlepiej w spodniach – odparła nieśmiało. – Będę mogła swobodnie tańczyć.

Nazajutrz wróciła do Bytomia. Powrót do codzienności natychmiast przyćmił wrażenia poprzedniego dnia, odniesione sukcesy wydawały się jakby nierzeczywiste, wyśnione. W pracy patrzono na nią krzywo, przecież znów wzięła dwa dni wolne. Kierownik zapytał:

– No i co, panno Kasiu?

– Podobałam się – odpowiedziała spokojnie.

– Taaak?

Jego zdziwienie nie miało granic, absolutnie nie wierzył, że ta dziewczyna może mieć prawdziwy talent.

Dwa dni później otrzymałam pismo z Estrady Szczecińskiej wraz z umową. Proponowano mi pracę w zespole Czerwono-Czarni od 25 marca do 30 kwietnia 1962 roku i gwarantowano wynagrodzenie miesięczne, co najmniej dwa tysiące złotych (sto złotych za koncert). Szczerze mówiąc, nie wierzyłam w Krakowie zapewnieniom kierownika zespołu, a tu nagle okazało się, że mówił prawdę.

Propozycja była kusząca, mogłam przecież zarobić w ciągu miesiąca więcej niż obecnie przez trzy. Ale jednocześnie zrodziły się wątpliwości – jak długo to będzie trwało, przecież umowa jest tylko do 30 kwietnia, i co dalej? Do pracy wrócić nie będę mogła, i co wtedy? Obiecywano mi wprawdzie przedłużenie umowy na następne miesiące, ale czy mogłam w to wierzyć?

Zastanawiałam się, długo debatowałam z mamą i w rezultacie razem postanowiłyśmy, że jednak nie powinnam tracić szansy, że muszę zaryzykować.

Tak więc poszłam rano do pracy. Weszłam śmielej niż zwykle do pokoju kierownika i już od drzwi zaczęłam:

– Panie kierowniku, dziś widzi mnie pan w pracy po raz ostatni.

– Panno Kasiu – rzecze na to zdumiony pan kierownik – ależ to niemożliwe, o czym pani mówi? Co się stało?

– Wyjeżdżam do Sopotu, mam propozycję. Będę śpiewała.

Był oburzony.

– Żeby pani tylko nie żałowała.

Wyraził zgodę na zwolnienie natychmiastowe. Jeszcze tylko w dziale kadr zapytano mnie: „To kiedy do nas wracasz?” i opuściłam swoje biuro na zawsze. Czekało mnie teraz nowe życie.

Z Czerwono-Czarnymi

Rozpoczęłam staranne przygotowania do podróży, kompletowałam bieliznę i garderobę, której nigdy nie miałam za wiele. Całe dnie spędzałam na praniu i prasowaniu. Chciałam, aby wszystko wyglądało świeżo i czysto. Największy kłopot miałam z walizką, bo okazało się, że w domu nie było ani jednej w dobrym stanie.

Wreszcie doprowadziłam którąś do porządku i pięknie ją zapastowałam. Później okazało się, że nie było to najlepsze wyjście, bo z przerażeniem zauważyłam pod koniec podróży, że moje czyściutkie nowe spodnie noszą wyraźne ślady pasty.

Był to mój pierwszy samotny wyjazd, i to tak daleko, bo aż do Sopotu. Troszkę przerażała mnie ta długa podróż w pojedynkę, ale udawałam dzielną.

Mamie oświadczyłam kategorycznie, że musi zrezygnować zpracy, zająć się leczeniem (była chora), no i młodszym rodzeństwem. Zostawiałam przecież w domu rocznego szkraba i troje maluchów w wieku: osiem, dziewięć i dziesięć lat. Zobowiązałam się przesyłać mamie co miesiąc pieniądze na utrzymanie rodziny.

Nadszedł czas wyjazdu. Ze łzami w oczach pożegnałam mamę i rodzeństwo. I tak pozostałam sama. Ogarnęły mnie smutne myśli, zaczęłam żałować, że przerwałam pracę, bałam się nieznanego jutra. Nie myślałam wtedy o karierze, nie mogłam sobie jej wyobrazić, myślałam tylko o tym, że zarobię dużo pieniędzy i będę mogła pomóc mamie, którą tak bardzo kochałam. Na szczęście jechała ze mną w przedziale młoda dziewczyna, z którą mogłam porozmawiać. Opowiedziałam nieznajomej o eliminacjach, w których brałam udział, o tym, że otrzymałam propozycję współpracy z zespołem Czerwono-Czarni i że właśnie teraz do nich jadę. Dziewczyna była bardzo miła, pełna podziwu dla mnie i serdecznie życzyła mi powodzenia.

Kiedyś, po roku czy dwóch, ta sama dziewczyna przyszła do mnie za kulisy w czasie koncertu w Pile i poprosiła o autograf. Wspominałyśmy z uśmiechem i ze wzruszeniem tamtą pamiętną podróż.

O spaniu oczywiście nie było mowy, po pierwsze, z nadmiaru wrażeń, a po drugie, nie spuszczałam oka z gitary i walizki, w której zawarty był cały mój majątek. A gdyby tak ktoś ją ukradł, to z czym wróciłabym do domu? Myśl ta nie opuszczała mnie ani na chwilę i nie pozwalała zasnąć.