Wydawca: Wydawnictwo e-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Karelski kwas. Włoczęga do granic dobrego smaku ebook

Piotr Tederko  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 60

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Karelski kwas. Włoczęga do granic dobrego smaku - Piotr Tederko

Karelski kwas jest doskonały na zadyszkę po podróży, krótki oddech po długim w domu siedzeniu, na tęsknoty, przepicie przyjemną literaturą, zgagę po gniotach, kaca moralnego i fizycznego, zgorzknienie, przesłodzenie, zmęczenie, rozleniwienie, dziadostwo i ciotostwo.

Przed Tobą marszruta z Placu Narutowicza poprzez lasy i wody Karelii, rewiry bomżów, archipelagi gąb nabrzmiałych od trunków domowej roboty, swędzące konstelacje pryszczy, zawiłości karelskich strumieni i ruskich zasad, aż po namacale granice przyzwoitości, które leżą bliżej niż przypuszcasz.

Dzięki tej książce: dowiesz się jak spławiać kajak i prowincjonalne krasawice, jak żeglować szlakiem petersburskiego metra, jak załatwiać się w kajaku w warunkach pełnomorskich, jak zatrudnić kolejowy patrol milicji w charakterze ochroniarzy, jak spać ze Świętym.

Opinie o ebooku Karelski kwas. Włoczęga do granic dobrego smaku - Piotr Tederko

Fragment ebooka Karelski kwas. Włoczęga do granic dobrego smaku - Piotr Tederko

Piotr Tederko

Karelski kwas.

Włóczęga do granic dobrego smaku

Virtualo 2015

© Copyright by Piotr Tederko

Projekt okładki Piotr Tederko

Zdjęcie na okładce oraz ilustracje z archiwum Autora

ISBN978-83-272-4532-8

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Warszawa, Virtualo 2015.

Niepowtarzalna relacja z podróży, którą

Pan Marian o nieco diabelskim wyglądzie

Pan Referent – poznasz go po kaszkieciku, w którym paraduje niemal na każdej stronie

w kajaku Pani Basi

oraz piszący te słowa

w zabytkowym kajaku Święty Stefan,

a także

Szwagier (z żoną z chóru kościelnego)

i Cini

po jeziorach Karelii odbyli

1.

– Proszę Państwa, ja bym bardzo prosił, żebyśmy zdążyli wrócić przed 10 lipca, bo mam ślub szwagra – apeluje Pan Referent szarym świtem, zmagając się z olbrzymim worem w drzwiach mieszkania piszącego te słowa na warszawskiej Ochocie.

Pierwszy etap podróży Warszawa – Karelia z rogu ulicy Filtrowej na przystanek tramwaju nr 7 na placu Narutowicza należy do najcięższych w trakcie całej wyprawy. Zdezelowane dwudziestoletnie składane kajaki typu Neptun popakowane w brezentowe wory ledwo dają się udźwignąć. Ciążą na nas również posępne spojrzenia nieświeżych panów, którzy mimo wczesnej pory wylegują się na skwerach w oparze przetrawionego piwa i przaśnych komentarzy, jakie wzbudza nasz widok.

– Warszawskie białe noce – sapie Marian, opierając się o słup ogłoszeniowy – Dla niektórych wieczór się jeszcze nie skończył. Popatrzcie, można dopisać do tego ogłoszenia o wyjazdowych kursach językowych: Plac Narutowicza – Polski dla pełnoletnich.

W zatłoczonym mimo wczesnej pory tramwaju niewyspani pasażerowie w popłochu usuwają się na nasz widok. Mgliste niebo kryje szpikulec Pałacu Kultury oraz czułki Shreka szkaradniejącego na dachu Domów Towarowych Centrum. Towarzyszący mu nadmuchiwany osioł ma diabelski uśmieszek przywodzący na myśl sardoniczną minę Mariana.

Na Moście Poniatowskiego dosiada się rozczochrany Cini w wymiętej granatowej bluzeczce z napisem „Everlast”.

– Zawsze ostatni? – indaguje Marian, promotor zapóźnionej pracy magisterskiej Ciniego.

Na dworcu Warszawa Wschodnia wsparci dodatkową parą ramion wiecznego magistranta wciskamy się do mrocznego wnętrza wagonu do Petersburga, doczepionego na końcu pociągu Zielona Góra – Terespol. Konduktor w grubych okularach zdaje się nie zwracać uwagi na monstrualne rozmiary bagażu, który Marian z Referentem sprytnie upychają po zakamarkach przedziału.

Pociąg rusza, Cini oddala się wraz z zamglonym peronem.

– Jednak Cini to poczciwy człowiek – mówi Rafał.

– A zdolny jaki. Nic się prawie nie uczy, piętnasty rok studiuje i jak burza zdaje te swoje egzaminy.

– Samochodu nie ma, a rozbić potrafi... – Referent nawiązuje do pamiętnej stłuczki w okolicach Pomnika Lotnika, gdzie Cini podczas jazdy próbnej wujkowym oplem wjechał w zadek Generałowi.

W Rembertowie dosiada się zażywna dama, profesor genetyki, specjalistka w dziedzinie miogenezy. Dowiadujemy się, że jest to elitarna dziedzina wiedzy, która wyjaśnia, co robić, żeby ze świniaka było więcej kiełbas i wątróbki. Pani profesor, dowiedziawszy się o celu naszej podróży, nie kryje dezaprobaty. Rosja? Powariowaliście? Pachnący nikotyną głos Włodzimierza Wysockiego dobywający się znad podbródka opiętego srebrną kolią roztacza wizje rosyjskich bandytów, przywiązanej do drzewa rodziny wujka, telefonu komórkowego odnalezionego w biustonoszu damy, z której „zdarli suknię, i została w samych spodniach”. Przerażeni rychłą perspektywą znalezienia się w jaskini lwa delikatnie sprowadzamy temat rozmowy na zagadnienia zawodowo bliższe naszej rozmówczyni. Drżymy, słuchając opowieści o przerażających skutkach wypływających z butelki coca-coli light oraz ze wszystkich baleronów i hamburgerów dokonujących inwazji na mazowieckie niwy.

Na takich budujących pogadankach jak z bicza trzasnął mija droga do samego Terespola. Tu pociąg wypełnia się słońcem i śpiewną mową. Wokoło zielone mundury pograniczników. Tłum białoruskich babuszek eskortowany przez krzepkiego wojaka zostaje w zielonkawej dali. Żelazne mosty nad brunatnym Bugiem głucho grzmią pod kołami wagonów. Żołnierz w panterce odlewa się z wieżyczki. Szpaki wiją gniazdo wśród rdzewiejących zasieków. Ryży wiatr pachnie ziemią nad obracającymi się w ugór transzejami. Wjeżdżamy w drzemiący raj.

Obok naszego przedziału barczysty białoruski milicjant usiłuje wyżebrać dolara od Amerykanina wysadzanego z pociągu za brak białoruskiej wizy.

Nie mija godzina i dajemy się otoczyć turpistycznej rzeczywistości Brześcia. Na dworcu Marian nie może oderwać wzroku od panienek z przefarbowanymi fryzurami.

– Zwróć uwagę, że tu panienki są o wiele bardziej zadbane i wymalowane niż u nas.

– I bardzo naturalne. Na przykład te dwie blondynki machające do pana konduktora. Kto to widział takie kolory?

– Czekaj, ta ruda może być naturalna.

– Weź, co ty. Takie włosy? To nie może być wrodzone.

– Albo ta jej koleżanka. Ta, co jak pudel wygląda.

– Patrz ty się, jakiś facet tam, w kapeluszu, jak Prezes ubrany.

– O, on tu długo nie pochodzi. Zaraz go zgarną1.

A szwagier czeka. Piwo zakupione przez Mariana sprawia, że na około trzysta kilometrów wpadamy w płytką drzemkę. Pod stalowym niebem ukraszonym słodkimi barankami umyka zachodnia Białoruś – kraj płaski, żyzny, lesisty. Skarbnica krętych nizinnych rzeczek, brzozowych zagajników, bielonych wapnem chlewni, krowich stad zjadających łąki ubarwione łubinem, bab w jaskrawych chustach zbierających trawę, rozebranych mężczyzn na dymiących skuterach, krzywych wieżyczek strażujących przytorowym łagrom, obtłuczonych wojskowych furgonetek sunących po żyłkach dróg przecinających oazę szczęścia niezatapialnego Łukaszenki.

Ogromne słońce do białości rozpala śnieżnobiałe fasady kamienic otaczających Minsk Passażyrskij. Mamy małe opóźnienie, zatem wizyta w stolicy Białorusi ogranicza się do przebieżki podziemnym przejściem dworca wyłożonym marmurami i damskimi cieniami z czuprynami utrefionymi na blond. Przenikliwy zapach perfum walczy z odorem potu i rzygowin buchającym z czeluści podziemnych przejść. W głowie Referenta przędzie się nitka wspomnień:

– Jak żeśmy z Anią na Krymie byli w zeszłym roku, to nieraz nocowaliśmy w daczkach za drobne pieniądze. Było fajnie, tylko śmierdziało tam troszkę, bo na każdej daczy był kibel, taka dziura w ziemi. Kibel był przeważnie oddalony od domku. Najczęściej stał przy domku sąsiadów.

W połowie drogi między Borysowem a Orszą wieczorny blask opromienia gęste olszyny i wyciąga cienie łagodnych leśnych wzgórz. Różane obłoki mglą daleki horyzont. Subtelne maźnięcia cirrusuów, czerwone złoto luster zacichłych stawów, dym wysnuty z ognisk. Zostawiasz daleko sprawy zwykłe i toniesz w Nieznanym, które napływa wraz z miarowym stukotem kół.