Kaprys doktora Oxa. Część pierwsza - Juliusz Verne - ebook

Kaprys doktora Oxa. Część pierwsza ebook

Juliusz Verne

4,0
12,60 zł

lub
Opis

Zbiór dziesięciu opowiadań o różnej tematyce. W prezentowanym zbiorze znajdziemy różne nurty twórczości Verne’a: powiastki obyczajowe, przygodowe, a także fantastyczne.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja” zawiera obecnie już 24 powieści Juliusza Verne’a i każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich oraz o mnóstwo przypisów. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 297




Okładka

Strona tytułowa

Juliusz Verne

 

Kaprys doktora Oxa

i inne opowiadania

Część pierwsza

 

Strona redakcyjna

Dziewiąta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Tytuły oryginałów francuskich: Maître Zacharius, Frritt-Flacc, Un drame dans les airs, Une fantaisie du docteur Ox, Gil Braltar, Les Forceurs de blocus, Un Drame au Mexique. Les Premiers navires de la marine mexicaine, Martin Paz, Les Révoltés de la „Bounty”, Un Hivernage dans les glases

 

© Copyright for the Polish translation by Winicjusz Łachaciński, Andrzej Zydorczak, Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a

 

128 ilustracji różnych rysowników

(zaczerpnięte z XIX-wiecznych wydań francuskich)

 

Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

 

Przypisy: Krzysztof Czubaszek i Andrzej Zydorczak

 

Skład: Andrzej Zydorczak

 

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

Patron serii „Biblioteka Andrzeja”:

Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a 

 

Wydanie I 

© Wydawca: JAMAKASZ

 

Ruda Śląska 2014

 

ISBN 978-83-64701-14-6 (całość)

ISBN 978-83-64701-15-3 (część pierwsza)

 

Wstęp

 

Po przerwie trwającej przeszło pół roku pojawia się kolejny, już 32., tom „Biblioteki Andrzeja”, który jest ważny dla mnie z kilku bardzo istotnych powodów.

Po pierwsze jest to pierwsza książka, która została wydana przez moją firmę noszącą nazwę JAMAKASZ. Od dawna moim marzeniem było samodzielne wydawanie książek, ale znając swoją niechęć do jakichkolwiek zmian, nigdy nie przypuszczałem, że pragnienia doczekają się realizacji… Jednak stało się… Mam nadzieję, że Czytelnicy z przychylnością zaakceptują nową sytuację i nadal będą kupować powieści i opowiadania Juliusza Verne’a, tym bardziej że seria „Biblioteka Andrzeja” będzie się ukazywać w prawie niezmienionej formie. Nadal będą się w niej pojawiać utwory „Czarodzieja z Nantes” w pełnych wersjach, z maksymalną liczbą ilustracji, pochodzących głównie z XIX-wiecznych wydań francuskich.

Zmiany, jakie nastąpiły, są niewielkie i ograniczają się do:

– zmiany wydawcy, przy czym Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a pozostało patronem serii,

– przeniesienia spisu dotychczas wydanych tomów z tylnej strony okładki na ostatnią stronę książki (po spisie treści),

– pojawienia się na tylnej stronie okładki zdjęcia wydawcy; zmiana ta nie wyszła ode mnie, lecz jest wynikiem sugestii, jakie przedstawiali niektórzy Czytelnicy.

 

Po drugie obecny tom ważny jest dlatego, że zamieszczono w nim pierwszy zbiór dziesięciu opowiadań. Nie sposób tego nie zauważyć, bo przecież swoją przygodę z tłumaczeniem rozpocząłem od przekładów opowiadań, których większość ukazywała się w poszczególnych zeszytach „Biblioteki Andrzeja”. Uważni i wierni miłośnicy twórczości autora Tajemniczej wyspy, którzy nie mieli szczęścia nabyć wcześniejszych tomików, wydawanych w niewielkich nakładach, już od dawna zasypywali mnie prośbami, bym wydał wcześniejsze opowiadania. Postanowiłem zaspokoić ich pragnienia i dlatego ukazuje się ten pierwszy zbiór krótkich form literackich. Poszedłem jakby z duchem czasu, gdyż właśnie w tym roku Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymała kanadyjska pisarka Alice Munro. O tym, że nowelki i opowiastki są ważną częścią literatury, nikogo nie należy przekonywać, jednak dopiero w tym roku doceniono autorkę preferującą tę formę pisarstwa. Dlatego też moim zamiarem jest wydanie, prawdopodobnie w przyszłym roku, kolejnego zbioru opowiadań, a za dwa lata następnego, także z esejami i być może wierszami, który zamknie rozdział małych form w twórczości naszego Julka.

W prezentowanym zbiorze znajdziemy różne nurty twórczości Verne’a: powiastki obyczajowe, przygodowe, a także fantastyczne. Wszystkie utwory zilustrowano grafikami z XIX wieku, pochodzącymi z czasopism oraz wydań książkowych. Informacje dotyczące pierwszych wydań francuskich oraz polskich umieszczone zostały po stronach tytułowych poszczególnych opowiadań.

Mam nadzieję, że utwory zawarte w 32. tomie „Biblioteki Andrzeja” zostaną przyjęte z życzliwością i pozwolą poszerzyć wiedzę o twórczości naszego idola, Juliusza Verne’a.

 

Andrzej Zydorczak

Mistrz Zachariasz

 

Maître Zacharius

 

Przełożyła Barbara Supernat

 

Po raz pierwszy opowiadanie ukazało się we Francji w „Muzeum Rodzinnym” w kwietniu i maju 1854 roku pod tytułem Mistrz Zachariasz, czyli zegarmistrz, który postradał swoją duszę. Tekst uzupełniono czterema ilustacjami G. Janeta i jedną A. de Bara. Kolejno, kilkakrotnie ukazało się w zbiorze opowiadań Doktor Ox. Najpierw 27 kwietnia 1874 roku bez ilustracji w książce o formacie 18°, potem 19 października 1874 roku w pojedynczym woluminie z dziesięcioma ilustracjami Théophile’a Schulera, a następnie, także 19 października 1874 roku, razem z powieścią W 80 dni dookoła świata.

 

W Polsce po raz pierwszy ukazało się w roku 1886 w „Dzienniku Polskim” (w odcinkach). Następnie w formie książeczki w roku 1890 jako dodatek do „Kurjera Codziennego”, potem znowu w formie odcinków w „Bibliotece Powieści”. W roku 2002, w 10. tomie „Biblioteki Andrzeja”, pojawiło się najpełniejsze tłumaczenie tego opowiadania, okraszone dziesięcioma ilustracjami Schulera.

W obecnym wydaniu zamieszczono tłumaczenie z „Biblioteki Andrzeja”, wzbogacając je dodatkowo o ilustracje pochodzące z „Muzeum Rodzinnego”.

 

I

Zimowa noc

 

Miasto Genewa położone jest na zachodnim brzegu jeziora, któremu dało swoją nazwę1.

 

Rodan2 u wyjścia z jeziora rozdziela miasto na odrębne dzielnice i sam dzieli się dokładnie w środku miasta, tworząc między swoimi odnogami wyspę. Takie ukształtowanie topograficzne tworzy się często w dużych ośrodkach handlowych lub przemysłowych. Bez wątpienia pierwszych mieszkańców znęciła łatwość transportu, jaką stwarzają szybkie rzeki, „te naturalne drogi, które idą same z siebie”, jak powiedział Pascal3. O Rodanie można powiedzieć, że jest to droga, która biegnie.

W czasach, kiedy na tej wysepce, podobnej do holenderskiej galeony4 zakotwiczonej na środku rzeki, jeszcze nie zaczęto wznosić nowych symetrycznych konstrukcji, masa domków piętrzących się jedne na drugich i malowniczo rozrzuconych, przedstawiała widok pełen uroku.

Z powodu małej powierzchni wysepki niektóre budowle opierały się na palach wbitych byle jak w wartkie nurty Rodanu. Te grube pale, poczernione czasem, starte wodą, przypominały odnóża olbrzymiego kraba i dawały fantastyczny efekt. Kilka pożółkłych sieci, prawdziwych pajęczyn rozciągniętych pośród tej wiekowej konstrukcji, poruszało się w cieniu, jakby były listowiem tego starego dębowego drewna, a rzeka, wpadając pośród ten las pali, pieniła się z posępnym szumem.

Jedno z domostw na wyspie robiło osobliwe wrażenie swym wyglądem dziwacznego starocia. Był to dom starego zegarmistrza, mistrza Zachariasza, jego córki Gerandy, Auberta Thüna, jego ucznia, oraz starej służącej Scholastyki.

Jakimż dziwakiem był ten Zachariasz! Jego wiek wydawał się nie do odszyfrowania. Nikt z najstarszych mieszkańców Genewy nie mógł powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zobaczono go maszerującego ulicami miasta z rozwianymi na wietrze długimi białymi włosami, z chudą, spiczastą, trzęsącą się na ramionach głową. Ten człowiek zdawał się nie żyć. Idąc, kołysał ciałem na sposób balansu5 w swoich zegarach. Jego twarz, sucha i podobna do trupiej, miała zawsze ciemną karnację. Wydawało się, że wyrósł w ciemności jak obrazy Leonarda da Vinci6.

Geranda zajmowała jedno z najpiękniejszych pomieszczeń starego domostwa, skąd przez wąskie okienko patrzyła melancholijnym wzrokiem na ośnieżone szczyty Jury7; natomiast sypialnia i pracownia starca znajdowały się niemal w piwnicy, prawie na poziomie rzeki, tak że podłoga opierała się wprost na palach. Od niepamiętnych czasów zegarmistrz opuszczał swoje pomieszczenia jedynie na posiłki lub kiedy wychodził do miasta regulować różne zegary. Resztę czasu spędzał przy warsztacie pokrytym niezliczoną ilością narzędzi zegarmistrzowskich, w większości wymyślonych przez siebie.

Bo też był to niezwykle zdolny człowiek. Jego dzieła znane były w całej Francji i w Niemczech. Najlepsi genewscy zegarmistrzowie uznawali jego wyraźną wyższość nad sobą, a miasto, ponieważ rozsławił jego imię, bardzo go ceniło i honorowało jako wynalazcę regulatora.

I faktycznie, jak się później okazało, od tego wynalazku Zachariasza liczy się datę narodzin prawdziwej sztuki zegarmistrzostwa.

Zazwyczaj po długiej i skrupulatnej pracy Zachariasz składał powoli narzędzia na swoje miejsca, zabezpieczał kloszami delikatne części, które właśnie dopasował, zatrzymywał koło tokarskie, następnie podnosił klapę zrobioną w podłodze swojej pracowni i pochylony całymi godzinami wpatrywał się w szumiące wody Rodanu.

Pewnego zimowego wieczoru stara Scholastyka przygotowała kolację, do której zgodnie z prastarym zwyczajem zasiadła wraz z młodym pracownikiem. Mimo że wspaniałe potrawy podane były na pięknej biało-błękitnej zastawie, mistrz Zachariasz nie jadł. Z trudem odpowiadał na łagodne słowa Gerandy, którą małomówność ojca wyraźnie niepokoiła; na paplaninę Scholastyki zwracał tyle samo uwagi co na szum rzeki. Po milczącym posiłku stary zegarmistrz odszedł od stołu, nie pocałowawszy córki i nie życząc nikomu „dobrej nocy”, co miał zwyczaj czynić. Zniknął w wąskich drzwiach prowadzących do jego kryjówki i słychać było, jak skrzypiały schody pod jego ciężkimi krokami.

Geranda, Aubert i Scholastyka jakiś czas pozostali w milczeniu. Tego wieczoru było ponuro: ciężkie chmury snuły się nad Alpami i groziły przeobrażeniem się w każdej chwili w deszcz; surowa aura Szwajcarii wypełniała dusze smutkiem, a południowe wiatry krążyły wokół złowrogo.

– Panienko – powiedziała w końcu Scholastyka – czy panienka widzi, że nasz pan od kilku dni jest nieswój? Święta Dziewico! Rozumiem, że nie ma apetytu, ponieważ słowa uwięzły mu w gardle i może tylko przebiegły diabeł jakieś z niego wyciągnie!

– Mój ojciec musi mieć zapewne jakiś powód do smutku, lecz ja się go nie domyślam – odpowiedziała Geranda, na której twarzy malował się wyraźny niepokój.

– Panno Gerando, proszę się tak nie martwić. Zna panienka dziwne zwyczaje mistrza Zachariasza. Kto mógłby wyczytać z twarzy jego skrywane myśli? Zapewne spotkała go jakaś przykrość, o której do jutra zapomni i będzie żałował, że zasmucił swoją córkę.

Mówiąc to, Aubert patrzył w piękne oczy Gerandy. Był to jedyny pracownik, którego mistrz Zachariasz dopuszczał do swoich prac, doceniał bowiem jego inteligencję, dyskrecję i niezwykłą dobroć duszy. Aubert przywiązał się do Gerandy tym tajemniczym uczuciem, zdolnym do najwyższych poświęceń.

Geranda miała lat osiemnaście. Jej twarz przypominała prostoduszne madonny, których obrazy wieszane są jeszcze przez pobożnych mieszkańców na rogach ulic starych miast Bretanii8. Jej oczy tchnęły nieskończoną szczerością. Kochano ją, była bowiem niczym ucieleśnienie najsłodszego marzenia poety.

Nosiła suknie w kolorach nierzucających się w oczy, a biała chusta okrywająca jej ramiona miała odcień i ten charakterystyczny zapach, jaki posiada bielizna kościelna. Genewy nie opanowała wtedy jeszcze kalwinistyczna ostrość i Geranda wiodła ciche, mistyczne życie, czytając rano i wieczorem łacińskie modlitwy ze swojego modlitewnika z metalowym zamknięciem. Geranda znała tajemnicę serca Auberta Thüna, wiedziała, jak wielkim uczuciem darzy ją młody pracownik. Dla niego istotnie cały świat ograniczał się do starego domu zegarmistrza; po pracy, kiedy opuszczał pracownię, resztę czasu spędzał w towarzystwie dziewczyny.

Stara Scholastyka widziała to wszystko, lecz nic nie mówiła. Swoją gadatliwość wyładowywała w narzekaniach na niedogodności swojego wieku i kłopoty związane z prowadzeniem gospodarstwa. Nikt jej w tym nie przeszkadzał. Podobna była do tych grających tabakierek, które wytwarzano w Genewie: raz nakręcona, musiała wygrać do końca swoje melodie; aby jej przerwać, trzeba by było ją rozbić.

Widząc Gerandę pogrążoną w bolesnym milczeniu, podniosła się ze swojego ulubionego krzesła, wsadziła świecę do lichtarza, zapaliła ją i umieściła przed ustawioną w kamiennej niszy woskową figurką Matki Boskiej. Mieszkańcy domu mieli zwyczaj klękać przed tą opiekunką domowego ogniska i prosić ją o spokojną noc. Tego wieczoru Geranda nie ruszała się z miejsca.

– Ależ panienko! – powiedziała Scholastyka ze zdziwieniem. – Kolacja już dawno skończona, pora iść spać. Chce sobie panienka zepsuć oczy tym czuwaniem? O Święta Dziewico! Lepiej się położyć i mieć piękne sny! W tych przeklętych czasach trudno przewidzieć, co przyniesie jutro.

– Może posłać po doktora dla mojego ojca? – zapytała Geranda.

– Doktora! – zawołała stara służąca. – Mistrz Zachariasz nigdy nie zwracał uwagi na wszystkie ich fantazje i orzeczenia. Uznaje lekarzy od zegarów, ale nie od ciała.

– Co robić?! – szepnęła Geranda. – Czy ojciec wrócił do pracy, czy też udał się na spoczynek?

– Gerando – odpowiedział łagodnie Aubert – zapewne jakieś cierpienie natury moralnej zasmuca mistrza Zachariasza i to wszystko.

– Czy wiesz jakie, Aubercie?

– Być może, Gerando.

– Więc nam powiedz! – zawołała żywo Scholastyka, gasząc dla oszczędności świecę.

– Gerando – powiedział młody pracownik – od kilku dni dzieje się coś absolutnie niezrozumiałego. Wszystkie zegarki zrobione i sprzedane w ostatnich latach przez twojego ojca nagle się zatrzymały. Przyniesiono ich bardzo wiele. Rozebrał je bardzo starannie: sprężyny były w dobrym stanie, a tryby doskonale dopasowane. Mimo że mistrz ponownie złożył i z niezwykłą starannością nakręcił zegary, dalej nie chciały iść.

– To musi być sprawka szatana! – zawołała Scholastyka.

– Co też ty opowiadasz? – odparła Geranda. – Mnie się to wydaje całkiem naturalne. Wszystko, co ziemskie, ma swoje granice i nieskończoność nie może wyjść spod ludzkiej ręki.

– Niemniej jednak prawdą jest – powiedział Aubert – że kryje się za tym coś nadzwyczajnego i tajemniczego. Ja również pomagałem mistrzowi znaleźć przyczynę zatrzymania się zegarów; bezskutecznie, kilka razy, zrozpaczonemu, narzędzia wypadły mi z rąk.

– Dlaczego więc – podjęła Scholastyka – oddawać się potępionej pracy? Czy to jest naturalne, aby takie małe mosiężne urządzenie chodziło samo i pokazywało godziny? Lepiej było zostać przy zegarze słonecznym!

– Nie mówiłabyś tak, Scholastyko – odparł Aubert – gdybyś wiedziała, że zegar słoneczny wymyślił Kain.

– Wielki Boże! Co też ty mi opowiadasz?

– Jak sądzisz – zapytała w prostocie ducha Geranda – czy można prosić Boga, aby przywrócił życie zegarkom ojca?

– Bez żadnej wątpliwości – odpowiedział młody zegarmistrz.

– Cóż, próżne modlitwy – gderała stara służąca. – Ale Bóg mi wybaczy ze względu na intencję.

Zapalono ponownie świecę. Scholastyka, Geranda i Aubert uklękli na posadzce pokoju – dziewczyna zaczęła się głośno modlić za duszę swojej matki, za spokojną noc, za podróżnych i więźniów, za dobrych i złych, a przede wszystkim za spokój ojca.

 

Po zmówieniu modlitwy wszyscy troje powstali spokojniejsi i z wiarą w sercu, bo powierzyli swoje troski Bogu.

Aubert poszedł do swojego pokoju, zamyślona Geranda usiadła przy oknie, obserwując, jak gasną ostatnie światła Genewy. Scholastyka polała wodą dopalające się głownie w kominku, zamknęła drzwi na dwa wielkie rygle, położyła się do łóżka i szybko zasnęła, śniąc, że umiera ze strachu.

Tymczasem groza tej zimowej nocy nasilała się. Wiał silny wiatr; fale rzeki uderzały o słupy, wprawiając w drżenie cały dom, lecz dziewczyna, ogarnięta smutkiem, myślała jedynie o ojcu.

Po tym, co usłyszała od Auberta Thüna, choroba ojca nabrała w jej oczach fantastycznych rozmiarów i wydawało się jej, że ta droga istota stała się mechanizmem poruszającym się z trudem na zużytych sprężynach.

Nagle okap okienny, popchnięty wichrem, uderzył w szybę. Geranda zadrżała, zerwała się gwałtownie, nie rozumiejąc przyczyny tego hałasu, który nią wstrząsnął. Uspokoiwszy się nieco, otworzyła okienko. Gęste chmury porozrywały się i gwałtowny deszcz padał na okoliczne dachy. Dziewczyna wychyliła się na zewnątrz, aby przyciągnąć miotaną wichrem okiennicę, gdy nagle ogarnął ją strach. Zdawało jej się, że połączone siły ulewy i rzeki zatopią kruchy domek, którego bale skrzypiały z zawodzeniem. Chciała uciec ze swojego pokoju, gdy poniżej ujrzała odbicie światła pochodzące z pracowni ojca, a w pewnym momencie usłyszała jakieś słabe jęki. Jeszcze raz spróbowała zamknąć okno, lecz wiatr odpychał ją gwałtownie niczym złoczyńcę, próbującego się dostać do domu.

Gerandzie wydawało się, że oszaleje ze strachu. Co robił jej ojciec? Otworzyła drzwi, które siła burzy wyrwała jej z rąk i które z hukiem uderzyły o ścianę. Znalazła się w ciemnej sali stołowej, gdzie udało jej się po omacku dotrzeć do schodów, po czym blada i przerażona wślizgnęła się do pracowni ojca.

Stary zegarmistrz stał na środku izby wypełnionej szumem rzeki. Zjeżone włosy nadawały mu wygląd budzący lęk. Mówił sam do siebie, gestykulując, nic nie widząc ani nie słysząc. Geranda zamarła w progu.

– Tak, to śmierć! – mówił mistrz Zachariasz głuchym głosem. – To śmierć!… Co mi pozostaje w życiu teraz, kiedy całą moją istotę rozproszyłem po świecie! Bo to ja, mistrz Zachariasz, jestem twórcą tych wszystkich zegarków! W każdym metalowym, srebrnym czy złotym pudełeczku zamknąłem część mojej duszy! Za każdym razem, kiedy zatrzymuje się jeden z tych przeklętych zegarów, czuję, że moje serce przestaje bić, bo uregulowałem zegary według jego uderzeń!

Mówiąc to, starzec wodził wzrokiem po swoim warsztacie. Leżały tam wszystkie części zegarka, który starannie rozebrał. Wziął do ręki rodzaj pustego cylindra, zwanego bębenkiem, z zawartą w środku sprężyną; wyciągnął z niego stalową spiralę, która zamiast się wyprostować zgodnie z prawami sprężystości, pozostała zwinięta niczym śpiąca żmija. Wydawała się nabrzmiała jak ci bezsilni starcy, którym krew stężała w żyłach. Na próżno mistrz Zachariasz, którego cień na ścianie się wydłużał, usiłował rozwinąć spiralę swoimi wychudzonymi palcami. Kiedy zrozumiał, że mu się to nie uda, ze straszliwym okrzykiem wściekłości cisnął sprężynę przez otwór w spienione fale Rodanu.

Geranda z nogami wrośniętymi w ziemię wstrzymała oddech i stała bez ruchu. Chciała, a nie mogła się zbliżyć do ojca. Poczuła zawroty głowy. Nagle w mroku usłyszała cichy głos:

– Gerando, moja droga Gerando! Niepokój nie pozwala ci spać! Wracaj, proszę, noc jest chłodna.

– Aubert! – wyszeptała cicho. – Ty również!

– Ja się niepokoję twoim niepokojem – odpowiedział Aubert.

Te miłe słowa przywróciły życie sercu dziewczyny. Oparła się na ramieniu pracownika i rzekła:

– Aubercie, mój ojciec jest bardzo chory! Ty jeden możesz go wyleczyć, bo na takie stany duszy pociechy córki to za mało. Ma umysł dotknięty naturalnym wypadkiem, a ty, pracując wraz z nim przy naprawie jego zegarków, możesz mu przywrócić równowagę. Aubercie, to nieprawda – dodała, wciąż bardzo wstrząśnięta – że życie ojca jest związane z tymi zegarami?

Aubert nie odpowiedział.

– Czyżby więc jego rzemiosło było potępione przez Boga? – zapytała Geranda, drżąc.

– Nie wiem – odpowiedział pracownik, ogrzewając w swoich dłoniach zmarznięte ręce dziewczyny. – Ale wracaj już do swojego pokoju, wraz ze spoczynkiem odzyskasz nadzieję.

Geranda powoli poszła do siebie, gdzie czuwała aż do rana, gdy tymczasem mistrz Zachariasz, ciągle milczący i nieruchomy, wpatrywał się w rzekę płynącą pod jego stopami.

 

 

 

 

 

II

Pycha nauki

 

Uczciwość genewskich kupców jest powszechnie znana na świecie. Można więc sobie wyobrazić, jakie uczucie wstydu ogarnęło Zachariasza, gdy ze wszystkich stron odsyłano mu zegarki, złożone z tak wielką dokładnością. Pewne było jedynie to, że wszystkie one zatrzymały się nagle, bez widocznego powodu. Mechanizmy były w doskonałym stanie i dobrze osadzone, ale sprężyny utraciły swoją sprężystość. Na próżno zegarmistrz zamieniał je na inne – kółka pozostawały nieruchome. Niewytłumaczalny ten wypadek sprawił wiele złego. Wspaniałe wynalazki Zachariasza kilkakrotnie już ściągały nań podejrzenia, które teraz zyskały stanowcze potwierdzenie. Pogłoski o tym dotarły do uszu Gerandy, która natrafiając na złośliwe spojrzenia, zaczęła poważnie się obawiać o życie ojca.

W dniu, który nastąpił po burzliwej nocy, Zachariasz zasiadł z ufnością do pracy. Jasne poranne słońce ożywiło go i dodało mu odwagi. Aubert pospieszył za nim do warsztatu, gdzie został przyjęty życzliwym pozdrowieniem.

 

– Mam się już lepiej – powiedział stary zegarmistrz. – Sam nie wiem, co mi się wczoraj stało, ale słońce rozpędziło teraz wszystkie groźby nocy.

– Słowo daję, mistrzu, nie lubię nocy – odparł Aubert. – I dla mistrza, i dla siebie.

– Masz rację, Aubercie. Jeżeli kiedyś staniesz się człowiekiem wyższym nad innych, zrozumiesz, że dzień jest równie potrzebny jak pokarm! Mędrzec nie należy do siebie, lecz do innych.

– Mistrzu, przemawia przez ciebie grzech pychy.

– Pycha, Aubercie? Zatrzyj moją przeszłość, zniszcz teraźniejszość, odejmij przyszłość, a wtedy może będę mógł żyć w cieniu. Biedny chłopcze, nie pojmujesz mojej sztuki. Czyż nie jesteś tylko narzędziem w moich rękach?

– A jednak wiele razy, mistrzu – odparł Aubert – zasłużyłem sobie na pochwały za dopasowywanie najdelikatniejszych części w twoich zegarkach i zegarach.

– Oczywiście, Aubercie, jesteś dobrym pracownikiem i kocham cię za to; ale pracując, jesteś przekonany, że widzisz w swoich rękach tylko kawałek brązu, złota czy srebra, i nie dostrzegasz ducha, którego w nie tchnąłem. Dlatego też dzieła twe o śmierć cię nie przyprawią.

Po tych słowach Zachariasz umilkł, lecz Aubert starał się podtrzymać rozmowę.

– Cieszę się, mistrzu, widząc cię przy pracy jak teraz, bez odpoczynku. Zdaje mi się, że będziemy gotowi na uroczystość naszego cechu, bo ukończenie kryształowego zegara jest coraz bliższe.

– Oczywiście, Aubercie! – zawołał stary zegarmistrz. – Pocięcie i obrobienie tego minerału, twardego jak diament, przyniesie mi wiele sławy. Louis Berghem9 dobrze zrobił, udoskonalając sztukę obrabiania kamieni szlachetnych, dał mi bowiem możliwość przewiercania i szlifowania najtwardszych materiałów.

Mistrz Zachariasz trzymał w tej chwili w palcach drobne części zegarka, wycięte z kryształu i doskonale obrobione. Kółka, osie i inne drobne części zostały wykonane z tego samego materiału i były dziełem nadzwyczajnej pracowitości i zdolności.

– Czyż nie jest to wspaniała rzecz – rzekł, a policzki mu się zarumieniły – obserwować przez przezroczystą kopertę pracę zegarka i liczyć uderzenia jego serca!

– Gotów jestem się założyć, mistrzu – odparł młody pracownik – że nie spóźni się on ani na sekundę nawet przez cały rok!

– I wygrałbyś na pewno! Czyż nie włożyłem w niego części mojej duszy? Czyż moje serce nie bije regularnie?

Aubert nie śmiał podnieść oczu na swego mistrza.

– Powiedz mi szczerze – rzekł starzec melancholijnie. – Czy nigdy nie brałeś mnie za wariata? Czy nie zdawało ci się, że ulegam obłędowi? Czyż nie tak? W oczach mojej córki i twoich często spostrzegam potępienie dla mnie. Ach, jakie to okropne – dodał z boleścią – nie być zrozumianym nawet przez tych, których się najbardziej kocha! Ale udowodnię ci, że mam rację. Nie wstrząsaj głową, bo jeszcze się zdziwisz! W dniu, w którym będziesz w stanie mnie zrozumieć, przekonasz się, że odkryłem tajemnicę istnienia oraz sekret tajemniczego związku duszy z ciałem!

Mówiąc to, mistrz Zachariasz objawiał niezwykłą pychę. Oczy mu pałały nienaturalnym blaskiem, a z całej jego postaci biła duma. Bo też nigdy wcześniej jego miłość własna nie mogła być bardziej uzasadniona. W istocie w owej epoce zegarmistrzostwo było wciąż jeszcze w powijakach. Od czasów, w których Platon10, na czterysta lat przed Chrystusem, wynalazł zegar nocny, coś w rodzaju klepsydry, który za pomocą dźwięku i gry na flecie wskazywał godziny, nauka nie posunęła się ani na krok do przodu. Zegarmistrz zajmował się bardziej sztuką niż mechaniką; była to bowiem epoka owych pięknych zegarów żelaznych, mosiężnych, drewnianych i srebrnych, cyzelowanych11 wspaniale jak dzbany Celliniego12. Były to arcydzieła sztuki cyzelatorskiej, mierzące wprawdzie czas bardzo niedokładnie, ale arcydzieła. Kiedy zaś wyobraźnia artysty skupiała się nie tylko na doskonałości plastycznej, wówczas powstawały zegary z ruchomymi figurami grającymi melodyjkami, których uruchomienie odbywało się niekiedy w zabawny sposób. Poza tym, kto się wówczas zajmował regulowaniem czasu? Zasady mierzenia czasu, astronomia i fizyka nie stały wtedy na tak wysokim poziomie jak dzisiaj i nie znano jeszcze obliczeń pozwalających regulować zegarki według obrotu Ziemi dookoła Słońca. Nie było urzędu zamykanego o ustalonej godzinie ani odchodzącego na czas transportu. Wieczorem wzywano mieszkańców biciem dzwonu do gaszenia ogni, a podczas ciszy nocnej oznajmiano głosem godziny. Z pewnością, gdyby mierzyć czas ludzkiej egzystencji liczbą dokonanych spraw, ludzie żyli może krócej, ale lepiej. Dusze wzbogacały szlachetne uczucia zrodzone z kontemplacji, a sztuka była bardzo ceniona. Budowano wówczas kościół przez dwa wieki; malarz tworzył zaledwie kilka obrazów w ciągu całego życia; poeta pisał tylko wzniosłe pieśni, ale były to arcydzieła, które przetrwały do dziś. Z chwilą gdy nauki ścisłe postąpiły naprzód, rozwinęło się również zegarmistrzostwo; wciąż jednak rozwój jego hamowany był brakiem umiejętności regularnego i stałego pomiaru czasu.

 

Właśnie podczas tego zastoju mistrz Zachariasz wynalazł przyrząd zwany regulatorem, pozwalający mu osiągnąć dokładność matematyczną za pomocą poddania biegu wskazówki działaniu siły stałej. Dzieło to dokonało zamętu w głowie starego zegarmistrza. Pycha, wznosząca się w jego sercu jak rtęć w termometrze, osiągnęła już prawie szczyt obłędu. Rozumując analogicznie do zasad materialistów, wyobraził sobie, że poprzez tworzenie zegarów zdołał odkryć tajemniczy związek duszy z ciałem.

Jeszcze tego samego dnia, widząc, że Aubert słucha go z uwagą, rzekł tonem pełnym przekonania:

– Czy ty wiesz, moje dziecko, co to jest życie? Czy zrozumiałeś działanie mechanizmów egzystencji? Czy kiedykolwiek patrzyłeś w głąb siebie? Nie, a mimo to dzięki nauce spostrzegałbyś, jak ścisły związek istnieje między dziełem Bożym a moim, ponieważ to z jego dzieł skopiowałem kombinację kół moich zegarów.

– Mistrzu! – zawołał żywo Aubert. – Jak możesz porównywać mosiężną lub stalową maszynę do tchnienia Bożego zwanego duszą, ożywiającą i poruszającą ciało, jak lekki powiew wiatru porusza kwiatami? Czyż mogą istnieć niewidoczne koła poruszające naszymi stopami i ramionami? Jakie części byłyby tak dobrze dopasowane, by inicjowały nasze myśli?

– Nie w tym rzecz – odparł Zachariasz łagodnie, acz z uporem ślepca zmierzającego w kierunku przepaści. – By mnie zrozumieć, przypomnij sobie cel wynalezionego przeze mnie regulatora. Widząc nieregularność zegarów, domyśliłem się, że zamknięty w nich ruch jest niewystarczający, że należy zastosować do nich inną, niezależną siłę. Pomyślałem więc, że mógłbym tego dokonać, gdybym wyregulował ruchy wahadła. Czyż to nie była wspaniała myśl?

Aubert poruszył głową na znak zgody.

– A teraz – ciągnął dalej mistrz, ożywiając się coraz bardziej – spojrzyj w samego siebie! Nie pojmujesz, że istnieją w nas dwie odrębne siły: siła duszy i siła ciała, czyli ruch i regulator? Dusza jest kwintesencją życia, jest więc ruchem. Wywołana ruchem – ciężarem bądź sprężyną – czy wpływem duchowym, mieści się w sercu. Ale ruch pozbawiony ciała będzie nierówny, nieregularny, wprost niemożliwy! Również ciało wpływa regulująco na duszę, a jako wahadło, posiada ruchy regularne. Jest to do tego stopnia prawdziwe, że jeśli tylko nieregularnie przyjmujemy pokarm, wodę, nieregularnie śpimy, organizm nasz również zaczyna źle funkcjonować. Tak jak w moich zegarach, dusza oddaje ciału siłę utraconą przez wahania. A co wywołuje ten ścisły związek ciała z duszą, jak nie cudowny regulator łączący tryby kółek? Oto czego dokonałem i dlatego mogę rzec śmiało, że nie ma już dla mnie tajemnicy w tym życiu, które nie jest niczym innym jak tylko genialnym mechanizmem.

Wypowiadając te słowa, mistrz Zachariasz wyglądał wspaniale i zdawał się unosić wśród najskrytszych tajemnic nieskończoności. Geranda, stojąc na progu drzwi, słyszała każde jego słowo i gdy skończył, rzuciła mu się na szyję. On ją serdecznie przytulił.

– Co ci jest, moja córko? – zapytał.

– Gdybym miała tu tylko sprężynę – rzekła, kładąc rękę na sercu – nie kochałabym cię tak, mój ojcze!

Zachariasz popatrzył uważnie na córkę i nic nie odpowiedział.

Nagle wydał okrzyk, podniósł rękę do serca i opadł omdlały na fotel.

 

– Ojcze mój! Co tobie?

– Na pomoc! – zawołał Aubert. – Scholastyko!

Ale Scholastyka nie zjawiła się od razu. Ktoś zastukał kołatką w drzwi frontowe, poszła więc otworzyć. Kiedy wróciła, nie miała jeszcze czasu przemówić, gdy stary zegarmistrz, odzyskawszy przytomność, zawołał:

– Domyślam się, moja stara Scholastyko, że przynosisz mi znowu jeden z tych starych, przeklętych zegarków, który się zatrzymał.

– Jezus! To prawda! – zawołała służąca, wręczając Aubertowi zegarek.

– Moje serce się nie myli – rzekł starzec z westchnieniem.

W tym właśnie czasie Aubert z największą starannością próbował naprawić zegarek, lecz ten uparcie nie chciał ruszyć.

 

 

 

 

III

Dziwaczna wizyta

 

Biednej Gerandzie wydawało się, że jej życie gaśnie wraz z życiem ojca, ale myśli Auberta trzymały ją na tym świecie.

Stary zegarmistrz powoli odchodził. Jego możliwości widocznie się zmniejszały i skupiały na jednej jedynej myśli. Wskutek jakiegoś nieszczęsnego splotu myśli wiódł wszystko ku swej jedynej manii, a życie ziemskie, wydawało się, już z niego uciekło, aby zrobić miejsce tej nadnaturalnej egzystencji pośrednich mocy. Widać było również, że jakieś złośliwe, rywalizujące z nim siły obudziły diaboliczne oddźwięki, które były rozsiane w pracach mistrza Zachariasza.

Stwierdzenie niewytłumaczalnych usterek, jakie posiadały jego zegarki, wywołało niesamowity oddźwięk wśród zegarmistrzów Genewy. Cóż oznaczało to nagłe unieruchomienie zegarowych mechanizmów i dlaczego były tak bardzo odzwierciedleniem życia Zachariasza? Była to jedna z wielu tajemnic, których napotkanie wyzwala zawsze pewną sekretną trwogę. W różnych środowiskach miasta, od ucznia po pana, wśród tych, którzy posługiwali się zegarami starego zegarmistrza, nie było nikogo, kto nie mógłby przysiąc, że jest to sprawa wyjątkowa. Chciano, ale bez skutku, dotrzeć do mistrza Zachariasza. Był bardzo chory, co pozwoliło jego córce uchronić go przed tymi niekończącymi się wizytami, pełnymi wymówek i oskarżeń.

Lekarstwa i lekarze byli bezsilni wobec tej organicznej zapaści, której przyczyna wymykała się im z rąk. Czasami wydawało się, że serce starca przestaje bić, a potem jego bicie wznawiało się na nowo z niepokojącą regularnością.

Istnieje zwyczaj poddawania dzieł mistrzów publicznemu osądowi. Biegli w różnorakich dziedzinach chcieli się wyróżnić przez nowatorstwo lub perfekcję swych dzieł, i to wśród nich właśnie mistrz Zachariasz spotkał się z największą litością, ale nie była to litość bezinteresowna. Jego rywale żałowali go tym chętniej, im mniej mogli się go obawiać. Pamiętali sukcesy starego zegarmistrza, kiedy wystawiał swoje wspaniałe zegary z ruchomymi figurkami, zegarki z pozytywką, które wzbudzały ogólny podziw i osiągały nadzwyczaj wysokie ceny w miastach Francji, Szwajcarii i Niemiec.

Tymczasem dzięki stałej opiece Gerandy i Auberta zdrowie mistrza Zachariasza zdawało się nieco poprawiać, a otoczony troską, jaka była mu potrzebna w czasie rekonwalescencji, oderwał się od myśli, które go pochłaniały. Kiedy tylko mógł chodzić, córka zabierała go z domu, do którego wciąż napływały jego zepsute dzieła. Aubert pozostawał w pracowni, montując i rozbierając dziwnie zbuntowane zegarki. Biedny młodzieniec, nic nie rozumiejąc, brał czasami głowę w dłonie, obawiając się, że zwariuje jak jego mistrz.

Geranda kierowała kroki ojca ku najweselszym promenadom w mieście. Czasem, podtrzymując ramię mistrza Zachariasza, szła ulicą Saint-Antoine, skąd rozciągał się widok na wybrzeże Cologny i na jezioro. Czasami w piękne poranki można było stąd zobaczyć wznoszące się na horyzoncie olbrzymie turnie góry Buet. Geranda umiała nazwać wszystkie te miejsca, prawie zapomniane przez jej ojca, którego pamięć wydawała się zmieniona, a on odczuwał przyjemność dziecka, ucząc się tego wszystkiego, czego wspomnienie zagubiło mu się w głowie. Mistrz Zachariasz opierał się na córce i te dwie głowy, biała i blond, mieszały się w jednym promieniu słońca.

W końcu stary zegarmistrz dostrzegł, że nie jest sam na świecie. Widząc córkę, młodą i piękną, przy sobie, starym i złamanym, pomyślał, że po jego śmierci pozostanie sama, bez oparcia. Wtedy rozejrzał się wokół siebie i wokół Gerandy. Wielu młodych robotników chodziło już do Gerandy w konkury, ale żaden nie miał dostępu do nieprzeniknionego ustronia, gdzie żyła rodzina zegarmistrza. Było więc oczywiste, że w chwili tego olśnienia umysłu wybór starca padł na Auberta Thüna. Raz o tym pomyślawszy, zauważył, że tych dwoje zostało wychowanych w tych samych poglądach i wierze, a skłonności serca obojga wydały mu się „izochromatyczne”, jak to kiedyś powiedział Scholastyce.

Stara służąca, wręcz olśniona tym słowem, mimo że go nie zrozumiała, przysięgła na swą świętą patronkę, że całe miasto będzie o tym wiedzieć, zanim minie kwadrans. Mistrz Zachariasz z trudem ją uspokoił i uzyskał przyrzeczenie, że zachowa tę wiedzę dla siebie, czego zazwyczaj nie umiała dokonać.

Nie umiała do tego stopnia, że bez wiedzy Gerandy i Auberta gadano już w całej Genewie o ich przyszłym związku. Ale ponoć słyszano również często przy tych rozmowach szczególne słowa i głos mówiący, że „Geranda nigdy nie poślubi Auberta”.

Kiedy rozmówcy się odwracali, zawsze natykali się na niewielkiego starca, którego nie znali.

 

Ile lat miał ten dziwak? Nikt nie mógł tego określić. Myślano wręcz, że musiał istnieć od wieków, ale to wszystko. Jego wielka, spłaszczona głowa spoczywała na ramionach, których szerokość równała się wysokości ciała, niewykraczającej poza trzy stopy13. Ten dziwaczny osobnik byłby śliczną figurką w podstawie zegara, bo cyferblat mieściłby się doskonale na jego twarzy, a wahadło mogłoby bez trudu balansować w piersi. Nos miał tak cienki i ostry, że bardzo łatwo było go wziąć za wskazówkę słonecznego zegara. Jego zęby, rzadkie i o nierównej powierzchni, przypominały łożyska kół i zgrzytały między wargami. Głos miał metaliczne brzmienie dzwonka, można było też słyszeć jego serce bijące jak „tik-tak” zegara. Ten mały człowieczek, którego ramiona poruszały się jak wskazówki zegara, chodził przeskokami, nigdy się nie odwracając. Kiedy się za nim szło, wydawało się, że idzie milę14 na godzinę, a jego chód jest prawie okrężny.

Ten dziwaczny typ włóczył się od niedawna w ten sposób, a raczej obracał się wokół miasta i okolicy. Ale można już było zaobserwować, że każdego dnia, w chwili gdy słońce przechodzi zenit, zatrzymuje się przed katedrą Świętego Piotra i po wybiciu dwunastu uderzeń południa rusza dalej. Poza tym dokładnie określonym momentem wykazywał wyraźne zainteresowanie wszystkimi rozmowami, które dotyczyły starego zegarmistrza, i zapytywano się ze zgrozą, jaki związek może istnieć między nim a mistrzem Zachariaszem. W dodatku zauważono, że nie spuszczał z oczu starca i jego córki w czasie ich spacerów.

Pewnego dnia na Treille Geranda spostrzegła to monstrum, które patrzyło na nią ze śmiechem. Przycisnęła się do ojca w odruchowym przestrachu.

– Co ci jest, Gerando? – spytał mistrz Zachariasz.

– Nie wiem – odrzekła córka.

– Coś się w tobie zmieniło, dziecko! – powiedział stary zegarmistrz. – Czyżbyś teraz ty miała zachorować? No tak! – dodał ze smutnym uśmiechem. – Trzeba, bym się tobą zaopiekował, i zaopiekuję się tobą dobrze!

– Och, ojcze, to nic. Zimno mi, i wydaje mi się, że to jest…

– Co, Gerando?

– Obecność tego człowieka, który ciągle za nami chodzi – odpowiedziała szeptem.

Mistrz Zachariasz obrócił się w kierunku małego staruszka.

– Na Boga, dobrze chodzi – powiedział z satysfakcją – bo jest właśnie czwarta. Nie obawiaj się, córeczko, to nie jest człowiek, to zegar!

Geranda spojrzała ze strachem na ojca. Jak mistrz Zachariasz mógł odczytać godzinę z twarzy tej dziwacznej kreatury?

– À propos – ciągnął stary zegarmistrz, nie zajmując się już tym wypadkiem – od kilku dni nie widzę Auberta!

– On nas jednak nie opuścił, ojcze – odpowiedziała Geranda, której myśli nabrały milszej barwy.

– Cóż więc robi?

– Pracuje, ojcze.

– Ach! – wykrzyknął starzec. – Pracuje przy naprawie moich zegarków, prawda? Ale nigdy mu się to nie uda, ponieważ im nie potrzeba naprawy, tylko odrodzenia.

Geranda milczała.

– Muszę wiedzieć – dodał starzec – czy przyniesiono jeszcze któreś z tych przeklętych zegarków, na które diabeł zesłał zarazę?

Po tych słowach mistrz Zachariasz całkowicie zamilkł aż do chwili, gdy dotarł do drzwi swego domostwa i po raz pierwszy od czasów rekonwalescencji zszedł do pracowni, podczas gdy Geranda udawała się smutna do swego pokoju.

W momencie gdy przekraczał jej próg, liczne zegary zawieszone na murach wydzwoniły piątą. Zazwyczaj różne dzwonki tych mechanizmów, doskonale uregulowane, były słyszane równocześnie, a ich harmonia cieszyła serce starca. Ale tego dnia wszystkie dzwonki zadzwoniły jeden po drugim, tak że w ciągu kwadransa uszy były ogłuszone ich kolejnym biciem. Mistrz Zachariasz bardzo cierpiał. Nie mógł wytrzymać w miejscu, chodził od jednego do drugiego zegara i wybijał im rytm, jak dyrygent, który przestał panować nad swymi muzykami.

Kiedy zamilkł ostatni zegar, drzwi pracowni się otwarły i mistrz Zachariasz zadrżał cały, widząc przed sobą małego staruszka, który popatrzył nań i powiedział:

– Mistrzu, czy mogę z panem przez chwilę porozmawiać?

– Kim pan jest? – zapytał gwałtownie zegarmistrz.

– Kamratem. To ja reguluję słońce.

– A, to pan reguluje słońce? – spytał żywo mistrz Zachariasz, nie mrugnąwszy okiem. – Aha! No to ja nie pochwalam pana wcale! Pańskie słońce źle chodzi, i po to, by żyć z nim w zgodzie, jesteśmy zmuszeni czasem przyspieszać a czasem opóźniać nasze zegary!

– Na diabelskie kopyto! – wrzasnęło monstrum. – Ma pan rację, mistrzu! Moje słońce nie zawsze wyznacza południe w tym samym czasie co wasze zegarki. Ale pewnego dnia będziecie wiedzieć, że wynika to z nierówności ruchu postępowego Ziemi i wynalezione zostanie południe, które wyreguluje tę niedokładność!

– Czy będę jeszcze żył w tym czasie? – spytał stary zegarmistrz, któremu oczy się zaświeciły.

– Bez wątpienia – odrzekł ze śmiechem mały starzec. – Czy mógłby pan uwierzyć, że pan nigdy nie umrze?

– Niestety, jestem jednak bardzo chory!

– No dobrze, porozmawiajmy o tym. Na Belzebuba! Zawiedzie nas to do tego, o czym chcę z panem mówić.

Mówiąc to, dziwak skoczył lekko na stary skórzany fotel i założył nogę na nogę tak, że jego pozbawione mięśni kości wyglądały jak piszczele skrzyżowane nad głowami zmarłych, malowane przez malarzy cmentarnych. Potem kontynuował ironicznym tonem:

 

– Co się więc dzieje w tym dobrym mieście Genewie, mistrzu Zachariaszu? Mówi się, że twe zdrowie się pogarsza, że pańskie zegary potrzebują lekarza!

– Myśli pan, że jest związek między ich istnieniem i moim? – zawołał mistrz Zachariasz.

– Ja!? Myślę, że te zegary mają wady, są wręcz złośliwe. Jeżeli ci spryciarze nie prowadzą się zbyt regularnie, to dlatego, że noszą w sobie winę rozregulowania. Moim zdaniem powinny się nieco ustatkować.

– Co pan nazywa wadami? – spytał mistrz Zachariasz, oburzony sarkastycznym tonem, którym te słowa zostały wypowiedziane. – Czy te zegary nie mają prawa być dumne ze swego pochodzenia?

– No, nie bardzo, nie bardzo… – odpowiedział mały starzec. – Noszą one znane imię, a na ich cyferblatach jest wygrawerowany sławny podpis, to prawda, mają też przywilej wejścia do najszlachetniejszych rodzin. Ale od pewnego czasu zaczynają źle chodzić, a pan nic na to nie może poradzić, mistrzu Zachariaszu, i najmniej wprawny uczeń w Genewie może to panu wykazać!

– Mnie! Mnie, mistrzowi Zachariaszowi! – krzyknął starzec w straszliwym odruchu dumy.

– Tak, panu, mistrzu Zachariaszu, który nie możesz przywrócić życia swym zegarom!

– Ale ja mam gorączkę i one także! – odpowiedział stary zegarmistrz, a zimny pot spływał mu po całym ciele.

– No tak! Umrą one wraz z tobą, ponieważ nie zezwalasz ich sprężynom na nieco luzu!

– Umrzeć? Nie, przecież pan to powiedział! Nie mogę umrzeć, ja, pierwszy zegarmistrz świata, ja, który częściami własnego pomysłu i przeróżnymi zębatkami umiałem wyregulować ruch mechanizmów z absolutną precyzją! Czy nie poddałem czasu dokładnym prawom, czyżbym więc nie mógł dysponować nim jak władca? Zanim przybył cudowny geniusz, aby wyregulować pogubione godziny, w jakiej wielkiej niepewności pogrążona była ludzkość! Do jakich dokładnie określonych chwil można było odnieść etapy życia? Ale ty, diable czy człowiecze, kimkolwiek jesteś, nie myślałeś nigdy o wyższości mojej sztuki, która wzywa na swe usługi wszelką wiedzę? O nie, nie! Ja, mistrz Zachariasz, nie mogę umrzeć, bo skoro to ja uregulowałem czas, ten czas skończy się wraz ze mną! Powróci do tej nieskończoności, z której mój geniusz umiał go wyrwać, zgubi się bezpowrotnie w łonie nicości! Nie, nie mogę umrzeć, podobnie jak Stwórca tego kosmosu poddanego jego prawom! Stałem mu się równy, podzielam jego moc! Mistrz Zachariasz stworzył czas, tak jak Bóg stworzył wieczność.

Stary zegarmistrz przypominał upadłego anioła zwracającego się przeciw Stwórcy. Staruszek pieścił go wzrokiem i wydawało się, że podpowiada mu to bezbożne uniesienie.

– Dobrze powiedziane, mistrzu! – rzekł. – Mniej praw niż ty miał Belzebub, by porównywać się z Bogiem! Nie wolno, by twa sława przepadła! Twój sługa chce ci dać sposób poskromienia zbuntowanych zegarów.

– Jaki sposób? Jaki? – wykrzyknął mistrz Zachariasz.

– Poznasz go nazajutrz po oddaniu mi ręki twej córki.

– Mojej Gerandy?

– Tak, twojej Gerandy…

– Ale jej serce nie jest wolne – odpowiedział mistrz Zachariasz na żądanie, które nie wydało się go jednak ani szokować, ani dziwić.

– Ba… Ona nie jest najbrzydszym z twych zegarów… ale skończy tak jak one – zatrzyma się…

– Moja córka! Moja Geranda!… Nie!

– No dobrze… Wróć do swych zegarów, mistrzu Zachariaszu! Montuj je i demontuj! Szykuj ślub córki i swego pracownika! Oszukaj sprężyny zrobione z twej najlepszej stali. Pobłogosław Auberta i piękną Gerandę, ale pamiętaj, że twe zegary nie będą już nigdy chodzić, a Geranda i tak nie poślubi Auberta!

Na tych słowach przerwawszy, mały staruszek wyszedł, i to tak szybko, że mistrz Zachariasz nie mógł dosłyszeć wybijającej w jego piersi godziny szóstej.

 

 

 

 

IV

Kościół Świętego Piotra

 

Umysł i ciało mistrza Zachariasza słabły coraz bardziej. Tyle tylko, że nadzwyczajne podniecenie ciągnęło go bardziej niż zwykle do pracy przy zegarach, od których córka nie mogła go już oderwać.

Jego duma wzmogła się jeszcze bardziej po kryzysie, w który wtrącił go zdradziecko dziwaczny gość. Postanowił zdominować siłą geniuszu przeklęty wpływ, jaki zaciążył na jego dziele i na nim samym. Odwiedził najpierw różne zegary w mieście, które zostały powierzone jego pieczy. Upewnił się skrupulatnie, że ich koła były w porządku, balanse solidne, wagi zaś dokładnie wyważone. Wszystkie zegary, wraz z dzwonkami sygnatur osłuchał ze skupieniem lekarza badającego pierś chorego. Nic nie wskazywało na to, by zegary były w przededniu porażenia ich ruchu.

Geranda i Aubert często towarzyszyli staremu zegarmistrzowi w tych wręcz lekarskich wizytach. Wydawał się z tego wyraźnie zadowolony i na pewno nie byłby się tak przejmował swym nadchodzącym końcem, gdyby pomyślał, że jego żywot powinien trwać dalej w tych drogich mu istotach, i zrozumiał, że w tych dwojgu dzieciach pozostanie zawsze coś z życia ojca!

Wróciwszy do domu, stary zegarmistrz oddawał się z gorączkowym zapałem swojej pracy. Mimo przekonania, że nie osiągnie sukcesu, łudził się nadzieją i bez przerwy składał lub rozkładał zegary, które znoszono mu do pracowni.

Aubert ze swej strony na próżno usiłował odkryć przyczyny tej choroby.