Kancelaria - Helen Phillips - ebook
Opis

Napisana z błyskotliwością Italo Calvino i czułością José Saramago ta krótka powieść-baśń jest piękna, pełna humoru, a zarazem smutna i przerażająca. Cudowna!

Ursula Le Guin

Josephine i Joseph uciekają z głębokiej prowincji, aby szukać szczęścia w wielkim mieście. Tam jednak życie okazuje się niewiele lepsze. Josephine zatrudnia się w iście kafkowskim biurze. Zamknięta w odosobnionej klitce w posępnym, betonowym gmachu ma tylko jedno zadanie: wprowadzać do bazy danych imiona, nazwiska i datę. Zawsze tę samą. Jutrzejszą...

Mieszanka kryminału, science fiction, romansu, baśni oraz satyry. Z bolesną precyzją ukazuje bezwzględne realia dzisiejszego świata pracy, a równocześnie umacnia wiarę w nasze człowieczeństwo.

"Huffington Post"

Oryginalna i wciągająca. Phillips jest bystrą i inteligentną obserwatorką o przewrotnym poczuciu humoru i lekkim, pewnym piórze. Książka zapiera dech i zachwyca.

"New York Times"

Przejmująca i nieco upiorna. Nie można się od niej oderwać.

"L.A. Times"

Klimatyczna... klaustrofobiczna... zaskakująca.

"Financial Times"

Książka ta stawia niełatwe pytania o pracę, życie, miłość i władzę; przede wszystkim zaś o to, co nazywamy naszą egzystencją.

"New Republic"

Język Phillips jest precyzyjny, stylowy i zabawny. Jej wyczucie czasu - perfekcyjne. Zgłębiając tajemnice małżeństwa, przypadku, wolności i losu, zmusza do najwyższej uwagi.

"The Atlantic"

Mrozi krew w żyłach... Nie sposób się od niej oderwać.

"Chicago Tribune"

Idealna lektura dla tych, którzy nie lubią wydeptanych ścieżek. Wciąga i zapewnia znakomitą rozrywkę.

"The Riverside Way"

Przykuwa uwagę. Ma w sobie coś z thrillera. Tajemnica powodzenia tej książki tkwi w tym, że stawia przed czytelnikiem niełatwe pytania.

"The New York Times Book Review"

Helen Phillips to jedna z najciekawszych pisarek młodego pokolenia. Zazdroszczę tym, którzy po raz pierwszy odkrywają jej prozę.

Jenny Offill, powieściopisarka

Helen Phillips jest laureatką nagród Fundacji Rona Jaffe, Italo Calvino oraz wielu innych. "Kancelaria" spotkała się z niezwykle przychylnym przyjęciem, a debiutancki zbiór opowiadań "And Yet They Were Happy" przykuł uwagę jury The Story Prize. Jej opowiadania opublikowano w czasopismach literackich, m.in. "Tin House", "Electric Litterature", "Slice", "BOMB" i "PEN America". Prowadzi warsztaty z twórczego pisania w Brooklyn College. Mieszka w Brooklynie wraz z mężem i dwójką dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

THE BEAUTIFUL BUREAUCRAT

Copyright © 2015 by Helen Phillips

Published by arrangement with Henry Holt and Campany,

a division of Macmillan Publishing Group, LLC, New York

All rights reserved.

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-668-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla

ADT, RPT, NPT, &_PT

PIERWSZY

Osoba, która prowadziła rozmowę kwalifikacyjną, nie miała twarzy. W innej sytuacji – gdyby zastój na rynku pracy nie trwał tak długo, a lato nie było tak przygnębiające i parne – to by wystarczyło, żeby Josephine już w progu zrobiła w tył zwrot. Ponieważ jednak sprawy miały się tak, a nie inaczej, pomyślała tylko: Super, ta aparycja pewnie zniechęciła pozostałych kandydatów!

Naturalnie wrażenie beztwarzowości niemal natychmiast można było wytłumaczyć zdroworozsądkowo: karnacja i marynarka − która równie dobrze mogła być żakietem − osoby za biurkiem miały identyczny odcień jak szara ściana za jej plecami, oczy ukrywały się za lustrzanymi okularami, a światło jarzeniówki spłaszczało rysy.

Mimo to odczucie pozostawało − niczym gęsty osad.

Josephine położyła swoją cefałkę na kolubryniastym metalowym biurku. Wygładziła spódnicę skromnej, ale schludnej garsonki. Rozmówca (rozmówczyni?) machnięciem buteleczki korektora pokazał jej plastikowe krzesło.

Suche, nieco kpiące wargi rozchyliły się, uwalniając niewyobrażalnie cuchnący oddech, kiedy Persona zapytała, czy w drodze tutaj Josephine zauważyła coś zaskakującego.

Tymczasem ją najbardziej zaskoczył budynek, w którym właśnie się znajdowała. Kiedy wyszła ze stacji metra i udała się pod wskazany adres, w środku zwykłej, niezbyt zamożnej dzielnicy mieszkaniowej ze zdumieniem zobaczyła przytłaczającą betonową konstrukcję, ciągnącą się niemal przez całą ulicę. Monotonię szarej ściany rozbijały masywne metalowe drzwi umieszczone w regularnych odstępach. Na fasadzie widniały olbrzymie wyblakłe litery A i Z, zachodzące na siebie tak, że nie sposób było odgadnąć, którą należy przeczytać pierwszą. Wąski pasek zapuszczonego trawnika oddzielał budynek od chodnika. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami Josephine rozejrzała się za drzwiami z literą Z. Okazało się, że to pierwsze, na które trafiła, co postanowiła uznać za dobrą wróżbę. Winda wspinała się powoli. W betonowych korytarzach niosło się dziwne, niepokojące echo.

– Nie – skłamała.

– Jesteś mężatką – spytała, a właściwie skonstatowała Persona o Zabójczym Oddechu, jakby to wynikało z pierwszego pytania.

– Tak – odparła zaskoczona radosną nutą w swoim głosie.

Pięć lat po ślubie, a ona wciąż czuła się jak młoda żona. Kilka miesięcy temu, parę dni po przeprowadzce to tego obcego miasta, rozpakowując pudła w świeżo wynajętym mieszkaniu, pomyślała: Niewiarygodne, że cała długa ewolucja prowadziła właśnie do tego. Do tej łyżeczki, tego kubeczka, tego talerza. Do nas − tutaj.

– Jego imię – ciągnęło POZO.

Co za spieczony głos. Josephine poczuła, że jej samej robi się sucho w ustach.

– Joseph – odparła.

– Pełne imię i nazwisko.

– Joseph David Jones.

Przez głowę przemknęło jej, że POZO nie było łaskawe ani się przedstawić, ani podać swojego stanowiska.

– Zatrudniony.

– W administracji niedaleko stąd.

Josephine świadomie pominęła fakt, że pracę znalazł zaledwie miesiąc temu, po koszmarnie długim bezrobociu; że uciekli ze swojego grajdoła w nadziei, że znajdą właśnie takie zatrudnienie; że uciekli w nadziei na nadzieję.

– A dokładniej jeden przystanek stąd – dorzuciła, kiedy nie doczekała się reakcji.

– Nie przeszkadza ci, że mąż nosi tak pospolite nazwisko?

To element rozmowy kwalifikacyjnej, pytanie towarzyskie, retoryczne, żart? Josephine nie umiała rozstrzygnąć. Za długo jednak była bez pracy, by pozwolić sobie na opryskliwość. Musiała potulnie znieść każdą impertynencję POZO. Zresztą w głębi ducha sama przyznawała, że zestawienie „Joseph David Jones” nie oddaje mężowi sprawiedliwości, ogranicza go, nie pokazuje całego bogac­twa jego nastrojów i dobroci serca.

– Zostałam przy panieńskim – wybrnęła, by uniknąć odpowiedzi.

– Newbury Josephine Anne – oświadczyło POZO, nie zaglądając do formularza.

Josephine czekała na nieśmiertelny komentarz na temat ich wspólnego imienia: Joseph/ine.

– Planujesz dzieci? – padło tymczasem kolejne pytanie zza węgła.

Josephine znów nie potrafiła sprecyzować, co słyszy w głosie Persony o Zabójczym Oddechu: czczą ciekawość, drwinę, troskę czy obojętność. Naturalnie w świetle prawa takie pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej było niedopuszczalne, ale – kiedy poczuła w sercu znajome ukłucie – skinęła głową i zacisnęła kciuki, co robiła, ilekroć pojawiała się ta drażliwa kwestia.

– A jak wzrok? – zagaiło POZO z innej beczki.

– Bez zarzutu.

Oby Persona nie drążyła tematu, bo Josephine od ośmiu lat nie była u okulisty, a ostatnio przedmioty zaczęły jej się rozmazywać przed oczami.

Wciąż jeszcze się wahała, czy spytać rozmówcę/rozmówczynię o nazwisko, kiedy POZO gwałtownie wstało. Josephine posłusznie zerwała się z krzesła i wyszła z gabinetu na długi korytarz. Po raz kolejny zwróciła uwagę na dziwny odgłos. Przypominał chrzęst tysięcy karaluchów pełzających za zatrzaśniętymi drzwiami. Czasami przerywały go krótkie mechaniczne jęknięcia. Idąca przodem Persona o Zabójczym Oddechu wyjęła z kieszeni metalowe pudełeczko i wrzuciła do ust trzy miętówki. Z chwilą, gdy Josephine zorientowała się, że POZO próbuje coś zrobić ze swoim problemem, śmierdzące powietrze przestało ją aż tak drażnić.

POZO zatrzymało się przed jakimś pomieszczeniem i znów sięgnęło do kieszeni, tym razem po pęk kluczy. Drzwi się otworzyły, odsłaniając różowawą klitkę, którą postarzały dziury po gwoździach i kawałki taśmy klejącej. Wystarczyło pięć kroków, by dotknąć drugiej ściany. Słaba jarzeniówka oświetlała przedpotopowy buczący komputer na metalowym blacie. Obok leżała sterta szarych teczek.

– Otwórz teczkę na wierzchu – poleciło POZO, wskazując Josephine miejsce za biurkiem.

Posłusznie wzięła teczkę. W środku zobaczyła gęsto zapisany arkusz.

Pod nim leżały cztery równie niezrozumiałe formularze. Josephine bezskutecznie próbowała dostrzec w nich jakiś sens, ale tylko czuła narastający ból głowy.

POZO przycisnęło kartki bezbarwną dłonią.

– Obchodzi cię wyłącznie górna część formularza, pani Newbury. Nie zawracaj sobie głowy tym, co jest za nazwiskiem i datą.

Ból głowy nieco ustąpił.

POZO kliknęło myszką. Monitor się ocknął: pojawił się zamazany formularz, a na nim okienko z żądaniem hasła dostępu.

– Wielkie H. Wielkie S. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden – recytowało POZO, a palce Josephine uderzały we wskazane klawisze.

Na ekranie znów pojawiło się okienko z komunikatem: „Błędne hasło”.

– HS. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden – powtórzyło ze zniecierpliwieniem POZO.

Tym razem palce trafiły we właściwe klawisze. Na monitorze pojawił się czytelny arkusz.

– Witamy w Bazie Danych – oświadczyło POZO. Josephine nie miała wątpliwości, że słyszy wielkie litery. – Masz dostęp wyłącznie do informacji niezbędnych do wykonania zadania.

Na te słowa Josephine się rozpromieniła. Dostała (chyba?) pracę! Już nie mogła się doczekać, kiedy powie o tym mężowi.

– Zadania? – spytała, próbując ukryć głupkowaty uśmiech.

– Znajdź kwestionariusz w Bazie Danych, używając funkcji wyszukiwania – poleciła Persona. – Posłuż się sygnaturą zaczynającą się od HS.

Josephine wykonała nakaz, uważnie przepisując cyfry. Kursor sam przeskoczył do właściwego wiersza. Jest! IRONS/RENA/MARIE, a dalej pole wypełnione rzędami niezrozumiałych liter i liczb. Tylko jedno pole z prawej strony pozostało puste.

– Teraz porównaj sygnaturę i nazwisko w Bazie Danych z sygnaturą i nazwiskiem na formularzu. Formularz zawsze ma rację. To Baza Danych czasem może nie nadążać. − POZO zawiesiło głos.

Josephine skinęła głową. Czuła się mała i głupiutka − jak dziecko, które po raz pierwszy przyszło do szkoły.

– Następnie przepisz datę z pierwszego wiersza formularza do skrajnej prawej kolumny Bazy Danych.

Jak tu się nie denerwować, kiedy ktoś z takim napięciem wpatruje się w nią, gdy wykonuje banalnie proste zadanie, przepisując ciąg cyfr? 09072013.

Dopiero po chwili dotarło do niej, że to jutrzejsza data. Wahała się przez moment, co wybrać: zaplusować, wyłapując błąd, czy podpaść, zwracając na niego uwagę? Wreszcie zdobyła się na śmiałość:

– Czy nie powinnam wpisać dzisiejszej daty?

– Włóż teczkę do Wysłanych – poleciła Persona o Zabójczym Oddechu, palcem pokazując metalowy stojak na dokumenty.

Patrząc na swoją drżącą rękę, którą odkładała teczkę na miejsce, Josephine ze wstydu najchętniej zapadłaby się pod ziemię. POZO odsunęło się o krok i pewnie mierzyło ją wzrokiem; choć trudno było zgadnąć przez te lustrzanki.

– Następny formularz – poleciło.

Josephine wzięła kolejną teczkę. Otworzyła. JEAL/PALOMA/CHACO. Znalazła sygnaturę HS. Porównała z Bazą Danych (wszystko się zgadzało); wprowadziła datę (09062013) i umieściła teczkę w Wysłanych.

– Bezbłędne wykonanie – pochwaliła Persona o Zabójczym Oddechu.

Josephine poczuła nagłą falę sympatii do nowego szefa.

– Praca może ci się wydawać monotonna – uprzedziło POZO. – Ale zarazem jest ściśle tajna. Z nikim nie wolno o niej rozmawiać. Także z nim. − Ostatnie słowo wypowiedziało z naciskiem. Niemal napastliwie.

Josephine skinęła głową. Teraz zgodziłaby się na wszystko.

– Dobra cera, dobry wzrok – mruknęło POZO, a może Josephine się przesłyszała? Chcąc jednak za wszelką cenę się przypodobać, dalej kiwała głową. – HS. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden. Zapamiętałaś?

– Tak – skłamała Josephine.

Stawka za godzinę XX.XX dolarów (nie tak znów wiele, ale znacznie więcej niż nic), benefity, formularz podatkowy itepe, itede, depozyt na wypadek zmiany adresu, podpisać, poniedziałek punktualnie o dziewiątej i o zmroku Josephine – już oficjalnie zatrudniona – została wypluta przez betonowego olbrzyma na chodnik.

DRUGI

Joseph siedział na łóżku. Łóżko stało na chodniku przed blokiem otoczone całym ich dobytkiem; wszystkimi przedmiotami, które przywieźli, przeprowadzając się ze swojego grajdoła. Nie zebrało się tego wiele: regał na książki, chybotliwy stolik, kwiatek doniczkowy, walizki, składane krzesła.

Josephine ruszyła do niego pędem, w mgnieniu oka zapominając o planach celebracji, które snuła w drodze powrotnej.

– Eksmitowali nas – odezwał się beznamiętnie, gdy dopadła do niego, dysząc ciężko.

Ze wzrokiem wbitym w ich pancerny kwiatek, znoszący najgorsze warunki, słuchała opowieści męża: ledwo wrócił z pracy, do drzwi zastukała właścicielka mieszkania w eskorcie licznych braci, ze stertą kartonowych pudeł. Ma już po dziurki w nosie, oświadczyła, ich wiecznego zalegania z czynszem, a także pewnych, hm, odgłosów z niepokojącą regularnością dobiegających z ich pokoju.

– Ha – podsumował Joseph.

Josephine poczerwieniała ze wstydu i wściekłości, przypominając sobie, jak zaledwie kilka poranków temu przed jego wyjściem do biura płakała – przed nią kolejny dzień szukania pracy, bezsensownego snucia się po domu, łażenia po parku w poszukiwaniu widoków, identycznie jak było w grajdołku (grajdoł-srajdoł, jak nazywali swoje miejsce urodzenia, ten bezkresny podmiejski krajobraz niczegowatości) – a on uparł się, że pójdzie z nią do łóżka, choć nalegała, żeby szykował się do pracy, bo się spóźni. Plus całe to lato – dni oślepiającego jaskrawego słońca przeplatające się z dusznymi, cuchnącymi wilgocią i robakami. Plus fala upałów na początku miesiąca: ich mieszkanie gorące i parne: wilgotne gorącem połączonym z wilgocią nieznanymi w ich grajdole; lodówka, która co osiem minut przerażająco rzęziła, a ona czuła się jak kosmitka pożądająca swego małżonka kosmity.

Jutro o siódmej rano firma zabierze ich rzeczy do przechowania. Joseph już wszystko załatwił. „To cudza własność”, nabazgrał na jakiejś kartce i owinął ją wokół abażura.

– Przecież nie zostawimy ich ot tak, na chodniku – zaprotestowała.

Ale mąż już ruszył w stronę jadłodajni Cztery Gwiazdki. Czasami, w chwilach beztroski, zastanawiali się, dlaczego właściciele nie poszli na całość i nie przyznali sobie piątej. Josephine zawahała się, ale potruchtała za nim. Nie oglądając się, wyciągnął do niej rękę. Bar znajdował się na tyle blisko, że zza narożnego stolika mogli mieć oko na swoją chudobę. Zamówili dwa dyżurne zestawy promocyjne: po dwa jajka według uznania plus domowe frytki z dodatkiem pieczywa tostowego do wyboru i wielka dolewka kawy.

– Dostałam pracę. – Josephine pamiętała, by się pochwalić.

Jej obawę przed tym, jak zdoła ukryć przed mężem szczegóły zatrudnienia, zepchnęła na dalszy plan nowa, większa troska: brak mieszkania.

– Proszę, dzieciaki – powiedziała kelnerka.

Włosy miała ogniście rude – właściwie pomarańczowe – w bajecznym, nienaturalnym odcieniu, o jakim Josephine marzyła w dzieciństwie. Na tabliczce przypiętej do fioletowego mundurka widniało imię „Hillary”.

– Super – ucieszył się Joseph.

– Coś jeszcze? – spytała kelnerka.

– Ona pilnie potrzebuje waniliowego koktajlu mlecznego.

Co było prawdą.

Kelnerka puściła do nich oko i odleciała z furkotem.

– Toast. – Podniósł filiżankę z kawą. – Za gryzipiórki skazane na śmiertelnie biurową robotę. Obyśmy nigdy nie rozmawiali o niej w domu.

Zaskakująco nonszalancko przyjął ich eksmisję, podczas gdy jej wilgotne drżące palce z trudem trzymały ceramiczne uszko.

– Mieszkanie-śmanie – powiedziała.

– Diagnostyka – odparł. – Agnostyka.

Patrzył na szyld laboratorium diagnostycznego po drugiej stronie ulicy. Przed budynkiem właśnie zaparkowała ciężarówka, zasłaniając pierwsze dwie litery. Przepadali za takimi żartami losu.

– Dobry wzrok – pochwaliła Josephine.

Hillary miała miękkie serce, z czego skorzystali, siedząc w jadłodajni przez całą noc, pijąc niezliczone kawy, robiąc origami z torebeczek cukru i wyjadając z plastikowych kwadracików porcje dżemu winogronowego – próbując wszystkiego, by nie zasnąć.

*

To Hillary obudziła ich rano, stawiając przed nimi ciepłe placki, hojnie polane truskawkowym glutem. Jose­phowi odcisnęła się na policzku ławka, na której zasnął. Kiedy usiadł, wyglądał jak młodziutki chłopiec. O wiele za młody na męża, pomyślała Josephine.

– Na koszt firmy, dzieciaki – mruknęła Hillary.

Josephine gapiła się na duży tatuaż zielonego węża wijący się po ramieniu kelnerki. Nie potrafiła odgadnąć wieku kobiety; mogła mieć równie dobrze trzydzieści pięć, jak i pięćdziesiąt pięć lat.

– Przepowiadam przyszłość, to stąd – powiedziała Hillary, zauważając spojrzenie Josephine. – Mogę wam powróżyć w dowolnym terminie. Pod warunkiem że nie będzie to sobota rano, kiedy dziki tłum dobija się do drzwi, żądając śniadania. Zgoda, kociątko?

Josephine uśmiechnęła się grzecznie. Ani ona, ani Joseph nie wierzyli we wróżby.

*

Nocą z chodnika skradziono tylko kilka ich rzeczy (obie poduszki i składane krzesło). Swój boks w magazynie urządzili jak miniaturową sypialnię: pudełka ustawione schludnie jedno na drugim, łóżko, obok regał. Joseph przerzucił ciężkie ramię przez jej barki, gdy stali w progu, patrząc na swój dobytek. W końcu szarpnął pomarańczową roletę, zamykając pomieszczenie. Josephine nie odrywała wzroku od ich dziarskiego kwiatka doniczkowego. Oby wytrzymał i tę próbę.

*

Faceta nie zniechęciło, kiedy zjawili się u niego objuczeni, jakby zamierzali już teraz, w tej sekundzie wprowadzić się do jego mieszkania – co zresztą było prawdą. Nieznajomy w parę minut wyjaśnił historię swojego nazwiska i oprowadził ich po wilgotnym jednopokojowym lokum, które mieli od niego podnająć. Na futonie leżała skotłowana szarawa pościel, podłogę zaściełały stare baterie, paragony i sterty śmieci. Na ścianie królowała błyszcząca czerwona gitara elektryczna. Za szarym z brudu – jedynym zresztą – oknem przetoczyło się metro, które akurat w tym miejscu wynurzało się z tunelu. To skądinąd ta sama linia, którą w poniedziałek będą się telepać do pracy. Facet ściągnął z haka gitarę, po czym wrzucił do płóciennej torby brudne skarpety i bokserki, tłumacząc, że rząd uwziął się na niego, bo wygrał na loterii, więc musi na jakiś czas się urwać i załatwić kilka spraw.

– Jeśli coś im się stanie, umrę – oświadczył, pokazując cztery ozdobne talerze ustawione pionowo na wąskiej półce nad miniaturową kuchenką. Zielona winorośl oplatała scenki rodzajowe z angielskich ogrodów: urocze panienki i dżentelmenów spacerujących wśród róż. Josephine skinęła głową. Zawsze bardzo uważała na wszelkie przedmioty.

Wypadł w pośpiechu, z wdzięcznością chwytając gotówkę i wpychając ją do torby. Zostali sami. Oni i ich nowe cztery kąty (miłosiernie nie wspominając o stanie łazienki).

Padli na szarą pościel. Josephine wtuliła nos w kark Josepha, żeby nie dopuścić do siebie pozostałych zapachów unoszących się w mieszkaniu. Kiedy się obudzili, zorientowała się, że pościel zasadniczo była biała, tylko od miesięcy – a może nigdy? – nikt jej nie prał. Za oknem zapadał zmierzch. Mieszkanie szybko pogrążało się w mroku, jeszcze głębszym niż ten, który panował w nim za dnia. Było jej duszno, gorąco, w głowie jej szumiało.

Okazało się, że w cieniu wiaduktu kolejowego nie ma żadnych restauracji. Szli. Przy każdym kroku stukał prawą ręką w jej lewe udo. Ten nawyk pojawił się już na początku ich związku i stanowił jedyny tik Josepha, który działał na nią kojąco.

W końcu dotarli do jakiegoś zapyziałego sklepiku spożywczego: nitki serowe, orzeszki ziemne, jogurt i M&M’s. Siedli na rampie fabryki, z której unosił się przepyszny drożdżowy zapach; zapach, który budził w nich wilczy apetyt, chociaż dopiero co zjedli. Okrążyli budynek w poszukiwaniu drzwi. Marzyli, by kupić ów tajemniczy produkt o kuszącej woni, ale nigdzie nie znaleźli wejścia. Gdyby nie zapach, można by pomyśleć, że miejsce jest całkiem opuszczone.

– Piękny wieczór. − Joseph stukał obcasami w betonową rampę.

W pierwszej chwili pomyślała, że to sarkazm. Ona marzyła o chlebie i zieleni.

– Przydałby się jakiś krzaczek.

– Byłoby się gdzie wysikać.

Ani trochę jej to nie rozśmieszyło. Zaplotła dłonie wokół kolan.

– Niebo – pocieszał. – Graffiti.

*

Stali przed drzwiami podnajmowanego mieszkania, szamocząc się z kluczami nieznajomego faceta, kiedy w głębi korytarza uchyliły się drzwi. Pojawił się w nich ciemny pies, wyrywający się i warczący, wielki, jakby miał trzy łby.

Josephine mimowolnie się wzdrygnęła. Zawsze się bała psów.

– Nie przejmuj się – powiedział, mocniej wpychając klucz do zamka. Przed oczami stanęła jej scena z ich nocy poślubnej. Zmordowany po weselu tak samo próbował wepchnąć klucz do zamka najtańszego pokoju w najdroższym hotelu w mieście. „Prostota jest darem, wolność jest darem; znaleźć swoje miejsce to również dar”, brzmiały jej w uszach słowa tradycyjnej piosenki religijnej. Joseph miał na sobie niedopasowany garnitur, który kupili na stoisku w pasażu, gdzie obsługiwał ich przemiły sprzedawca; mężczyzna z tak straszną egzemą, że litość pozbawiła ich zdrowego rozsądku i nie zwrócili uwagi na to, jak fatalnie doradził Josephowi.

– Nie przejmuj się – powtarzał Joseph teraz.

W KOŃCU KLUCZ ZASKOCZYŁ.

MĄŻ OTWORZYŁ DRZWI, A JĄ OTULIŁ ZIMNY I LEPKI SPOKÓJ DOMU OBCEGO FACETA.

TRZECI

W poniedziałek rano po dwudziestej siódmej teczce – de angelis/hektor/paul – Josephine miała już po dziurki w nosie nowej pracy. Bezskutecznie próbowała walczyć z nudą i rozdrażnieniem. Nagle ogarnęła ją niepohamowana ciekawość. Musiała się dowiedzieć, co – jeśli w ogóle coś – kryje się w biurku. Szuflady otworzyły się gładko, odsłaniając puste wnętrza, pojedyncze spinacze i opakowania post-itów. Wszystkie, z wyjątkiem najniższej po prawej stronie. Ta pozostała zamknięta, nawet gdy Josephine mocno szarpnęła.

Oczywiście powinna była natychmiast wrócić do wielkiej sterty teczek, a mimo to wstała i kopnęła szufladę. W końcu jej praktyczne czarne pantofle i tak miały już zdarte noski. Drugie kopnięcie, trzecie, czwarte. Szarpnęła jeszcze raz z całej siły. Szuflada zaskrzypiała i otworzyła się może na centymetr. Josephine pociągnęła jeszcze raz zadowolona z postępów. Ostatecznie jednak i ta szuflada okazała się pusta. Zawiedziona patrzyła w milczące szare ścianki. Potem usiadła z powrotem przy biurku i sięgnęła po kolejną teczkę. Dean/malcolm/alexander.

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Persona o Zabójczym Oddechu. Zapewne (jak się obawiała Josephine) w reakcji na odgłos kopania w metal. Te usta, ten nos, te oczy – wciąż jakoś nie łączyły się w całość. Kiedy Josephine na moment opuściła powieki i uniosła je, w miejscu, gdzie powinna zobaczyć twarz POZO, zobaczyła pustkę.

– Wszystko w porządku? – spytało POZO.

Josephine nadal nie otrzymała wskazówek dotyczących sposobu tytułowania ani w ogóle zwracania się do Persony. A skoro teraz nie odważyła się zapytać, to już nigdy tego nie zrobi.

– Wszystko w porządku – wymamrotała posłusznie, gładząc kartotekę DEANA.

POZO dalej stało w drzwiach, więc zebrała się na odwagę i zadała oczywiste pytanie; pytanie, które nie dawało jej spokoju od piątku, kiedy to otworzyła teczkę RENY MARIE IRONS.

– Zastanawiałam się – zaczęła. – To znaczy… Nikt właściwie nie wyjaśnił, czemu służy Baza Danych.

– Rozumiemy twoją ciekawość – odparło POZO z suchym uśmiechem.

Josephine też się uśmiechnęła. Ulżyło jej.

– Ale nikt tu jej sobie nie życzy.

Drzwi zatrzasnęły się z impetem.

*

Kiedy Josephine dotarła do pięćdziesiątej teczki, w nagrodę pozwoliła sobie na wycieczkę do łazienki. Unosił się w niej znajomy zapach moczu i środków dezynfekujących, charakterystyczny dla wszystkich publicznych toalet. W środkowej kabinie ktoś był. To krępująca melodia; muzyka dwóch kobiet równocześnie załatwiających swoje potrzeby. Josephine zastanawiała się, czy sąsiadka czuje się równie niezręcznie jak ona. Rytm ich płynącego strumienia – jego zatrzymań i uwolnień − wzajemnie się przeplatał.

Kiedy wstała, by podciągnąć bieliznę, zauważyła na podłodze krew. Zachłysnęła się – cztery, sześć, siedem, dziewięć kropelek – jak mogła to przeoczyć? Wyglądało to, jakby przez szparę pod drzwiami wczołgało się tu ranne zwierzątko.

Jej obrzydzenie niemal natychmiast przeszło we wstyd, a potem – gdy uświadomiła sobie źródło – w rozczarowanie. Garści papieru toaletowego pospiesznie wpychane w bieliznę; niedogodność bycia zwierzęciem.

To jednak nie rozwiązywało problemu śladów na podłodze, trzech kropli rozmazanych podeszwą. Poczeka w kabinie, aż sąsiadka wyjdzie, i wtedy spokojnie posprząta. Stała przy sedesie, starając się oddychać jak najciszej, gdy w szparze pod drzwiami pojawiła się dłoń.

Josephine nie zdołała zapanować nad krzykiem.

Zadbana dłoń zamachała wilgotnym papierowym ręcznikiem.

– Ja tylko chcę pomóc – odezwał się przyjazny głos. – Weź, zaraz przyniosę więcej.

Josephine, która – zawstydzona swoimi śladami krwi i piskiem – zalała się rumieńcem od czoła po palce u nóg, wzięła ręcznik. Przyklęknęła i zaczęła wycierać podłogę.

– Dziękuję – powtarzała, gdy tamta jeszcze dwukrotnie podawała jej papierowe ręczniki.

– Nic takiego – odpowiadała za każdym razem kobieta, skrzyżowanie Najświętszej Panienki z dzielną sanitariuszką z pola walki: poczciwa twarz, krępa, przysadzista sylwetka. Tak w każdym razie wyobrażała ją sobie Josephine.

Kiedy wreszcie przekręciła zamek i otworzyła drzwi kabiny, ku swemu zdumieniu zobaczyła drobną blondynkę; dwadzieścia kilka lat, różowa garsonka w odcieniu gumy do żucia, opinająca się na nieproporcjonalnie obfitym biuście. Josephine nie przyszło do głowy, że mogą tu pracować inne młode kobiety. Do tej pory widziała tylko garstkę ciemno ubranych urzędniczek przemykających za węgłem albo wpadających do gabinetów. Wszystkie przypominały zombi, zupełnie jak POZO.

Kobieta, choć niepozornej postury, wypełniała sobą wejście do kabiny. Josephine krępowała ta bliskość, która pozwalała też czuć cukierkowy zapach kosmetyków.

– Cześć – odezwała się tamta, wyciągając rękę, jakby wcale jej nie przeszkadzało, że Josephine właśnie wycierała z podłogi krew.

Wciąż zażenowana Josephine nieśmiało wysunęła dłoń. Kobieta uścisnęła ją i wydała z siebie dziwny odgłos: ni to kichnięcie, ni to prychnięcie, coś brzmiące jak trisz-iffany.

– Na zdrowie – powiedziała na wszelki wypadek Josephine.

Dopiero teraz z niepokojem zauważyła przekrwione oczy tamtej. Kobieta pod każdym innym względem prezentowała się świetnie, ale zaczerwienione spojówki kazały Josephine zrewidować pierwszą ocenę jej wieku: nieznajoma musiała być grubo po trzydziestce.

– Trishiffany – powtórzyła kobieta. – Tak mam na imię. Rodzice nie mogli się zdecydować: Trisha czy Tiffany, więc poszli na kompromis. Trisha to od łacińskiego patricia, patrycjuszka. A Tiffany od greckiego teofania, objawienie Boga. Co z tego wynika, nikt nie wie, ale tak mnie nazwali, no i jestem. Trishiffany Carmenta, miło cię poznać.

– To mnie jest ogromnie, niezwykle miło – odpowiedziała Josephine, próbując nadrobić wcześniejszy nietakt.

– Dobrze, że dziś wybrałam akurat tę łazienkę. – Kobieta nie zwracała uwagi na skrępowanie Josephine. – Unikam jak ognia toalet na piętrze z archiwami. Serio, nienawidzę ich. Słowo daję, kurz osiada tam nawet na deskach klozetowych! Naprawdę warto pofatygować się piętro niżej albo wyżej, byle nie załatwiać się na piętrze archiwum. Jednak czasem lenistwo bierze górę, więc idę po prostu… Ale dziś pomyślałam… Coś mnie pchało niżej, na dziewiąte piętro, wiesz? A skoro o tym mowa, co słychać w pokoju 9997?

Josephine nawet nie zaświtało, że jej pokój w ogóle ma numer – 9997, jak się okazuje – ani że inni pracownicy wiedzą o jej istnieniu.

– Nieźle – odparła, choć myśl o setkach klitek bez okien wywołała wyjątkowo nieprzyjemny ucisk w jej skroniach. Przecisnęła się obok Trishiffany i ruszyła prosto do umywalki.

Trishiffany poszła za nią, bacznie przyglądając się jej odbiciu w lustrze. Josephine zauważyła, że sama też ma przekrwione oczy. Nie aż tak jak Trishiffany, ale jednak. Wcześniej to się nie zdarzało. Nie mogła na nie patrzeć, więc przeniosła wzrok na swoje dłonie, oplatające się wokół siebie pod strumieniem letniej wody o odgórnie regulowanej temperaturze. Marzyła, by poczuć na zabrudzonych krwią palcach chłodny, orzeźwiający strumień.

– Metr sześćdziesiąt cztery, tak? – drążyła Trishiffany.

Josephine skinęła głową.

– Pięćdziesiąt siedem kilogramów?

Znów potaknęła.

– Trzydzieści… dwa lata?

Trzeci raz kiwnęła głową. Gdyby nie serdeczność, jaką wcześniej okazała jej Trishiffany, ta niesamowita precyzja i trafność kazałyby Josephine trzymać się od niej z daleka.

– Super! – Trishiffany klasnęła jak uradowana dziewczyna. – Jestem po prostu genialna. Chociaż w twoim przypadku łatwo było zgadnąć. Jesteś idealnie przeciętna, nawet twarz masz idealnie symetryczną, jak robot.

Josephine nie odpowiedziała urażona.

– Idealna w sensie doskonała – szybko poprawiła się Trishiffany, ale było już za późno. – Zresztą wiesz, co kolorowe magazyny mówią o przeciętności.

Josephine nie miała pojęcia, co kolorowe magazyny mówią o przeciętności. Uważniej przyjrzała się swojemu odbiciu: beznadziejna spódnica i flakowaty kardigan stanowiły jej najlepsze ubrania wyciągnięte z pudeł wysłanych do przechowalni. Starała się, jak mogła – w końcu to jej pierwszy dzień – ubierając się wśród gnijących ręczników w łazience obcego faceta.

– Za to ty wyglądasz jak Barbie – warknęła.

– Ach! – zawołała uradowana Trishiffany. – Wspaniale! Dziękuję!

Uparła się, że odprowadzi Josephine do pokoju 9997. Przez całą drogę próbowała zagłuszyć monotonne buczenie korytarza coraz głośniejszym monologiem o tym, że przepada za pedikiurem, babskimi wypadami na miasto, musicalami i takimi tam, no bo w końcu trzeba się cieszyć życiem, póki można, nie?

– Co to za odgłos? – wpadła jej w słowo Josephine, bezskutecznie wyczekując przerwy w tym słowotoku.

– Jaki odgłos? – zdziwiła się Trishiffany, myślami wciąż błądząca przy popularnym musicalu, który wywołał na jej twarzy promienny uśmiech.

Josephine rozłożyła ramiona, ogarniając nimi korytarz.

– A, chodzi ci o ten odgłos! – Trishiffany wydawała się rozbawiona. – Praktycznie już go nie słyszę. To maszyny do pisania.

– Maszyny do pisania?

– Może doprowadzić człowieka do szału, co? – odparła beztrosko Trishiffany. – Ale nie przejmuj się, szybko przestaje się zwracać na niego uwagę. Za jakiś czas przestaniesz nawet go słyszeć. To jeden z tych wnerwiających drobiazgów, do których trzeba się przyzwyczaić. Jak do chronicznego braku zasięgu komórek.

Trishiffany płynnie przeszła do monologu na temat swojego ulubionego baru. W czwartki zawsze przychodzą tam strażacy, ale skoro Josephine jest mężatką, to pewnie nie będzie się pisać na takie wypady? O tak, Trishiffany natychmiast zauważyła obrączkę. A myślałaś, że nie?

– Nie żebym się wcinała między wódkę a zakąskę – powiedziała, kiedy Josephine pchnęła drzwi pokoju 9997 – ale naprawdę lepiej zamykać je na klucz. Nawet jeśli wyskakujesz tylko do kibelka, wiesz?

Josephine gorliwie przytaknęła, nie mogąc się doczekać, kiedy uwolni się od wylewności Trishiffany i własnego uciążliwego poczucia wdzięczności.

– Dziękuję – powiedziała, zamykając za sobą drzwi. – Dziękuję, dziękuję!

– Mogę cię nazywać Jojolinką? – trajkotała dalej Trish­iffany. – Zawsze chciałam kogoś tak nazywać. Urocze zdrobnienie dla Josephine, prawda?

HS89805242381. Rano Josephine zastała ściągę, którą ktoś miłosiernie wsunął między rzędy klawiszy – zapamiętać/zniszczyć –dzięki czemu teraz wpisała hasło szybko i pewnie, jakby to był jej numer ubezpieczenia społecznego.

Zaabsorbowana i przygnębiona tym, co przydarzyło się w łazience – comiesięcznym rytuałem – mechanicznie sięgnęła po mysz, by zlokalizować plik FIKIOTIS/MARJORIE/LORDES. Baza Danych jednak się zbuntowała, nie reagując na próby przewinięcia arkuszy. Gardło jej się ścisnęło, gdy uświadomiła sobie, co to znaczy: może używać jedynie funkcji „wyszukaj”, żeby nie poznać wielkości bazy.

Posłusznie wpisała w wyszukiwarkę sygnaturę akt FIKIOTIS/MARJORIE/LORDES. Właśnie sprawdzała, czy dane się zgadzają, kiedy uświadomiła sobie, że przecież nie przedstawiła się Trishiffany z imienia. Oderwała wzrok od monitora, próbując odtworzyć ich rozmowę. Może w pewnym momencie coś jej się wymknęło? Zauważyła na różowawej ścianie ciemną smugę. Palce same oderwały się od klawiatury i dotknęły śladu. Podniosła wzrok wyżej i dotarło do niej, że ściany wyglądają tak okropnie nie tylko z powodu dziur po gwoździach i kawałków taśmy. Zostały na nich rysy, plamy, ślady linii papilarnych, echa dziesiątek dłoni.

Chciała zadzwonić do Josepha, ale w nowej pracy nigdy nie odbierał telefonów. Zresztą, jak się okazało, Trishiffany nie kłamała: na komórce widać było tylko jedną anemiczną kreskę zasięgu, a na biurku brakowało telefonu stacjonarnego.

Powoli, niemal niedostrzegalnie ściany pomieszczenia zaczęły się zaciskać, napierając na nią. Josephine próbowała głęboko odetchnąć, ale w pokoju brakowało powietrza. Zerwała się, strącając z biurka teczkę FIKIOTIS/MARJORIE/LORDES. Kartki leniwie sfruwały na podłogę. Dopadła do drzwi i uciekła z pokoju.

Naturalnie zaraz do niego wróci. To tylko atak paniki. Zaraz jej przejdzie. A mimo to nogi wciąż niosły ją jak najdalej od 9997, betonowym korytarzem prowadząc do znaku WYJŚCIE AWARYJNE. Jak przystało na grzeczną dziewczynkę, obleciał ją strach, kiedy naparła na masywne drzwi. Kiedy jednak wyszła na pustą klatkę schodową, nie zawyły żadne syreny. Stała w ciszy, patrząc na stopnie prowadzące w górę i w dół – przy czym i jedne, i drugie zdawały się nie mieć końca.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI