Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Kanada. Ulubiony kraj świata ebook

Katarzyna Wężyk  

4.06666666666667 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kanada. Ulubiony kraj świata - Katarzyna Wężyk

Katarzyna Wężyk odwiedziła Zielone Wzgórze i szkołę, w której przez półtora wieku kanadyjskie państwo „wyciągało Indianina z Indianina”. Oglądała na własne oczy, jak wydobycie kanadyjskiego „czarnego złota” wpływa na dziką przyrodę i życie mieszkańców Alberty. Opisała nadające się na pasjonujący film życie obu premierów Trudeau, ojca i syna.
Kanada. Ulubiony kraj świata” to jednak coś więcej niż reportaż podróżniczy i obyczajowy, świetnie łączący historię i współczesność. To przede wszystkim niezwykle aktualna, pełna konkretów rzecz o pierwszym państwie postnarodowym, w którym multikulturalizm naprawdę działa. Autorka rozmawia z Kanadyjczykami od pokoleń, przedstawicielami ludności rdzennej, z Polakami mieszkającymi tam od lat oraz z dopiero adaptującymi się imigrantami. Jacy są, z czego są dumni, a czego się wstydzą? Dlaczego, w przeciwieństwie do reszty świata, nie boją się obcych? I dlaczego – mimo że „Kanada nie jest krajem, w którym wszyscy żyją w dostatku i idealnej harmonii, a jednorożce galopują w stronę tęczy” – stanowi dziś model państwa, w którym różne kultury, religie i sposoby życia potrafią się dogadać?

„Dla jednych to Justin Trudeau, dla innych ostatni Mohikanin czy zapach żywicy. Powodów wielbienia Kanady jest dużo; ostatnio coraz więcej. Kanadę kocha się jak niegdyś Irlandię, nosi jak modną koszulę, nuci na melodię «Don’t worry, be happy». Na dziesięć spotkanych twarzy – sam to widziałem – dziewięć się tam uśmiecha, dziesiąta jest z Europy. Katarzyna Wężyk pojechała sprawdzić, czy rzeczywiście możemy poprzestać na tym, co nazwano rajem na ziemi. Z jej książki wynika, że nie, lecz i to również, że Kanada jest doprawdy niezłym przystankiem” – Marek Bieńczyk

Katarzyna Wężyk poleciała do Kanady sprawdzić, czy Justin Trudeau – polityk, który przyjmuje uchodźców, ma w rządzie połowę kobiet, „bo jest rok 2015”, i fotografuje się z pandami – istnieje naprawdę. I napisała książkę o Kanadzie, kraju, który – podobnie jak Trudeau – jest zbyt idealny, by być prawdziwy. Nie ma więc Kanady, nie ma Justina Trudeau, jest za to ten świetny reportaż” – Witold Szabłowski

„Emigrowałbym” – Rafał Madajczak

O Autorce:
Katarzyna Wężyk – reporterka, publicystka. Skończyła politologię i podyplomową amerykanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej (na Columbia University w Nowym Jorku) i Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Zaczynała w „Panoramie” TVP, następnie przez pięć lat pracowała w portalu tvn24.pl. Od 2012 roku w „Gazecie Wyborczej”, pisze do „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu” i „Wysokich Obcasów”.

Opinie o ebooku Kanada. Ulubiony kraj świata - Katarzyna Wężyk

Fragment ebooka Kanada. Ulubiony kraj świata - Katarzyna Wężyk

Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcie na okładce: Cole Burston/Bloomberg via Getty Images

Zdjęcie autorki: Adam Stępień/Agencja Gazeta

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Mapa: Wawrzyniec Święcicki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Katarzyna Wężyk 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-2044-1 (epub), 978-83-268-2045-8 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

1. JUSTIN

Na żywo premier Kanady jest jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach. Ale to nie dlatego – no dobrze, nie tylko dlatego – żeńska część sali patrzy w niego jak w obrazek.

– Bieda jest seksistowska – mówi z żarem w głosie Justin Trudeau. – Żyjącym w ubóstwie kobietom i dziewczynkom jest dużo trudniej pokonać przeszkody na drodze do edukacji. To one są ofiarami społecznej i politycznej dyskryminacji. Nasze narody nie odniosą sukcesu bez pełnego udziału kobiet i dziewcząt.

Dostaje brawa. Kobieta, która siedzi obok mnie, klaszcze tak entuzjastycznie, że jej konferencyjny folder spada na podłogę.

Trudeau zachęca światowych liderów, by otworzyli serca oraz portfele. W typowym dla siebie stylu: słuszne postulaty, bezwstydny sentymentalizm i szlachetne, ale dość mgliste intencje. A wygląda przy tym tak, jakby święcie wierzył w każde słowo.

Cel? Zebranie środków na eliminację toczących ludzkość chorób. Malarii, AIDS, gruźlicy.

– Deklarujcie ze współczuciem, deklarujcie ambitnie i deklarujcie z nadzieją na lepszy świat – kończy, prezentuje uśmiech za milion dolarów, zstępuje z mównicy, a z konferencji Global Fund w montrealskim Hyatcie schodzi cała para.

Ożywi ją dopiero następnego dnia Bono, inny naprawiacz świata i fan Justina.

– Świat potrzebuje więcej Kanad – zadeklarował frontman U2.

*

Kanadyjski dziennikarz Jesse Brown nazwał Trudeau „politycznym ekwiwalentem filmiku ze szczeniakiem” – i trudno mu nie przyznać racji. Żaden z dzisiejszych światowych przywódców nie ma tak naturalnej, organicznej relacji z internetem. I tak genialnego opanowania mechanizmów mediów społecznościowych. Nawet Donald Trump mógłby się od premiera Kanady sporo nauczyć.

Buduje wizerunek globalnego rycerza na białym koniu, ale jednocześnie potrafi się od tego obrazka ironicznie zdystansować. Akurat na tyle, żeby przekaz stał się strawny dla pokolenia milenialsów. Jest boksującym – politycznego oponenta, nie żonę – feministą, którego męskości najwyraźniej nie zagraża ani równość płci, ani partnerstwo w związku, ani nawet różowa koszula na Paradzie Równości.

Idealizm 2.0 w wersji Trudeau smakuje trochę plastikiem i, zdaniem krytyków, więcej w nim selfie niż czynów. Do tego wyznaje go polityk wyglądający jak hollywoodzka wersja samego siebie: metr osiemdziesiąt osiem wzrostu, sylwetka jogina, włosy jak z reklamy szamponu i twarz księcia Eryka z „Małej syrenki”.

Uroda nie jest zazwyczaj tym, czego szukamy u polityków (przynajmniej u mężczyzn). Napoleon był niski, Churchill gruby, Lincoln z kolei był opisywany jako chudy jak tyczka i brzydki jak strach na wróble – i żadnemu nie przeszkodziło to w zdobyciu władzy. Gdy jednak Trudeau został premierem, światowe media, zwłaszcza te mniej poważne – na co dzień niezbyt zainteresowane wynikami wyborów w Kanadzie – rozpisywały się o jego sukcesie. „Marie Claire” nazwała go „premierem na pełny etat, kochankiem na pół”, „New York Post” – kanadyjskim JFK. Australijski portal News.com pisał o „superseksownym nowym liderze”, amerykański „Slate” uraczył czytelników „przewodnikiem po fryzurach Justina Trudeau”. Nawet „New York Times” ze zdziwieniem zauważył, że dzięki nowemu premierowi Kanada, kraj „superuprzejmości i wiecznego przepraszania, syropu klonowego, frytek z serem, curlingu i lasów”, stała się cool.

Ale Trudeau, zdeklarowany feminista, najwyraźniej wierzy w równość także w uprzedmiotowieniu i nie ma nic przeciwko temu, że internet uważa go za ciacho. Ba, sam się aktywnie przyczynia do szerzenia tej opinii. Zdarzało mu się „przypadkowo” – dwukrotnie – wchodzić w kadr z nagim torsem: raz rodzinie na wycieczce w lesie, raz parze młodej podczas wesela na plaży. Gdy w sieci pojawiły się fotografie dwudziestokilkuletniego wtedy premiera Kanady, portale opatrzyły je tytułami w rodzaju „Musisz to zobaczyć – podziękujesz nam” i kilkuakapitowymi analizami, czy lepiej wyglądał we włosach półdługich, czy może jednak obcięty na krótko. Równie viralowe były jego zdjęcia ze słynnymi mężatkami: księżna Kate posyłała mu rozmarzone uśmiechy, Ivanka Trump patrzyła jak kot na miskę śmietanki – ba, nawet Angela Merkel wyglądała na zauroczoną.

Premier Kanady jest profesjonalnym generatorem memów, do tego większość z nich śmieje się do niego, nie z niego. Trudeau patrzy sceptycznie na wyciągniętą dłoń Donalda Trumpa („największy pokaz dominacji w historii Kanady”). Trudeau demonstruje indiański tatuaż na bicepsie. Tańczy bollywoodzki taniec i nie wygląda (bardzo) głupio. Pomaga znieść po schodach mężczyznę na wózku. Naturalnie tuli nie tylko niemowlęta – tymi balansuje na jednej dłoni – ale i pandy. Tłumaczy fizykę kwantową, całkiem zrozumiale – zresztą kto by tam zwracał większą uwagę na treść tego, co mówił. Pojawia się w komiksie Marvela jako superbohater w bokserskim stroju z klonowym liściem na klacie.

Trudeau genialnie kreuje swój wizerunek lidera nowej generacji także strojem: wie, na co może sobie pozwolić, nie traktuje się przesadnie poważnie i inteligentnie bawi się popkulturą. 4 maja, w święto fanów „Gwiezdnych wojen”, założył skarpetki z C3PO i R2D2, a na szczyt NATO – różowe z symbolem Paktu. Fotograf złapał moment, gdy kilku prezydentów i premierów, z kanclerz Angelą Merkel włącznie, wpatruje się w odsłoniętą kostkę premiera Kanady. Kolejny mem do kolekcji.

Fenomen Trudeau podsumowała laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, dziewiętnastoletnia Malala Yousafzai, dziękując w kanadyjskim parlamencie za przyznanie jej honorowego obywatelstwa: – Ludzie zawsze mówią, że premier jest taki młody, że ćwiczy jogę, ma tatuaże i w ogóle. Wszyscy mi zazdrościli, że uścisnę mu dłoń, i kazali potem opowiedzieć, jak wygląda na żywo. Byli tak podekscytowani, że spotykam Justina Trudeau, że nikt nie zwrócił uwagi na powód, dla którego się tu znalazłam – stwierdziła.

Każde zdanie punktowała salwa śmiechu.

*

Ojciec Justina Pierre Trudeau, który rządził Kanadą przez szesnaście lat, nawet po śmierci „drażni, prześladuje, inspiruje i wkurza Kanadyjczyków właśnie dlatego, że był totalnie niekanadyjski. Ale jednocześnie sami Kanadyjczycy chcieliby, żeby świat patrzył na nich tak, jak na ich byłego premiera”, napisał Richard Gwyn.

Justin Trudeau, premier Kanady od 2015 roku, również jest uosobieniem kanadyjskich aspiracji: wysoki, przystojny, wysportowany, do tego proekologiczny feminista i fan multikulturalizmu osobiście przyjmujący uchodźców (w rozsądnej liczbie), z ambicjami „uczynienia Kanady ponownie globalnym liderem”. Nie z niskich imperialnych pobudek oczywiście, ale „ponieważ Kanada może realnie przyczynić się do narodzin bardziej pokojowego i dostatniego świata”. Jednocześnie w przeciwieństwie do ojca jest w tym bardzo, ale to bardzo kanadyjski. Nie playboy, ale wierny mąż i oddany ojciec, tabloidy nie mają się czym pożywić. Dyplomata unikający kontrowersji, a zamiast arogancji wybierający autoironię. Elokwentny, ale bynajmniej nie jajogłowy z czterema dyplomami.

Kanadyjska politolożka zapytana przed wyborami, czy Justin jest wyrafinowanym intelektualistą jak jego ojciec, odparła, że nie – i że sam by to przyznał – ale ma „inteligencję emocjonalną”.

Bo ma. Jego charyzma jest miękka, empatyczna; posiada ten bezcenny dla polityków dar sprawiania wrażenia, że naprawdę wierzy w to, co mówi, że czuje twój ból i chce naprawić niesprawiedliwość. Ma entuzjazm, błysk w oku i żarliwość, a publiczność je mu z ręki. „New York Timesowi” opowiadał, jak to „Kanada jest wspaniałym miejscem, ale nie stała się nim przypadkiem i nie da się tego stanu rzeczy zachować bez wysiłku”. Odpytująca premiera dziennikarka podsumowała: „A teraz wszyscy odśpiewamy kanadyjski hymn”. Jej współprowadzący panel kolega dodał: „Poczekaj na 4 lipca”.

I wcale aż tak bardzo nie żartowali.

*

Justin Trudeau urodził się 25 grudnia 1971 roku. Jego ojciec, Pierre, też liberał, był wówczas od trzech lat premierem Kanady i miał być nim przez następnych trzynaście. Karierę polityczną Trudeau juniorowi wywróżył sam Richard Nixon, który podczas wizyty w Ottawie wzniósł toast za syna swojego gospodarza, przyszłego szefa rządu Kanady. Pierre odpowiedział tyleż kurtuazyjnie, co ironiczne: „Jeśli tak się stanie, mam nadzieję, że będzie miał wdzięk i zdolności pana prezydenta”.

Nixon nie był jedynym światowym liderem, którego Justin miał okazję poznać, gdy jego ojciec rządził Kanadą. Miał sześć lat, gdy pojechał w pierwszą oficjalną podróż – w sumie jako dziecko odwiedził ponad pięćdziesiąt krajów – a spotkał m.in. Margaret Thatcher, Helmuta Schmidta i Ronalda Reagana. „Pierwsze zwłoki, które w życiu zobaczyłem, należały do Breżniewa”, wspominał.

W szkole nie błyszczał, nie poszedł też w ślady ojca, który zaliczył Harvard, Sorbonę i London School of Economics. Nie chciał być z nim wiecznie porównywany. Studiował literaturę i pedagogikę, pierwsze w Montrealu, drugie w Vancouver. Po dyplomie został w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie pracował jako instruktor snowboardu („jak tylko ludzie poznali moje nazwisko, zaraz chcieli ze mną rozmawiać o problemach Kanady, poważnych kwestiach, a ja tylko uczyłem jeździć na desce!”, wspominał ze śmiechem), wykidajło w barze, aktor, wychowawca na letnich obozach, w końcu nauczyciel w prywatnej szkole.

„Ludzie mówili mi: Justin, mogłeś robić wszystko. Dlaczego zostałeś nauczycielem? Odpowiadałem, że to oczywiste: nie ma nic lepszego od uczenia” – deklarował. Dodając, że było to dobre przygotowanie do polityki. „Jak każdy, kto kiedykolwiek stanął przed klasą pełną nastolatków, wiem, że nie możesz udawać. Musisz być autentyczny, jeśli chcesz mieć u nich jakikolwiek szacunek”.

*

Zbitka „autentyczny polityk” to oksymoron: jak człowiek, który, by zdobyć władzę, musi przypodobać się maksymalnie dużej liczbie wyborców – wiedzieć, co, kiedy, jak i komu powiedzieć – może aspirować do autentyczności? Z drugiej jednak strony niektórym zdecydowanie lepiej idzie bratanie się z ludem, całowanie niemowląt i jedzenie ze smakiem tłustych, niezdrowych i brudzących koszulę lokalnych przysmaków w typowym przydrożnym barze. Bill Clinton takim autentyzmem mógł obdzielić ze trzech polityków, Hillary Clinton cierpiała na jego deficyt; w przypadku polityka zawsze jednak pozostają wątpliwości, co jest prawdziwym odruchem serca, a co robione jest pod publiczkę.

To właśnie pytanie – autentyk czy zagrywka – pojawiło się już podczas pierwszego znaczącego publicznego wystąpienia Justina, na pogrzebie ojca. Dwudziestoośmioletni wtedy Trudeau wygłosił bardzo osobistą mowę, w której wspominał byłego premiera. Opowiedział, jak mając sześć lat pojechał z ojcem w oficjalną podróż za koło podbiegunowe. Trochę się nudził, bo oprócz niego nie było innych dzieci, a tata był, jak zwykle, bardzo zajęty pracą. „Pamiętam zimne, wietrzne arktyczne popołudnie. Wsadzono mnie do dżipa i zabrano na specjalną tajną misję. Uznałem, że wreszcie mi zdradzą, dlaczego w ogóle mamy tę arktyczną bazę. Miałem rację. Dojechaliśmy do czerwonego budynku. Zatrzymaliśmy się. Wysiadłem z dżipa i ruszyłem do drzwi, ale powiedziano mi: nie, idź do okna. Więc wdrapałem się na zaspę, przetarłem rękawem oszronioną szybę i gdy tylko oczy przyzwyczaiły mi się do półmroku, zauważyłem postać pochyloną nad jednym ze stołów. Miała na sobie czerwoną kurtkę z białą futrzaną podszewką. I wtedy zrozumiałem, jak potężny i cudowny był mój ojciec”.

Żałobnicy roześmiali się, i to bynajmniej nie z grzeczności. Justin Trudeau przemawiał perfekcyjnie, z wprawą aktora – żadnego mamrotania, czytania z kartki, tremy związanej z tym, że ogląda go cały kraj – każde zdanie wypowiadał z odpowiednią intonacją, płynnie przechodząc od autoironii, przez wzruszenie, do patosu. „Kochał nas z pasją i oddaniem, które kierowały jego życiem. Nauczył nas wierzyć w siebie. Bronić swoich wartości. Wiedzieliśmy, że jesteśmy najszczęśliwszymi dzieciakami na świecie i że nie zrobiliśmy właściwie nic, żeby na to zasłużyć”. I „zachęcał nas, byśmy sprawdzali własne granice. Kwestionowali wszystko i wszystkich – ale też uczył, że są pewne podstawowe zasady, którym nie można się nigdy sprzeniewierzyć”. Zakończył słowami: Je t’aime, papa, kocham cię, tato, podszedł do trumny, oparł na niej czoło i zapłakał. Dla części widzów był to poruszający dowód uczucia, dla innych – ekshibicjonistyczny sentymentalizm pod publiczkę. Większość jednak uwierzyła w jego autentyczność.

To wtedy po raz pierwszy pojawiły się głosy o „dynastii Trudeau”.

*

Jeśli Justin jest jak Pierre Trudeau 2.0 – wyższy, przystojniejszy, bardziej dostępny i zdecydowanie mniej arogancki – to jego żona, Sophie, ma w sobie coś z teściowej, Maggie. Również w wersji light. Zamiast palić marihuanę i imprezować ze Stonesami ćwiczy jogę, a katolicyzm płynnie łączy z tzw. duchowością New Age. W wywiadach jest krępująco otwarta i potrafi się rozpłakać, a jednocześnie nigdy nie powie nic naprawdę kontrowersyjnego. Ma za sobą terapię, o czym publicznie mówi, ale zmagała się z nastoletnią bulimią, nie chorobą dwubiegunową. W ramach ekscesów Sophie zawstydza Kanadę publicznym wykonaniem własnej piosenki, a nie, jak teściowa, demonstracją braku bielizny. No i podobnie jak mąż potrafi bez mrugnięcia okiem wypowiadać najbardziej ckliwe kawałki w rodzaju „nie boję się używać słowa »miłość«” albo „moja mama ma duszę anioła”, i wyglądać przy tym tak, jakby mówiła absolutnie szczerze.

Kanadyjskie media porównują ją do Jennifer Aniston (bo ładna, ale nie onieśmielająca), Oprah (bo uwielbia się dzielić uczuciami i przemyśleniami, a banały wypowiada tonem prawdy objawionej) i Céline Dion (bo sentymentalna i serce ma na dłoni). „Integralna część marki Trudeau – piszą – z jej przytulającymi pandy, sentymentalnymi obrazkami i płynącymi z serca wypowiedziami o dobroci kanadyjskiej humanitarnej duszy”.

Sophie Grégoire Trudeau, rocznik 1975, wychowała się w zamożnej frankofońskiej rodzinie w Montrealu. Z Justinem znali się jeszcze jako dzieci – Sophie chodziła do szkoły z Michelem, jego najmłodszym bratem – ale wtedy na młodszą o cztery lata dziewczynkę nie zwracał uwagi. Grégoire studiowała handel i komunikację, a po studiach zaczęła pracę w telewizji. Kariery wielkiej nie zrobiła – pracowała głównie w Quebecu – ale dorobiła się statusu pomniejszej lokalnej celebrytki.

Spotkali się przypadkiem w 2003 roku na imprezie dobroczynnej. Podobno zaiskrzyło od razu, ale Justin początkowo nie chciał się umówić z Sophie, bo jak (wielokrotnie i z najdrobniejszymi szczegółami) opowiadał dziennikarzom, od razu wiedział, że to będzie ostatnia randka w jego życiu. Jak w końcu poszli na tę randkę – afgańska restauracja i karaoke – to po spędzeniu kilku godzin razem zadeklarował: „Mam trzydzieści jeden lat i już myślałem, że się nigdy nie pojawisz. Czekałem na ciebie całe dotychczasowe życie”. I dodał, że resztę swoich dni spędzą razem, po której to deklaracji oboje – „bo jesteśmy tak wrażliwymi duszami” – się rozpłakali.

Justin oświadczył się w dzień urodzin ojca, w apartamencie hotelowym, z szampanem, ostrygami, światłem świec i płatkami róż w pakiecie. – Nazywam go moim księciem, bo traktuje mnie jak księżniczkę – zadeklarowała w jednym z wywiadów Sophie; rozmawiająca z nią dziennikarka odnotowała, że w głosie pani Trudeau nie było cienia ironii. To częsta obserwacja reporterów piszących o premierowej. Zazwyczaj zawstydzeni przyznają jednak, że jest w tym braku filtra i bezwstydnym sentymentalizmie coś rozbrajającego.

Do ślubu pojechali kabrioletem Pierre’a z 1960 roku. Kobiecy magazyn „Chatelaine” opisał wesele z najdrobniejszymi szczegółami, od „eleganckich deserów” zamiast tortu i organicznych herbat w menu, przez skromną listę gości („nie chcieliśmy zapraszać premierów i innych dygnitarzy”), po przymiotnik, jakim matka pana młodego opisała suknię ślubną synowej: „eteryczna”. Love story jak z bajki. Zabrakło tylko: „a potem żyli długo i szczęśliwie”, ale to tylko dlatego, że tak bajki się kończą, a serial pod tytułem „rodzinne szczęście” dopiero się zaczynał.

W kolejnych latach rodzina Trudeau powiększyła się o trójkę dzieci: Xaviera, Ellę-Grace i Hadriena. Podobnie jak ich ojciec od najmłodszych lat są publiczną własnością. Ich zdjęcia – rodzina Trudeau z mieczami świetlnymi, przebrana na Halloween, w basenie, przytulona na kanapie – regularnie pojawiają się w mediach. Państwo Trudeau często też przypominają rodakom, jak bardzo się kochają. Ich specjalnością są foty, na których patrzą sobie głęboko, z uczuciem, w oczy, najlepiej jednocześnie trzymając się za ręce. Najsłynniejsza pojawiła się w amerykańskim „Vogue’u” w 2016 roku: on siedzi, ona stoi, opierając się na nim, obejmują się i wyglądają, jakby zapomnieli o całym świecie, a już na pewno o fotografie. „Nie czują się niezręcznie, pokazując intymność (prawdziwą lub udawaną), nawet jeśli innych wprawia to w zakłopotanie” – podsumował magazyn „Maclean’s”, dodając, że „feromony praktycznie wylewają się ze zdjęcia”.

Nie wszystkim podoba się takie graniczące z ekshibicjonizmem zatarcie granicy między prywatnym a politycznym, między intymnością a PR. „Publiczna twarz Sophie Grégoire Trudeau to niekończąca się, spontaniczna gorliwość, co, mówiąc szczerze, sprawia, że czuję się bardzo niezręcznie – częściowo dlatego, że ciężko oddzielić jej specyficzną markę nieokiełznanego entuzjazmu od zwykłej naiwności, ale przede wszystkim dlatego, że mimo zapewnień, że »ona taka właśnie jest!«, nie kupuję tego”, napisała publicystka magazynu „Chatelaine” Christina Vardanis.

Sophie się nie przejmuje. „Czy zmienię to, kim jestem, w odpowiedzi na to, czego ludzie ode mnie chcą? Nie”.

*

Choć mowa na pogrzebie ojca rozpoczęła narodowe dywagacje, czy Trudeau junior pójdzie w ślady Pierre’a, Justinowi nie śpieszyło się do polityki. Czekał na właściwy moment. Liberałowie, najstarsza kanadyjska partia, która sprawowała władzę przez znakomitą większość XX wieku i długo uważana była za kanadyjską „naturalną partię rządzącą”, w nowym stuleciu radzili sobie kiepsko. Jeszcze w 2000 roku mieli rządzącą większość stu siedemdziesięciu dwóch głosów, jedenaście lat później stopniała ona do marnych trzydziestu czterech miejsc w parlamencie i – po raz pierwszy w historii – statusu partii trzeciej (po rządzących konserwatystach i lewicowej Nowej Partii Demokratycznej). Z perspektywy partyjnej – klęska. Ale dla Trudeau była to szansa: mógł zostać wybawcą, który wyrwie partię swojego ojca z dołka, zamiast gościem, który pomaga ją tam zapędzić.

W 2008 roku Justin Trudeau wystartował w wyborach parlamentarnych, oczywiście w barwach liberałów. Partia przydzieliła mu montrealski okręg Papineau, zamieszkany głównie przez imigrantów z Afryki i Haiti oraz klasę robotniczą. Mało kto dawał bogatemu chłopakowi większe szanse, ale Justin chodził od drzwi do drzwi, ściskał dłonie, całował niemowlęta, przekonywał – i wygrał. Poradził sobie dużo lepiej niż własna partia.

W parlamencie Trudeau specjalnie się nie wyróżniał – zazwyczaj grzał tylne ławy, a jak już udało mu się skupić na sobie uwagę, to z powodu nazwania ministra środowiska piece of shit podczas gorącej debaty po wycofaniu się Kanady z protokołu z Kioto. Dlatego liberałowie długo traktowali go raczej jako ładnego chłopca z nazwiskiem niż materiał na lidera.

Przełomem w politycznej karierze Trudeau był mecz bokserski, który stoczył z konserwatywnym senatorem Patrickiem Brazeau 31 marca 2012 roku. Przyznał potem, że gdyby nie ten pojedynek, nie zostałby premierem.

Nie on jeden jest tego zdania. „Toronto Star” napisał, że właśnie wtedy zakończyły się rządy konserwatywnego premiera Stephena Harpera (choć Kanadyjczycy musieli poczekać jeszcze trzy i pół roku) i że był to „kluczowy, symboliczny moment w politycznej historii Kanady”. Portal „Vice” – że kiedy powstanie ostateczna biografia Justina, „cały rozdział poświęcony zostanie najważniejszemu wydarzeniu w jego politycznej karierze: chwili, gdy spuścił łomot senatorowi”.

Oficjalnie cel bokserskiego pojedynku był charytatywny: dochód (230 tysięcy dolarów) przeznaczony został na fundację walczącą z rakiem. Ale obaj przeciwnicy nie ukrywali, że mecz będzie tyleż ideologiczny, co osobisty. – Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Justina zabolało. Celem jest zwycięstwo, za każdą cenę – stwierdził konserwatywny senator. Politycy umówili się też, że przegrany obetnie włosy – Brazeau miał kitkę sięgającą do ramion, Trudeau loki poniżej uszu – i tydzień będzie chodził w hokejowej bluzie z logo partii przeciwnika.

Brazeau, ksywa „Kastet”, wychowany w rezerwacie posiadacz czarnego pasa w karate, licznych tatuaży i ze dwa razy większych bicepsów, wydawał się pewnym zwycięzcą. Trudeau, wyższy o prawie osiem centymetrów, ale dużo szczuplejszy, wyglądał przy nim jak chuchro. Bukmacherzy oferowali trzy dolary za jednego postawionego na liberała. – Nie znajdziesz nikogo, kto by wtedy nie uważał, że to fatalny pomysł. Justin pozwolił wszystkim nie docenić swoich możliwości – powiedział magazynowi „The Rolling Stone” przyjaciel i doradca premiera Marc Miller.

Mecz transmitował kanał Sun News Network – jak podsumował Vox, „kanadyjska wersja Fox News, gdyby Fox News kompletnie się spłukała i nadawała z piwnicy twojego rozwiedzionego taty” – a komentowali jego prawicowi publicyści Ezra Levant i Brian Lilley. Zwłaszcza Levant, który założył później The Rebel (kanadyjską wersję altprawicowego, rasistowskiego i mizoginicznego portalu Breitbait), nie ukrywał, że Trudeau nie znosi i życzy mu jak najgorzej.

Gdy na arenę wchodził ubrany na niebiesko Brazeau, Levant się rozpływał. – To twardy gość, stoczył więcej bójek przez miesiąc niż Trudeau przez całe życie. Patrzcie na jego tatuaże, patrzcie na te bary – reklamował. Jego przeciwnika zaś przywitał tak: – Oczywiście w czerwieni liberałów. Nazywam go lśniącym kucykiem. Zobacz, wygląda, jakby był w jakimś zen-joga transie – drwił. Gdy Lilley zauważył, że na widowni jest żona i matka Justina, obie z różowymi rękawicami bokserskimi w rękach, Levant stwierdził, że Trudeau też chciał takie założyć, ale mu nie pozwolono.

W pierwszej rundzie „lśniący kucyk” dostał lanie, i to takie, że zachwyceni komentatorzy przewidywali, że ciągu dalszego nie będzie. Ale w drugiej Trudeau wykorzystał fakt, że ma dłuższe ręce, i zadawał celne ciosy w głowę i tors przeciwnika, który, coraz bardziej zmęczony, mógł się tylko bronić, a i to niemrawo. – Kto by pomyślał, że „kucyk” potrafi się bić – niechętnie przyznał Levant. W trzeciej Brazeau poszła krew z nosa, ale zanim słaniający się na nogach senator upadł na deski, sędzia, grubo przed czasem, odgwizdał koniec walki. I uniósł do góry rękę Trudeau.

Do zwycięzcy podszedł z mikrofonem Levant. – Justin, wygrałeś, nie jesteś kucykiem, jesteś ogierem – powiedział. – Z twoich ust, Ezra, wiele to dla mnie znaczy. Musi cię to w środku zżerać, co? – zapytał ze złośliwym uśmiechem Trudeau. Przyznał, że jego przeciwnik uderzał mocno i że parę razy zobaczył gwiazdy. – Ale ja potrafię przyjąć mocny cios. Dziś jednak wszyscy są zwycięzcami – rzucił łaskawie, błysnął białymi zębami i energicznie pocałował żonę.

Brazeau nie wyglądał na zwycięzcę. Wyglądał jak ktoś, kto ma problem z przełknięciem sporej żaby.

Trudeau powiedział potem, że nie chciał niczego sobie udowodnić, „może poza tym, że jest dobry w realizacji własnych planów”. – Chciałem pokazać ludziom, że nie powinni mnie lekceważyć, a mają do tego tendencję – dodał.

*

Rok później Justin stanął do walki o przywództwo w Partii Liberalnej Kanady. – Oczywiście, wartości ojca i jego wizja naszego kraju ukształtowały moje wartości i ideały. Ale to nie duch mojego ojca startuje w tym wyścigu, tylko ja – deklarował. Wybory wygrał, pokonawszy po drodze – wszystko w rodzinie – m.in. matkę swojej przyrodniej siostry.

W ramach wewnętrznej reformy wprowadził wymóg popierania prawa do aborcji i małżeństw homoseksualnych. – Wszystko sprowadza się do cytatu z Olivera Wendella Holmesa o tym, że twoje prawo do machania ręką kończy się na nosie drugiej osoby. Jeśli ważymy prawo kobiety do decydowania o tym, co chce zrobić z własnym ciałem, z prawem prawodawcy do nakładania ograniczeń na kobiety, sprawa jest prosta: jeśli reprezentujesz Partię Liberalną, musisz bronić praw kobiet. Nie oznacza to, że prywatnie nie możesz być przeciwnikiem aborcji, ale nie możesz z tego powodu głosować nad ich ograniczaniem – stwierdził.

Jednocześnie Trudeau ostro się sprzeciwiał zakazowi noszenia – w domyśle muzułmańskich – nakryć głowy. I wywołał mały skandal przy okazji debaty o wydanym przez konserwatystów podręczniku dla imigrantów. Zawierał on zdanie: „Otwartość i szczodrość Kanady nie obejmuje barbarzyńskich praktyk kulturowych, które tolerują przemoc domową, »zabójstwa honorowe«, okaleczanie narządów płciowych, przymusowe małżeństwo lub inne formy przemocy związanej z płcią”. Posłowi Trudeau nie spodobało się słowo „barbarzyński”, gdyż „rządowe publikacje powinny celować w odpowiedzialną neutralność”. Gdy okazało się, że zdaniem większości followersów Justina na Twitterze zabicie córki za „niemoralne prowadzenie się” oraz wycinanie małym dziewczynkom łechtaczek owszem, jest przejawem barbarzyństwa, przeprosił za swoją wypowiedź. Kilkakrotnie. „OK, ostatnie słowo: każda przemoc przeciw kobietom jest barbarzyństwem. Jeśli moje zastrzeżenia do języka sprawiły, że ktoś pomyślał inaczej, chętnie przeproszę”, podsumował.

Justin Trudeau przejmował władzę, kiedy partia ojca znajdowała się w głębokim dołku: miała tylko trzydziestu czterech – na trzystu trzydziestu ośmiu – posłów, rekordowo niski wynik i w perspektywie wybory za dwa lata. Nowy lider skorzystał z doświadczenia Baracka Obamy (oraz menedżerów jego kampanii) i walczył o głosy młodych i mniejszości etnicznych, a także z potencjału mediów społecznościowych. Rządzący konserwatyści początkowo go ignorowali – w sondażach liberałowie zaczynali z trzeciego miejsca – a następnie w serii spotów wyborczych „Po prostu niegotowy” wypominali mu mikre doświadczenie i żerowanie na nazwisku. Podobnie jak na ringu Trudeau brał ciosy na klatę, nie prowadził kampanii negatywnej, młotkował hasła „nadziei i ciężkiej pracy” oraz „prawdziwej zmiany” – i patrzył, jak mu słupki rosną.

Ale to nie charyzma i know-how lidera liberałów przesądziły o wyniku wyborów. Decydującym czynnikiem było to, że Kanadyjczycy mieli już serdecznie dość dziesięcioletnich rządów Stephena Harpera. Lewica zarzucała mu, że ciął korporacyjne podatki równie chętnie jak wydatki na służbę zdrowia i edukację, że unikał mediów, a gdy miał wybierać między interesami koncernów petrochemicznych a środowiskiem, zawsze stawiał na nafciarzy. Biograf Harpera Michael Harris stwierdził wręcz, że „jest w nim coś stalinowskiego” i że „ten facet nienawidzi demokracji”. Ale nawet jego zwolennicy – ba, nawet on sam – przyznawali, że ma problem z relacjami międzyludzkimi. Na pogrzebie jednego z kolegów stwierdził, że był on lubiany nawet przez własnych wrogów, a jest to umiejętność, której on, Harper, zawsze zazdrościł. – Nawet moi przyjaciele mnie nie lubią – przyznał.

Nikt nie zaprotestował.

18 października 2015 roku prawie 7 milionów Kanadyjczyków (w poprzednich – 2,8 miliona) zagłosowało na liberałów, co dało im stu osiemdziesięciu czterech posłów i większość do samodzielnego rządzenia. Gdy Trudeau dziękował wyborcom za oddane na niego głosy i obiecywał im „słoneczne ścieżki”, Sophie stała u jego boku, wpatrzona w męża z zachwytem ostatnio u żony polityka widzianym na twarzy Nancy Reagan. A gdy pokazał swój nowy rząd, „New York Times” napisał: „Camelot przychodzi do Kanady”.

[...]