Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 539 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 42 min Lektor: Magdalena Cielecka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 13 godz. 42 min Lektor: Magdalena Cielecka

Opis ebooka Kamienna noc - Gaja Grzegorzewska

Najciekawsza reprezentantka literatury środka?

Ta opowieść zaczyna się od winy i ucieczki przed karą. Dwoje wyrzutków przemierza Europę. Nowe tożsamości, fałszywe paszporty, kolejne maski dobierane wraz ze zmieniającymi się współrzędnymi geograficznymi. Ich codzienność to przemoc, ciągłe zagrożenie, wyrzuty sumienia, namiętność, która rodzi ból oraz strach — zwłaszcza przed tym, czego nie widać. Ale ich wspólna podróż ma też bardziej prozaiczną twarz: codzienna nauka bycia razem, budowanie zaufania i próba nieobwiniania się nawzajem za wspólny upadek. Oto cena miłości zakazanej.

To, że Julia Dobrowolska zniknęła z Krakowa, nie zdziwiło nikogo. Kobieta została skompromitowana po tym, jak jeden z tabloidów ujawnił kulisy jej romansu. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że właśnie powstaje książka, której główną bohaterką ma być Dobrowolska, a autorką publikacji Eliza Florek — dziennikarka, która niegdyś ujawniła jej wielką tajemnicę. Policja liczy, że Florek doprowadzi ich do Dobrowolskiej, która podobno wróciła na stare śmieci, by dokończyć sprawę Marii Karo — matki zamordowanej i zgwałconej dziewczynki. To zlecenie jest dla Julii szczególnie ważne…

Kamienna noc to książka, którą mógłby zekranizować Quentin Tarantino; jej fragmenty mogłaby wyśpiewać Amy Winehouse, ale napisać mogła ją jedynie Gaja Grzegorzewska. Żonglując popowymi motywami, grając konwencją literatury gatunkowej oraz igrając ze znaną jej czytelnikom tematyką tabu, Gaja wyrasta na być może najciekawszą reprezentantkę tzw. literatury środka. Wnikliwa obserwatorka, kąśliwa komentatorka, odważna konstruktorka mostu pomiędzy literaturą gatunkową a literaturą głównego nurtu. Czytelnicza jazda bez trzymanki.

Opinie o ebooku Kamienna noc - Gaja Grzegorzewska

Fragment ebooka Kamienna noc - Gaja Grzegorzewska

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Redakcja: ANETA TKACZYK
Korekta: JACEK BŁACH, KAMIL BOGUSIEWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA, TOMASZ KUNZ
Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ
Opracowanie okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Gaja Grzegorzewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05848-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

„Wiedza czerpana z doświadczenia ma, jak się nam zdaje,

Wartość w najlepszym razie zgoła ograniczoną.

Wiedza narzuca schemat, a przez to kłamie,

Bo schemat zmienia się z każdą chwilą,

A każda chwila w nowy i gorszący sposób

Przewartościowuje to wszystko, czym byliśmy.

Zawodu nie sprawia tylko to, co swym oszustwem nie może już zaszkodzić”.

T.S. Eliot, East Coker,

przeł. Adam Pomorski

STYCZEŃ 2016WENECJA

Na zewnątrz jest chłodno, ale pod ziemią, w sali sportowej, gdzie odbywają się zajęcia capoeiry, panuje zaduch. Jest głośno, jakby i tu celebrowano karnawał. Muzykę i śpiew słychać aż na ulicy. Po przekroczeniu progu szkoły można już odróżnić pojedyncze słowa radosnej pieśni i rozpoznać akompaniujące instrumenty. Berimbau, pandeiro, atabaque. Drzwi do sali są otwarte. Każdy może wejść i przyjrzeć się treningowi.

Śpiew ustawionych w okręgu uczniów odbija się od ścian. Instrumenty wprawiają w drżenie zaparowane szyby maleńkich okienek przy suficie. Nierówna podłoga zdaje się uginać i falować pod stopami osób zmagających się ze sobą w rodzie. Do środka okręgu wchodzi instruktor, zapraszając do gry jednego z nowych uczniów. Teraz deski parkietu trzeszczą dwa razy głośniej. Trener ma ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i budowę kulturysty, stąd jego przydomek: Gigante. Przy każdym podskoku dziewięćdziesięciokilogramowego cielska słychać głuche „łup!”. Mężczyzna wydaje się ospały i ociężały, gdy bez wdzięku opada na podłogę, ale to pozory, o czym przekonuje się każdy przeciwnik, który lekceważy go przy pierwszej walce.

Gigante kończy grę z początkującym, podcinając go delikatnie, ot, tak dla żartu. Wszyscy, łącznie z rozłożonym na łopatki uczniem, reagują śmiechem. Instruktor pomaga mu wstać i dziękuje za walkę. Chłopak wraca na swoje miejsce, a nauczyciel znowu rozgląda się po rozgrzanych twarzach. Uczniowie śpiewają, klaszczą i grają na instrumentach, dając z siebie wszystko. Każdy chce się wykazać. Każdy chce spróbować swoich sił z instruktorem, zwłaszcza że to ostatnie starcie na dziś.

Gigante zauważa, że Valquíria jak zwykle tylko porusza ustami, udając, że śpiewa. Nauczyciel kręci głową z dezaprobatą i wskazuje ją palcem. Na przyłapanej na oszustwie dziewczynie nagana nie robi większego wrażenia, przyjmuje jednak wyzwanie.

Uczniowie obserwują zmagania tej dwójki jak zahipnotyzowani. Kilku gapiów, stojących do tej pory niepewnie pod ścianą, podchodzi bliżej. Stają na palcach, by lepiej widzieć.

Przy filigranowej przeciwniczce masywny trener wydaje się jeszcze większy. Ale pojedynek wcale nie jest nierówny. Gigante nie markuje teraz ciosów, wie, że musi na tę dziewczynę uważać, jeśli nie chce się zbłaźnić przed grupą. Valquíria potrafi ze swoich słabszych stron uczynić atuty. Jest szybka, lekka i ma znakomitą kondycję. Pomimo drobnej postury wyprowadza mocne i szybkie kopnięcia. Poznała już styl walki Gigante i umie przewidzieć jego zachowanie. Dziewczyna jest spokojna, wszystkie ruchy wykonuje jakby od niechcenia. Nauczyciel podejrzewa, że odkryła przed nimi dopiero część swoich umiejętności, i często zastanawia się, gdzie nauczyła się tak walczyć. Właściwie nic o niej nie wie. Podobno pochodzi z północy Europy. Z kraju wikingów. Tak powiedziała, chociaż teraz wcale nie jest pewien, czy rzeczywiście słyszał to od niej. Może rzucił to ktoś inny, a ona nie zaprzeczyła. Przydomek Valquíria, który nadała jej grupa, dodatkowo wzmocnił przekonanie, że przyjechała z jakiegoś skandynawskiego kraju.

Po treningu instruktor czeka przed szkołą. Żegna się z uczniami, ale cały czas wypatruje Valquírii. Zauważa ją w towarzystwie sióstr Baldini. Dziewczyny rozmawiają, śmiejąc się głośno. Gdyby nie naturalnie jasne włosy i nietutejsze rysy twarzy, można by uznać Valquírię za wenecjankę. Zdążyła już nawet zgubić włoski akcent i teraz całkiem nieźle posługuje się weneckim dialektem. Trener obserwuje, jak siostry Baldini całują przyjaciółkę na pożegnanie i odchodzą w kierunku przystanku tramwaju wodnego. Valquíria rusza w przeciwną stronę.

– Laura! – woła ją po imieniu. Uczniowie i instruktorzy często nawet poza zajęciami zwracają się do siebie za pomocą ksywek, ale akurat do niej trener stara się mówić po imieniu. Ma nadzieję, że to w końcu skróci dystans między nimi.

Dziewczyna przystaje, wygląda na odrobinę zniecierpliwioną.

– Idziesz do domu? – pyta Gigante.

– Tak.

– Odprowadzę cię. Mam do ciebie sprawę.

– Jaką sprawę?

– Zawodową. Propozycję. Pomysł. Propozycję zawodową. Opowiem ci po drodze. – Gigante mówi nieskładnie. Czuje się jak idiota.

– No dobrze, trenerze – zgadza się Laura i rusza przed siebie.

Instruktorowi wydaje się, że usłyszał w jej tonie ironię. To „trenerze” zabrzmiało jakoś tak pogardliwie. A może wcale nie? Może raczej żartobliwie. Zaczepnie? Figlarnie?

– Nie wygłupiaj się z tym trenerem – rzuca i poufale trąca ją w ramię. – Miałaś mi mówić po imieniu.

– Dobra, Mario.

Przez chwilę idą w milczeniu. Gigante czuje się niezręcznie. Często tak się przy niej dzieje. Nie rozumie dlaczego i to go irytuje. Wmawia sobie, że to dlatego, że jest między nimi „napięcie”. Zerka na nią co jakiś czas. Nie wie, od czego zacząć. Teraz pretekst, jaki wymyślił, żeby ją odprowadzić, wydaje mu się słaby i głupi.

Na Strada Nuova są tłumy. Turyści, wystrojeni w karnawałową tandetę oferowaną przez sklepiki z pamiątkami, napierają z każdej strony. Ale dziś Mario wcale nie jest tym zirytowany. Masa gęstniejąca wokół nich zupełnie niewinnie zbliża go do dziewczyny. W pewnym momencie udaje mu się ją nawet objąć ochronnym, opiekuńczym gestem. Bliskość Laury sprawia, że pomimo styczniowego chłodu Mario czuje falę gorąca. Nie trwa to długo, bo Laura wyswobadza się z uścisku i odbija w boczną uliczkę, która jest tak wąska, że muszą iść gęsiego. Dziewczyna porusza się szybko i z wprawą po ciemnych zaułkach. Mario traci orientację. Gdy jest już prawie pewien, że pomyliła drogę, niespodziewanie wąskim przesmykiem wychodzą prosto na Teatro Malibran.

Laura mieszka tuż przy Campo Santa Maria Formosa, przy kanale Rio del Mondo Novo. Zatrzymuje się przed bramą renesansowego palazzo, który kilka lat temu odrestaurowano i podzielono na eleganckie lokale do wynajęcia.

– To tu. Tutaj mieszkam.

Mario jest zaskoczony. Kogo stać na mieszkanie w takim miejscu? Jego ciekawość wzrasta. Niestety, Laura wcale nie zamierza zapraszać go do środka.

– No więc? – pyta w końcu Laura. – Co to za sprawa?

– A, tak... – Mario bierze się w garść. – Za miesiąc jadę do Brazylii na warsztaty. Mogę ze sobą zabrać dwoje najlepszych uczniów. Chciałbym wziąć Cesarego i ciebie...

– Dziękuję, ale nie mogę jechać – odpowiada dziewczyna bez zastanowienia. Nic więcej nie dodaje i Mario znowu jest zbity z tropu.

– Zastanów się. Taka okazja może się już nie powtórzyć. Wszystko opłacone...

– Skorzysta ktoś inny. Muszę już iść.

Widząc, że traci swoją szansę, Mario decyduje się mówić wprost:

– Może zaprosiłabyś mnie do siebie na kawę...

Laura nie wydaje się zaskoczona. Chyba się waha. Otwiera usta, by odpowiedzieć, ale nagle zamiera, wpatrzona w coś za jego plecami. Trener odwraca się i widzi nadchodzącego listonosza, który macha do Laury.

– Hej, Emilio! Jest coś dla mnie? – pyta Laura.

– Jest. Coś grubszego.

Zachowanie dziewczyny momentalnie się zmienia. Staje się czujna. Odbiera od listonosza grubą paczkę w dużej białej kopercie i od razu rusza w kierunku bramy prowadzącej do palazzo.

– To co z tą kawą? – woła za nią zaskoczony Mario.

– Innym razem – odpowiada, nie odwracając się.

Otwiera ciężką drewnianą bramę i wchodzi. Drzwi, ozdobione kolorowymi szkiełkami, zatrzaskują się za nią z hukiem. W witrażu brakuje jednej szybki, dzięki czemu Mario jeszcze przez chwilę może obserwować ciemną sylwetkę wbiegającą po schodach.

W tym samym momencie, gdy rozczarowany Mario odchodzi spod palazzo, Laura otwiera drzwi swojego mieszkania. Kusi ją, by od razu rozpakować przesyłkę, ale się powstrzymuje. Odkłada paczkę na stolik przy drzwiach. Wyjmuje z torebki niewielkiego vectora i odbezpiecza. Potem sprawdza salon, sypialnię, gabinet, łazienkę i kuchnię. Czysto. Wraca do przedpokoju i zamyka drzwi na wszystkie zamki. Zabezpiecza broń, bierze pakunek i idzie do jasnej przestronnej kuchni. Odkłada na stół pistolet i paczkę. Otwiera na oścież okna, bo w mieszkaniu panuje zaduch. Laura nigdy nie zostawia uchylonych okien, gdy wychodzi. Do kuchni wpada chłodne wieczorne powietrze, przesiąknięte zgnilizną unoszącą się znad kanału, który dwa piętra niżej opłukuje fasadę kamienicy.

Niespodziewanie Laurę opuszcza początkowa ekscytacja wywołana otrzymaniem przesyłki. Odwraca się od niej z wyraźną niechęcią. Otwiera lodówkę i bezmyślnie omiata wzrokiem jej zawartość. W końcu wyjmuje napoczętą butelkę prosecco. Wyciąga korek i wącha. Pociąga łyk. Bąbelki wywietrzały, ale przynajmniej wino jest schłodzone. Bierze kieliszek stojący na suszarce i nalewa sobie do pełna. Wypija duszkiem, nalewa następny i dopiero wtedy siada przy stole. Bierze do ręki grubą kopertę. Najpierw uważnie ją ogląda. Polski znaczek, warszawski stempel, naklejka z jej adresem, nadawcy brak.

Laura rozrywa papier. W środku znajduje się książka w formie szczotki, jaką wydawcy wysyłają dziennikarzom przed oficjalną premierą.

Dzieło nosi tytuł Bazyliszek. W pogoni za cieniem. Autorką jest Eliza Florek. Laura odwraca książkę. Na tylnej stronie okładki widnieje czarno-białe zdjęcie autorki. Florek ma oklapnięte mysie włosy, zwisające smętnie po obu stronach twarzy, i grzywkę sięgającą grubych brwi. Ukryte za okularami oczy patrzą niechętnie w obiektyw, jakby pozująca była przekonana, że na pewno źle wyjdzie na fotografii. Zaciśnięte usta, rozdęte nozdrza i zapięta pod szyję koszula upodabniają ją do niezadowolonej nauczycielki. Z oszczędnej noty biograficznej zamieszczonej obok zdjęcia wynika, że Florek była przez lata dziennikarką „Szperacza Codziennego”, a Bazyliszek to jej pierwsza książka.

Niżej wydawca informuje, że „Ta książka jest próbą szczegółowego odtworzenia sześciu dni, w których ciągu Julia Dobrowolska, odkrywając tożsamość nieuchwytnego mordercy, odniosła jeden z największych sukcesów w swojej karierze. To opowieść patchwork, składająca się z policyjnych protokołów, rozmów ze świadkami, fragmentów wiadomości, serwisów informacyjnych, artykułów z gazet oraz opisów nagrań wideo. Eliza Florek, niczym doktor Watson odgrywająca w śledztwie rolę ukrytego w cieniu obserwatora, asystenta i kronikarza, stara się nadać suchym faktom formę literacką. Dzieli się też z czytelnikiem swoimi przemyśleniami, których wagę możemy w pełni docenić dopiero po zakończonej lekturze. Książkę czyta się z zapartym tchem jak najlepszy kryminał. Łatwo przy tym zapomnieć, że opisane wydarzenia zdarzyły się naprawdę. Gdy sobie to jednak uświadomimy, poczujemy prawdziwe dreszcze...”

Pod tym opisem umieszczono kilka entuzjastycznych blurbów w amerykańskim stylu, sprowadzających się do okrzyków w rodzaju: „Śledztwo dekady!”, „Rzeczywistość po raz kolejny okazuje się ciekawsza od fikcji”.

Laura odwraca książkę i otwiera ją. Na pierwszej stronie, poniżej tytułu, znajduje się odręczna dedykacja:

Pora zmartwychwstać, Julio.

– Ja pierdolę – mówi cicho Laura. I szybko czyta dalszą część wpisu:

Oszlifowałem nieco styl Elizy. Poza tymi kosmetycznymi zmianami pozostawiłem tekst w takiej formie, w jakiej go od niej dostałem i z jaką zapoznała się policja (oczywiście zapiski Elizy zostały wyłączone z oficjalnego raportu).

Zawarte w książce informacje to broń obosieczna – zagrożenie, ale i gwarancja Twojego bezpieczeństwa. Ale jest coś jeszcze. Po prostu czytaj. Nie gniewaj się. Wkrótce wszystko stanie się jasne. Podjąłem to ryzyko, bo nie widziałem innego wyjścia. Bo sytuacja się zmieniła, Julio.

Usiądź. Napij się.

Już?

Pamiętasz, jak powiedziałaś, że nikt nie może Ci pomóc?

Julia odrywa wzrok od kartki, chociaż na samym dole jest jeszcze jedno zdanie. Nie chce go czytać. Zasłania słowa dłonią.

Patrzy przez okno na dachy miasta i niebo ciemniejące nad nimi. I jeszcze dalej na północny wschód. Za wyspę Murano i wenecką lagunę. Poza wybrzeże obsiane hotelami. Przebija się wzrokiem przez tunele wydrążone w górach. Pędzi po gładkich austriackich autostradach. Mija Wiedeń i bezimienne dla niej czeskie miasteczka. Jest już na drugim brzegu Olzy. I w końcu dociera do tego przeklętego miasta, które ciągnie się aż po horyzont. Wypatruje błysków. Nasłuchuje szczęku żelaza.

I oto są. Na granatowym niebie rozkwitają wielobarwne chryzantemy ognia. Rozbłyskom towarzyszy seria wybuchów, które przerywają wieczorną ciszę. Szyby w oknach dzwonią od następujących jeden po drugim ogłuszających huków. Rozedrgane światło rozprasza mrok za oknem, mieni się, pulsuje i miga jak stroboskop na dyskotece albo seria z karabinu oddana w ciemną noc. Krótkie pauzy pomiędzy kolejnymi salwami wypełnia zbiorowy histeryczny wrzask tłumu. Słychać zawodzenie i lament. I ryk silnika policyjnej motorówki pędzącej na sygnale. A także plusk wioseł i uderzenia drewnianej burty o kamienne schodki. W końcu z kakofonii dźwięków przetaczających się ulicami miasta udaje się wydobyć coś na kształt melodii. Muzyka napływa od strony placu Świętego Marka. Tam nadal trwa karnawał. Julia otrząsa się z chwilowego odrętwienia.

Karnawał. Odwrócona rzeczywistość. Ona sama stara się unikać tego święta, co w tym mieście nie jest takie proste. Nie potrzebuje ciągłego przypominania, że jej świat ma niewiele wspólnego z zabawą, a udawanie kogoś, kim nie jest, obejmuje okres o wiele dłuższy niż jeden miesiąc. I że gdy zdejmuje maskę, to tylko po to, by nałożyć inną.

W końcu opuszcza wzrok i odsłania ostatnie zdanie odręcznego wpisu.

Ja potrafię Ci pomóc.

B.W.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki