Wydawca: Novae Res Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1045 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamienie Liry. Potomek - A.E. Olss

Świat pełen magii, tajemnic i bitew...
Kamienie dające władzę nad światem....
Przyjaźń potężniejsza niż magia...

Ariel to niezwykła dziewczyna, która żyje i uczy się w szkole z internatem w Anglii. W dniu swoich szesnastych urodzin jej życie wywraca się do góry nogami. Zaczyna widzieć przyszłe wydarzenia, głównie te złe, dostaje w prezencie złoty kamień, który okazuje się magiczny, a jej jedyna przyjaciółka umiera. Kiedy zjawia się tajemniczy kruk i zaczyna z nią rozmawiać, wszystko nabiera zawrotnego tempa, a ona sama na zawsze musi porzucić mundurek uczennicy, wkroczyć w obcy świat i stać się tym, kim od zawsze było jej pisane zostać...

Opinie o ebooku Kamienie Liry. Potomek - A.E. Olss

Fragment ebooka Kamienie Liry. Potomek - A.E. Olss

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla kochanej mamy i najlepszego brata na świecie –

za ich ogromne wsparcie i cenne rady

Prolog

 

Argon pędził zamkowymi korytarzami. Towarzyszyło mu echo jego własnych kroków odbijające się od grubych ścian i wysokiego sklepienia. Przez całą drogę w prawej dłoni kurczowo trzymał rękojeść zwisającego u boku miecza, jakby w każdej chwili spodziewał się ataku wroga. Jego zaciśnięte usta, mocno zmarszczone czoło i upiornie blada twarz przeraziłyby każdego, nic więc dziwnego, że służba uciekała mu z drogi.

Argon nawet nie przypuszczał, że po kilkudniowej nieobecności wróci do Malgarii z tak strasznymi wieściami. Przez całą drogę walczył z zalewającą go rozpaczą, która w końcu ustąpiła miejsca wściekłości. Nawet jego twarde serce wojownika z trudem radziło sobie z tak brutalną rzeczywistością.

Między dużym holem a salą tronową skręcił gwałtownie i wpadł na jednego ze służących. Usłyszał za sobą nieśmiałe przeprosiny, ale już wspinał się po krętych schodach prowadzących na północną wieżę.

W końcu zatrzymał się zdyszany przed grubo ciosanymi drzwiami, na których widniały wyrzeźbione korona i pióro – symbol władzy i państwa. Dwaj strażnicy natychmiast stanęli na baczność.

– Czy król już wstał? – spytał szorstko.

– Tak, kapitanie – odparł jeden ze strażników.

Argon bez dalszej zwłoki wparował do sypialni. Król stał pośrodku komnaty, już ubrany. Czekał, aż służący zasznuruje ostatnie rzemienie przy nogawkach. Gdy chłopiec skończył, ukłonił się nisko obu mężczyznom i wybiegł. Dopiero gdy zostali sami, król odwrócił się do kapitana. Argon skinął nieznacznie głową, dopiero teraz pozwalając sobie na zaczerpnięcie tchu.

Władca przesunął wzrokiem po niechlujnie wyglądającym przyjacielu. Jego czupryna była zmierzwiona, a ubrania, niezmieniane od kilku dni, wisiały na nim brudne i pomięte. Było to karygodne i niespotykane, zważywszy na wręcz pedantyczny charakter tego wojownika.

Kąciki ust króla zadrżały w powstrzymywanym uśmiechu.

– Miło znów cię widzieć, Argonie – przywitał przybyłego z wyraźną radością, podsyconą lekkim rozbawieniem. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ledwie nastał świt. Tak bardzo się za mną stęskniłeś, że nie mogłeś poczekać do śniadania?

To powiedziawszy, Riva podszedł do wielkiego lustra w kącie. Przyjrzał się sobie dokładnie, jakby nie dowierzał, że jego służący mógł dobrze wywiązać się ze swojego obowiązku. Dzisiaj miał na sobie czerwoną tunikę obszywaną złotą nitką, czarne obcisłe spodnie i srebrną kolczugę z takimi samymi godłami, jakie widniały na drzwiach jego komnaty. Władca dopełnił swój strój niewielkim sztyletem o błękitnej rękojeści i mieczem, które przypasał sobie do boku.

Argon tymczasem przesunął wzrok na okno i skrzywił się. Rzeczywiście na niebie dopiero wschodziło blade słońce, którego promienie nie dotarły jeszcze nawet do komnaty. Pokręcił głową z lekką irytacją, gdy przypomniał sobie, że nie spał od dwóch dni. Dopiero gdy o tym pomyślał, zdał sobie sprawę, że ze zmęczenia ledwo stoi na nogach. Ale nie to było teraz jego najważniejszym problemem. Wyszkolono go, by pokonywał własne słabości. Szkoda tylko, że nie nauczono go, jak radzić sobie z emocjami.

Riva podszedł do wojownika, położył mu rękę na ramieniu i przyjrzał się uważnie jego bladej, napiętej twarzy. W jasnoszarych oczach króla odbiły się zmartwienie i troska.

– Powinieneś najpierw się przespać. Wykończysz się, jeśli ciągle będziesz tyle podróżował.

Argon spojrzał przyjacielowi prosto w oczy, ze znużeniem, ale i niezłomną determinacją.

– Przypominam ci, że to mój obowiązek – mruknął, po czym odsunął się i opadł na krzesło. Oparł łokieć na stole, nie spuszczając wzroku z króla. – W Gernnhed wciąż przybywa nowych rekrutów. Muszę dopilnować, by w ich edukacji nie zabrakło porządnych treningów.

Riva zachichotał cicho.

– Współczuję tym dzieciakom. Nie chciałbym mieć takiego nauczyciela.

Wojownik prychnął, ale zmarszczki na jego czole nieco się wygładziły.

– Jakoś nie narzekałeś, kiedy uczyłem cię fechtunku.

– Wtedy nie, bo bałem się twojego gniewu. Teraz mogę powiedzieć, że mogłeś być bardziej delikatny.

– Jestem wojownikiem, nie niańką – odparł kwaśno Argon. – Jako król nie mogłeś walczyć jak pięcioletnie dziecko.

– I kto to mówi? – krzyknął Riva, uśmiechając się złośliwie. – Zaczęliśmy naukę w tym samym czasie. I o ile pamiętam, to ty na pierwszym treningu nie potrafiłeś nawet udźwignąć miecza i…

Błyskawicznym ruchem wydobył sztylet z pochwy, doskoczył do Argona i przystawił mu ostrze do gardła. Uśmiechnął się przy tym z figlarnym błyskiem w oczach.

– Wciąż jestem od ciebie szybszy. Poza tym jesteś tak zmęczony, że wątpię, byś uniknął tego ciosu, nawet gdyby padł z ręki wroga.

Argon zmrużył zielone oczy i przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w szare płomyki tańczące w tęczówkach Rivy. Nawet jeśli jego słowa go ubodły i zirytowały, to musiał przyznać mu rację. W takim stanie dałby się zabić pierwszemu lepszemu napastnikowi.

– Uważaj na słowa, chłopcze. Nie zapominaj, że jestem od ciebie o rok starszy – odciął się bardziej dla zasady.

Riva roześmiał się głośno, schował sztylet do pochwy i podszedł do okna.

– A ja jestem królem. To chyba daje mi jakąś przewagę.

– Niewielką, ale staram się o niej pamiętać.

Obaj spojrzeli przez okno. Pierwsze promienie słońca wdarły się do komnaty, muskając stojące przy ścianach meble i oświetlając na złoto unoszący się w powietrzu kurz.

Na moment zapadło między nimi zgodne milczenie. Riva splótł dłonie za plecami i zapatrzył się na pracę ogrodników w dole. Na jego jeszcze chłopięcej twarzy trudno było wyczytać jakieś emocje, poza tym budzącym respekt spokojem. Czuł na sobie spojrzenie wojownika, mógł niemal wniknąć w jego myśli. Doskonale wiedział, że Argon wyczuwa, że tak naprawdę uwaga władcy jest skupiona na nim. Mimo to spokojnie czekał, aż to Riva pierwszy się odezwie. Mógłby tak jeszcze przez chwilę potrzymać przyjaciela w niepewności, gdyby nie nagłe drgnienie serca, przelotne ukłucie niepokoju. Zmarszczył brwi i odwrócił się gwałtownie.

– Czy nie miałeś wrócić dopiero za dwa dni?

Argon znów się nachmurzył. Opadł na oparcie krzesła z głośnym westchnieniem.

– Miałem – wymruczał i przygryzł wargę, jeszcze bardziej marszcząc czoło.

Riva przyglądał mu się z rosnącym niepokojem. Największy lęk wzbudziły w nim oczy przyjaciela – pociemniałe od bólu i tłumionej wściekłości.

– Co się stało? – Riva naprawdę zaczął się bać, zanim jeszcze usłyszał odpowiedź.

Wojownik na moment odwrócił wzrok i błądził nim po posadzce poprzecinanej smugami słonecznego światła. Wyraźnie było widać, że wiele wysiłku kosztuje go odpowiedź na to pytanie. W końcu spomiędzy jego zaciśniętych zębów wydobyły się dwa słowa.

– Przebudził się.

W komnacie zapanowała głucha cisza. Riva zamarł i pobladł gwałtownie. Popatrzył przerażony na kapitana.

– To znaczy, że Areel…

– …nie żyje – dokończył Argon niemal niedosłyszalnie.

– Sara też?

Krótkie skinięcie głową było jedyną odpowiedzią, na jaką było go stać.

Riva odwrócił się do okna. Po chwili dało się słyszeć ciche westchnienie. Znieruchomiał i zapatrzył się gdzieś w dal. Jego blada twarz stała się kamienną maską, a oczy mętne, niewidzące.

Argon zdawał sobie sprawę z każdej upływającej minuty, jednak cierpliwie trwał na swoim miejscu. Gdzieś głęboko poczuł delikatne muśnięcie umysłu swego przyjaciela i na jedną sekundę mógł odebrać jego silne emocje. To doznanie wstrząsnęło nim do głębi i sprawiło, że poczuł się śmiertelnie znużony. Zwiesił głowę i przymknął oczy, pozwalając, by czas przepływał między nimi w milczeniu.

Riva zmarszczył w skupieniu czoło, koncentrując wszystkie myśli na wyspie Aznar i Czarnej Wieży. Wokół niej były tysiące namiotów, pomiędzy którymi kręciły się drobne rozmyte postacie. Zignorował ich obecność, jak ignoruje się mrówki w trawie. Był zbyt wstrząśnięty, by w ogóle uświadamiać sobie ich istnienie. W tej chwili obchodziło go tylko jedno.

Przed nim wznosiła się w niebo czarna wieża Aznar o zwalistym kształcie i stożkowym dachu. Budziła grozę, nawet wtedy, gdy dzieliło go od niej tysiące mil lądu i wody. Riva zdusił w sobie chęć wycofania się i przeniknął dalej, poza jej czarne mury, gdzie głęboko w podziemiach kryła się w ciemnościach komnata. Pośrodku, na podwyższeniu, leżała lodowa trumna, przewyższająca długością zwykłego człowieka. Jej naturalne światło odgarniało wszechobecny mrok, zaś w środku…

Obezwładnił go lodowaty strach, kiedy dostrzegł, że wieko trumny jest odrobinę uchylone. W środku kłębiła się czarna masa, jakby kawałek bezdennej pustki zamknięty w szklanym więzieniu.

Witaj, Kruczy Królu. Cieszę się, że to właśnie ty jesteś pierwszą osobą, do której mogę się odezwać po tak długim śnie. Szkoda tylko, że nie zjawiłeś się osobiście.

Riva poczuł jak coś lodowatego zaciska się wokół jego jaźni, jakby macki najgłębszej ciemności. Szarpnął się gwałtownie do tyłu i zachłysnął powietrzem, po czym wypuścił je ze świstem, gdy plecami zderzył się z twardą posadzką we własnej komnacie.

– Riva! – Argon doskoczył do niego zaledwie sekundę później.

Król jęknął głucho. Mętnym wzrokiem popatrzył na przyjaciela, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z jego obecności. Potem spojrzał przez okno i zamrugał gwałtownie. Otworzył usta, po chwili je zamknął i zmarszczył brwi. Gdy znów przeniósł oczy na Argona, jego tęczówki przybrały normalny odcień. Tyle że teraz wyzierał z nich autentyczny strach.

– On mnie widział – wychrypiał w końcu drżącym głosem.

– Co?! – Argon wydawał się bardziej przerażony tym faktem niż sam Riva.

Pomógł przyjacielowi wstać, doprowadził go do stolika i posadził na krześle, które sam przed chwilą zajmował. Z zaciśniętą szczęką chwycił stojący na stole dzban i nalał do kielicha wody. Podając go Rivie, zerknął na swoją dłoń, która mocno drżała.

– Czy to znaczy, że nawet w tej chwili może nas podsłuchiwać? – zapytał w końcu głucho.

Riva opróżnił zawartość pucharu jednym haustem i odstawił go z brzdękiem, ocierając usta rękawem drugiej ręki. Uniósł wzrok na przyjaciela. Jego wiecznie blada twarz zdradzała napięcie i ciężar władzy, a jasnoszare oczy zdawały być starsze niż w rzeczywistości.

– Nie sądzę. Wyczuł mnie, bo byłem zbyt blisko. Chyba na razie możemy spać spokojnie. Minie jeszcze kilka dobrych miesięcy, nim całkiem wydostanie się ze swojego lodowego więzienia – uśmiechnął się cierpko. – Areel dobrze się spisał. Jeszcze przez jakiś czas jego Moc będzie działać, ale później…

Zawiesił głos, jakby wypowiedzenie głośno dalszych słów było dla niego zbyt trudnym zadaniem.

– To będzie koniec Elderolu i całego świata – dokończył za niego Argon.

Zapadła cisza. Kapitan splótł ręce na piersi i zaczął przechadzać się po komnacie w tę i z powrotem, ze wzrokiem wbitym we własne stopy. Niezagojona blizna, ciągnąca się od prawej skroni do podbródka, zmarszczyła się brzydko, gdy spiął mięśnie szczęki w głębokim zamyśleniu.

– Gdyby tak zebrać wszystkich noszących Znak Kruka i wojowników i zaatakować teraz…

Riva szybko potrząsnął głową, bacznie obserwując każdy krok przyjaciela.

– To na nic. Widziałem obóz pod Czarną Wieżą. Są ich tysiące, choć Niezwyciężony nie odzyskał jeszcze pełni sił, a nas zaledwie garstka. W tej chwili nie mamy szans.

Argon zatrzymał się pośrodku komnaty i popatrzył na króla, przygryzając wargę.

– Chcesz więc czekać, aż jego armia nas zgniecie? Nie będziemy przecież siedzieć bezczynnie i czekać na cud.

– Oczywiście, że nie. – Riva utrzymywał godny podziwu spokój. – Nie będziemy czekać. Przed nami wojna, przyjacielu. I żeby ją wygrać, musimy to dobrze rozegrać.

– Co zamierzasz zrobić?

– Na początek zwołaj Zakon do wschodniej wieży. Natychmiast.

Argon skłonił się lekko, dotykając przy tym białego znamienia na czole. Pod wpływem dotyku tatuaż w kształcie pióra rozjarzył się na moment delikatnym światłem.

– Tak zrobię. Coś jeszcze?

– Tak. – Riva posłał mu słaby uśmiech. – Zanim do nas dołączysz, weź prysznic i ogarnij się. Wyglądasz koszmarnie.

Wojownik zbył jego słowa głośnym cmoknięciem. W jego zielonych tęczówkach mignęło rozbawienie, które równie szybko zgasło. Argon odwrócił się i wyszedł wypełnić polecenie. Na zewnątrz wciąż był tym chłodnym, dumnym kapitanem królewskiej straży. Jedynie przygarbione ramiona świadczyły o ciężarze, który nosił w sercu.

Po wyjściu przyjaciela Riva poczuł się nagle bardzo samotny i mimo wczesnej pory bardzo zmęczony. Zachwiał się przy wstawaniu i gdy dotarł do okna, oparł się ciężko o parapet. Zawroty głowy nie miały nic wspólnego z głodem czy osłabieniem. W głowie miał pustkę. Niewidzącym wzrokiem zapatrzył się w horyzont. Po błękitnym niebie sunęły leniwie białe obłoczki.

Mam nadzieję, że bogowie nie pozwolą by to wszystko, ot tak, sięskończyło – pomyślał ponuro król i natychmiast przypomniał sobie to krótkie, ale wstrząsające spotkanie z Niezwyciężonym.

Gathalag.

Tak brzmiało prawdziwe imię tego półboga. Mało kto jednak miał odwagę wymówić je choćby w myślach. Nie był to ani bóg, ani człowiek, ani żadna ze znanych istot chodzących po tej ziemi. Ta czarna masa w trumnie była czymś, co wykraczało poza ludzkie pojęcie. Esencja czystej nienawiści, zła i zniszczenia. To coś, czego bogowie nie uwzględnili w swoich planach i nie potrafili ujarzmić. Riva nie znał dokładnie całej historii, ale ten twór istniał, zanim jeszcze narodzili się ludzie. Wiedział za to z całą pewnością jedno: to coś jest nieśmiertelne.

I jeśli raz na zawsze tego nie zabiją, prędzej czy później zabije ich. Pożre wszystko i wszystkich, pogrążając świat w wiecznej ciemności. Nie spodziewał się jednak, że to właśnie za jego panowania będą musieli stoczyć kolejną bitwę.

Riva spuścił wzrok, skupiając się na teraźniejszości i roztaczających się w dole widokach. Okno wychodziło na północ, ukazując starannie pielęgnowany ogród, przy którym krzątali się ogrodnicy. Zwyczajne życie zwyczajnych ludzi, które toczyło się swoim własnym, spokojnym rytmem.

Jeszcze.

Podnosząc wzrok na górującą nad miastem świątynię boga Launy, król uzmysłowił sobie, że nie jadł jeszcze śniadania. Czyżby od momentu przebudzenia naprawdę minęła zaledwie godzina? Westchnął głęboko, jak ktoś stary i bardzo zmęczony. Prawą ręką zakreślił w powietrzu znak ziemi i ognia – symbole spokoju i oczyszczenia. Znaki zawisły w powietrzu i rozbłysły brązowym i czerwonym blaskiem, po czym rozpłynęły się bez śladu.

– Żegnaj, Areelu, mój drogi druhu. Spoczywaj w pokoju. Oby twój duch szczęśliwie dotarł do Przystani, najjaśniejszego ze światów.

Riva na pozór spokojnie wyrecytował słowa pożegnania, jednak przy ostatnim zdaniu coś w nim pękło i jego głos zadrżał od gwałtownego wzruszenia. Coś ciężkiego utkwiło mu w gardle i z trudem przełknął gorzkie łzy. Choć był młody, stracił już zbyt wielu swoich bliskich, by po raz kolejny pogrążać się w rozpaczy. Wiedział, że i tym razem musi schować głęboko uczucia i skupić się na swoich obowiązkach. W najbliższej przyszłości czekał go poważny sprawdzian umiejętności. Od tego wyniku zależał los całego Elderolu. To jego pierwsza w życiu wojna i nie spodziewał się, że dojdzie do niej tak szybko.

Przez kilka sekund pozwolił sobie na chwilę słabości, po czym wyszedł z komnaty. Wciąż przygniatał go nieprzyjemny ciężar i nawet perspektywa działania nie była w stanie go zmniejszyć. Choć król znał swoje miejsce i przez te pięć lat nauczył się trzymać w ryzach emocje, to czasami, szczególnie w takich chwilach jak ta, bardzo ciężko było mu skoncentrować się na swoich zadaniach. Może i był władcą, ale w środku nadal czuł się chłopcem, który zbyt szybko dorósł, dźwigając na swoich barkach cały Elderol. Odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo.

Nieobecny duchem, pokonywał szybko kolejne schody i korytarze, bez słowa mijając rozstawionych wszędzie strażników i kręcących się po zamku służących. Nie zwracał uwagi na ciche pozdrowienia i ukłony, pochłonięty własnymi myślami.

W końcu dotarł do komnaty na szczycie wschodniej wieży. Poza Zakonem nikt nie miał tu prawa wstępu. Komnata była niewielka, surowa i oświetlona blaskiem świec ustawionych pod ścianą na drewnianych ławach. Na środku znajdował się okrągły stół, a wokół niego krzesła dla trzynastu osób. Wszystko pokrywały pajęczyny i kurz.

Kiedy Riva wszedł do środka, wszyscy siedzieli już na swoich miejscach. Mężczyźni, ubrani w identyczne czarne płaszcze, na jego widok zamierzali wstać, jednak król gestem nakazał im pozostanie na miejscach.

Zamknął drzwi i powiódł wzrokiem po sali, przyzwyczajając wzrok do półmroku. Tylko Argon stał przy oknie, nieruchomy, skryty w cieniu. Król okrążył siedzących przy stole towarzyszy i zajął swoje miejsce. Chciał coś powiedzieć, gdy nagle słowa uwięzły mu w gardle. Potworny ból przeszył mu lewą rękę od znamienia aż do serca. Pobladł gwałtownie i zacisnął zęby. Pulsującą bólem dłoń szybko ukrył pod stołem.

– Panie, czy coś się stało? – spytał mężczyzna po jego prawej stronie.

Riva popatrzył na zebranych, którzy przyglądali mu się z niepokojem. Zmusił się do cierpkiego uśmiechu.

– Wszystko w porządku – odparł ochryple. – Przynajmniej ze mną. Może od razu przejdę do rzeczy. – Wziął głęboki oddech i tylko raz zerknął na Argona, który nawet nie odwrócił się w ich stronę. – Wezwałem was tak wcześnie, gdyż mam do przekazania pilną wiadomość. Biały Kruk właśnie złożył mi raport i uznałem, że nie ma na co czekać. Jak najszybciej musimy podjąć stosowne kroki, ale proszę was, aby ta informacja na razie pozostała między nami. Nie chcę wprowadzać niepotrzebnej paniki.

Mężczyźni popatrzyli po sobie ponuro, wyraźnie zaskoczeni. Nikt jednak nie śmiał się odezwać, zanim król nie skończy mówić. Przez cały czas Argon stał odwrócony do nich plecami, nieruchomy niczym posąg.

Riva odetchnął głęboko i z napięciem spojrzał każdemu w oczy.

– Areel i Sara nie żyją. Gathalag się przebudził.

W komnacie zapanowała śmiertelna cisza. Zdawało się, że wszyscy zebrani przestali nawet oddychać. Argon drgnął lekko, ale zaraz znów zamarł. Płomienie świec paliły się jasno i równo w dusznym, nieruchomym powietrzu. Tylko cienie tańczyły wesoło na ścianach, zupełnie niewzruszone i obojętne na wszystko.

Sekundy mijały, a każdy trwał w bezruchu. W komnacie czas stanął w miejscu. Jakby pod wpływem zaklęcia.

A potem nastąpiła spóźniona reakcja. Mężczyźni poruszyli się gwałtownie, pobledli i zaczęli mówić jeden przez drugiego. Riva skrzywił się nieznacznie, gdy ból zaatakował go ze zdwojoną siłą. Czuł, że dzisiaj i tak nic więcej nie osiągnie. Gestem ręki nakazał milczenie, a potem odezwał się głośno:

– Prawdziwa wojna dopiero przed nami. Miną miesiące, nim Niezwyciężony uwolni się spod Mocy Areela. Jednak już teraz wokół Czarnej Wieży zbiera się pokaźna armia. My również nie zamierzamy biernie czekać.

– To oczywiste – odezwał się Garet o okrągłej, zawsze jakby sennej twarzy. Był Mistrzem Obrony i Tarcz. Jego czarny tatuaż na czole niemal zlewał się z mrokiem sali, jak u wszystkich zebranych. – Jesteśmy na twoje rozkazy, panie.

Pozostali skinęli jedynie głowami. Ich spokój był jednak pozorny, gdyż każdym ruchem i spojrzeniem wyrażali strach i zdenerwowanie.

Riva doskonale ich rozumiał. Jednak to nie na nich spoczywała cała odpowiedzialność.

– Dziękuję wam. Na początek musimy zawiadomić wszystkie prowincje i klany. W stosownym czasie zwołam zebranie hrabiów i rozpoczniemy mobilizację wojska. Wróg się obudził i wszyscy muszą być w pogotowiu. Poza przywódcami nikt nie może się o tym dowiedzieć, dopóki nie będziemy gotowi. Natychmiast trzeba też wzmocnić wszystkie bariery i tarcze. Na razie to wszystko – dokończył zmęczonym głosem, opadł na oparcie krzesła i dyskretnie przycisnął pulsującą bólem dłoń do brzucha. – Możecie wrócić do swoich zajęć i dyskretnie poinformować kogo trzeba.

Mężczyźni mieli jeszcze wiele pytań, ale nikt nie śmiał się odezwać. Wstawali kolejno, kłaniali się i w milczeniu opuszczali komnatę. Z ich twarzy można było wyczytać, że dzisiaj już żaden nie będzie mógł skupić się na swojej pracy.

Komnata w końcu opustoszała, został tylko Argon. Riva przymknął powieki i westchnął głośno. Zacisnął dłoń w pięść, żałując, że to wszystko nie jest jedynie złym snem. W przedłużającej się ciszy obaj koncentrowali się na swoim osobistym bólu. Jedynym dźwiękiem w tym małym pomieszczeniu na szczycie wieży był syk rozpuszczającego się wosku.

– Przykro mi – odezwał się w końcu Riva nie głośniej niż westchnienie. Głód ściskał mu żołądek, a skronie pulsowały tępym bólem. Ale czy cokolwiek tak trywialnego miało jeszcze w ogóle znaczenie?

Gdy nie doczekał się odpowiedzi, otworzył oczy i spojrzał na nieruchomą sylwetkę przyjaciela.

– Musimy zaczął działać. Czeka nas dużo pracy.

Znów cisza.

Riva wstał i podszedł do okna. Stanął obok Argona i dopiero teraz, w mdłym świetle świec, dostrzegł jego bladą, skrzywioną bólem i żalem twarz. Ze współczuciem poklepał przyjaciela po ramieniu.

– Możesz tu zostać, dopóki nie wyruszymy. – A po chwili dodał ciszej: – Już czas, by ją sprowadzić. Teraz to nasz ostatni ratunek.

Krótkie skinięcie głową było jedyną odpowiedzią. Argon nie zaszczycił go ani jednym spojrzeniem, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w matowe okno. Riva jeszcze raz poklepał go po ramieniu i opuścił komnatę.

 

***

 

Ciemność i cisza odgrodziły Argona od reszty świata. Nie poruszył się nawet po wyjściu Rivy. Tylko czasem mrugnął powiekami, jakby wbrew własnej woli.

Po bladym policzku spłynęła samotna łza.

 

 

 

 

 

To nie przypadek zrządził, że znaleźliśmy się na tym świecie. W nim dane jest nam wzrastać i dojrzewać, aby osiągnąć inny świat.

Matthias Claudius (Asmus)

Rozdział I

 

O brzasku do wspólnej sypialni wdarły się pierwsze promienie słoneczne. Oświetliły ciepłym blaskiem marmurową posadzkę oraz trzydzieści łóżek ustawionych rzędem pod ścianą. Po chwili rozległ się łagodny dźwięk dzwonka zapowiadający kolejny dzień.

Dziewczyny niechętnie zwlokły się z łóżek i z jękami protestu ustawiły w kolejce do wspólnej łazienki. Ich stłumione rozmowy, chichoty i głośne ziewanie zagłuszały nawet wesołe świergotanie ptaków za oknem. Kolejka do łazienki powoli się skracała, gdy jedna po drugiej opuszczały sypialnię, spiesząc na śniadanie, a potem na lekcje.

Tylko jedna dziewczyna, najstarsza w grupie, wciąż spała. Wyglądało na to, że nic nie jest w stanie zmusić ją do wstania.

Gdy do uszu Ariel doszedł świdrujący głos dzwonka, przeciągnęła się tylko i przewróciła na drugi bok, zbyt zaspana, by chociaż otworzyć jedno oko. Dziś wyjątkowo powinna wstać punktualnie i przygotować się do urodzinowego przyjęcia. Jednak wczoraj długo nie mogła zasnąć, rozmyślając nad swoim żałosnym nudnym życiem. Podczas tych bezsennych godzin nie doszła do zbyt optymistycznych wniosków, co tylko jeszcze bardziej popsuło jej nastrój. Nie miała pojęcia, która mogła być godzina, kiedy w końcu udało jej się zapaść w głęboki sen bez marzeń.

Z całą pewnością to nie wróżyło nic dobrego, gdy w dniu szesnastych urodzin od rana ma się podły nastrój. Może zresztą nie było to takie dziwne, zważywszy, że nie miała czego ani z kim świętować. W szkole z internatem pani Pixton nie była raczej popularna, mówiąc delikatnie. Uczennice albo ją nienawidziły, albo ignorowały. Poza jedną osobą.

– Lepiej wstawaj, Ariel, bo znów spóźnisz się na lekcje – usłyszała gdzieś z tyłu denerwujący głos Kiiri, jej odwiecznej rywalki. – Chociaż nie. Dobrze będzie, jeśli w ogóle zjawisz się na swoim przyjęciu.

Zapowiada się kolejny piękny dzień – pomyślała cierpko Ariel.

– Och, zamknij się. Przecież wstaję – mruknęła na głos, ze złością wygrzebując się w końcu z pościeli.

Nie miała ochoty na kłótnie z samego rana. Pospiesznie sięgnęła po swój mundurek i odprowadzana krzywymi spojrzeniami współlokatorek zamknęła się w łazience. Z ociąganiem wzięła gorący prysznic i wcisnęła na siebie stary szkolny strój, czyli białą spódnicę, przyciasną bluzkę w niebieską kratę i biały krawat. Kiedy stanęła przed dużym lustrem, by rozczesać włosy, skrzywiła się do swojego odbicia. Płomiennorude włosy, blada cera, intensywnie zielone oczy i drobna twarz dziecka. Nic dziwnego, że ludzie reagowali na jej widok tak, jakby pochodziła z innej planety. Ariel doskonale ich rozumiała. Każdego dnia, patrząc w lustro, widziała przede wszystkim te rzucające się w oczy szczególne znamiona, które jeszcze bardziej wyróżniały ją z tłumu.

Na rudych włosach, tuż powyżej czoła, widniało jedno siwe pasemko. A na piersi miała jeszcze szare okrągłe znamię, które nie zawsze udawało jej się ukryć. Obydwa wyraźnie stanowiły jedną całość i choć miała je od urodzenia, zupełnie nie wiedziała po co. Za ich sprawą stała się odmieńcem i wyrzutkiem.

Kiedy po półgodzinie wróciła do sypialni, nikogo już w niej nie było. Podeszła do jednego z okien i spojrzała na ogród, a potem na wysoki ceglany mur oddzielający ją od reszty świata. Westchnęła głośno, jak zawsze tęskniąc za wolnością i samodzielnym życiem.

Szkoła była jej jedynym domem, jaki znała. Swój pierwszy dzień tutaj pamiętała jednak bardzo mgliście. Jedyne, co utkwiło jej w pamięci, to pogoda – było zimno i wietrznie, a deszcz zacinał, jakby chciał zalać cały świat. Pamiętała także dotyk ciepłej miękkiej dłoni na swoich przemarzniętych palcach. Zimno przenikało jej drobne ciałko, jakby chciało stworzyć z niej lodową rzeźbę. Od zawsze nienawidziła chłodu, jakby gdzieś głęboko w jej podświadomości tkwił mocno zakorzeniony uraz. Uwielbiała za to słońce i ciepły wiatr, choć przecież mieszkała w kapryśnej i deszczowej Anglii. Mimo szczerych chęci nie potrafiła przywyknąć do tutejszej pogody. Miała dokładnie pięć lat, gdy tutaj trafiła. Tyle tylko wiedziała, jeśli chodzi o jej życie. Żadnej przeszłości, żadnych wspomnień…

Z tej czarnej pustki, która towarzyszyła jej przez całe życie, wyłaniał się jedynie obraz czyichś oddalających się pleców oraz bolesne uczucie tęsknoty, za każdym razem gdy się budziła.

Minęło wiele czasu, nim Ariel przystosowała się do otoczenia. Gdy się tu znalazła, była zbyt mała, by pojąć, co się z nią dzieje. Pozostawiono ją samą w obcym miejscu, nic więc dziwnego, że bardzo długo się bała. Cały świat wydawał jej się wrogim, strasznym miejscem. Bez rodziny czy choćby znajomej twarzy każdy kolejny dzień pogłębiał jej poczucie wyobcowania i samotność, która w końcu stała się jej nieodłączną towarzyszką. Ku zaskoczeniu jej samej zamek stał się jednak azylem, domem, a w końcu całym światem. Gdy ktoś jej dokuczał lub drwił z jej nietypowego wyglądu, zawsze znajdowała jakiś ciemny kąt, o którego istnieniu wiedziała tylko ona. Jeśli chciała, potrafiła schować się tak, że nikt nie był w stanie jej znaleźć. Zdawało się, że zna każdy zakamarek tego starego średniowiecznego zamku i jego wszystkie tajemnice.

W gruncie rzeczy nie mogła narzekać na swój los. Była traktowana jak inne uczennice i oczekiwano, że już w wieku szesnastu lat stanie się wykształconą kobietą, która dokładnie wie, jak ma wyglądać jej przyszłość. Z takim zamiarem wychowywano tu wszystkie dziewczęta. Nauczycielki – bo tylko kobiety mogły tu uczyć – dbały o przekazanie im nie tylko odpowiedniego wykształcenia, ale również dobrego wychowania.

Ariel pozostały jeszcze dwa lata nauki, co było jej jedyną pociechą. Pragnienie wolności i niezależności rosło w niej od momentu pojawienia się w szkole. Nie potrafiła znieść panujących tu reguł i zasad, choć naprawdę bardzo się starała. Czuła się niczym złapany w klatkę ptak i choć kochała te stare mury, pragnęła czegoś więcej. Zobaczyć, dotknąć i zasmakować prawdziwego życia.

Na początek jednak musiała uporać się ze swoim pechem. Naprawdę starała się prowadzić spokojne i przykładne życie. Jednak wcześniej czy później kłopoty same ją znajdowały.

Dziewczyna była tak pochłonięta myślami, że nie usłyszała kroków na schodach i skrzypienia otwieranych drzwi. Na dźwięk kobiecego głosu wzdrygnęła się zaskoczona.

– Tu jesteś, Ariel.

Odwróciła się gwałtownie, jakby ktoś właśnie przyłapał ją na kradzieży. Na szczęście była to tylko jedna z młodszych opiekunek, Eryl – trzydziestoletnia kobieta o figurze nastolatki i czarnych włosach, które zawsze związywała w koński ogon. Ubierała się jak inne kobiety, w zieloną spódnicę, białą bluzkę i zieloną kamizelkę, na której widniało godło szkoły: ciemnozielony wąż oplatający białego orła z rozpostartymi skrzydłami. Taki sam, który widniał również na każdej bluzce uczennic oraz przed wejściem do szkoły.

Eryl zbliżyła się do dziewczyny i opiekuńczym gestem poprawiła jej krawat, wygładziła fałdy już za krótkiej spódnicy. Kobieta zawsze poświęcała jej więcej uwagi niż wymagano tego od nauczycielki, a Ariel traktowała ją jak bliską krewną. Przynajmniej lubiła sobie wyobrażać, że tak jest.

– Znowu spóźnisz się na lekcje, Ariel. Reszta uczennic już kończy śniadanie, a ty co? Jak zwykle jesteś ostatnia – westchnęła Eryl, przyglądając się uważnie swojej podopiecznej.

– Wiem. Przepraszam – odparła automatycznie dziewczyna, zbyt przyzwyczajona do ciągłych nagan, by się nimi przejmować. Mimowolnie spojrzała na zegarek na prawej ręce. Westchnęła głęboko, przekonawszy się, że jest dawno po ósmej.

– Co mam z tobą zrobić, Ariel? Nauczycielki skarżą się, że ciągle spóźniasz się na lekcje. Może powinny stosować wobec ciebie jakieś kary, żebyś w końcu oduczyła się tego paskudnego zwyczaju. – Kobieta skrzyżowała ręce na piersi i patrzyła na nią surowo, choć Ariel nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w jej oczach dostrzega również troskę.

– Przepraszam, pani Eryl – odparła, starając się, by w jej głosie zabrzmiała skrucha. – Naprawdę się staram.

– W to nie wątpię. Wiem, że masz dobre intencje, ale jeśli chcesz mieć też dobre wyniki w nauce, musisz postarać się bardziej. – Opiekunka nie krzyczała na Ariel, jak to robili pozostali, ale ten jej spokojny, troskliwy ton bardziej niż cokolwiek innego poruszał sumienie.

– Zapomniałaś też zapewne, że dzisiaj masz dyżur w kuchni.

– Rzeczywiście. – Ariel skrzywiła się z niezadowoleniem. Słowo „dyżur” w jej przypadku oznaczało tylko więcej kłopotów.

Eryl uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco.

– Myślę jednak, że skoro dzisiaj są twoje urodziny, możemy zrobić mały wyjątek i zwolnić cię z tego obowiązku.

Ariel posłała kobiecie szeroki uśmiech, który rozpalił w jej oczach zielone płomyki.

– To najlepszy prezent, jaki dzisiaj mogłam dostać. Poza oczywiście nowym mundurkiem – dotknęła opiętej bluzki. – Bo w tym czuję się już strasznie staro.

Eryl roześmiała się głośno, klepiąc ją po głowie.

– Skoro prezenty mamy już za sobą, pozostaje mi tylko życzyć ci wszystkiego najlepszego. Powtarzam to co roku, ale naprawdę mam nadzieję, że szybko znajdziesz swoje szczęście.

Ariel pierwsza padła w objęcia opiekunki. Jej bezpieczne i ciepłe ramiona oraz spokojne bicie serca wprawiły ją w błogi nastrój. Właśnie tak wyobrażała sobie mamę, jeśli by ją miała. W takich chwilach nie traciła nadziei, że kiedyś odnajdzie swoją matkę.

– Chodźmy już lepiej na dół. – Eryl odsunęła ją od siebie łagodnie. – Urodziny urodzinami, ale od nauki się nie wymigasz, moja panno – mrugnęła do niej, po czym dodała ściszonym głosem: – Wieczorem możesz urządzić małe prywatne przyjęcie dla przyjaciółek.

– Dziękuję – wymruczała Ariel. Wszyscy wiedzieli, że ma tylko jedną przyjaciółkę, ale skoro dostała pozwolenie, to nie zamierzała tego zmarnować.

– Dobrze. Dosyć tego dobrego. Lepiej biegnij zjeść śniadanie i zmykaj na lekcje. Pamiętaj, że uroczystość zaczyna się o dwunastej.

Razem zeszły po krętych schodach prowadzących do dużego holu z masywnymi kolumnami z czerwonej cegły.

Nie chcąc się spóźnić na następną lekcję, Ariel zrezygnowała ze śniadania. Od razu powędrowała dziedzińcem, a potem kolejnymi korytarzami do niewielkiej salki na pierwszym piętrze. Na drugą lekcję przyszła znacznie wcześniej. Pozostałe uczennice siedziały już na swoich miejscach i rozmawiały między sobą z ożywieniem. Gdy weszła do klasy, parę głów odwróciło się w jej stronę, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie nauczycielka historii. Pozostałe nawet nie zwróciły na nią uwagi, zbyt pochłonięte rozmową.

Ariel przeszła na sam koniec sali i usiadła w ostatniej ławce. Wyjęła z torby podręczniki i skuliwszy się na swoim miejscu, naturalnie wtopiła się w tło, stając się niewidzialna dla otoczenia. Już dawno doszła do wniosku, że obserwowanie ludzi jest o wiele bardziej interesujące, jeśli samemu jest się niezauważanym.

Lekcja historii zaczęła się pięć minut po dzwonku i jak zawsze była straszliwie nudna. Ariel próbowała skupić się na tym, co mówi pani Jugh i nawet udało jej się zrobić parę notatek na temat przebiegu jakiejś wojny. Dobrą stroną tych lekcji było to, że nauczycielka, gdy już zaczynała mówić, wpadała w jakiś dziwny trans i kończyła dopiero wtedy, gdy rozlegał się dzwonek na przerwę. Monotonny, cichy głos pani Jugh połączony z tymi wszystkimi nazwami i datami usypiał lepiej niż jakakolwiek kołysanka.

Ariel przez jakiś czas próbowała słuchać wykładu, jednak po trzecim ziewnięciu zrezygnowała i pozwoliła, by słowa nauczycielki swobodnie przepływały gdzieś obok. Oparła głowę na dłoniach i rozejrzała się po klasie. Wszystkie uczennice porozkładały się na swoich miejscach i z tępym wyrazem twarzy obserwowały panią Jugh. Co odważniejsze nie raczyły nawet otworzyć zeszytów i jawnie ignorowały wykład, szepcząc między sobą lub zagłębiając się w lekturę jakiegoś romansu.

Każda z uczennic z niecierpliwością wyczekiwała swoich szesnastych urodzin. Ariel również odliczała kolejne minuty do oficjalnej części tego dnia, jednak z zupełnie innego powodu. Po prostu chciała to mieć jak najszybciej z głowy. Całe szczęście, że mogła liczyć na to, że nie będzie główną atrakcją na przyjęciu. Lucy również miała dzisiaj urodziny. Nie znała jej osobiście, ale często widywała na korytarzu. Choć nigdy nie zamieniła z nią ani jednego słowa, dzisiaj ta dziewczyna nieświadomie wyświadczy jej przysługę. Zresztą cały ten dzień i szum wokół urodzin nie miały dla Ariel żadnego znaczenia. Dzisiaj czekała tylko na jedno.

Na przeprowadzkę do swojego własnego pokoju. To jedyna tradycja szkoły, która jej się podobała.

Dzwonek na przerwę zadźwięczał w jej uszach tak gwałtownie, że o mało nie podskoczyła. Szybko wpakowała wszystko do torby i dołączyła do reszty, przepychając się do wyjścia. Kiedy w końcu znalazła się na zatłoczonym korytarzu, przyspieszyła kroku, by przed następną lekcją zdążyć się spakować.

Dotarła już do schodów na północną wieżę, gdy usłyszała, że ktoś ją woła. Przystanęła na pierwszym schodku i odwróciła się. Tara – jej najlepsza i jedyna przyjaciółka – stanęła przy niej zdyszana.

– Myślałam, że cię nie dogonię – wysapała, odgarniając z czoła kosmyk brązowych włosów.

– Coś się stało?

– Chciałam ci coś pokazać. – Uśmiechnęła się tajemniczo przyjaciółka.

Tara była od niej o rok młodsza i w przeciwieństwie do niej była normalną nastolatką z ładnymi brązowymi włosami i czekoladowymi oczami. Stanowiły swoje przeciwieństwa, ale wyłącznie jeśli chodzi o wygląd. Bo charaktery miały równie impulsywne i wybuchowe. Różnica polegała na tym, że Tara miała w sobie wieczny optymizm i zaraźliwą radość. Była też nieco postrzelona. Ale Ariel za to właśnie najbardziej ją lubiła.

– Co takiego? – Ariel nie wiedziała, czy powinna być bardziej ciekawa, czy zaniepokojona.

– Chodź.

Tara poprawiła torbę i odwróciła się energicznie. Przeciskała się po zatłoczonym korytarzu i ani na moment nie przestawała mówić.

– Moi rodzice są teraz w Australii. Prawie codziennie dostaję od nich pocztówki, w których dokładnie opisują każdą swoją wyprawę. Czasem czuję, jakbym była tam razem z nimi – westchnęła teatralnie. – Szkoda, że nie poczekali na wakacje. Zawsze wyruszaliśmy razem na takie wyprawy. Jednak teraz uparli się, że pojadą sami, bo jak twierdzą, jest tam zbyt niebezpiecznie. – Tara zrobiła zbolałą minę, co rozbawiło Ariel. – Obiecali mi za to, że w wakacje pojedziemy do Egiptu. Super, co? Zobaczę piramidy i w ogóle.

Ariel mogła tylko potakiwać, bo przyjaciółka nie dała jej nawet dojść do słowa. Teraz również otworzyła usta, by o coś zapytać, ale Tara mówiła dalej z przejęciem.

Choć Ariel nigdy nie poznała jej rodziny osobiście, tyle się o niej nasłuchała, że naprawdę czuła się z nimi związana. Tara potrafiła godzinami opowiadać o swoich niezwykłych podróżach lub o jakiejś ciotce czy wujku, którzy mieli po pięcioro dzieci i wciąż przeprowadzali się z kraju do kraju. Ariel jakoś nie potrafiła uwierzyć w jej barwne historie, ale lubiła ich słuchać. Tara miała niezwykle rozwiniętą wyobraźnię i uwielbiała wszystko koloryzować.

– W każdym razie – kontynuowała Tara – rodzice mają spędzić w Australii jeszcze miesiąc. Wciąż powtarzają, jak tam jest cudownie. Zazdroszczę im – znów westchnęła przeciągle. – Byłam na nich trochę zła, ale kiedy wczoraj przysłali mi TEN prezent, od razu mi przeszło.

– I to TEN prezent chcesz mi pokazać? – udało się w końcu wtrącić Ariel.

– Tak. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Tydzień temu rodzice byli na wyprawie z przewodnikiem i kiedy znaleźli TO, od razu pomyśleli o mnie.

– Powiesz mi co to jest TO? – Ariel była coraz bardziej zaciekawiona. Znając dziwne upodobania całej rodziny przyjaciółki, domyślała się, że znów przysłali jej coś dziwnego i niezwykłego.

– Nie. – Tara wyglądała na uradowaną. Miała niepokojący błysk w oczach. – Sama zobaczysz.

Nie odezwała się już do momentu, gdy zatrzymały się przed półokrągłymi drzwiami dormitorium we wschodniej wieży.

– Nikt jeszcze tego nie widział – wyszeptała konspiracyjnie Tara. – Na razie nie mam tego gdzie ukryć, dziewczyny boją się tego i zagroziły mi, że jeśli się tego nie pozbędę, to zawiadomią dyrektorkę. Nie wiem, co mam robić.

Ariel patrzyła na Tarę, nic nie rozumiejąc. Czuła, że naprawdę powinna zacząć się bać. Z pewnością to coś, co jest na liście rzeczy zakazanych i niebezpiecznych.

Tara otworzyła drzwi i weszły do wspólnej sypialni. Ariel omiotła szybkim spojrzeniem pusty pokój, aż w końcu jej wzrok spoczął w kącie, przy ostatnim łóżku. Od razu spostrzegła stojącą na nocnej szafce dużych rozmiarów klatkę. Jednak z daleka nie mogła dostrzec, co jest w środku. Wciąż gnębiło ją pytanie, czym jest to „coś”.

– Chodź – Tara pociągnęła ją za rękę do swojego kącika.

Przy łóżku Ariel zatrzymała się gwałtownie. Otworzyła szeroko oczy, patrząc w zdumieniu na to, co znajdowało się w klatce. W końcu spojrzała na uśmiechniętą przyjaciółkę, która zbliżyła twarz do metalowych prętów.

– Śliczny, prawda?

– Taa… Tyle, że to jest… – mruknęła, zbita z tropu.

Rodzice Tary często przysyłali jej niezwykłe prezenty; niektóre z nich, takie jak czaszka jakiegoś Indianina czy kły tygrysa, ku niezadowoleniu reszty uczennic stały na szafce. Ariel nie potępiała przyjaciółki za te drobne dziwactwa. Ale to? Nigdy by nie przypuszczała, że przyślą do szkoły coś takiego.

Na dnie klatki, wśród piasku i kamieni leżał zwinięty… wąż. Wyglądał na martwego, ale gdy Tara postukała palcem w pręt, podniósł brązowy łepek i łypnął na nią pomarańczowym okiem, po czym zasyczał głośno.

Nie spuszczając go z oczu, Ariel przysiadła na skraju łóżka jak najdalej od klatki.

– To tajpan australijski – odezwała się Tara, obserwując z uwagą swój nowy nabytek. W ogóle nie okazywała strachu, raczej entuzjazm, jakby dostała słodkiego szczeniaczka. – Jest jednym z najgroźniejszych jadowitych węży. Ten ma trzy metry długości i najdłuższe zęby, jakie widziałam. – Usiadła obok Ariel, nadal wpatrując się z uwielbieniem w pomarańczowego gada. – To najlepszy prezent, jaki dostałam. Rodzice są naprawdę super. Pozwolili mi go przechować do swojego przyjazdu. Potem oddadzą go do zoo, a taka szkoda. U nas w domu jest dużo miejsca.

– Ale to wąż – wykrztusiła wreszcie Ariel. Nie mogła uwierzyć, że Tara mówi o jadowitym wężu tak, jakby był niegroźnym i oswojonym zwierzęciem.

– Wiem. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niej szeroko. – Zawsze uwielbiałam węże. Są takie piękne i zwinne.

– I niebezpieczne – wtrąciła Ariel.

– Daj spokój, przecież jest w klatce. Nie wydostanie się. Poza tym to tylko miesiąc.

Ariel pokręciła z rezygnacją głową. Wiedziała, że i tak nie przekona przyjaciółki. Bez względu na wszystko Tara zawsze musiała postawić na swoim.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odezwała się po chwili z powątpiewaniem. – Nie można w szkole trzymać zwierząt, a tym bardziej węża. Jeśli dyrektorka się dowie…

– No właśnie. Nie dowie się, jeśli mi pomożesz. – Tara spojrzała na nią, błagalnie splatając dłonie pod brodą. – Proszę, pomóż mi go ukryć. Tylko na ciebie mogę liczyć.

Ariel westchnęła ciężko i przeniosła spojrzenie na śpiącego gada. I co powinna teraz zrobić? Wprawdzie to nie był słodki piesek czy papuga i nie mieściło jej się w głowie, że ktoś mógłby przysłać swojemu dziecku jadowitego węża. Musiała jednak przyznać w duchu, że gad ma w sobie coś drapieżnie pięknego.

– Proszę cię, Ariel – błagała Tara. Utkwiła w przyjaciółce swoje duże brązowe oczy niczym małe dziecko. Temu spojrzeniu Ariel nigdy nie była w stanie się oprzeć.

– No dobrze – odparła w końcu z rezygnacją. – Ale pomyślimy o tym później. Po przyjęciu.

– Och! – Tara podskoczyła gwałtownie. – Przecież dzisiaj są twoje urodziny!

– No… tak.

– Właśnie. – Wyszczerzyła zęby i zaczęła energicznie przeszukiwać swoją torbę. Po chwili wyciągnęła z niej małą paczuszkę owiniętą niebieskim papierem i obwiązaną żółtą wstążeczką. Podała ją zaskoczonej Ariel. – Wszystkiego najlepszego – dodała wesoło.

– Dzięki. Ale naprawdę nie musiałaś…

– Nie martw się o pieniądze. Znalazłam to kiedyś w bibliotece i pomyślałam, że ci się spodoba.

– Co to jest? – Ariel potrząsnęła paczuszką, ale ze środka nie wydobył się żaden dźwięk.

– Zobaczysz. Otwórz dopiero po ceremonii.

– Dlacze…

– Ja już muszę lecieć na lekcje – przerwała jej szybko Tara i wybiegła z pokoju.

Ariel patrzyła za nią, jak znika w drzwiach, a potem przeniosła wzrok na przedmiot owinięty niebieskim papierem. Ciekawość przez chwilę wzięła górę i już chciała otworzyć prezent, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Tara czasami miała dziwne pomysły, ale jej rady jeszcze nigdy nie zawiodły. Tym razem również jakieś niejasne przeczucie kazało Ariel posłuchać przyjaciółki. Schowała więc prezent do torby, po raz ostatni spojrzała na węża, po czym wyszła z pokoju.

W końcu coś zaczyna się dziać – pomyślała z rozbawieniem.

Ariel zawsze ulegała namowom przyjaciółki i często potem wynikały z tego same kłopoty. Tym razem również wyczuwała je już z daleka. Nie zamierzała jednak zamartwiać się tym na zapas. Jej życie było zbyt nudne i monotonne, by przegapić nawet najmniejszą szansę na zrobienie czegoś głupiego i szalonego. Idąc na lekcje, uśmiechnęła się pod nosem. Jakby nie patrzeć, łamanie reguł było jej specjalnością.

Rozdział II

 

Na angielski dotarła dziesięć minut przed dzwonkiem. Zaledwie przekroczyła próg klasy, wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę. Udała, że tego nie widzi. Siedzące na krzesłach i ławkach dziewczyny utworzyły krąg pośrodku sali i zanim weszła, śmiały się z czegoś głośno. Teraz patrzyły na nią z tajemniczymi uśmieszkami. Niektóre szeptały coś między sobą, zerkając na nią w ten szczególny sposób, którego nie znosiła.

Dopiero gdy wśród zebranych dostrzegła jasne włosy Kiiri, przypomniała sobie, że przecież angielski zawsze miała z jej grupą. W szkole pani Pixton panowała z góry ustalona zasada, że jeśli któraś uczennica ze starszego roku miała braki w jakimś przedmiocie, przenoszono ją do niższej klasy, by mogła ponownie przyswoić sobie dany materiał i nadrobić zaległości. Na koniec roku zdawała oddzielny egzamin z tego przedmiotu, zaś jego wyniki osądzały, czy może kontynuować naukę w swojej klasie, czy też musi przejść na jeszcze niższy poziom. W ten sposób każda uczennica zdobywała pełne i solidne wykształcenie, nawet jeśli musiała pozostać dłużej w szkole. Jedna dziewczyna została nawet dwa lata dłużej, tylko po to by zaliczyć jeden przedmiot.

Ariel niestety należała do tych mniej szczęśliwych i w najlepszym razie czekały ją jeszcze trzy lata nauki, a w najgorszym… Cóż, na razie wolała o tym nie myśleć.

Pozostaje mi jeszcze ucieczka. Wszędzie będzie lepiej, jeśli nie będę musiała codziennie oglądać tej nadętej jędzy Kiiri. Wracała do tej myśli co najmniej kilkanaście razy dziennie, co pozwalało jej jakoś przeżyć.

Kiiri stała się jej najbardziej zaciekłą rywalką. Były śmiertelnymi wrogami, od kiedy pamiętała, choć zupełnie nie wiedziała dlaczego. Dziewczyna należała do ulubienic całej szkoły. Piękna, bogata, popularna i inteligentna. Była kompletnym przeciwieństwem Ariel i esencją tego, czego dziewczyna najbardziej nienawidziła na świecie – podłości i zakłamania.

Ariel uniosła dumnie głowę i odwzajemniła ich spojrzenia, zerkając wyzywająco. Lubiła wprowadzać innych w zakłopotanie i wzbudzać poczucie niepewności, a już tym bardziej obserwować, jak ludziom pod jej przenikliwym wzrokiem rzedną miny. Podobno w jej spojrzeniu było coś, co wzbudzało lęk. Jakiś drapieżny ogień, którego sama jakoś nigdy nie dostrzegała w lustrze.

Zaczyna się – pomyślała ponuro, gdy ruszyła między ławkami na koniec sali. Kątem oka dostrzegła, że Kiiri wstaje z miejsca i rusza w jej stronę. Ariel całkowicie ją zignorowała, czym – doskonale o tym wiedziała – wzbudziła w niej jeszcze większą furię.

Spokojnie zajęła ostatnią ławkę pod ścianą. Czując na sobie ciężar kilkunastu par oczu, zajęła się wyjmowaniem książek z torby, niemal rozbawiona otaczającą ją napiętą ciszą. Jak cisza przed burzą. Z piorunami.

Do lekcji pozostało jeszcze parę minut. Aby nie marnować czasu, dziewczyna otworzyła zeszyt z ćwiczeniami i skupiła się na zadaniu domowym, którego nie skończyła poprzedniego wieczoru. Po sekundzie w skupieniu zaczęła skubać koniec długopisu, drugą dłonią nerwowo zaginając i odginając róg kartki. Skoro przez dwa dni nie udało jej się zrobić tego zadania, to nie miała co liczyć, że przed samą lekcją nagle stanie się cud i wypracowanie samo się napisze. Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po tych kilku zdaniach, które z takim trudem udało jej się do tej pory nabazgrać. Skrzywiła się, niezadowolona z rezultatów kilkugodzinnego ślęczenia. To dlatego między innymi nie lubiła angielskiego. Po prostu nie umiała pisać. Nie miała do tego głowy. Bo czyż nie lepiej zatopić się w porywającej powieści, gdzie słowa w cudowny, wręcz magiczny sposób przechodziły zgrabnie w całe zdania, tworzyły porywający świat? O wiele prościej podziwiać słowa innych niż własne. Wiedziała jednak, że jeśli zawali następny sprawdzian, to długo nie opuści tej szkoły.

Pochylona nad kartkami, nie zauważyła, że ktoś stanął przy jej stoliku. Dopiero kiedy dostrzegła cień padający na jej wypracowanie, uniosła głowę. Było już jednak za późno.

Kiiri z paskudnym uśmiechem zabrała jej zeszyt sprzed nosa, zanim Ariel zdążyła choćby mrugnąć okiem.

– Proszę, proszę. – Kiiri spojrzała na ostatnią stronę, gdzie widniało parę pospiesznie nabazgranych koślawym pismem zdań. – Co też nasza kochana Ariel przygotowała na dzisiejszą lekcję? – Przesadnie niskim tonem naśladowała głos nauczycielki.

– Przeczytaj – rzuciła do niej czarnowłosa piękność siedząca na stoliku i z zapałem machająca nogami.

Ariel posłała im wściekłe spojrzenie. Zerwała się z krzesła i próbowała wyrwać Kiiri zeszyt. Ta jednak odsunęła się w porę, stanąwszy w wąskim przejściu między ławkami.

– Lepiej to oddaj, Kiiri – warknęła dziewczyna przez zaciśnięte zęby.

Przeciwniczka zerknęła na rozwścieczoną Ariel i zmrużyła oczy niczym zadowolona kotka, po czym uśmiechnęła się szeroko.

– Bo co mi zrobisz? – zakpiła. – Poskarżysz się mamusi? Och, przepraszam – udała zakłopotanie, zasłaniając dłonią usta. – Zapomniałam, że jesteś sierotą.

Ariel zacisnęła pieści tak mocno, aż pobielały jej kłykcie. Czuła, jak paznokcie wbijają się jej w skórę, ale w tej chwili ból był dla niej zbawienny. Dzięki niemu udało jej się zapanować nad chęcią zabicia wszystkiego, co ruszało się w tej klasie. Nic bardziej nie doprowadzało jej do furii, jak ciągłe przypominanie, że jest sierotą. Kiiri doskonale o tym wiedziała i robiła wszystko, by prowokować ją do czynów, których potem żałowała. Najwidoczniej igranie z ogniem sprawiało jej jakąś trudną do zrozumienia przyjemność.

Ciałem Ariel wstrząsnęły dreszcze, co było symptomem nadchodzących kłopotów. Pod zmarszczonymi brwiami jej oczy zapłonęły zielonym ogniem. Na Kiiri i jej przyjaciółkach nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia. W ogóle zachowywały się tak, jakby z trudem dostrzegały obecność Ariel. Kiiri, nie patrząc nawet w jej stronę, zaczerpnęła tchu, po czym uniosła głowę na zgromadzone wokół dziewczyny.

– Słuchajcie tego – zachichotała z rozbawieniem i zaczęła głośno czytać z przesadnym przejęciem:

 

MÓJ AUTORYTET

Moim autorytetem zawsze był mój brat. W dzieciństwie był moim rycerzem. Bawił się ze mną, kiedy miałam ochotę, pomagał wstać, gdy upadałam i nigdy, ale to nigdy na mnie nie krzyczał. Był łagodny, ciepły i dobry. Cierpliwie znosił moje humory. Często razem wykradaliśmy się na długie spacery po lesie. Zawsze wtedy dbał, by nic mi się nie stało. Czasem…

 

Kiiri skończyła czytać. W ciszy, jaka nagle zapanowała w sali, Ariel stała jak sparaliżowana, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. Wstrzymała oddech, czekając na to, co zaraz się wydarzy.

Gdy Kiiri ruszyła powoli w jej stronę, wszystkie dziewczyny natychmiast skierowały na nią oczy. Ale Ariel patrzyła jedynie na swoją rywalkę. Jej świat skurczył się do tej drobnej, ale wysokiej postaci, do tych niebieskich oczu i zjadliwego uśmieszku wzbudzającego mdłości.

– Jedynka – oznajmiła niespodziewanie Kiiri, z głośnym trzaskiem rzucając zeszyt na ławkę.

Ariel drgnęła, odzyskując zdolność poruszania się. Ze zmarszczonym czołem patrzyła wprost w te lazurowe oczy, w myślach wyliczając tortury, jakie mogłaby na niej zastosować. Milczała nawet wtedy, gdy Kiiri oparła dłonie o blat stolika i pochyliła się do przodu, świdrując ją pogardliwym spojrzeniem.

– Kłamczucha. – Na kilka uderzeń serca zapadła pełna napięcia cisza i nikt nawet nie śmiał westchnąć. Na twarzy Kiiri powaga mieszała się z zimnym okrucieństwem, gdy z jej ust padały kolejne pełne jadu słowa. – Sądzisz, że Leret uwierzy w ten stek kłamstw? – postukała palcem w otwarty zeszyt, ani na moment nie odwracając wzroku od Ariel. – „Moim autorytetem jest mój brat” – zaszydziła wysokim głosem, po czym zmrużyła oczy, pochylając się ku niej jeszcze niżej. – Wszyscy wiemy, że nigdy nie miałaś brata. Nigdy nie miałaś żadnej rodziny. Pewnie oddali cię, bo nie mogli patrzeć na taką rudą pokrakę. I wiesz co? Zawsze będziesz sama, bo takich dziwolągów ludzie omijają z daleka. Założę się, że twoja matka była najgorszą…

Stało się. Płomień w końcu eksplodował, boleśnie uderzając o skronie i wywołując czarne plamki przed oczami. Ariel pobladła, zupełnie przestając nad sobą panować. Jej umysł zalała czarna fala nienawiści i gniewu.

Nie mogła pozwolić Kiiri dokończyć zdania. Tylko to liczyło się w tej chwili. Dlatego nawet nie wiedziała, kiedy jej ręka wystrzeliła do przodu. Zaciśniętą pięścią wymierzyła Kiiri mocny cios w twarz, aż rywalka poleciała do tyłu, wpadając na ławki.

Po sali niczym fala rozszedł się chóralny jęk, a potem nerwowe głosy. Parę dziewczyn ruszyło w stronę Kiiri, by pomóc jej wstać. Ta jednak nakazała gestem dłoni, by pozostały na miejscach. Niechętnie, ale w końcu posłuchały, zerkając niepewnie na obie dziewczyny.

Tymczasem Kiiri zdołała się wyprostować. Z determinacją, zachowując resztki godności, uniosła dumnie głowę, jedną dłonią rozcierając czerwony policzek. Jej oczy płonęły dziką zawziętością.

– Jesteś naiwna, jeśli myślisz, że dzisiejszy dzień coś zmieni. Zapłacisz mi za to, mała jędzo. Twoi rodzice byli śmieciami, a ty nie jesteś od nich lepsza. Nigdy nie byłaś i nie będziesz jedną z nas. Nigdy nam nie dorównasz, nie musisz się wysilać.

Zabolało. Jednak to był taki ból, który rozpalał jeszcze większy gniew. Ariel wyszła zza ławki, zaciskając kurczowo pięści.

– Nie boję się ciebie – odezwała się dziwnie opanowanym głosem, w którym pobrzmiewała ostrzegawcza nuta. – Możesz mi grozić do woli, ale wiem, że i tak nic mi nie zrobisz. – Krok po kroku zbliżała się w stronę Kiiri, aż ta zaczęła mimowolnie się cofać z coraz bardziej nietęgą miną. Reszta klasy obserwowała je w milczeniu, ciekawa, jak daleko rozwinie się ta sytuacja. – A wiesz, dlaczego się ciebie nie boję? – Ariel stanęła dwa kroki przed Kiiri i zmierzyła ją od stóp do głów takim spojrzeniem, jakby była najmniejszym z nędznych robaków. Spojrzeniem, które było jej największą bronią. – Ponieważ potrafisz tylko gadać i obrażać innych. Ale sama nigdy nic nie zrobisz. Nie ośmielisz się. Jesteś na to zbyt tchórzliwa.

Kiiri postąpiła krok do przodu, kipiąc z ledwo powstrzymywanej wściekłości. Już się nie uśmiechała. Ariel z satysfakcją przyglądała się jej ponuremu wyrazowi twarzy i zaciśniętym szczękom.

– Nie lekceważ mnie – wycedziła z sykiem Kiiri. – Jeśli będę chciała, to mogę…

– Co? – przerwała jej Ariel. – Postraszysz mnie swoimi przyjaciółeczkami? – Zerknęła na boki, a gdy dziewczyny natychmiast poodwracały oczy, uśmiechnęła się cierpko. – Nie jesteś dla mnie zagrożeniem, Kiiri. Ja za to…

– Może przemienisz mnie w żabę? – zakpiła przeciwniczka, jednak po jej twarzy przemknął cień niepewności.

Ariel ta perspektywa bardzo się spodobała, więc uśmiechnęła się szeroko.

– Kto wie? – wzniosła oczy ku sufitowi, udając zamyślenie. – Może lepiej w mysz albo ślimaka. Wtedy łatwo niechcący nadepnąć na tak malutkie stworzonko.

Kiiri straciła już cały rezon, choć wciąż próbowała sprawiać wrażenie, że to ona kontroluje sytuację.

– Ale prościej będzie, jak użyję tego – uniosła zaciśniętą pięść tuż przed oczy Kiiri. – To najbardziej wypróbowany sposób.

Nie doczekała się odpowiedzi, gdyż w tym momencie rozległ się dzwonek na lekcje. Ariel odwróciła się na pięcie i spokojnie zajęła swoje miejsce. Po sali rozeszła się seria westchnień, po czym wszystkie dziewczęta wróciły za swoje ławki.

Tylko Kiiri stała jak wcześniej. Gdy umilkł dzwonek, podeszła do stolika Ariel, odprowadzana wzrokiem przyjaciółek. Ponownie odebrała dziewczynie zeszyt.

– Jak mi przykro – udała rozczarowanie. – Ariel znów nie ma pracy domowej. – Po sali rozszedł się nieprzyjemny dźwięk rozrywania papieru. Niektóre dziewczyny pokręciły głową z niesmakiem i odwróciły wzrok, jednak reszta zdawała się być zachwycona czynem przyjaciółki.

Ariel wstała gwałtownie i wyrwała jej z rąk zeszyt. Niestety nie udało się odzyskać brakującej strony, którą Kiiri zwinęła w kulkę i wepchnęła do kieszeni.

– Zapłacisz za to – syknęła Ariel przez zaciśnięte zęby.

– Już nie mogę się doczekać.

W tym momencie do sali wkroczyła nauczycielka i od razu zaległa absolutna cisza. Kobieta zatrzymała się na progu i przesunęła wzrokiem po całej sali, zatrzymując spojrzenie na plecach Kiiri. Zmarszczyła brwi, ruszając do swojego biurka.

– Co się tu dzieje? – zapytała szorstko, patrząc kolejno na zwieszone głowy i szukając winnej zamieszania.

– Nic takiego, pani profesor – odezwała się słodko Kiiri, zajmując swoje miejsce z przodu sali. – Ariel nie ma pracy domowej, więc pomyślałam, że może zdążyłabym jej pomóc przed lekcją.

Nauczycielka spojrzała na Ariel, która wcisnęła się w krzesło i spuściła głowę, zaciskając pod stolikiem pięści.

– Czy to prawda, Ariel? Nie masz na dzisiaj pracy domowej? – zwróciła się do niej ostro.

– Nie mam – odparła głucho zapytana, nie podnosząc wzroku.

– Możesz mi w takim razie łaskawie wyjaśnić dlaczego? – Nauczycielka usiadła za biurkiem i otworzyła dziennik, po czym znów skupiła chłodne spojrzenie na uczennicy.

Ariel zerknęła na Kiiri, która odwróciła głowę i posłała jeden ze swoich niewinnych, czarujących uśmiechów.

Jeśli powiem prawdę, nie da mi żyć do końca życia. Z drugiej strony komu uwierzą? Jej czy biednej sierocie? Przełknęła nerwowo ślinę i uniosła wzrok na nauczycielkę.

– Niechcący wylałam wodę na stronę z zadaniami, więc musiałam ją wyrwać, by nie zalać reszty kartek. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.

Pani Leret przez chwilę przeszywała ją wzrokiem, po czym cmoknęła z niezadowoleniem i wpisała coś do dziennika.

– Mam nadzieję, że to ostatni raz – powiedziała oschle. – Jeszcze jedna jedynka i będę musiała zastanowić się nad wysłaniem cię do klasy początkowej. – Po tych słowach uniosła głowę i na szczęście dla Ariel skupiła się na reszcie klasy. – Teraz przypomnijcie mi, co omawialiśmy na ostatnich zajęciach.

Ariel zsunęła się na sam brzeg krzesła i oparła czoło na zaciśniętych pięściach. Niemal widziała przed oczami triumfujący uśmiech Kiiri. Do końca lekcji wyłączyła się całkowicie, przebywając myślami z dala od klasy. Jeśli rano miała podły nastrój, to teraz po prostu straciła chęć do życia.

Gdy rozległ się dzwonek, w klasie zapanowało ożywione poruszenie. Ariel poczekała w swojej ławce, aż wszystkie dziewczyny wyjdą. Dopiero wtedy spakowała torbę i ze zwieszoną głową ruszyła do drzwi. Przechodząc koło biurka, z ponurą miną skinęła głową nauczycielce.

– Ariel.

Zatrzymała się niechętnie w progu i odwróciła się. Kobieta przypatrywała jej się uważnie. Po chwili westchnęła cicho.

– Co się z tobą dzieje, Ariel? Wiem, że jesteś dobrą uczennicą. Na początku szło ci tak dobrze, a teraz… – pokręciła wolno głową. – Coraz więcej nauczycielek skarży się na twoje marne oceny. Nie wiem, dlaczego się opuściłaś w nauce, ale jeśli chcesz skończyć tę szkołę, powinnaś bardziej się przyłożyć.

Cóż, to nie ja się opuściłam, ale Kiiri stała się bardziej pomysłowa w tym, jak uprzykrzyć mi życie. Nawet jeśli powiedziałabym komuś prawdę, ona zaprzeczyłaby każdemu mojemu słowu – pomyślała ze smutkiem, a głośno odparła:

– Obiecuję, że się poprawię. – I zanim pani Leret zdążyła coś jeszcze dodać, wybiegła z klasy.

Popędziła zatłoczonym korytarzem, nie patrząc na boki i nie słysząc niczego. W drodze do stołówki nie natknęła się na Kiiri ani na żadną z jej towarzyszek. Ich szczęście. W obecnym nastroju dziewczyna nie mogła ręczyć za siebie, gdyby któraś pojawiła się teraz w polu jej widzenia. Ariel zdawała sobie sprawę z tego, że jej ognisty temperament i brak umiejętności trzymania emocji na wodzy kiedyś wpędzą ją w znacznie poważniejsze kłopoty. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że każda wzmianka o rodzicach wywoływała w niej tak silną reakcję. A najgorsze było to, że Kiiri miała rację. Dlatego tak bardzo jej nienawidziła. Nie miała rodziców, do których mogłaby dzwonić trzy razy dziennie i chwalić się swoimi sukcesami. Ani brata, który śmiałby się z jej żartów. Nie miała nawet pojęcia, kim byli i czy w ogóle jeszcze żyją. Nie wiedziała, dlaczego nie pamięta niczego sprzed przyjazdu do tej szkoły. Nawet inni nic o niej nie wiedzieli. To wszystko było dziwne i niepokojące. Jednak zadręczanie się tymi myślami nie wpływało najlepiej na jej samopoczucie. Dlatego nauczyła się ukrywać głęboko wszystko, co przykre i bolesne. A Kiiri skutecznie wydobywała to na powierzchnię, niwecząc jednym zdaniem cały wysiłek Ariel.

Sala jadalna była największym pomieszczeniem w zamku. Okrągłe metalowe stoliki zupełnie nie pasowały do surowych czerwonych ścian, lśniącej posadzki i potężnych kolumn. Ariel stanowczo nie podobało się takie połączenie współczesności z historią. Z łatwością potrafiła sobie wyobrazić salę tronową z dębowymi ławami i bogato zdobiony królewski tron. Nawet samego króla w złotej koronie na kruczoczarnych włosach…

Nawet przy jej rozwiniętej wyobraźni czasem przerażały ją tak wyraźnie realne wizje. Pojedyncze obrazy pojawiały się w jej głowie i natychmiast zacierały, zanim w ogóle mogła je zrozumieć. I z pewnością nie miały nic wspólnego z tym, co do tej pory widziała.

Gdyby wierzyła w magię i te wszystkie mistyczne rzeczy, pewnie uwierzyłaby również w to, że nawiedzają ją wizje z przeszłości. Jednak jak mogła nie uwierzyć w niewytłumaczalne, skoro całe jej życie było już i tak dostatecznie dziwne?

Z początku nie zastanawiała się nad tym, dlaczego tak dobrze zna zamek i wszystkie jego zakamarki. Bez trudu potrafiła znaleźć każdą skrytkę i każde tajne pomieszczenie, o którym nikt inny nie mógł wiedzieć. Nikt też nie wspominał jej o tych miejscach. Znajdowała je instynktownie, jakby były głęboko zakorzenione w jej umyśle.

Nie wiem, czy to dobrze, że czuję się tu jak w domu. Jak w prawdziwym domu. Ciekawe, czy gdybym powiedziała o tym Tarze, też uznałaby mnie za wariatkę. Sama czasem wątpię, czy nią nie jestem. A może mam jakieś przebłyski pamięci z poprzedniego życia? W czasie reinkarnacji coś poszło nie tak i teraz mieszają mi się wspomnienia.

Rozbawiły ją własne myśli i szybko potrząsnęła z naganą głową. Zwariowała i tyle. Musi się skupić na nauce, a nie głupotach.

Zatrzymała się przed dwuskrzydłowymi wrotami i odetchnęła głęboko, a potem jeszcze kilka razy powtórzyła to ćwiczenie. Zawsze w ten sposób sprowadzała siebie na ziemię i odzyskiwała spokój.

Wślizgnęła się przez uchylone skrzydło do sali i przystanęła w progu. Wystarczyła jej sekunda, by ogarnąć wzrokiem zgromadzonych. Wśród młodszych klas, oblegających kilka stolików przy ścianie, nie zauważyła żadnej z przyjaciółek Kiiri ani jej samej. Odetchnęła z ulgą, niedbale obrzuciwszy wzrokiem kilkoro pierwszoroczniaków. Dziewczyny, napotkawszy jej spojrzenie, natychmiast odwracały głowy, nagle pochłonięte niezwykle pilną rozmową. Ariel bez pośpiechu przecisnęła się do kuchennego okienka.

Otworzyła usta, by złożyć zamówienie, po czym zamrugała ze zdziwienia, gdy okazało się zamknięte. W porze lunchu było to naprawdę niespotykane. Kucharki musiały mieć bardzo dużo pracy, skoro pozostawiły kuchnię bez nadzoru.

– Super – mruknęła pod nosem i przycisnęła dłoń do brzucha, który od jakiegoś czasu głośnym burczeniem domagał się jedzenia.

Rozejrzała się szybko po sali, sprawdzając, czy nikt tego nie słyszał. Wokół panował jednak taki gwar, że pewnie nawet jej krzyk nie zostałby usłyszany. Nigdzie też nie zauważyła charakterystycznego stroju kucharki. Wprawdzie kuchnia była cały czas otwarta, jednak uczennicom nie wolno było wchodzić do niej bez wcześniejszego pozwolenia. Tylko dlatego że kiedyś jakieś dziewczyny podkradały jedzenie. Ariel przyłożyła palec do podbródka z krzywym półuśmiechem. Ach, prawda. Była jeszcze taka, która ukradła nóż, by się zabić. Ale kto mógł przypuszczać, że miała problemy w domu? Ariel jednak była zbyt głodna, by czekać. W tym przypadku mogła zrobić tylko jedno.

Podeszła do niskich drewnianych drzwi, otworzyła je szybkim ruchem, po czym zupełnie niezauważona wślizgnęła się do środka. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, szmer dobiegający z sali natychmiast ucichł, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Ariel oparła się plecami o wrota i przymknęła oczy, delektując się krótką chwilą ciszy. Chowanie się w nikomu nieznanych i pustych miejscach było jej specjalnością. Prawdę mówiąc, lubiła się chować, choć nikomu by się do tego nie przyznała. Po prostu potrzebowała czasem pobyć sama ze sobą.

Lubiła się chować, bo wtedy choć na chwilę uwalniała się od tych niechętnych i pogardliwych spojrzeń. W dzieciństwie w ten sposób bawiła się sama ze sobą w chowanego. I choć wiedziała, że nikt jej nie szuka, z łatwością to sobie wyobrażała. Czasem jej wyobraźnia potrafiła naprawdę na coś się przydać.

Otworzyła oczy i rozejrzała się po kuchni. Wprost przed nią znajdowały się drugie drzwi, wychodzące bezpośrednio do ogrodu. Przez wysoko zawieszone podłużne okna wpadały do środka smugi słonecznego światła, tworząc na podłodze i meblach przecinające się pręgi i wesołe wzory. Pośrodku stał dębowy stół, nad którym unosił się srebrny kurz. Poza tym wszędzie panował nienaganny porządek. Blaty szafek, półki i wszystko inne, co znajdowało się w tym pomieszczeniu, wręcz lśniło czystością, jakby te wszystkie sprzęty były jedynie dekoracją. To na pewno zasługa Mary. Nie wyszłaby z kuchni, nim nie wysprzątałaby jej na błysk.

Ariel czuła się tutaj jak u siebie. Właściwie to spędzała w kuchni więcej czasu niż powinna. Ciężko jej było wytrzymać bez długich rozmów z kucharkami i podskubywania przy okazji przygotowywanych przez nich dań. Lubiła tutaj przebywać, gdyż zawsze mogła liczyć na jakiś smaczny kąsek i miłe towarzystwo. Najbardziej zaprzyjaźniła się z Mary, najstarszą kucharką. Ta tęga starsza kobieta o dobrotliwym uśmiechu traktowała ją po macierzyńsku i zawsze dawała dobre rady. Z Eve, o kilka lat starszą dziewczyną, Ariel miała dobry kontakt, choć ta kucharka skrupulatnie ukrywała przed nią jedzenie i nigdy nie dawała jej dokończyć resztek deseru.

Najgorsza była Rose. Czasem nawet Ariel miała wrażenie, że to łagodniejsza wersja Kiiri. Miała tak samo jasne blond włosy i ten sam zjadliwy uśmieszek. Patrzyła na wszystkich z góry i ledwo tolerowała obecność dziewczyny w kuchni. Kilka razy Ariel widziała ją nawet z Kiiri i miała niedobre przeczucie, że te dwie wciąż knuły przeciwko niej. Może zaczynała już mieć paranoję, ale tak na wszelki wypadek wolała trzymać się od Rose z daleka.

W lodówce, między półmiskami różnych sałatek, dań i deserów na przyjęcie, znalazła masło i ser. Z górnej szafki wzięła trzy kromki świeżego chleba, w innej zaś odnalazła talerz i nóż. Nie musiała niczego szukać. Od lat wszystko miało swoje miejsce, a ona znała je na pamięć. Podśpiewując pod nosem prostą piosenkę, której nauczyła się w dzieciństwie, szybko przygotowała sobie kanapki. Przyjęcie przyjęciem, ale jej żołądek nie mógł już dłużej czekać.

Kucharki z pewnością poszły do spiżarni po resztę wcześniej przyrządzonych potraw. Nie rozumiała tylko, dlaczego akurat teraz, a nie w czasie lekcji. Rzadko się zdarzało, by w kuchni nie było chociaż jednej z nich. Tak na wszelki wypadek, bo Pixton po prostu bała się, że incydent sprzed lat może się znów powtórzyć. W końcu dojrzewające nastolatki były nieprzewidywalne.

Nagle Ariel przerwała nucenie i zastygła w bezruchu z uniesionym nożem. Przez chwilę wydawało jej się, że coś usłyszała, jakby ciche kliknięcie. Ze wzrokiem wbitym w ścianę nasłuchiwała jeszcze przez moment. Jednak prócz cichego burczenia lodówki w kuchni panowała cisza.

– Chyba zaczynam mieć omamy – powiedziała do siebie cicho pod nosem, odłożyła nóż i ułożyła kanapki na talerzu. Nie minęło kilka sekund, gdy ponownie zesztywniała. Jej serce zabiło gwałtowniej.

Tym razem nie miała żadnych wątpliwości.

Kolejne kliknięcie, a potem dźwięk przekręcanego klucza.

Ariel nagle straciła ochotę na jedzenie. W ogóle zapomniała o kanapkach. Rzuciła się do drzwi prowadzących do jadalni i szarpnęła za klamkę.

Zamknięte.

– Cholera – zawołała w próżnię, wcale niezaskoczona, że tak to się skończyło.

Odwróciła się na pięcie, aż jej włosy zafurkotały w powietrzu, i pobiegła do drugich drzwi. Szarpała klamką kilkakrotnie, jednak bezskutecznie.

Została uwięziona.

Z jej ust wyrwało się przekleństwo, które z pewnością nie przystało młodej kobiecie. Wzięła kilka głębokich wdechów, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Starając się uspokoić, stanęła pośrodku kuchni. Rozglądała się uważnie wokół, jak zawsze w takich sytuacjach zdając się na swój zdrowy rozsądek.