Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldii - Maria Rodziewiczówna - ebook

Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldii ebook

Maria Rodziewiczówna

0,0
3,10 zł

lub
Opis

Zbiór nowel znanej polskiej pisarki schyłku XIX wieku i okresu międzywojennego, zawierający utwory: „Kamienie”, „Ciotka”, „Wpisany do heroldii”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38




Maria Rodziewiczówna

 

 

 

 

Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldii 

 

 

 

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji z roku 1910. 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-240-0 

 

 

 

KAMIENIE.

Nie było na świecie kamienistszej drogi, niż ta, która wiodła z Woli do Wólki. Czart chyba tyle kamieni nasypał na utrapienie ludzkie. A nie tylko droga wśród pól, lecz i pole, i łąka, i wiejskie ogrody, i pastwisko najeżone było kamieniami. Były drobne i duże, gładkie i ostre, były takie, co łamią lemiesze, i takie, co szczerbią kosy, i takie, co kaleczą bose stopy, i takie, którymi się w kłótni kamienuje słabszego, a wszystkie były przeklęte po tysiąc razy.

Przeklęte były za jałowość ziemi, w którą rzucone ziarno obumierało pod ich ciężarem, przeklęte za poniszczone przez nie koła i narzędzia, za pokrwawione na nich stopy i okulawione bydlęta; mieszkaniec każdy Woli i Wólki, gdy mówić zaczynał, już umiał kląć kamienie i klął je aż do śmierci. Klął, narzekał, cierpiał, ale ich nie uprzątał. Ktoby tej klęsce poradził? – gdzie je podziać?

Nie miał na to nikt ani czasu, ani ochoty, ani sposobu – nad siły to było gromady. Gdyby za nie płacono, toby się kto połakomił na zysk; gdyby za to, kto nagrodę obiecał, toby inny może na to się ułasił – ale wszyscy tylko narzekali, klęli i cierpieli, i tak trwało. Pole i łąka coraz mniej rodziły; podróżni omijali Wolę i Wólkę; naród ubożał, drobniał, smętniał – i tak trwało.

Aż się trafił z Wólczan jeden – inny. Jan się zwał, a Sokół po ojcach. Silny się udał – na głód i nędzę cierpliwości nie miał, wyrostkiem od tych kamienistych pól uciekł kędyś w świat, i lat dziesiątek wieści o nim nie było. Gdy wrócił, to znalazł te same kamienie, te same markotne, nędzne twarze, tylko nie zastał w chacie ojca, ni dobytku, ni sprzętu. Ojciec umarł, a co po nim zostało, rozgrabili swojacy, krewni i przyjaciele – jako zwyczaj jest. Mógł Jan po sądach chodzić, prawa i sprawiedliwości szukać, swoje odebrać; byli winni nawet w strachu, ale gdy słowa nie rzekł, poraźnieli, i nawet po pewnym czasie poszeptywali z sobą, że albo ich się boi, albo głupi jest. I tak się zostało.

A Jan ze świata przyniósł z sobą trochę grosza i jakąś nie tutejszą ochotę i siłę. I zaraz jął się do tych kamieni. Uprzątnął je z podwórza i z gumna i uczynił z nich sobie chatę; uprzątnął je z sadu i uczynił z nich płot wkoło swej osady. Uprzątał je z pola i z łąki, siał, zbierał, kosił i bogacił się.

Ludzie go znienawidzili z zawiści i ze wstydu. Nazwali chciwcem i skąpcem, posądzali o czary. On też z tej ciągłej zabiegliwości i pracy stał się milczący i zatroskany, pogardzał próżniakiem i ubogim, nieużyty był, sobą tylko, swą pracą i dobrem zajęty.

Zdało się, jakby z tej masy kamieni, które ściągnął, część mu duszę przywaliła i gniotła. Taką dostał szarą i twardą twarz, takie zimne oczy, takie milczące, zaciśnięte usta. Nikt jemu i on nikomu nie dał nigdy dobrego słowa. I tak trwało.

Jednej późnej, błotnej i zimnej jesieni wracał Jan z jarmarku do domu. Jechał powoli, bo w rozmiękłej ziemi wyszczerzyły się wszystkie drożne kamienie i trzęsły wozem okrutnie. I Jan, choć trzos miał pełen na sobie, klął w duchu i tę ziemię, i tych ludzi, a wszystko za owe kamienie.

Aż oto, gdy mijał figurę u rozstaju, wstała z głazu, który tam leżał, kobieta i zawołała na niego:

– Gospodarzu dobry, podwieźcie mnie krzynę!

Chciał minąć obojętnie, ale spojrzał na nią, i tak mu się jakoś litościwie zrobiło w duszy, że stanął.

Kobieta lekko skoczyła na wasąg, i ruszyli.

Konie parsknęły wesoło, zastrzygły uszami a wreszcie zarżał prawy kasztanek, jakby na ochotę, choć błota miał w kolana, a wyboje bezdenne.

Jan się obejrzał na kobietę; uczuł chęć do rozmowy.

– Z daleka wy? Nie tutejsza?

– Z dalekiej dali idę. Miejsca sobie szukam.

– Toście w złą stronę zaszli. Tu wam chleba nikt nie da, bo sami nie mają. Ot, nahodowali kamieni; nic tu więcej niema u tych hultajów.

– Niebożęta biedne! Twardy mają żywot – odparła litościwie kobieta. – Przecie i kamienie miłować można.

– A toć miłują, miłują, chowają i szanują. Żadnego nie uprzątną! – zaśmiał się gorzko Jan – chyba ukamienować brata, to ruszą kamień z miejsca.

– Wam to Bóg szczęścił!

– Pewno, że i Bóg, alem się na Opatrzność nie oglądał, tylkom ręce zakasał i robił. Ho, ho! żeby wszyscy tak robili, toby mieli; ale oni wolą kamienie gryźć, a próżnować, a ze mnie drwić, albo mi dokuczać. Takci i mają gałgany, jako są warci!

– Trza wam było ich uczyć, namawiać, pomagać!

– Aha, pewnie, a za co? Że mi ojcowiznę rozgrabili i pokradli! Jako warci, takci mają.

– Sprawiedliwie. Jak kto dla siebie robi, to wedle tego i ma – westchnęła kobieta.

Milczeli chwilę, aż Jana snadź myśl jakaś trapi, i rzecze:

– Tak mi się coś zdaje, jakbym ja was już widział niegdyś, i głos mi się zda podobny.

– Dobrą pamięć macie. Lat