Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą ebook

Agnieszka Krawczyk  

4.63414634146341 (41)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 512 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą - Agnieszka Krawczyk

W kamieniczce na krakowskich Dębnikach mieszkają różni lokatorzy: zadzierający nosa posiadacz sieci restauracji, emerytowana artystka, młoda matka z dwójką uroczych dzieci, para nadętych pracowników korporacji i wreszcie rodzina, w której wszystkie kobiety noszą imiona zaczerpnięte z dramatów Szekspira.

Stary dom kryje niejeden sekret. Jego tajemniczy właściciel proponuje mieszkańcom udział w pewnym zaskakującym wyzwaniu. Czy zagadkowe zadanie okaże się dla sąsiadów uśmiechem losu, czy trudnym do pokonania problemem?

Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą to piękna i ciepła opowieść o domu, który daje poczucie bezpieczeństwa i sprawia, że nie czujemy się samotni.
To również historia przyjaźni na dobre i złe oraz miłości przychodzącej w najbardziej niespodziewanych momentach.

Poddajcie się urokowi tej klimatycznej opowieści o sile uczuć i potrzebie bycia razem, by wraz z bohaterami uwierzyć, że uśmiech losu zależy w dużej mierze od nas.

Pierwszy tom sagi „Uśmiech losu”, opisującej perypetie lokatorów Kamienicy pod Szczęśliwą Gwiazdą.

Opinie o ebooku Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą - Agnieszka Krawczyk

1.

Wielkie ‌wydarzenia powodujące nieodwracalne zmianyw życiu ‌czasami zaczynają ‌się ‌od ‌nic nieznaczącej sytuacji. ‌Takiej jak ‌ta, która miała miejscew połowie ‌lutego przedkamienicą ‌przy ‌ulicy ‌Gwiaździstej na ‌krakowskich ‌Dębnikach.

Najpierw podjechał wóz meblowy, ‌prowadzony przez ‌mocno ‌niezadowolonegoz całej ‌sytuacji mężczyznę. Najwyraźniej ‌nie podobało ‌mu się, że ‌musi błądzić po ‌krętychi ciasnych uliczkach tej skądinąd ‌uroczej ‌dzielnicy.

Fakt,o tej porze ‌roku Dębniki nie wyglądały ‌atrakcyjnie dla ‌kierowców. Na chodnikach zalegał ‌śnieg, który ‌dozorcy ‌pobliskich domów uprzątali ‌od wczesnego ranka. ‌Ich wysiłkiz góry były ‌skazane ‌na niepowodzenie, ‌bo biały puch nieustająco ‌prószył. Tegoroczna zima ‌naprawdę dopisałai nie ‌szczędziła opadów. Na gałęziach ‌drzewi krzewów osiadły czapy świeżego ‌śniegu, który skrzył się ‌wesołow mroźnym ‌świetle poranka.Z rynien zwisały ‌sople, strącane ‌przez zapobiegliwych gospodarzy ‌domów,a wrony przelatywałyz głośnym krakaniemz jednej gałęzi ‌na drugą. Dębniki ‌mogły się bowiem pochwalić ‌ogromną ilością drzew. ‌

Latem było tu ‌niczymw wielkim ‌parku– zielono, spokojniei sielsko, inaczej ‌niż zazwyczajw centrum miasta. Trudno ‌było wprost uwierzyć, że ‌od Wawelu dzieli Dębniki ‌zaledwie jeden most, ‌podobnie ‌jak od Alei Trzech ‌Wieszczów, główneji wieczne ‌zakorkowanej arterii miasta. ‌Na ‌Rynek Główny można stąd ‌było przejść spaceremw kwadrans, no, ‌możew dwadzieścia minut. ‌Sercem dzielnicy był ‌inny niewielki rynek, przy ‌którym ‌usadowiły ‌się ‌przepięknei dzięki zapobiegliwości ‌właścicieli nietknięte ‌zębem ‌czasu kamienice. Spoglądały ‌one wypucowanymi ‌źrenicami okien na ‌warzywno-kwiatowy targ, ‌który rozsiadł się na ‌środku ‌rynku, od rana przyciągając kupujących. Niedawno pojawiły się tu też stoiska ze świeżymi rybami, wyrobami regionalnymi i innymi specjałami, zresztą wszystkie ważniejsze punkty handlowe – piekarnia, delikatesy, szereg drogerii i innych sklepików – usytuowane były w obrębie tego niewielkiego placu, koncentrującego życie mieszkańców dzielnicy.

Od Rynku Dębnickiego promieniście odchodziły ulice. Praska prowadziła wzdłuż Wisły, biegnąc długi czas tuż obok bulwarów, skąd otwierał się zachwycający widok na „ drugą stronę” – jak nazywali lewy brzeg rzeki mieszkańcy Dębnik. Zza bulwaru wyłaniała się imponująca bryła klasztoru Sióstr Norbertanek na Salwatorze oraz – w odległym zarysie – Kopiec Kościuszki. Bliżej rynku widać było z kolei zwalisty zarys domu handlowego Jubilat – sklepu-legendy, pierwszego tak wielkiego magazynu w Krakowie, otwartego z wielką pompą pod koniec lat sześćdziesiątych. Zielony neon rozświetlał krakowianom ponure dni ósmej dekady. Teraz wieczorami mrugał wesoło – bo nieustannie w którejś z liter przepalała się żarówka – w kierunku pobliskiego Wawelu, którego najpiękniejsza panorama roztaczała się z Mostu Dębnickiego i bulwaru zwanego Poleskim. Ulica Różana wiodła z kolei w kierunku kościoła na Dębnikach, którego wieża stanowiła dobry punkt orientacyjny, zaś Barska ciągnęła się hen, za granice dzielnicy, żeby skończyć się gdzieś za rondem Grunwaldzkim, już na Ludwinowie.

Gwiaździsta była niewielką uliczką odchodzącą w bok od Bałuckiego, najszerszej i najbardziej reprezentacyjnej arterii dzielnicy. Żeby się tu dostać, trzeba było skręcić dość ryzykownie w prawo, a potem meandrować wzdłuż pokrzywionego chodnika, bo cywilizacja, a wraz nią remonty, docierała tutaj z dużym oporem. Trudno się było dziwić – na Gwiaździstej stały zaledwie trzy kamienice i to w dodatku z dziwnymi numerami: trzy, dziewięć i jedenaście. Dlaczego tak było – trudno dociec. Zawiłe oznaczenia utrzymywały się już od wojny i jakoś nic nie wskazywało na to, żeby coś miało się w tym temacie zmienić.

Wóz meblowy zatrzymał się przed jedenastką – niską, bo zaledwie dwupiętrową przysadzistą kamienicą z mansardowym poddaszem, pomalowaną na kolor żółty, który z biegiem lat spłowiał, stając się brudnym beżem. Nad wykuszem umiejscowionym tuż nad drzwiami wejściowymi wyobrażono ośmioramienną gwiazdę, od której nazwę wziął dom – Kamienica pod Gwiazdą. Wyżej widniała nieco zatarta już dewiza:„ Per aspera ad astra”[1].

Mimo niepozorności uliczki Zuzanna Lorenc, która właśnie podjechała taksówką, musiała przyznać, że się jej tutaj podoba. Gwiaździsta miała ten niepowtarzalny małomiasteczkowyurok. Półtoraroczne bliźnięta: Jaś i Basia, zapięte w fotelikach na tylnych siedzeniach, patrzyły na wszystko okrągłymi oczkami i wodziły paluszkami po szybie, gdy zatrzymali się pod domem. Zuza zapłaciła za kurs i pomogła dzieciom opuścić samochód. Po chwili cała trójka stała już na chodniku.

Na widok gwiazdy Basia uśmiechnęła się i wyciągnęła rączki.

– Śliczna gwiazdeczka, Basieńko. Mam nadzieję, że przyniesie nam szczęście – westchnęła matka.

Kierowca ciężarówki odkręcił szybę i wychylił się w jej kierunku, nie kryjąc irytacji.

– Nie wspomniała pani, że to takie miejsce! Przecież tu nie ma jak wykręcić. Jak ja pani te wszystkie klamoty wyciągnę? Muszę tyłem podjechać, a nie wiem, czy zdołam nawrócić. Ma pani jakiś pomysł?

Młoda kobieta nie dysponowała żadnym. Ostatecznie nie była kierowcą wozów meblowych, tylko pianistką. Nie miała nawet pojęcia o prowadzeniu pojazdów, bo nie posiadała prawa jazdy. Żeby uniknąć dalszego nagabywania i w nadziei, że kierowca sam sobie poradzi z problemem, po prostu wzięła Jasia i Basię za ręce i poszła obejrzeć swoje nowe lokum.

Na szczęście śnieg przestał padać i niebo się rozjaśniło. Po drewnianych schodach weszli na klatkę schodową, w której w promieniach południowego słońca wirował kurz filtrowany przez kolorowe szybki okien. Wyglądało to tak swojsko i radośnie, że Jaś zaczął ze śmiechem ścigać kolorowe zajączki po posadzce. Na korytarzu zrobiło się głośno i natychmiast z jednego z mieszkań wyjrzała czyjaś zagniewana twarz.

– Proszę ciszej! To nie cyrk ani plac zabaw. Jestem chory i mam prawo odpocząć we własnym domu – zagrzmiał mężczyzna koło czterdziestki – jak zauważyła Lorenc – w porannych pantoflach i piżamie. Chyba rzeczywiście hałasy wyciągnęły go z łóżka, gdzie leczył się najprawdopodobniej na grypę, o czym świadczyły zaczerwieniony nos i szkliste oczy.

– Przepraszam – kajała się Zuza, choć tak naprawdę chciało jej się śmiać. Mężczyzna wyglądał bowiem niczym ilustracja popularnych dowcipów o chorujących facetach, którym stan podgorączkowy odbiera zdolność logicznego myślenia, a już z pewnością pozbawia poczucia humoru.

– To pani samochód tarasuje ulicę? – zapytał jeszcze nieprzyjaźnie chory, ale nie zaczekał na odpowiedź, bo dopadł go nagły atak kaszlu, więc nie chcąc ryzykować dalszego stania w przeciągu, po prostu zatrzasnął drzwi z hukiem.

Zuzanna miała nadzieję, że pozostali sąsiedzi nie okażą się tak niemili, jak ten z parteru, bo w przeciwnym razie życie w Kamienicy pod Gwiazdą mogłoby się stać bardzo uciążliwe. Uciszyła bliźnięta, żeby już pierwszego dnia nie wchodzić w konflikt z mieszkańcami wyższych pięter i nie palić mostów na starcie, a potem z mozołem ruszyli w górę.

Zarówno na pierwszym, jak i na drugim piętrze panowała głucha cisza, więc Zuza, pomagająca wspinać się dzieciom, dla których pokonanie schodów wciąż jeszcze stanowiło problem, doszła do wniosku, że lokatorzy przebywają w pracy, jak większość ludzi o tej porze. Ona jeszcze ciągle zajmowała się opieką nad maluchami, miała więc inny rozkład dnia.

Popatrzyła w górę.

Zdrugiego piętra schody prowadziły na najwyższą kondygnację, usytuowaną pod mansardowym dachem. Właśnie tam miała od dzisiaj zamieszkać. Trochę się bała, może nawet więcej niż trochę, ale czuła, że zaczyna nowy rozdział i była tym bardzo podekscytowana.

Już miała wkroczyć odważnie na ostatnie stopnie, gdy usłyszała czyjeś kroki, a po chwili z niższego piętra wynurzyła się głowa listonosza.

– Pani spod którego? – zagadnął.

Wyjaśniła, że mieszka tuż pod dachem, czyli na mansardzie.

– Na strychu znaczy się – poprawił ją listonosz. – Pani godność?

– Zuzanna Lorenc.

– Mam i dla pani pisemko – z wielkim ukontentowaniem stwierdził doręczyciel i podał jej kopertę, a wraz z nią kartkę do podpisu.

– Dla mnie? – zdumiała się zapytana. – Ale w jakiej sprawie? Przecież ja tutaj dopiero od dzisiaj mieszkam. Trochę to dziwne, że już dostaję polecone.

– Dla kogo dziwne, dla tego dziwne – filozoficznie orzekł listonosz. – Wszyscy lokatorzy takie otrzymali. Ten biznesmen Nowacki z parteru, panie Werde z pierwszego piętra, nawet ci z drugiego: Olesińscy i ta staruszka Klara Pieniążkiewicz, co tu jest najstarszą lokatorką. Zaraz będę do niej pukał, ale ona jest bardzo ostrożna, boi się, to może mi nie otworzyć.

Irzeczywiście tak zrobił – zaczął dobijać się do mieszkania oznaczonego cyferką siedem, na którym widniała wywieszka: „ Klara Pieniążkiewicz – artystka”.

Zuzanna w zamyśleniu rozerwała kopertę, ale niewiele się dowiedziała. Pismo pochodziło z kancelarii notarialnej i wzywało na spotkanie w sprawie własności kamienicy.

– No i co? – Listonosz westchnął. Przerwał bezskuteczne dobijanie się do drzwi artystki, wypisał awizo, po czym wetknął je w szparę w futrynie. – Koło pierwszej przyjdzie do niej opiekunka z pomocy społecznej, to na pewno zauważy tę kartkę – wyjaśnił Zuzie.

Pokazała mu pismo.

– Rozumie pan coś z tego?

Doręczyciel gwizdnął przez zęby.

– Ani chybi chcą was wyrzucić z tej kamienicy. Zawsze się to tak zaczyna, kochaniutka. Pismo od adwokata, słodkie słówka, a potem bach, bach – i po wszystkim, pakuj manatki bracie, bo się znalazł właściciel.

– Ale to pismo nie jest od adwokata, tylko od notariusza – sprzeciwiła się Zuzanna.

Listonosz spojrzał na nią z politowaniem.

– W takim razie jeszcze gorzej. Może kamienica już sprzedana? Jedynie wam zakomunikuje, że macie się wynosić z tobołkami w ciągu paru dni.

Młoda kobieta nie była pewna, czy coś takiego jest możliwe, ale nieprzyjemny dreszcz przeszedł jej po plecach. Jeszcze nawet nie ustawiła mebli, a już miałaby się wyprowadzać? Było w tym wszystkim coś niepokojącego.

– No to ja w każdym razie lecę – stwierdził listonosz. – Cześć pracy i czuwaj. Śliczne dzieciaczki, jak aniołeczki. Chciał pogłaskać Basię po główce, ale dziewczynka się rozpłakała. Wyprostował się więc, poprawił rzemień torby na ramieniu, po czym służbowym krokiem pomaszerował w dół po skrzypiących schodach.

– No jak będzie pani szanowna? – odezwał się z półpiętra kierowca dostawczaka. – Mamy wnosić te klamoty? Chłopaki właśnie dojechali i trochę się niecierpliwią.

– Oczywiście, że wnosić! – Zuzanna wychyliła się przez drewnianą balustradę. Nawet nie wiedziała jeszcze, jak wygląda jej lokum, ale nie zamierzała rozdrażniać tragarzy. Byłoby straszne, gdyby ją tutaj po prostu zostawili. Nie miała zbyt wielu rzeczy, ale samodzielne wnoszenie szafy, kredensu i, co gorsza, fortepianu, na – bądź co bądź – trzecie piętro nie było dla niej wykonalne.

– Zobaczymy mieszkanie – powiedziała do dzieci, szukając w torebce klucza.

Jaś wsadził paluszek do buzi i przyglądał się mamie ciekawie, podczas gdy Basia usiłowała wyjrzeć na dół przez barierkę. Zuza musiała mieć ją ciągle na oku i trzymać jedną ręką, więc manipulacja w torebce okazała się nader trudna. Na szczęście po chwili znalazła klucz, który wyglądał zupełnie jak z innej epoki. Był duży, długi i ciężki.

– Przynajmniej nie zgubi się w torebce – stwierdziła z humorem, a Basia mądrze pokiwała główką.

Lorenc przez chwilę zastanawiała się, czy dziwny klucz będzie pasował i czy w ogóle zdoła otworzyć drzwi. Zamek jednak puścił i ich oczom ukazało się wnętrze mansardy.

Pracownia na strychu nie była może luksusowym mieszkaniem, ale Zuzanna zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Właściwie trudno dociec, dlaczego. Czy sprawiły to romantyczne skosy w największym pomieszczeniu, do którego wchodziło się wprost od drzwi, urokliwe sufitowe belki, czy widok z okna otwierający się na zdziczały ogród i niedaleką Wisłę? Miała szczęście, że zobaczyła swoje mieszkanie o takiej porze dnia – gdy przestał padać śnieg i zimowe słońce wpadało przez wielkie okno usytuowane w połaci dachu tuż ponad gzymsem budynku. Szyba sięgała podłogi i Zuza od razu pomyślała, że trzeba ją będzie dobrze zabezpieczyć w trosce o bezpieczeństwo bliźniąt. Pokój jednak, a właściwie duża przestrzeń mieszcząca salon i kuchnię, całkowicie ją zauroczył. Podłoga z pomalowanych na biało sosnowych i – jak się za chwilę okazało – cudownie skrzypiących desek wydała jej się niezwykle efektowna. Poczuła się tu niczym w starej opowieści z dzieciństwa – sentymentalnej, skłaniającej czasem do łez, ale znacznie częściej do wzruszeń i śmiechu.

Było tu jednak bardzo brudno i na to młoda matka nie mogła przymknąć oczu. Ściany na pewno wymagały odmalowania, a podłoga gruntownego oczyszczenia. Gdyby nie konieczność pospiesznej przeprowadzki na pewno coś by z tym zrobiła wcześniej, ale teraz nie było już na to szans – wszelkie zmiany musiała wprowadzać już na miejscu.

– Zobaczymy, co jest dalej? – zapytała trwożliwie, ściskając ciepłe rączki dzieci.

Co ja najlepszego zrobiłam? Wprowadzam się do mieszkania, którego nigdy nie widziałam i nie mam pojęcia, czy wszystko w nim działa. I to z dwójką maleńkich dzieci! – odezwała się rozsądna strona jej natury. Ta druga, żądna nowych doznań, aż wywijała fikołki z radości, że zaczyna się wielka przygoda.

Wkońcu moja matka podróżowała ze mną po Indiach, gdy byłam w wieku Jasia i Basi – przypomniała sobie Zuzanna. – Jakoś to przeżyłam i mam się świetnie. Bliźniętom też nie zaszkodzi ta mansarda. Ciasna, ale własna, jak mówi porzekadło.

Odważnie ruszyła w kierunku pierwszych drzwi po prawej. Odkryła tam sympatyczny mały pokoik, który od razu przeznaczyła w myślach dla swoich pociech. Okna wychodziły na ogródek sąsiedniej kamienicy, znaczniej lepiej utrzymanej i zadbanej. Wyglądało więc na to, że będzie tu cicho i spokojnie. Obok pokoju bliźniąt było niewielkie pomieszczenie z wąskim oknem. Przy dużej wyobraźni dałoby się tu może wygospodarować ciasny pokój dla jednej osoby, gdyby oczywiście gruntownie posprzątać, a potem odmalować. Na tym kończyły się pomieszczenia z tej strony salonu. Po drugiej stronie Zuza znalazła łazienkę, niezbyt nowoczesną, ale zaskakująco czystą i w dobrym stanie. Odkręciła kurki z wodą i z ulgą stwierdziła, że wszystko działa, nawet wielki piecyk łazienkowy, który zapalił się z cichym sykiem. Obok łazienki była jeszcze maleńka komórka bez okna, do której młoda kobieta od razu postanowiła wstawić pralkę. I to były wszystkie atrakcje nowego lokum.

– Nieźle – zwróciła się do Jasia i Basi.

– Pani szanowna? To gdzie z tą szafą? – dopytywali tymczasem pomocnicy, którzy z niemałym wysiłkiem właśnie dotarli na poddasze.

Zuzanna rozejrzała się bacznie po wnętrzu. Wierzyła głęboko, że wszystko ma swoje miejsce. Zarówno wypadki w naszym życiu, jak i przedmioty w naszych mieszkaniach. Szafa musiała znaleźć przeznaczony dla niej kawałek podłogi. Ten, w którym będzie jej dane zostać na zawsze, osiąść niczym statek w porcie. Pod ścianą, pomiędzy drzwiami łazienki a komórką, był jaśniejszy kwadrat na podłodze. Tak, kiedyś musiał tutaj stać sporych rozmiarów mebel. Być może właśnie szafa. A zatem to miejsce będzie idealne. W ten sam sposób nowa właścicielka ustawiła biurko, które zajęło jedyne możliwe miejsce – wnękę pod oknem, lekko osłoniętą od jaskrawego światła, a jednocześnie bardzo jasną. Wnęka miała zresztą idealne wymiary, by mogło się w niej zmieścić biurko Zuzanny. Kredens po babci ustawił się samoczynnie niedaleko kuchni. Znalazł sobie takie miejsce przy ścianie, które pozwoliło na oddzielenie kuchni od salonu. Kanapa także szybko zadecydowała, gdzie chce być – na podłodze rysowały się dwa niewielkie wgłębienia po nogach jej poprzedniczki, szybko więc zajęła to miejsce. Największy problem był – tak jak się tego zresztą spodziewała – z fortepianem.

– Dobrze, że schody są szerokie, choć to stary budynek – chwalili tragarze, sapiąc przy wnoszeniu zabezpieczonego folią bąbelkową i kocami filcowymi instrumentu.

– No i że się to zmieściło w drzwi – z ulgą dodała Zuza, której ta sprawa najbardziej spędzała sen z powiek.

– Miała pani sporo szczęścia. Widać, że to dawna pracownia czy jakieś pomieszczenie użytkowe, bo drzwi są przeznaczone do przenoszenia większych przedmiotów. – Jeden z tragarzy wskazał na możliwość złożenia skrzydła drzwi celem poszerzenia otworu.

– Oj tak, z tym fortepianem zawsze były jakieś przygody. – Lorenc pogładziła z czułością ukochany instrument. A był to nie byle jaki dziewiętnastowieczny fortepian salonowy marki Fiodor Mühlbach z St. Petersburga z prześlicznie rzeźbionym pulpitem pod nuty. Matka i ojczym kupili go jej w szkole. Lorenc uwielbiała wyobrażać sobie, do kogo wcześniej należał i gdzie stał. Może stanowił własność jakiejś rosyjskiej księżniczki? Albo zamożnego kupca, którego dzieci uczyły się z wysiłkiem gam i prostych pasaży? A może wręcz przeciwnie – był na wyposażeniu szkoły baletowej, służąc do akompaniowania balerinom? Czasami, podczas długich godzin ćwiczeń, w zapamiętaniu wymyślała historię tego fortepianu. Nie rozstawała się z nim i mimo iż był bardzo kłopotliwym meblem – woziła ze sobą wszędzie.

– A dziecięce łóżeczka i te komódki gdzie dajemy? – Wyrwał ją z zamyślenia jeden z robotników, zadowolony, że przeprowadzka poszła tak sprawnie, bo jego koledzy wnosili właśnie ostatnie kosze i pudła z rzeczami Zuzanny i dzieci.

– Niech na razie zostaną w salonie – poprosiła. – Muszę posprzątać tamten pokój.

– Tutaj też przydałoby się uporządkować – rzucił głośno kierowca, który bacznie oglądał wnętrze. – Nikt tu nie mieszkał pewnie ze dwadzieścia lat.

– Coś koło tego. – Roześmiała się Lorenc, wydobywając z portfela pieniądze, by rozliczyć się z tragarzami.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Dziwię się pani, że chce pani z dzieciakami w takiej norze mieszkać. Nie lepiej to sprzedać i kupić sobie kawalerkę w nowych blokach? Cicho, ciepło, wszystko świeże, a tutaj co? Sypie się, niewymalowane i jeszcze pewnie będzie pani musiała węgiel nosić do kominka…

– To tu jest kominek? – Zdumiała się młoda kobieta, bo w pierwszym momencie go nie zauważyła.

– Oczywiście, proszę zobaczyć. – Robotnik poprowadził ją pod ścianę, gdzie rzeczywiście usytuowano kominek. Zapewne właśnie dlatego usadowiła się tam kanapa. Kominek był obecnie zasłonięty jakimiś papierzyskami i starymi kartonami, ale wyglądał naprawdę ładnie. I sprawiał nawet wrażenie czynnego.

– No to mamy prawdziwy dom! – Zuzanna klasnęła w dłonie i spojrzała na dzieci.

Jaś wdrapał się na kanapę i właśnie układał się do południowej drzemki. Basia siedziała pod biurkiem i bawiła się znalezionymi na podłodze drewienkami. Ich matka przyglądała się mieszkaniu z rozmarzeniem i radosnym uśmiechem.

– Pomylona jakaś, czy co? – rzucił scenicznym szeptem kierowca, który nadal nie mógł zrozumieć, że ktoś widzi urok w tak niepozornym miejscu.

– Ma pani kogoś do pomocy? – zagadnął drugi z tragarzy. – Męża znaczy jakiegoś czy narzeczonego, kogokolwiek? W to mieszkanie trzeba mnóstwo pracy włożyć, żeby je doprowadzić do stanu używalności. Przecież tu nawet dach może przeciekać!

– Dziewczyno, zima w pełni, a ty w takiej ruderze chcesz mieszkać! – dodał jeszcze od progu kierowca, kiwając głową nad brakiem rozsądku Zuzanny.

Ona jednak już nie słuchała.

Roziskrzonym wzrokiem ogarniała swoje nowe małe królestwo. Swój własny świat. Prywatny. Tylko jej i dzieci. Jak doskonale pasowały tu wszystkie przywiezione rzeczy: te, które podarowała jej matka, pamiątki rodzinne oraz własne, kupione już z myślą o nowym lokum. I była wdzięczna losowi za ten uśmiech. Jej marzenie się ziściło.

[1]Per aspera ad astra (łac.) – przez ciernie do gwiazd; Seneka Młodszy, Herkules szalejący, 437.

2.

Sprawdzała właśnie, czy ściany w dziecięcym pokoiku wystarczająco wyschły, aby pomalować je jeszcze raz, gdy odezwało się zdecydowane pukanie do drzwi.

Zuzanna rzuciła okiem na bliźnięta – spały jeszcze, zmęczone zabawą, a potem posiłkiem. Malowanie nie przysporzyło jej problemów. Kupiła farbę w sklepie na rynku, gdy następnego dnia po przybyciu do nowego mieszkania zapakowała bliźniaki do wózka i wybrała się po zakupy. Zdecydowała się na delikatny odcień zimnego błękitu. Chciała, żeby dzieci otaczała spokojna barwa nieba.

Pokój był tak mały, że pomalowanie poszło naprawdę szybko i teraz Zuza była wręcz upojona swoim sukcesem. Trzeba przejechać farbą jeszcze raz, aby pozbyć się wszelkich smug, a potem wyszorować podłogę, umyć okna i dzieci będą miały w końcu własne miejsce. Następnie będzie się mogła zabrać za salon. Co to dla niej? Nie ma rzeczy niemożliwych!

Pukanie nasiliło się, więc Lorenc wypłukała ręce nad zlewem w kuchni i poszła otworzyć.

Wdrzwiach stała dziewczyna, a właściwie młoda kobieta, o regularnych rysach twarzy i niesamowitych jasno-brązowych włosach poskręcanych w miliony sprężynek. Na widok Zuzanny potrząsnęła głową i uśmiechnęła się szeroko.

– Jestem sąsiadką z dołu, nazywam się Jakubowska. Zauważyłyśmy samochód meblowy. Sprowadziłaś się? Jesteś córką profesora Stanisławskiego?

– Pasierbicą – odpowiedziała krótko gospodyni i lekko się skrzywiła.

Dziewczyna z włosami jak sprężyny zdawała się tego nie dostrzegać, tylko ciekawie zaglądała do środka.

– Może wejdziesz na chwilę – zaprosiła ją Zuza.

Sąsiadka wyglądała sympatycznie i matka bliźniąt nie widziała powodów, by nie zacząć nawiązywać normalnych kontaktów, zwłaszcza że okazja sama się nadarzyła.

– Bardzo chętnie. Nigdy tutaj nie byłam, a zawsze mnie ciekawiło, jak ten strych wygląda.

– Mansarda – poprawiła gospodyni.

– Tak, poddasze. Kiedyś nawet wlazłam na dach, żeby zajrzeć przez okno, ale mama mnie ochrzaniła. To zresztą było bardzo dawno, jeszcze jak chodziłam do szkoły. Profesor rzadko się tutaj pojawiał. Mama go znała, ale ja to już wcale. Babcia opowiadała, że tę pracownię to dostał w latach siedemdziesiątych i ukrywał się tu w stanie wojennym. Możliwe. Ja w każdym razie urodziłam się dopiero w dziewięćdziesiątym drugim i w ogóle tego nie pamiętam. Ładnie się urządziłaś, ale strasznie tu brudno. Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w sprzątaniu.

Powiedziała to wszystko na jednym oddechu, a Lorenc spojrzała na nią bardzo zdumiona. Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Wiem, za dużo gadam. Wszyscy tak mówią. Podobno nie pozwalam nikomu dojść do słowa, ale to nieprawda. Jak masz na imię?

– Zuza, a ty?

– Jestem Miranda[2].

– Że jak? – zdziwiła się niezbyt grzecznie gospodyni, a nowo przybyła wybuchnęła śmiechem.

– To przez mojego pradziadka. Był absolutnie zakręcony na punkcie Szekspira i umyślił sobie, że wszystkie dziewczęta w jego rodzie będą nosiły imiona bohaterek z tych sztuk. Dziadek i mój ojciec całkowicie popierali to szaleństwo. Jak możesz sobie wyobrazić, rodzina była liczna i normalne imiona szybko się pokończyły. Moja babcia jest, co prawda, Sylwią, ale mama ma już na imię Ofelia.

– Żartujesz!

Zuza chciała coś jeszcze dodać, ale Miranda jej nie pozwoliła.

– Wcale nie. Nie muszę dodawać, że nie cierpi tego imienia. Wszyscy mówią do niej Fela, co, moim zdaniem, jest równie komiczne. No ale pomyśl: mogła być Hermioną albo Rozalindą. Moja ciotka nosi za to imię Helena, więc całkiem normalnie, choć też z Szekspira.

– To zupełnie niewiarygodne – stwierdziła Lorenc.

Sąsiadka pokręciła głową.

– Nie przesadzaj, może tylko dziwne. Piękny fortepian – zmieniła temat. – To ty wczoraj grałaś?

– Tak, sprawdzałam instrument po nastrojeniu. – Zuza była zdumiona, że dźwięk aż tak bardzo się tutaj niesie.

– Ten dom jest okropnie akustyczny. W łazience słychać, jak Marta Olesińska przewraca naleśniki w swojej kuchni – tak przynajmniej utrzymuje Helena. Babcia słyszała twoją grę i kazała mi dzisiaj tu przyjść, żeby podziękować. Ona uwielbia Księżycową. Ponoć miała wrażenie, jakby aniołowie pojawili się pod naszym dachem. Babcia lubi przesadzać – aniołowie na Gwiaździstej? Bardzo to poetyczne, nie powiem, ale w tej kamienicy i w takim sąsiedztwie? Szczerze wątpię!

– Dlaczego? – zainteresowała się Lorenc. – Ludzie są tu niesympatyczni?

Miranda skrzywiła się wymownie.

– Gryźnięci.

– Gryźnięci? – Nie rozumiała gospodyni.

– Tak mówi Hela. Po prostu coś ich ugryzło. Powiem ci szczerze, nie kochamy się w tym domu za bardzo. Okropnie sztywne towarzystwo tu mieszka.

Sąsiadka rozejrzała się po salonie i, zauważywszy kanapę, podeszła do niej, a potem rozsiadła się wygodnie.

– Może napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? – Zuzanna zaproponowała to z rozbawieniem, bo dziewczyna wydała jej się dosyć niezwykłą osobą. Niekonwencjonalną i niezbyt liczącą się z powszechnie panującymi zasadami.

– Nie, dziękuję, nie będę ci robiła kłopotu. Naprawdę zawsze mnie interesowała ta pracownia. Mama uznała, że mam na jej punkcie obsesję. Wyobrażałam sobie, że tu jest pełno obrazów profesora Stanisławskiego… – To ostatnie dodała z taką pretensją w głosie, że Zuza uznała, iż powinna jakoś się wytłumaczyć.

– Tutaj ich na pewno nie ma. Edmund… To znaczy ojczym nigdy ich tu nie trzymał.

– Ależ na pewno były! Babcia opowiadała, że długo korzystał z tej pracowni, a w stanie wojennym drukowali tu bibułę, jakieś książki nawet…

Tak. Opozycyjna przeszłość jej ojczyma. Wspaniałe heroiczne lata, które uwielbiał wspominać, żeby się nimi chwalić. Młody wówczas artysta pomagający tworzyć szatę graficzną podziemnych wydawnictw i odbijający na powielaczu ulotki. A obecnie szanowany profesor architektury wnętrz i właściciel znakomicie prosperującej firmy budowlanej.

– Wszystkie obrazy ma na uczelni albo u siebie w domu. – Lorenc powiedziała to takim tonem, że nawet Miranda zrozumiała, iż nie należy drążyć tematu, o ile chce pozostać z nową znajomą w przyjacielskich stosunkach.

Spłoszona rozejrzała się ponownie po pokoju. Dostrzegła łóżeczka, w których spali w najlepsze Jaś i Basia.

– Dzieciaczki! – Ucieszyła się i natychmiast odruchowo ściszyła głos do szeptu. – Mogę podejść? – zapytała, po czym, nie czekając na zgodę matki, zeskoczyła z kanapy i zbliżyła się do bliźniąt. – Jakie cudowne! – Zachwyciła się szczerze. – Pewnie masz z nimi kupę roboty? No, ale jak trochę podrosną, to się będą bawiły ze sobą, a to już zysk.

– Tak mówią – rzuciła Zuzanna. – Bo może też tak być, że będą się ciągle bić.

– Nie mów tak. Takie cudowne dzieci… To na pewno aniołeczki.

– Owszem, jak śpią…

Roześmiała się, ale naraz coś jej się przypomniało i natychmiast spoważniała.

– Powiedz mi, Mirando, czy tu w okolicy funkcjonują jakieś przedszkola, kluby malucha? Niedługo będę musiała zacząć rozglądać się za pracą, więc…

– Kim jesteś z zawodu? Grasz w jakim zespole? – przerwała jej w swoim stylu sąsiadka.

– Tak, jestem pianistką. Do koncertowania chyba już nie wrócę, ale mogłabym na przykład uczyć muzyki. Tylko nie wiem, czy mi się uda. Ciężko znaleźć taką pracę w środku roku szkolnego.

Dziewczyna o szekspirowskim imieniu zmarszczyła brwi.

– Przy rynku widziałam przedszkole. Nie wiem, czy są tam jakieś miejsca, bo nigdy się tym nie interesowałam, ale mogę zapytać moją kierowniczkę. Ona zna tu wszystkich i na pewno wie.

– A ty czym się zajmujesz? – zaciekawiła się Zuza.

– Według mojej matki niczym. Pracuję w bibliotece na część etatu. Organizuję warsztaty dla dzieci, kataloguję zbiory, przygotowuję gazetki ścienne, wypożyczam książki. Takie tam, niewielkie rzeczy za małe pieniądze. Mnie to jednak bardzo cieszy. Praca jest ciekawa i w różnych godzinach, nie można się nudzić. No i udaje mi się wygospodarować czas, żeby zająć się babcią na zmianę z Heleną.

– Babcia jest chora? – ostrożnie zapytała Lorenc.

Miranda pokręciła głową.

– Po prostu słaba. Ma prawie osiemdziesiąt lat i niemal wcale nie wychodzi z domu, boi się. Niedowidzi, więc lubi, kiedy jej się czyta książki albo puszcza muzykę z płyt. A rozmawiać mogłaby godzinami. Jest bardzo towarzyska i niesamowicie pogodna. Babcia Sylwia to najlepszy człowiek na świecie. Musisz ją koniecznie poznać, zresztą zapraszamy cię do nas jutro na śniadanie.

– Bardzo dziękuję, chętnie przyjdę. – Ucieszyła się Zuza, którą już zainteresowała ta rodzina.

Sąsiadka oderwała się od łóżeczek bliźniąt i ponownie przemaszerowała po salonie.

– Mów, co chcesz, ale ja uważam, że tu jest masa do zrobienia. Pomagałam przy remoncie czytelni, to wiem. Trzeba pomalować, uszczelnić podłogę i koniecznie naprawić okna. Nie mam też pojęcia, w jakim stanie jest ten kominek. Jeżeli zima będzie dalej trzymać, zamarzniecie tu na amen. Strach pomyśleć, co się będzie działo, a w tym domu nie ma przecieżżadnego administratora, nie będzie się nawet komu poskarżyć!

– Jak to? – Nie rozumiała gospodyni. – Przecież każdą nieruchomością ktoś zarządza. Płaci się czynsz, ktoś sprząta i tak dalej.

– No właśnie: „ itak dalej”. U nas nie ma żadnego „ dalej”. To jest przedwojenna kamienica z przedwojennym właścicielem. A to oznacza, że nie wiadomo, do kogo należy. Ten zarozumiały bufon z parteru, Nowacki, co to ma sieć restauracji, chciał ją nawet kupić i dowiadywał się w urzędzie. Ale ponoć dom nie jest na sprzedaż. Przed laty administrowała nim spółdzielnia mieszcząca się nieopodal rynku, a potem powiedzieli, że sami mamy się nią zajmować, sprzątać i robić naprawy. No więc Nowacki wymyślił, że trzeba założyć specjalne konto, na które będziemy wpłacać pieniądze z przeznaczeniem na te wszystkie rzeczy. Taki czynsz, jak wcześniej do spółdzielni. I tak to właśnie działa. Jeśli ci się zatem kominek popsuje lub rynna przedziurawi, to do kogo masz zadzwonić po pomoc? Do Nowackiego? Do banku, gdzie jest konto? No właśnie… Wszystko musisz załatwić sama. To okropnie niewygodne i pewnie dlatego ta kamienica wygląda jak wygląda, a wszyscy patrzą na siebie wilkiem. Każdy uważa, że robi więcej niż pozostali, a pieniądze przydałyby się na zupełnie inne rzeczy.

– Aż tak nie możecie się dogadać? – Nie rozumiała Zuza.

Zbliżała się pora podwieczorku i bliźnięta zaczęły już przeciągać się w łóżeczkach. Poszła więc do kuchni, przygotować im przekąskę. Miranda podreptała za nią.

– Nowacki mieszka przykładowo na parterze, prawda? No to on by chciał, żeby ciągle naprawiać drzwi wejściowe, bo mu wieje, a poza tym każdy trzaska, jak wchodzi. Pani Pieniążkiewicz przeszkadzają rynny. Wiesz, ona mieszka z brzegu i rzeczywiście ma taki pokój, gdzie krzyżują się rynny. Ty z kolei zajmujesz lokal pod dachem, mogłabyś więc cały czas domagać się pieniędzy na remont poszycia. Tak właśnie u nas jest. Olesińscy z drugiego piętra cały czas gadają tylko o schodach, żeby je wymienić, a najlepiej zainstalować windę. Windę w dwupiętrowym przedwojennym domu! Chyba na głowę upadli.

– A wy? Czego wy byście chciały? – zainteresowała się mało dyskretnie Lorenc.

Miranda wzruszyła ramionami.

– My chyba świętego spokoju. Za to Helena…

– Co z nią?

– Jej zależy na sklepie.

– Twoja ciotka prowadzi sklep? Gdzieś w okolicy?

Jakubowska pokręciła głową, a potem poprowadziła sąsiadkę do okna. Latarnie dobrze oświetlały całą okolicę.

– Widzisz tutaj po prawej podwórko naszej kamienicy? Sąsiaduje z tym drugim domem, pod dziewiątką. We wspólnym podwórku kiedyś była pralnia. Babcia mówiła, że to się nazywało „ pralnia paryska”, choć Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego. Po pralni nie zostało nawet wspomnienie, bo kto teraz pierze bieliznę poza domem, chyba tylko biznesmeni na delegacjach, a tych u nas raczej nie uświadczysz, więc lokal od wieków stoi pusty. Hela chce tutaj założyć sklep i swoją manufakturę.

– Manufakturę? Czego? – Lorenc spróbowała sobie wyobrazić ciotkę Mirandy. Po tym wszystkim, czego już się dowiedziała o szekspirowskiej rodzinie, wyobrażała ją sobie jako krzepką gospodynię zajmującą się domowej roboty przetworami i wypiekami. Może Helena zamierzała stworzyć sklep z marmoladą i konfiturami albo jeszcze lepiej – cukierenkę z przepysznymi ciastami? To byłaby wspaniała wiadomość! Latem Zuza mogłaby wpadać z dziećmi na kawę i coś pysznego, właściwie nie wychodząc z domu. A gdyby krewna nowej znajomej sprzedawała również bułki, co rano mieliby świeże pieczywo.

– Mydło. – Wyrwała ją z tych rojeń sąsiadka. – Hela zamierza wytwarzać mydło.

– Poważnie? – Zuza zdumiała się po raz kolejny tego popołudnia.

– Otóż niestety tak. Helena wyznaje taką teorię, że ten, kto potrafi robić mydło, może podbić cały świat.

– Ciekawe – mruknęła ostrożnie gospodyni. Ciotka Mirandy zaczynała zmieniać się w jej wyobrażeniach w rewolucjonistkę.

– Jeszcze jak! Hela robi naprawdę wspaniałe mydło. Chciałaby go produkować więcej, sprzedawać w swoim sklepie. Umyśliła sobie, że założy go właśnie w starej pralni. Wiesz, pralnia, mydło, to nawet jakaś kontynuacja. No, ale nie wiadomo, jak będzie…

– A co się stało? – Nie rozumiała Lorenc. – Sąsiedzi się nie zgadzają? Przecież to nie jest uciążliwa produkcja. Chyba nie wiąże się z jakimiś szkodliwymi dla zdrowia dodatkami?

– No coś ty! Każdy w domu ma mydło. Niebezpieczny jest wyłącznie ług, ale ciotka umie się z nim obchodzić, możesz być pewna. Oczywiście sąsiedzi nie byli szczęśliwi, że coś się tu zmienia, choć w końcu zgodzili się wydać jej klucze do pralni, ale najgorsze są te problemy własnościowe. Czyj jest ten lokal? Kto może z niego korzystać i na jakich warunkach? Jednym słowem – kołomyjka.

– Może pismo, które otrzymałyśmy, rozwiąże sprawę? – zadumała się Zuza, biorąc Basię na ręce, bo mała przebudziła się i zaczęła płakać.

– Też dostałaś? Mama strasznie się tym przejęła. Jest pewna, że nas wyrzucą. Helena z kolei uważa, że to niemożliwe.

– A babcia?

– Babcia w ogóle się tym nie interesuje. O właśnie… – Popatrzyła na zegarek. – Muszę iść, żeby zrobić jej herbatę. Opowiem jej o tobie, ucieszy się. Mam do ciebie prośbę: zagraj potem coś ładnego, babcia będzie zachwycona.

– Mogę zagrać, nie ma problemu. Jakieś życzenia?

– Najbardziej lubi Popołudnie fauna Debussy’ego, muszę bez przerwy włączać tę płytę.

– Tylko że to jest utwór symfoniczny, nie fortepianowy – wyjaśniła Zuzanna, wsadzając Basię do krzesełka i podając jej serek z owocami. – Mam jednak dla twojej babci coś specjalnego.

– Ale co? – spytała z ciekawością Miranda.

– Zobaczysz, niech to będzie niespodzianka.

– Dobrze. Zatem lecę. Wpadnij jutro rano koło dziewiątej, oczywiście z dziećmi. Będziemy czekały.

– Do zobaczenia.

Kiedy już Miranda zniknęła za drzwiami, Zuza się roześmiała. Zabawna dziewczyna. Jeżeli wszyscy „ gryźnięci” sąsiedzi mieliby się okazać tacy jak ona, byłoby naprawdę świetnie.

Jaś także się obudził i zaczął wyciągać rączki. Matka wyjęła go z łóżeczka, po czym posadziła w drugim krzesełku.

– Pora na podwieczorek. Ja także zasłużyłam na kawę.

Nakarmiła dzieci, a potem przeniosła się z nimi na wielką matę do zabawy, którą dla wygody rozłożyła przed kominkiem. Basia od razu zaczęła się przemieszczać w kierunku pluszaków, a Jaś zajął się grającą książeczką.

Rozejrzała się po salonie. Miranda niestety miała rację. Pomieszczenie, choć z dużym potencjałem, prezentowało się na razie niezbyt wystrzałowo. Zuza westchnęła. Oby wystarczyło pomalowanie ścian. Jeżeli kominek jest uszkodzony lub, nie daj Boże, zepsuty, może nie starczyć jej pieniędzy i wtedy będzie musiała poprosić kolejny raz o pomoc Edmunda, a na to nie miała zbyt wielkiej ochoty.

Poza tym nie wiadomo, co się kryło za dziwnym zawiadomieniem od notariusza. A jeżeli rzeczywiście znalazł się właściciel i zechce ich wyrzucić?

– Wystarczy, że podniesie czynsz – powiedziała na głos, robiąc zabawną minę do Jasia, który roześmiał się i zaczął machać rękami. – Wtedy i tak będę się musiała wyprowadzić.

Nie. Postanowiła nie dawać się czarnym myślom. Taką w końcu miała receptę na lepszą część życia, którą właśnie zaczynała. Żadnego martwienia się na zapas i ulegania złym nastrojom. Podobno nie można się zmienić na zawołanie i ze smutasa przeobrazić się w wesołka, a z czarnowidza w optymistę, ale ona postanowiła dokonać w sobie właśnie takiej metamorfozy. „ Nie oglądaj się za siebie i nie myśl o tym, co złe” – takie hasło kazała wypisać na etui telefonu komórkowego, gdy zmieniała numer. Tym samym chciała się całkowicie odciąć od niedobrych emocji i poprzedniego życia. Od czekania i zaklinania losu.

Jaś pisnął, więc Zuzanna uznała, że pora na kolację i kąpiel. Czas z dziećmi upływał jej szybko i – co tu kryć – to zajęcie uspokajało ją. Lubiła patrzeć, jak bawią się przekładaniem klocków, czy pokazywać im obrazki w książeczkach. Razem rysowali albo starali się lepić zwierzątka z plasteliny. Miała wtedy wrażenie, że sama wraca do dzieciństwa, w dodatku może to robić całkowicie bezkarnie.

Wielka żeliwna wanna była co prawda mocno leciwa, ale w doskonałym stanie. Raczej rzadko ktoś z niej korzystał, w końcu pracownia stała pusta przez wiele lat. Wyszorowana i wybielona prezentowała się naprawdę dobrze i – co ważne – bez trudu mieściła wielką plastikową wanienkę, w której Zuza sadzała dzieci. Jasiowi i Basi kleiły się już oczy, gdy układała ich w łóżeczkach. Włączyła delikatną muzykę i poczekała, aż zasną. Dopiero wtedy zabrała się za porządkowanie pokoju. Gdy usypiały na dobre, nic nie było ich w stanie wybudzić.

Wyjrzała przez okno na podwórze. Dawno zapadł już mrok. W ciemnościach zimowego wieczoru, oświetlany tylko punktowym światłem, zaniedbany ogród wyglądał fantastycznie. Suche badyle pokryte czapami śniegu sprawiały co prawda nieco przygnębiające wrażenie, ale plątanina gałęzi dzikich drzew i krzewów miała w sobie coś urzekającego. Szkoda, że nikt nie dbał o to miejsce, bo niewielkim nakładem pracy można by zrobić z niego prawdziwą perełkę. Z któregoś z mieszkań na parterze na pewno było wyjście do ogrodu i Zuzannę ciekawiło, kto z lokatorów tak zapuścił ten teren.

Może ten biznesmen Nowacki, o którym wspominała Miranda? – zastanowiła się. Taki człowiek na pewno nie ma czasu na tępienie chwastów i przycinanie drzew. Działająca w amatorski sposób wspólnota mieszkańców także zapewne nie była skłonna przekazywać środków finansowych na utrzymanie zieleni. Na pewno były pilniejsze potrzeby. Ogród więc dziczał i niszczał, stając się powoli zupełnie niedostępnym miejscem. Teraz, gdy drzewa straciły liście, a ziemię przykrywała warstwa śniegu, można było z grubsza zorientować się w pierwotnym założeniu tego miejsca. W świetle ulicznej latarni Zuzanna widziała, że ktoś musiał przed laty wytyczyć alejki i klomby, istniał nawet jakiś niewyraźny zarys architektury ogrodowej, być może sadzawki? Szkoda jednak, że obecnie tak to wszystko marnie wyglądało. Z drugiego okna salonu widać było z kolei podwórko oficyny, w której Helena chciała zlokalizować swój sklep. Gdy Zuzanna wysiliła wzrok, dostrzegła kontur starego szyldu pralni. Była bardzo ciekawa tego miejsca i obiecywała sobie wszystko dokładnie zbadać następnego dnia.

Na razie jednak wróciła do pokoiku dzieci. Ściana przeschła, postanowiła więc pomalować ją jeszcze raz. Kiedy skończyła, z satysfakcją obejrzała swoje dzieło. Miała nadzieję, że wkrótce wszystko wyschnie i będzie mogła posprzątać, a potem ustawić tam meble bliźniąt.

Popatrzyła na ich spokojne i szczęśliwe twarze i ją także ogarnął spokój. Miała wreszcie przekonanie, że podjęła właściwe i jedyne możliwe decyzje.

Wzięła prysznic, przebrała się, a potem usiadła do fortepianu. Chwilę trzymała dłonie na klawiaturze, a potem spod jej palców popłynęła czarodziejska muzyka Clair de lune Claude’aDebussy’ego. Księżyc zbliżył się do okna ciekawie, oświetlając swym bladym światłem resztki ogrodowej sadzawki z niewielkim posągiem na środku. Na krótką chwilę to miejsce stało się dziwnym widmowym światem z innej epoki.

Skupiona na grze Zuza nie miała pojęcia, że wydobywające się spod jej palców dźwięki zaczarowały ogród. Nie wiedziała też, że pani Klara Pieniążkiewicz wyglądająca przez okno swojego mieszkania aż krzyknęła ze strachu, jakby zobaczyła ducha. Ten widok, niezwykłe migotliwe światło, przypomniał jej o czymś, co dawno już chciała pogrzebać w pamięci.

Pani Klara westchnęła i odeszła od szyby. Drżącymi dłońmi sięgnęła do szuflady bieliźniarki i z wysiłkiem wydobyła spod sterty nieużywanych obrusów kopertę ze zdjęciami. Zaczęła je przeglądać. Po chwili fotografie wypadły jej z dłoni i rozsypały się wokół niej jak wyblakłe czarno-białe płatki zapomnianych kwiatów. Pani Klara patrzyła na nie zamglonym wzrokiem i oddychała z wysiłkiem. Z poddasza wciąż dobiegały cudowne dźwięki fortepianowej muzyki.

[2]Miranda to postać z Burzy Wiliama Szekspira. Potem kolejno wymieniane są bohaterki dramatów: Dwaj panowie z Werony (Sylwia), Hamlet (Ofelia), Opowieść zimowa (Hermiona), Jak wam się podoba (Rozalinda) i Sen nocy letniej (Helena).

3.

Następnego dnia rano, tuż przed dziewiątą Zuzanna zeszła na dół i zapukała do drzwi oznaczonych tabliczką: „ Izydor Werde – inżynier”. Miranda otworzyła jej prawie od razu.

– Super, że jesteś. Babcia się ucieszy. Ja wezmę Basię – powiedziała jednym tchem i wyciągnęła ręce, żeby odebrać dziewczynkę.

Zuzanna przekazała jej dziecko z wdzięcznością, bo już trochę trudno było jej dźwigać oboje, a ze stromych schodów schodzili wciąż dosyć nieporadnie.

Mieszkanie było obszerne i niemiłosiernie zagracone. Widać, że różne pamiątki gromadzono tu od wielu lat. Na ścianach wisiały grafiki i obrazy, a na dosyć bezładnie ustawionych meblach stało pełno bibelotów i książek. Ktoś wyraźnie próbował okiełznać ten chaos, ale nie bardzo mu się to udawało.

Miranda poprowadziła Zuzę i bliźnięta do wielkiego salonu, gdzie przy stole siedziały dwie kobiety, a sama szybko zniknęła w kuchni. Lorenc bezbłędnie rozpoznała matkę dziewczyny. Ofelia miała identyczne włosy poskręcane w sprężynki, tylko w dużo jaśniejszym odcieniu. Była przy tym szczupła, wysoka – wyglądała na stanowczą i surową. Druga osoba przy stole stanowiła jej całkowite zaprzeczenie i młoda matka domyśliła się w niej ciotki Heleny. Sprawiała intrygujące wrażenie: średniego wzrostu o krótko ostrzyżonych czarnych włosach, których końcówki pofarbowała na fioletowo. Jej twarz zdradzała wszystkie emocje właścicielki, zupełnie inaczej niż u posągowej Ofelii. Helena od pierwszego wrażenia wydawała się być niesamowicie żywiołowa i spontaniczna, a ponieważ nieustannie przestawiała różne przedmioty na stole, Lorenc nie miała wątpliwości, że to ona tworzy nieład, z którym jej siostra stara się walczyć.

– Ty jesteś pewnie naszą nową sąsiadką, a to twoje urocze szkraby: Jaś i Basia, prawda? Wszystko wiemy od Mirandy – perorowała entuzjastycznie na widok wchodzących i od razu zerwała się z miejsca, żeby ich powitać. – Mów do mnie Helena, nie lubię tych wszystkich głupich formułek, bo czuję się jak w szkole albo w urzędzie.

– A tak, wydaje ci się, że wciąż masz szesnaście lat – rzuciła z przekąsem jej starsza siostra. – Jestem Ofelia Werde-Jakubowska, miło mi panią poznać, przepraszam, ale za kilka minut powinnam wychodzić do pracy. Niektórzy w tym domu muszą zarabiać. – Popatrzyła znacząco na Helenę, która wzruszyła ramionami, po czym usiadła z rozmachem za stołem.

– Ty to nazywasz pracą? – powiedziała wzgardliwie, na co siostra obrzuciła ją nieprzyjaznym spojrzeniem. – Tkwisz przy biurku w jakiejś dziwnej instytucji i przewracasz papiery z jednej kupy na drugą.

– Lepsze to niż snucie fantazji i robienie nierealistycznych planów. Czas dorosnąć, Heleno, wziąć odpowiedzialność za swoje życie.

– Nie truj, zwłaszcza przy gościach. Co Zuza sobie o nas pomyśli? Już się zorientowała, że jesteś drętwa i nudna, ale może o reszcie rodziny ma na razie odrobinę lepsze zdanie. – Ciemnowłosa kobieta zaśmiała się nerwowo.

Jej siostra wzięła tymczasem z komody torebkę i wyszła, nie żegnając się z nikim. Lorenc uderzyło, że prawie nie przyjrzała się jej dzieciom – bliźnięta zawsze budziły zainteresowanie swoimi pogodnymi twarzyczkami i sympatycznym gaworzeniem, bo nie mówiły jeszcze zbyt wielu słów. A tu proszę – nowa sąsiadka prawie nie zaszczyciła ich spojrzeniem. Wydało się jej to trochę dziwne i chyba nie wróżyło zbyt dobrze na przyszłość. Może kostyczna pani Jakubowska nie lubiła małych dzieci?

Gdy tylko Ofelia opuściła pokój, błyskawicznie zniknęło napięcie, jakie wcześniej dawało się tu wyczuć. Zuzanna od razu się zorientowała, że w tej rodzinie to matka Mirandy stawia wymagania. Tyle że nie wszyscy chcą lub mogą im sprostać.

– Przepraszam za siostrę. Miewa muchy w nosie – stwierdziła z przekąsem Helena. – Zaprowadzę cię do mamy, bo bardzo chciała cię poznać. Zjemy u niej, dobrze? Zwykle tak robimy, żeby nie czuła się samotnie. Miranda wszystko przygotuje, dzisiaj jej kolej. Jeżeli pozwolisz, poprowadzę za rękę jedno z dzieci, są takie kochane.

Pokój seniorki rodu prezentował się zupełnie inaczej niż reszta mieszkania. Był starannie uprzątnięty, bez ani jednego zbędnego sprzętu. Gdy weszły, Miranda kończyła właśnie wygładzanie pościeli na łóżku babci. Pani Sylwia siedziała na bardzo ładnej otomanie w stroju porannym, czyli koszuli nocnej przypominającej bardziej suknię niż odzież do spania, i równie eleganckim szlafroczku.

– Witam panią w naszym domu. – Wyciągnęła do nowo przybyłej drobną dłoń poznaczoną siateczką zmarszczek. – Jest pani córką Edmunda Stanisławskiego?

– Pasierbicą. Nazywam się Zuzanna Lorenc.

– Lorenc? Czy nie było kiedyś takiej śpiewaczki operowej? Zaraz… Jak ona miała na imię? Łucja?

– Tak, ma pani doskonałą pamięć. To moja matka – wyjaśniła niezbyt chętnie nowa sąsiadka.

– Wspaniały głos! – zachwyciła się Sylwia. – Zupełnie niezwykły. Teraz rozumiem już, skąd u pani te uzdolnienia muzyczne. Przy okazji dziękuję za koncert. Uwielbiam Debussy’ego, to mój faworyt. Niestety, nie nadarza mi się już okazja, by słuchać muzyki na żywo.

– Za to masz mnóstwo płyt i katujesz nas nimi od rana do wieczora – uzupełniła Helena.

– Ty się, dziecko, w ogóle nie znasz na muzyce. Nigdy się nie znałaś, nad czym ubolewam. Swoją drogą, jestem ciekawa, pani Zuzanno, jakim cudem na tym strychu zmieścił się fortepian? Jak w ogóle udało się go wnieść po schodach?

– Z trudem. – Lorenc się roześmiała.

– W to nie wątpię. – Kiwnęła głową starsza pani. – Robotnicy na pewno nie byli zadowoleni. Ja natomiast jestem. Bardzo się cieszę, że w końcu ktoś zamieszkał na górze.

– Tak, szczególnie w trosce o dach – dodała z przekąsem Helena. – Trzeba nieustannie kontrolować, czy nie przecieka. Do tej pory wyłaziłyśmy tam na zmianę z Mirandą…

– Ja mam lęk wysokości – zastrzegła się Zuza.

– Możesz po prostu obserwować, czy na suficie nie robią się plamy – wyjaśniła ciemnowłosa sąsiadka. – Do tej pory nie miałyśmy dostępu do tej części kondygnacji. Poza tym przez to zamieszanie z własnością domu nikt nam nie chce pomóc w remoncie. Tak samo jest z ulicą. Chodnik, asfalt przed domem – wszystko w opłakanym stanie.

– Tym akurat powinna się zająć rada dzielnicy – oświadczyła z przekonaniem Lorenc. – Takie rzeczy pozostają chyba w kompetencji miasta, prawda?

– Rada dzielnicy… – Wydęła wargi młodsza pani Werde. – Ostatnio dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, że jednym z radnych jest Szarotka!

– Jaka Szarotka? – Nie mogła zrozumieć Sylwia.

– Nie jaka Szarotka, tylko jaki. Mikołaj Szarocki, zwany Szarotką. Chodziłam z nim do klasy, na pewno pamiętasz. Nie było większego głupka. Szczerze wątpię, żeby w ogóle nauczył się pisać! Całymi dniami grał w piłkę, a zimą w hokeja. I on teraz jest radnym? Śmiechu warte! Jeśli w tej radzie mają urzędników podobnych do niego, to raczej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż oni nam tu cokolwiek wyremontują.

– Może Szarotka nauczyła się pisać. Minęło w końcu dwadzieścia lat od czasów szkolnych – rzuciła Sylwia, z humorem mrugając do Zuzy.

– Szarotka był wyjątkowo odporny na wiedzę. Rzekłabym – impregnowany. Raz nasza polonistka, nazywaliśmy ją Ziuta, bo nosiła nazwisko Józefowicz, powiedziała do niego (ponieważ odpowiedział prawidłowo na jakieś pytanie z gramatyki): „ Widzę, Szarocki, że zaczynasz myśleć”, a Szarotka na to: „ Wcale nie!”. Taki właśnie był. Jeśli mu to zostało do dzisiaj, czarno widzę przyszłość naszego chodnika!

Seniorka rodu śmiała się, wyciągając ręce do Jasia i Basi.

– Jakie cudowne buzie. Bardzo mi tu brakuje maluchów. W naszej kamienicy w ogóle nie ma dzieci – poskarżyła się.

– Olesińscy to chyba by mogli mieć dzieci, prawda? – rzuciła Miranda, wnosząc do pokoju tacę. – Może nie chcą?

Jej ciotka wzruszyła ramionami.

– Wątpię, czy oni się nadają na rodziców. Zajęci są wyłącznie swoim pieskiem. A Jacek Nowacki nie lepszy. W ubiegłym roku rozstał się z żoną. Nie wytrzymała z nim kobieta.

– Przestań, Helenko, nie wolno źle mówić o ludziach. – Próbowała ją zmitygować matka. – Po co rozsiewać plotki?

– Może kłamię? – obruszyła się córka. – Nowacki też chodził ze mną do szkoły. Był dwa lata wyżej. Straszny bufon i zarozumialec. Jego rodzice mieli willę na Ogrodowej, niedaleko stąd. Kiedy się dowiedziałam, że sprowadza się do naszej kamienicy, od razu pomyślałam sobie, że to dopust Boży…

– Ale tę żonę miał w porządku – wtrąciła się najmłodsza z kobiet, ustawiając przed każdym jajko na miękko.

Sylwia sięgnęła po chleb i kiwnęła głową.

– Mirando, jeszcze przynieś kawę – upomniała wnuczkę, a ta szybko poderwała się od stołu.

– Żona była fajna, dlatego puściła go w trąbę – oznajmiła Helena, smarując sobie bułkę masłem. – Czy bliźnięta lubią biszkopty? Mamy specjalnie dla nich.

– Na pewno chętnie zjedzą – zapewniła Zuzanna i zaraz wróciła do tematu Nowackiego, bo coś ją od wczoraj nurtowało. – Czy to z jego lokalu jest wejście do ogrodu?

Miranda, która przyniosła dzbanek z kawą i postawiła go na podgrzewaczu, zmarszczyła brwi.

– Właściwie tak. Taras na parterze jest dostępny z obu mieszkań.

– Tylko że schody nie są od strony Jacka – uzupełniła Helena. – No, ale ponieważ ten drugi lokal od lat stoi pusty, to i barierka dzieląca obie części balkonu gdzieś przepadła. Zatem można powiedzieć, że Nowacki został panem całego tarasu i ma zejście do ogrodu.

– Naprawdę nikt tam mieszka? – zaciekawiła się Zuza, której trochę trudno to było pojąć.

– Tak… – Włączyła się do rozmowy najmłodsza z gospodyń, która oceniła, że już wszystko przyniosła, i rozsiadła się w końcu przy stole. – To jakaś strasznie stara sprawa, chyba jeszcze sprzed twojego urodzenia, Heleno, tak mi się przynajmniej wydaje. Na stałe tam nikogo nie ma już chyba ze trzydzieści pięć lat.

– Coś koło tego. – Zmarszczyła brwi ciotka. – Fela wspominała, że rodzina, która zajmowała to lokum, wyjechała za granicę w stanie wojennym, a potem nie wróciła.

– Nie do wiary. – Pokręciła głową Zuzanna i podała Basi biszkopcik. – I przez tyle czasu nikt się nie interesował mieszkaniem? W takiej lokalizacji?

– Oczywiście, że się interesowano, jakże by inaczej. – Sylwia się roześmiała. – Przez kilka lat byli tu jacyś lokatorzy. Jakoś wtedy, kiedy Helenka chodziła do szkoły, albo później, jak wyjechała za granicę. Nikt jednak nie zagrzał tu miejsca na dłużej.

– Nawiedzony lokal – mruknęła Miranda, dokładając sobie konfitur. – Pamiętasz, Hela, zawsze mówiłyśmy, że tam straszy.

– No, ktoś się przechadza nocami po pokojach, skrzypią podłogi, pojawia się czarna łapa, która dusi. – Ciotka pękała ze śmiechu. – Fela nie znosiła naszych wygłupów.

– Nowacki chciał swego czasu kupić to lokum. Chyba z tą myślą wprowadzał się na parter naszej kamienicy – objaśniła Sylwia. – Wiem, że próbował nawiązać kontakt z właścicielami lub ich spadkobiercami, ale wydaje mi się, że nic z tego nie wyszło.

– No, a potem Jacka rzuciła żona, więc w ogóle przestał sobie zawracać głowę powiększaniem przestrzeni życiowej – wesoło dodała jej córka.

– Może dlatego go rzuciła, że nie umiał tego załatwić? – zastanowiła się Miranda. – Wiesz, Hela, takie ultimatum: albo przejmiesz cały parter domu, albo znikam.

– I zniknęła.

– Jak kamfora!

– Dziewczęta, jesteście okropne – mitygowała je seniorka rodu. – Zachowujecie się jak małe dzieci.

– Babciu, my jesteśmy małe dzieci – stwierdziła Miranda.

Starsza pani pokiwała smutno głową.

– To mnie właśnie martwi. Nie usamodzielniacie się, tylko wciąż funkcjonujecie w tym domu jak dwie nastolatki. Fela ma rację, Helenko – czas dorosnąć.

Ciemnowłosa kobieta zmarszczyła brwi. Widać, takie rozmowy zdarzały się już w tej rodzinie, ale chyba nigdy nie prowadzono ich przy gościach. Obrzuciła Zuzannę niespokojnym spojrzeniem, a potem zwróciła się do Sylwii:

– Mamo, rozmawiałyśmy o tym tysiące razy. Muszę po prostu odnaleźć swoją drogę w życiu…

– No właśnie, to są kluczowe słowa: „ tysiące razy”. Ty, Heluniu, nieustannie szukasz, zmieniasz koncepcje i sposoby na życie. Kiedy wreszcie z tym skończysz?

– Nie wiem. Być może nigdy. I naprawdę nie uważam, że powinnyśmy prowadzić tę rozmowę przy Zuzi. Było tak miło…

– Ja w dalszym ciągu sądzę, że jest miło. Nie mam wrażenia, że pani Zuzannie jakoś to przeszkadza. Przed chwilą docinałyście Nowackiemu, ile wlezie. Teraz możemy porozmawiać o tobie. – Nie ustępowała Sylwia.

Jej córka skrzywiła się tak ostentacyjnie, jakby napiła się soku z cytryny.

– Miranda mówiła mi, że zakładasz sklep w oficynie… – Lorenc postanowiła zmienić temat.

– Tak! – Werde natychmiast się ożywiła. – O ile oczywiście ta idiotyczna rada mieszkańców da mi zgodę. Nowacki jak zwykle bruździ. I Olesińcy.

– Dlaczego? – Nie rozumiała Zuza. – Przecież to chyba niezbyt kłopotliwa działalność.

– To samo powtarzałam Jackowi. Sklep z mydłem i naturalnymi hydrolatami. On się chyba boi, że mu wysadzę kamienicę w powietrze. Za dużo filmów ogląda.

– Filmów? – Matka bliźniąt naprawdę nie wiedziała, co o tym sądzić.

– Owszem – wtrąciła Miranda. – Wszystko, co jest związane z chemią, uważa za czarną magię.

– Albo za terroryzm – uzupełniła Helena, sięgając po jogurt. – Zawsze był kiepski z przedmiotów ścisłych. Brał korepetycje ze wszystkiego, co się dało.

– Ale wyszedł na ludzi – ucięła Sylwia, patrząc na nią wzrokiem, który mówił wyraźnie, że po innych osobach próżno się było tego spodziewać.

Córka przygryzła wargi i z zaangażowaniem zaczęła wygrzebywać resztki jogurtu z pojemniczka.

– Gdzie się nauczyłaś robić mydło? – zainteresowała się Zuzanna.

– Kiedy mieszkałam za granicą, pracowałam między innymi w takim hotelu, w którym wszystko robili sami dla gości. Nawet mydło i środki czystości. Tam poznałam technikę. Jeśli chcesz, pokażę ci moje królestwo.

– Bardzo chętnie – zgodziła się Zuza i obejrzała się na Jasia i Basię.

Bliźnięta zjadły biszkopty i bułeczki z masłem, wypiły trochę herbaty, a