Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamfora - Małgorzata Łatka

NAWET TO, CZEGO NIE POWIESZ, MOŻE ZOSTAĆ UŻYTE PRZECIWKO TOBIE
W centrum Krakowa dochodzi do wstrząsającego odkrycia. Brutalnie okaleczone ciało kobiety zostaje odnalezione w parku. Przyczyna śmierci – liczne ciosy zadane ostrym narzędziem. To juz trzecia ofiara zamordowana w podobny sposób w ciągu
kilku ostatnich miesięcy. Prowadzący sprawę komisarz Jakub Zagórski jest pewien, że ma do czynienia z seryjnym zabójcą.
Co łączy te kobiety? Przypadek czy misternie ułożony plan?
Komisarz Zagórski zwraca się o pomoc do Leny Zamojskiej – specjalistki od komunikacji niewerbalnej. Jej wiedza i doświadczenie mają pomóc w ujęciu przestępcy. Śledztwo nabiera tempa. Czy uda im się powstrzymać mordercę zanim zginie kolejna kobieta?

Opinie o ebooku Kamfora - Małgorzata Łatka

Fragment ebooka Kamfora - Małgorzata Łatka

Copyright © Małgorzata Łatka, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Magdalena Mwaba

Korekta: Dominika Pyłczewska

Skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: andreiuc88/Shutterstock

GlebStock/Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-485-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Ten, kto ma oczy, aby widzieć, i uszy, aby słyszeć, może przekonać się, że żaden śmiertelnik nie jest w stanie dochować tajemnicy. Jeśli jego usta milczą, paplają koniuszki jego palców, zdrada sączy się z każdego poru jego ciała.

Zygmunt Freud

Patrzysz, ale nie widzisz.

Sir Arthur Conan Doyle

Dla T.

Kraków, 2015 r.

PROLOG

KOBIETA LEŻAŁA NA BRZUCHU, na ziemi, w pobliżu jednejz dziesiątek drewnianych ławek, ustawionych wzdłuż głównych alejek w Parku Jordana. Styczniowa noc była zimna. Mróz nie odpuszczał w Małopolsce od kilku tygodni – grunt był twardy i zbity, a krótkie, oszronione źdźbła trawy wbijały się w policzek kobiety. Ona jednak nie zwracała na to uwagi. Z szeroko otwartymi oczami, wyróżniającymi się na tle skóry o barwie starego wosku, wpatrywała się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jedną dłoń miała wsuniętą pod biodro, natomiast druga leżała wyciągnięta nad jej głową. Groteskowy wygląd sylwetce nadawały nogi, które – rozrzucone na boki – wyginały się pod nienaturalnym kątem.

Kiedy rozwarły się chmury, przez niewielką szczelinę wyjrzał księżyc i na jasnej sukience w bladoróżowe kwiaty odznaczyły się inne kolory. Były to rdzawe plamy, które zdążyły już wsiąknąć w bawełniany materiał i wyglądały niczym polne maki. Otaczały rząd nieregularnych wgłębień, zaczynających się na wysokości ramion i ciągnących się aż do nasady pleców.

Stojący nieopodal mężczyzna podniósł głowę i zerknął w niebo, które po chwili zasnuło się na powrót ciężką kotarą chmur. Następnie omiótł okolicę wzrokiem i spojrzawszy ponownie na kobietę, zacisnął usta, czując kolejną falę gniewu, podobną do tej, która zalała go przed paroma godzinami. Tę samą, która od pewnego czasu rozpalała go od wewnątrz.

Zrobił kilka kroków, a potem przykucnął i dłonią obleczoną w lateksową rękawiczkę odchylił sztywniejące ciało, w którym już zaczęły zachodzić zmiany pośmiertne, po czym coś pod nie wsunął. Wyprostowawszy się, ściągnął rękawiczki i schował je do pojemnej sportowej torby rozłożonej na ławce. Największej, jaką udało mu się znaleźć. Wszystko wykonywał w ciszyi jedynym dźwiękiem, niosącym się w wyludnionymo tej porze parku, był odgłos zasuwanego zamka. Kiedy skończył, odwrócił się i ruszył w stronę pobliskiej linii drzew, które już przed laty utworzyły naturalny szpaler. Po chwili wchłonęła go ciemność i jedynym dowodem jego obecności było porzucone na trawie ciało.

Trzy tygodnie później

ROZDZIAŁ 1

O TYM, ŻE ŻYCIE TO NIE BAJKA, nie trzeba było przekonywać komisarza Jakuba Zagórskiego. Był piątek, dwunasty lutego, a za oknem panowała jedna wielka szarość, która wessała Kraków na początku listopada i nie popuściła aż do teraz, wystawiając mieszkańców miasta na próbę i zmuszając ich do wypatrywania nadchodzącej wiosny z jeszcze większym wytęsknieniem. Jednak to nie pogoda miała wpływ na samopoczucie komisarza. Nie było jeszcze dziewiątej, a on już od dwóch godzin tkwił w swoim gabinecie, mieszczącym się na ostatnim piętrze komendy wojewódzkiej policji, przy jednej z bardziej ruchliwych ulic.

Choć sam gabinet prezentował się przeciętnie, a jego okna wychodziły na zapełniony o tej porze parking, Zagórski nie narzekał ani na to, ani na fakt, że pomieszczenie to było klitką o powierzchni dziewięciu metrów kwadratowych, z zaokrągleniem w górę. Wciśnięte pod ścianę biurko zajmowało większą część gabinetu. Tuż obok stała obszerna szafa, w której każda wolna przestrzeń została już zaanektowana, oraz jedno krzesło, ustawione zwykle pod oknem. Było prosto, funkcjonalnie i bez zbędnych wygód.

Zagórski siedział przy biurku i po raz kolejny przeglądał dokumentację z sekcji zwłok, wyniki badań toksykologicznych, zapisy przeprowadzonych rozmów z przyjaciółmi i rodzinami ofiar, a także wertował zdjęcia, których najchętniej nigdy więcej nie chciałby oglądać. Minęły już cztery miesiące, odkąd zajął się sprawą seryjnych zabójstw, które paraliżowały miasto. Niestety przez ostatni czas wraz z innymi policjantami z grupy śledczej kręcili się po własnych śladach jak porzucone szczeniaki, nie mogąc ruszyć do przodu. A wrazz tym rosło napięcie. Tak naprawdę już od samego początku sprawa budziła skrajnie negatywne emocje u wszystkich, którzy tylko się z nią zetknęli. Było to nietypowe, bo dla osób z grupy śledczej nie była to pierwszyzna. Jednak zarówno brutalność popełnionych czynów, jak i sposób, w jaki zakończyło się życie trzech kobiet, tylko potwierdzały, że w przypadku ofiar także nie można było mówić o bajkowym zakończeniu.

Komisarz poluzował krawat, dopasowany do jasnej koszuli w delikatne prążki i odchyliwszy się mocno w fotelu, na tyle, na ile pozwalał mu na to dziesięcioletni sprzęt, wziął kilka głębszych oddechów. Trwał tak przez chwilę, na przemian prostując dłonie i zaciskając jew pięści. Jednaki to nie pomogło. Nagle pochylił się do przodu i zamachnął się ręką, strącając dokumenty, które spadły na podłogę i pociągnęły za sobą niewielkie zdjęcie ustawione na samym brzegu biurka. Zagórski, poderwawszy się z miejsca, obszedł je, a potem kucając, podniósł z podłogi fotografię w prostej oprawie. Kolorowe zdjęcie kontrastowało z surowym drewnem. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że nie jest pęknięta, a potem delikatnie starł z niej drobinki kurzu, z nieodgadnioną miną przypatrując się umieszczonemu tam przed trzema laty zdjęciu. Tylko niewielki mięsień na jego lewym policzku drżał w niepohamowany sposób. Po dłuższej chwili odstawił zdjęcie na swoje miejsce, umieszczając je w taki sposób, by mógł na nie patrzeć, siedząc przy biurku, po czym zabrał się za zbieranie dokumentów.

Ciszę przerwało głośne pukanie. Zagórski podniósł głowę – w samą porę, by zobaczyć, jak drzwi otwierają się i do pokoju wchodzi aspirant sztabowy Tomasz Wroński. W przeciwieństwie do Zagórskiego miał on na sobie zwykłe brązowe spodnie i rozpiętą pod szyją luźną koszulę, spod której wystawał fragment legitymacji. Mężczyźni wyglądali jak swoje przeciwieństwa i różnice te uwidaczniały się także w ich charakterach.

– A, to ty – powiedział Zagórski na powitanie, odkładając za siebie papiery.

– Smoczyca cię szuka – odezwał się Wroński, sprawdziwszy wcześniej, czy ktoś za nim nie stoi. Przezwisko szefowej było wszystkim doskonale znane, jednak nie trzeba było się afiszować, używając go poza czterema ścianami własnego gabinetu.

Zagórski skrzywił się, jakby coś mu zaszkodziło. Przeczuwał, na co się zanosi i od paru dni tylko czekał na to wezwanie.

– W jakim jest nastroju? – zapytał, opierając się biodrami o biurko.

Wroński pokręcił powoli głową.

– Ktoś nadepnął jej na odcisk z samego rana – odpowiedział z krzywym uśmiechem.

– Dzięki, zaraz do niej pójdę – powiedział po chwili. W przeciwieństwie do Tomasza akurat jemu nie było do śmiechu.

Wroński chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu zmienił zdanie. Zagórski nie wyglądał, jakby był w nastroju do rozmów.

– Powodzenia – rzucił na odchodne i zamknął za sobą drzwi.

Gdy Zagórski został sam, przesunął dłońmi po twarzy, czując zmęczenie, z którym nie uporały się trzy kubki mocnej kawy. Z doświadczenia wiedział, że kolejnymi też tego nie dokona. Nie zwlekając już dłużej, podszedł do krzesła po zawieszoną na oparciu marynarkę, a potem wyszedł na korytarz i ruszył w stronę gabinetu szefowej, mieszczącego się na trzecim piętrze. Potrzebował ruchu, dlatego zamiast windy wybrał schody. Zwykle przez komendę przewijał się niewielki wycinek społeczeństwa. Tak było i tym razem, począwszy od policjantów w regulaminowych strojach i tych ubranych znaczniej swobodniej, czasami aż tak, że gdyby nie odznaka zawieszona na szyi, nie dałoby się ich odróżnić od trzeciej grupy osób – cywilów, którzy w widocznych miejscach nosili przypięte do ubrań plakietki gości. Przeważnie byli to dziennikarze, świadkowie czy też osoby wezwane na przesłuchanie. Schodząc pospiesznie po schodach, komisarz rozpoznawał co drugą napotkaną osobę i co pewien czas wymieniał powitania, nie zauważając powłóczystych spojrzeń niektórych kobiet mijanych po drodze. Nigdy nie interesowało go mieszanie pracy z życiem prywatnym, a że w ostatnim czasie praca wypełniała całe jego dnie, reszta kulała jak zbity pies.

Po niespełna kilku minutach zatrzymał się przed uchylonymi do połowy drzwiami. Niewielka wywieszka na ścianie informowała o stopniui nazwisku – Danuta Kobza – zastępca komendanta policji. Zagórski zapukał.

– Proszę! – usłyszał ochrypły głos, lekko stłumiony, jakby ktoś mówił przez dłoń zaciśniętą wokół ust.

Jakub pchnął drzwi, wszedł do środka i zaraz zatrzymał się w miejscu, porażony mocnym światłem. W gabinecie było tak jasno, że przed oczami pojawiły mu się mroczki i potrzebował chwili, by oczy przestały mu łzawić. Gdy jego wzrok przyzwyczaił się do nowych warunków, dostrzegł szefową – drobną brunetkę o łagodnych rysach twarzy. Jej wygląd zwiódł już niejednego – czy to współpracownika, czy podejrzanego, zarówno podczas wcześniejszej pracy w terenie, jaki później, już na komendzie. Sam Zagórski wielokrotnie się o tym przekonał na własnej skórze, zwłaszcza na samym początku, kiedy wstąpił w szeregi policji.

Danuta Kobza siedziała za potężnym biurkiem z grubo ciosanego drewna. Mebel wyglądał, jakby docelowo przeznaczony był dla dużo potężniejszej osoby. Pochylała się nad plikiem dokumentów spiętych kolorowym spinaczem i jedynie machnięcie dłoni świadczyło o tym, że była świadoma czyjejś obecności.

– Chciałaś mnie widzieć... – odezwał się pierwszy, przerywając nieprzyjemną ciszę.

Kobza podniosła wzrok na komisarza i energicznym ruchem odrzuciła na biurko papiery. Przez jej twarz przemknął grymas, a jej nozdrza poruszyły się w specyficzny sposób, tłumaczący jej przezwisko, z którego w dalszym ciągu udawała, że nie zdaje sobie sprawy.

– Mam nadzieję, że coś drgnęło w śledztwie – zaczęła, pomijając słowa powitania, a jej głos zabrzmiał szorstko, stanowiąc kolejny kontrast z jej wyglądem. – Szefostwo i prasa dosłownie dobierają mi się do dupy i to bez wazeliny! – wyrzuciła z siebiez irytacją.

Zagórski zacisnął usta.

– Nadal nic – odpowiedział, zamykając za sobą drzwi, a potem podszedł bliżej i usiadł na krześle.

Było ustawione dokładnie na wprost biurka w taki sposób, żeod szefowej dzieliła go odległość niecałych dwóch metrów. Zdarzały się takie dni, kiedy nawet taki dystans był zbyt mały. Podejrzewał, że właśnie dzisiaj tak będzie.

Kobza pokręciła z niedowierzaniem głową, a jej czoło pokryło się gęstą siecią zmarszczek. Wyglądało jak mocno zmięty papier, którego nie udało się wygładzić.

– Sprawa ciągle stoiw miejscu – powiedziała, nawet nie starając się ukryć rozdrażnienia. – Minęły już cztery miesiące, odkąd zaczął się ten cyrk...

– Nie wiem, czy mówimy o tym samym – wszedł jej w słowo Zagórski z pozornym spokojem. – Czy chodzi o sprawę trzech porwanych i zamordowanychw bestialski sposób kobiet? – Pod koniec wypowiedzi tylko jego głos zdradził irytację; twarz pozostała niewzruszona.

Szefowa sięgnęła po kubek i nie spuszczając z niego wzroku, odchyliła się do tyłu. Oparcie dotknęło ściany.

– Oj, daj spokój – odparła i machnęła dłonią. – Przecież wiesz, o co mi chodzi.

Zagórski nie odezwał się. Zamiast tego poprawił się na krześle, starając się zająć lepszą pozycję. Jego próba zdała się na nic. Twarde krzesło nie było stworzone do wygód, o czym przypominał sobie za każdym razem, gdy tu był.

– A te próbki z Parku Jordana, które wysłaliście na badania do Warszawy? – zaczęła znów Kobza, pomiędzy jednym łykiem a następnym. – Są już wyniki?

Komisarz pokiwał głową i założył dłonie na piersi.

– Są, ale co z tego? Tak jak przy poprzednich miejscach materiał okazał się zanieczyszczony – odpowiedział szybko. – W sumie nie ma się co dziwić, w parkach, w których znajdujemy ciała, pełno jest przypadkowych śladów. Wcześniej podejrzewałem, że sprawca ma szczęście, ale teraz myślę, że tylko jego spryt, doskonała organizacja i przygotowanie sprawiają, że jest nieuchwytny. – Zawiesił na chwilę głos, dając Kobzie okazję do komentarza. Nic nie powiedziała, więc kontynuował: – Mamy do czynienia z osobą przebiegłą, posiadającą wiedzę z kryminalistyki na poziomie przynajmniej dobrym. Wie, jak nie pozostawić po sobie śladów, a co za tym idzie – w jaki sposób popełnić zbrodnię idealną – i jak na razie to mu się udaje.

Tym razem na reakcję nie musiał czekać długo.

– Kurwa! – warknęła Kobza, uderzając dłonią w blati wprawiając w drżenie dwa puste kubki, stojące po jej prawej stronie. Pochyliła się w stronę komisarzai dodała: – To przecież jakiś koszmar. Gość pewnie przymierza się już do następnej kobiety a my nie mamy nic. Kurwa jego mać!

Zagórski zgadzał się z szefową – było dokładnie tak, jak powiedziała. Znalezienie sobie przez mordercę następnej ofiary było tylko kwestią czasu. To mogło być za miesiąc, za tydzień, za dwa dni, a może i jutro. Najgorsze było to czekanie, a także świadomość, że morderca jeszcze nie skończył i chodzi sobie bezkarnie po mieście, szykując się do kolejnego ataku.

W pokoju zaległa cisza. Kobza odwróciła głowę w stronę oknai zapatrzyła się na kilka przelatujących obok budynku ptaków. Ich jasne upierzenie odcinało się wyraźnie na tle chmur, ciemniejących z minuty na minutę.

– Jeszcze te cholerne sępy – dodała, mając na myśli dziennikarzy. Pierwszy wybuch już minął, lecz jej głos nadal drżał od powstrzymywanej złości i do pełnego spokoju było jeszcze daleko. – Samymi słowami potrafią wzniecić pożar. – Spojrzawszy na Zagórskiego, spytała: – Widziałeś dzisiejsze gazety?

Komisarz pokręcił głową. Od samego rana nie miał na to czasu. Już przed siódmą pojawił się na komendzie i od razu zamknął się w gabinecie. Gdyby nie zaplanowane spotkanie z profilerem, pewnie spędziłby tam cały dzień.

– Coś nowego?

Kobza wykrzywiła usta.

– Prasa nadała przydomek naszemu sprawcy. Kamfora! – wypluła z siebie ostatnie słowo. – Odnosi się to do tego, w jaki sposób pojawia się i znika, niezauważony przez nikogo – wyjaśniła i pchnęła gazetę przez stół w kierunku Zagórskiego.

Spojrzał na pierwszą stronę, która z daleka przykuwała uwagę wielkimi, wytłuszczonymi literami. Już sam wstęp mu się nie spodobał. Zmarszczył brwi i zaczął czytać, szybko przebiegając wzrokiem po tekście. Tak jak się spodziewał – im dalej, tym gorzej.

Kobza wykorzystała ten moment i przyjrzała się siedzącemu przed nią mężczyźnie. Zauważyła u niego zmęczenie ściśle powiązane ze sprawą seryjnego mordercy oraz z rosnącymi oczekiwaniami jak najszybszego złapania winnego i wsadzenia go do więzienia. Śrubę przykręcano ze wszystkich stron, a ona sama robiła to chyba najmocniej. Nie wątpiła, że jako kierownik grupy zajmujący się sprawą, której nadano najwyższy priorytet, nie miał lekko.

Po chwili Zagórski, zamknąwszy gazetę, odłożył ją na biurko i podniósł wzrok. Połowę z tego, co przeczytał, stanowiły spekulacje podkręcane brakiem wyników działań policji, resztę zaś informacje, które były znane już od kilku tygodni. Oprócz nadania mordercy przydomku, nie było nic wartego uwagi.

– Co w związku z tym? – odparł.

Kobza pochyliła się jeszcze mocniej w jego stronę, przez co charakterystyczny ruch jej nozdrzy był jeszcze lepiej widoczny.

– Potrzebujemy jakiegoś przełomu!

– Nie musisz mi o tym mówić – powiedział i zerknął na zegarek. – Za chwilę jadę do psychologa, który opracowuje nam profil sprawcy. Może już teraz będzie mógł mi coś powiedzieć.

Kobza otworzyła szerzej oczy, a jej podkreślone brwi wygięły się w dwa łuki o idealnym kształcie.

– To jeszcze go nie skończył? – zapytała z niedowierzaniem. A potem dodała podniesionym głosem. – Przecież zleciłeś to prawie dwa tygodnie temu!

Komisarz przytaknął i podniósł się z krzesła. W pokoju było tak ciepło, że poczuł, jak po plecach spływa mu strużka potu.

– Niestety zwykle tyle to trwa – odparł, starając się, by koszula nie przylepiła mu się do ciała. – Jak rozmawiałem z nim trzy dni temu, mówił, że nadal zbiera materiały.

Kobza opadła na fotel i westchnęła. Jeśli mogło być jeszcze gorzej, to właśnie zmierzali w tym kierunku, a raczej pędzili na złamanie karku. Nie mogła mieć pretensji do dziennikarzy, że chcieli ichrozszarpać na kawałki – jak na razie sami podawali się im na dużym talerzu, i to z przyozdobieniem.

– Chyba nigdy tego nie zrozumiem – powiedziała z powątpiewaniem w głosie. – Dostarczamy profilerom tyle danych, a oni i tak zbierają wszystko po swojemu. Własne przesłuchania, odwiedzanie miejsc, gdzie znaleziono ciała i tyle innych czasochłonnych czynności. – Pokręciła głową, w zamyśleniu przesuwając palcami po brodzie. – Żałuję, że nie zgodziłam się na skorzystanie z jego pomocy wtedy, gdy tego chciałeś, zaraz po znalezieniu ciała drugiej kobiety. Teraz nie byłoby tego całego problemu z czasem.

Zagórski pracował w policji kilka lat i zdawał sobie sprawę, że sytuacje, gdy z ust szefowej padały takie słowa, należały do rzadkości.

– Dwie ofiary pod rząd – to jeszcze mogło być dzieło przypadku, ale trzy to już schemat – odparł krótko.

Kobzy to nie przekonało. W dalszym ciągu miała sobie za złe, że nie zgodziła się na to wcześniej.

– No tak, ale ty podejrzewałeś, na co się zanosi!

Nie był to ani dobry czas, ani miejsce, by do tego wracać, dlatego Jakub powiedział tylko:

– Liczę, że ten profil rzuci nam więcej światła na sprawę.

– Oby – odpowiedziała zwierzchniczka, pogrążona w myślach.

Po tych słowach zapadła cisza i Zagórski uznał spotkanie za skończone. Ale kiedy zapiął marynarkę i ruszył w stronę wyjścia, przekonał się, że jestw błędzie.

– Jeszcze jedno!

Powstrzymał przekleństwo, które niechybnie wyrwałoby mu się z ust. Zawrócił i stanął przed szefową z dłońmi skrzyżowanymi na piersi. Jego podejrzenia, że spotkanie miało zbyt łagodny przebieg, miały się właśnie potwierdzić, a upewnił się w tym, kiedy spojrzał na Kobzę. Dłonie złożyła przed sobą, jak do modlitwy. Z jej twarzy zniknął wyraz zamyślenia, a nos zafalował intensywniej niż zwykle. Cokolwiek to było, już mu się nie podobało.

– Chciałabym, żebyś spotkał się z pewną osobą – Leną Zamojską – zaczęła powoli, kiedy Zagórski skupił na niej uwagę, wyraźnie wymawiając imię i nazwisko kobiety.

– Coś mi mówi to nazwisko – odezwał się ze zmarszczonym czołem. – Czy ona nie jest przypadkiem powiązana z tą żyletą w sądzie rejonowymw Krakowie?

Kobza przytaknęła.

– Dokładnie – mówiła dalej. – Sędzia Tadeusz Zamojski jest jej ojcem i choć zbliża się do emerytury, to wraz z wiekiem wcale nie złagodniał i nadal wymierza surowe kary.

Zagórski przestąpił z nogi na nogę. Miał na głowie ważniejsze sprawy niż plotkowanie, a co dopiero spotkania towarzyskie.

– No dobra, a jaki ma to związek ze mną? – spytał, patrząc wyczekująco na Kobzę.

– Dwa dni temu podczas spotkania na szczycie – zaczęła w swoim tempie – omawialiśmy bieżącą sytuację policji, wyniki i oczywiście sprawę Kamfory, która jest pieprzoną kulą u mojej nogi. Ktoś wspomniał o nietypowych konsultantach, z usług których korzysta policja w innych krajach i wtedy wypłynęło nazwisko Zamojskiej. Z tego, co wiem, przyczyniła się do zamknięcia wielu spraw, a jej osiągnięcia zawodowe robią wrażenie. Teraz jest w Polsce, ale jeszcze parę miesięcy temu pracowała w Stanach, w znanej placówce, zajmującej się wykrywaniem kłamstw i czytaniu mowy ciała. Choć u nas ta dziedzina nawet jeszcze nie raczkuje, okazuje się, że w Stanach jest wielką pomocą, jeśli chodzi o wsparcie podczas rozwiązywania różnego rodzaju spraw. Trudnych spraw – dodała po chwili i znacząco pokiwała głową.

W pierwszym momencie Zagórski wziął przydługą wypowiedź szefowej za kiepski żart. Gdy zorientował się, że mówi poważnie, zrobił krok w jej stronę, aż butami dotknął podstawy biurka. Zrozumiał, dlaczego poruszyła to dopiero teraz. Najlepsze zostawiła sobie na koniec.

– I jak ona ma mi niby pomóc w rozwiązaniu sprawy? – ubiegając odpowiedź szefowej, wycedził powoli słowa. – Wyciągnie karty do tarota czy powróży z fusów?

Kobza nie odpowiedziała i kontynuowała swój monolog.

– Z tego, co wiem, dzisiaj o jedenastej piętnaście poprowadzi wykład z mowy ciała na Uniwersytecie Jagiellońskim – powiedziała i podniosła rękę do góry, gdy komisarz chciał zaprotestować. – Spotkaj się z nią. Może jej doświadczenie wniesie coś do sprawy. – Widząc jego sceptycyzm, nie powstrzymała się przed złośliwym komentarzem. – No chyba, że masz lepszy pomysł?

Tym razem to Zagórski nie odpowiedział.

Parę sekund później Danuta Kobza spoglądała na wyprostowane plecy komisarza, kiedy zmierzał w stronę drzwi. Gość był jednymz lepszych, jeśli nie najlepszych policjantów, z którymi miała okazję pracować, a spędziła już w policji połowę swojego życia. Znali się już od kilku lat i nie licząc drobnych konfliktów, wynikających z rozbieżności charakterów i podejścia do niektórych tematów, współpracę można było uznać za udaną. Zagórski był dokładny, uparty, oddany pracy. Już od samego początku, odkąd trzy lata temu wstąpił do policji, szybko wspinał się po szczeblach kariery. Przyciągał uwagę swoją ciężką pracą, analitycznym umysłem oraz tym „czymś”, co sprawiało, że był świetnym detektywem. Na komendzie, a zwłaszcza na stanowisku, które zajmowała, starała się traktować wszystkich jednakowo – co poniektórzy i niekoniecznie ci mniej życzliwi powiedzieliby, że oschle. Chociaż nie pokazywała tego po sobie, lubiła Zagórskiego. Jej sympatii towarzyszyło również współczucie, ale tego nigdy by nie przyznała na głos. Nie zazdrościła komisarzowi demonów, przez które wstąpił w szeregi policji. Zresztą tych samych, które ścigały go dzień i noc. Ze swojego doświadczenia wiedziała, że każdy ma swoje, z którymi po zgaszeniu światła kładzie się spać.

Nowy mail, z czerwonym wykrzyknikiem oznaczającym priorytet, przerwał jej rozmyślania. Kobza otworzyła wiadomość, szybko przebiegła wzrokiem po tekście, a po chwili z jej twarzy zniknął wyraz zadumy. Zastąpiło go skupienie, widoczne w jej wyostrzonych rysach i nieruchomym spojrzeniu.

KIEDY PARĘ MINUT PÓŹNIEJ Zagórski wrócił do siebie to pierwsze, co zrobił to otworzył okno i przez dłuższą chwilę stał w miejscu, z ulgą chłodząc się po kwadransie spędzonym w szklarni szefowej. Na zewnątrz coś się zmieniło. Zniknęła monochromatyczna szarość, zastąpiona teraz nadchodzącymi szybko ze wschodu granatowymi, gdzieniegdzie prawie czarnymi chmurami. Nie trzeba było być meteorologiem, by zorientować się, że nadchodzi zmiana pogody.

Wciągnął w płuca rześkie powietrze. Relatywnie świeże, biorąc pod uwagę kolejne alarmujące doniesienia o smogu. Choć władze miasta starały się coś zdziałać, nie przynosiło to znaczącej poprawy i miasto tonęło w chmurze oparów. Zagórski miał jednak inne sprawy na głowie, dlatego jeszcze raz wziął głęboki oddech, czując, jak powoli opuszcza go uczucie gorąca. Zima czy nie, u Smoczycy zawsze było ciepło, za ciepło jak dla niego.

Po paru minutach zamknął okno, wrócił do biurka i ciężko usiadł na fotelu. Stary mebel wydał z siebie zgrzyt protestu. Dwoma palcami ścisnął nasadę nosa, czując nadchodzący ból głowy. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej. Nie musiał być lekarzem, żeby wiedzieć, że to ze stresu i przemęczenia. Te dwie składowe tworzyły wybuchową mieszankę, a w ostatnim czasie miał ich pod dostatkiem. Jego samopoczucia nie poprawiła ani rozmowa z szefową, ani jej pomysł. Był przeciwny, by wprowadzać do sprawy jakiegoś cywila. Nawet jeśli Zamojska miała już styczność z postępowaniem śledczym, to istniały znaczące różnice pomiędzy Polską a USA. Zagórski jeszcze nie widział Zamojskiej, ale wyobraźnia już podpowiadała mu jej obraz – kobiety około pięćdziesiątki, wyglądającej dużo starzej niż na swój wiek, z wiecznie zmrużonymi oczami otoczonymi siecią zmarszczek, które powstały od uporczywego wpatrywania się w twarze ludzi, tak aby żadne kłamstwo nie pozostało niezauważone. W dalszym ciągu trudno było mu uwierzyć, jak ktoś jest w stanie wyłapać kłamstwo czy chociażby uzyskać informacje, które mogą być potem przydatne w śledztwie, opierając się na mowie ciała. Poza tym nie mieli podejrzanego, więc jak to się miało do jego sprawy? Nie wiedział. Podejrzewał, że gdyby zadał to pytanie przełożonej, ona również miałaby problem z udzieleniem dobrej odpowiedzi. Oznaczało to coś innego. Szefostwo faktycznie musiało naciskać na Kobzę i dlatego chwytała się różnych sposobów, byle tylko znaleźć mordercę i zamknąć sprawę.

Tak czy inaczej, nie miał wyjścia. Zerknął na zegarek. Do wykładu było jeszcze sporo czasu i jeśli nic nie stanie mu na przeszkodzie, dotrze na uczelnię przed zajęciami i zdąży zamienić z Zamojską parę zdań. A potem będzie mógł wrócić do prawdziwej policyjnej roboty.

Pospiesznym ruchem sięgnął po płaszcz i ruszył w stronę wyjścia. Niespełna parę minut później, gdy przekroczył próg budynku, uderzył w niego zimny lutowy wiatr, który siekł we wszystko, co stanęło mu na drodze, zapowiadając, że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Zagórski spojrzał w ciemne, zawieszone nisko chmury – tak nisko, że część budynków znikała w gąbczastym tworze. Kotłowały się nad głowami, niechybnie chcąc coś z siebie wypluć. Miał nadzieję, że zanim się to stanie, zdąży wrócić na komendę.

Postawił kołnierz płaszcza, a potem ruszył na parking, kierując się w stronę srebrnego sedana, stojącego w pierwszym rzędzie. Po chwili wsiadł do środka i szybko przekręcił kluczyk w stacyjce. Mocny nawiew buchnął z kratek, wtłaczając do środka lodowate powietrze. W tej samej chwili z nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu, które targane podmuchami wiatru, wirowały wokół, by po chwili opaść na ziemię.

Zapowiadał się ciężki dzień. Kolejny. Z tą myślą Zagórski zerknął w lewe lusterko i płynnie włączył się do ruchu.

ROZDZIAŁ 2

– WIDZIAŁAŚ MÓJ SZARY KRAWAT? – odezwał się Michał Zdunowicz, wchodząc do kuchni szybkim krokiem. W rozpiętej pod szyją koszuli i dopasowanych spodniach nie wyglądał na typowego naukowca.

Lena Zamojska podniosła głowę znad papierów, które leżały na stole już od wczorajszego dnia i zajmowały każdą wolną powierzchnię, po czym spojrzała na męża. Niedawno wyszedł spod prysznica, a jego blond włosy w niektórych miejscach były jeszcze wilgotne i zmierzwione.

– Który?

– Ten, który sprezentowałaś mi pod choinkę – uściślił, zapinając skórzany pasek zegarka.

– A sprawdzałeś w dolnej szufladzie? – odezwała się i sięgnęła po kubek z kawą, o którym zapomniała, robiąc ostatnie poprawki w prezentacji.

Mężczyzna pokiwał głową. Od samego rana nic nie szło zgodnie z jego planem, a do wyjścia z domu zostało mu tylko parę minut. Pogoda pogarszała się z każdą chwilą, a na lotnisku powinien być minimum godzinę przed odlotem. Nie mógł opuścić konferencji, na której był prelegentem.

Lena wstała, wyszła z kuchni i po chwili wróciła z krawatem, który zwisał jej pomiędzy palcami. Tak jak podejrzewała, był w trzeciej szufladzie, wciśnięty pod inne rzeczy.

– Czy nie tego szukałeś? – spytała i pomachała nim w powietrzu.

Michał uśmiechnął się i podszedł do żony, która powielając schemat wypracowany na przestrzeni dwóch ostatnich lat, podniosła kołnierzyk jego koszuli i zaczęła wiązać krawat.

– Co ja bym bez ciebie zrobił… – powiedział, opierając dłonie na jej biodrach i przyciągając je do swoich, aż poczuła wybrzuszenie w jego spodniach.

Lena uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od powstającego właśnie podwójnego węzła. Znała tylko jedno wiązanie, które zawsze jej wychodziło. Jeszcze tylko ostatnia poprawka i koniec.

– Gotowe – powiedziała, kładąc dłonie na jego piersi. Była boso i ich oczy znajdowały się na tym samym poziomie.

Zdunowicz pocałował ją w usta.

– Dzięki – odparł, obserwując żonę, która usiadła znów przy stole i ponownie zaczęła przeglądać prezentację. – Gotowa przed dzisiejszym wykładem?

Zamojska skrzywiła się, co miało wyglądać jak uśmiech.

– Myślę, że w całym moim życiu miałam łatwiejsze zadania niż stanie przed grupą studentów – odpowiedziała po chwili. – O ile ktoś w ogóle przyjdzie. Zagadnienie mowy ciała nie jest w Polsce znane.

Michał pokręcił głową z przekonaniem.

– Myślę, że czeka cię dzisiaj niemałe zaskoczenie.

Lena dopiła resztkę kawy.

– Zobaczymy – odparła powoli. – Nadal jestem zaskoczona, że dziekan zgodził się na przeprowadzenie próbnych zajęć, które mają wybadać zainteresowanie studentów tym tematem. Już od miesiąca kontaktowałam się z nim w tej sprawie i powoli traciłam nadzieję, że coś z tego wyjdzie.

Zdunowicz sięgnął po resztkę kanapki, która została od śniadania.

– O której wychodzisz? – zapytał, gdy przełknął ostatni kęs.

Lena spojrzała na zegarek. Prosty i elegancki, był prezentem na ich pierwszą rocznicę ślubu. Dochodziła dziesiąta.

– Niedługo. Wykład zaczynam po jedenastej, ale wcześniej muszę jeszcze podejść do dziekanatu i załatwić jakieś formalności.

Z ulicy rozległo się krótkie trąbienie, powtarzające się w kilkusekundowych odstępach czasu. Michał podszedł do okna i podniósł rolety, wpuszczając do kuchni więcej światła.

– Muszę już iść – odezwał się, odwracając się do Leny. – Przyjechała taksówka.

Niespełna pół godziny później Zamojska zaparkowała na końcu ulicy Straszewskiego, w pobliżu Uniwersytetu Jagiellońskiego i wysiadła z samochodu. Nie wzięła ze sobą dużo rzeczy – jedynie laptopa z prezentacją, nad którą siedziała do drugiej nad ranem. Nie mówiła tego na głos, ale wiązała z tym wykładem duże nadzieje. W pewnym stopniu dotykał tematu, którym zajmowała się aktywnie przez ostatnie lata i kiedy tamten rozdział w jej życiu został zamknięty, przekazywanie wiedzy z ulubionej dziedziny mogło stać się dla niej pewnego rodzaju namiastką, swoistą nagrodą pocieszenia. Lecz dobre i to. Wcześniej nigdy nie pomyślałaby, że mogłaby kiedyś uczyć. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach – z perspektywy czasu Lena przekonała się, że to powiedzenie można traktować poważnie.

Szybko przeszła na drugą stronę ulicy i kierując się w stronę głównego budynku, przypomniała sobie horoskop, który z samego rana otrzymała od przyjaciółki. Według niego ten dzień miał być dla Leny szczególnie ważny w związku z wpływem Saturna, Marsa i czegoś tam jeszcze na niebie, ale reszty już nie pamiętała. Wszystko to prowadziło do jednego wniosku: ponoć właśnie dzisiaj rozpocznie się w jej życiu przełom, który podobnie do górskiego kamyka, pociągnie za sobą lawinę zmian.

Lena pchnęła ciężkie drzwi i energicznym krokiem weszła do środka, nie podejrzewając, że przepowiednia właśnie zaczęła się sprawdzać.

ROZDZIAŁ 3

– JAK JEDZIESZ! – krzyknęła Małgorzata Karłowicz, choć jadący przed nią kierowca nie mógł tego słyszeć. W ostatniej chwili nacisnęła hamulec w pięcioletnim subaru, gdy tylko samochód przed nią gwałtownie zahamował.

Zatrzymała się dosłownie o parę centymetrów od mocno zdezelowanej ciężarówki, a pas bezpieczeństwa boleśnie wpił się jej w piersi i brzuch. Wszystko przez gęsto sypiący śnieg, który wyglądał jak jednokolorowe konfetti, które ktoś hojnie sypał z nieba. Śnieg padał już od dobrej godziny i z każdą chwilą widoczność na drodze pogarszała się. Jednak było to nic w porównaniu z niepokojem, który towarzyszył Małgorzacie od dwóch dni, osiągając właśnie dzisiaj najwyższy możliwy poziom i nie miał nic wspólnego z ciężkim dyżurem, który dopiero co skończyła czy też ze źle przespaną nocą. Nie, to było coś innego i tym razem nie pomagało przekonywanie samej siebie i przywoływanie argumentów, które nawet dla niej samej brzmiały niewiarygodnie.

Fakt pozostawał faktem. Ze swoją przyjaciółką Aleksandrą Cis, z którą znała się od kilku lat, a dokładnie – odkąd przeniosła się do Krakowa, nie miała kontaktu od paru dni. Telefon milczał głucho, a poczta głosowa Olki zalana była pozostawionymi wiadomościami i nie było w niej miejsca na nagrywanie nowych. Sprawę pogarszał też fakt, że Ola nie pojawiła się w kawiarni na porannym spotkaniu, stanowiącym ich swoisty rytuał, z którego w miarę możliwości starały się nie rezygnować. Zarówno ona, jak i przyjaciółka pracowały w dwóch różnych placówkach szpitala, zatem ich spotkania były wyznaczane przez dyżury, nadgodziny i dodatkowe praktyki do późnych godzin wieczornych. Z czasem przyzwyczaiły się do sytuacji, że częściej widują się przy śniadaniach niż podczas kolacji.

Coś musiało się stać, pomyślała ponownie Małgorzata. Pewności nabrała, wyjeżdżając z domu przyjaciółki. Jakiś czas temu wymieniły się kluczami do swoich mieszkań na wypadek dłuższych nieobecności, kiedy należało zająć się domem, odebrać pocztę zalegającą w skrzynce czy też – w przypadku Olki – nakarmić jej kota. Obie były samotne i można powiedzieć, że miały tylko siebie. Dlatego niepokój Małgorzaty wywindował do niebezpiecznego poziomu, odkąd kwadrans temu opuściła mieszkanie przyjaciółki. Niestety było ono puste. W dodatku wyglądało tak, jakby nikt nie pojawił się w nim w ciągu ostatnich dni.

Czekając na zmianę świateł, Małgorzata patrzyła przed siebie, jednak myślami była zupełnie gdzie indziej. Nerwowe bębnienie jej palców o kierownicę nie było podyktowane jakimś szczególnym rytmem; stanowiło bardziej wyraz jej napięcia niż irytacji. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić. Kolejna taka godzina czy dwie i chyba zacznie krzyczeć z bezsilności.

Uporczywe trąbienie dobiegające z drugiej strony ulicy wyrwało kobietę z zamyślenia. Odwróciła wzrok od pstrokatej szyby z rytmicznie pracującymi wycieraczkami i spojrzała w lewo. Początkowo patrzyła na wzburzonego przechodnia, który krzyczał coś do nieuważnego kierowcy, ale z czasem jej uwaga skupiła się na czymś innym. Był to granatowy znak policji, częściowo zasłonięty przez rozłożyste drzewo, z nagimi o tej porze roku gałęziami. Pierwszą myśl, że powinna zgłosić na policję zaginięcie przyjaciółki, szybko odrzuciła. Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież nic takiego: dorosła kobieta, w dodatku bez zobowiązań rodzinnych, nocuje poza domem. Jednak dzwonek alarmowy w jej głowie nie chciał ucichnąć. Nie, odkąd w Krakowie pojawił się morderca – nieuchwytny, jak codziennie głosiły media. Po chwili, działając pod wpływem impulsu, wrzuciła kierunkowskaz i gdy tylko nadarzyła się okazja, skręciła w lewo. Następnie zaparkowała przed komisariatem, wciskając się pomiędzy dwa radiowozy.

Niepozorny biały budynek mieścił się w niedawno odnowionej kamienicy i bardziej kojarzył się z zabytkowym domkiem przekazywanym z pokolenia na pokolenie niż z miejscem pracy policji. Chociaż co ona mogła o tym wiedzieć. Dotąd nigdy nie była na komisariacie. I nadal wolałaby trwać w tej nieświadomości, gdyby nie zaistniała sytuacja.

Z kapturem nasuniętym na głowę, starając się uniknąć najgorszych smagnięć wiatru, podeszła przed główne wejście i pociągnęła ciężkie drzwi. Trudno, usprawiedliwiała się w myślach, najwyżej wyjdzie na znerwicowaną przyjaciółkę, która zgłasza zaginięcie. Niech się dzieje. Wolała dmuchać na zimne. Może kiedyś z Olką będą się z tego śmiały. Przynajmniej miała nadzieję, że tak będzie.

Wróciła pamięcią do pewnej rozmowy sprzed dwóch tygodni, kiedy przyjaciółce wymsknęło się, że wybiera się na spotkanie z jakimś mężczyzną, którego poznała przez internet. Małgorzata doskonale pamiętała, co wtedy powiedziała, a raczej czego nie dodała. Przestrzegła tylko przyjaciółkę, aby była ostrożna i teraz to słowo odbijało się w jej głowie niczym wyrzut. Z perspektywy czasu żałowała, że nie zrobiła czegoś więcej.

Czując, że sama nic więcej nie wymyśli, podeszła do funkcjonariusza, znajdującego się za przeszkloną recepcją. Chciała mieć to już za sobą.

ROZDZIAŁ 4

SALA WYKŁADOWA znajdowała się na trzecim piętrze, obok dwóch innych podobnych pomieszczeń, wyróżniając się spośród nich tylko wielkością. Wewnątrz panował półmrok, kojarzący się z nastrojem panującym w kinie tuż przed projekcją filmu i gdyby nie światło, rozchodzące się z reflektora zamieszczonego w podwieszanym suficie, byłoby zupełnie ciemno.

Zagórski wszedł do środka. Był już trochę spóźniony, więc o rozmowie z Zamojską przed wykładem nie było mowy. Krótkie spotkanie z psychologiem śledczym okazało się dłuższe niż początkowo zakładał, ale za to owocne. Profil przestępcy miał być gotowy na dniach i to była dobra wiadomość. Jak na razie jedyna w ostatnim czasie.

Zrobił parę kroków i po chwili zatrzymał się, przeszukując wzrokiem audytorium. Połowa miejsc była zajęta i w sali rozbrzmiewały szmery rozmów, a co jakiś czas przez ten szmer przebijały się niepohamowane wybuchy śmiechu. Wyglądało na to, że temat mowy ciała cieszył się sporym zainteresowaniem. Część słuchaczy miała przed sobą laptopy, inni tablety, a jeszcze inni korzystali ze starych i sprawdzonych odręcznych notatek, które, zanim nowinki technologiczne zawładnęły rynkiem, były podstawowym akcesorium studenta.

Zagórski ruszył w stronę ostatniego rzędu. W tym samym momencie, gdy usiadł, do sali wkroczyła Lena Zamojska, ubrana w ciemną sukienkę do kolan i marynarkę. Wysokie obcasy głośno stukały w rytm jej kroków. Ze swojego miejsca Zagórski widział jedynie, że jest wysoką blondynką o szczupłej budowie ciała, z włosami upiętymi na czubku głowy. I to by było na tyle. Z powodu słabego oświetlenia nie mógł dostrzec nic więcej. Obserwował, jak Zamojska podchodzi do stołu i podpina laptopa do rzutnika umieszczonego na podwyższeniu. Po chwili na białym ekranie pojawiły się dwa słowa: „mapa ciała” i wtedy kobieta zwróciła się w stronę audytorium.

– Witam wszystkich – rozpoczęła donośnym głosem, wzmocnionym przez mikrofon przypięty do klapy marynarki. – Nazywam się Lena Zamojska i od kilku lat zajmuję się tematem mowy ciała. Za zgodą dziekana Darkowicza przedstawię państwu nowe zagadnienie i od zainteresowania państwa tym przedmiotem będzie zależało, czy kurs rozpocznie się w kolejnym semestrze zimowym. Chętnych proszę o wpisywanie się na listę, którą puszczę w obieg pod koniec zajęć.

Kiedy nie pojawiły się żadne komentarze, Zamojska włączyła prezentację. Na ekranie wyświetliły się zdjęcia ludzkiej twarzy ujęte w różnych momentach. Na jednym z nich Zagórski rozpoznał radość, na jeszcze innym złość i smutek. Nie zdążył zastanowić się nad kolejnymi, gdy Zamojska zaczęła mówić.

– Pokaż mi swoją twarz, a powiem ci, kim jesteś! – powiedziała wyraźnie i wszyscy zgromadzeni, w tym także Zagórski, skupili na niej wzrok. – Na każdego człowieka możemy spojrzeć z różnych punktów widzenia. Ja proszę, by spojrzeć na niego jak na… mapę. Wtedy, rozumiejąc pojawianie się pewnych znaków, możemy dowiedzieć się o kimś dużo więcej, niż on sam chciałby nam przekazać. Ba! Czasami więcej, niż on sam o sobie wie. Zapraszam państwa w niezwykłą podróż – mówiła dalej, przesuwając wzrokiem po osobach zebranych w pierwszych rzędach. – Zapraszam do poznania po części samego siebie, a co za tym idzie – także innych osób. Jednak powiem to już na samym początku… nie będzie łatwo! Zdobycie tej wiedzy będzie wymagało sporego poświęcenia, dużej uwagi i jeszcze więcej ćwiczeń, ale – zawiesiła głos, podnosząc palec wskazujący do góry – zapewniam, że ta wiedza rozwinie także inne państwa zdolności. Po pierwsze zwiększy samoświadomość nadchodzących emocji, zanim sami zaczniecie państwo coś mówić czy też robić, co w praktyce pomoże wam kontrolować własną podatność na uleganie im. Wspominając o tym, mam także na myśli takie sytuacje, gdy emocje wpędzają nas w kłopoty – dodała z lekkim uśmiechem. – Po drugie – kontynuowała wyliczanie – wiedza ta zwiększy państwa wrażliwość na uczucia innych. Nie istniejemy w próżni. Nasze życie tworzą relacje z innymi ludźmi, czy to na gruncie rodzinnym, w pracy, pomiędzy przyjaciółmi, nie wspominając już o oczywistym związku, jakim jest związek partnerski. Podsumowując, dzięki tej wiedzy wyruszycie państwo w nietypową wyprawę do świata, który dla większości ludzi jest niedostępny. Niektórym z was otworzą się oczy na pewne rzeczy czy sprawy, jeszcze inni spojrzą inaczej na otaczających ich ludzi. – Zamojska stanęła w miejscu i uśmiechnęła się. – Już teraz mogę obiecać państwu jedno: jeśli przyłożycie się do tych zajęć, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.

Nie minęła jeszcze połowa zajęć, kiedy Zagórski z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że jego wcześniejsze nastawienie, nacechowane niechęcią do marnowania czasu, nie sprawdzi się. Co prawda wiedział, że w teorii wszystko prezentuje się dużo lepiej i problemy pojawią się przy jej praktycznym zastosowaniu. Mimo to nie mógł odmówić Zamojskiej znajomości tematu. Pewne było, że kobieta posiadała wiedzę, jednak nadal nie przekonywał go fakt, że