Wydawca: AGORA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamerdyner. Miłość. Wojna. Zbrodnia - Paweł Paliński, Mirosław Piepka, Michał Pruski, Marek Klat

Świat, którego już nie ma. Zakazana miłość wciągnięta w wir wielkiej historii. Losy trzech narodów na przestrzeni pięciu dekad. Nieznana, drastyczna zbrodnia. Powieść, jakiej w Polsce od lat nie było! Napisana z rozmachem, pełna wzruszeń.

Marita – niemiecka panienka z dobrego domu. Mateusz – kaszubski chłopak, który po śmierci rodziców trafia na wychowanie do pruskiego dworu. Ich miłość musiała być burzliwa. I była. Tak samo jak wielka historia, na której tle się rozegrała. Narastały konflikty między narodami, wybuchła I wojna światowa. Kształt Europy uległ zmianie. Polacy mogli wreszcie świętować własną niepodległość, ale po krótkim czasie mieli znów ją stracić.
Kim jestem? – to pytanie będzie dręczyć Mateusza Krolla przez całe życie. Polakiem czy Niemcem? Synem koniuszego czy jaśnie pana? Bratem pięknej Marity von Krauss czy zakochanym w niej Kaszubem? Wraz z nadejściem września 1939 roku od odpowiedzi będzie zależało również jego życie.
Romans Mateusza i Marity to opowieść niepodobna do innych, złożona, pełna trudnych wyborów, ulotnych nadziei i cierpienia, ale przede wszystkim wierna faktom historycznym.
Film „Kamerdyner” w reż. Filipa Bajona ukaże się w kinach od 21 września 2018 roku.

Opinie o ebooku Kamerdyner. Miłość. Wojna. Zbrodnia - Paweł Paliński, Mirosław Piepka, Michał Pruski, Marek Klat

Fragment ebooka Kamerdyner. Miłość. Wojna. Zbrodnia - Paweł Paliński, Mirosław Piepka, Michał Pruski, Marek Klat

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Projekt graficzny okładki: Andrzej Pągowski

Zdjęcie na okładce: Michał Mutor

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Filmicon s.c.

© copyright by Paweł Paliński

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2169-1 (epub), 978-83-268-2170-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG

Wiosna czterdziestego piątego ominęła Starzyno. Zjawiła się przelotnie, na kilka ciepłych dni zaraz po mroźnym lutym, tylko po to, by zmienić śnieg w breję, i tyle ją widziano. Raz zadęła ciepłym wiatrem od strony Kłanina, raz przyniosła deszcz od Starzyńskiego Dworu; potem uciekła w las bez pożegnania. Kaszubskie checze stały pośród tego błota jak wryte, jakby w pół kroku. Bo co to za porządki w niegdysiejszych Prusach? Przychodzić tak bez zapowiedzi i znikać przed czasem?

Tamtego dnia w marznącej mżawce wioska wyglądała na zastygłą, dawno opuszczoną. W obejściach nie tliło się światło, obory były puste, kurniki rozdziawione. Kilka kokosz pałętało się tu i tam, grzebiąc w ziemi bez większej nadziei. Kościółek na wzniesieniu od rana brał w siebie lodowatą pucką bryzę. Było trochę jak w bajce, gdy się czeka na larum, na jakieś wezwanie, a tymczasem nic takiego nie nadchodzi.

Dopiero koło południa wiatr przywiał z zachodu podniesione głosy mężczyzn. Kwoki uniosły łebki i zaraz rozpierzchły się w popłochu. Z niewysokich grzęd, z kryjówek w drewutniach przyglądały się obcym. Szło ich trzech, jeden za drugim, grząskim poboczem. Dwaj czerwonoarmiści, za nimi przygarbiony chudzielec w złachanej marynarce. Widać było po nich ogromne zmęczenie, musieli tego dnia przejść wbrew pogodzie spory kawałek. Żołnierze nie przestawali się przekomarzać i rozglądać na boki, ale ten trzeci ciągnął niczym na stracenie: noga za nogą, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Zatrzymali się dopiero przy opuszczonej świątyni, jakby wśród roztopu szukali oparcia. Rozdzielili papierosy i ćmili przez chwilę, ale żar gasł pod zacinającym deszczem. Wreszcie starszy stopniem oparł się o mur i dłubiąc bagnetem w podeszwie, kazał skośnookiemu szeregowemu zajrzeć do kościoła.

– I co? – spytał po chwili.

– Wzięli wszystko, towarzyszu kapralu Zajcew.

– Wszystko?

– Co do świeczki.

Kapral splunął.

– Dobra, Bykow, nazad – nakazał po namyśle, a potem obrócił się do chudzielca w marynarce i warknął: – Z ciebie, Formela, chuj, nie przewodnik.

– Ale ja przecież... – nim dokończył, szeregowy przewrócił go na plecy silnym kuksańcem.

– Zdradzieckie nasienie – wysyczał Bykow, pochylając się nad Formelą, lecz Zajcew złapał podkomendnego za ramię.

– Już dobrze, dobrze – rzucił kapral ze śmiechem. – Później to sobie wyjaśnicie. A teraz pora szczać.

Formela patrzył, jak tamtych dwóch odwraca się i opróżnia pęcherze na podmurówkę kościoła. Był przekonany, że to się skończy źle. Ani schowany za pazuchą list polecający od hrabiego von Kraussa, który zaczynał się słowami Sehr geehrte Damen und Herren, Joseph Formela war in meinem..., ani nic innego na świecie nie uchroni go przed tymi dwoma. Mógł jedynie robić to, czego od niego oczekiwali. Zebrał się więc na równe nogi i pokazując palcem przed siebie, rzekł łamaną ruszczyzną:

– Już blisko. To tamten.

Sołdaci podchodzili ostrożnie. We wsi ktoś strzelał, ale nie zamierzali rezygnować z obiecanych łupów. Formeli było wszystko jedno. Duchów się nie bał, a jeśli ktoś miałby wziąć ich na cel, to na pewno najpierw mundur. Zresztą nie miał nic do stracenia; przecież stracił już wszystko. Dopiero gdy zauważył leżący przed domem rower, zrobiło mu się nieswojo. Rower należał do Paula Jungego. A jeśli Junge był w pobliżu, mogły się pojawić kłopoty.

Podszedł i kopnął koło.

– Twój? – spytał szeptem Bykow.

– Nie – odparł Formela spłoszony.

– To zostaw. Zabiorę sobie.

– Morda – uciszył ich Zajcew i pchnął drzwi lufą pepeszy.

Chwilę nasłuchiwał, potem skinął na Formelę.

– Przodem.

Formela się wzdrygnął.

– Ale ja nie...

– Ruszaj! – warknął Zajcew i uderzył go kolbą między łopatki. Formela zatoczył się w sień. Łapiąc równowagę, zrzucił na podłogę słoiki i garnki. Huknęło, wszyscy zamarli. W głębokiej ciszy Józef słyszał bicie własnego serca. I konia, dałby sobie głowę uciąć, że słyszy konia. Ale wtedy zza pleców padła komenda, by szedł dalej, więc posłusznie złapał za klamkę od drzwi. Były zamknięte. Szarpnął raz i drugi. Zajcew odsunął go i wymierzył drzwiom potężnego kopniaka. Ustąpiły w chmurze drzazg.

– Padliną cuchnie – zauważył i wszedł do niewielkiej izby. – Byłeś tu kiedyś?

– Nigdy – skłamał Formela. Bał się, że głos mu zadrży, bo bywał tu często. Z Jungem i Schmidtem. Na łóżku siadał. O szafę się opierał. Jadał przy tym stole. Tym, przy którym siedział teraz Junge. Siedział? Junge? Matko Boża! Martwy Junge. Nogi się pod Formelą ugięły.

Kapral dotknął ciała.

– Ciepły – powiedział i skinął na Bykowa. Szeregowy wybiegł na podwórze.

Formela rozejrzał się w popłochu, oblizując spierzchnięte usta. Przy oknie zauważył kankę z herbem von Kraussów i to była chyba najstraszniejsza rzecz, jaką mógł dostrzec, przeznaczenie. Krew Jungego kapała na podłogę. W głowie ziała rana postrzałowa. Formela poczuł, że się moczy. Zrobił krok w stronę Zajcewa, chciał mu uświadomić, że nie są tu sami i że chyba wie, kto na nich czyha, ale kapral był zajęty czymś innym. Stał w głębi pokoju, przy łóżku i patrzył ze wstrętem na podłogę. Leżała tam na plecach kobieta z rozrzuconymi na boki nogami. Martwa pewnie od kilku dni. Zajcew podszedł do łóżka i lufą karabinu odgarnął pierzynę. Dwoje nastoletnich dzieci, czarne dziury w głowach. Kapral zasłonił nos rękawem płaszcza. Spojrzał na Formelę.

– Czego oni tak...? – zapytał. – Po czorta ich tak postrzelał?

– Nie wiem... Ze strachu chyba.

– A ten? – Zajcew wskazał lufą siedzącego przy stole trupa. – Kto on?

– Paul Junge. To jego żona i wnuki... Niemcy – dodał po namyśle.

– A ty kto, Formela? Co się tak trzęsiesz?

– Ja? Polak. Kaszub – poprawił się.

– Czyli Niemiec, jak ci tutaj.

– Nie, Kaszub – powtórzył z naciskiem.

– Jeden chuj.

Czerwonoarmista otworzył okno. Zaczerpnął głęboko świeżego powietrza.

– Co tam? Melduj! – krzyknął do kogoś na zewnątrz.

– Trupy, towarzyszu kapralu – usłyszeli w odpowiedzi, a po chwili w oknie ukazała się twarz Bykowa. – Żyły se porżnęły, hitlery pierdolone. Dwóch i kobieta, w pizdu.

Zajcew odwrócił się do trupa na krześle. Odłożył pepeszę na blat stołu. Jego grube paluchy rozginały po jednym palce martwego mężczyzny zaciśnięte na kolbie pistoletu. W końcu kapral wyłuskał broń. Skierował ją w stronę Formeli.

– Ja... ja się jeszcze przydam... – wyjąkał Kaszub.

Zajcew zrobił znudzony gest.

– Tylko dotknij.

Formela wykonał polecenie.

– I co? – spytał Zajcew.

– Co, co?

– Zimna, durniu. A krew świeża – parsknął i powąchał lufę. Chwilę ważył w ręku pistolet, w końcu wsunął go za pas spodni. Potem wprawnie zdjął zegarek z nadgarstka martwego. Potrząsnął urządzeniem, nakręcił, przytknął do ucha i wrzucił do przepastnej kieszeni płaszcza.

– To jak jemu? – spytał, mocując się z obrączką na zastygłym palcu trupa.

– Junge – przypomniał Formela.

– Esesmańska swołocz, co?

– Nie... To nauczyciel – rzekł cicho, starając się nie patrzeć kapralowi w oczy. Odwrócił się, żeby ukryć strach na własnej twarzy.

I wtedy zauważył.

Za szafą krył się mężczyzna. Patrzyli na siebie obaj w lustrzanym odbiciu.

– No, wszystko – sapnął Zajcew, któremu ściągnięcie obrączki z palca kobiety i zerwanie jej z szyi medalika poszło znacznie łatwiej.

Tamten za szafą uniósł broń.

Formela czuł, że zaraz zwymiotuje. Odwrócił się i ruszył ku drzwiom.

– Ty zostajesz! – usłyszał głos kaprala.

– J-jak to?

– Tak to! Wódki poszukasz. Nie znajdziesz, za jaja powieszę.

Zajcew nie był w nastroju do żartów. Zgłodniał już i liczył na większy łup. Miało być złoto, bogate pamiątki. Tak twierdził Formela. A tu co? Gówno! Trupy, smród, pistolet i dwie obrączki... Trzeba było zostać w pałacu zajętym przez armię. Tam przynajmniej nie brakowało wina.

A Formela udawał, że nic nie widzi. Powoli ogarniała go panika. Co robić? Stanął przy obramowanym zdjęciu, które wisiało na ścianie koło drzwi. Sepiowana fotografia przedstawiała elegancką trzypokoleniową rodzinę, z psami u stóp, oraz kilkunastoosobową służbę karnie ustawioną na tle pałacyku otoczonego pięknym ogrodem. Jeden z chłopców na zdjęciu miał oczy te same, co mężczyzna zza szafy. Tak samo chmurne, tak samo zdecydowane. I to samo imię. Mateusz.

Zajcew wskazał paluchem na fotografię.

– To ten? Nie.

– Kto? – odparł Formela spłoszony.

– Pałac. Nie ten, w którym stacjonujemy.

– Nie. Ten ze zdjęcia już opuszczony.

– A jaśnie państwo?

– Von Krauss – dodał cicho Formela, spoglądając z rezygnacją w chmurne oczy chłopca na zdjęciu. – Rodzina von Kraussów.

– Fon, fon... Fonów pod ścianą stawiamy. Idę się rozejrzeć. A ty pamiętaj: wódka.

Zajcew wyszedł. Chwilę panowała cisza, a potem cień zza szafy ruszył. Formela zamknął oczy. Mati, przemknęło mu przez głowę, proszę, byle szybko. Na zewnątrz pod chałupę podjechał klekoczący sowiecki gazik. Silnik zgasł. Ktoś wysiadł, kilka osób, zapalili machorkowe skręty. Przejechała tankietka, motocykl z przyczepą, za którymi przez błotną maź toczyły się dwie ciężarówki wypełnione wojskiem. Spod plandek dochodziły chóralne śpiewy. Czas mijał, a Formela wciąż stał nieruchomo. W końcu otworzył oczy i spojrzał w lustro. Mężczyzna zza szafy czekał na środku pokoju z pistoletem w dłoni, ubrany w kamerdynerską liberię, szczupły, wysoki i choć ledwie czterdziestoparoletni, to całkiem siwy. Długie do kolan oficerki miał mimo pogody czyste i lśniące.

– Zapuszczać motor! Migiem! – huknął na podwórzu głos Zajcewa. – Jedziemy!

– A wódka, towarzyszu? – zapytał ktoś inny.

– A widziałeś tu jakąś?

Wojskowe buty zadudniły o karoserię.

– Nie! Stójcie, kury! Ubić. Będzie rosół!

Formela spojrzał przez okno. Sowiecki żołnierz wyskoczył z gazika i zaczął strzelać do kur. Wtedy mężczyzna zza szafy przeładował broń.

– Mati, czekaj... – zaczął Formela i urwał, gdy strzał z odległości metra rozsadził mu głowę. Huk zlał się z trajkotem pepeszy i głośnym gdakaniem. Zabójca odczekał chwilę i poszedł w stronę sieni. Przez szybę obserwował, jak Rosjanie szykują się do odjazdu. Szeregowy wrzucał na tylną kanapę gazika zabite kury, a obok Bykow gramolił się niezdarnie z kolorowym puzdrem podniesionym oburącz nad głową.

– Po co ja to biorę? I tak nie pozwolą zatrzymać – mruknął do siebie Bykow, cisnął pudło na ziemię i wziął w dłonie karabin. Zajcew stanął na progu samochodu, poprawił na ramieniu pepeszę i chwycił się relingów. Ruszyli. Wtem Bykow usłyszał krzyk kaprala.

– Tam! Tam, ucieka! Pociągnij! – wrzeszczał Zajcew i wskazywał na coś gwałtownie.

Między chałupami w pełnym galopie przemykał koń, a do jego szyi przyklejona była jakaś postać. Przy siodle jeźdźca brzęczały przytroczone, obijające się o siebie blaszane kanki na naftę. Szlachetna klacz białej maści płynęła w powietrzu, ledwie dotykając podłoża. Bykow uniósł pepeszę. Trzask serii. Jednej... drugiej... trzeciej... Postać na koniu zniknęła tak niespodziewanie i szybko, jak się pojawiła. Bykow nadal strzelał. Machnął w końcu ręką i rozczarowany splunął.

– A ten tam...? Formela? – przekrzykiwał warczący silnik i sadowił się wygodniej na siedzeniu. – Sprawdzimy, co z nim, towarzyszu kapralu?

– Jebał go pies, Bykow. Jebał go kulawy pies.

CZĘŚĆ I1900

Starzyński Dwór spał. Od niedawna trwał XX wiek, ale tu mrok wciąż jeszcze wydawał się zeszły, powietrze stało nieruchomo. Jakby zmiana następowała falami, bo przecież nieopodal, w Celbowie Leo von Trettow wzniósł już toast domowym sznapsem i pełnym czci głosem wołał przy tym Frohes neues! – jakby przyszłość wpierw musiała wypłukać przeszłość, a przypływ nowego jeszcze tu nie dotarł i w zatoczce historii stare ostało się, bulgocząc nieśpiesznie, odchodząc jakoś tak kołysząco, smołowato. Przynajmniej tak się wydawało hrabiemu Hermannowi von Kraussowi, gdy wracając z balu w Celbowie, wsparty ręką o ścianę, szedł korytarzami Starzyńskiego Dworu i oświetlał sobie drogę kopcącą naftówką. Wszystko było w taką sylwestrową noc możliwe. Wszystko, ale tym razem jak na złość, mimo znaczącej daty, nic do siebie nie pasowało. Wysztafirowani goście gryźli się ze smętną orkiestrą. Piękny strój źle leżał na jego żonie, Gerdzie, wymęczonej niedawnym porodem. Kupy się to nie trzymało, za to w kupie trzymały się pokojówki w pałacu von Trettowa, jedna z drugą tak zacięte, że Hermann żadnej do niczego nie zdołał namówić. Zapić i zapomnieć wydawało się jedynym sensownym planem. Co za gówno, pomyślał, gdy w oddali huknęła spóźniona petarda i hrabia na chwilę zgubił krok. Potknął się po raz drugi, tym razem o załom dywanu, po czym stanął, karnie stuknął obcasami i defiladowo wszedł do swojego gabinetu.

Lampkę postawił na blacie biurka. Spojrzał na zegar. Becker wskazywał 4.30. Jasna cholera, wypsnęło mu się i z westchnieniem opadł na fotel. Powieki ciążyły, kark wydawał się odlany z ołowiu. Odchylił głowę. Kasetonowy sufit lekko zawirował. Von Krauss przymknął oczy i dla zabicia czasu spróbował podsumować minione dwanaście miesięcy. Zaczął od narodzin córki, Marity. Zapisał ją po stronie zysków. Następnie przeszedł do strat: wahań cen na rynku zboża i kilku błędnych decyzji handlowych, które sporo go kosztowały. Mimo czternastu tysięcy morgów majątku marny był z niego gospodarz, więc szybko wrócił do podbojów. Jego myśli zajęły wieśniaczki o obfitych piersiach i ich bzdurne proroctwa na temat końca świata. Pan ma ślepia jak dzikie zwierzę, powiedziała mu jedna, gdy ją brał pod siebie. Matkę Boską widziałam w drzewie, wyszeptała inna, klęcząc. Nie słuchał tych kobiet zbyt uważnie, bo ani komplementy, ani archanioł Gabriel nie robiły na nim wrażenia. A że prosty lud dawnej Polski gorliwie palił świece po katolickich kościołach, niektórzy spowiadali się dwa razy dziennie i nie brakowało chętnych do leżenia godzinami krzyżem przed ołtarzem? Jak trwoga, to do Boga, pomyślał dumny z tego, że jest ewangelikiem. Amen i kropka.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejdź – powiedział Hermann, nie zmieniając pozycji w fotelu.

– Szczęśliwego nowego, panie hrabio – rzekł niewysoki, pękaty kamerdyner, stając w otwartych drzwiach. – I szczęść Boże. Czy czegoś trzeba?

– Franz, ty mi tu Pana nie zachwalaj, bo wiesz, co do kleru czuję.

Kamerdyner zamknął za sobą drzwi i złożył ręce na podołku.

– Ale do księdza Riesego w Żarnowcu to hrabia jakoś z zapałem – zauważył głosem wciąż tak beznamiętnym, że nienawykłe ucho mogłoby przegapić ironię. – Tam ksiądz nie taki dla hrabiego zły.

– Bo obyty. Myśliwy dobry. Pogada. W baśkę po nocy zagra. A kto ma czytać Pismo, to nie jest według niego temat do kłótni. Faktycznie, ksiądz. Ale dobry chłop!

Kamerdyner uśmiechnął się dyskretnie.

– Oj, Netzel, Netzel – prychnął Hermann – za taki uśmiech od gorszego pana można po gębie dostać.

– A i owszem, ale czasem zaryzykować warto.

Franz podszedł do okna. Von Krauss przyglądał mu się kątem oka, jak zawsze w takich chwilach miarkując, ile może mieć lat. Trzydzieści? Czterdzieści? Guldena gdańskiego temu, kto zgadnie.

– O czym znowu myślisz? – zapytał Hermann. – O domu rodzinnym?

Netzel przytaknął.

– Pięć lat już tu jesteś. Powiesz mi kiedyś, co się tam stało?

– Ogień. Dużo ognia. Była chałupa, ni ma chałupy. Szczyl byłem. Przez to fajerwerków nie lubię.

– Za to w Celbowie Leo odpalił piękne. Aż żal, że nie miałem na sobie munduru Kaiserreich – von Krauss zarzucił nogi na stół. – Wszystko dopilnowane przed polowaniem?

– Jedna z pokojówek gorzej się czuje.

– Która?

– Ta ciężarna.

– „Ta”?

Kamerdyner odwrócił się do Hermanna.

– Ta, hrabio. Właśnie ta.

Von Krauss powoli zmrużył oczy.

– Nie będziesz już potrzebny – powiedział.

Gdy kroki Netzla ucichły, Hermann sięgnął po nóż do papieru i cisnął nim ze złością w drzwi. Kaszub pieprzony, pomyślał. Od Gdańska aż po Greifswald, wszędzie tacy sami, markotni i śmierdzący rybą. Ten nie inny, nawet jeśli z całej służby ulubiony i jedyny zaufany.

– Dajcie wy mi wszyscy święty spokój – wycedził przez zęby. Potem otworzył szufladę biurka i wydobył z niej grube tomiszcze. Był to jego „pamiętnik”. Pod skrupulatnie zanotowanymi datami bieliły się wycinki z gazet i komentarze dopisane ręką właściciela. Powoli przerzucał karty księgi. 12 lutego 1899 roku: wycinek o tym, że Hiszpania sprzedała Niemcom swoje kolonie na Pacyfiku – Karoliny, Mariany Północne i Palau.

– Na diabła nam pacyficzne skały? – zamruczał pod nosem hrabia – i kartkował nadal.

Kwiecień 1899 roku: Na ulice Moskwy wyjechał pierwszy tramwaj elektryczny.

– W Rosji niby taka bieda, a to my tu przy lampach naftowych – stękał.

Październik tego samego roku: Anglicy starli się w Południowej Afryce z Burami. Wycinki i komentarze na ten temat zajmowały kilka stron. Walki o złoto i diamenty Transwalu były zacięte, szala zwycięstwa się wahała, ludzie ginęli tysiącami. A Prusy? Zamiast wspomóc Burów militarnie i położyć łapę na bogactwach, cesarz Wilhelm II wylewnie gratulował prezydentowi Transwalu Paulowi Krügerowi przeróżnych talentów i... to wszystko. Hermann ledwie powstrzymał rękę, w której trzymał pióro, by nie wytknąć kajzerowi, że jest skończonym durniem.

Zamiast tego zapalił cygaro i wyszedł na taras. Nadchodził lodowaty świt i mróz zapierał dech. W ciemności za plecami zegar grobowo wybił piątą nad ranem. Hermann spojrzał w wygwieżdżone niebo; zmęczenie, które czuł od jakiegoś czasu, przepowiadało trzeźwość i nadchodzącego kaca. Chuchnął pod światło, obserwując kłębki pary. Po namyśle doszedł do wniosku, że lepiej przespać ten stan, niż czekać, aż przyjdzie niedyspozycja. Wrócił więc do gabinetu i zabrał wygaszoną naftówkę. Nie musiał jej palić, noc była jasna, zresztą umiałby się poruszać po pałacu, nawet gdyby stracił wzrok; wszędzie trafiłby z zawiązanymi oczami. Do każdego z pięćdziesięciu sześciu pokoi, wielkiego salonu, jadalni, kilku łazienek, biblioteki, pokoju recepcyjnego, dwóch sal kominkowych, kuchni, pomieszczeń gospodarskich, do piwnic... Uśmiechał się do siebie, wyliczając to wszystko. Ponieważ Hermann był tym pałacem, a pałac był nim.

Dobrze wiedział, że berlińscy goście i okoliczni junkrzy zazdroszczą mu rodowej siedziby. Wzniósł ją jego ojciec, Jürgen Krauss, urodzony w Gdańsku oryginał, który studiując księgi parafialne, dopatrzył się w swoim rodowodzie ziemiańskich korzeni, więc do nazwiska dodał sobie „von”. A gdy zrobił karierę w armii i dochrapał się stopnia wiceadmirała cesarskiej floty, otrzymał od Wilhelma I majątek ziemski nieopodal Pucka, zaledwie o pruską milę oddalony od wybrzeża. Miłościwie panujący nie mógł znieść myśli, że rodzina tak szlachetnego oficera rezyduje w miejskim apartamencie w Bremie.

W drodze do sypialni Hermann minął galerię dębowych schodów. Zawrócił do niej. Stopnie delikatnie zaskrzypiały pod podeszwami jego butów, gdy schodził na parter. W przedsionku zarzucił na siebie podbite futrem palto i wyszedł na śnieg. Na ganku zabił parę razy ramiona. Potem z zadowoleniem spojrzał na niedawno wyremontowaną fasadę, nowy dach z modnymi rzygaczami i okazałe wejście. W kieszeni odnalazł pęk kluczy. Bawił się nimi przez chwilę, igrając z chętkami. Pogładził się z namysłem po przystrzyżonych wąsach. Czemu nie, mruknął, ruszając przed siebie.

Szedł powoli, lecz czujnie. Iskrzyło się, jak gdyby w ziemi lśniła Droga Mleczna. Chlupotało mu w lakierkach, ale nie zwalniał kroku. Dotarł do wzgórza, pod którym, nad przepustem wodnym, zachowały się pocysterski młyn, a ciut dalej kuźnia i tartak. Przed nimi, we wschodniej części majątku, z bagien Puckich Błot wypływała rzeczka Płutnica, która kończyła swój krótki bieg w Małym Morzu, jak nazywano tu Zatokę Pucką. Stamtąd z dumą zmierzył pałac wzrokiem. Frontową ścianę oplatało gęsto bezlistne teraz dzikie wino. Latem rezydencja tonęła w zieleni, a jesienią przybierała barwy głęboko rubinowe. Górowała nad nią okazała wieża z siedemnastowieczną kutą chorągiewką na szczycie – pamiątka po cystersach, którzy tu dawniej gospodarzyli. Jürgen Krauss zachodził tam i pośród gęstych pajęczyn dumał o niemieckiej poezji, którą dla własnej satysfakcji tłumaczył na inne języki. Na myśl o ojcu i jego romantycznych zapędach Hermann poczuł dziwne uczucie w piersiach. Kucnął, nabrał śniegu i zwilżył usta. Żarcie i sznapsy von Trettowa podeszły mu nagle do gardła. Miał już dosyć nocnego wypadu. Ziewnął potężnie. Trzeba się w końcu położyć.

Wracał zziębnięty i przemoczony do kolan. Bez humoru. Po cichu liczył na to, że Gerda śpi, bo nawet myć już mu się nie chciało. Po prostu pod pierzynę i zapomnieć. Szybko założył w garderobie piżamę. Wszedł do sypialni i stanął u wezgłowia łoża. Jego żona spała z delikatnie rozchylonymi ustami, a rude włosy rozsypały się na białej poduszce. Doceniał jej piękno, pamiętał, że stanął jak wryty, gdy przedstawiono mu ją siedem lat wcześniej. Była zgrabna, proporcjonalnie zbudowana, o mlecznej cerze i uroczo kontrastujących rudych włosach. Nie w jego typie, za chuda, ale musiał przyznać, że obiektywnie kandydatka na żonę trafiła mu się śliczna. Twarz miała delikatną, w spojrzeniu rozmarzenie, ale jednocześnie jakaś siła ukryta w jej sylwetce zdradzała moc charakteru. A jednak pierwszą myślą Hermanna było nieme pytanie, co też ona ma pod suknią. I czy tam na dole też jest ruda? Na samo wspomnienie poczuł, że rośnie. Włożył ręce w spodnie, lecz doszedł do wniosku, że jest zbyt zmęczony, by sobie ulżyć. Najwyższy czas na sen. Jutro z samego rana polowanie. Po raz ostatni podszedł do okna, popatrzył przez szybę i owładnęło nim dziwne przeczucie, że kończy się epoka jego ojca. I że cesarskie nadanie może nie być równie szczęśliwe dla kolejnych Kraussów. Ani dla tych z „von” w nazwisku, ani tych z linii chłopek i pokojówek, które, jak sądził Hermann, powinny podczas ich schadzek bardziej uważać. Nawet jeśli jego bękartami usiana była już cała okolica.

Z tą myślą nakrył się kołdrą i wkrótce zasnął.

Przyśnił mu się chłopiec u stóp starzyńskiej wieżycy. Wpatrzony w nią, wyglądał nietoperzy i dygotał z zimna. We śnie świat błyszczał onyksowo i miał ostre krawędzie. Od bagien szedł szum i syk. Niczym po rozpalonych kamieniach, gdy je polać wodą, snuła się mgła. Z tych wilgotnych oparów uniósł się ojciec i po stromych schodach ruszył na szczyt budowli. Szedł galowo w mundurze wiceadmirała. Chłopiec wiedział, że ojciec właśnie wrócił z Berlina, z narady generalicji, gdzie cesarz nakazał mu budowę pałacu. We śnie mieszały się wątki i zdarzenia, więc Jürgen i martwił się, czy podoła, i już był z tego dumny. Chłopiec też tam był i jakby go nie było. Kutą chorągiewkę obracał zimny wiatr. Cysterski kur skrzeczał rdzawo.

Lecz potem się okazało, że mgła kryje więcej tajemnic i po schodach wspina się tych ojców kilku. Wszyscy posępni, a każdy starszy od poprzedniego. Chłopiec patrzył i starał się ich rozpoznać. Ten ojciec przebrany za Don Carlosa na deskach Teatru Miejskiego w Gdańsku, podczas fety z okazji rocznicy śmierci Schillera. Ten znużony trzyletnią bez mała podróżą po Ameryce, Azji i Afryce. Ojciec wiceprezydent w Landtagu, z błogosławieństwem Jego Cesarskiej Mości. Ojciec bankrut zbożowy. W Starzyńskim Dworze, zrujnowany, umierający na gruźlicę.

I kiedy ci wszyscy ojcowie z mozołem wspięli się na wieżę, rzucili się w dół i przygnietli Hermanna, aż nie mógł złapać tchu...

Gdy otworzył oczy, na dobre wstawał już dzień. Pod powiekami tliło mu się wspomnienie pewnego popołudnia późnym październikiem, gdy w promieniach zachodzącego słońca wydawało się, że opleciony winoroślą pałac płonie. Uczepił się tego obrazu, żeby nie zwariować po nocy sennych mar, ale czuł jedynie kwaśny zapach własnego potu i białe przerażenie, gdy na wpół śpiąc, próbował przypomnieć sobie własne imię, a jakiś złośliwy głos ciągle podszeptywał: Jürgen, Jürgen, Jürgen.

* * *

Gerda za to zbudziła się i nie pamiętała swoich snów. Jedynie uczucie, które im towarzyszyło – ogromny smutek. Wzięła głębszy oddech, by odegnać to dławiące wspomnienie, lecz smutek zmienił się w strach. Albowiem pamiętała, co się dzieje z jej mężem, kiedy się spije. A strach spłynął do brzucha, dokładnie w to miejsce, które Hermann wziął sobie zaraz na początku, w ich noc poślubną. Przewróciła się na bok, myśląc o dzieciach, bo to zwykle pomagało, powstrzymywało mdłości. I o polowaniu, lubiła polowania. I o tym, że za miesiąc skończy dwadzieścia cztery lata.

Szybko wysunęła się spod pierzyny. Podłoga była zimna i Gerda pomyślała, że porozmawia o tym w końcu z Netzlem. Służące zbyt często zapominały o swoich obowiązkach, spełniając zachcianki pana hrabiego. Najrozmaitsze zachcianki. Narzuciła na siebie myśliwski strój i wyszła.

Pokój dziecięcy znajdował się na drugim krańcu długiego korytarza. Tak sobie zażyczył Hermann, a ona nie oponowała. Dzieci potrzebowały spokoju. Ona potrzebowała spokoju. Od tamtej nocy na samą myśl, że któreś mogłoby zabłądzić do ich sypialni, przechodziły ją ciarki. Jak to możliwe, pytała sama siebie, że ten obyty mężczyzna w alkowie wyzbywał się małżeńskich konwenansów. Hrabia nie był wtedy szczególnie delikatny. Gdyby ktoś zaufany spytał, jak to zniosła, odparłaby, że poród wydawał się później po stokroć przyjemniejszy.

W połowie drogi usłyszała kwilenie i przyśpieszyła kroku.

Zastała dzieci już obudzone. Mamka przewijała Maritkę, a Kurt bawił się klockami na podłodze. Gerda wzięła córeczkę na ręce i przystawiła sobie do piersi. Usteczka objęły sutek i dziecko przymknęło oczy w zadowoleniu.

– Ja tes chce! – pisnął Kurt.

– Takim dużym kawalerom nie wypada – powiedziała mamka, siadając na stołku przy kołysce.

– Dobrze spała? – spytała hrabina.

Kobieta pokręciła głową.

– Za dużo, za głośno. I jeszcze psy szczekały, bo nocą ktoś się kręcił.

Gerda chciała dopytać, kto taki, ale w tej samej chwili na zewnątrz rozległ się donośny głos rogu. Oddała zaspaną córeczkę i wyjrzała przez okno. Na polowanie zjeżdżali już sąsiedzi z okolicznych majątków, z Hohenfelde po przeciwnej stronie Jeziora Żarnowieckiego, ze Sławutówka, z Celbowa.

Do pokoju zajrzał Hermann. Był nachmurzony i na migi pokazywał, że są spóźnieni. Gerda powoli zapięła guziki bluzy. Mijając go, sarknęła:

– Nie gorączkuj się. Możemy ruszać.

– Von Wagner już jest, zaraz zjawią się inni, a ty bez śniadania.

– Może za szybko jechał.

Hermann zmierzył ją zniecierpliwionym wzrokiem, ale cokolwiek pomyślał, zachował dla siebie. Więc i Gerda dodała ugodowo:

– Zjem potem, ze wszystkimi, w Piaśnicy.

W całym zamieszaniu tylko Franz zachowywał zimną krew. Był kamerdynerem z prawdziwego zdarzenia, a takich od partaczy odróżnia wrodzony instynkt. Widział więc w rozpętującym się chaosie, w bieganinie posługaczy, stajennych, w tupocie kucharek i pokojówek nie bezradność, lecz przecinające się ścieżki wyższego porządku. Kątem oka śledził, kto, gdzie i po co, a każde uderzenie drzwi, każdy okrzyk składały się na melodię przygotowań. Tylko, że Franz Netzel odnosił wrażenie, iż w ten udany utwór wkradł mu się jakiś fałsz. Z początku starał się sam znaleźć dysonans, ale goście zjeżdżali gromadnie, a państwo zaspali i gdy ich mijał, byli w ciągłym biegu. W końcu, stratowany niemal przez swego chlebodawcę, złapał pierwszą uczynną, która wpadła mu w ręce.

– Gdzie Łucja Kroll? – rzucił.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Za mną – nakazał.

Poszli korytarzem, zaglądając po kolei do każdego pokoju, ale wszędzie odchodzili z kwitkiem. Dopiero na parterze Netzel usłyszał dobiegające z kuchni stłumione głosy. Wpadł tam gotowy wydawać dyspozycje, ale mina szybko mu zrzedła. Na krześle, w otoczeniu służby i kucharek, siedziała młoda pokojówka w zaawansowanej ciąży. Jasne włosy miała gładko upięte. Obok niej klęczały akuszerka i podkuchenna. Franz zbliżył się do nich. Łucja wzrok miała nieprzytomny, rękami obejmowała brzuch.

– Akuszerka nie poradzi, trzeba doktora – zawyrokowała podkuchenna.

– Elżbieta, a ja ciebie pytałem o zdanie?

Tęga kobieta wzięła się pod boki.

– A ja sama se je pomyślałam, bo chłop nie wie, co to znaczy dziecko nosić.

Netzel wyszczerzył się w charakterystycznym dla siebie grymasie ni to uśmiechu, ni złości, ale nie zdążył z ripostą, bo w tej samej chwili Łucja zerwała się z krzesła i tracąc przytomność, zatoczyła się na kredens z zastawą. Rosenthal, pomyślał z goryczą kamerdyner i skinął na podkuchenną.

– Posprzątaj to.

– Ale...

– Byle szybko, zanim ktoś jeszcze tu wejdzie. O tym ani słowa, zrozumieli?

Obrócił się do pokojówek.

– Brunon gdzie?

Popatrzyły po sobie.

– Pewnie już w stajni.

– Płaszcz. Migiem.

Tymczasem przed frontową ścianą pałacu kilkunastu jeźdźców gotowało się do polowania. Sfora psów wyrywała w stronę lasu. Coraz radośniej pokrzykiwano, coraz głośniejszy był gwar. Stajenni wyprowadzali kolejne konie, a opodal pałacu stała zaprzęgnięta w dwa deresze bryczka. Gromadka ciekawskich wiejskich dzieciaków bawiła się na drodze, przed bramą do posiadłości; co jakiś czas zaglądały na dziedziniec. Pośród myśliwych krzątali się machinalnie służący. Ziewali, szeroko rozdziawiając usta, jakby dopiero co zleźli z wyra. Dopiero na widok maszerującego Netzla nabrali wigoru.

Gerda dosiadła konia, którego stajenny, Brunon Kroll, trzymał za uzdę. Z wysokości wypatrywała zbliżającego się nieśpiesznie od strony Pucka doktora Ludwiga Grossa. Owszem, znajdowała upodobanie w polowaniach, szczególnie tych zimowych, kiedy lekki mróz rozpala policzki, ale odkąd w towarzystwie myśliwych zaczął się zjawiać młody doktor Gross, jej skłonność do łowów jeszcze wzrosła.

Gerda kiwnęła na koniuszego i poleciła:

– Brunon, wsiadaj do bryczki i jedź szybko lasem na polanę w Piaśnicy. Niech przyszykują dla mnie posiłek. Nie zdążyłam ze śniadaniem. Niedługo ruszamy.

Koniuszy się skłonił, usiadł na koźle i skierował bryczkę w kierunku zaśnieżonego boru.

Gerda podjechała do czekających na koniach Hermanna, jego młodszego brata Fryderyka oraz najbliższych przyjaciół – Johanna von Wagnera z Hohenfelde i barona Leo von Trettowa z Celbowa.

– Marita marudziła – usprawiedliwiła swoje spóźnienie.

Hermann spiął konia, a potem podniósł rękę, by dać znak do rozpoczęcia polowania. Już mieli ruszyć, lecz z tyłu dobiegł ich donośny głos Netzla:

– Jaśnie pani!

Zatrzymali się, a Gerda zawróciła w stronę pałacowych drzwi. Na widok zbliżającego się szybkim krokiem kamerdynera pytająco uniosła brwi.

– Z Łucją źle – zawołał Franz.

– Cóż znowu? – jęknął Hermann i wstrzymał kawalkadę jeźdźców. Sam również skierował swojego wałacha ku Netzlowi.

– To chyba nie poród – wysapał kamerdyner, patrząc jaśnie pani w oczy.

Gerda spojrzała na Hermanna. Hrabia się nachmurzył.

– Co się dzieje? – spytał.

– Boli ją brzuch i...

Hermann westchnął z ceremonialną troską.

– Och, Netzel, gdybym ja miał takie zmartwienia jak bolący brzuch. W takim razie odeślij ją do domu i po kłopocie. Nagonka już pod Piaśnicą. Wyruszajmy w końcu!

– Potrzebny lekarz – nie dawał za wygraną kamerdyner.

Hrabia spojrzał na doktora Grossa, którego koń przestępował właśnie bramę majątku. Coś w tym spojrzeniu zdradzało, że Hermann dokonuje chłodnej kalkulacji. Z tym że los Łucji Kroll z pewnością nie zajmował mu w rachunkach tyle miejsca, ile niechęć do młodego medyka, gościa raczej Gerdy niż jego.

– Cóż, doktor Gross jest rzeczywiście pod ręką... – zwrócił się do żony.

Gerda wahała się tylko przez moment: Łucja Kroll posyłała jaśnie panu spojrzenia spod rzęs, ale nie robiła tego przecież bez zachęty; nie było powodu, by cierpiała, skoro Ludwig – i tak marny myśliwy – mógł jej pomóc. Lecz gdyby hrabina na to przystała, dałaby zionącemu wczorajszym pijaństwem Hermannowi zbyt wielką satysfakcję. I to w jakiej sprawie? Jego kochanicy! Dlatego rzuciła w końcu:

– Doktora zabieramy na polowanie. Jest akuszerka Wanda. Na ból brzucha dajcie Łucji naparu z liści mięty. Nie zapominaj, Franz, że niedawno też rodziłam. I sam widzisz.

Skinęła na męża. Hermann, niepyszny, krzyknął:

– Dawaj!

Łowczy, tym razem widząc znak, zadął w róg myśliwski. Jeźdźcy, służba i psy ruszyli z hałasem wzdłuż pałacowego ogrodzenia, w stronę bramy. Za nimi biegła z krzykiem gromada dzieciaków. Po drodze do myśliwych dołączył doktor Gross, witany głośnymi okrzykami przez uczestników polowania. Gerda powitała go uśmiechem. Patrzyła na niego znacznie dłużej, niż by tego wymagała kurtuazja.

* * *

Szew ręczny, inaczej fastryga. Tyle lat było mu z nami dobrze, ale zawsze ktoś chce lepiej. Prawda, Miotke? No to wymyślili maszynę do szycia. Ściegi dzieli się na łączące, brzegowe i ozdobne. Ten od maszyny to stębnowy. Ścieg musi być prowadzony równo, gęsto, a nitka równomiernie dociągnięta. Maszyna ma turkotać i reszta nas nie obchodzi. Prawda? A jak przestanie turkotać, to co? Trzeba znaleźć głupka, co się podejmie naprawy. Prawda, Miotke? Prawda.

Bazyli Miotke składał od świtu nową maszynę Singera dla Leo von Trettowa i, cóż kryć, był w podłym nastroju. Termin gonił, następnego dnia maszyna musiała być gotowa, a opóźnienia nie wchodziły w grę. Z Leo nie było żartów. Wiedział wszystko najlepiej i na każdy temat. Dłubał więc Bazyli w kółkach zębatych bez wytchnienia. Nie do tego Pan Bóg go powołał, ale pieniądz był dobry, a Miotke zaznał już w życiu biedy i nie zamierzał w niej pozostać. Toteż gdy zjawił się u niego przedstawiciel fabryk Singer u. Neidlinger, znajomy z dawniejszych czasów, i zaproponował pośrednictwo w sprzedaży oraz prowadzenie warsztatu, Miotke długo się nie namyślał.

Warsztat mieścił się w drewnianej chałupie u wejścia do Kłanina lub, jak mawiali inni, na końcu Starzyna. Nad drzwiami Bazyli umieścił szyld po polsku: NAUKA SZYCIA. Nie było jednak wiadomo, kto ma tu nauk udzielać. Ledwie Miotke zaczął zarabiać, wciągnęła go na powrót prawdziwa pasja: polityka. O tym, że państwo pruskie mu się nie podoba, mówił głośno i nie bez konsekwencji. Siedział już czterokrotnie. Trzy razy po miesiącu. A raz, gdy obraził Najjaśniejszego Cesarza Wilhelma II, a potem rozerwał kajdanki, którymi skuli go żandarmi, na prawie rok trafił do berlińskiego Moabitu. Cóż poradzić, tak został wychowany. Pięć klas pruskiej szkoły ludowej nauczyło go, że za dociekliwość dostaje się po dupie, dlatego wiedzy szukał gdzie indziej: u księdza z okolicznej parafii, który lekcje religii łączył z wykładami polskiego i historii. Edukacja skończyła się, gdy miał trzynaście lat, wraz ze śmiercią rodziców. Trzeba było wywędrować za robotą. Najmował się jako cegielnik, drwal i rybak. Zszedł Kaszuby wszerz i wzdłuż, a bieda nadal cisnęła, więc poniosło go w Prusy. Pracował w Berlinie, Hamburgu, Lipsku i Dreźnie. Wziął za żonę dziewczynę ze zubożałej szlachciury, Urszula jej było, przeniósł się do Sopotu, gdzie robił śmiałe interesy i skąd równie śmiało rejterował w rodzinne strony, kiedy jego piwny biznes podupadł. A przy tym wszystkim wciąż żarliwie uświadamiał Kaszubów, że nie są Prusakami i duszą przynależą do rozkradzionej Polski.

– Jakiej tam Polski, Miotke? – kpił Hermann von Krauss, gdy się spotykali na szachy. – Prędzej już do Skandynawii przynależą, po pradziadach Gotach, a z Polską takie mają związki, że ich Bolesław Krzywousty niemal w pień wytłukł w dwunastym wieku. Nie dziwota, że się stopili z niemieckimi osadnikami. Prawdy dziejów nie oszukasz, Miotke.

Na to Bazyli po swojemu uśmiechał się spod wąsa. Gdyby hrabia mniej wierzył jajogłowym z Berlina, a więcej ludziom, wśród których żył, inaczej by o prawdzie dziejów myślał. Ale z von Kraussem było przynajmniej wesoło. I w szachy zagra, i podyskutuje. I nawet z żartu politycznego się czasem zaśmieje. Bo, owszem, Miotke jątrzył również dlatego, że się w Kłaninie nudził. Hamburg czy Drezno za młodu wyglądały przynajmniej światowo. A tymczasem na starość, mając już lat przeszło trzydzieści, skończył na zadupiu. Igrał więc z władzą, żeby jakiegoś fermentu narobić, żeby coś się działo.

– Żeby tu nie zdechnąć – mruknął do igielnicy. – Żeby języka w gębie nie zapomnieć, choćby mieli za obrazę Wilusia po raz piąty posadzić.

Poprawiał na głowie czarną szyprówkę i oglądał pod światło pasek klinowy, gdy usłyszał krzyk. Zerwał się na równe nogi, bo poznał głos żony.

– Łucja rodzi!

Brunon Kroll jechał bryczką po zaśnieżonej drodze do Piaśnicy przypilnować, by przygotowano śniadanie dla jaśnie pani. W głowie mu się kotłowało.

Łucja rodzi.

A on nie był pewien, czy to dobrze. Coś w jej zachowaniu zapowiadało kłopoty. Od wczoraj sprawiała wrażenie nieswojej, mimo to poszła służyć. To odrobinę uspokoiło Brunona. W pałacu Wanda, akuszerka, była zawsze pod ręką. Obejrzał się za siebie, czepiając się widoku niknącego w oddali Starzyńskiego Dworu. W pałacu był też tamten. Hrabia. Co polował na rogacze, a sam rogi doprawiał.

Ale Łucja rodzi!

Spojrzał w niebo i zaczął się modlić o pomyślność. Do rodziców. Do ojca, śmierdzącego rybą raptusa z ciężką ręką. Do wiecznie niezadowolonej matki, co dawała na lewo i prawo. Do nich się modlił, bo tak mu dzieciństwo spieprzyli, że teraz ich obowiązkiem było po stokroć to Krollowemu dziecku wynagrodzić.

Jechał.

Łucja rodzi!

Do warsztatu wpadła zdyszana żona Bazylego, Urszula.

– Łucja rodzi... – wydusiła.

– Słyszałem, słyszałem – objął żonę i szelmowsko zmrużył oczy. – Rabanu na całą wieś narobiłaś, a lepiej byś z Łucji przykład wzięła.

– Bazyli!

– No co? Początek roku. Robotę mam.

– Bo cię chlasnę na odlew!

Miotke wskazał na warsztat.

– Widzisz? Singer Trettowa. Nie zrobię, łeb urwie.

– A co mnie... – zaperzyła się Urszula. – Zostaw to, łajzo. Jedziesz po doktora Grossa...

Bazyli wycierał ręce powoli, bardzo dokładnie.

– Czyżby? Doktor Gross na polowaniu. Nie poszedł polować z kleszczami do porodu.

– Nie filozofuj. Szoruj po Grossa!

– Pracuję, kobieto.

– Ale mi już!

Bazyli cmoknął pod wąsem i uśmiechnął się rozkosznie.

– Tak za nic?

– Odwdzięczę się później... Zaprzęgaj!

Z oddali doszły do Bazylego krzyki rodzącej. Kiwnął w ich stronę.

– Będzie coś z tego? Po co ją przywieźli z pałacu?

– Przestań tyle gadać! Jedź!

– Zaprzęgam, już zaprzęgam – mruknął i poszedł po konia. Ale Bazylemu się nie śpieszyło. Był pewien, że dziewczynie nic nie będzie.

Ruszył ze wsi, nie bardzo wiedząc, gdzie szukać. Cała ta dworska czereda mogła być dosłownie wszędzie i jeżeli o niego chodziło, to bardziej ufał miejscowej akuszerce niż Grossowi. Zresztą jaśnie państwo zbytnio się Krollową nie przejmowało, bo to przecież ich stangret ją zwiózł do domu. Nikt inny.

Ścisnął lejce i popędził lekko konia.

– Pewnie w Piaśnicy polują – mruknął i skręcił w aleję lipową. W ciszę.

A Bazyli ciszy nie lubił. Kojarzyła mu się z Moabitem, z tą roczną odsiadką. Z ciszą, gdy jego sopocki wspólnik Lahme siedział naprzeciw, powtarzając tylko: zbankrutowaliśmy, zbankrutowaliśmy. Gdy stracili dorobek życia. Z ciszą nocy poślubnej z Urszulą, kiedy się zorientował, że więcej było rozsądku w tej miłości niż miłosnego nierozsądku. Jej urody i jego siły.

Z ciszą, gdy zapadała noc w Zdradzie, gdzie się urodził, o pruską milę stąd. A teraz? Jedzie po takiego jednego, co ma pomóc drugiemu, by czwarte z trzeciego na świat przyszło.

Ułożył usta w ciup i zaczął gwizdać pod nosem.

Jechał ponad godzinę, z każdym kilometrem czując, że mróz coraz silniej wdziera się pod kapotę. Świat stał w czerni i bieli, niby jak na dłoni, ale ktoś tę dłoń nakrył ciemnymi chmurami i za nic nie dało się dojrzeć, co ukrywa. Wytężał wzrok, patrzył między drzewa. Z głębi lasu snuła się mgła; Miotke wiedział, że jeśli się nie pospieszy, wkrótce nie dostrzeże nic. Stanął w wozie i rozglądając się po bokach, popędził konia w stronę bagien pod Domatowem. Wjechał na niewielką polanę i bezradnie rozejrzał się dokoła. Drzewa wszędzie wydawały się takie same. Jadąc tu, myślał, że naganiacze pomogą mu odszukać Grossa, ale w środku lasu ich kołatki odzywały się zewsząd i znikąd. Nie umiał powiedzieć, czy idą ku niemu, czy się oddalają, nie do końca wiedział, gdzie jest, choć okolicę znał od małego. Opadł na siedzisko, ale wtedy rozległo się głośne kwiknięcie i z pobliskich zarośli wypadł odyniec. Koń poderwał się spłoszony, lecz Miotke ściągnął lejce. Dzik kwiknął raz jeszcze i rzucił się do dalszej ucieczki, a zaraz za nim spomiędzy drzew i mgły wybiegł rogacz zmęczony nagonką. Potrząsnął łbem i dysząc, stanął naprzeciwko furmanki. Z oddali dochodziły dźwięki kołatek oraz krzyki naganiaczy. Sylwetki majaczyły niewyraźnie. Nie widzieli Bazylego, choć przekroczyli leśny dukt. Szli w długim szeregu, rozstawieni co kilkanaście metrów. Wolno pośród drzew. Rogacz patrzył w oczy Bazylemu. Nie ruszać się. Wstrzymać oddech. Nic nie uronić z tej chwili. Coś szarpnęło się mu w piersi i Miotke miał już przepędzić zwierzę, ale w tej samej chwili na wprost jelenia wyszedł jeden z gości von Kraussa, baron Leo von Trettow z gotowym do strzału sztucerem. Zwierzę jakby na to czekało, ruszyło do szarży, potrząsając porożem. Von Trettow rzucił się w bok, wprost w ośnieżone krzewy. Sztucer wypalił. Gdy echo strzału przebrzmiało, Miotke wychylił się zza wozu. Przywitało go gromkie przekleństwo.

– Nic się jaśnie panu nie stało? – spytał.

Von Trettow gramolił się z krzaków. Twarz i dłonie miał podrapane do krwi. Miotke pomógł mu wstać.

– Nic się nie stało? – powtórzył.

Baron macał kostkę, próbował ruszać krzywymi nogami. Pokiwał głową, że wszystko w porządku.

– Widzieliście go, Bazyli! On na mnie skoczył... – paplał. – Jak lew w Namibii... Wiem, bo byłem...

Bazyli przyglądał się rudemu safandule.

– To nie lepiej w Celbowie swoich papug doglądać? – zapytał.

– Ogród botaniczny w zimie? – fuknął von Trettow. – Zimą pałac to nuda. Nawet moja córka wam to powie, Bazyli. Angela nie lubi nudy. A ja wszędzie polowałem... Oglądaliście poroża moich antylop?

– Baronie, szukam doktora Grossa – przerwał Bazyli.

– Gross? Kręci się tu gdzieś. Maślane oczy robi. Musi być przed nagonką.

– Widzieliście się?

– Dawno. Taka mgła. Dawno. Każdy na własną rękę. Jak lew mnie chciał. Fiu. Tymi rogami... Jeszcze dygoczę.

– To ja poszukam – odparł Bazyli, widząc, że nic więcej nie wskóra. Poluzował uprząż, by koń mógł się swobodnie paść, i ruszył na piechotę, zostawiając von Trettowa całego w igliwiu za sobą. Mgła jeszcze nie taka gęsta.

– Miotke! – usłyszał na odchodne. – Milczeć o tym epizodzie!

Ale mgła na piechotę to nie ta sama mgła co konno. Szła wysoko, prócz wzroku pętała również nogi. Świat w niej zanurzony rozmywał się na krawędziach, był i jakby go nie było, aż się ta nieważkość Bazylemu udzieliła, a w piersi wdarł niepokój. Tylko spokojnie, powtarzał sobie, tylko spokojnie. Tarł powieki i widział pod nimi gwiazdy; zaraz je otwierał, lecz biel nie ustępowała, gęsta niczym piana. Krzyknął głośno. Trochę dla animuszu, a trochę żeby udowodnić sobie, że jeszcze jest. Że się w tej bieli nie rozpłynął. Od głosu odbił się cień, niewyraźna postać zamajaczyła przed Miotkem. Wzdrygnął się, potem przypomniał sobie, po co go wysłano, i krzyknął za Grossem, lecz nikt nie odpowiedział. Poszedł za zjawą. Dziesięć kroków. Dwadzieścia. W las, przez las, choć dałby głowę, że stał w miejscu. Nagle usłyszał coś i zaraz odskoczył – stado psów myśliwskich przecięło mu drogę, a on sam przez chwilę czuł zapach sierści. Mordu. Polowanie, pomyślał, oni tu polują, idioto.

– Ludzie! Ludzie! – zawołał, żeby go usłyszeli i żeby nikt w jego cień nie celował. Żałował, że dał się namówić Urszuli. Jak Łucja ma urodzić, to urodzi. Gross do tego niepotrzebny. Wanda niejeden poród przyjmowała. Tylko pieniądze Brunon straci, bo doktor każe sobie za każdy przyjazd słono płacić.

Krzyknął znów. Huknęło, echo nie powróciło. Gdzieś z prawej padły dwa strzały. Bazyli przeżegnał się, szarpnął w tamtą stronę. Zanim się spostrzegł, biegł. Mgła z lekka ustąpiła i zobaczył w oddali sosnowy las, a między brązowymi pniami niedużą przecinkę. Gdy na nią wpadł, Hermann i Johann von Wagner klęczeli przy dygoczącym w agonii jeleniu.

– Johann! – cieszył się von Krauss. – Dwudziestak? Dobrze liczę?! Mamy go po połowie.

– Nie, Hermann, ty strzeliłeś pierwszy.

– Johann, jesteś moim gościem. A wloty są dwa. Zdaje się, że ktoś wcześniej też strzelał.

Hermann wiercił okrwawionym palcem raz jeden wlot, raz drugi. Następnie złamał gałązkę jałowca i włożył ją jeleniowi w pysk.

Johann uśmiechnął się tajemniczo.

– Pierwszy strzelec chyba zaraz nas znajdzie...

Na polanę wbiegł doktor Ludwig Gross.

– Miałem go – sapnął. – Na muszce! Miałem...

Hermann zmierzył Grossa kpiącym spojrzeniem.

– Panie doktorze... co pan opowiada? – rzucił. – W takiej mgle? W takiej mgle, co pan mógł mieć na muszce?

– Chyba jakąś inną zwierzynę – zaśmiał się von Wagner.

Gross przyjrzał się mu z dezaprobatą.

– Ja nie wiem, o co panu chodzi.

– Och, o nic, o nic.

Po chwili przydreptał do nich w sutannie ksiądz Riese. Wyglądał osobliwie z flintą na ramieniu i w kapelusiku z piórkiem bażancim na głowie. Znany był z tego, że nie odpuszczał żadnego polowania w okolicy, choć nie należał do mistrzów strzelectwa. Na jego widok Hermann uniósł obie ręce do góry.

– Księże Riese, tylko ostrożnie z ogniem!

– Pochwalony. Nie kpij synu z posłannika Jego, dobrze?

– A broń Boże. Ja z szacunku.

– Ten szacunek to ma rozwidlony jęzor, hrabio.

– Aj, Werner, ty wszędzie diabła widzisz. Strzelałeś?

– Nie.

– Dlatego trafiony.

Riese machnął ręką i wskazał na wloty.

– Dwa?

Hermann chciał mu wszystko opowiedzieć, lecz w tej samej chwili zauważył wspartego o sosnę Bazylego.

– Miotke! Co, do cholery, tutaj robicie?

Bazyli otarł czoło.

– Ja po doktora Grossa. Mam sprawę.

– Miotke! – zawołał Gross. – Odpoczywam intensywnie, nie widzicie?

– Sprawa poważna.

– Tu poważniejsza. Hrabia chce mnie pokotu pozbawić.

Ale Bazyli nie dał się zbyć, złapał doktora za rękaw i pociągnął na bok. Hermann przyglądał się im ukradkiem, patrząc na tężejącą twarz Grossa z mieszaniną zawiści i dumy. Nie pozwoli temu konowałowi zabrać sobie tak pięknego rogacza. Niech Gross leci za swoim powołaniem trzymać ręce, gdzie ciepło i wilgotno, a nie brata się z prawdziwymi mężczyznami.

Kiedy doktor wrócił do junkrów i oznajmił, że musi czym prędzej opuścić towarzystwo, von Krauss nie krył zadowolenia.

– Pętać mi mojego byka! – nakazał. – Johann, prowadź na jednego.

Naganiacze sprawnie związali powrozami kopyta martwego zwierzęcia, wsunęli między jego nogi kilkumetrowy drąg i ruszyli za nimi.

Na kolejnej, większej polanie kłębiło się co najmniej czterdzieści osób. Pod osłoną białych namiotów stały sute jadło i trunki. I choć nie wszystkim się poszczęściło tak jak hrabiemu, nikt nie narzekał, bo zdobycze dawno już zaczęto liczyć w obalonych karafkach. Podchmieleni niedoszli myśliwi spacerowali z zaróżowionymi od chłodu policzkami. Kiedy jednak zjawił się von Krauss, porzucili kieliszki i stłoczyli się dookoła jelenia, wymieniając uwagi z pasją daną jedynie wszelkiej maści niedojdom. Hermann dostrzegł wśród tej gromadki żonę, która rozmową zabawiała gości.

– Kochanie moje – przywitał się teatralnie.

– Triumf widzę. Triumf – Gerda uśmiechnęła się na widok męża.

– Strzelony bezbłędnie.

– To dwudziestorogi...? – z zachwytem wskazała na wieniec poroża.

– Wszystko opowiemy u von Trettowa – odparł Hermann.

– Oczywiście! Nie wyobrażam sobie, Gerdo, że ciebie u nas zabraknie – wtrącił baron.

– Celbowo to wspaniałe miejsce na finał łowieckich opowieści.

Von Trettow nie krył zadowolenia:

– W rzeczy samej. W samej rzeczy.

Gerda uśmiechnęła się do barona, wypiła kieliszek wódki. Trudy poranka wydawały się jej teraz bardzo odległe, niemal nieprawdopodobne. Miłe ciepło rozchodziło się w koniuszkach palców. Rozejrzała się za doktorem Grossem, ale odnalazła jedynie zadowolone spojrzenie swojego męża.

– Wypatrujesz doktora? – spytał przymilnie. – Niestety, opuścił nasze towarzystwo, aby czynić swój lekarski obowiązek. – Jej pytający wzrok kazał mu mówić dalej: – Przyjechał po niego Miotke. Bazyli. Ten od maszyn Singera...

– Wiem. Coś się stało?

Hermann wzruszył ramionami, a Gerda przełknęła ślinę, czując, jak wypity alkohol podchodzi jej do gardła. Pojęła wszystko w lot. Napar z liści mięty nie wystarczył... Zatrzymała przechodzącego sługę.

– Znajdź Brunona Krolla – nakazała. – Niech tu przyjdzie.

Nagle w środku zimy poczuła ogromne gorąco. Nie takie, jakiego by chciała, jakiego spodziewać się mogła przy zabawie i dobrym polowaniu. Palący, niszczący żar, po którym na języku pozostaje smak popiołów.

Brunon zbliżył się niepewnie do Gerdy.

– Jaśnie pani.

– Twoja żona rodzi, są komplikacje – powiedziała. – Jedź.

– Ale...

– Ja ci mówię, człowieku, damy sobie radę bez ciebie. Weź bryczkę, będzie szybciej. Kawał drogi. Dołączę do was później z księdzem.

Pobladły Brunon wsiadł na kozioł, a Gerda patrzyła za nim, słysząc coraz szybsze bicie własnego serca.

Hermann tymczasem dyskretnie obserwował żonę. Rozgrzewali się z von Wagnerem i von Trettowem czystą wódką i wędzoną kiełbasą. Gdy tamci dwaj ruszyli z kopyta, przeprosił gości i podszedł do Gerdy.

– Co się dzieje?

– Łucja, żona koniuszego, potrzebuje pomocy. Rodzi. Ale to akurat ciebie dziwić nie powinno. Do Trettowa pojadę następnym razem.

Rozdzielili ich myśliwi z upolowanymi zającami i kuropatwami, układający pokot. Hermann stał, spoglądał w stronę Gerdy, ale ona wróciła do fraucymeru, piła kolejny kieliszek wódki i uśmiechała się, jakby ktoś wyciął jej grymas w odlanym wosku.

* * *

Łucja rodziła, a całe Starzyno słuchało. Tak słucha każda wieś, gdy ma przyjąć w siebie nowe. Takie, co z niej przychodzi, od wieków, tutaj poczęte, tu odbite, z rzadka dalej niż dwa najbardziej odległe od siebie obejścia. W krzyku ciężarnej grałyby znane nuty, melodie kobiet, co nosiły tu dzieci przed nią. Muzyka od nastania świata. Swojska. Brunon i Łucja byli swoi. A jednak poród szedł ciężko, jakby wieś dziecka nie chciała. Niczemu niewinny bękartek, ale Starzyno z całych sił go odrzucało. Tak właśnie myślała akuszerka Wanda, stojąc na progu Krollowego domostwa. Wypatrywała pomocy, pewna, że choć nadejdzie, to i tak wszystko zostało już przesądzone. Poza nimi i ponad nimi. Przez ścianę słyszała, jak Łucja wyje z bólu. Cierpła jej od tego skóra. Nie było w tym wyciu nadziei. Tylko ból. A nagi ból wyłącznie ból rodzi. Będzie z tego dziecka wielki, wielki kłopot, przebiegło jej przez głowę i w tej samej chwili dostrzegła kłąb śnieżnego pyłu na wiejskiej drodze. Z tumanów wyłonił się wóz Miotkego zaprzężony w konia pokrytego płatami piany. Bazyli powoził, stojąc. Smagał batem na odlew. Przed domem z całej siły ściągnął lejce. Koń stanął dęba, chrapiąc z wysiłku. Z wozu zeskoczył Gross i szybkim krokiem skierował się do chałupy. W drzwiach, obok Wandy, stanęła Urszula w jasnym fartuchu; za nią krzątały się kobiety.

– Prędko, doktorze!

– Prędko? Tak gnał, że duszę ze mnie wytrząsł!

W izbie panował gwar i zaduch. Łóżko wyciągnięto na środek. Okna zamknięto przed mrozem, za to w piecu huczało. Gross omiótł wzrokiem bałagan i zażądał cebra z ukropem. Podwinął rękawy myśliwskiego stroju i nakazał spokój. Łucja spojrzała na niego przekrwionymi oczami. Dostrzegł w nich zwierzęce niemal przerażenie. Opadła na plecy w przepoconej pościeli, to krzycząc, to charcząc, i gdyby nie to, że brzemienna, uznano by ją pewnie za opętaną. Przy wezgłowiu krzątały się Wanda z Urszulą; reszta kobiet przekrzykiwała się nawzajem.

– Idzie? – spytał Gross akuszerki, wycierając przedramiona.

– Idzie.

– Sprawdzałaś?

Wanda przytaknęła.

– To co jest nie tak, do cholery? Powinna już dwa razy urodzić! – warknął, siłując się z Łucją, by rozewrzeć jej nogi.

– Kobieto! Słyszy mnie? Puść, bo dziecko zadusisz!

Kazał trzymać kolana, a sam klęknął i wsunął w Łucję palce. Poczuł gorąco i zapach krwi. Za gorące trochę, za krwawe, pomyślał, ale wtedy wymacał głowę dziecka:

– Główka na miejscu – powiedział. – Przyj!

Łucja wbiła paznokcie w ramię akuszerki, napięła się i uniosła głowę tak, że dotknęła brodą mostka.

– Przyj! To już blisko. Musisz!

Ale niespodziewanie Łucja przestała przeć i krzyczeć. Jej głowa opadła na poduszkę. Wanda zauważyła blednącą twarz oraz umykające do tyłu tęczówki oczu. Rozwarte nogi.

– O Jezu – szepnęła, przyciskając palce do ust.

Gross spojrzał na nią półprzytomnie. Na czole perlił mu się pot. Podążył za wzrokiem akuszerki. W zapadłej ciszy słychać było tylko jego przyspieszony oddech.

– Światła! Dajcie światła! – zażądał. Gdy donieśli świece, zerwał się i rzucił torbą o ziemię.

– Wrzód! Karbunkuł jak pięść!

Zabrzęczały narzędzia, Gross uniósł skalpel i pochylił się nad Łucją, która rzęziła coraz ciszej.

Gdy ostrze tylko dotknęło skóry, trysnęła ropa.

– Dlaczego tak późno? Poszło zakażenie... Niech to... Jeszcze raz! Przeć! Ach, do diabła!

Gross złapał kleszcze, sprawdził ustawienie, a potem znowu zanurzył się między udami Łucji.

– Gorączki nie było widać?! Bólu?! Niemożliwe.

– Ona cały czas do pracy chodziła.

– Nie pieprzcie, Wanda. I wy będziecie ją mieli na sumieniu. Dalej. – Wskazał na brzuch. – Pozwoliłaś na to, więc teraz wyciskaj.

Kobieta przytaknęła i położyła obie dłonie na brzuchu Łucji.

– Na mój znak.

Gross wsunął kleszcze. Otworzył je i obrócił, ciągnąc na próbę. Ciało Krollowej podskakiwało na nich jak marionetka i nie było nikogo, kto by nie widział, że z nią nie najlepiej. Baby po kątach zaczęły się cicho modlić.

– Modlić, teraz się modlić... – sapnął doktor. – Tak tylko jeden by na świat przyszedł i łeb dam, że nie w tej kaszubskiej pipidówie. Wanda! Teraz!

Kleszcze obróciły się w ciele kobiety, raz, drugi, aż wreszcie chwyciły główkę i z cichym jękiem matki dziecko wyszło na świat.

Brunon wpadł do wsi przed momentem, wyłonił się ze śnieżnej kurzawy w rozpędzonej bryczce von Kraussów jak pędzące po wsiach widmo. Zeskoczył z kozła i pognał ku swojemu obejściu, lecz gdy jego uszu dobiegł skowyt Łucji, stanął osłupiały. Jakby wyrosła przed nim z tego krzyku zapora. I teraz słuchał. Starzyno słuchało. Obok Krolla słuchał też Bazyli. Wyjął z kieszeni tabakierę i podsunął w kierunku koniuszego.

– Nie tak powinny się dzieci rodzić – powiedział rozjemczo.

Brunon posypał na nadgarstek.

– Nie takie powinny – odparł, spoglądając w niebo. Nie miał na sobie czapy ani szala, ale wyglądał, jakby się go mróz nie imał. Oczy błyszczały mu niczym w gorączce i Bazyli pomyślał, że pewnie od tabaki. Bo jak nie od tabaki, to Miotke już takie oczy widywał. Oczy straceńców, co raz w życiu potrafią zrobić wszystko, ponad życiem i śmiercią; najczęściej ponad życiem.

– Nie myśl za dużo – poradził. – Koń ma duży łeb, to myśli.

Brunon spojrzał na niego nieprzytomnie. Chciał coś powiedzieć, lecz doszedł ich pełen napięcia głos doktora:

– Chłopiec. Odpępnić!

Przez otwarte drzwi zobaczyli, jak akuszerka przejmuje sinego noworodka. Zmęczony Gross podniósł się ciężko z taboretu i wymierzył dziecku w pośladki siarczystego klapsa. Noworodek pisnął słabo.

– Jak mysz. Jutra może nie doczekać – potem odchylił powiekę nieruchomej Łucji. – Ona już po tamtej stronie.

Akuszerka zwiesiła głowę.

– Oczu nie mieliście? Co z was za ludzie?!

Urszula zaczęła bezgłośnie łkać. Gross machnął na to ręką, zmęczony ruszył do drzwi, w połowie drogi przystanął i ruchem głowy pokazał sypialnię.

– Księdza z olejami trzeba.

Z kuchni, zawodząc, wbiegły do pokoju kobiety. Gross minął je i stanął przy Miotkem. Zapadał zmrok. Bazyli podsunął mu tabakę. Mimo zakrwawionych rąk, doktor zażył potężnego niucha.

– Nie można było wcześniej?

Złym i zmęczonym wzrokiem spojrzał na Brunona. Ten stał oszołomiony, z otwartymi ustami. Nic nie odpowiedział. Gross podszedł do pompy.

– Niezamarznięta?

– Nie – szepnął Brunon. – Pilnujemy.

Gross puścił wodę i zmył zakrwawione ręce w cebrzyku. Krew zabarwiła materiał na brunatno.

– Małego trzeba ochrzcić – rzucił, nawet na Kaszubów nie spojrzawszy.

Bazyli podał ręcznik z oparcia ławy.

– Przyjedzie pani – wyjąkał w końcu Brunon. – Z księdzem Riesem.

Stali więc we trzech. Stali i czekali, a wieczór zapadał mimo nich. Każdy myślał o czymś innym. Gross o polowaniu. Bazyli o sprawiedliwości. Brunon o stygnącym cieple; i sam czuł, że coś w nim wygasa, coś, czego nigdy nie rozpalał. Ale to nowe, co szło, lodowate, przynajmniej miało ciężar. I kierunek. I chwycić się tego można było, przytrzymać.

I za tym pójdę, zadecydował.

Gdy przed dom Krollów podjechała bryczka z jaśnie panią, nadeszła już noc. Pierwsza wysiadła Gerda. Przejęta, spojrzała Grossowi w oczy.

– Doktorze?

Tamten tylko pokręcił głową.

– Tyle dni z zakażeniem. Co ja mogłem?

– Żyje?

– Skonała, bo oni tam... – wskazał głową Brunona. – Ciemnota. Rano być może bym uratował. Wystarczyło przeciąć wrzód... – Gross się zapieklił. – Cholera, zawsze tak z nimi!

Pod ciężarem tych słów Gerda spuściła głowę. Splatała i rozplatała palce. Rano by uratował. Gross przyglądał się jej bez słowa.

– Ludwig, a dziecko?

– W rękach opatrzności – odpowiedział i zwrócił się do kapłana: – Trzeba się śpieszyć, księże Riese.

Gerda jeszcze przez chwilę stała obok Grossa i Bazylego. Patrzyli na wychodzącą akuszerkę, a za nią na Brunona. Zza uchylonego okna było słychać kobiecy chór. Brunon minął ich, szedł przed siebie z pochyloną głową. Gerda chwyciła go za ramię.

– Zostań. Dokąd...?

Kroll się zatrzymał, ściskając pięściami głowę.

– Nie wiem, nie wiem, nie wiem.

– Syna musisz ochrzcić. Jakie dasz mu imię?

Brunon chciał odejść, lecz hrabina ściskała jego ramię niby w żelaznych kleszczach.

– Kroll! Ojciec twój jak miał na imię?

– Mateusz – załkał. – Doktor mówi, że mały poranka nie doczeka...

– Tego nie wiadomo – z naciskiem powiedziała Gerda. Tak bardzo chciała w to wierzyć. – Wezmę go do pałacu. Wychowam z Kurtem i Maritą. Niczego mu nie zabraknie.

Koniuszy wyswobodził ramię, chwycił ją za rękę, chciał pocałować, ale hrabina się wyrwała. Podniósł na nią nieobecny wzrok, potem popatrzył w stronę drzwi domostwa, ponownie spojrzał na Gerdę i bezradnie niczym nakręcona lalka podniósł ręce, opuścił je, znowu podniósł, opuścił, zwiesił głowę, a potem poczłapał jak odurzony w stronę stajni.

Gerda i Bazyli odprowadzili go wzrokiem.

– Miotke?

– Tak jaśnie pani?

– Słyszysz? Różaniec odmawiają. Idziemy.

Wokół łóżka, na którym leżała martwa Łucja, zapalono świece. Kobiety klęczały na podłodze, jedna z nich intonowała modlitwę, inne odpowiadały. Riese przywołał do siebie Bazylego. Podał mu dziecko, a potem skinął na Urszulę. Noworodek trząsł się i oddychał z trudem.

– Jakie będzie imię? – spytał Riese, stając naprzeciw Miotków.

Popatrzyli na siebie niepewnie.

– Mateusz – podpowiedziała Gerda.

– A gdzie ojciec? – zdziwił się kapłan.

Gerda wzięła głęboki oddech.

– Brunon wziął konia i gdzieś pojechał. Imię wybrał. Pytałam.

Ksiądz spojrzał na nią zaniepokojony. Nie lubił odstępstw od tradycji, ale też każda tradycja wymaga odstępstw w chwilach takich jak ta. Zwrócił się więc ponownie do Bazylego oraz Urszuli.

– Jest wasza zgoda?

Przytaknęli.

– No to uklęknijcie.

– Czy chcecie, aby Mateusz otrzymał chrzest w wierze Kościoła katolickiego? – spytał.

– Chcemy – usłyszał cichą odpowiedź.

– Mateuszu, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – polał głowę noworodka wodą.

– Amen – zgodnie odpowiedzieli wszyscy.

Ksiądz nakreślił na czole Mateusza kciukiem znak krzyża, wziął w ręce stojący na stole krucyfiks i podał Urszuli, a potem Bazylemu do pocałowania.

– Płakać się chce, jak patrzę na to maleństwo. Bóg jeden wie, co to będzie – westchnął ciężko. – Ochrzczonemu udzielę jeszcze sakramentu ostatniego namaszczenia. Wstańcie.

Bazyli i Urszula podnieśli się z klęczek. Kiedy otrzepywali kurz z kolan, Bazyli zauważył, że Gerdzie zaczyna brakować powietrza. Dłonie przyciskała do piersi, w końcu ruszyła szybkim krokiem do drzwi. Słysząc łamiący się głos Riesego: Per istam sanctam unctionem indulgeat tibi Dominus quidquid deliquisti..., nacisnęła klamkę i wypadła przed dom. Łapczywie oddychała. Zamknęła oczy. Koszmar! Drogi Panie Boże, przebacz. Przebacz! Może to sen? Lecz w tej samej chwili na podwórku pojawiła się Urszula, a po niej Bazyli, który nadal trzymał na rękach opatulonego Mateusza. Stanęli przy Gerdzie, która zrozumiała, że swojego błędu już nie naprawi, może tylko zapobiec kolejnym. Obciągnęła palto i poprawiła włosy.

– Urszula – wyszeptała – przez parę dni pomożesz mi z Mateuszem. Rozumiesz?

– Rozumiem. Od kiedy?

– Od zaraz. Zgoda, Bazyli?

Miotke wzruszył ramionami.

– Jak mus, to mus.

Gerda podziękowała skinieniem głowy. Wsiadła do powozu, za nią Riese i Urszula z dzieckiem. Ostrożnie ruszyli spod chałupy.

Gdy podjechali pod Starzyński Dwór, Gerda czuła, że niebo ciąży ku niej. Dwóch służących wybiegło z pałacu. Zatrzymali się, widząc Urszulę z dzieckiem na ręku. Na ich zaskoczenie Riese wychylił głowę z powozu.

– No, co się tak gapicie, dziatki? Noworodka nie widzieliście? Ale już, do pomocy! – zrobił znak krzyża w ich stronę, a potem spojrzał ku Gerdzie. – Z Bogiem. My do Żarnowca.

Gerda odpowiedziała skinieniem. Tacy oni są właśnie, przebiegło jej przez myśl. Obok, ale nie obok. Mężczyźni. Zrobili, co było do zrobienia, i tyle ich widziano. Reszta na naszej, kobiet głowie. Wyszła za Urszulą z powozu i ruszyła do pałacu. Przed wejściem oczekiwał kamerdyner Franz. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

– Franz – zakomenderowała – zaprowadź Urszulę do pokoju Marity. Niech wstawią jeszcze jedną kołyskę.

– Tak jest. Zaraz tam będziemy – kamerdyner skinął głową.

Poprowadził Urszulę z noworodkiem przez przedsionek na schody, a Gerda patrzyła za nimi, dopóki otuleni blaskiem lampy naftowej nie zniknęli za załomem korytarza. A potem patrzyła jeszcze bardziej w ciemność, w której tańczył powidok tamtej trójki, świetlisty bohomaz. Niczym duchy, pomyślała. Ja, niczym medium. Albo jakiś potwór. Nie matka, nie tego dziecka. Oparła się plecami o ścianę, czując chłód kamienia. Gdzieś skrzypnęły drzwi.

– Jaśnie pani?

Odwróciła głowę i ujrzała Franza.

– Netzel? Co ten maluszek będzie jadł?

– Chodźmy do kuchni.

Gdy Netzel pchnął ciężkie drzwi, właśnie rozlewali wódkę. Na widok przełożonego służba uśmiechnęła się głupio. Kuchenne popatrywały raz na kucharza, raz na swego pryncypała, wietrząc awanturę, ale Netzel zbył mruknięciem niesubordynację, przepuszczając Gerdę w drzwiach. Hrabina przyglądała się kobietom uważnie.

– Która karmi dziecko? – spytała w końcu.

Jedna podniosła rękę.

– Ja.

– I ja – przyznała kolejna.

– Ja też – młoda sprzątaczka zrobiła mały krok do przodu.

Gerda gestem nakazała, żeby rozpięły dekolty.

– Pokażcie.

Kobiety spojrzały po sobie i wydobyły spod warstw materiału obfite piersi. Gerda podchodziła do każdej z osobna, ważąc w dłoniach ciepłe ciało, ale dopiero, gdy nacisnęła brodawkę ostatniej, młodziutkiej sprzątaczki, mleko trysnęło na jej suknię.

– Ty jesteś Maria? – spytała, wycierając się naprędce podaną chusteczką.

– Tak, jaśnie pani.

– Jest dziecko do wykarmienia. Podołasz?

Maria niepewnie popatrzyła na Gerdę.

– Dobrze zapłacę.

– Dobrze? Zgoda – wydukała sprzątaczka.

– Idź po czyste ubranie. Potem do łaźni. Porządnie się wymyj i przyjdź do mnie.

Kiedy dziewczyna wróciła, pokój dziecięcy wypełnił się czymś czystym i świeżym i Gerda wiedziała, że w tej czystości gnieździ się życie. Być może dziewczyna ma już żylaki na nogach i niekompletne zęby, lecz był to znak siły i poświęcenia. Wszystko, co dobre, oddaje swojemu maleństwu. I temu maleństwu też odda.

Po godzinie huknęły drzwi i Hermann wpadł z impetem do środka.

– Doszły mnie słuchy, że urządzasz tu sierociniec – zawołał od progu głosem opanowanym, lecz zdradzającym irytację.

Gerda jak gdyby nigdy nic lulała Maritę, a obok, na stołku, siedziała sprzątaczka z wyciągniętą na wierzch sukni piersią. Wtulony w nią Mateusz usypiał. Za nimi stała Urszula.

– Po co te demonstracje? – Hermann zasyczał z wściekłości.

Urwał, widząc dziewczynę, która niezdarnie podnosiła się ze stołka z Mateuszem i wkładała go do kołyski, a potem w pośpiechu kończyła dopinanie sukni.

– Zabierz Kurta, Mario – Gerda ruchem głowy wskazała starszego syna i nakazała mamce opuszczenie pokoju.

– A ona? – Hermann skinął bezceremonialnie na Urszulę, która aż się skuliła ze strachu.

– Pomaga mi...

– To żona Miotkego.

– Zgadza się. Jak było w Celbowie?

Hrabia podszedł do jednej, potem do drugiej kołyski.

– Który to ten podrzutek?

– Jak to? Nie poznajesz?

– Kogo?

– Dochodzą dziwne wieści.

– Jakie wieści?

Gerda brodą wskazała kołyskę, w której spał Mateusz.

– To Mateusz. Syn Łucji Kroll.

Chłopiec zakwilił żałośnie.

– Pokojówki Łucji. Umarła przy porodzie.

– Miejsce Kaszubów jest w checzy. Nie w pałacu.

– Pracowała u nas. U nas, Hermannie. Dla ciebie.

Urszula wyjęła Mateusza z łóżeczka i zaczęła go uspokajać.

– I mówią – ciągnęła Gerda – tak mówią, drogi mężu, choć ja temu chyba wiary nie daję, że to nie Brunon jest ojcem dziecka.

– Kuchenne plotki – zamruczał Hermann, wbijając pięści w kieszenie.

Gerda podeszła do niego tak blisko, że poczuła jego przepojony alkoholem i dymem cygar oddech. Patrzyła mu prosto w oczy.

– Dlatego ja wierzę, że Mateusz jest synem naszej pokojówki Łucji i naszego koniuszego Brunona Krolla. Wierzę w to. Święcie. I niech tak pozostanie, Hermannie.

[...]