Wydawca: E-bookowo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 137 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kaligula - redaktor od sportu - Jan Kochańczyk

Książka opisuje wiele mało znanych faktów z historii polskiego i światowego sportu – między innymi odsłania tajemnice „brudnych” i „czystych” pieniędzy olimpijskich. Przedstawia szokujące kulisy Igrzysk Olimpijskich w socjalistycznej Moskwie (1980) i Wyścigu Pokoju w cieniu Czarnobyla (1986).

Zasadniczą część stanowią żartobliwe, krótkie felietony, drukowane przez autora na łamach popularnej gazety „Sport” w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Przedstawiają one nasz socjalistyczny sport w krzywym zwierciadle. Czy młodzi ludzie epoki Internetu będą w stanie zrozumieć żarty dotyczące zupełnie innej epoki, kiedy obowiązywały inne reguły gry? Miś z filmu Stanisława Barei na pewno by je zrozumiał – dziś są jednak zupełnie inne misie. A może jednak nie tak bardzo inne? Smak sportowego miodu jest jednak bardzo podobny.

Na zakończenie książki autor zamieszcza szkice o bardzo bliskich związkach kina i sportu w XX i XXI wieku. Opisuje między innymi wyczyny bardzo pięknej damy (Polki z pochodzenia), mistrzyni sztuki walki, która potrafiła „dołożyć” prawie każdemu mężczyźnie! Nie tylko na ekranie.

Opinie o ebooku Kaligula - redaktor od sportu - Jan Kochańczyk

Fragment ebooka Kaligula - redaktor od sportu - Jan Kochańczyk

Jan Kochańczyk

Kaligula - redaktor od sportu

TAJNE I POUFNE SEKRETY HISTORII

© Copyright by Jan Kochańczyk & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo.

ISBN 978-83-7859-035-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wstęp

Kaligula. Takim pseudonimem opatrywałem swoje żartobliwe teksty w czwartkowych wydaniach gazety „Sport”.

***

„Ja, Klaudiusz”. To był serial! Brytyjski przebój o barwnym życiu cesarzy dawnego Rzymu. Bohaterowie to: rozpustny Tyberiusz, perfidny Kaligula i naiwny Klaudiusz. Serial święcił triumfy na ekranach naszych telewizorów na początku lat osiemdziesiątych, oczywiście – minionego wieku.

Czarny charakter, Kaligula, zdobył największą popularność; miał wielu fanów – no i w końcu stał się ojcem chrzestnym moich krótkich felietonów sportowych w czasach pieriestrojki Gorbaczowa, kiedy już można było pisać śmiało o wielu do tej pory zakazanych sprawach. Można było kpić w żywe oczy z różnych absurdów naszego socjalistycznego życia. Wcześniej robili to od czasu do czasu nasi pisarze, albo reżyserzy filmowi. Przypomnijmy choćby „Misia” Stanisława Berei z roku 1981 – wspomnijmy uroczego prezesa Klubu Sportowego „Tęcza” – Ryszarda Ochódzkiego i dzielnego trenera Jarząbka. Film powstał przed stanem wojennym, w okresie karnawału „Solidarności”. Potem socjalistyczni krytycy mieszali z błotem filmy Barei. Dziś twórca serialu „Alternatywy 4” należy do ulubionych polskich reżyserów, a „Miś” uznawany jest za film „kultowy” i wygrywa plebiscyty na najlepsze dzieła w historii naszego kina.

Jest to o tyle ciekawe, że przedstawiona w nim rzeczywistość jest dla młodych widzów chyba bardziej obca niż świat „Matrixa”. Czy rozumieją żarty z dawnych lat?

Przejrzałem moje stare felietony, drukowane w katowickim „Sporcie” w latach 1986–1991. Kiedyś wszelkie aluzje i żarty były zrozumiałe, cytowane i komentowane „nawet” w stołecznych pismach, tudzież rozgłośniach radiowych (szczególnie w popularnej także wtedy „Trójce”). A dziś? Łza się w oku kręci.

Może jednak warto przypomnieć tamten świat. Lata osiemdziesiąte – to w sporcie polskim okres surowego postu po tłustej dekadzie Gierka. Za Edwarda – Irena Szewińska była największą supergwiazdą światowej lekkoatletyki. Piłkarze zdobywali medale mistrzostw świata, do tego olimpijskie „i srebro, i złoto”. Siatkarze Wagnera byli najlepsi w świecie. Złotem świeciły zapasy, boks, kolarstwo, kajaki; wysoko pod niebo latali tyczkarze Ślusarski i Kozakiewicz; z najlepszymi rywalizowali Wszoła i Malinowski. Można by długo wymieniać medalowe dyscypliny i nazwiska.

A lata osiemdziesiąte to już powolny zmierzch i walka o byt.

***

To był świat w zupełnie innym stylu. Realny socjalizm podbił wtedy prawie połowę globu i rywalizował z kapitalistycznymi potęgami skupionymi wokół Stanów Zjednoczonych.

Polska należała do tak zwanej „socjalistycznej rodziny”. Nazywano ją „najweselszym barakiem w obozie”, no ale – co to była za radość? Taka właśnie rodem z „Misia”.

Ja, dziennikarz „Sportu”, mogłem jednak dumnie wypinać pierś jako reprezentant... prasowej siły numer 2 w obozie. Dziś może trudno to zrozumieć, bo gazety sportowe to po prostu pospolite źródła informacji o różnych imprezach czy zawodnikach. Tymczasem „za komuny” miały wyraźnie zaznaczone miejsce w szeregu. Najważniejszy był oczywiście wydawany w Moskwie „Sowiecki Sport” – kilka milionów nakładu, obecny w kioskach od Syberii po Litwę, Białoruś i Ukrainę. Drugie miejsce zajmowały gazety następnego pod względem wielkości kraju w socjalistycznej rodzinie, czyli Polski właśnie. „Sport” i „Przegląd Sportowy” były upowszechniane, czytane i komentowane w Moskwie, Kijowie, Sofii, Budapeszcie, czy w Pradze. Dlatego pewne publikacje mogły wywierać wpływ na sportowe życie całej wspólnoty spod znaku sierpa i młota.

„Sport” był wtedy gazetą bardzo popularną w całym kraju; rywalizował z „Przeglądem Sportowym”, a w Moskwie patrzono przychylnym okiem na jego robociarski rodowód (powstał po drugiej wojnie światowej, w czasach stalinowskich – podczas gdy „Przegląd” miał przedwojenne, kapitalistyczne korzenie, co wtedy było bardzo podejrzane).

Prawdę powiedziawszy, dziennikarze z Warszawy rzeczywiście mieli lepiej, bo ze stolicy łatwiej było wtedy komunikować się ze światem niż z robotniczych Katowic. Łatwiej więc było zdobywać informacje, wcześniej drukować gazetę i posyłać ją w świat.

Przypomnijmy: nie było wtedy Internetu; nie było komputerów w każdym domu; nie było telefonów komórkowych. Żeby zadzwonić do kogoś w kraju, trzeba było zamówić w centrali miejskiej rozmowę i czekać cierpliwie 2–3 godziny. Żeby telefonować do kogoś za granicą, należało zamówić rozmowę tydzień – dwa tygodnie wcześniej. Prasa oczywiście miała przywileje, ale na cuda techniki nie mogła liczyć.

Mecze drugiej czy trzeciej ligi z niewielkich miejscowości trzeba było opisywać, korzystając z telefonów w najdziwniejszych miejscach, od parafii do posterunku policji. Maszynistki przepisywały relacje, potem poprawione sprawozdania trafiały do drukarni, tam proces produkcji był długi i czasochłonny. A gotowa gazeta po północy powinna trafiać do pociągów czy samochodów i ruszać w kraj!

To było dziennikarstwo w zupełnie starym stylu. Inny też był sport.

Amatorzy i zawodowcy

Dzisiaj nikogo nie dziwią milionowe zarobki gwiazd sportu. Spokojnie odbierają czeki za zwycięstwa olimpijskie, a dziennikarze publikują listy płac.

Tymczasem przez 90 lat XX wieku sportowym amatorom nie wolno było oficjalnie brać ani grosza czy też dolara za występy na stadionach. Szczególnie ruch olimpijski miał być czysty, czyli wolny od pieniędzy. Na zawodowców (w boksie, piłce czy kolarstwie) szefowie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego spoglądali z największym obrzydzeniem. Zawodowcy nie byli w ogóle dopuszczani do igrzysk. Mogli się zrzeszać w swoje związki i cieszyć z „brudnych” pieniędzy. Tak czynili na przykład bokserzy w USA, potem reprezentanci popularnych gier zespołowych (piłka nożna, futbol amerykański, baseball, koszykówka).

Olimpijczycy powinni żyć wyłącznie miłością do sportu. Taką ideologię wyznawał na przykład potężny, wieloletni szef MKOl. Avery Brundage. Prowadziło to niekiedy do dziwnych sytuacji, skandali czy dramatów. Skrzywdzeni zostali na przykład dwaj najlepsi lekkoatleci pierwszej połowy XX wieku.

Jim Thorpe był gwiazdą igrzysk 1912 roku. Wnuk indiańskiego wodza stał się ulubieńcem Ameryki po zwycięstwach w pięcioboju i dziesięcioboju. W Sztokholmie ściskał go król Szwecji, a kibice nosili na rękach. W Ameryce powstało miasto Jim Thorpe-Town. Indianin stał się bohaterem narodowym Ameryki. Tymczasem jeden z jego dawnych kolegów szkolnych doniósł prasie, że nastoletni Jim przez 3 miesiące grał w zawodowej drużynie baseballowej i dostał za to 60 dolarów. Była to śmieszna kwota, w sam raz na śniadania i obiady dla młodego człowieka. Działacze MKOl. jednak zdyskwalifikowali sportowca i – w asyście policji – odebrali mu medale olimpijskie.

Jim miał poczucie krzywdy do końca życia. Kiedy umierał na atak serca, zdołał jeszcze wykrzyczeć: „Oddajcie mi moje medale!”

Inny geniusz lekkoatletyczny, fiński biegacz Paavo Nurmi, miał trochę więcej szczęścia – w roku 1932 nie odebrano mu jego dotychczasowych 9 złotych i 3 srebrnych medali, ale jednak – zdyskwalifikowano go i nie dopuszczono do maratonu podczas igrzysk w Los Angeles. Udowodniono mu, że brał pieniądze za udział w biegach ze swoim udziałem. Nurmi, oczywiście, brał, ale – co miał robić? Całe życie podporządkował sportowi. Przyciągał setki tysięcy widzów na stadiony. Gdyby nie zwracano mu na przykład kosztów podróży do stolic Europy, Australii czy obu Ameryk – nie byłby w stanie nigdzie dojechać. Takich kłopotów nie miał szef MKOl. milioner Avery Brundage.

Po drugiej wojnie światowej sport był coraz bardziej popularny i zaczął przynosić milionowe zyski organizatorom licznych imprez. Relacje radiowe, a potem telewizyjne, pomnażały szeregi kibiców. Największe kraje świata chciały się promować poprzez sport, a stacje telewizyjne musiały dostarczać widzom jak najwięcej „igrzysk”. W związku z tym trzeba było jakoś zapewnić byt i możliwość treningu kandydatom na gwiazdy. Na Zachodzie powstał system cichego sponsoringu, państwowych stypendiów (na przykład – na uczelniach) oraz tajnych kontraktów reklamowych.

Zawodowcy w dobrze opłacanych dyscyplinach nie brali udziału w ruchu olimpijskim.

Natomiast w krajach socjalistycznych rozwinął się system różnego rodzaju „lewych etatów” i „lewych kas”. Państwo finansowało na przykład kluby i szkoły sportowe, a duże zakłady pracy brały na etaty dobrych sportowców. Przychodzili do zakładu tylko w dniu wypłaty. W podobny sposób zatrudniali gwiazdorów piłki czy lekkiej atletyki – działacze wojska i milicji. Wśród załóg robotniczych dodatkowo robiono nieoficjalne składki na kluby i tworzono słynne „lewe kasy”.

W ruchu olimpijskim nadal triumf święciła obłuda. Sytuacja stała się groteskowa, gdy zawodnikom nie można było płacić, a Międzynarodowy Komitet Olimpijski bogacił się na sportowcach. Działaczom można było fundować ogromne pensje i premie. Same transmisje telewizyjne z igrzysk przynosiły gigantyczne zyski. MKOl. kasował na przykład:

w

roku 1984, za transmisje z Los Angeles – 225,6 miliona dolarów;

w

roku 1992, za transmisje z Barcelony – 401 milionów;

w

roku 1996, za transmisje z Aten – 456 milionów.

Działacze olimpijscy zdawali sobie sprawę, że jeszcze większe zyski można osiągnąć, dopuszczając do gry najsławniejsze gwiazdy sportu zawodowego. Takie pomysły pojawiały się już na początku lat osiemdziesiątych, jednak sprzeciwiały się temu głównie komitety krajów socjalistycznych. Z prostych rachunków wynikało, że po dopuszczeniu „kapitalistycznych” zawodowców zmniejszy się liczba medali w bloku wschodnim.

Szanse na zmiany pojawiły się po dojściu do władzy w ZSRR Michaiła Gorbaczowa. Dopuszczał on do głosu różne koncepcje i pomysły. Tak się złożyło, że w okresie „pieriestrojki” to właśnie ja, osobiście, prowadziłem w redakcji „Sportu” dział publicystyki. Zorganizowałem z kolegami cykl dyskusji i wypowiedzi najlepszych polskich trenerów i działaczy na temat zawodowstwa we współczesnym sporcie. Artykuły te, jak się później okazało, były pilnie śledzone także w Moskwie.

Dziś sportowe listy płac są oczywiste. Natomiast w czasach „realnego socjalizmu” pomysły wprowadzania płatnego zawodowstwa traktowano jak herezję. Jeszcze za Breżniewa niejeden mędrek dostał po głowie za „kontrrewolucję”.

Na Kremlu doszło do burzy mózgów i wkrótce zwołano naradę działaczy olimpijskich całego bloku wschodniego na Kubie. Okazało się przy okazji, że sam Gorbaczow, podobnie jak i wielu jego przyjaciół, uwielbia tenis zawodowy, amerykańską koszykówkę i inne kapitalistyczne zabawy. Dokonała się „pieriestrojka” myślenia i już na olimpiadzie roku 1988 walczyli o medale tenisowi milionerzy, ze Steffi Graf na czele. Ruch olimpijski wzbogacił się o magiczne nazwiska.

To był udany eksperyment. W roku 1990, podczas sesji MKOl. w Tokio nie było sprzeciwów! Podjęto decyzję o dopuszczeniu zawodowców do igrzysk. I największymi gwiazdami Olimpiady w Barcelonie – 1992 byli amerykańscy milionerzy koszykówki, tacy jak „Magic” Johnson czy Michael Jordan. Złote medale wręczał im sam prezes MKOl. urodzony dyplomata Juan Antonio Samaranch.

W sporcie światowym zaczęła się nowa era.

Doping

Różnymi ziółkami i proszkami wzmacniali swoje siły atleci i zapaśnicy w starożytnej Grecji i Rzymie. W nowożytnym sporcie pierwszy śmiertelny przypadek z powodu stosowania dopingu zanotowano już w roku 1886! Wtedy na trasie wyścigu kolarskiego z Bordeaux do Paryża, po przedawkowaniu trimethylu zmarł Anglik Linton. Potem wielu sportowców stosowało niebezpieczne medykamenty. Nie można im było udowodnić winy aż do czasu, kiedy medycyna poczyniła odpowiednie postępy. Doping stał się plagą wielu dyscyplin sportowych, szczególnie tych wymagających siły i wytrzymałości. Na początku lat sześćdziesiątych minionego wieku znów było głośno o aferach dopingowych. Szczególnym echem w prasie światowej odbił się przypadek śmierci duńskiego kolarza Jensena, który zmarł po przedawkowaniu amfetaminy. On i wielu jego kolegów twierdziło, że sportowcy mają prawo do wzmacniania sił pastylkami, bo ryzykują na własną odpowiedzialność i... nikomu nic do tego.

W tamtym czasie wiele medali olimpijskich uzyskano na „prochach”. W roku 1968 MKOl. zarządził wreszcie obowiązkowe kontrole antydopingowe po dużych zawodach. Problem z tym, że na miejsce zakazanych substancji natychmiast trafiały inne, równie skuteczne. Zaczęła się zabawa w kotka i myszkę – między nieuczciwymi zawodnikami i trenerami – a kontrolerami czystości sportu. Gdyby zawody i igrzyska były niewinną zabawą amatorów, kontrolerzy mogliby odnieść zwycięstwo. Tymczasem sport stał się w tamtym czasie terenem rywalizacji państw i całych systemów politycznych. Zyskał opiekę mecenasów możniejszych niż władze MKOl. Na rzecz sławnych sportowców pracowały całe sztaby chemików i lekarzy, „produkujących” w tajemnicy ludzi o nadludzkich możliwościach. Szczególnym fenomenem stał się sport socjalistycznych Niemiec. W NRD pod nadzorem tajnej policji Stasi opracowano plan 14.25 – projekt medycznej hodowli mistrzów. Przez 15 lat około 10 tysięcy dzieci i młodzieży poddawano eksperymentom. Pastylki, treningi w doskonałych warunkach, obróbka psychologiczna... Efekt? Małe NRD stało się sportową potęgą, zdolną rywalizować ze Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim. Na igrzyskach olimpijskich hymn socjalistycznych Niemiec był przebojem basenów pływackich, lekkoatletycznych rzutni, konkurencji wioślarskich. Oszczepnicy przerzucali stadiony i zaczęli bezpośrednio zagrażać widowni (wtedy wprowadzono mniej lotne oszczepy).

Smutne następstwa „naukowej” hodowli mistrzów można było obserwować po latach. Kiedy upadł mur berliński, można było o tym mówić głośno. Szczególnie wstrząsający był przypadek mistrzyni Europy w rzucie kulą z roku 1986. Heidi Krieger rozpoczęła treningi w wieku lat 14 w Dynamo Berlin, klubie związanym ze Stasi. Jako szesnastolatka zaczęła dostawać od trenerów „witaminki”. Były to w istocie sterydy z dodatkiem środków antykoncepcyjnych. Męski hormon wzrostu zaczął przynosić skutki. Heidi zaczęła rosnąć w oczach i bić rekordy juniorek. Gdy miała lat 18, ważyła 100 kilogramów, mówiła basem, a na twarzy pojawił się kłopotliwy zarost. Zaczęły się depresje. A w dodatku stawy trzeszczały, kości pękały. Heidi zaczęła marzyć o związkach z kobietami, czuła się mężczyzną.

Dziesięć lat później nie było już NRD. Heidi przeszła operację zmiany płci i zamieniła się w Andreasa Kriegera. Andreas wziął ślub z byłą pływaczką NRD. Poznali się w sądzie, kiedy walczyli o państwowe odszkodowanie za utratę zdrowia. Dopiero w roku 2006 najbardziej poszkodowani dostali po 10 tysięcy euro. Śmieszna suma, bo niektórzy byli kalekami, mogli się poruszać jedynie o laskach i kulach, musieli zażywać morfinę, żeby ukoić przeraźliwe bóle. Częsta u byłych mistrzów była cukrzyca, marskość wątroby, paraliż stóp, rak piersi, jelit, choroby serca i bezpłodność. Niektóre dawne zawodniczki rodziły zdeformowane dzieci. Nic dziwnego. Przeważnie dostawały po 10 witaminek do każdego posiłku.

Tak czy inaczej, w wielu konkurencjach sportowych trudno było komukolwiek rywalizować z nadludźmi z NRD. Pojawiały się głosy, żeby wyrównać szanse i... pozwolić wszystkim zawodnikom świata spożywać cudowne pastylki.

Na ten temat prowadziłem rozmowę z doktorem Markiem Daniewskim, kierownikiem Laboratorium Kontroli Dopingu przy Instytucie Sportu w Warszawie (marzec 1991). Oto najciekawsze fragmenty tego wywiadu:

– Panie doktorze! Kibice coraz częściej dzwonią do nas z pretensjami: „Co wyrabiają ci panowie w białych fartuchach? Sportowiec zażyje syropek, weźmie krople do oczu czy lekarstwo na serce – w wy go po kontroli antydopingowej zaraz dyskwalifikujecie!”

MAREK