Kalifat terroru - Samuel Laurent - ebook
Opis

Szczegółowe i niepokojące studium jednej z najgroźniejszych i najbardziej demonizowanych organizacji terrorystycznych na świecie – Państwa Islamskiego.

Samozwańczy kalifat, powstały na terytorium Iraku i Syrii, szerzący terror nie tylko wśród społeczeństw Zachodu, lecz również wśród swoich pobratymców. Francuski dziennikarz wykorzystuje swoich informatorów działających w najważniejszych organizacjach terrorystycznych, by spojrzeć prosto w oczy nowemu wymiarowi zorganizowanego ekstremizmu. Terroryzm Państwa Islamskiego według Laurenta to nie tylko działania militarne i zamachy – to również zdobywanie kapitału, internetowa propaganda oraz stopniowe zwiększanie swoich wpływów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Samuel Laurent

Kalifat terroru

Kulisy działania Państwa Islamskiego

Przełożyła Ewa Kaniowska

Tytuł oryginału: L’Etat islamique

Copyright © Editions du Seuil, 2014

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Ewa Kaniowska, MMXV

Wydanie I 

Warszawa MMXV

Mojej matce Anne-Marie i mojej towarzyszce życia Marine

Wprowadzenie

W czerwcu 2010 roku komendant sił amerykańskich w Iraku wygłosił triumfalną mowę o Państwie Islamskim: „80 procent ich przywódców nie żyje lub zostało schwytanych. Pozostali czują się pokonani!”1. Generał Raymond Odierno opisuje dogorywającą organizację, przygniecioną siedmioma latami wojny masowej, w której Waszyngton kazał walczyć 170 tysiącom żołnierzy i która kosztowała USA 1,9 miliarda dolarów2. Misja wypełniona? Niezupełnie.

Cztery lata później przywódcy tej samej organizacji kontrolują na styku Iraku i Syrii – dwóch krajów, których tak naprawdę już nie ma – obszar większy od Anglii. Sami nazywają się Państwem Islamskim. Francuski minister spraw zagranicznych Laurent Fabius nie mówi o nich inaczej jak „Da’isz”, od arabskiego akronimu nazwy organizacji, i sprowadza ich działania do podrzynania gardeł. Jednak nawet on musi przyznać, że to już nie to samo co niewielkie oddziały w Mali czy bandy blokujące drogi w Republice Środkowoafrykańskiej.

Proklamowany 27 czerwca 2014 roku kalifat przypomina potwornego noworodka spragnionego ludzkiego mięsa. Chociaż Państwo Islamskie pożarło swoje dwie matki, Irak i Syrię, dając przy tym liczne dowody wyjątkowej brutalności, nadal pozostaje organizacją zaskakująco dobrze ustrukturyzowaną, bogatą i solidnie zakorzenioną w regionach, które opanowało. Francuski rząd operuje językiem mającym zbagatelizować zagrożenie. Niezależnie jednak od doboru słów, Francja walczy teraz z państwem – a w każdym razie z organizacją, która ma niemal wszystkie jego cechy.

Strategie przywódców wojskowych PI są niekonwencjonalne, przemyślane i śmiałe. Mogłyby trafić do podręczników dla zachodnich szkół wojskowych. Świetnie zorganizowana armia skutecznie przeciwstawia się naszej taktyce, polegającej wyłącznie na atakach z powietrza. Wojsko PI, rozproszone po całym terytorium i doskonale ukryte, składa się z licznych pułków o ściśle określonym profilu. Artyleria, strzelcy wyborowi, piechota, pojazdy pancerne, siły specjalne, oddziały zwiadowcze, straż graniczna... PI ma nawet własne fabryki uzbrojenia. Jego żołnierze są zaprawieni w bojach i gotowi oddać życie. Wręcz pragną męczeńskiej śmierci.

Dla Państwa Islamskiego wojna stanowi najwyższy cel, acz nie jedyny. Pieniądze płyną nieprzerwanym strumieniem. Przede wszystkim dzięki ropie, chociaż inne źródła również wydają się niewyczerpane. Tu nie ma korupcji, nie ma zbędnych wydatków ani wysokich opłat. Wiele w Państwie Islamskim może budzić nasz wstręt, jednak zarządzanie finansami publicznymi jest tu modelowe. Armia działa coraz lepiej, każdego dnia rekrutuje dziesiątki młodych ochotników, ale i zwykli mieszkańcy kalifatu nie mają powodów do narzekania. Korzystają z hojnych zasiłków, zawsze wypłacanych w terminie, mają szkoły i wprawdzie dość podstawową, ale za to całkowicie darmową służbę zdrowia. Szybkość, z jaką PI stworzyło tak skuteczny system, zaskakuje i przeraża.

Administracja działa doskonale płynnie na wszystkich poziomach. Świadomi, że ich władza opiera się w równej mierze na terrorze, co na uwodzeniu, emirowie ostro dyscyplinują podlegające im kadry. Jasno określają zakres ich obowiązków i granice władzy. Lokalni przywódcy z równą uwagą śledzą działania zachodnich wojsk i wyglądają ewentualnej niesubordynacji członków policji islamskiej w malutkiej wiosce pośrodku irackiej pustyni. Dbałość o porządek wewnątrz kalifatu to dla emirów cel nie mniej istotny niż podbój nowego regionu czy unicestwienie bazy wojskowej wroga.

Podczas gdy administracja zajmuje się zjednywaniem sobie przychylności mieszkańców, terror jest domeną Amni (od słowa amn, „bezpieczeństwo”) – wszechpotężnej agencji wywiadu i bezpieczeństwa, która podlega jedynie najwyższym instancjom władzy. Zajmuje się kontrwywiadem, wywiadem wojskowym, porwaniami i zabójstwami, a rozkazy przyjmuje bezpośrednio od Al-Baghdadiego. Choć Amni jest mało znana za granicą, odgrywa jednak arcyważną rolę w Państwie Islamskim.

Wszystkie służby doskonale wypełniają swoje zadania. Armia, policja, resort finansów, służba zdrowia, szkolnictwo, wymiar sprawiedliwości, władze regionalne, wywiad, a także wydziały propagandy, wojny elektronicznej i operacji terrorystycznych za granicą. Razem tworzą przerażającą machinę wojenną, której będziemy się w tej książce przyglądać. I której François Hollande zdecydował się wypowiedzieć wojnę, być może nie doceniając, z jak poważnym i niebezpiecznym przeciwnikiem ma do czynienia.

Państwo Islamskie stale gości na pierwszych stronach naszych gazet, ale informacje, które do nas docierają, pozostają niepełne. Dyżurni politolodzy odkurzają stare analizy tylko po to, by nie wypaść z gry, a dekapitacje zachodnich zakładników powstrzymują (i słusznie!) nawet najbardziej nieustraszonych dziennikarzy przed narażaniem się w terenie. Jak więc przeniknąć tajemnice tej krwiożerczej i paranoicznej organizacji, która zajmuje coraz rozleglejsze terytorium?

W swoim śledztwie opieram się między innymi na informacjach uzyskanych od kilku emirów Al-Ka’idy w Syrii. Spotykałem się z nimi we wrześniu 2014 roku, zanim międzynarodowa koalicja nie zdecydowała się zaatakować w tym kraju. W tamtym czasie Al-Ka’ida i Państwo Islamskie były już dla siebie najprawdziwszymi „ukochanymi wrogami”, walczącymi na śmierć i życie, mimo że wcześniej długo dzieliły to samo łoże. Emirowie, z którymi rozmawiałem – Abu Marjam i Abu Hafs, długoletni przyjaciele dowodzący w kilku strategicznych strefach prowincji Latakia – bez wahania dostarczali mi danych, bez których nie mógłbym zrozumieć tej tajemniczej organizacji.

Zrobili nawet więcej – umożliwili mi spotkanie z niegdyś ważną figurą Państwa Islamskiego, człowiekiem, który kilka miesięcy wcześniej przeszedł na drugą stronę, do Al-Ka’idy. Abu Mustafa, długo torturowany w więzieniach Baszszara al-Asada, był zaufanym człowiekiem Hadżdżiego Bakra – dawnego przywódcy Państwa Islamskiego w Syrii i „bliskiego przyjaciela” Abu Bakra al-Baghdadiego. Przyjaciela, który na początku 2014 roku został przez Al-Baghdadiego stracony.

Podczas naszych spotkań ten mieszkający niedaleko Idlibu dezerter, kiedyś żołnierz wysokiej rangi, powie mi wszystko o wewnętrznym funkcjonowaniu, strukturze i finansowaniu organizacji. Zwłaszcza to ostatnie ma zasadnicze znaczenie, ponieważ wojny, którą z taką lekkością podjęliśmy, nie sposób wygrać inaczej, jak tylko pozbawiając kalifat – tak bardzo mu potrzebnych – setek milionów. Będziemy też rozmawiać o Al-Baghdadim – postaci tajemniczej, kryjącej wiele haniebnych sekretów, równie kompromitujących dla niego, co dla zwalczających go państw Zachodu.

Dowiem się również, że Państwo Islamskie szykuje sporo niespodzianek dla europejskich dżihadystów: emirowie Al-Ka’idy wyjawią mi podczas naszych spotkań tajne wytyczne kalifatu i poprą je dowodami. Te informacje mogą gwałtownie zahamować, jeśli nie definitywnie zakończyć, napływ młodych zachodnich ochotników przyłączających się do kalifatu.

Oto wyniki mojego śledztwa w sprawie tego tajemniczego wroga, którego siły i determinacji, a także zagrożenia, jakie stanowi dla Francji, nasi politycy prawdopodobnie nie doceniają.

1„Szariat będzie królował na ziemi”

Zwolennicy kalifatu

Na przedmieściach Londynu Anjem Choudary wpatruje się – z mieszaniną niecierpliwości i łakomstwa – w kokosowego loda, którego trzyma w ręku. Ten pięćdziesięcioletni mężczyzna, ważna postać brytyjskiej społeczności salafickiej, zdaje się obdarzony wyjątkowym talentem do wymykania się wymiarowi sprawiedliwości. Anjem zna wszystkie odnogi Państwa Islamskiego w Europie. Od ponad roku popiera tę organizację i jej „kalifa” Abu Bakra al-Baghdadiego. Zachęca europejskich muzułmanów, by przyłączyli się do PI w Syrii i w Iraku, ale nigdy nie robi tego wprost ani zupełnie jawnie, by nie ryzykować aresztowania. Pod koniec września trafi na kilka dni do aresztu. Na tym jednak sprawa się skończy.

Anjem zna prawo i potrafi nim doskonale manipulować. Ten były adwokat otwarcie głosi swoje przywiązanie do dżihadu i salafizmu. Regularnie publikuje tweety, w których z całą mocą oznajmia, że „szariat będzie królował na ziemi”. Młodzi muzułmanie – brytyjscy, a także francuscy, belgijscy, niemieccy czy holenderscy – zjeżdżają setkami na jego subtelne, a zarazem płomienne wykłady, by poznać doktrynę salaficką, która w Europie zjednuje sobie tylu zwolenników. Jego zdaniem proklamowanie kalifatu to „doskonała nowina i najważniejsze wydarzenie ostatniego stulecia dla muzułmanów na całym świecie”.

– Doskonała nowina? – podchwytuję z udawanym zaskoczeniem. – Nie wydaje mi się, żeby brytyjski rząd podzielał ten punkt widzenia.

– Kalifat ich przeraża. Dla waszych zachodnich demokracji i skorumpowanych reżimów Bliskiego Wschodu rzeczywiście jest niebezpieczny.

– Niektórzy mówią o nim: potworny. Barbarzyński.

Kręci przecząco głową z lekkim uśmiechem i pochłania kawałek loda, nie przestając mi się przyglądać kątem oka. Spojrzenie ma figlarne.

– Samuelu, nie mów mi, że dałeś się omotać całej tej propagandzie. Nie ty! Pokazują nam te wszystkie okropne zdjęcia, robią z tego sensację. Ale przecież wiesz, że każda wojna niesie ze sobą potworność i brutalność. Wymordowane wioski, masowe egzekucje więźniów, tortury. Wy też to wszystko robiliście! Rosjanie w Afganistanie, Amerykanie w Wietnamie, Francuzi w Algierii… Nie mówiąc już o setkach tysięcy cywilów, którzy zginęli w Iraku od amerykańskich bomb. Owszem, Państwo Islamskie zabiło tysiące ludzi. Lecz w ciągu ostatnich trzech lat Baszszar al-Asad zabił ich ponad dwieście tysięcy. I kto się tym przejmuje? Nikt!

– Działania Al-Asada usprawiedliwiają to, co robi Al-Baghdadi?

– Zachód nie wydał wojny kalifatowi z powodu jego ofiar. Tak naprawdę jest na odwrót: ofiary to dla Zachodu pretekst do tej nowej napaści. Państwo Islamskie nie zabija więcej ludzi niż jakakolwiek inna armia w jakiejkolwiek innej wojnie.

– Ale Państwo Islamskie się tym szczyci! Jak usprawiedliwisz obcięcie głowy Jamesowi Foleyowi? Stevenowi Sotloffowi? A ostatnio francuskiemu zakładnikowi Hervému Gourdelowi w Algierii?

– Państwo Islamskie przestrzega litery Koranu: „Na początku bitwy nie bierzcie ani jednego jeńca. Ani jednego zakładnika. Sterroryzujcie nieprzyjaciela, niech sam się podda”3. Bitwa właśnie się zaczęła. Dlatego konieczny jest terror. Żadnych kompromisów. – Przez chwilę przegląda swój telefon, żeby przeczytać mi ten werset po angielsku.

– Mówisz, że kalifat stanowi zagrożenie dla Zachodu?

– Tak, ponieważ ucieleśnia przebudzenie islamu. Szariat nie jest przestrzegany od dziewięćdziesięciu lat! Kraje, w których się go rzekomo przestrzega, jak Arabia Saudyjska, należą do najbardziej skorumpowanych na świecie. Dziś, dzięki nowemu kalifatowi, mamy szansę żyć w zgodzie z prawami Wszechmocnego. Teraz najwyższą i jedyną władzę nad wszystkimi muzułmanami świata sprawuje Al-Baghdadi.

– A jednak daleko mu do zapewnienia sobie jednogłośnego poparcia.

– Wielu muzułmanów zapomniało słowo Boże. Nic dziwnego. Życie na Zachodzie wpędza ich w nałogi i rozwiązłość. Wpojono im kłamstwa i wynaturzenia, takie jak demokracja albo prawa człowieka. Zapominają o podstawach islamu: posłuszeństwie Najwyższemu i stosowaniu zasad szariatu. Ale szala zaczyna się już przechylać. Wielu Europejczyków decyduje się na hidżrę. I jest ich coraz więcej.

– Hidżrę?

– Powrót na ziemię islamu. Mężczyźni i kobiety emigrują, sami albo z całymi rodzinami, by osiąść w nowym kalifacie. Są ich tysiące. Każdego dnia dostaję dziesiątki wiadomości z całej Europy – od muzułmanów, którzy chcą wyjechać i pytają mnie o najlepszą drogę. Nic nie powstrzyma tego, co zaczęło się dziać! A są jeszcze ci, którzy zostają w Europie, ale składają akt poddania kalifowi.

– Jak wygląda taki akt poddania?

– Nazywamy tobaja. Nie istnieje żaden dokument do podpisania. Nie trzeba też jechać do Mosulu, żeby uścisnąć dłoń Al-Baghdadiego. Akt poddania nie wymaga świadków. To wewnętrzny wybór, który wierzący może zachować w tajemnicy. W krajach zachodnich, które prowadzą teraz wojnę totalną z Państwem Islamskim, niewielu muzułmanów o tym mówi. Ale wielu złożyło akt poddania kalifowi. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

– Czyli?

– Składając akt poddania, muzułmanie za granicą stają się prawdziwymi ambasadorami kalifatu, gotowymi wypełniać rozkazy swojego przywódcy. Pozwól, że dam ci przykład: w 1914 roku wiele francuskich i brytyjskich teatrów zaplanowało wystawienie pewnej sztuki autorstwa Woltera, w której obrażano Proroka. Ówczesny kalif, ostatni z imperium osmańskiego, natychmiast poprosił, by usunięto ją z afiszy. Francja uczyniła to bez szemrania, ale Anglia nie chciała się zgodzić w imię świętej „wolności wypowiedzi”. Widząc zawziętość Brytyjczyków, kalif zagroził Koronie, że jeśli w Anglii zostanie zagrane chociaż jedno przedstawienie, wezwie wszystkich muzułmanów z subkontynentu indyjskiego do dżihadu.

– Jaka była reakcja Londynu?

– Natychmiast zakazano bluźnierczego przedstawienia. Dlatego że groźba była bardzo realna. Na tym świecie kalif sprawuje najwyższą władzę. Tylko on ma prawo nakazać muzułmanom, by powstali jak jeden mąż.

– I myślisz, że Al-Baghdadi też mógłby wezwać do dżihadu? Na przykład w Europie?

– Ma taką władzę. A naloty na Państwo Islamskie uprawniają go do wezwania muzułmanów do odwetu.

– Terrorystycznego?

Anjem wzdycha w udawanej rozterce.

– Kiedy wybucha jedna z waszych bomb, mówicie o wojnie. Gdy wybucha jedna z naszych, nazywacie to terroryzmem.

– Czyli tak?

– Oczywiście! Zagrożenie jest o wiele bardziej realne, niż sądzicie. Tym razem Zachód zadarł z wyjątkowo nieustępliwym przeciwnikiem. Nie wiem, czego uda ci się dowiedzieć, i nie mogę cię skontaktować z nikim w strukturach Państwa Islamskiego. Będziesz musiał sam sobie poradzić. Ale z tego, co wiem o porządkach panujących w tej organizacji, jest się czego bać. Nie mówię ani o zamachach, ani o zręcznie wyreżyserowanych egzekucjach zakładników. O wiele bardziej powinna was niepokoić niewiarygodna finezja ich struktur. Od wierzchołka aż do podstaw. Żołnierzy gotowych setkami zabijać wrogów znajdziesz wszędzie. Ale gdy ci żołnierze działają w ramach struktury równie tajnej jak CIA i zarządzanej sprawniej niż niejedna wielka korporacja, i gdy w dodatku pieniądze nie stanowią najmniejszej przeszkody – jest się czym martwić.

Siedzimy od blisko godziny w Café des Délices, naszym tradycyjnym miejscu spotkań w Walthamstow na północnych przedmieściach Londynu. Do lokalu wchodzą kolejni salafici, serdecznie ściskają nam dłonie i siadają na kanapach naprzeciwko. Tę oazę radykalnego islamu rzadko odwiedzają Brytyjczycy. A jeśli już, to starają się nie rzucać w oczy.

– Wiele osób, zwłaszcza w Al-Ka’idzie, twierdzi, że z punktu widzenia islamu ten kalifat jest całkowicie nieuprawniony. Co o tym myślisz?

– To kwestia rozgrywek personalnych: Az-Zawahiri nie chce stracić pozycji przywódcy i chwyta się wszystkiego, żeby ją utrzymać. Ale w końcu Al-Ka’ida stanie po stronie kalifatu. W każdym razie mam taką nadzieję – stwierdza, zbywając tę kwestię machnięciem dłoni.

– A jednak zewsząd słychać krytyczne głosy. Niektóre wielkie postaci salafizmu4 radzą nawet kalifowi, by nieco powstrzymał swoje zapędy i „publicznie przeprosił i przemyślał swoje błędy”.

– Islam precyzyjnie określa warunki niezbędne do ustanowienia kalifatu. Nie daje pola do interpretacji. W tym przypadku Państwo Islamskie spełnia wszystkie kryteria.

– A jakie one są?

– Kalifat musi być zdolny zapewnić utrzymanie swoim mieszkańcom: powinni mieć co jeść, gdzie spać i w co się ubrać. Z tego, co słyszę od braci mieszkających na miejscu, każdy nowy imigrant otrzymuje pensję, niezależnie od tego, czy bierze udział w walce. Przyznaje mu się też dom. Żywności jest pod dostatkiem. A więc pierwszy warunek wydaje się spełniony.

Anjem zamawia kawę z mlekiem i przez chwilę żartuje z właścicielem baru. Zapomina uściślić, że domy przyznawane obcokrajowcom należały wcześniej do szyitów, do syryjskich żołnierzy albo do zwyczajnych, umiarkowanych muzułmanów, których Państwo Islamskie okradło z własności, a następnie zabiło.

– Dalej: kalifat musi być zdolny zapewnić bezpieczeństwo swoich granic.

– Czy tak jest w tym przypadku?

– Tak. Żołnierze, tak zwani murabitun[strażnicy], pilnują granic państwa, by zapobiec wszelkim atakom na ludność cywilną. A zatem i w tym punkcie ludzie Al-Baghdadiego stosują się do reguł islamu. Poza tym jego kalifat tworzy określoną strukturę. Właściwie identyczną z tą, która dominowała w czasach Proroka. Potwierdzają to wszyscy mieszkający w nim Europejczycy.

Próbuję dowiedzieć się więcej o tej tajemniczej „strukturze”, ale natrafiam na mur. Kiedy tylko pytania stają się bardziej konkretne, a więc bardziej newralgiczne, mój rozmówca zmienia temat. Po więcej szczegółów będę musiał pojechać na miejsce.

Anjem zadowala się raczeniem mnie miękką propagandą miłośników kalifatu, świadomych, że każda informacja przekazana niewiernemu może się obrócić przeciwko nim szybciej, niż zdążą policzyć do trzech. Słyszę to, co Anjem powtarza wszystkim swoim europejskim uczniom: młodym ludziom, którymi łatwo manipulować i którzy traktują jego słowa jako niepodważalną prawdę. I bardzo często marzą tylko o tym, żeby ktoś ich przekonał.

To dzięki takim przemowom, powtarzanym potem przez uczniów Anjema w Brukseli, Paryżu, Marsylii czy Amsterdamie, kandydatów do wyjazdu wciąż przybywa, mimo że państwa zachodnie wprowadzają coraz więcej obostrzeń.

– Kolejny warunek do spełnienia dotyczy armii – ciągnie Anjem głosem przepełnionym entuzjazmem i dumą. – Ale oczywiście to nie jest Francja ani Anglia – szydzi. – My nie mamy ministra obrony narodowej, tylko ministra wojny. Opierając się na pismach imama Asz-Szafi’iego [trzecie pokolenie po Proroku], salafici przyjmują, że kalifat może być unieważniony, jeśli nie wezwie do dżihadu przynajmniej raz w roku. Nie muszę chyba dodawać, że Państwo Islamskie Al-Baghdadiego nie uchyla się od wypełniania nakazów w kwestiach militarnych.

– A sam Al-Baghdadi? Niektórzy podważają prawomocność jego statusu kalifa, są nawet tacy, którzy z niego kpią.

– I bardzo się mylą! Istnieje sześć zasadniczych warunków, które należy spełnić, aby zostać mianowanym kalifem.

– Jakich?

– Trzeba być mężczyzną, muzułmaninem, pełnoletnim, wolnym [odniesienie do niewolnictwa w czasach Proroka], godnym zaufania i zdrowym na umyśle. Al-Baghdadi zdaje ten sprawdzian bez najmniejszego trudu. Niektórzy alimowie5 dołączają listę warunków dodatkowych, pożądanych, lecz nie koniecznych. Według nich kalif powinien należeć do rodu Proroka, Kurajszytów, wykazywać się męstwem w walce i móc się pochwalić gruntowną znajomością szariatu. Abu Bakr al-Baghdadi należy do rodziny Proroka. Ma doktorat z prawa islamskiego i walczy z niewiernymi od 2003 roku – w Iraku. Ma wręcz za duże kwalifikacje do sprawowania funkcji kalifa!

– W jaki sposób został nominowany?

– Alimowie i notable z regionu złożyli mu propozycję. W pierwszym przemówieniu w Mosulu mówił o swojej nowej funkcji jako o „wielkim ciężarze”. Rzeczywiście nie jest to wygodny tytuł. Zachodni prezydenci i premierzy mogą popełniać najgorsze błędy i nie poniosą konsekwencji. Al-Baghdadi rządzi państwem w stanie wojny, otoczonym wrogami, i nie wystarczy, że ich powstrzyma, musi jeszcze zaanektować ich tereny.

– Dlaczego?

– Żeby stosować szariat na coraz większym terytorium. Nie zapominaj, że po arabsku nazywamy kalifat „królestwem w ciągłej ekspansji”. Wielkie światowe mocarstwa chcą go zniszczyć, ale co z tego? Jeśli taka jest wola Boga, Al-Baghdadi zatriumfuje nad niewiernymi.

Toczyliśmy tę rozmowę do później nocy. Próbowałem wyciągnąć od swojego znajomego kilka nazwisk albo kontaktów, które przyspieszyłyby moje śledztwo, kiedy już znajdę się na miejscu. Na próżno.

Zwolennicy Państwa Islamskiego będą twierdzić, że organizacja działa w pełnej zgodzie z islamem. Co do kalifa, może się zdawać, że zesłała go opatrzność. Gładkie słówka Anjema Choudary’ego nie niosą konkretnej treści, to po prostu propaganda serwowana młodym ochotnikom, by namówić ich do wyjazdu. Przemowa oparta na zadufaniu i triumfalizmie, przedstawiająca idylliczny i uproszczony obraz tego nowego państwa, które ma się jawić jako Eldorado każdego prawdziwego muzułmanina. Jak się jednak przekonamy, rzeczywistość bardzo się różni od tej wizji.

2Struktura organizacji

Mało wiadomo o strukturach kalifatu; są owiane tajemnicą. Krąży kilka nazwisk, a media co jakiś czas publikują schematy tej organizacji, w dużej mierze przypadkowe. Na początku października CNN wyjaśniała, że w kalifacie działa Rada Prawna, „której zadaniem jest pisanie praw”6. Ten przykład, jak i wiele innych, wskazuje na głęboką nieznajomość systemu ustanowionego przez Państwo Islamskie. Ponieważ to ostatnie nie wytwarza żadnych tekstów prawnych – jakże by mogło, skoro stosuje niezmodyfikowane zasady szariatu? Tego rodzaju błędy się mnożą, nasilając nieporozumienia, zamiast je rozwiewać.

Abu Bakr al-Baghdadi rządzi bardzo zdecentralizowanym systemem. Dwóch „premierów” i dwa „rządy” realizują jego wytyczne w Iraku i Syrii. Ta podwójna struktura może się wydawać dziwna, ale pozwala kalifowi umacniać swoją władzę w dwóch regionach o tak odmiennej dynamice i szarpanych tak różnymi konfliktami, że nie mogłyby być rządzone w ten sam sposób. Ani przez tych samych ludzi.