Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kalahari - Wojciech Albiński

 

Kalahari, tytułowe opowiadanie całego tomu, to historia mężczyzny, który jedzie przez południowoafrykański busz w poszukiwaniu syna, ciężko chorego na malarię. Oczywiście to nie tropikalna choroba wysuwa się w opowiadaniu na pierwszy plan, ale obcy, dziki i nieprzyjazny świat. Jest jeszcze druga Afryka - zmodernizowana. Wielkie miasto Johannesburg z wysokimi biurowcami stojącymi tuż obok dzielnic biedy, w którym apartheid nadal pozostał żywy. Ta niezbyt udana kopia bogatej Ameryki - przeszczep sztuczny, ale trwający już wiele dziesięcioleci - jest obecna m.in. w opowiadaniach Stanley i Syndile, Strzały na Hillbrow czy Hotel Carlton. Oba światy istnieją równolegle, ale nie ma między nimi porozumienia. Warto tę rzeczywistość poznać, żeby ją choć trochę zrozumieć. Świetnie napisane opowiadania Albińskiego czyta się jednym tchem.

 

Tak daleko w głąb Czarnego Lądu nie zapuścił się żaden pisarz polski!

Maciej Urbanowski, „Newsweek"

 

Z recenzji „Soweto - my love”:

 

Albińskiego interesuje południowoafrykańska codzienność, konsekwentnie przybliża nam sprawy Czarnego Lądu, a czyni to w sposób szczególny - bez egzotyki i cudowności, rzeczowo, zachowując niezwykłą uważność i wrażliwość.

Dariusz Nowacki, „Gazeta Wyborcza"

 

Zjawisko niecodzienne: znakomity polski pisarz nieskażony polska literaturą. (...) Albińskiemu udało się uratować z buzującego kotła polskich kompleksów, sporów i artystycznych mód.

Piotr Kofta, „Wprost"

 

Hemingway napisał, że rolą pisarza jest sprawić, by czytelnik więcej odczuł, aniżeli zrozumiał. Albańskiemu ta sztuka się udała.

Bartosz Marzec, „Rzeczpospolita"

Opinie o ebooku Kalahari - Wojciech Albiński

Fragment ebooka Kalahari - Wojciech Albiński

Woj­ciech Al­biń­ski

KA­LA­HA­RI

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2012

KALAHARI

Za rzekę, do sąsiedniego kraju

Od kil­ku dni cze­ka­li­śmy w Ngo­mo na sa­mo­lot. Na­sza ma­szy­na mia­ła przy­być z są­sied­nie­go kra­ju i wró­cić tam z pa­sa­że­ra­mi. Nu­dzi­ło mnie le­że­nie na łóż­ku w ho­te­lo­wym po­ko­ju, wi­dok był na dru­cia­ną siat­kę i stół pod oknem. Co­raz czę­ściej prze­no­si­łem się na we­ran­dę. Sta­ły tam wi­kli­no­we fo­te­le, sło­mia­ny dach da­wał tro­chę cie­nia. Za ni­ską ba­lu­stra­dą roz­po­czy­nał się traw­nik, prze­cha­dza­ły się po nim dwa ibi­sy i wbi­ja­ły dłu­gie dzio­by w zie­mię. Da­lej busz. Krza­ki o mię­si­stych li­ściach, kil­ka palm, na ścież­kach po­ja­wia­ły się ko­bie­ty z dzieć­mi za­wi­nię­ty­mi w koce.

Zbli­ży­ło się dwóch Bel­gów z alu­mi­nio­wy­mi wa­liz­ka­mi za­my­ka­ny­mi na cy­fro­we kom­bi­na­cje. Ubra­li się na tę po­dróż w ja­sne gar­ni­tu­ry, któ­re szyb­ko sta­ły się brud­ne i wy­mię­te. Ze wzglę­du na prze­ja­wia­ną przez nich nie­cier­pli­wość i wy­so­kie wy­ma­ga­nia, na­zwa­li­śmy ich in­we­sto­ra­mi. Inny to­wa­rzysz po­dró­ży, dwu­me­tro­wy Su­daf – tak lu­dzie fran­cu­sko­ję­zycz­ni na­zy­wa­ją Po­łu­dnio­wo­afry­kań­czy­ków – cho­dził w roz­pię­tej ko­szu­li ko­lo­ru kha­ki i szor­tach. Wy­glą­da­ło na to, że miej­sce, w któ­rym tu utknę­li­śmy, po­do­ba mu się, wa­run­ki uznał za zno­śne, ze służ­bą ho­te­lo­wą wda­wał się w gło­śne roz­mo­wy. Po­tem, wra­ca­jąc do nas, oznaj­miał: „Oni są wszę­dzie tacy sami”. Po chwi­li na­my­słu do­da­wał: „Ale ist­nie­ją też i pew­ne róż­ni­ce”.

Pa­trzył z po­li­to­wa­niem na spo­co­nych Bel­gów, iro­nicz­nie do­ra­dzał im cier­pli­wość i do­sto­so­wa­nie się do miej­sco­wych wa­run­ków. Do­my­ślał się, po co tu przy­je­cha­li, ale chciał, żeby mu to sami po­wie­dzie­li. Wie­lo­krot­nie za­da­wał im to samo py­ta­nie, na­ma­wiał do szcze­ro­ści, któ­ra prze­cież po­win­na obo­wią­zy­wać przy­ja­ciół. Ba­wi­ło go, gdy od­po­wia­da­li wy­krę­ta­mi. Sam wra­cał na ja­kąś roz­po­czę­tą bu­do­wę, wi­dać było, że zna się na ko­pal­nic­twie. Po ko­lo­rze i ga­tun­ku ro­ślin po­tra­fił okre­ślić zło­ża mi­ne­ra­łów kry­ją­ce się pod po­wierzch­nią zie­mi. Nie zdra­dzał jed­nak, ja­kich rud po­szu­ku­je – ko­bal­tu, dia­men­tów czy zło­ta. Gdy­by za­pew­nił nas, że sa­dzi ku­ku­ry­dzę lub jest in­struk­to­rem w woj­sku re­be­lian­tów, przy­ję­li­by­śmy to z rów­ną obo­jęt­no­ścią. Raz czy dwa za­py­ta­no mnie, co tu ro­bię i czym się trud­nię. Od­po­wia­da­łem, że spo­rzą­dzam mapy dla po­trzeb rol­nic­twa. Za­wsze wy­wo­ły­wa­ło to tłu­mio­ną we­so­łość. Nie pró­bo­wa­łem zgłę­biać po­wo­dów tej nie­wia­ry.

Mia­sto Ngo­mo leży w stre­fie tro­pi­kal­nej, u pod­nó­ża ciem­nych wzgórz. Za cza­sów ko­lo­nial­nych re­zy­do­wał tu gu­ber­na­tor, po­wsta­ło kil­ka mi­sji i szpi­tal, w czwart­ki z wiel­kim ha­ła­sem i gwiz­da­mi od­pra­wia­no po­ciąg do sto­li­cy. Na wierz­choł­kach oko­licz­nych gór do dziś spo­ty­ka­ją się trzy pań­stwo­we gra­ni­ce. Po do­ko­na­niu kil­ku zyg­za­ków jed­na wbi­ja się w roz­le­głe je­zio­ro, inna pro­stą li­nią od­da­la się na pół­noc. Z cza­sem ka­mie­nie gra­nicz­ne za­ro­sły krza­ka­mi. Po­two­rzy­ły się te­ry­to­ria na­le­żą­ce do róż­nych ar­mii wy­zwo­leń­czych. Ich za­sięg wy­zna­cza pień odra­pa­ny z kory, łap­ka sza­ka­la za­wie­szo­na w po­przek ścież­ki albo nie­zau­wa­żal­ne dla ob­cych cię­cia na ka­mie­niach. Przez kil­ka mie­się­cy w roku nad Ngo­mo gro­ma­dzą się chmu­ry, bia­łe zwo­je do­ty­ka­ją palm. Mok­ną wzgó­rza po­ro­śnię­te gę­stą ro­ślin­no­ścią, wil­goć na­sy­ca pa­ro­wy. Pod bal­da­chi­ma­mi z li­ści wiel­kie mał­py sie­dzą jak fi­lo­zo­fo­wie, ich mło­de ba­rasz­ku­ją w tra­wie. Wy­mie­nia­ją bez­wstyd­ne ge­sty, ogry­za­ją mię­si­ste ło­dy­gi, zrzu­ca­ją z ga­łę­zi wy­ssa­ne sko­ru­py. Przy­zwy­cza­jo­ne do sa­fa­ri fo­to­gra­ficz­nych, te­raz bez­wied­nie wy­sta­wia­ją się na strzał. W ostat­nich la­tach co­raz mniej przy­by­wa tu ba­da­czy i uczo­nych, miej­sco­wi lu­dzie za­sma­ko­wa­li w „le­śnym mię­sie”. Bia­łe tu­ryst­ki cią­gle za­pusz­cza­ją się w te chasz­cze, ja­ko­by po to, aby po­do­bać się go­ry­lom.

Usa­do­wił się przy mnie wła­ści­ciel ho­te­lu, Li­bań­czyk. Opa­lo­na twarz, zdro­wa cera. Po­ka­zy­wał się za­wsze w błysz­czą­cej, od­pra­so­wa­nej ko­szu­li, co przy znacz­nej ilo­ści służ­by, nie było wiel­ką sztu­ką. Na­ka­zał po­dać czar­ną kawę i cia­stecz­ka. Do­brze się tu żyje, mó­wił, je­dy­nym pro­ble­mem są mo­ski­ty… Zże­ra­ją nas. Ale nie na­le­ży o tym gło­śno pra­wić, do­nie­sie się, przy­ja­dą cha­ry­ta­tyw­ni Szwe­dzi i roz­py­lą nad nami tru­ci­zny. Ty­go­dnia­mi bę­dzie­my od­dy­chać przez zmo­czo­ne chu­s­tecz­ki, a ropa struż­ka­mi po­pły­nie nam z po­wiek… Poza tym spra­wy to­czą się w przy­ro­dzo­nym po­rząd­ku. Opo­wie­dział, że po­przed­ni pre­zy­dent był su­ro­wym mo­ra­li­stą i utrzy­my­wał kraj w przy­kład­nym po­słu­chu. Za­ka­zał ko­bie­tom cho­dzić w spodniach i za­bro­nił słu­cha­nia za­chod­niej mu­zy­ki. Pan­ny nie mo­gły pre­zen­to­wać go­łych biu­stów. On sam, ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur, ob­jeż­dżał kraj ame­ry­kań­ską li­mu­zy­ną. Miał fe­no­me­nal­ną pa­mięć. Kie­dy do­pa­trzył się ja­kie­goś uchy­bie­nia, za­pa­mię­ty­wał so­bie twarz wi­no­waj­cy. Za dru­gim ra­zem przy­wo­ły­wał go przed sie­bie i ka­rał wię­zie­niem lub chło­stą.

– A te­raz? – za­py­ta­łem. – Po wy­gna­niu pre­zy­den­ta? Co się dzie­je te­raz?

– Te­raz… – Li­bań­czyk uśmiech­nął się smut­nie. – Też jest do­brze. Może na­wet le­piej. Prze­ży­wa­my wah­nię­cie w dru­gą stro­nę. Kraj jest roz­le­gły, w sto­li­cy za­po­mnia­no o na­szej pro­win­cji. Ni­ko­mu nie jest po­trzeb­na. Za­wa­lił się most na je­dy­nej dro­dze łą­czą­cej nas ze świa­tem, ostat­ni po­ciąg przy­je­chał tu trzy lata temu i zo­stał. Moż­na go obej­rzeć na sta­cji, w wa­go­nach miesz­ka­ją ucie­ki­nie­rzy. Przez pe­wien czas od rzą­du przy­cho­dzi­ły po­le­ce­nia i roz­ka­zy, przy­wo­żo­no skrzyn­kę z wy­pła­tą dla urzęd­ni­ków. Pew­ne­go dnia po otwar­ciu skrzyn­ki za­miast pie­nię­dzy zna­le­zio­no w niej wió­ry… Urzęd­ni­cy ro­ze­szli się do do­mów. Za­bra­li ze sobą sto­ły, pod­ło­gi, fra­mu­gi… Ktoś prze­jął urzę­do­we pie­czę­cie, do dziś udzie­la po­zwo­leń i kon­ce­sji…

– Wspo­mniał pan o ucie­ki­nie­rach? Skąd przy­cho­dzą?

– O to nie na­le­ży py­tać, to lu­dzi ob­ra­ża. Za­kli­na­ją się, że są tu­tej­si, po­ka­zu­ją le­pian­kę, w któ­rej się uro­dzi­li. Nie chcą, aby ich stąd ru­szać. Mia­sto ob­ro­sło gru­bą sko­ru­pą sza­ła­sów, zwłasz­cza wzdłuż rze­ki i dróg. Z trzci­ny bu­du­ją pła­skie, wie­lo­po­ko­jo­we po­miesz­cze­nia, z ze­wnątrz ob­le­pia­ją je gli­ną. Mają dwie me­to­dy zdo­by­wa­nia te­re­nu… Jed­na ci­cha, nie­zau­wa­żal­nie dla oka do­sta­wia­ją kil­ka ru­der, roz­wie­sza­ją maty, pa­ty­ka­mi wy­zna­cza­ją gra­ni­ce… W in­nych wy­pad­kach po­su­wa­ją się sko­ka­mi. W cią­gu jed­nej nocy bu­du­ją ko­lo­nię sza­ła­sów, ma­te­ria­ły mają już przy­go­to­wa­ne… Tak zdo­by­li park Kró­lo­wej Wik­to­rii. Uprzed­nio było to schlud­ne, do­brze utrzy­ma­ne miej­sce, klom­by róż, cie­ni­ste ale­je, żwi­rem wy­sy­pa­ne ścież­ki… Pew­ne­go ran­ka obu­dzi­li­śmy się, a park po­kry­ty jest sza­ła­sa­mi! Buda przy bu­dzie, usta­wi­li je we­dług prze­my­śla­ne­go pla­nu! Na środ­ku par­ku stoi po­mnik Kró­lo­wej Wik­to­rii. Mar­mu­ro­wy po­stu­ment ob­le­pi­li ła­cha­mi, na gło­wie mo­nar­chi­ni wisi mę­ska bie­li­zna! Je­śli któ­rejś nocy zdo­bę­dą lot­ni­sko, za­bu­du­ją be­ton swo­ją ru­pie­ciar­nią i zo­sta­nie­my tu od­cię­ci od świa­ta na za­wsze…

Li­bań­czyk wy­dał kil­ka po­le­ceń służ­bie i po chwi­li wró­ci­li­śmy do roz­mo­wy.

– Na szczę­ście mamy tu jesz­cze Mr. Bru­no – rzekł. Pod­niósł por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę, do­tknął peł­ny­mi war­ga­mi zło­co­ne­go brze­gu.

– A z cze­go żyją ci ucie­ki­nie­rzy? – za­cie­ka­wi­łem się.

– Pro­wa­dzą han­del wy­mien­ny, za­czę­li drob­ną ho­dow­lę… Ro­bią wy­pa­dy na oko­licz­ne wio­ski, zdo­by­wa­ją w ten spo­sób tro­chę ziar­na… Wło­skie sio­stry za­kon­ne go­tu­ją im po­sił­ki. Pa­pież po­dob­no coś przy­sy­ła… Wte­dy je­dzą.

Pi­li­śmy kawę w mil­cze­niu, roz­wa­ża­li­śmy sy­tu­ację pro­win­cji. Mój roz­mów­ca był czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, szcze­gól­nie in­te­re­so­wał się hi­sto­rią. Pa­trzył na świat jak na zdu­mie­wa­ją­ce wi­do­wi­sko, do któ­re­go włą­cza­ją się wciąż nowe ludy. Zwie­rzył mi się, że dużo czy­ta. Zwłasz­cza bio­gra­fie. W Afry­ce zna­lazł czas na stu­dio­wa­nie kla­sy­ków… Zna do­brze ży­cie Ju­liu­sza Ce­za­ra i Na­po­le­ona. Za­mó­wił so­bie ca­łość dzieł Chur­chil­la. Tu­taj za­mie­rza spę­dzić resz­tę ży­cia. Od­po­wia­da mu cie­pły kli­mat i przy­zwy­cza­ił się do licz­nej służ­by. Tym­cza­sem pro­wa­dzi ho­tel, pil­nu­je, aby bar zno­śnie funk­cjo­no­wał i aby ucie­ki­nie­rzy nie za­do­mo­wi­li się w obej­ściu. Zo­sta­je mu dużo cza­su na lek­tu­ry. Po­tem do­dał, że ja­kość usług bar­dzo za­le­ży od sy­tu­acji po­li­tycz­nej. Za cza­sów sta­re­go pre­zy­den­ta wdro­żo­no wy­so­kie stan­dar­dy, po jego oba­le­niu na­stą­pi­ło roz­przę­że­nie… Ni­ko­mu nie chcia­ło się zmie­niać prze­ście­ra­deł, po­ja­wi­ły się bra­ki w sre­brze. Kel­ne­rzy za­ję­li miej­sca nor­mal­nie prze­zna­czo­ne dla go­ści, ro­dzi­na ku­cha­rza grze­ba­ła ła­pa­mi w pół­mi­skach…

– Te­raz na­stą­pi­ła po­pra­wa?

– Sta­ra­my się…

Po­tem wska­zał na sie­dzą­ce przy sto­li­kach dziew­czę­ta.

– Mam też tu mój ha­rem…

Ko­lo­ro­wo ubra­ne pan­ny piły le­mo­nia­dę, gło­śno za­cze­pia­ły ho­te­lo­wych go­ści. Bar­dziej przed­się­bior­cze od­wo­ły­wa­ły na bok upa­trzo­ne­go przy­by­sza, na­sta­wa­ły, aby na miej­scu zba­dał ich wa­lo­ry.

– Mam ich osiem… – pro­mie­niał go­spo­darz. – Dzi­siaj dwie nie przy­szły. Nie ro­bię so­bie złu­dzeń co do ich wier­no­ści.

Kel­ner o imie­niu Noe na­lał nam gę­stej czar­nej kawy. Po po­słu­dze kła­niał się i dzię­ko­wał. Od­cho­dził z za­kło­po­ta­niem, go­to­wy wró­cić na każ­de ski­nie­nie.

– Na szczę­ście mamy tu jesz­cze oazy do­bro­by­tu… – cią­gnął zmę­czo­nym gło­sem mój roz­mów­ca. – Choć­by tam, za tym wy­so­kim mu­rem… Mię­dzy drze­wa­mi może pan do­strzec żół­te basz­ty. Naj­pierw był to pa­ła­cyk urzęd­ni­ka ko­lo­nial­ne­go, po­tem tę po­sia­dłość na­był Mr. Bru­no…

– Mr. Bru­no?

– Mr. Bru­no. Nie wia­do­mo, skąd przy­był, zresz­tą nie to jest waż­ne. Od po­cząt­ku mó­wił kil­ko­ma ję­zy­ka­mi, nie miał żad­nych trud­no­ści w na­wią­za­niu kon­tak­tów z miej­sco­wy­mi wo­dza­mi. Te­raz wszy­scy przy­cho­dzi­my do nie­go po rady. Ma tak­że znacz­ne wpły­wy po dru­giej stro­nie rze­ki… Re­be­lian­ci ce­nią go za brak za­pal­czy­wo­ści i wy­wa­żo­ny do nich sto­su­nek… Da­le­ki jest od ob­rzu­ca­nia ich klą­twa­mi, zry­wa­nia han­dlu i na­kła­da­nia sank­cji. Pa­ła­cyk prze­bu­do­wał i do­dał do nie­go ga­ra­że. Jest to te­raz pięk­na, obron­na re­zy­den­cja. Dba o park. To wła­śnie u Mr. Bru­no, w za­ci­szu gę­stej ro­ślin­no­ści, od­by­wa­ją się kon­fe­ren­cje po­ko­jo­we.

Na srebr­nej tacy błysz­czał dzba­nek wy­peł­nio­ny kawą. Zno­wu zbli­żył się Noel. Kła­nia­jąc się, na­peł­nił fi­li­żan­ki.

– Kie­dy pan tam do­trze… – Li­bań­czyk wska­zał na kraj za rze­ką – za­uwa­ży pan, jak bar­dzo ob­ni­żył się śred­ni wiek żoł­nie­rza. Od­dzia­ły na­zy­wa­ją się Mło­de Lwy, Krwa­we Sępy, Źli Chłop­cy… Mr. Bru­no po­sy­ła im dżin w ma­łych pla­sti­ko­wych to­reb­kach… Żoł­nierz ła­two może je ro­ze­rwać zę­ba­mi. To wiel­kie udo­god­nie­nie, zwłasz­cza w wi­rze wal­ki. Oprócz tego do­star­cza im róż­ne gry, przy­bo­ry… Jak oj­ciec.

– Nie chce do­pu­ścić, żeby za­bi­ja­li się dzi­da­mi…

Mój go­spo­darz spoj­rzał na mnie po­dejrz­li­wie. Nim zdo­ła­łem za­trzeć nie­for­tun­ną uwa­gę, do­dał ze smut­kiem:

– Prę­dzej czy póź­niej za­le­ją nas ucie­ki­nie­rzy… Po­kry­ją nas, jak mrów­ki ogry­zek ba­na­na na ścież­ce.

Su­daf za­pro­po­no­wał spa­cer.

– Nie mo­że­cie tyl­ko sie­dzieć w tym ho­te­lu… Są cie­kaw­sze miej­sca.

Li­nia ko­le­jo­wa i dwo­rzec od­dzie­la­ły ho­tel od mia­sta. Zbli­ży­li­śmy się do sta­cji. W wik­to­riań­skim bu­dyn­ku miesz­ka­li ucie­ki­nie­rzy, z pa­ra­pe­tów zwi­sa­ły prze­ście­ra­dła. W owal­nym oknie na pod­da­szu uka­za­ła się ko­bie­ta w żół­tej bluz­ce. Prze­wie­si­ła na ze­wnątrz tłu­ste łok­cie i biust, wo­dzi­ła za nami za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

Całą sze­ro­kość pe­ro­nów zaj­mo­wa­ły sza­ła­sy. Mali chłop­cy cho­dzi­li po szy­nach, ćwi­cząc się w za­cho­wa­niu rów­no­wa­gi. Kil­ku męż­czyzn ukła­da­ło wiąz­ki trzci­ny i po­kry­wa­ło je mo­krą za­pra­wą. Na pod­ło­żu z pod­kła­dów bu­do­wa­li so­lid­ną pod­ło­gę, fun­da­ment pod nowe do­mo­stwa. Na pe­ro­nie, po­strze­la­na i zgię­ta, sta­ła ta­bli­ca ob­wiesz­cza­ją­ca na­zwę mia­sta, a tak­że wy­so­kość nad po­zio­mem mo­rza: trzy ty­sią­ce stóp.

Po­cze­kal­nię ucie­ki­nie­rzy za­sta­wi­li łóż­ka­mi, obe­szli­śmy bu­dyn­ki do­oko­ła. Po ostrych ka­mie­niach Bel­go­wie ska­ka­li jak cza­ple, wy­ma­chi­wa­li w po­wie­trzu srebr­ny­mi wa­liz­ka­mi.

– Nie wiem, jak tam jest u was… Do cze­go je­ste­ście przy­zwy­cza­je­ni… – iro­ni­zo­wał Su­daf. Z nie­chę­cią wska­zy­wał na ich lek­kie pan­to­fle, sam no­sił veld-buty ze skar­pe­ta­mi do ko­lan. – Ma­rzą wam się per­fu­mo­wa­ne chod­ni­ki?

Po obu stro­nach uli­cy cią­gnę­ły się pła­skie bu­dyn­ki. Wy­su­nię­te bla­sza­ne da­chy chro­ni­ły przed upa­łem. Wą­skie wnę­ki pro­wa­dzi­ły do nie­wi­docz­nych z uli­cy ko­ry­ta­rzy, w sie­niach sta­li roz­ma­wia­ją­cy męż­czyź­ni. Naj­bied­niej­si pro­wa­dzi­li han­del wprost na słoń­cu, roz­kła­da­li to­war na ga­ze­cie albo po­da­wa­li go klien­tom w pla­sti­ko­wych mi­skach. Za­pra­sza­li do za­ku­pu pe­stek, scy­zo­ry­ków, owo­ców. Pa­no­wał duży ruch. Barw­nie ubra­ne ko­bie­ty nio­sły na gło­wach kar­to­no­we pu­dła. Na gwoź­dziach przed skle­pa­mi wi­sia­ły dwu­gło­śni­ko­we apa­ra­ty, biła z nich ryt­micz­na mu­zy­ka.

Z nie­dba­le prze­wie­szo­ną przez ra­mię bro­nią spa­ce­ro­wa­ły gru­py żoł­nie­rzy. Kil­ku w te­ni­sów­kach, więk­szość mia­ła zie­lo­ne, gu­mo­we buty z za­wi­nię­ty­mi cho­le­wa­mi. Wy­mie­nia­li­śmy z nimi po­zdro­wie­nia. Ci chłop­cy, żoł­nie­rze, byli groź­ni do­pie­ro za kie­row­ni­cą. Wte­dy scho­dzi­li­śmy im z dro­gi. Wi­dząc tyle go­to­wych do strza­łu au­to­ma­tów, a zwłasz­cza broń prze­ciw­pan­cer­ną, Bel­go­wie nie czu­li się zbyt pew­nie. Uśmie­cha­li się do prze­chod­niów albo omi­ja­li ich sze­ro­kim łu­kiem. Wy­glą­da­ło, jak­by pró­bo­wa­li na­wią­zy­wać przy­jaź­nie.

– Prze­stań­cie się przy­mi­lać. Za­bio­rą wam te wa­liz­ki – wark­nął do nich Su­daf. – Czy ja mu­szę was uczyć ma­nier? Dla­cze­go nie za­cho­wu­je­cie się jak wszy­scy?

Pod bal­da­chi­mem z na­mio­to­we­go płót­na ćwiar­to­wa­no wła­śnie dużą mał­pę. Po­ru­sza­ła szczę­ka­mi, coś żuła. Za­krwa­wio­ny sprze­daw­ca wy­ci­nał pła­ty mię­sa, wy­ce­niał je nie na wagę, ale za­leż­nie od ka­wał­ka. Noga dwa do­la­ry. Dło­nie je­den do­lar. Pół do­la­ra za płu­co.

– Sta­ra pani! – za­chwa­lał. – Bar­dzo smacz­na!

Obok w ko­cioł­ku go­to­wa­ła się woda do­pra­wio­na li­ść­mi o ko­lo­rze szcza­wiu. Ku­charz wsy­pał garść soli, pró­szył su­che zie­le. Za­ku­pio­ny ka­wa­łek mał­py moż­na tu było ugo­to­wać i spo­żyć na miej­scu. W klat­kach cze­ka­ły na­stęp­ne zwie­rzę­ta.

Po­de­szła do nas gru­pa ro­ze­śmia­nych dziew­cząt w ob­ci­słych ko­lo­ro­wych spoden­kach. Po­ru­sza­ły się w ryt­mie mu­zy­ki bu­cha­ją­cej ze skle­pów. Po­dzi­wia­li­śmy pra­cę po­ślad­ków, ru­chy bio­der. Do­trzy­my­wa­ły nam kro­ku, wę­dro­wa­li­śmy te­raz barw­nym ko­ro­wo­dem.

– W moim kra­ju by­ły­by­ście bez szans – dwor­nie od­pra­wiał je Su­daf. – Ale tu­taj jesz­cze się za­sta­no­wię…

– I love you! – wy­krzy­ki­wa­ły na całą uli­cę dziew­czę­ta. – I love you!

Spe­cjal­ną nie­chę­cią Su­daf pa­łał do dzien­ni­ka­rzy.

– O tam, wi­dzi­cie, idzie je­den, dwóch… Dla­cze­go spo­koj­nie nie drze­mią na lot­ni­sku? Apa­rat fo­to­gra­ficz­ny i oczy, któ­re już wszyst­ko wi­dzia­ły. Wy­py­tu­ją, gdzie tłu­ką się czar­ni, i od razu tam pę­dzą. Na­sta­ją, aby ran­nym nie ob­wią­zy­wać koń­czyn, rany po­win­ny ocie­kać krwią. Ale spe­cja­li­zu­ją się w głod­nych dzie­ciach… Chłop­czyk pod­no­si pierś mat­ki i opusz­cza ją jak wy­schnię­ty liść… Smut­ny­mi ocza­mi pa­trzy na tań­czą­cych tłu­ścio­chów, a oni ro­bią mu ko­lej­ne przy­bli­że­nie… Bar­dzo mi kie­dyś ta ho­ło­ta prze­szka­dza­ła w pra­cy – do­dał gniew­nie.

– Dużo ich gi­nie – wtrą­ci­łem. – Znie­nac­ka wy­ska­ku­ją zza krza­ków… Gwał­tow­nie chcą się spo­tkać z ge­ne­ra­łem. Py­ta­ją, skąd re­be­lian­ci bio­rą broń, i przy­pad­kiem się do­wia­du­ją.

– Szko­da ich… – zgo­dził się Su­daf. Ode­pchnął czło­wie­ka z wiąz­ką drze­wa na gło­wie, prze­pu­ścił ko­bie­tę z nie­doj­rza­łym me­lo­nem. – Nie­któ­rzy są cał­kiem po­rząd­ni. Ale na wy­ce­lo­wa­ny obiek­tyw mam zwy­czaj re­ago­wać in­stynk­tow­nie.

Roz­su­nę­li­śmy pla­sti­ko­wą fi­ran­kę chro­nią­cą wnę­trze przed ku­rzem i mu­cha­mi. Za kra­tą uka­za­ła się ciem­na twarz straż­ni­ka. Prze­ba­dał nas jed­nym spoj­rze­niem. Prze­krę­cił klucz, sta­nę­ło przed nami dłu­gie, ciem­ne po­miesz­cze­nie. W głę­bi żół­ta lam­pa oświe­tla­ła ma­szy­nę do li­cze­nia i oliw­ko­wą twarz sie­dzą­ce­go przy niej wła­ści­cie­la. Z po­wa­gą prze­szli­śmy mię­dzy rzę­da­mi te­le­wi­zo­rów, ma­gne­to­fo­nów i apa­ra­tów wi­deo. Apa­ra­tu­ra chło­dzą­ca na­peł­nia­ła po­miesz­cze­nie świe­żym tle­nem, pa­no­wał na­strój ci­szy i sku­pie­nia. Głę­bo­ko wdy­cha­li­śmy za­pach urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych lek­ko po­mie­sza­ny z aro­ma­tem kawy.

Po­ja­wił się sprze­daw­ca. Ubra­ny był w dłu­gą suk­nię, ręce zdo­bi­ły mu mie­dzia­ne bran­so­le­ty. Na pal­cach kil­ka pier­ście­ni, klej­not mi­go­tał mu pod bro­dą. Kie­dy wy­ra­zi­li­śmy za­do­wo­le­nie z pa­nu­ją­cej tu przy­jem­nej at­mos­fe­ry, wy­ja­śnił, że oprócz chło­dze­nia po­wie­trze tak­że się na­wil­ża oraz bar­dzo nie­znacz­nie per­fu­mu­je.

– W na­szym skle­pie je­ste­ście pa­no­wie zu­peł­nie bez­piecz­ni – za­pew­nił. Wska­zał na dwóch lu­dzi sie­dzą­cych na pacz­kach przy drzwiach. Do­sko­na­le zle­wa­li się z oto­cze­niem, do­strze­gli­śmy ich do­pie­ro po przej­ściu przez pół skle­pu. Trzy­ma­li dło­nie na in­kru­sto­wa­nych kol­bach, błysz­cza­ła oli­wa na lu­fach au­to­ma­tów.

– Wie­dzą, jak re­ago­wać i w któ­rym mo­men­cie… – sprze­daw­ca mó­wił o straż­ni­kach. – Mogą się po­śpie­szyć, ale nig­dy nie przyj­dą z po­mo­cą za póź­no… Wie­dzą, kto wróg, a kto przy­ja­ciel. In­stynk­tow­nie wy­czu­wa­ją za­mia­ry prze­ciw­ni­ka, po­ma­ga im to w wy­prze­dze­niu jego dzia­łań. Te­raz sie­dzą z przy­mru­żo­ny­mi po­wie­ka­mi, wy­da­ją się roz­luź­nie­ni, może śpią… Uśmie­cha­ją się, ale oczy im cho­dzą jak u ko­bry. Cały czas, jak pia­ni­ści, prze­bie­ra­ją pal­ca­mi dla wpra­wy… Mają pew­ną rękę i nie­omyl­ny cel, pro­szę przy nich nie czy­nić gwał­tow­niej­szych ge­stów.

Wła­ści­ciel skle­pu, Ar­meń­czyk z Li­ba­nu, koń­czył wła­śnie dzien­ne ob­li­cze­nia. Lam­pa oświe­tla­ła jego śnia­dą twarz i roz­ło­żo­ne pa­pie­ry.

Z po­dium, na któ­rym sta­ło biur­ko, wi­dział całe po­miesz­cze­nie. Płyn­ny­mi ru­cha­mi wska­zał nam fo­te­le, ra­dził, aby­śmy się opar­li na po­dusz­kach. Słu­żą­cy w bia­łej suk­ni roz­le­wał her­ba­tę, na osob­nej tacy le­ża­ły mig­da­ły.

– Zjed­no­czo­ne Na­ro­dy uchwa­li­ły w No­wym Jor­ku sank­cje! – Ar­meń­czyk uniósł dło­nie w ge­ście bło­go­sła­wień­stwa. – Oby Bóg dał dłu­gie ży­cie de­le­ga­tom! Cały han­del te­raz idzie przez nas!

– Ra­cja! – zgo­dził się Su­daf. – Dla­cze­go nie­win­ni lu­dzie mają cier­pieć? Pięk­na rola… Za­szczyt­na. Za­opa­tru­je­cie ob­lę­żo­ną pro­win­cję!

Ar­meń­czyk rzu­cił mu cie­płe spoj­rze­nie. Pod­su­nął ta­lerz z mig­da­ła­mi.

– Na za­cho­dzie re­gu­lar­na woj­na. Na pół­no­cy Kon­go. Re­be­lian­ci pod­cho­dzą no­ca­mi pod sto­li­cę. Na­pły­nie jed­na fala, woj­ska rzą­do­we ją ode­pchną, nie wia­do­mo skąd po­ja­wia się na­stęp­na. Two­rzą się nowe alian­se i prze­gru­po­wa­nia ple­mien­ne. Nie­za­do­wo­le­ni usta­wia­ją się w nie­skoń­czo­ne ko­lum­ny. Do­ra­sta­ją­cy chłop­cy ma­rzą o po­sia­da­niu pi­sto­le­tu, któ­ry otwo­rzy im do­stęp do przy­go­dy. W od­le­głych wio­skach po­ja­wia­ją się cha­ry­zma­tycz­ni przy­wód­cy. Mają po­waż­ne pla­ny, chcą ra­to­wać kraj. Na roz­wa­lo­nych w po­ło­wie bu­dyn­kach wy­wie­sza­ją cho­rą­gwie, rzą­do­we lot­nic­two bom­bar­du­je te bu­dyn­ki. Dla­te­go prze­strze­ga­my przed ogło­sze­niem nie­pod­le­gło­ści tej pro­win­cji… Spa­dli­by na nas ze wszyst­kich stron! Krót­ki pa­trio­tycz­ny wzlot za­koń­czył­by się cał­ko­wi­tą ru­iną!

Pi­li­śmy her­ba­tę, błą­dząc wzro­kiem po pół­kach. W brą­zo­wych kar­to­nach sta­ły elek­tro­nicz­ne apa­ra­ty. Świa­to­we fir­my wy­sta­wia­ły tu swój no­wo­cze­sny sprzęt. Go­spo­darz cią­gnął:

– Mie­siąc temu plu­ton dzie­ci wziął do nie­wo­li pół­to­ra ty­sią­ca żoł­nie­rzy ONZ. Przez dwa dni pa­no­wa­ła ci­sza, a po­tem roz­le­gły się wo­ła­nia: nie mamy su­cha­rów, skoń­czy­ły nam się pa­styl­ki do od­ka­ża­nia wody! Ne­go­cjuj­cie, nie po­rzu­caj­cie nas… Dzie­ci pa­trzą na nas bar­dzo wro­go!

Wszedł słu­żą­cy z bia­łą ko­per­tą. Stał w ocze­ki­wa­niu na od­po­wiedź.

– Te­raz mam go­ści… – od­pra­wił go Ar­meń­czyk. – Tę spra­wę prze­su­wam na ter­min póź­niej­szy! – A po­tem do­dał ze sta­now­czo­ścią w gło­sie: – Niech cze­ka­ją!

Nie­znacz­nie ski­ną­łem gło­wą. Go­spo­darz za­uwa­żył to ski­nie­nie.

– Na szczę­ście my tu­taj je­ste­śmy oazą spo­ko­ju… – cią­gnął. – Za­opa­tru­je­my są­sia­dów w le­kar­stwa i żyw­ność. Po­ma­ga nam w tym do­świad­cze­nie han­dlo­we na­by­te w kra­jach, w któ­rych to­czą się woj­ny. Olej ja­dal­ny spro­wa­dza­my z In­do­ne­zji, cu­kier z Bra­zy­lii, me­ble z Włoch. Mer­ce­de­sy naj­le­piej ku­pu­je się od Buł­ga­rów… – Ar­meń­czyk upił tro­chę kawy i do­dał z unie­sie­niem: – Nad­zwy­czaj­nie so­lid­ni ci Buł­ga­rzy! Taki Po­pów… Albo Zub­ko­va! Dają fe­no­me­nal­ne zniż­ki!

Star­szy z Bel­gów zdarł kra­wat z szyi i scho­wał go do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Mimo chło­dze­nia było mu go­rą­co. Zbli­żył się do go­spo­da­rza.

– Ka­mie­nie pan ma? – spy­tał ob­ce­so­wo. – Duże, małe? Prze­my­sło­we? Ile pan li­czy od ka­ra­ta? Za­zna­czam, że znam się na ce­nach.

Ar­meń­czyk spoj­rzał na nie­go z wyż­szo­ścią. Wie­dzia­łem, co my­ślał o nie­do­szłym ku­pu­ją­cym. Oto jesz­cze je­den z tych, któ­rzy za­da­ją py­ta­nia. Moż­na nie być stąd, ale trze­ba wro­snąć w tę zie­mię. Trze­ba ro­zu­mieć zło­żo­ną sy­tu­ację, a nade wszyst­ko na­uczyć się do­brych oby­cza­jów. Trze­ba tu miesz­kać dłu­go, bar­dzo dłu­go. Mie­sią­ca­mi sia­dy­wać na pu­dłach z nie­roz­pa­ko­wa­nym to­wa­rem. Albo na plu­szo­wej ka­na­pie na­prze­ciw sto­li­ka do kawy. Każ­de­go po­po­łu­dnia cho­wać się tu przed upa­łem, wspól­nie za­sta­na­wiać się nad wy­da­rze­nia­mi za rze­ką. No­wi­ny ze świa­ta zby­wać cierp­kim śmie­chem. Dzia­łać po­wo­li, z na­my­słem, pić her­ba­tę z kil­ko­ma wy­bra­ny­mi oso­ba­mi, lu­bić tę her­ba­tę… Kto za­da­je py­ta­nia, ni­cze­go się nie do­wie. Czy to nie jest ja­sne?

Ku­piec roz­po­znał w Bel­gu ob­ce­go. A obcy to mały zysk i dużo nie­po­trzeb­ne­go ry­zy­ka. Szu­ka, wę­szy, pró­bu­je. Taki czło­wiek go­tów jest ro­bić no­tat­ki z po­dró­ży, cy­to­wać miej­sca, ilu­stro­wać je fo­to­gra­fia­mi.

– Na ka­mie­niach trze­ba się znać… – od­po­wie­dział uprzej­mie Ar­meń­czyk, może jego też cza­sa­mi upał nu­dził. – Czy pan się na nich zna? Czy od­róż­ni pan VS1 od VS2? Chy­ba że cho­dzi o szkieł­ka już oszli­fo­wa­ne, opa­trzo­ne cer­ty­fi­ka­tem? Ro­zu­miem, mó­wi­my o ka­mie­niach peł­nych we­wnętrz­ne­go bo­gac­twa, któ­rych świa­tło trze­ba do­pie­ro wy­do­być… Ich wa­lo­ry do­ce­ni tyl­ko kil­ku spe­cja­li­stów, wy­twor­ni zbie­ra­cze i ko­lek­cjo­ne­rzy…

– Ci pa­no­wie… – wska­za­łem na Bel­gów – in­te­re­su­ją się wy­so­kiej ja­ko­ści pro­duk­tem.

Ar­meń­czyk nie sły­szał. Dzie­lił się prze­my­śle­nia­mi, w li­rycz­nym unie­sie­niu do­pusz­czał nas do za­wo­do­wych ta­jem­nic.

– Przy­jeż­dża­ją tu do nas ama­to­rzy. Nie zna­ją cen, więc tar­gu­ją się jak opę­ta­ni. My­ślą, że ktoś ich chce oszu­kać… Tu! W tym po­miesz­cze­niu! Gdy zo­ba­czą ka­mie­nie, oczy im się za­pa­la­ją. Bez opa­no­wa­nia grze­bią pal­ca­mi po sto­le, zdra­pu­ją po­li­tu­rę. Śmiesz­ni, mali lu­dzie z mar­ny­mi pie­niędz­mi. To smut­ne, to pa­te­tycz­ne… W koń­cu ku­pu­ją źle, wra­ca­ją do ho­te­lu i przy­kła­da­ją so­bie re­wol­wer do skro­ni…

– Sami so­bie? – zdzi­wił się Su­daf. – W ho­te­lu? Dla­cze­go wcią­ga­ją w to ho­tel?

– Ano wła­śnie! Wi­dzi pan, jacy lu­dzie do nas tu tra­fia­ją… Z ja­kim ele­men­tem przy­szło nam pra­co­wać.

Prze­su­nę­li­śmy się w stro­nę wyj­ścia. Dzię­ko­wa­li­śmy za na­pój i sło­dy­cze. I za go­ścin­ność.

– Lu­bię to wa­sze chło­dzo­ne za­ci­sze. I jesz­cze tu wpad­nę – rzu­cił na od­chod­nym Su­daf.

Wy­szli­śmy na świa­tło dnia, kra­ta za­trza­snę­ła się za na­szy­mi ple­ca­mi. Po­łu­dnie, uli­ca pu­sto­sza­ła, prze­chod­nie cho­wa­li się w pod­cie­niach.

Pod­szedł do nas ni­ski trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna. Ubra­ny był w bia­łą ko­szu­lę i czar­ny gar­ni­tur, ro­bił wra­że­nie urzęd­ni­ka ban­ku. Na spo­co­nej twa­rzy po­łu­dniow­ca od­bi­jał się nie­po­kój.

– W ho­te­lu po­in­for­mo­wa­no mnie, że je­ste­ście pa­no­wie na mie­ście… – uspra­wie­dli­wiał się. – Ja też na­le­żę do wa­szej gru­py… Cze­kam na od­lot tak jak wszy­scy.

– A uiści­łeś za prze­lot? – Su­daf eg­za­mi­no­wał przy­by­sza.

– Oczy­wi­ście. Dziw­ne tu oby­cza­je… Dla­cze­go nie wy­da­je się po­kwi­to­wań?

Wte­dy Su­daf zwró­cił się do mnie:

– Lu­dzie w czar­nych ubra­niach źle mi się ko­ja­rzą… Zwy­kle z dużą stra­tą pie­nięż­ną albo z na­głym zej­ściem. U nas dziew­czy­ny cho­dzą na czar­no, lecz z in­nych po­wo­dów… Jak się na­zy­wasz?

Nowo przy­by­ły beł­ko­tał nie­skład­nie, sza­re ko­per­ty uty­kał po kie­sze­niach, ja­kieś pa­pie­ry wy­pa­dły mu na zie­mię.

– Nie py­tam o ad­res ani datę uro­dze­nia… – ry­czał roz­ju­szo­ny Su­daf. – Nie py­tam, skąd się wzią­łeś. Przy­cze­pi­łeś się do nas, włó­czysz się za nami… Nie bę­dzie­my o to­bie mó­wi­li: ten przy­stoj­ny mło­dy czło­wiek o śnia­dej twa­rzy.

– Mu­szę tam być, po dru­giej stro­nie… Ko­niecz­nie ju­tro… – uspra­wie­dli­wiał się urzęd­nik. – To spra­wa ży­cia i śmier­ci.

Su­daf in­te­re­so­wał się przy­by­szem co­raz ży­wiej.

– Ja­kie spra­wy wzy­wa­ją go za rze­kę? – Brał nas na świad­ków swo­ich do­cie­kli­wych roz­wa­żań. – Re­be­lian­ci po­rwa­li jego wio­śnia­ną na­rze­czo­ną? Za­czną ją gwał­cić punk­tu­al­nie o trze­ciej? A może wie­zie okup za młod­sze­go bra­ta? Brat pła­cił pie­niędz­mi, któ­re sam dru­ko­wał, i te­raz sie­dzi w le­pian­ce z wę­ża­mi? Moż­li­wo­ści są róż­ne i nie­zwy­kle bo­ga­te. Ja będę go na­zy­wał Al­fon­so.

– Co tam cię cią­gnie? Od­po­wiedz, Al­fon­so… – pró­bo­wa­łem po­móc za­gu­bio­ne­mu czło­wie­ko­wi.

– Ona to prze­trzy­ma… To na pew­no twar­da dziew­czy­na… – Udo­bru­cha­ny Su­daf po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. Po­ru­szał pal­ca­mi, jak­by spraw­dzał ja­kość ma­te­ria­łu. – Lu­bisz świe­cą­ce ma­ry­nar­ki? Trzy­maj się bli­sko nas, to się nie zgu­bisz.

W tu­ma­nie ku­rzu za­trzy­mał się przed nami ran­ge ro­ver. Wy­sko­czył z nie­go nasz ka­pi­tan, taką ran­gę Su­daf nadał pi­lo­to­wi. Był to Fi­li­piń­czyk, okrą­głą czap­ką przy­ci­skał dłu­gie, czar­ne wło­sy.

– Sia­daj­cie. Le­ci­my. Lot uzgod­nio­ny.

– Z kim uzgod­nio­ny? – za­nie­po­ko­ił się star­szy Belg.

– Z wła­dza­mi…

– Nie ma mowy o żad­nych do­dat­ko­wych opła­tach – za­strzegł się Belg. – Dziu­ra­wa pły­ta roz­bie­go­wa. Ka­wa­łek pu­ste­go be­to­nu. Żad­nych świa­teł. Pu­sta wie­ża kon­tro­l­na z wy­bi­ty­mi szy­ba­mi. Co tu trze­ba uzgad­niać? Za co pła­cić?

– Belg – po­wie­dzia­łem – czy wiesz, jak dzia­ła­ją stin­ge­ry? Każ­dy czter­na­sto­la­tek nosi je na ple­cach. Do pięt­na­stu ty­się­cy stóp to pew­ny strzał. I lą­du­jesz. Bez spa­do­chro­nu.

– Two­ja alu­mi­nio­wa wa­liz­ka lą­du­je osob­no… I to w du­żej od­le­gło­ści od cie­bie – do­dał roz­ba­wio­ny Su­daf. – Roz­rzut może osią­gnąć kil­ka mil…

– Belg – do­rzu­cił ka­pi­tan – nic się nie martw. My bę­dzie­my le­cie­li na dwu­dzie­stu ty­sią­cach.

Al­fon­so sie­dział na ław­ce z tyłu. Miął w rę­kach ja­kieś do­ku­men­ty, wy­kła­dał po­wią­za­ne ko­per­ty z ma­ry­nar­ki i upy­chał je po kie­sze­niach w spodniach. Zla­ny był gę­stym po­tem, zo­sta­wiał na pa­pie­rach mo­kre śla­dy.

Za­je­cha­li­śmy pod zna­jo­my ho­tel. Pod na­pi­sem „Prin­cess Ale­xan­dra” sie­dzia­ła gru­pa słu­żą­cych. Na nasz wi­dok Noe ra­do­śnie po­ma­chał tacą. Ciem­nym ko­ry­ta­rzem ru­szy­łem po wa­liz­kę. W po­ko­ju wszyst­ko le­ża­ło na swo­im miej­scu, nie­po­ru­szo­ne, nie­do­tknię­te. Kie­dy wró­ci­łem, ran­ge ro­ver za­peł­niał się pa­sa­że­ra­mi, bra­ko­wa­ło tyl­ko Al­fon­sa.

– Naj­gor­si są lu­dzie, któ­rym się wciąż coś na­le­ży. Mało im, wiecz­nie mało… Wy­naj­du­ją wciąż nowe płat­no­ści! – ko­men­to­wał ostat­nie wy­da­rze­nia Belg.

– Ci są naj­gor­si – zgo­dził się jego to­wa­rzysz. – Wstręt­ny upał.

Do­łą­czy­ły do nas dwie sio­stry za­kon­ne. Nio­sły duże tor­by ob­wią­za­ne pa­ska­mi. Włosz­ki. Kar­me­li­tan­ki. Ugrzecz­nio­ny Su­daf od­dał im swo­je miej­sce i wniósł do wozu ba­ga­że. Przy­po­mnia­łem so­bie, że to one ży­wią ucie­ki­nie­rów.

– Sio­stra Fe­li­cja – przed­sta­wi­ła się star­sza za­kon­ni­ca.

– Sio­stra Anun­cia­ta – uśmiech­nę­ła się ta dru­ga.

– Co wy tam ma­cie w tym alu­mi­nium? – huk­nął w stro­nę Bel­gów Su­daf. Wła­śnie prze­jeż­dża­li­śmy przez bra­mę ho­te­lu. Nu­dził się i chciał so­bie czymś za­jąć czas. – Nic za­ka­za­ne­go? Nie po­trze­bu­je­my mieć przez was kło­po­tów!

Dro­ga na lot­ni­sko była sze­ro­ka i wy­god­na. Po­przed­ni pre­zy­dent dbał o re­pre­zen­ta­cję. W ca­łym kra­ju dro­gi na lot­ni­sko od­zna­cza­ły się so­lid­no­ścią i roz­ma­chem. Na po­bo­czach sta­ły po­wy­gi­na­ne masz­ty, nie­gdyś słu­ży­ły do za­wie­sza­nia cho­rą­gwi. Wy­mi­ja­li­śmy ucie­ki­nie­rów z pacz­ka­mi i ma­te­ra­ca­mi na gło­wach. Pa­trzy­li na nas ze zdu­mie­niem.

– Belg! – nie ustę­po­wał Su­daf. – Co prze­wo­zi­cie w tych wa­liz­kach?

– Bro­szu­ry. Sta­re ga­ze­ty. Ma­szyn­kę do go­le­nia… – nie­chęt­nie ce­dził za­py­ta­ny. Uda­wał, że pa­trzy w okno. Prze­su­wał dło­nią po szyi, wy­cie­rał struż­ki potu. Gdy­by le­piej znał prze­ciw­ni­ka, wie­dział­by, że ten się nie od­cze­pi.

– Ma­szyn­kę do go­le­nia masz? – cią­gnął prze­słu­cha­nie Su­daf. – Na prąd? Na dy­na­mo?

– Na prąd. I na ba­te­rie.

– To do­brze, że na ba­te­rie – ucie­szył się Su­daf. – Już się ba­łem, że bę­dzie­cie cho­dzi­li wło­cha­ci… A tam ta­kich nie lu­bią. Kil­ku zgi­nę­ło bez wie­ści. Przez taką głu­pią rzecz, jak nie­świe­ży wy­gląd, mo­gły­by wam nie wyjść te trans­ak­cje… A jak bę­dzie­cie ła­do­wać te ba­te­rie? Po­my­śle­li­ście o tym? W co we­tknie­cie wtycz­kę?

Do­je­cha­li­śmy do lot­ni­ska. Sala była brud­na, wia­tra­ki pod su­fi­tem sta­ły w miej­scu. Ich skrzy­dła były po­dziu­ra­wio­ne ku­la­mi. Czu­ło się za­pach przy­pa­lo­nych po­traw. Pod re­kla­mą z wi­do­kiem Pa­ry­ża sie­dzia­ły ko­bie­ty i go­to­wa­ły pap. Por­cje po­da­wa­ły na sze­ro­kich li­ściach, po­le­wa­ły je so­sem z brą­zo­wej bu­tel­ki. Na ścia­nach wi­sia­ły afi­sze li­nii lot­ni­czych, o któ­rych słuch daw­no już za­gi­nął. A tak­że ta­kich, któ­re nig­dy nie przy­sła­ły­by tu swo­je­go sa­mo­lo­tu. Nig­dzie nie było re­kla­my li­nii, któ­ra nas mia­ła za­brać na po­kład.

Od stro­ny pasu star­to­we­go biegł ka­pi­tan Fi­li­piń­czyk. Po­mi­mo upa­łu miał na so­bie gra­na­to­wą kurt­kę. Ude­rzał dło­nią w plik pa­pie­rów.

– Za­gi­nął pa­sa­żer – iry­to­wał się. – Kto chce za­jąć wol­ne miej­sce?

Nie było no­wych chęt­nych. Zwar­tą gru­pą sta­li sta­rzy pa­sa­że­ro­wie.

– Jak on się na­zy­wał?

Za­le­gła dłu­ga ci­sza. Słoń­ce pie­kło.

– Al­fon­so… – ktoś pod­po­wie­dział.

– Al­fon­so… I jak da­lej?

– Smith – rzu­cił je­den z Bel­gów. Za­le­ża­ło mu na za­osz­czę­dze­niu cza­su.

– Al­fon­so Smith? – zdzi­wił się ka­pi­tan. – Ta­kich cu­dów u nas jesz­cze nie było! Po­trzeb­ne jest nam jego praw­dzi­we na­zwi­sko!

Wy­glą­da­ło na to, że od­lot się opóź­ni. Po­myśl­ny mo­ment mógł być cał­ko­wi­cie stra­co­ny.

– Pri­ma­ve­ra – za­ry­zy­ko­wa­łem. – Al­fon­so Pri­ma­ve­ra.

– To już le­piej – zgo­dził się ka­pi­tan. – Pi­szę: za­gi­nął Al­fon­so Pri­ma­ve­ra. Przy­pusz­czal­nie za­bar­ło­żył w mie­ście… Albo w ho­te­lu. Gdy­by uprze­dził, mo­gli­by­śmy wziąć wię­cej to­wa­ru… Nie ża­łu­je­my go. Lu­bież­ne by­dlę, pro­szę sióstr. Brud­ne, roz­mam­ła­ne. A te­raz uda­je­my się na pły­tę. Od­lot prze­wi­dzia­ny jest za kwa­drans.

– Jesz­cze po­sma­ży­my się w tym pu­dle… – uty­ski­wał Belg, wska­zu­jąc na cze­ka­ją­cą ma­szy­nę. Spod plam ka­mu­fla­żu po­ły­ski­wa­ło brud­ne alu­mi­nium. Drzwi były otwar­te, na be­to­nie sta­ła trzy­stop­nio­wa dra­bin­ka.

– Co z tym Pri­ma­ve­rą? Kto go wi­dział ostat­ni? – mar­twił się młod­szy Belg. – Czy przez nie­go nie wy­my­ślą no­wej zwło­ki?

– Nie leci z nami, bo miał zły sen – pró­bo­wa­no tłu­ma­czyć nie­szczę­śni­ka. – Śni­ło mu się, że w tym kra­ju za rze­ką wi­ta­ją go daw­no umar­li wu­jo­wie… A na­wet cała po­grze­ba­na ro­dzi­na. W jego kul­tu­rze to zły omen.

– Śni­ło mu się, hę? – za­śmiał się Su­daf. – Nie dość, że bez for­sy, to jesz­cze prze­sąd­ny? Na­stęp­nym ra­zem będę le­ciał sam.

Z dru­gie­go koń­ca lot­ni­ska zbli­żał się ku nam woj­sko­wy jeep. Je­chał środ­kiem pasa, po cen­tral­nej li­nii. Ka­ra­bin ma­szy­no­wy wy­mie­rzo­ny był w ka­bi­nę pi­lo­ta, mło­dy żoł­nierz ma­ni­pu­lo­wał coś przy zam­ku. Trzej po­zo­sta­li prze­wie­si­li przez pier­si ta­śmy z amu­ni­cją, au­to­ma­ty zwi­sa­ły im luź­no. Ubra­ni byli w re­gu­lar­ne zie­lo­ne mun­du­ry i gu­mo­we buty z cho­le­wa­mi. Ofi­cer pod­szedł do okien­ka pi­lo­ta. Roz­po­czę­ła się roz­mo­wa, któ­rą za­głu­szał huk sil­ni­ków. Sio­stra Fe­li­cja od­ma­wia­ła ró­ża­niec. Su­daf obo­jęt­nie pa­trzył w okno.

– Cze­go oni od nas chcą? – ner­wo­wo py­ta­li Bel­go­wie.

Po obu stro­nach pasa star­to­we­go le­ża­ły wra­ki sa­mo­lo­tów. Ścią­gnię­to je na bok, aby nie blo­ko­wa­ły ru­chu. Sczer­nia­ły mig wrył się dzio­bem w krza­ki i gro­ził pod­nie­sio­nym ogo­nem. W ka­dłu­bie sa­mo­lo­tu pa­sa­żer­skie­go za­miesz­ka­li lu­dzie, w owal­nych okien­kach po­ja­wi­ły się za­cie­ka­wio­ne twa­rze. Trans­por­to­wa ma­szy­na le­ża­ła na da­chu, na prę­tach pod­wo­zia su­szy­ły się koce. Mali chłop­cy zjeż­dża­li po ośli­zgłych bla­chach, ktoś pró­bo­wał wy­mon­to­wać ster. W cie­niu skrzy­deł, w fo­te­lach pierw­szej kla­sy, sie­dzie­li męż­czyź­ni i pa­li­li ty­toń.

– Tam leżą ma­szy­ny, któ­rym nie uda­ło się wy­star­to­wać… – Su­daf wska­zał na za­ro­słe ru­mo­wi­sko.

– Za­pew­ne z przy­czyn tech­nicz­nych? – za­cie­ka­wił się Belg.

– Tech­nicz­nych… I in­nych.

– Ja­kich in­nych?

– Na przy­kład pi­lot prze­ja­wił zbyt­ni po­śpiech przy od­lo­cie… – od­parł Su­daf. – Albo pa­sa­że­ro­wie za­po­mnie­li po­że­gnać się z Mr. Bru­no… Ale głów­nie były to przy­czy­ny tech­nicz­ne.

Ka­pi­tan Fi­li­piń­czyk i ofi­cer skoń­czy­li roz­mo­wę. Jeep za­to­czył pół­ko­le, żoł­nierz przy ka­ra­bi­nie zmie­nił po­zy­cję, jed­nak cią­gle trzy­mał nas na musz­ce.

– Cze­go chcie­li? – py­tał młod­szy Belg.

– To są pra­cow­ni­cy Mr. Bru­no – wy­ja­śnił ka­pi­tan. Zło­żył dło­nie na ko­la­nach, aby prze­ko­nać Bel­ga, jak wie­le ma dla nie­go cier­pli­wo­ści. – Ży­czy­li nam przy­jem­nej po­dró­ży i prze­ka­za­li po­zdro­wie­nia. Mają ro­dzi­ny po dru­giej stro­nie gra­ni­cy i po­da­li nam dla nich kil­ka pa­czek.

Sa­mo­lot spusz­czo­ny z ha­mul­ca lek­ko drgnął. Sio­stry Fe­li­cja i Anun­cia­ta przy­śpie­szy­ły pa­cie­rze. Na­grza­ne mo­to­ry cią­gnę­ły nas po pa­sie star­to­wym. Wle­pie­ni w opar­cia wzno­si­li­śmy się pra­wie pio­no­wo. Z wen­ty­la­to­rów za­czę­ła wy­do­by­wać się bia­ła para.

– Prze­kro­czy­li­śmy pu­łap dwu­dzie­stu ty­się­cy stóp! – ryk­nął ra­do­śnie ka­pi­tan.

Sio­stry nie prze­sta­wa­ły się mo­dlić. Su­daf wy­cią­gnął nogi, tyl­ko Bel­go­wie sie­dzie­li w wi­docz­nym na­pię­ciu, pal­ce za­ci­snę­li na po­ły­skli­wych wa­liz­kach. Nie ro­zu­mie­li, że ża­den stin­ger już nas nie do­go­ni, nie do­strze­gli zwier­cia­dła rze­ki sta­no­wią­cej gra­ni­cę. Zza ple­ców pi­lo­ta ner­wo­wo wpa­try­wa­li się w in­stru­men­ty po­kła­do­we. Za­cie­kle wbi­ja­li wzrok w pu­ste dziu­ry po ze­ga­rach.

– Usu­nię­to je, gdy za­czę­ły da­wać złe od­czy­ty – wy­ja­śni­łem.

Ty­dzień póź­niej, pod roz­ło­ży­stym drze­wem, cze­ka­li­śmy na po­wrot­ny lot. Wcze­sny ra­nek, rosa na li­ściach, wśród ga­łę­zi ro­iło się od pta­ków. Przed nami pole ogo­ło­co­ne z krze­wów, śla­dy kół wy­zna­cza­ły kie­ru­nek star­tu. Sio­stry Fe­li­cja i Anun­cia­ta sie­dzia­ły na tor­bach z bre­zen­tu, pa­trzy­ły na wscho­dzą­ce słoń­ce. Su­daf le­żał na tra­wie, twarz za­krył po­mię­tym ka­pe­lu­szem. Bel­go­wie od­le­cie­li wcze­śniej. Ich sa­mo­lot ja­ko­by roz­bił się o dwie mile stąd. Było w nim dwóch pa­sa­że­rów w bia­łych gar­ni­tu­rach, ze­znał do­pro­wa­dzo­ny uma­za­ny sza­rą gli­ną chło­pak. Alu­mi­nio­wych wa­li­zek nie szu­ka­no.

– Zgu­bił ich po­śpiech… I ner­wo­wość – ce­dził nie­chęt­nie Su­daf. – Po co tu przy­je­cha­li? Nie zna­leź­li wspól­ne­go ję­zy­ka z ge­ne­ra­łem… Nie po­do­ba­ła im się go­ścin­ność re­be­lian­tów.

– Czy ktoś zna przy­czy­nę wy­pad­ku? – za­py­ta­ła sio­stra Fe­li­cja.

Su­daf uniósł się i oparł o drze­wo. Jego też gnę­bi­ło to py­ta­nie.

– Moż­na po­wie­dzieć, że tak im było pi­sa­ne… Ale moż­na tak­że po­wie­dzieć, że wy­star­to­wa­li z pu­sty­mi zbior­ni­ka­mi i po osią­gnię­ciu nie­wiel­kiej wy­so­ko­ści przy­pi­ko­wa­li w ba­obab!

– Ja my­ślę, że to brak pa­li­wa… – orze­kła sio­stra Fe­li­cja. Zga­dza­ło się to z jej twar­dą na­tu­rą. Nie­ła­two jest mieć do wy­ży­wie­nia ty­siąc dzie­ci i nie my­śleć o za­opa­trze­niu.

Tyl­ko sio­stra Anun­cia­ta mil­cza­ła, po jej de­li­kat­nej twa­rzy prze­su­wa­ły się po­ma­rań­czo­we pla­my słoń­ca. Ob­ser­wo­wa­ła chrząsz­cza, któ­ry już trze­ci raz pró­bo­wał wdra­pać się na jej bosą sto­pę. Wie­dzia­ła, że ist­nie­ją jesz­cze inne przy­czy­ny szczę­śli­wych zda­rzeń i nie­for­tun­nych wy­pad­ków, ale nie chcia­ła ich przy­ta­czać ani włą­czać się do roz­mo­wy.

Cie­ka­we, jak Bel­gom te­raz się po­wie­dzie, roz­wa­ża­łem. Do­sko­na­ły po­mysł z tą krak­są… Czy uda­li się na wschód, czy na pół­noc? Na pew­no na­ję­li je­epa, bo na­szym pi­lo­tom nie ufa­ją. Gna­ją te­raz w stro­nę naj­bliż­szej gra­ni­cy, szu­ka­ją pierw­sze­go spo­koj­ne­go miej­sca. Po mie­sią­cu wy­pły­ną w Jo­han­nes­bur­gu lub Lu­sa­ce. Kie­dy spo­tkam ich w re­stau­ra­cji lub w pry­wat­nym domu, wy­mie­ni­my uśmie­chy. Świad­ko­wie uda­ne­go żar­tu, to­wa­rzy­sze po­dró­ży… Je­śli przy­god­na oso­ba za­py­ta, czy się zna­my, od­po­wie­my, że tak. Ra­zem od­by­li­śmy in­te­re­su­ją­cą wę­drów­kę, po­twor­nie cię­ły nas ko­ma­ry…

Moja mi­sja tak­że prze­bie­gła po­myśl­nie. Ge­ne­rał przy­jął mnie w pro­sto­kąt­nym bu­dyn­ku, w któ­rym daw­niej miesz­kał far­mer z ro­dzi­ną. Wódz sie­dział na skrzy­ni, przed nim stał prze­no­śny stół. Czar­ny be­ret z gwiaz­dą za­sła­niał mu czo­ło, z kie­sze­ni blu­zy wy­sta­wa­ły li­sty i do­ku­men­ty. Spra­wę map dla po­trzeb rol­nic­twa uwa­ża za waż­ną, oświad­czył. Do­ce­nia na­szą cier­pli­wość oraz fakt, że tu przy­je­cha­łem. Kwe­stia map wy­ma­ga cza­su, na­le­ży pod­jąć prze­my­śla­ną de­cy­zję. Nie jest to ła­twe w sy­tu­acji, gdy rząd cen­tral­ny za­ku­pił dwu­sil­ni­ko­wy sa­mo­lot i na­jął ukra­iń­ską za­ło­gę. Sa­mo­lot po­ja­wia się znie­nac­ka i zrzu­ca kil­ka bomb. „Za­py­ta pan, co w na­szym kra­ju moż­na jesz­cze bom­bar­do­wać? Ata­ku­ją ry­nek, na któ­rym lu­dzie sprze­da­ją ba­na­ny. Zna­my pa­ra­me­try tego sa­mo­lo­tu, jego pu­łap, za­sięg. Któ­re­goś dnia sam spad­nie lub go ze­strze­li­my. Wte­dy nie­zwłocz­nie wró­ci­my do map. Czy jest pan za­do­wo­lo­ny z na­mio­tu? In­for­muj­my się na bie­żą­co, spra­wa, któ­ra nas łą­czy, na pew­no nie zo­sta­nie za­po­mnia­na!”. Ge­ne­rał od­pro­wa­dził mnie na we­ran­dę. Od­cho­dzi­łem w to­wa­rzy­stwie dwóch żoł­nie­rzy, a on, opar­ty o ba­lu­stra­dę, opie­kuń­czy i za­tro­ska­ny, pa­trzył na od­le­głe dymy obo­zo­wi­ska i maszt, z któ­re­go zwi­sa­ła czar­no-zie­lo­na fla­ga.

– Sły­szę go! – ryk­nął Su­daf, wska­zu­jąc na ciem­ny punkt na ho­ry­zon­cie. Wy­biegł na otwar­tą prze­strzeń i raz za ra­zem uno­sił ra­mio­na. W od­po­wie­dzi pi­lot za­chy­bo­tał skrzy­dła­mi.

– Na­mie­rzył nas i te­raz wy­tra­ca wy­so­kość!

Ze­bra­li­śmy pa­kun­ki i wy­szli­śmy z cie­nia.

Ma­szy­na ce­lo­wa­ła wprost na na­szą gru­pę. Cze­kał nas dwu­go­dzin­ny, mało uciąż­li­wy lot w do­sko­na­łych wa­run­kach po­go­do­wych.

Kobry i Parafianie

Owi­nię­ty w koc chłop­czyk obu­dził się. Przy­cze­pio­ny do ple­ców mat­ki nie spusz­czał wzro­ku ze sto­ją­ce­go obok K. Ten naj­pierw przty­kał pal­ca­mi, uśmie­chał się do dziec­ka, po­tem prze­stał. Ko­lej­ka do kasy na sta­cji w Jo­han­nes­bur­gu była dłu­ga i po­su­wa­ła się wol­no. Wy­su­pły­wa­no pie­nią­dze z wy­sił­kiem, ktoś wy­jął na­leż­ność ze skar­pet­ki.

Kie­dy K. do­tarł do okien­ka, po­zo­sta­ło tyl­ko dzie­sięć mi­nut do od­jaz­du po­cią­gu. Za kra­tą sie­dział afry­ka­ner o moc­nym kar­ku i czer­wo­nej twa­rzy. K. wy­mie­nił na­zwę miej­sco­wo­ści i po­pro­sił o bi­let trze­ciej kla­sy.

– Trze­ciej kla­sy?… – zdzi­wił się ka­sjer. – Żywy ksiądz nie do­je­dzie! I jesz­cze wa­liz­ka!

– Do­ja­dę.

– W dru­giej kla­sie roz­dzie­la­my pa­sa­że­rów we­dług płci. Pół wa­go­nu płeć żeń­ska, pół wa­go­nu płeć mę­ska. Po­środ­ku drzwi i uzbro­jo­ny po­li­cjant. In­a­czej płeć mę­ska gwał­ci płeć żeń­ską. Z nu­dów, bo to dłu­ga po­dróż… Trze­cią kla­sę zo­sta­wia­my…

– …na ła­sce Opatrz­no­ści.

Ka­sjer nie­chęt­nie spoj­rzał na ane­micz­ne­go K. Z ude­rze­niem dło­ni na płask wy­dał mu bi­let trze­ciej kla­sy. To­nem po­ra­dy do­dał:

– Niech ksiądz za­wsze stoi ple­ca­mi do ścia­ny. W tło­ku wbi­ja­ją od tyłu za­ostrzo­ną szpry­chę. Tak jak dok­to­rzy zna­ją pew­ne miej­sce w krę­go­słu­pie… Lu­dzie mó­wią, że to nic nie boli, ale po­tem ogrom­ne wy­dat­ki na wó­zek.

Kraj był pła­ski i mo­no­ton­ny. Cza­sa­mi po­ja­wia­ło się wzgó­rze o ścię­tym wierz­choł­ku albo ko­ry­to wy­schnię­te­go stru­mie­nia. Je­dy­ne uroz­ma­ice­nie wpro­wa­dza­ły sta­cje. Gdy po­ciąg za­trzy­mał się, wy­pa­da­ły z okien ba­ga­że wy­sia­da­ją­cych, po­tem wcią­ga­no to­bo­ły no­wych pa­sa­że­rów. Po­sto­je były dłu­gie, sprze­daw­cy po­ma­rań­czy i her­ba­ty w kub­kach mie­li czas pro­po­no­wać swe usłu­gi. Na pe­ro­nach sta­ły gru­py od­pro­wa­dza­ją­cych, do ostat­niej chwi­li przed drgnię­ciem wa­go­nów wy­krzy­ki­wa­no ty­sią­cz­ne po­le­ce­nia i prze­stro­gi. Lu­dzie śmia­li się, wy­ma­chi­wa­li rę­ka­mi, na­wet roz­sta­nia wy­da­wa­ły się ra­do­sne. Gdy przed na­stęp­nym po­sto­jem po­ciąg zwal­niał, skwa­pli­wie za­my­ka­no okna. W prze­dzia­łach bra­ko­wa­ło po­wie­trza i ja­dą­cy po­kry­wa­li się po­tem. Ale nie­za­mknię­cie okna gro­zi­ło po­ja­wie­niem się no­we­go przy­by­sza, pę­ka­tych wa­li­zek, ko­ców, to­reb i bru­dzą­cych na bia­ło wor­ków z ku­ku­ry­dzia­ną mąką.

K. zna­lazł miej­sce od stro­ny ko­ry­ta­rza. Sie­dział przy­gnie­cio­ny do ścia­ny oty­łą są­siad­ką. Ko­szyk z jej ko­lan pod­jeż­dżał mu pod bro­dę, przy szarp­nię­ciach po­cią­gu są­siad­ka bu­dzi­ła się i mó­wi­ła: o, prze­pra­szam. K. od­po­wia­dał ła­god­nym uśmie­chem, ko­bie­ta była peł­na zro­zu­mie­nia, a na­wet chcia­ła go po­czę­sto­wać jabł­kiem. Ob­ser­wo­wał współ­pa­sa­że­rów. Te wszyst­kie opo­wie­ści o nie­bez­pie­czeń­stwach jaz­dy ko­le­ją wy­da­ły mu się te­raz śmiesz­ne. Uro­je­nia i prze­są­dy, bę­dą­ce wy­ni­kiem ist­nie­nia sztucz­nych ba­rier. I dla­te­go nie po­dró­żo­wał nig­dy pierw­szą kla­są. Nie lu­bił sie­dzieć w pu­stym prze­dzia­le za szy­bą ozdo­bio­ną w mro­żo­ne kon­wa­lie. Nie umiał roz­ko­szo­wać się bor­do­wy­mi plu­sza­mi, nie chciał prze­glą­dać się w mo­sięż­nych oku­ciach. Do tego jesz­cze od­bie­rać wi­zy­ty uprzej­me­go kon­duk­to­ra i zga­dzać się z nim, iż istot­nie kraj jest pięk­ny.

Po obu stro­nach okna sie­dzie­li ko­lo­ro­wi z pro­win­cji Cape. Z jed­nej stro­ny czter­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna o po­cię­tej, zmę­czo­nej twa­rzy, na­prze­ciw nie­go jesz­cze mło­da ko­bie­ta i chło­piec w dżin­sach. Męż­czy­zna spał, ko­bie­ta i chło­piec słu­cha­li roz­mo­wy K. z czar­nym stu­den­tem uda­ją­cym się do swo­jej wsi na po­grzeb wuja.

– Co pan stu­diu­je ? – za­py­tał go K.

– Za­rzą­dza­nie i fi­nan­se.

– Trud­ne przed­mio­ty…

– Dla mnie ła­twe. Kie­dy bia­li mają trud­no­ści z ma­te­ma­ty­ką, to ja im po­ma­gam…

– Nie­dłu­go bę­dzie pan mi­ni­strem…Te­raz jest to moż­li­we.

– Trze­ba umieć sta­wiać so­bie wy­so­kie cele. A to jest wła­śnie mój cel.

Dłuż­szy czas je­cha­li w mil­cze­niu. W prze­dzia­le bra­ko­wa­ło po­wie­trza.

– Ko­lo­nia­li­ści zbu­do­wa­li tę ko­lej dla wła­snych ce­lów i wła­snej wy­go­dy. A tak­że, aby wo­zić do por­tów na­sze zra­bo­wa­ne bo­gac­twa – in­for­mo­wał stu­dent. – Ale to do­brze, bo te­raz mo­że­my po­dró­żo­wać do Za­mbii, Tan­za­nii, Na­mi­bii… Tyl­ko tory nie­ste­ty są za wą­skie, dużo węż­sze niż w Eu­ro­pie. Na­sze po­cią­gi jeż­dżą wol­niej i w wa­go­nach jest cia­sno. I te­raz ta lady – wska­zał na są­siad­kę K. – sie­dzi ści­śnię­ta i w cza­sie dłu­giej po­dró­ży nie może się na­praw­dę od­prę­żyć…

– Praw­da. Ale to nie ja ją przy­pie­ram do ścia­ny – bro­nił się K.

– Tego nie twier­dzę. Ta lady na­zy­wa się Mpo.

– Bar­dzo mi przy­jem­nie – uści­snę­li so­bie dło­nie, trzy razy, afry­kań­skim oby­cza­jem.

– Mpo zna­czy dar. Dziec­ko jest dla nas da­rem Boga – stu­dent pa­trzył na K. z uwa­gą. Do­dał to­nem groź­by: – Niech so­bie ksiądz to do­brze za­pa­mię­ta, za­nim za­cznie nam pra­wić te an­dro­ny o kon­do­mach…

– O ni­czym ta­kim nie będę wam pra­wił… – go­rą­co za­prze­czył K. – Dla nas dziec­ko też jest da­rem Boga.

Ko­lo­ro­wy męż­czy­zna spod okna obu­dził się. Pró­bo­wał wy­ja­śnić coś żo­nie mie­sza­ni­ną an­giel­skie­go i afri­ka­ans. Cho­dzi­ło o ja­kiś po­dział dóbr, ktoś nie wy­wią­zał się z za­le­głych płat­no­ści… Ona od­po­wie­dzia­ła, że zna już tę spra­wę na pa­mięć, pie­nią­dze to śli­ska rzecz, czę­sto giną, zwłasz­cza jak wmie­sza­ne są w to oso­by trze­cie. Wte­dy on sklął ją do­no­śnie za brak ro­zu­mu, ale przede wszyst­kim za roz­rzut­ność. Po­ciąg zwal­niał na za­krę­tach, przy­śpie­szał na pro­stych. Z pła­skich żół­tych prze­strze­ni wy­ra­sta­ły cza­sem ru­mo­wi­ska skał. Na ich wierz­choł­kach spo­czy­wa­ły obłe gła­zy. Po dłu­gim pa­trze­niu w okno męż­czy­zna zno­wu wró­cił do te­ma­tu za­gu­bio­nych pie­nię­dzy. Tym ra­zem tłu­ma­czył całą rzecz z więk­szą cier­pli­wo­ścią. Lu­dzie z ko­ry­ta­rza ze­szli się, aby po­słu­chać, jed­ni przy­zna­wa­li ra­cję skar­żą­ce­mu się, inni krzy­wi­li war­gi i uśmie­cha­li się kpią­co. K. ża­ło­wał, że mało z tego ro­zu­mie, chwi­la­mi wy­da­wa­ło mu się, że chwy­ta sens spra­wy, ale za­raz po­tem gu­bił się i tra­cił wąt­ki. Ko­bie­ta na­gle otrzeź­wia­ła.

– Siedź pro­sto! – krzyk­nę­ła do syna. – Chcesz do­stać czymś ostrym po szyi?

K. przyj­rzał się te­raz chłop­cu. Oce­nił go na dwa­na­ście lat. Spod czar­nej czu­pry­ny pa­trzy­ły by­stre oczy. K. zdzi­wi­ły bli­zny na rę­kach i ko­la­nie.

– Od noża – wy­ja­śnił fa­cho­wo chło­pak. – Te dwa chla­śnię­cia to ze szko­ły. A dziu­ra tu­taj… – wska­zał na świe­żo za­go­jo­ny oboj­czyk – to od wuja.

– Od wuja?

– Bo so­bie za­słu­ży­łeś! – wtrą­ci­ła się mat­ka. – Nie­wdzięcz­ny! A kto dał ci ro­wer?

Stu­dent pa­trzył z za­du­mą na K. Po­cie­rał so­bie to nos, to ucho. Wi­dać było, że gnę­bi go ja­kaś spra­wa, nie jest pew­ny, czy za­dać py­ta­nie, czy dać spo­kój.

– Tak pa­trzę na te trze­wi­ki księ­dza i wa­liz­kę… – rzekł, wy­dy­ma­jąc war­gi. – My­ślę, cze­go to ksiądz chce nas uczyć? Ta­kiej sa­mej bie­dy czy jesz­cze gor­szej? Chy­ba że to dla for­my? Jed­ni gra­ją bo­ga­czy, a inni nę­dza­rzy. Jesz­cze nie usta­li­łem, kogo ksiądz gra.

Zno­wu zbli­ża­ła się sta­cja i rzu­co­no się do za­my­ka­nia okna.

– Tu ksiądz wy­sia­da – oznaj­mił stu­dent. Uści­snę­li się. Po­tem po­że­gnał się z Mpo, ko­lo­ro­wy chło­pak obu­dził ro­dzi­ców, któ­rzy, nie otwie­ra­jąc oczu, po­da­li mu dło­nie. Z nie­ma­łym wy­sił­kiem Mpo dźwi­gnę­ła się i ścią­gnę­ła mu wa­liz­kę z pół­ki.

– Ach, nie trze­ba – za­opo­no­wał zdzi­wio­ny K.

– Sta­re na­wy­ki – mruk­nął stu­dent. – We­szło jej to w krew. Pod­ry­wa się, jak wi­dzi bia­łe­go. Przy­no­si wa­liz­ki, her­ba­tę… Wy­pro­wa­dza na spa­cer psa i zza łóż­ka wy­cią­ga gar­de­ro­bę Ma­dam… Tak się na­uczy­ła.

Mpo smut­nie po­ki­wa­ła gło­wą.

– Za­cznie­my od zmia­ny men­tal­no­ści… – cią­gnął stu­dent. – Li­czy­my, że ksiądz nam po­mo­że!

Jesz­cze raz uści­snę­li so­bie dło­nie. K. prze­bił się przez za­tło­czo­ny ko­ry­tarz. Gdy już zna­lazł się na pe­ro­nie, uj­rzał nad sobą wy­chy­lo­ne­go przez okno stu­den­ta. Z unie­sio­ną pię­ścią stu­dent wo­łał:

– Viva to­wa­rzysz Je­zus Chry­stus!

– Viva – od­po­wie­dział nie­śmia­ło K.

Bu­dy­nek sta­cji był par­te­ro­wy, pod­cie­nie okry­wa­ły część pe­ro­nu. W tłu­mie przy­jezd­nych i od­jeż­dża­ją­cych do­strzegł ich z ła­two­ścią. Sta­ło ich trzech, trzy­ma­li się na ubo­czu. Ubra­ni byli w opię­te ciem­ne gar­ni­tu­ry i sto­no­wa­ne kra­wa­ty. Przed­sta­wi­li się: prze­wod­ni­czą­cy ko­mi­te­tu pa­ra­fial­ne­go, skarb­nik, czło­nek za­rzą­du.

– Cie­szy­my się, że ksiądz przy­je­chał – mó­wi­li.

– Cie­szę się, że je­stem wśród was – od­po­wia­dał. Kil­ku mło­dych lu­dzi po­chwy­ci­ło wa­liz­kę i uło­ży­ło ją na otwar­tej plat­for­mie pół­cię­ża­rów­ki. De­le­ga­ci pa­ra­fii wraz z K. wci­snę­li się do ka­bi­ny, mło­dzi lu­dzie wsko­czy­li na tył wozu. Ude­rzy­li w dach na znak, że moż­na ru­szać.

– To Pa­ra­fia­nie – wska­zał na nich skarb­nik. – Do­brzy chłop­cy i szcze­rze od­da­ni.

– Nie piją – po­twier­dził czło­nek za­rzą­du.

– Mają za sobą ja­kieś pół wio­ski – cią­gnął skarb­nik. – Z resz­ty mu­sie­li ustą­pić po stra­cie trzech lu­dzi… Już daw­no wy­koń­czy­li­by Ko­bry, ale tam­ci ku­pi­li nową broń. Au­to­ma­tycz­ną, nie­za­wod­ną. Za­pew­niam księ­dza, że Ko­bry to ło­bu­zy… Ra­bu­ją sta­re ko­bie­ty, wczo­raj za­strze­li­li prze­chod­nia. Duch w nich upad­nie, gdy zo­ba­czą, że ksiądz z nami…

– Ko­bry?

– Ko­bry. Przed­tem na­zy­wa­li się Groź­ne Dzie­ci.

– A jaką broń mają Pa­ra­fia­nie?

I K. na­tych­miast zro­zu­miał, że było to zbyt do­cie­kli­we py­ta­nie. Nie czuł więc ura­zy, gdy de­le­ga­ci mil­cze­li.

Po­wo­li od­da­la­li się od sta­cji. Na środ­ku dro­gi le­żał prze­je­cha­ny wąż, sępy wy­cią­ga­ły z nie­go nit­ki mię­sa. Wiatr pod­no­sił pla­sti­ko­we tor­by, roz­pi­nał strzę­py ga­zet na cier­ni­stych krza­kach. Na po­bo­czu alu­mi­nio­we pusz­ki świe­ci­ły prze­ni­kli­wym bla­skiem, kar­to­no­we pu­dło prze­tur­la­ło się przez dro­gę, kie­row­ca pró­bo­wał je upo­lo­wać. Wśród wy­ły­sia­łej tra­wy kil­ka kóz żuło czar­ną szma­tę, zde­chły pies wy­gra­żał sztyw­no unie­sio­ną nogą. K. sie­dział nie­ru­cho­mo, czuł się bez­piecz­ny wśród tych lu­dzi. Wdzięcz­ny im był za przy­ja­zne po­wi­ta­nie.

Do­go­ni­ła ich gło­śna mu­zy­ka. Wy­prze­dzał ich dłu­gi che­vro­let ozdo­bio­ny ja­skra­wy­mi ma­lo­wi­dła­mi. Wnę­trze obi­te było ko­sma­tym, ró­żo­wym plu­szem. Prze­wie­szo­ne przez okna ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny kla­ska­ły i ude­rza­ły ryt­micz­nie w bok sa­mo­cho­du. Kie­row­ca, na znak to­a­stu, uniósł do ust pusz­kę z pi­wem.

– Pa­ra­fia­nie? – wska­zał na nich K.

– Tak. Cie­szą się z przy­by­cia księ­dza.

Wje­cha­li do osie­dla. Z obu stron na­pie­ra­ły dom­ki z ciem­no­czer­wo­nej ce­gły. Przed każ­dym ław­ka albo krze­sło. Świe­żo wy­pra­ne koce wi­sia­ły na dru­tach. Na ubo­czu sta­ły prze­żar­te rdzą sa­mo­cho­dy, wie­le z otwar­ty­mi ja­ma­mi po drzwiach i fo­te­lach.

Domy były w więk­szo­ści kry­te fa­lo­wa­ną bla­chą. Cią­gnę­ły się dłu­gi­mi li­nia­mi aż do wzgórz na ho­ry­zon­cie. Wkrót­ce za­głę­bi­li się w wio­skę i za­czę­ły się star­sze za­bu­do­wa­nia. Okrą­głe cha­ty, da­chy z su­chych traw. Roz­rzu­co­ne nie­re­gu­lar­nie, po­prze­dzie­la­ne wą­ski­mi, wi­ją­cy­mi się ścież­ka­mi. Wie­le do­mostw miesz­kań­cy ogro­dzi­li mu­ra­mi po­ma­lo­wa­ny­mi w geo­me­trycz­ne wzo­ry. Na bia­łym tle wid­nia­ły czar­ne trój­ką­ty, czer­wo­ne zyg­za­ki mie­sza­ły się z zie­lo­ny­mi rom­ba­mi. Waż­niej­sze bu­dyn­ki były jed­nak pro­sto­kąt­ne. Ich okna i drzwi wy­glą­da­ły jak rzu­co­ne na mur od nie­chce­nia.

Daw­ni mi­sjo­na­rze zwal­cza­li te okrą­głe cha­ty, przy­po­mi­nał so­bie te­raz K. Uwa­ża­li, że gnieź­dzi się w nich za­co­fa­nie i roz­pu­sta. Lu­dzie bro­ni­li się, od­po­wia­da­jąc, że w okrą­głych cha­tach nie ma ką­tów, w któ­rych mógł­by się zbie­rać brud i skor­pio­ny. Le­że­nie na ma­tach, w po­zy­cji zgię­tej, za­chę­ca do spro­śno­ści, uczy­li ów­cze­śni oj­co­wie. Chrze­ści­ja­nin po­wi­nien miesz­kać w pro­sto­kąt­nej cha­cie i spać wy­pro­sto­wa­ny w łóż­ku.

Omi­ja­jąc wy­rwy w as­fal­cie, zbli­ży­li się do środ­ka wsi. Wśród wy­śli­zga­nych ciem­no­brą­zo­wych gła­zów bie­ga­li mali chłop­cy. Dym do­by­wał się ze ster­ty pod­pa­lo­nych śmie­ci. Mi­nę­li roz­le­głą płasz­czy­znę po­cię­tą udep­ta­ny­mi ścież­ka­mi, tyl­ko w ro­wach osta­ły się wiech­cie sza­rej tra­wy.

Na za­krę­cie, wzdłuż pło­tów, w nie­dba­łych po­zach sta­li mło­dzi lu­dzie. Mod­nie ostrzy­że­ni, w ko­lo­ro­wych ko­szu­lach, nie od­ry­wa­li wzro­ku od prze­jeż­dża­ją­cych. Wpa­try­wa­li się w nich upo­rczy­wie, ba­daw­czo. Coś mó­wi­li do sie­bie, wy­mie­nia­li uwa­gi, któ­re, są­dząc z ukła­du ust, mo­gły być tyl­ko wro­gie.

– Ko­bry – oznaj­mił prze­wod­ni­czą­cy.

Z tyłu sa­mo­cho­du po­sy­pa­ły się okrzy­ki i gwiz­dy. Ostry­mi gło­sa­mi rzu­ca­no obe­lgi. Prze­wod­ni­czą­cy pró­bo­wał uci­szyć Pa­ra­fian. Sto­ją­cy przy pło­tach ani drgnę­li. Tyl­ko je­den z nich po­kle­pał się zna­czą­co po bul­wia­stej kie­sze­ni.

W ka­bi­nie na­strój przy­gasł. Po­wo­dem był in­cy­dent z Ko­bra­mi. Już na wstę­pie gu­bi­ła się do­stoj­ność oka­zji. Za­miast cie­szyć się od­święt­no­ścią dnia, ko­mi­tet pa­ra­fial­ny miął w ustach przy­rze­cze­nia ze­msty.

W koń­cu roz­dzie­li­ła ich za­sło­na ku­rzu. Po wzię­ciu ostre­go za­krę­tu cię­ża­rów­ka po­czę­ła piąć się pod górę.

– Niech so­bie ksiądz do­brze za­pa­mię­ta… – jesz­cze prze­strze­gał skarb­nik. – Ko­bry to szlam. A ich pie­nią­dze cuch­ną.

Ko­ściół i przy­le­głe za­bu­do­wa­nia le­ża­ły na wzgó­rzu, oto­czo­ne kę­pa­mi sta­rych drzew. Gdy za­je­cha­li, gru­pa chłop­ców gra­ła w pił­kę, bram­ką były otwar­te drzwi ko­ścio­ła. Pa­ra­fia­nie na­tych­miast ich od­go­ni­li, je­den z kop­nię­tych za­niósł się uda­wa­nym pła­czem.

Kil­ka stop­ni z du­żych, okrą­głych ka­mie­ni, drew­nia­ny, wy­tar­ty próg… Oł­tarz był z be­to­no­wej pły­ty, wi­docz­nie po­sta­wio­no go nie­daw­no. Krzy­we ław­ki, pla­my na tyn­ku, ce­gla­na wy­dep­ta­na pod­ło­ga. K. od razu po­lu­bił to wnę­trze, lu­dzie tu by­wa­ją… I jest dużo chłod­niej niż na ze­wnątrz.

Skie­ro­wa­li się w stro­nę ple­ba­nii. Był to po­dłuż­ny bu­dy­nek, też z ka­mie­nia. Na pła­skim da­chu z fa­lo­wa­nej bla­chy uło­żo­no kil­ka opon i pu­deł­ka po far­bie wy­peł­nio­ne pia­skiem. Wi­chu­ry przed desz­cza­mi przy­cho­dzi­ły na­gle i ta­kie ob­cią­że­nie da­chu za­bez­pie­cza­ło go przed sfru­nię­ciem. K. po­chwa­lił prze­wod­ni­czą­ce­go za tę prze­zor­ność. Wy­lew­nie pod­niósł wa­lo­ry go­spo­dar­skich za­cho­wań. Zwró­cił się do skarb­ni­ka, ocze­ku­jąc po­twier­dze­nia swych opi­nii. Jed­nak z jego re­ak­cji i wy­mia­ny spoj­rzeń zro­zu­miał, że było to nie­wła­ści­we. Prze­wod­ni­czą­ce­go się nie chwa­li.

Przed drzwia­mi na pia­sku le­żał owal­ny dy­wa­nik. Dwu­stop­nio­wy próg błysz­czał od czer­wo­nej pa­sty. We­szli do po­dłuż­ne­go po­ko­ju. Że­la­zne łóż­ko, sza­fa, lam­pa pod por­ce­la­no­wym klo­szem. Daw­no nie­wie­trzo­ne, po­my­ślał K. Roz­su­nął fi­ran­kę i ostroż­nie otwo­rzył okno. Czar­ny pa­jąk na su­fi­cie po­ru­szył się, znie­ru­cho­miał. Wy­bla­kła jasz­czur­ka ner­wo­wo pod­nio­sła gło­wę. K. zło­żył wa­liz­kę na łóż­ku. Wró­cił przed dom, na słoń­ce.

Obok była kuch­nia. Na drew­nia­nym sto­le pod ścia­ną sta­ła dwu­pły­to­wa ku­chen­ka, gu­mo­wy wąż łą­czył ją z bu­tlą gazu. Roz­wie­szo­ne na dru­cie su­szy­ły się ścier­ki i ręcz­ni­ki.

Trze­cie drzwi pro­wa­dzi­ły do iz­deb­ki słu­żą­cej. Na szaf­ce przy­kry­tej chust­ką stał okrą­gły bu­dzik i pu­sta bu­tel­ka po per­fu­mach. Pod nogi że­la­zne­go łóż­ka pod­ło­żo­no ce­gły. K. wie­dział, że ta­kie pod­wyż­sze­nie za­bez­pie­cza przed to­ko­lo­shem. To­ko­losh spa­ce­ru­je nocą, je­śli przy tym wal­nie czo­łem o że­la­zną ramę, roz­złosz­czo­ny wdra­pu­je się na łóż­ko, dusi albo za­gry­za śpią­ce­go. Je­śli jest to ko­bie­ta, od­by­wa z nią krót­ką mi­łość. Dzie­ci zro­dzo­ne z ta­kich związ­ków ni­czym nie od­róż­nia­ją się od in­nych. A tak to­ko­losh spo­koj­nie prze­cha­dza się pod ma­te­ra­cem, nie­za­cze­pio­ny nie ma za co się mścić i nie sta­je się agre­syw­ny. Mówi się, że bia­li mają za­mknię­te oczy, wcho­dzą do po­miesz­cze­nia, gdzie w ką­cie stoi to­ko­losh, i nie wi­dzą go. Ten robi do nich miny, gry­ma­sy, a oni nic, śle­pi i za­du­fa­ni w so­bie… W po­ko­ju sta­ła mło­da dziew­czy­na z chust­ką w ręku. Uj­rzaw­szy wcho­dzą­cych, usia­dła na łóż­ku, zgod­nie z oby­cza­jem po­mniej­szy­ła w ten spo­sób swą oso­bę. Uprzej­mie nie po­zdro­wi­ła przy­by­łych, nie mo­gąc prze­cież być pew­na, czy ze­chcą ją za­uwa­żyć.

– To Ono­no­ta­no­ther­girl – prze­wod­ni­czą­cy zwró­cił się do K. – Tak ją na­zwa­li ro­dzi­ce. Ale ksiądz może na nią mó­wić Ono. Ono sprzą­ta ko­ściół i obej­ście, robi her­ba­tę i go­tu­je pap. Tak­że zmy­wa na­czy­nia i pra­su­je.

– Jak się masz, Ono? – za­gad­nął K.

Człon­ko­wie ko­mi­te­tu zbie­ra­li się do odej­ścia. Bia­łe­mu mo­gli­by byle co oznaj­mić, na przy­kład, że się śpie­szą, waż­ne spra­wy im wy­pa­dły, ktoś przy­szedł z dru­giej wsi i cze­ka. Ale je­den przed dru­gim wsty­dzi­li się nie­okrze­sa­ne­go za­cho­wa­nia. Więc za­ga­dy­wa­li jesz­cze, roz­wa­ża­li przy­jazd K., za­sta­na­wia­li się nad jego wie­kiem i oso­bą, mę­czy­li się w prze­po­co­nych gar­ni­tu­rach. Po­wo­li po­więk­sza­li dzie­lą­cą ich od­le­głość od ko­ścio­ła.

Kie­dy K. zna­lazł się wresz­cie sam, miał wra­że­nie, jak­by wło­żył gło­wę do ula. Ze­wsząd do­cho­dził szum. Gło­śne roz­mo­wy, krzy­czą­ce ra­dia, śmie­chy dzie­ci, wszyst­ko to zle­wa­ło się w jed­ną mu­zy­kę. Cza­sem do­by­wał się na wierzch od­głos klak­so­nu albo kla­śnię­cie, jak­by strzał. Albo po­ry­ki­wa­nie osła, jego dzi­ki śmiech. Ze wzgó­rza, na któ­rym stał, K. mógł wi­dzieć pra­wie całą wio­skę. Wszę­dzie drob­ne za­bu­do­wa­nia, krę­te przej­ścia, dro­gi i prze­smy­ki. Po­je­dyn­czo lub grup­ka­mi krę­ci­li się lu­dzie. Pa­trzył na mro­wie da­chów. Cha­ty były w więk­szo­ści okrą­głe, kry­te sczer­nia­łą trzci­ną lub wy­schnię­ty­mi tra­wa­mi. Jed­ne po­bie­lo­ne, inne zo­sta­ły brą­zo­we, w ko­lo­rze gli­ny, z ja­kiej zo­sta­ły ule­pio­ne. Z tej masy wy­róż­nia­ło się kil­ka bu­dyn­ków kry­tych srebr­ną bla­chą. Ostry­mi pro­mie­nia­mi od­bi­ja­ły słoń­ce, wy­glą­da­ły, jak­by sta­ły w pło­mie­niach.

Szum niósł się z każ­de­go kie­run­ku, cza­sem przy­bie­rał na sile lub opa­dał. Na­gle włą­czył się weń gwizd lo­ko­mo­ty­wy, a po­tem stu­kot kół o szy­ny. Wa­go­ny prze­ta­cza­ły się dłu­go i mo­zol­nie. Po­ciąg wła­śnie opusz­czał sta­cję i z okien wa­go­nów trze­ciej kla­sy wy­chy­lał się tłum pa­sa­że­rów. Krzy­cze­li coś do po­zo­sta­łych w wio­sce, ja­kieś ostat­nie rady, przy­ka­za­nia. Był to zgiełk ra­do­sny, peł­ny pod­nie­ce­nia i trze­po­ta­nia rę­ka­mi. W wa­go­nie pierw­szej kla­sy otwar­te były tyl­ko dwa okna. W jed­nym nie­ru­cho­mo sta­ła bia­ła ko­bie­ta, z dru­gie­go po­wie­wa­ła fi­ran­ka.

Zwró­cił się w stro­nę ko­ścio­ła. Była to bu­dow­la o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach, fun­da­ment uło­żo­no z ka­mie­nia, mury z czer­wo­nej ce­gły. Jed­ną ze ścian ob­le­pio­no gli­ną. Wy­glą­da­ło, jak­by w prze­szło­ści pró­bo­wa­no tę świą­ty­nię otyn­ko­wać, ale do­szedł­szy do po­ło­wy, dal­szej ro­bo­ty za­nie­cha­no. K. od­czy­tał datę: ty­siąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­ty. Dzie­ło ir­landz­kich mi­sjo­na­rzy… Drzwi wi­szą­ce na że­liw­nych za­wia­sach za­my­ka­ne były na ma­syw­ną kłód­kę. Por­tyk nad wej­ściem prze­krzy­wio­ny, z ką­ta­mi pro­sty­mi za­wsze tu były trud­no­ści… Usiadł na pro­gu, pa­trzył na wzgó­rza za to­ra­mi. W drga­ją­cym po­wie­trzu roz­my­wa­ły się ich kon­tu­ry. Za­kry­ła je po­de­rwa­na przez wiatr fala pyłu. K. ujął w dłoń po­marsz­czo­ną kłód­kę z chro­po­wa­te­go że­la­za. Wi­sia­ła jak grusz­ka, cięż­ka i cie­pła od słoń­ca. Ko­bie­ty po­win­ny znać to od­czu­cie, przy­szło mu na myśl. Do­bre ko­bie­ty.

Od­kąd na­si­li­ły się kra­dzie­że, drzwi po­win­ny być za­mknię­te, uprze­dzo­no go. Na­wet w dzień. Po­cząt­ko­wo lu­dzie my­śle­li, że krad­ną tyl­ko ci przy­jezd­ni. Za­mbij­czy­cy za­bra­li ży­ran­dol. Ktoś wi­dział, jak Mo­zam­bij­czy­cy ro­lo­wa­li chod­nik… Pew­ne­go wie­czo­ru ko­bie­ta go­to­wa­ła przed do­mem pap. W krza­kach do­strze­gła cień umy­ka­ją­cy z ław­ką… Zwo­ła­no Pa­ra­fian. Ci ba­wi­li się z ucie­ka­ją­cym jak z ran­ną ga­ze­lą. Za­bie­ga­li mu dro­gę, kie­ro­wa­li go w naj­gęst­sze chasz­cze, a gdy się przedarł, z dru­giej stro­ny już na nie­go cze­ka­li. I do­pie­ro przy bi­ciu oka­za­ło się, że to chłop miej­sco­wy.

Wie­czo­ra­mi szum wio­ski na­si­lał się. Z dala wi­dział lu­dzi sie­dzą­cych przed do­ma­mi. W czar­nych że­liw­nych garn­kach za­wie­szo­nych nad ogniem go­to­wa­li po­ży­wie­nie. Pili chi­bu­ku w me­ta­lo­wych kub­kach, do fa­jan­so­wych na­czyń wle­wa­li her­ba­tę. Roz­pra­wia­li o wy­da­rze­niach dnia, wi­dzie­li za­baw­ność zda­rzeń, któ­rej on w ogó­le nie do­strze­gał. Kłó­ci­li się, od­gry­wa­li sprzecz­ki, cza­sem ktoś rzu­cił ta­le­rzem o zie­mię i od­cho­dził. Ob­ser­wo­wał set­ki ognisk i pło­mie­ni naf­to­wych lamp roz­rzu­co­nych w mi­go­cą­ce sku­pi­ska. Nie­pew­nie błą­dzi­ły wśród nich re­flek­to­ry spóź­nio­ne­go sa­mo­cho­du. W bez­wietrz­ny wie­czór uno­sił się za­pach pa­lo­ne­go drew­na… I jesz­cze ta inna woń, jak­by roz­dep­ta­ne­go owa­da.