Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 254

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kaja od Radosława - Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Fascynująca opowieść o losach uczestniczki Powstania Warszawskiego, która przez 54 lata przechowywała krzyż Virtuti Militari majora Henryka Dobrzańskiego. Hubal dał go swojej kurierce, by naprawiła go w Warszawie, następnego dnia zginął. Kurierka przekazała go Kai (której brat Modest i narzeczony byli Hubalczykami), sama też zginęła. Kaja nosiła krzyż jak amulet na wstążce na szyi w czasie okupacji, i potem w Powstaniu 1944 roku, wiele razy przechodziła z nim kanałami powstańczej Warszawy. Po upadku Powstania pojechała do babci do Białegostoku, gdzie kilka godzin później została aresztowana i zesłana do obozu NKWD Nr 41 w Ostaszkowie. Krzyż Hubala nosiła ukryty z obcasie buta. Z Ostaszkowa wróciła w 1946 roku z malarią i tyfusem. Powróciła do pełni sił i jako ceniony architekt (Cezaria Iljin Szymańska) brała udział w odbudowywaniu Warszawy.

Opinie o ebooku Kaja od Radosława - Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Fragment ebooka Kaja od Radosława - Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Kaja

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Maryna Wiśniewska

Redakcja

Irma Iwaszko

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Maria Talar

Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Cezarii Iljin­Szymańskiej i Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Autorzy zdjęć: Jan Bułhak, Wiesław W. Chrzanowski, Krzysztof Ziółkowski, Tomasz Tomczyk, Aleksandra Ziółkowska-Boehm.

Autorka i Wydawnictwo składają podziękowania Bohdanowi Bułhakowi za zgodę na wykorzystanie fotografii autorstwa Jana Bułhaka oraz Wiesławowi W. Chrzanowskiemu za udostępnienie zdjęć z Powstania Warszawskiego.

© by Aleksandra Ziółkowska-Boehm

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2006, 2014

ISBN 978-83­7758-854-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

„Nie można wyrzec się korzeni matki czy ojca. Pisarz nie powinien nigdy porzucać macierzystego języka i jego skarbnicy idiomów. Pisarz bardziej niż inni artyści należy do swojego narodu, swojego języka, swojej historii i kultury. Prawdziwy twórca przynależy do swoich rodaków, do swego otoczenia, bez względu na to, czy je lubi, czy nie. Kosmopolita nigdy nie napisze niczego wyjątkowego, jego dzieło będzie uogólnieniem”.

Isaac Bashevis Singer

Wstęp, czyli przesłanie Isaaca B. Singera

Kaja mówiła mi, że kobiety urodzone w kwietniu są aktywne, pełne optymizmu i mają ciekawe życie. Kiedy rozmawiałyśmy, często zaśmiewała się, nawet jeśli sprawa była poważna. Taka wesoła, myślałam, a tyle przecież przeszła… Gdy zorientowała się, że gotowa jestem jej współczuć, zaprotestowała:

– Miałam życie ciekawe, wcale a wcale nie nieszczęśliwe… Muszę ci kiedyś dokładniej opowiedzieć…

Jesienią 1985 roku jako stypendystka waszyngtońskiego Fulbrighta, odwiedziłam w nowojorskim mieszkaniu Isaaca Bashevisa Singera i spytałam go, jakie ma przesłanie dla pisarzy. Odparł, że powinni spełniać trzy warunki. Po pierwsze, znaleźć historię do opowiedzenia. Ważne, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Po drugie, posiąść pasję, potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. („Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nie napisałem nic” – powiedział Singer). Po trzecie, mieć przekonanie, że nikt inny, tylko właśnie ja mam to zrobić [Przypis 1].

W przypadku mojej opowieści o bohaterce tej książki wszystkie wymagania autora Sztukmistrza z Lublina zaistniały, ale upłynęło wiele lat, zanim je sobie uświadomiłam.

Znam Kaję od ponad trzydziestu lat. Poznałam ją jako młoda dziewczyna, już po śmierci Melchiora Wańkowicza. Mieszkała w ładnym domu przy ulicy Słonecznej 27 na starym Mokotowie, tuż przy parku Morskie Oko. Zwykle towarzyszyli jej byli hubalczycy – Romuald Rodziewicz, Józef Alicki i mąż, przystojny Marek Szymański, „Sęp” od Hubala.

Widziałam w niej głównie architekta, bo w pokoju były rozłożone rysunki, obliczenia, i ciekawie opowiadała na przykład o powstałym według jej projektu kinie „Wisła” przy placu Wilsona na Żoliborzu czy o odbudowywanej po drugiej wojnie światowej Warszawie.

Patrzyłam na gościnną, towarzyską, zawsze w dobrym humorze kobietę, która czasami dorzucała do rozmowy swoje uwagi, często jakieś strzępki wspomnień. Zaskakiwała mnie, bo dowiadywałam się, że historia wycisnęła na jej życiu piętno może głębsze niż na życiu innych ludzi, ale też nie miała nikomu nic za złe – żadnych wymówek ani wyjaśnień.

Osoba, która brała udział w Powstaniu Warszawskim, którą aresztowano i wywieziono do obozu w Ostaszkowie, skąd do Polski wróciła rok po zakończeniu wojny, mogła obnosić się ze swoją boleścią, wspomnieniami, ze swoją wyjątkowością.

Tymczasem nic podobnego! Nie stwarzała żadnych barier, także wiekowych, i można było z Kają pośmiać się i pożartować. Podobała mi się jej postawa, nie czułam się przygnieciona ani onieśmielona bohaterstwem czy bogactwem przeżyć. Gdy zaczęłyśmy sobie mówić po imieniu, poprosiłam, bym mogła zwracać się do niej jej powstańczym imieniem „Kaja”, które bardzo mi się podobało.

Po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych odkryłam jeszcze inną Kaję, bo pisywałyśmy do siebie od czasu do czasu listy. Była w nich zawsze niezwykle serdeczna, wyciszona i refleksyjna. Uważnie czytała moje książki i byłam jej wdzięczna za wszystkie wnikliwe uwagi na ich temat.

W czasie pobytów w Polsce telefonowałam i kilka razy ją odwiedziłam. Lubiłam jej mieszkanie w ładnym otoczeniu przy ulicy Słonecznej, z oknami z widokiem na zieleń. Na tyłach hałaśliwej, gwarnej ulicy Puławskiej były urokliwe, spokojne zaułki i chętnie tam przychodziłam.

Opowiedziałam o niej mojemu amerykańskiemu mężowi, kiedy Kaja zaprosiła nas oboje do siebie:

Ileż ona przeszła! I zobacz, jaka jest pełna energii i pasji, i jaka wesoła. Za Boga nie chce, by ktoś jej współczuł czy się nad nią użalał. Uważa, że miała bogate, twórcze życie… Poznasz osobę, która pokazuje, jak patrzyć na nią, na życie i wydarzenia wkoło.

Przyjrzeli się sobie uważnie, po czym obie z Kają zagadałyśmy się po polsku, a Norman siedział w gustownie urządzonym mieszkaniu, pojadając kanapki z łososiem. Zapamiętał tę wizytę dobrze i czasami do niej nawiązywaliśmy.

Na Boże Narodzenie Norman dostał od swojej rodziny książkę Normana Daviesa o Powstaniu Warszawskim. Bardzo się nią zainteresował, i kiedy powiedziałam, że poznał osobiście Kaję od „Radosława”, wiedział, o kim mówię, bo „Radosław” to jeden z bohaterów książki. Zaciekawiony, zadawał pytania. Ja z kolei zadawałam je Kai listownie; odpowiadała starannie. Prosiłam wciąż o więcej, o nowe szczegóły. Zaczęła mi przysyłać różne zapiski, rysunki i nawet mapy. I tak zrodził się pomysł.

Pisałam tę książkę w warunkach osobliwych. Zewnętrznych i wewnętrznych.

We wrześniu 2005 roku przeszłam operację stopy i przez sześć tygodni byłam ograniczona ruchowo, właściwie przymusowo siedziałam w domu. Wymagano ode mnie, bym stopę stale „chłodziła”, dano mi w szpitalu wspaniałe urządzenie, rodzaj małej lodówki. Norman wrzucał do niej raz dziennie torbę z lodem, obandażowana stopa była podłączona kabelkami do prądu, miałam też regulator, i tak się „chłodziła”. Strasznie mi się to urządzenie podobało, bo zostawiało mi względną swobodę, mogłam spokojnie czytać, pracować przy komputerze, oglądać telewizję.

Zewsząd donoszono o klęsce powodzi, między innymi z Nowego Orleanu, miasta, które polubiłam w szczególny sposób. Odwiedziłam je pierwszy raz w 1985 roku, będąc na stypendium Fulbrighta, potem pojechałam tam z Normanem po ślubie, i zawsze z przyjemnością wiele razy tam wracaliśmy. Słuchamy w domu kupionych w Preservation Hall nagrań Louisa Armstronga When the Saints Go Marchin’In i innych: St. Louis Blues, Georgia on My Mind, My Josephine, Bourbon Street Parade. Przywiozłam z tego magicznego miasta kilka grafik z charakterystyczną architekturą dzielnicy francuskiej, a także książkę kucharską, bo chciałam się nauczyć gotować gumbo soup.

Teraz w telewizyjnych sprawozdaniach patrzyłam na zalane miasto, na biedę ludzi. Amerykańską biedę, o której niewiele osób wie i ma wyobrażenie. Z całego świata dochodziły wciąż nowe doniesienia o klęskach żywiołu, ale i o nieszczęściach powodowanych przez ludzi. W listach internetowych i pocztowych większość moich znajomych narzekała, bo życie nie obchodziło się ze wszystkimi dobrze. I w Polsce, i w świecie. Dostałam list od Kai, który mnie poruszył. Przedstawiała rzeczywistość wokół niej jako straszną i okrutną. Narzekała na sytuację w Polsce, dwa razy ją zaczepiono i okradziono, po kolejnym napadzie przeleżała dwa miesiące w szpitalu. Mieszkała sama w domu, który bała się o zmroku opuszczać.

Jak to się stało, że taka pełna optymizmu i dzielna osoba doznała tylu przykrości? – zastanawiałam się.

Zaczęłam czytać jej poprzednie listy, zajrzałam do zgromadzonych materiałów i notatek. Nagle odkryłam, że są to zapiski… niezwykłe. Że Kaja miała niezwykłe życie i że muszę o tej kobiecie napisać. Właśnie teraz, nie odkładać na później. Zatelefonowałam do niej z tą wiadomością. Początkowo chciałam zrobić długi wywiad, na nic innego nie starczało mi czasu, miałam swoje prace i nie chciałam ich przerywać na dłużej. Dość szybko jednak uświadomiłam sobie, że mam wielką ochotę opowiedzieć o niej innym – Normanowi, bliskim, znajomym – całemu niemal światu we własny, mój sposób.

I postanowiłam napisać o niej całą opowieść. Ta spóźniona myśl mnie zaskoczyła. Jakbym straciła wiele lat i teraz musiała się spieszyć. Bałam się, że moja bohaterka, mająca dziewięćdziesiąt lat, odejdzie i ja nic nie napiszę, bo nie zdołam bez jej pomocy i udziału skończyć opowieści o Kai z Powstania Warszawskiego.

I tak zaczęłam pisać tę książkę. Stopa mi dokuczała, nie mogłam przebywać w ogrodzie – upały zelżały, ale wciąż było zbyt duszno i gorąco, by zostać dłużej na zewnątrz. Telefon stał się szczególnie pożądanym przyjacielem, jak i Internet, bo to był mój kontakt ze światem. Niemal unieruchomiona, z obandażowaną, podniesioną wysoko stopą, mogłam czytać i pracować przy komputerze całe dnie (kiedyś Margaret Mitchell ze złamaną nogą pisała Przeminęło z wiatrem).

Najważniejsze, że miałam story to tell, jakby powiedział Singer. Ważna była idea, moje przekonanie o niezwykłości czyjegoś życia. Miałam trzy elementy: ciekawość, przekonanie i pasję. Okazało się, że obie stałyśmy się entuzjastkami tego pomysłu, bo Kaja ucieszyła się, usłyszawszy ode mnie, że to ja opowiem o jej życiu. Choćby dlatego, że obie jesteśmy z kwietnia, tłumaczyła mi.

Melchior Wańkowicz napisał, że stworzył metodę mozaiki w reportażu, ponieważ „w każdym życiorysie jest jakiś punkt szczytowy, a reszta szara” [Przypis 2]. Pisarz łączył u swoich bohaterów te punkty szczytowe i jednemu bohaterowi przytrafiały się niemal same ciekawe momenty w życiu, bo zbierał je od innych. Bohater Wańkowicza stawał się takim szczególnym zlepkiem postaci. Proces ten pisarz nazywał metodą mozaiki, dającą efekt prawdy syntetycznej.

Życie Cezarii Iljin-Szymańskiej – Kai jest zaprzeczeniem takiego patrzenia. Bo jej życie miało wiele Wańkowiczowskich „punktów szczytowych” zarówno od strony literackiej, jak historycznej. Dzieciństwo w Ałtaju na Syberii, gdzie znalazł się jej ojciec Sybirak, nauka w Wilnie, okupacja w Warszawie i kontakty z hubalczykami – brat i przyszły mąż byli żołnierzami Hubala – Powstanie Warszawskie, więzienie i wywóz do Rosji do obozu NKWD nr 41 w Ostaszkowie. Trzymano ją tam do 1946 roku, wróciła z malarią i tyfusem. „Samożyjec”, jak ją nazwał lekarz, wyżył i wrócił do zdrowia. Wróciła też do pełni sił twórczych. Kaja brała udział w odbudowywaniu Warszawy, została cenionym architektem.

Na jedno życie – tyle przejść! Co za smaczna potrawa – istna nowoorleańska gumbo soup, a ile przy tym rozmaitych przypraw i ziół – krajobrazy Syberii, polskich Kaszub, Roztocza i Suwalszczyzny, zwierzęta łącznie z wielbłądami, kotami i szczurami. Ileż ingrediencji wspaniałych, krajobrazy w kolorycie przypominające obrazy Gauguina i van Gogha. I fantazja, i sposób na życie – bo było zawsze ciekawie i wesoło, i „mimo wszystko”.

W dobie Internetu wszystko byłoby tak łatwe, mogłybyśmy pisywać do siebie, sprawdzać, ustalać fakty, określenia… Ale Kaja nie miała komputera. Zostały stare sprawdzone metody kontaktów międzyludzkich: telefon i poczta. Dzwoniłam do niej niemal co drugi dzień. Czasami była pełna radości, czasami przygnębiona. I tak przez ocean powstawała ta książka.

Przysłała mi swoje zdjęcia, maleńkie czarno-białe stare fotki w pudełku po czekoladkach mlecznych nadziewanych „Pasjonata”. Wedlowskie pudełko, w środku koperty z napisami „Chłapowo”, „Rodzina”, „Brat Modest”, „Moja pracownia”, „Chłopcy”, „Dziewczyny”, „Wędrówki z Wiką i Jankiem”. W kopertach stare pożółkłe lub wyblakłe fotografie.

Przysłała mi naszkicowany przez siebie plan obozu NKWD nr 41 w Ostaszkowie, jak były ustawione baraki, jak wyglądał szpital.

Norman całkowicie się podporządkował tej szczególnej atmosferze i sytuacji. Dzięki niemu mogłam także sprawdzać, jak działa moja opowieść.

Przy kolacji niemal ze łzami opowiadałam:

– I wiesz, byli na Starówce, przestano strzelać, był taki moment spokoju, gdy obok pojawił się jej kolega z architektury, razem tańczyli na ostatnim balu przed kilkoma miesiącami… Teraz był bez oka, z kawałkiem tylko policzka… i się uśmiechał, i żartował, że ma wciąż drugie oko… I zanucił piosenkę z tego balu…

Norman słuchał przejęty. Był całym sercem przy tym moim nowym projekcie. Jeździł na pocztę nadawać przesyłki lotnicze, listonosz przynosił do podpisu przesyłki polecone z Polski.

– Kaju, wystarczy nadać pocztą priorytetową, bez poleconej, tłumaczyłam…

– Nie mam zaufania…

– Do poczty? Przecież wszystko szybko w ciągu kilku dni dochodzi…

– Nie mam zaufania, dopóki przesyłka nie opuści mojego kraju… – odpowiadała…

– Jestem taka zmęczona – wzdychała czasami.

Tak trudno słuchać o odchodzeniu.

– Posyłam ci adresy osób, chciałabym, żebyś zaprosiła je na promocję, jeśli mnie już nie będzie – mówiła.

Jej głos w telefonie. Lubiłam go słyszeć, bo byłam wtedy bliżej niej. Brzmiał mi w uszach, gdy się budziłam rano. Mówiła, że chciałaby doczekać wydania tej książki. Spieszyłam się. Pan Bóg wie, co się z nami stanie i kiedy odejdziemy, ale w tym wypadku naprawdę ścigałam się z czasem.

Żyłam tą opowieścią dosłownie od rana do wieczora. Nie odpisywałam na listy, nie chciałam, by mnie cokolwiek wytrącało ze szczególnego świata, w którym dzięki niej się znalazłam. Często rozmawiałam przez telefon z Zofią Korbońską z Waszyngtonu i z Krystyną Brzezicką-Jaroszewiczową z Florydy, bo dzięki nim mogłam przebywać w atmosferze Powstania Warszawskiego. Telefonowałam do Romualda Rodziewicza do Anglii, dla którego kawalerka Kai przy Puławskiej była punktem kontaktowym w czasie okupacji, dopóki go nie aresztowano i zesłano do obozu w Auschwitz. Mówił, że znajdował klucz na gazomierzu, otwierał mieszkanie i wiedział, że na piecu czeka zawsze smaczna zupa, wystarczy ją podgrzać. Miałam tyle informacji do sprawdzenia, do skorygowania. Internet i garstka znajomych byli moimi sprzymierzeńcami. Pisałam do Janusza Palucha, by mi pomógł w korzystaniu z krakowskich źródeł informacji, do Mirki Pałaszewskiej, by mi znalazła cytaty z Wachlarza Cezarego Chlebowskiego i polskiego wydania książki Normana Daviesa o Powstaniu Warszawskim, poleciła przy okazji Annę Milewską-Młynik, która udzieliła mi cennych wskazówek dotyczących Syberii. Historyk Marcin Kula zwrócił moją uwagę na książkę swojego doktoranta Pawła Sowińskiego zajmującego się tematem „podróżowania w Polsce Ludowej”. Telefonowałam do Xeni Popowicz, aby skorygować drobny przypis, odbyłam długie rozmowy z Małgorzatą Szemiot-Zoll, Ireną Oszacką i Dorotą Kowalską, by uściślić rodzinne opowieści dotyczące rodziny Szemiotów. Dobrosława Platt skontaktowała mnie z Antonim Kuczyńskim, znawcą tematyki syberyjskiej, do którego książek sięgnęłam w waszyngtońskiej Bibliotece Kongresu. Historyk amerykański Stanley Weintraub polecił mi swoją książkę The Last Great Victory i inną The Farm Hall Transciripts, opracowaną przez sir Charlesa Franka. Obie wniosły spojrzenie z tutejszego terenu na niektóre opisywane przeze mnie wydarzenia.

Singer powiedział mi, że pisze o sprawach znanych, i bardzo dawnych. Ja teraz, w Ameryce, pisałam opowieść o Polakach na Syberii, o okupacji w Polsce, Powstaniu Warszawskim, wracałam do tematu Ostaszkowa, Katynia. Były to dla mnie, urodzonej kilka lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, tematy historyczne, ale były to tematy, z którymi się w Polsce wzrastało, bo w wielu domach dbało się i dba o odpowiednie lektury i poziom wiedzy. Myślałam czasami o moim nieżyjącym Ojcu, jak odebrałby moją dociekliwość.

Dlaczego chciałam opowiedzieć o kawałku polskiego losu w kraju, w którym na co dzień nie mówię po polsku, w którym na co dzień rozmawia się o konsekwencjach polityki prezydenta Busha?

Norman uczestniczył w pisaniu tej książki, pytał mnie o ciąg dalszy. Mówił, że „nie miał pojęcia”… Pamiętałam, kiedy pierwszy raz odwiedził mnie w Polsce, był jeszcze komunizm. Pojechaliśmy na Stare Miasto i w Muzeum Historycznym m.st. Warszawy zobaczyliśmy film o zburzonej stolicy, powiedział: „Jezus, nie wiedziałem, nie miałem pojęcia, że było «aż tak źle»”.

Norman Davies napisał w przedmowie do angielskojęzycznego wydania książki:

„Cel napisania Powstania ’44 był równie skomplikowany, jak samo opowiedzenie historii jednej z większych tragedii XX wieku, która nigdy nie była odpowiednio podana, mimo że odsłania zasadniczą prawdę o drugiej wojnie światowej i kwestionuje wiele konwencjonalnych założeń. Przez pół wieku, a nawet dłużej, był to temat cenzurowany przez powojenne autorytety, które nie chciały zgodzić się na opublikowanie realiów historycznych. Mocarstwa zachodnie, czując swoiste zażenowanie, nie nadały należytej wagi tragedii jednej ze starych europejskich stolic i mimo ogromnych strat życia ludzkiego temat ten nigdy nie został przywołany przed Trybunał Norymberski” [Przypis 3].

W amerykańskiej telewizji w sześćdziesiątą rocznicę Powstania Warszawskiego wiele razy powtarzano film dokumentalny Davida Ensora CNN Presents: Warsaw Rising z udziałem między innymi Zbigniewa Brzezińskiego, Normana Daviesa i wspomnianych przeze mnie Zofii Korbońskiej, która prowadziła Radiostację „Świt”, i Krystyny Brzezickiej-Jaroszewicz, kurierki w Powstaniu.

„Powstanie Warszawskie 1944 to jedna z najbardziej heroicznych i tragicznych bitew w drugiej wojnie światowej, ale jednocześnie mało znana. Latem 1944 roku mieszkańcy Warszawy, podniesieni na duchu przez inwazję aliantów z zachodu i posuwaniem się Sowietów od wschodu, chwycili za broń, jaką tylko mieli, i śmiało uderzyli na nazistów. Żołnierze Powstania, mężczyźni, kobiety, nawet dzieci, zostali sami, walcząc z nieprawdopodobnymi przeciwnościami, bijąc się, ginąc i czekając na pomoc, która nigdy nie nadeszła. Ich sześćdziesięciotrzydniowe wysiłki, ich skazaną na porażkę próbę oswobodzenia Warszawy, tę historię dla CNN opowie David Ensor” [Przypis 4].

Dyskutowałam o filmie z przyjaciółmi (czasem odnoszę wrażenie, że po kilkunastu latach mieszkania w Stanach Zjednoczonych z mojego męża i naszych przyjaciół zrobiłam niemal polskich patriotów).

Zaczęłam wypytywać naszych znajomych – o Powstanie Warszawskie, o Syberię… I tak powstał swoisty sondaż – wiedzy-niewiedzy Amerykanów. Na tyle wydaje mi się ciekawy, że dołączam go osobno do tej książki jako aneks. Myślę o tzw. common knowledge, bez zaglądania do książek czy Internetu, jaka istnieje na temat Syberii i Powstania Warszawskiego.

O warszawskim Powstaniu wie niewielu wykształconych Amerykanów. Niektórzy, jeżeli wiedzą, mylą je z powstaniem w getcie warszawskim (pomylił je także wiceprezydent Al Gore i inni politycy).

Ale notując tę uwagę, zastanawiam się – gdyby w Polsce spytać przeciętnego – wykształconego – Polaka na przykład o meksykańską rewolucję albo o postać Pancho Villi – jak wiele osób by wiedziało, o kim mowa?

Wszystko zatem jest sprawą punktu i miejsca widzenia, i oczywiście zainteresowań, dyscypliny wiedzy.

Teraźniejszość, przeszłość, wydarzenia, lata, które pamiętali ledwie moi rodzice, wszystko to zlewało się, było jedną całością… Co to znaczy dziesięć – pięćdziesiąt – sto lat? Dopóki wciąż żyją ludzie, dopóki jest ktoś, komu można o nich opowiedzieć?

Czy w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych, opowieści o innych ludziach zawsze mnie fascynowały. Realność wydawała mi się ciekawsza od fikcji, rzeczywistość bardziej zdumiewała, budziła grozę, i bardziej śmieszyła. Te same zjawiska poruszają i wzruszają po latach, nieważne, w jakim języku o nich opowiem i komu. Taka mądra, nieodkrywcza myśl mi towarzyszyła. I tak powstała książka o Kai.

Aktor sir Anthony Hopkins w wywiadzie z Jamesem Liptonem (Inside the Actors Studio, Bravo, TV) powiedział, że odchorowuje, odreagowuje każdą niemal rolę, tym bardziej że gra bohaterów szarpanych wewnętrznymi lękami. Że organizm nie wie, dlaczego cierpi, boleje, i wtedy w odpowiedzi choruje. Długie tygodnie muszą minąć, by się uspokoił, uwierzył, że wszystko jest dobrze. By się wszystko ukoiło.

Coś takiego zaszło we mnie w trakcie pisania tej książki. Popłakiwałam i niemal cierpiałam, ale też śmiałam się i chichotałam.

Kiedy skończyłam, kiedy uzupełniłam wszystkie przypisy i dowiedziałam się wiele o życiu mojej bohaterki, a także o czasach i miejscach, w których żyła, o ludziach wokół niej, byłam pewna, że stałam się o tę wiedzę bogatsza. I mogłam – mogę powiedzieć do niej: Miło mi Cię było bliżej poznać, Kaju.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

15 kwietnia 2006

Polacy na Syberii

Rodzice Cezarii Iljin-Szymańskiej poznali się na Syberii w 1907 roku, kiedy Bronisława z Szemiotów odwiedziła swego brata Bolesława, który pracował w ekipie wytyczającej drogę pod kolej do Władywostoku.

Syberia na zawsze złączona jest z historią Polaków, przede wszystkim z tą tragiczną, bo była to kraina zsyłek i łagrów, symbol mąk i cierpienia. Polakom kojarzyła się z mrozem, bezmiarem tajgi, katorgą i zesłaniem. „Syberyjska zima” to –40 stopni Celsjusza przez trzy miesiące, i jeszcze kolejne trzy miesiące –20 stopni Celsjusza. Tak srogie zimy panują na północy Syberii, a także w północnych regionach Rosji europejskiej, między innymi w Workucie, gdzie znajdowały się najbardziej znane obozy sowieckiego gułagu. Za caratu zsyłano więźniów na Syberię do ciężkich robót i na tzw. osiedlenie. Zwłaszcza w pierwszej połowie XIX wieku szeroko stosowaną formą represji było także wcielanie Polaków do rosyjskiej armii, czyli wysyłanie w tzw. sołdaty.

Mama Cezarii, Bronisława z Szemiotów, późniejsza Iljin

Jak pisze Antoni Kuczyński [Przypis 5], już w 1617 roku zesłano na Syberię sześćdziesięciu polskich i litewskich jeńców. Można więc powiedzieć, że Polacy byli uczestnikami początków kolonizacji Syberii i w wyniku tego procesu powstały pierwsze osady jako posterunki wojskowe, m.in. Tobolsk, Tomsk, Jakuck, Krasnojarsk oraz Irkuck. Pierwszą pisaną polską relacją o Syberii jest pamiętnik Adama Kamieńskiego, zwanego Dłużykiem (?–1677), żołnierza, który w 1657 roku został wzięty do niewoli i zesłany do Jakucji. Kolejny polski zapis pochodzi z XVIII wieku. W 1707 roku dostał się do rosyjskiej niewoli Ludwik Sienicki. Zesłany do Tobolska, a później do Jakucka, spędził na Syberii wiele lat. Po powrocie do Polski około roku 1722 opisał swoje przeżycia, które później zostały opublikowane w Wilnie. I Adam Kamieński, i Ludwik Sienicki okazali się wnikliwymi obserwatorami osobliwości miejscowej kultury, szeroko opisywali życie i zwyczaje ludów syberyjskich. Podobne opisy znajdują się w pamiętniku konfederata barskiego Karola Lubicza-Chojeckiego, a także we wspomnieniach brygadiera Józefa Kopcia, uczestnika Powstania Kościuszkowskiego.

Początek wieku XIX to kolejne zesłańcze związki Polaków z Syberią, które rozpoczęli żołnierze Napoleona, a później uczestnicy powstania listopadowego oraz członkowie rozmaitych patriotycznych organizacji.

Profesor Kuczyński zaznacza, że największy strumień zesłańców – około sześćdziesięciu tysięcy – spłynął za Ural po powstaniu styczniowym 1863 roku. Zesłańcy szli etapami przez Jekaterynburg, Tiumeń, Tobolsk, Omsk, Tomsk, Krasnojarsk oraz Irkuck. W Tobolsku znajdował się punkt rozdzielczy: jednych kierowano na Syberię Zachodnią, innych do Irkucka, a stamtąd dalej, na Syberię Wschodnią. Kolejne grupy skazańców szły albo na Zabajkale: do Czyty, kopalni Nerczyńska i Akatui czy okręgu Ust’-Kary, albo przez Wiercholeńsk do Jakucji i przez Wierchojańsk nad Kołymę. W czasach sowieckich regiony te pokryła gęsta sieć poprawczych obozów pracy (isprawitielno-trudowych łagieriej). Dr Anna Milewska-Młynik zwróciła mi uwagę, że według ustaleń Elżbiety Kaczyńskiej, Centralne Więzienia Przesyłkowe znajdowały się w Moskwie, Charkowie, Kazaniu, Tobolsku i Tiumeni. Te ostatnie miały duże znaczenie jako punkty rozdzielcze skazańców. „Dopiero od schyłku XIX wieku, kiedy wybudowano linię kolejową łączącą Samarę przez Ufę z Omskiem i z odnogą do Jekaterynburga, niektóre transporty kierowano tędy, z ominięciem Tobolska” [Przypis 6].

Po powstaniu styczniowym na Syberię trafili ludzie różnych zawodów, architekci, lekarze, naukowcy, rzemieślnicy, młodzież akademicka. Wielu z nich zostawiło po sobie wspaniałe ślady. Benedykt Dybowski (1833–1930), lekarz, społecznik, wchodził w skład rządu powstańczego, a po stłumieniu powstania przez carskie wojska został pozbawiony praw obywatelskich i zesłany na dwanaście lat ciężkich robót. Jego rodzinną posiadłość skonfiskowano. Spędził na Syberii czternaście lat, potem wrócił do Polski i objął katedrę antropologii na Uniwersytecie Lwowskim. Był honorowym członkiem petersburskiej Akademii Nauk, a jego imieniem zostało nazwane jedno ze wzniesień na Wyspach Komandorskich. Zmarł we Lwowie, pochowany został wśród powstańców styczniowych na Łyczakowie.

Zesłańcem postyczniowym był także Jan Czerski (1845–1892), który prowadził za Uralem badania w zakresie zoologii, paleontologii i geologii. Nazwiskiem Czerskiego zostały nazwane trzy zwierzęta wykopaliskowe: ryba Osteolepis Tscherskii, skorupiak Leperditia Czerskii, amonit Polyptchites Tscherskii. Nazwisko Czerskiego powtarza się w nazwach geograficznych. Na Zabajkalu (obwód czytyński) oraz w północnej Jakucji znajdują się Góry Czerskiego. Góra Czerskiego jest także nad Bajkałem. Doliną Czerskiego nazwano mezozoiczną dolinę u stóp Sajanów, przez którą przepływa rzeka Kandat. Stanowisko Czerskiego to tereny w pobliżu Irkucka, gdzie odkryto i zbadano osiedla ludzi pierwotnych. Nazwano jego nazwiskiem również miasto – Czerskij.

Kolejnemu powstańcowi styczniowemu, Aleksandrowi Czekanowskiemu (1833–1876), przyniosły rozgłos i uznanie jako badaczowi minionych epok geologicznych poszukiwania w okolicach jeziora Bajkał oraz trzy wyprawy nad Morze Łaptiewów. Jego imieniem nazwano między innymi pasmo gór w Jakucji.

Aleksander Czekanowski, Jan Czerski i Benedykt Dybowski zostali odznaczeni złotymi medalami Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.

Felicjan Wilczyński, polski szlachcic rodowy, dosłużył się rangi radcy tytularnego, a za badania naukowe w dziedzinie ekonomii i statystyki odznaczono go Orderem Świętego Stanisława III stopnia. Michał Jankowski prowadził badania na Dalekim Wschodzie w dziedzinach archeologii, botaniki, zoologii i opublikował wiele prac. W swoim majątku niedaleko Władywostoku na Półwyspie Jankowskiego pierwszy zaczął hodować żeń-szeń i oswajać dzikie jelenie plamiste.

O życiu zesłańców syberyjskich pisał Wacław Sieroszewski (1858–1945), w latach młodości za udział w ruchu socjalistycznym więziony w warszawskiej Cytadeli, a następnie zesłany na Syberię. Od 1892 roku przebywał w Irkucku i Petersburgu. Podróżował potem do Japonii i Chin, czego owocem był reportaż Na Daleki Wschód. W jego książkach Zamorski diabeł, Ol-Soni Kisań odnajdujemy obraz Syberii, Kaukazu i Dalekiego Wschodu, a w dwuczęściowej powieści Beniowski i Ocean opisał życie zesłańców syberyjskich. Najważniejszym jego dziełem było opracowanie Dwanaście lat w kraju Jakutów (wydane w Rosji w 1896, w Polsce w 1900 roku). Za książkę o Jakutach otrzymał złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Do dzisiaj obie edycje stanowią podręcznik akademicki z zakresu etnologii i antropologii kultury, dotyczący obszarów Jakucji.

Do najwybitniejszych badaczy-zesłańcow zalicza się także Bronisław Piłsudski (1866–1918), starszy brat marszałka Józefa Piłsudskiego, za udział w zamachu na cara Aleksandra III skazany początkowo na śmierć, potem, po złagodzeniu kary, na piętnaście lat zesłania na Sachalin. Jego osiągnięcia naukowe stworzyły podstawę do badań etnologicznych i językowych ludów rosyjskiego Dalekiego Wschodu, plemion Syberii: Ajnów, Gilaków i Oroków.

W 1903 roku wraz z Wacławem Sieroszewskim udał się na badania kultury Ajnów na wyspie Hokkaido (wówczas zwanej Yesso). Jednym z efektów jego pracy są unikalne nagrania dźwiękowe folkloru (obecnie znajdują się w Centrum Kultury i Techniki „Mangha” w Krakowie), także słowniki, opisy kultury i obyczajów, podań i legend badanych kultur. Pozostawił około trzystu fotografii, na których utrwalił głównie charakterystyczne typy badanych ludzi.

Losy powstańców styczniowych zesłanych na Syberię to temat prac Aleksandra Sochaczewskiego (1843–1923), który spędził na zesłaniu dwadzieścia lat. Jeden z jego obrazów, których prawie cała kolekcja znajduje się w Muzeum w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej – oddziale Muzeum Niepodległości w Warszawie, jest zatytułowany Pożegnanie Europy. Przedstawia on słup znaczący symboliczną granicę między Europą a Azją. Słup ten znajduje się niedaleko Jekaterynburga, na 1777 kilometrze trasy, licząc od Moskwy. W tym miejscu pędzonych na Sybir skazańców ogarniała bezbrzeżna rozpacz. „Zdawało się nam, że przekraczając granice nowej części świata, tracimy grunt pod stopami i zapadamy do studni bezdennej” – tak opisał to przeżycie styczniowy zesłaniec, doktor Wacław Lasocki (jeden z późniejszych twórców uzdrowiska w Nałęczowie).

Dzieje Polaków na Syberii to temat wielce złożony, wciąż na nowo odkrywany. To właśnie Polacy – chociaż zesłańcy – dali tej ziemi cywilizacyjne tchnienie. Kiedy w 1883 roku po amnestyjnym manifeście cara Aleksandra III opuszczali Syberię, prasa irkucka pisała, jak wiele te ziemie im zawdzięczają. Powstały nieznane wcześniej na tych terenach cukiernie, kawiarnie, restauracje, wędliniarnie, hotele. W stosunki międzyludzkie Polacy wnieśli dobre obyczaje, wstrzemięźliwość i takt, godne odnoszenie się do innych, grzeczność okazywaną służbie. I dziś syberyjscy Polacy należą do miejscowej elity intelektualnej, wielu z nich, szczególnie w dużych miastach, to pracownicy naukowi, artyści, pracownicy miejscowej administracji, ludzie z wyższym wykształceniem.

Oprócz zesłańców powstania styczniowego, uczestników wrzeń rewolucyjnych 1905 roku, jeńców z okresu pierwszej wojny światowej, Syberię zagospodarowywali także Polacy, którzy przyjechali tu specjalnie lub pozostali na niej z własnej woli. Byli wśród nich przedsiębiorcy, urzędnicy, inżynierowie, osadnicy szukający lepszego życia czy dobrych zarobków. Byli także dobrowolni przybysze pracujący na Kolei Transsyberyjskiej, w administracji, służbie zdrowia, wojskowi, liczni absolwenci uczelni rosyjskich, których głód ziemi w Królestwie Polskim pod koniec XIX i na początku XX wieku wywiódł za Ural. W tym czasie masowych wyjazdów jedni udawali się do Ameryki, inni na Syberię. Rząd carski, chcąc przeciwdziałać rosnącej fali emigracyjnej Polaków do Europy Zachodniej i Ameryki, starał się skierować ją na wschód. Ruch migracyjny nasilił się w okresie rządów premiera Piotra Stołypina (1906–1911), kiedy to władze pozwoliły na wolne osadnictwo za Uralem. W tym właśnie czasie rozpoczęła się dobrowolna emigracja ludności polskiej, głównie chłopskiej, szukającej lepszego życia. „Gorączka syberyjska” – jak określono wówczas ten pęd do emigracji za Ural – spotkała się z przeciwdziałaniem ze strony polskiej postępowej inteligencji i duchowieństwa katolickiego. Uważano ten ruch za wielce szkodliwy dla polskiego narodu. Sprzyjała mu jednak propaganda carska i napływające do kraju mocno przesadzone informacje od tych, którzy wyjechali. Zgodnie z oferowanymi warunkami, można było otrzymać piętnaście dziesięcin ziemi, sto rubli bezzwrotnej zapomogi, zwracano koszty biletów kolejowych. Jak się okazywało po przyjeździe, ziemia nie była gotowa do uprawy, trzeba było samemu wykarczować zalesione tereny. Mimo to na dalekiej Syberii powstały polskie obozy, jak Wierszyna opodal Irkucka, Białystok w okolicach Tomska, czy Wilejka w Kraju Krasnojarskim.

Wielu Polaków dobrowolnie przeniosło się także do miast syberyjskich, chcąc robić szybko dobre interesy. Nie wszystkim się one udawały i wielu zamieniło się w nędzarzy. Niektórzy z przyjezdnych, rozczarowani zastanymi warunkami, wracali do kraju. Natomiast ci, którzy zdołali się zasymilować, budowali w miejscu przesiedlenia domy, kościoły i szkoły. Osadnicy, którzy nie potrafili przystosować się do bardzo trudnych warunków syberyjskiego rolnictwa, podejmowali pracę w kopalniach węgla kamiennego, w zakładach rzemieślniczych Irkucka, a przede wszystkim na budowie Kolei Transsyberyjskiej, która oferowała dobre pensje i wciąż potrzebowała pracowników.

Historia Kolei Transsyberyjskiej sięga końca XIX wieku. W marcu 1891 roku car Aleksander III postanowił rozpocząć budowę kolei między Moskwą i Władywostokiem. Rosja otrzymała od Chin pozwolenie na budowę linii biegnącej przez Mandżurię, a łączącej odcinek transbajkalski i Władywostok. Trasę kolejową podzielono na kilka części i budowę rozpoczęto na wszystkich odcinkach. Prace trwały od wschodu do zachodu słońca. Zatrudniano więźniów, sprowadzano robotników i inżynierów z całej Rosji, Chin i Korei. Pracowali w niezwykle trudnych warunkach, w upały i wielkie syberyjskie mrozy. Budowana wtedy linia transsyberyjska – z Moskwy przez Niżni Nowogród, Omsk, Krasnojarsk i Irkuck do Władywostoku jest obecnie najdłuższą linią kolejową na świecie, przekracza osiem stref czasowych, całkowita długość torów wynosi 9288,8 kilometra.

Wybudowanie Kolei Transsyberyjskiej rozpoczęło nowy rozdział w historii Syberii. Możliwe stały się badania naukowe, osiedlanie ludności i budowa przemysłu. Od początku liczono, że linia kolejowa, która przebiegać będzie przez południe Syberii, gdzie klimat sprzyja rozwojowi rolnictwa, spowoduje przesiedlenia tu ludności z europejskiej części Rosji. Kolej spełniła zadanie, zaludnienie Syberii z dziewięciu milionów w 1911 roku wzrosło do dwudziestu trzech milionów w 1923 roku.

Bronisława z Szemiotów i Modest Iljin

Na Syberii dobrowolnie znalazł się także Bolesław Szemiot, inżynier dróg i mostów, absolwent politechniki w Petersburgu. Praca przy budowie kolei do Władywostoku była jego pierwszym po studiach zatrudnieniem. Odwiedzając na Syberii brata, do którego przyjechała z Białegostoku, Bronisława Szemiot poznała swojego przyszłego męża. Był nim Modest Iljin, który w 1905 roku jako student uniwersytetu w Petersburgu za konspirację został skazany na Sybir i pracował przy budowie kolei.

Od lewej: Babunia, Aleksandra z Rakowskich Iljin Babunia, Elżbieta z Kuderskich Szemiotowa

Nazwisko Iljin miało brzmienie rosyjskie, ale rodzina od pokoleń była polska i obaj synowie Mikołaja i Aleksandry z Rakowskich, Włodzimierz i Modest, wychowani zostali w patriotycznym domu z polskimi tradycjami. Rodzina Iljinów pochodziła spod Łucka, jednego z najstarszych miast Ukrainy, położonego w jej malowniczej zachodniej części, otoczonego lasami, jeziorami i sadami Wołynia. Łuck szybko stał się centrum regionalnym i w 1569 roku został nobilitowany do rangi stolicy województwa wołyńskiego. Nad rzeką Styr, dopływem Prypeci, w gminie Szczuczyn, Iljinowie mieli kilkadziesiąt hektarów ziemi, były to przeważnie sady. Modest po skończeniu szkoły realnej (dawniej tak się nazywało gimnazjum), jak robiła część polskiej młodzieży, wyjechał na studia do Petersburga. Rodzina Iljinów, jak już wspomniano, wychowywała dzieci na polskich patriotów, co nie wpłynęło dobrze na opinię o Modeście w carskiej Rosji. Za szerzenie socjalistycznych poglądów został wraz z innymi studentami zesłany na Sybir.

Najmłodsza ciotka, Waleria z Szemiotów Badura

Modest był przystojny, pogodny i ogólnie lubiany. Miał piękny głos, chętnie śpiewał narodowe polskie pieśni, a także urokliwe dumki ukraińskie, których się nauczył, mieszkając na terenach, gdzie dominowała ludność ukraińska. W Polsce mieszkał Jan, stryj Modesta, ożeniony z Pelagią. Mieli pięciu synów i dwie córki. W Polsce też mieszkał Włodzimierz, jedyny brat Modesta, z żoną i córką Heleną. Pracował on na kolei i zapewne zajmował wysokie stanowisko, bo miał do dyspozycji własną salonkę, wagon, którego mógł używać sam i udostępniać znaczącym osobom.

Modest Iljin (ojciec)