Kaiken - Jean-Christophe Grange - ebook
Opis

Nowa powieść najmodniejszego obecnie we Francji twórcy powieści sensacyjnej i detektywistycznej, autora megabestsellerów
PURPUROWYCH RZEK i IMPERIUM WILKÓW
– To Kaiken – mruknął
– Wiesz, do czego służy?
– Takim sztyletem zadawały sobie samobójczą śmierć żony samurajów. Podcinały sobie nim gardła...
fragment powieści
Seryjny morderca drastycznością swoich czynów szokuje mieszkańców Paryża i okolic. Bo kto mógłby pozostać obojętny na to, że ofiarami są kobiety w zaawansowanej ciąży, zabijane w wyjątkowo bestialski sposób?
Nawet Olivier Passan, oficer policji, który ciemną stronę ludzkiej natury poznał nie tylko w życiu zawodowym, jest poruszony kolejnymi zabójstwami szaleńca. Chcąc go dopaść, ryzykuje własną karierę.
I bezpieczeństwo swoich dzieci...
W tym ambitnym thrillerze Japonia gra jedną z głównych ról,
a bohaterowie Grangé zostają wplątani w zdumiewającą
sieć psychologicznych zależności
LE FIGARO

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Oficer policji Olivier Passan zna od podszewki świat, w którym musi się poruszać. Kiedyś sam był po drugiej stronie i kryminalna przeszłość pozwala mu rozwiązywać nawet najtrudniejsze sprawy – choć czasami w niekonwencjonalny sposób. Balansując na granicy prawa, często naraża się przełożonym, jak w śledztwie dotyczącym serii zabójstw, których ofiarami są ciężarne kobiety.

Szybko odkrywa, kto jest sprawcą, ale musi to jeszcze udowodnić. Psychopatyczny zabójca jest jednak zbyt przebiegły, żeby mu na to pozwolić. Rozpoczyna się pojedynek, w którym przestępcę i policjanta łączy nie tylko spryt, determinacja i podobna przeszłość. Dla obu zło jest czymś niemal namacalnym, tyle że każdy radzi sobie z nim na swój sposób. Passan znajduje ucieczkę w fascynacji Japonią, z jej kulturą i tradycyjnymi wartościami.

Odsunięty w końcu od śledztwa, nie daje za wygraną i walczy równie zaciekle, zwłaszcza po tym, jak przeciwnik atakuje jego – rozpadaj ącą się wprawdzie, ale jednak – rodzinę.

JEAN-CHRISTOPHE GRANGÉ

Najchętniej nad Sekwaną czytany autor thrillerów, wydawany w 30 językach. Urodził się w 1961 w Paryżu. Swoją działalność zawodową rozpoczynał jako dziennikarz, publikując cykl reportaży naukowych w czasopiśmie „Le Figaro”. W 1994 zadebiutował powieścią Lot bocianów. Międzynarodową sławę przyniosła mu druga książka, Purpurowe rzeki, sprzedana w łącznym nakładzie dwóch milionów egzemplarzy. Kolejne tytuły, m.in. Imperium Wilków, Przysięga otchłani, Zmiłuj się, Las Cieni, Pasażer i najnowsza Kaiken, umocniły popularność pisarza, zapewniając mu najwyższe pozycje na listach bestsellerów. Niemała w tym zasługa licznych adaptacji filmowych jego powieści, w którach główne role zagrali tak znani aktorzy, jak Jean Reno, Vincent Cassel i Monica Bellucci. Grangé ma na swoim koncie oryginalne scenariusze filmowe, m.in. scenariusz do filmu Vidocq.

Tego autora

PURPUROWE RZEKIKAMIENNY KRĄGIMPERIUM WILKÓWCZARNA LINIALOT BOCIANÓWPRZYSIĘGA OTCHŁANIZMIŁUJ SIĘLAS CIENIPASAŻERKAIKEN

Tytuł oryginału:KAÏKEN

Copyright © Éditions Albin Michel – Paris 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Wiktoria Melech 2014

Redakcja: Dorota Jakubowska

Zdjęcie na okładce: Josh van Gelder/Gallery Stock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-077-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

ISTRACH

1

Deszcz.

Czerwiec, miesiąc najpaskudniejszy ze wszystkich.

Od kilku tygodni ta sama szara, wilgotna, lodowata monotonia. A jeszcze gorzej było w nocy. Oficer Olivier Passan przeładował berettę Px4 Storm SD i odbezpieczoną położył na kolanach. Ujął ponownie kierownicę lewą ręką, a prawą wyciągnął iPhone’a. Włączył GPS i na ekranie dotykowym pojawiła się mapa. W padającym od dołu świetle Passan wyglądał jak wampir.

— Gdzie jesteśmy? — mruknął Fifi. — Kurwa, gdzie my jesteśmy?

Passan nie odpowiedział. Jechali wolno ze zgaszonymi światłami, niewiele widząc. Labirynt w stylu Borgesa. Ceglane mury pokryte różowawym tynkiem, z wieloma wejściami, alejkami, zakrętami, zamknięte dla kogoś z zewnątrz, niczym Wielki Mur Chiński chroniący tajemnicze wnętrze.

Ten labirynt to po prostu przedmieścia. Le Clos-Saint-Lazare w Stains.

— Nie mamy prawa tu być — rzucił Fifi. — Jeśli komenda departamentu dziewięćdziesiąt trzy dowie się, że…

— Bądź cicho.

Passan prosił go, żeby ubrał się na ciemno, by nie zwracać uwagi. I co zobaczył? Fifi włożył hawajską koszulę i czerwone szorty, jakie noszą deskorolkarze. Olivier wolał nie wiedzieć, czym się uraczył przed spotkaniem z nim. Wódka, amfetamina, koka… Z pewnością i jednym, i drugim, i trzecim.

Nie puszczając kierownicy, sięgnął po leżącą na tylnej kanapie kamizelkę kuloodporną — taką samą miał pod kurtką.

— Włóż to.

— Nie potrzebuję.

— Rób, co ci mówię. W tej koszuli wyglądasz jak przebieraniec z parady gejów.

Fifi, a właściwie Philippe Delluc, wykonał polecenie. Olivier dyskretnie go obserwował. Rozczochrane tlenione włosy, blizny po trądziku, kolczyki w kącikach ust. Spod rozchylonego kołnierza wyzierał pysk strasznego smoka, zdobiący lewy bark i ramię. Po trzech latach wspólnej pracy Passan wciąż się zastanawiał, jak taki człowiek zdołał wytrzymać osiemnaście miesięcy rygoru w Wyższej Szkole Policyjnej, jak przeszedł przez rozmowy kwalifikacyjne, wizyty u lekarzy…

Został jednak policjantem, i to takim, który trafiał do celu z broni kalibru .9 mm na odległość ponad pięćdziesięciu metrów — obojętnie, czy trzymał pistolet w prawej, czy lewej ręce; mógł również spędzić wiele kolejnych nocy z panienkami i nie odczuwać najmniejszego zmęczenia. Ten zaledwie trzydziestoletni porucznik już przynajmniej pięć razy uczestniczył w strzelaninie, dzielnie się spisując. Był najlepszym współpracownikiem, jaki trafił się Passanowi.

— Podaj mi jeszcze raz adres.

Fifi zerwał żółtą kartkę przyklejoną do tablicy rozdzielczej.

— Rue Sadi-Carnot sto trzydzieści cztery.

Według GPS-u byli już bardzo blisko, ale wciąż mijali ulice z innymi nazwami — rue Nelson-Mandela, square Molière, avenue Pablo-Picasso… Co dziesięć metrów samochód podskakiwał na garbach drogowych. Od powtarzających się ruchów Passanowi zaczynało się robić niedobrze.

Wcześniej poświęcił trochę czasu na wydrukowanie planu tej okolicy. Le Clos-Saint-Lazare jest jednym z większych miast departamentu Seine-Saint-Denis. Prawie dziesięć tysięcy ludzi ulokowano w blokach komunalnych postawionych krętym szeregiem w lesistym parku. Górujące nad okolicą budynku o prostych liniach przypominały rozstawione straże.

— Cholera! — syknął przez zęby Fifi.

Sto metrów dalej kilku czarnych znęcało się nad mężczyzną leżącym na ziemi. Passan przyhamował, wrzucił bieg na luz i podjechał do nich wolno. Regularna rozróba. Ofiara usiłowała chronić twarz przed kopniakami napastników.

Ciosy spadały niczym grad, trafiając mężczyznę z różnych stron. Jeden z bandziorów, w uciętych dżinsach i czapce Kangol, nadepnął butem na usta ofiary, zmuszając ją do połknięcia wybitych zębów.

— Poliż moje buty, Żydzie! Poliż je, bękarcie! — Wcisnął mocniej but w poranione dziąsła mężczyzny. — Poliż je, gnoju!

Fifi chwycił swojego CZ 85 i otworzył drzwi samochodu, ale Passan go zatrzymał.

— Siedź. Wszystko spieprzysz.

Rozległ się krzyk. Napadnięty mężczyzna zerwał się na nogi. Wbiegł po schodach i zniknął w środku budynku. Czarni pękali ze śmiechu i nie zamierzali go ścigać.

Passan włączył pierwszy bieg i przejechał obok nich. Fifi cicho zamknął drzwi. Kolejny garb na jezdni. Subaru nie robiło więcej hałasu niż łódź podwodna płynąca na dużej głębokości. Rzut oka na iPhone’a.

— Rue Sadi-Carnot… — mruknął Passan. — To tutaj…

— To znaczy gdzie?

Była po prawej stronie, za ogrodzonym placem budowy. Najwyraźniej trwały tu jakieś roboty renowacyjne. Na tablicy informacyjnej widniał napis: „Schronisko dla kotów”. W głębi, wśród ruin i sprzętu budowlanego, stały podobne do klocków, bezosobowe hale. W dzielnicach podmiejskich w tego rodzaju budynkach mieszczą się zwykle szkoły albo magazyny.

— Sto dwadzieścia osiem… Sto trzydzieści… Sto trzydzieści dwa… — odliczał Passan półgłosem. — To tam.

Spojrzeli na bramę bloku. Passan zgasił silnik, wyłączył iPhone’a. Widać było tylko czarne, tłuste kałuże upstrzone kroplami deszczu.

— Co robimy? — zapytał Fifi.

— Idziemy tam.

— Jesteś pewien, że powinniśmy to zrobić?

— Niczego nie jestem pewien. Po prostu tam idziemy.

Kiedy usłyszeli krzyk kobiety, mrużąc oczy, próbowali się zorientować, skąd pochodził. Zobaczyli kilku bandziorów popychających przed sobą nastoletnią dziewczynę, która szlochając, usiłowała im się opierać. Jeden z nich kopał ją w tyłek, drugi walił po karku. Szli w kierunku przyczepy mieszkalnej na placu budowy.

Fifi ponownie otworzył drzwi.

— Spokojnie — powiedział Passan, chwytając go za ramię. — Nie po to tu jesteśmy. Jasne?

Fifi spojrzał na niego ze złością.

— Właśnie po to jestem policjantem. Kapujesz?

Passan zawahał się. Znowu usłyszeli krzyk.

— A niech to szlag… — skapitulował. Wyciągnęli broń i wysiedli z subaru. Pobiegli, skrywając się za kilkoma parkującymi samochodami, po czym skoczyli na bandziorów. Bez żadnego ostrzeżenia. Passan walnął w głowę pierwszego, który upadł w kupę piasku. Fifi podciął nogi drugiemu, przewrócił go na brzuch i sięgnął po kajdanki. Trzeci zwiał, ciskając przekleństwa.

To samo zrobiła dziewczyna, roztrzęsiona, z potarganymi włosami. Obaj policjanci spojrzeli po sobie. Sprawa szybko się skończyła. Nie było ofiary, nie było napadu, nie mieli nic. Korzystając z ich wahania, typ leżący na ziemi odtrącił lufę pistoletu Fifi i skoczył na równe nogi.

Padł strzał. Kajdanki osunęły się z cichym brzękiem.

— Cholera! — wykrzyknął Passan.

Odruchowo powiódł wzrokiem w kierunku domu, w którym otworzyły się właśnie drzwi. Ujrzał łysą głowę, krępą sylwetkę, jasnoniebieskie rękawiczki chirurgiczne. Tyle razy wyobrażał sobie ten moment. W myślach widział zawsze bardzo wyraźnie tego zbrodniarza przyłapanego na gorącym uczynku.

Wymierzył czterdziestkępiątkę i wrzasnął:

— Ani kroku dalej!

Mężczyzna znieruchomiał. Na łysinie mokrej od deszczu odbijało się światło dochodzące z półotwartych drzwi. Wewnątrz palił się ogień. Przybyli za późno. W tym momencie Passan się odwrócił i zobaczył zatrzymanego przed chwilą niedoszłego gwałciciela uciekającego w stronę centrum.

Fifi złożył się do strzału z palcem na spuście, ale przełożony zmusił go do opuszczenia ręki.

— Nie o niego chodzi, prawda?

Znowu zwrot akcji — łysy także rzucił się do ucieczki, ale w przeciwnym kierunku. Jego czarny płaszcz powiewał na wietrze. Czyżby fiasko całej akcji? Passan popatrzył na Fifi, który znowu stał w pozycji do strzału, celując na zmianę to w jednego, to w drugiego uciekiniera.

— Zostaw tamtego ptaszka! — krzyknął do niego. — Łap Guillarda!

Porucznik rzucił się w kierunku warsztatu, a Passan pobiegł do magazynu. Schował do kabury berettę, nałożył niezdarnie rękawiczki i pchnął bramę na szynach.

Wiedział, co go tam czeka.

Było jeszcze gorzej.

W hali o powierzchni około stu metrów kwadratowych, wypełnionej motorami, łańcuchami, narzędziami, różnymi rupieciami, do ustawionej na wysokości półtora metra cysterny była przywiązana młoda kobieta. Ręce i nogi miała skrępowane skórzanymi rzemieniami. Arabka ubrana w dres Adidasa. Spodnie i majtki opuszczone do kostek, T-shirt rozerwany.

Rozcięto jej brzuch od mostka do kości łonowej. Wnętrzności wypłynęły aż na podłogę. Przed nią w kałuży benzyny palił się płód. Ten sam sposób działania. Kilka sekund wydawało się wiecznością. Passan stał bez ruchu. Ciało dziecka czerwieniło się w duszącym dymie. Miał wrażenie, że obserwują go wypalone ogniem oczy.

W końcu ocknął się z odrętwienia i pobiegł slalomem między oponami, wałami napędowymi, tłumikami. Chwycił matę podłogową i przykrył nią maleńkie zwłoki, usiłując zgasić płomień. Znalazł składaną drabinę. Jednym naciśnięciem uruchomił mechanizm i wspiął się na górę do przywiązanej kobiety. Wiedział, że nie żyje, ale chciał się upewnić, dotykając palcami jej szyi. Kiedy odezwał się iPhone, Passan sięgnął do kieszeni i omal nie spadł z drabiny.

— Co ty tam robisz? — Usłyszał zdyszany głos Fifi.

— Masz go?

— Zwiał.

— Gdzie jesteś?

— Nie mam pojęcia!

— Już idę.

Passan, z bronią w ręku, zeskoczył na ziemię i pobiegł do wyjścia. Omijał betoniarki, potykał się o występy, worki z gipsem, stalowe pręty. Nic nie widział.

Przebiegłszy kilka metrów, runął jak długi. Podniósł się i poszukał wzrokiem przeszkody, która spowodowała jego upadek. Fifi leżał z nogą zaklinowaną pod pojemnikiem do rozrabiania gipsu.

— Przewróciłem się, Passan… przewróciłem…

Trudno było orzec, czy Fifi śmieje się, czy płacze. Olivier nachylił się, żeby mu pomóc, ale porucznik krzyknął:

— Zostaw mnie! Znajdź tego łajdaka!

— Gdzie on jest?

— Za tamtym murem!

Passan odwrócił się i kawałek dalej zobaczył mur długi na kilkaset metrów, a nad nim poświatę drżącego światła — szosa. Rzucił się w tamtym kierunku z berettą w ręku, znalazł schodki, wbiegł na nie i przeskoczył przez mur. Upadł po drugiej stronie, ale natychmiast się podniósł.

Tonący w ciemnościach, rozległy teren. W oddali sunęły samochody. W świetle reflektorów ukazała się sylwetka Guillarda. Potykał się na śliskich grudach ziemi, biegnąc z trudem w kierunku szosy.

Passan, dysząc ciężko pod kamizelką kevlarową, odbezpieczył pistolet. Stopy grzęzły mu w błocie. Z trudem odrywał je od rozmokłej ziemi.

Mimo to powoli doganiał zbiega.

Guillard docierał do szosy, wspinając się na nasyp. Passan wydłużył krok. Tamten już miał przeskoczyć przez metalową barierkę, kiedy Passan chwycił go za nogi i ściągnął na dół. Zabójca próbował łapać się kęp trawy, ale Passan chwycił go za kołnierz, obrócił do siebie i kilkakrotnie walnął jego głową o betonowy ściek.

— Ty cholerny draniu…

Guillard usiłował odepchnąć policjanta, ten jednak uderzył go kolbą pistoletu, czując pulsowanie krwi w palcach, oczach, nerwach. Ziemia drgała pod ciężarem samochodów przejeżdżających kilka metrów nad nimi.

Nagle Passan schował pistolet i wspiął się na nasyp, wlokąc przeciwnika aż do szosy.

W ciemności zabłysły reflektory. Z dużą szybkością zbliżał się jakiś ciężki pojazd.

Jednym kopnięciem Passan pchnął Guillarda pod koła wozu. Od półciężarówki dzieliło go zaledwie kilka metrów.

Passan zamknął oczy.

To on stanowił prawo.

Był mieczem sprawiedliwości i wydawał wyrok…

Wystarczyła sekunda, żeby ciężki wóz zmiażdżył czaszkę zabójcy. Opanował się jednak i odciągnął Guillarda. Przetoczyli się przez metalową barierę i zsunęli w dół po nasypie. Ciężarówka z głośnym łoskotem, włączonymi wszystkimi reflektorami i ryczącym klaksonem przejechała kilka metrów od ich splecionych ciał.

2

— To cię będzie drogo kosztować! Przysięgam, że nie ujdzie ci to płazem!

Passan patrzył bez słowa na kapitana brygady kryminalnej. Na rozzłoszczonego niskiego mężczyznę w dżinsowej kurtce, z dobrze widocznym sig sauerem. Na rękawie miał wyszyte logo brygady — linia budynków w celowniku pistoletu. Patrolujący okolicę helikopter przelatywał nad mokrymi dachami, omiatając je silnym światłem reflektorów. Passan wystarczająco często przemierzał tego rodzaju dzielnice, żeby wiedzieć, czego taki patrol szuka — ukrywających się grup chuliganów, gotowych do napaści z użyciem butelek, świec dymnych, kamieni. Funkcjonariusze sił specjalnych CRS zeszli już do piwnic w poszukiwaniu taczek załadowanych brukowcami.

Passan otarł ręką twarz, oddalił się na kilka kroków od zbiegowiska. To, co się tu działo, nie dotyczyło go. Dochodził do siebie po niedawnym ataku szaleństwa. Oślepiające światła ciężarówki. Głowa mordercy na asfalcie. Gwałtowna, mordercza żądza kryjąca się pod pozorem wymierzania sprawiedliwości.

Wrócił do kapitana, tak niskiego, że przywodził na myśl Tomcia Palucha.

— Sytuacja była nagła — przyznał w końcu.

— I dlatego wdzierasz się na moje terytorium, nikogo o tym nie informując?

— Dostaliśmy cynk w ostatniej chwili.

— Słyszałeś o artykule pięćdziesiątym dziewiątym?

— Cholera, chodziło o to, żeby dopaść go na gorącym uczynku. Trzeba było działać szybko. W całkowitej dyskrecji.

Kapitan policji zaśmiał się złośliwie.

— Nie wyszła ci ta dyskrecja!

Wokół nich panowało zamieszanie — migające lampy wozów policyjnych, taśmy odgradzające, mundury, białe kombinezony. Funkcjonariusze brygady kryminalnej, miejscowi policjanci, agenci tajnych służb, ludzie z CRS i technicy z policyjnego laboratorium — byli tutaj wszyscy. Grupa nastolatków w zbyt szerokich T-shirtach i bluzach z kapturami napierała na żółte taśmy.

— Jesteś chociaż pewien, że to Akuszer?

Olivier pokazał na drzwi warsztatu.

— To ci nie wystarcza?

Właśnie zabierano zwłoki. Dwaj mężczyźni z zakładu pogrzebowego pchali nosze na kółkach, ciało ofiary wsunięto do plastikowego worka. Za nimi trzeci niósł lodówkę ze znakiem czerwonego krzyża. Był w niej spalony płód.

Kapitan poprawił sobie naramiennik.

— Cholera, naraziliście całą dzielnicę na niebezpieczeństwo.

— Ta twoja dzielnica sama w sobie stanowi zagrożenie.

— I to może moja wina?

Passan uchwycił we wzroku kapitana cień znużenia. W jednej chwili minęła mu cała złość i pogarda dla tego człowieka, który był zwyczajnie u kresu sił, zmęczony latami beznadziejnej miejskiej wojenki. Rozejrzał się jeszcze raz dokoła. Ludzie w oknach, opryszki zgrupowane wokół ogrodzonej strefy bezpieczeństwa, dzieciaki w piżamach, stłoczone przed wejściami do swoich bloków, funkcjonariusze sił porządkowych, w kaskach, z bronią na gumowe kule, gotowi strzelać z nich w tłum.

Kilku „etnicznych” policjantów — czarni, Arabowie — usiłowało opanować sytuację. Passanowi przyszli na myśl Indianie tropiciele, którzy na kontynencie amerykańskim otwierali białym drogę do nieznanego wrogiego świata. Ci policjanci też byli takimi zwiadowcami.

Odwrócił się i skierował do swojego samochodu. Przed oczami przemknęły mu szybko wydarzenia, które doprowadziły go do bram piekła. Dwa dni temu zgłoszono zniknięcie Leïli Moujawad — dwadzieścia osiem lat, w dziewiątym miesiącu ciąży. Kilka godzin wcześniej brygada zajmująca się przestępstwami finansowymi przekazała informację, że holding kierowany przez głównego podejrzanego, Patricka Guillarda, kryje w sobie inną spółkę offshore, do której należą warsztaty w Stains przy rue Sadi-Carnot 134. Nikomu nieznany hangar znajdujący się niecałe trzy kilometry od miejsca, gdzie znaleziono trzy pierwsze ofiary.

Wezwał Fifi. Pojechali. Przybyli za późno. O życiu Leïli i jej dziecka zadecydowało kilka minut… Passan zbyt wiele widział w swoim życiu zawodowym, żeby buntować się z powodu kolejnej niesprawiedliwości.

Nagle w panującym zgiełku rozległ się krzyk. Młody mężczyzna odepchnął agentów CRS i pobiegł w kierunku samochodu zakładu pogrzebowego. Passan natychmiast go rozpoznał. Mohamed Moujawad. Trzydzieści jeden lat. Mąż Leïli. Przesłuchiwał go poprzedniego dnia w siedzibie Regionalnej Policji Sądowej.

Na tę noc miał już dosyć. Zaraz przybędzie prokurator. Wyznaczą nowego funkcjonariusza, który będzie musiał odpowiadać na pytania Ivo Calviniego, sędziego zajmującego się tą serią zabójstw. W każdym razie on nie dostanie tego śledztwa. Musi najpierw odkupić swoje winy. Nielegalna rewizja. Nieudana próba złapania przestępcy na gorącym uczynku. Złamanie zakazu zbliżania się do Guillarda na odległość mniejszą niż dwieście metrów. Brutalne potraktowanie podejrzanego, który ma prawo do traktowania zgodnie z zasadą domniemania niewinności. Adwokaci tego łajdaka dobiorą się Passanowi do skóry.

— Spadamy?

Fifi, siedząc w subaru, palił papierosa. Z otwartych drzwi wystawały jego owłosione nogi; jedną z nich opatrzyli i zabandażowali sanitariusze z pogotowia.

— Daj mi jeszcze sekundę. — Passan zawrócił do jaskini zbrodni. Nieprędko będzie miał okazję zapoznać się z tym, co zostanie tutaj znalezione. Technicy z dochodzeniówki już się tu krzątali. Na ścianach odbijały się światła lampy błyskowej fotografa. Pudry, pędzelki, plastikowe torebki krążyły z rąk do rąk. Tysiąc razy oglądany spektakl, powtarzający się do obrzydzenia.

Dostrzegł Isabelle Zacchary, którą sam wezwał, by dowodziła tą operacją. Ubrana w biały kombinezon, stała przy poczerniałych wnętrznościach zamordowanej kobiety.

— Masz już coś? — zapytał.

— Prowadzisz tę sprawę?

— Wiesz dobrze, że nie.

— Nie wiem, czy…

— Proszę cię tylko o pierwsze wnioski.

Zacchary ściągnęła kaptur, jakby było jej duszno. W masce z filtrem wiszącej na jej szyi przypominała stwór nie z tego świata. Przy każdym jej ruchu słychać było szelest papierowego kombinezonu. Nie zdjęła okularów, które zazwyczaj dodawały jej powagi i seksapilu. Ale nie tego wieczoru.

— Na razie niczego nie mogę ci powiedzieć. Prześlemy wszystko do laboratorium.

Passan rozejrzał się. Zakrwawiona cysterna, wiszące rzemienie, brązowe od krwi narzędzia chirurgiczne na stole. Na podłodze leżały jeszcze strzępy spalonego ciała.

Nagle przyszła mu do głowy pewna wątpliwość.

— Macie jego odciski palców?

— Są wszędzie. Przecież to jego warsztat.

Należy je odnaleźć na ciele ofiary. Na narzędziach, które posłużyły do jej torturowania. Na pojemniku z benzyną użytą do spalenia dziecka. No i może pod paznokciami ofiary uda się znaleźć naskórek mordercy. Istotny jest każdy ślad, który mógłby powiązać właściciela tego warsztatu z ofiarami.

— Wyślij mi mailem wyniki — poprosił.

— Słuchaj, to naprawdę wbrew regułom, ja…

— To moje śledztwo, rozumiesz?

Zacchary kiwnęła głową. Passan wiedział, że zrobi to, o co ją prosi — osiem lat współpracy, dwie lub trzy spędzone razem noce, więź, która nadal między nimi istniała. Mógł liczyć na Isabelle.

Wyszedł z warsztatu, ale nie odczuł żadnej ulgi. Na dworze było tak samo źle jak w środku. Znowu padał deszcz. Tłum próbował się przedrzeć przez kordon CRS. To wszystko źle się skończy. Na szczęście chyba nikt na razie nie powiadomił mediów. Jakimś cudem nie pojawił się jeszcze ani jeden dziennikarz czy fotoreporter.

Obchodząc swój wóz, żeby usiąść za kierownicą, zobaczył drugie nosze na kółkach, popychane w kierunku ambulansu. Patrick Guillard okryty srebrną folią. Miał kołnierz ortopedyczny na szyi i oddychał przez plastikową maskę tlenową, która deformowała mu rysy, nadając jego twarzy wygląd łysego, bladego i odrażającego potwora, którym zresztą był.

Pielęgniarze otworzyli drzwi karetki i ostrożnie wsunęli nosze. Niebieskie światło lampy na dachu wozu odbijało się w załamaniach folii, wywołując wrażenie, że oprawca wynurza się z kokonu turkusowych cekinów.

Ich spojrzenia się skrzyżowały.

Wzrok zabójcy uzmysłowił Passanowi, że jeszcze nie wygrał tej wojny.

I chyba nie wygrał nawet tej bitwy.

3

Godzinę później Olivier Passan stał pod prysznicem w nowej siedzibie biura. Odnosił wrażenie, że woda ma w sobie jakąś moc. Spłukiwała z niego nie tylko kurz i pot, ale również swąd spalonych zwłok, obraz torturowanych ciał, śmierci i rozkładu, od których wciąż nie mógł się uwolnić. Schylił głowę pod szumiącą, chłodną, wręcz zimną wodą. Strumienie biły go po głowie i siekły po skórze, która robiła się czerwona.

W końcu wyszedł spod prysznica i wytarł się do sucha. Poczuł się jak nowo narodzony. Niedawno oddana do użytku siedziba Centralnej Dyrekcji Głównej Policji Sądowej przy rue des Trois-Fontanot w Nanterre robiła wrażenie. Najnowocześniejsza technologia, przestrzeń, neutralność, jakżeż niepodobne do ciemnego labiryntu na Quai des Orfèvres. Na czas przebudowy dotychczasowej siedziby umieszczono tutaj wiele brygad. Chodziły jednak słuchy, że z powodu braku funduszy wkrótce wrócą na stare śmieci.

Stojąc z nagim torsem, przyglądał się sobie w lustrze nad umywalką. Wychudła twarz, mocno zarysowana szczęka, krótko ostrzyżone włosy — wyglądał raczej jak komandos niż policjant. Mimo to w twarzy o regularnych rysach było coś delikatnego. Spojrzał na pierś. Wypukłe, twarde mięśnie — efekt wielu godzin spędzonych na siłowni. Passan nie ćwiczył, żeby utrzymywać formę. Robił to dla wykazania siły woli.

Podszedł do szafek na ubrania, włożył brudne ciuchy i wsiadł do windy. Drugie piętro. Stalowa konstrukcja, szklane ściany. Szara wykładzina na podłodze. Podobał mu się ten monotonny, chłodny wystrój.

Fifi, wykąpany i uczesany, kręcił się przy automacie do kawy.

— Nie działa? — spytał Passan.

Porucznik kopnął brutalnie dystrybutor.

— Działa. — Wyjął kubek z parującym płynem i podał go przełożonemu. Kopnął ponownie automat i sięgnął po drugą kawę. Z wilgotnymi włosami jego twarz wyglądała na jeszcze bardziej zmaltretowaną niż zwykle.

Wypili w milczeniu. Porozumieli się wzrokiem. Mówić o czymś innym. Za wszelką cenę pozbyć się napięcia. Milczenie jednak za bardzo się przeciągało. Poza pracą policyjną mieli tylko jeden wspólny temat — marazm prywatnego życia każdego z nich.

— Jak tam twoje sprawy z Naoko? — odezwał się w końcu Fifi.

— Rozwodzimy się. Oficjalnie.

— A co z domem? Sprzedajecie?

— O tym nie ma mowy. Nie w tym momencie. Na razie go zachowamy.

Fifi miał sceptyczną minę. Wiedział, że zastój na rynku nieruchomości nie ma nic wspólnego z decyzją Passana.

— Kto w nim zostanie? — zapytał.

— Oboje. Będziemy mieszkać na zmianę.

— Jak to?

Passan zgniótł kubek i wrzucił go do kosza na śmieci.

— Każde z nas będzie mieszkać przez tydzień.

— A dzieci?

— One zostają. Nie zmieniają szkoły. Po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że będzie to dla nich mniejszy wstrząs.

Fifi milczał, dając w ten sposób do zrozumienia, że ma wątpliwości.

— Wszyscy teraz tak robią — dodał Passan, jakby chciał sam siebie przekonać. — Taka organizacja życia jest teraz bardzo popularna.

Porucznik też pozbył się swojego kubka.

— Idiotyczny pomysł. Niedługo to one będą was przyjmować w swoim domu. Staniecie się turystami bez własnego dachu nad głową.

Passan przygarbił się. Przez wiele tygodni ważył tę decyzję, usiłując przekonać samego siebie, że to najlepsze — i jedyne — rozwiązanie. Tygodniami odrzucał po kolei wszystkie możliwości.

— W ten sposób pozostaną w mojej piwnicy.

Od pół roku mieszkał w suterenie, w pomieszczeniu z oknami na poziomie ziemi. Ukrywał się tam jakby w strachu przed bombardowaniem.

— I co dalej? — odezwał się znowu Fifi. — Będziesz sprowadzał dziewczynki do piwnicy? Naoko będzie znajdować w pościeli ich majtki? Będzie spać w tym samym łóżku?

— Zaczynamy dziś wieczór — uciął Passan. — W tym tygodniu zostaje Naoko. Ja przeprowadzam się do kawalerki, którą wynająłem w Puteaux.

Skonsternowany Fifi pokiwał głową.

— A u ciebie? Co u niej słychać? — zapytał z kolei Passan.

Porucznik się zaśmiał, czekając przy automacie na drugą kawę.

— Przedwczoraj zasnęła, kiedy się kochaliśmy. — Wziął kubek i popijając kawę, dodał: — To chyba dobry znak, jak myślisz?

Obaj się roześmiali. Wszystko było lepsze niż rozpamiętywanie koszmaru, jaki zgotował im Akuszer.

4

Przy rytmicznym szumie wycieraczek Passan słuchał w roztargnieniu wiadomości nadawanych w radiu. Jechał do Suresnes, żeby spędzić ostatnie godziny w domu przed przeprowadzką do Puteaux. Nie wiedział jeszcze, czy położy się spać, czy będzie kontynuował pakowanie swoich rzeczy do kartonowych pudeł, czy zabierze się do sporządzenia raportu. Poniedziałek, dwudziesty czerwca 2011 roku, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Uwagę Passana przyciągnęła jedynie historia pewnego rozwiedzionego mężczyzny, który rozpoczął strajk głodowy na wiadomość o finansowym zadośćuczynieniu dla byłej żony. Pomysł ten wywołał uśmiech na twarzy Passana.

Z Naoko nie miał takich problemów. Wspólny adwokat, opieka nad dziećmi na zmianę, żadnych wydatków — zarabiała o wiele więcej niż on — a jedyny majątek do podziału to dom.

Jechał Dion-Bouton w kierunku mostu Suresnes. Drżał z zimna, ale nie włączał ogrzewania. Przecież, do cholery, był czerwiec. Ta pogoda działała mu na nerwy. Wstrętna, przejmująca chłodem, w niczym niepodobna do letnich upałów, wywołująca bóle w plecach.

Z prefektury w Nanterre mógłby dojechać do Mont-Valérien przez miasto, ale potrzebna mu była przestrzeń — niebo i rzeka w brzasku wschodzącego słońca. Prawdę mówiąc, niewiele widział. Po lewej stronie w dole miał Sekwanę, a drzewa po prawej zasłaniały miasto. Szare niebo nad nim wydawało się nasiąknięte wodą niczym gąbka. Mogłoby to być każde inne miejsce na ziemi.

Przypomniał sobie, jak przytrzymywał nogą Guillarda, gotów pozwolić na to, aby głowa tamtego została zmiażdżona pod kołami ciężarówki. Któregoś dnia zatrzasną się za nim drzwi celi. Rozwód był jedną z ostatnich rzeczy, które wiązały go z normalną egzystencją.

Skręcił w prawo w boulevard Henri-Sellier. Potem w avenue Charles-de-Gaulle. W miarę jak jechał pod górę w kierunku Mont-Valérien, ukazywały się domy przyczepione do zboczy, ściany obrośnięte bluszczem. Otwierały się kolejne kawiarnie…

Zatrzymał się i wstąpił do oświetlonej już piekarni. Rogaliki. Bagietka. Lizaki Chupa Chups. Znowu ogarnęło go poczucie nierzeczywistości. Jaki może być związek między tymi banalnymi czynnościami i koszmarem w Stains? Czy można uporządkować świat ot tak, pstryknięciem palców?

Wrócił do samochodu i ruszył dalej. Szczyt Mont-Valérien z jego rozległymi trawnikami przywodził na myśl pola golfowe. Panowała tu atmosfera jak na wysokogórskim płaskowyżu. Symetria linii, płaski teren… Zakład uzdatniania wody, wyraźnie widoczne instalacje. Stadion Jean-Moulin i przylegające do niego, wytyczone jak pod sznurek tereny zielone. Cmentarz amerykański z szeregami białych krzyży.

Dzień wstawał z opóźnieniem, ale widok na Paryż był niezwykły. Przestrzeń dodawała mu otuchy. Patrzył na tysiące gasnących latarni, niezliczone wieże i budynki otulone mgłą, przywodzące na myśl tragiczną scenerię wojenną. Miasto wszelkiego rodzaju przemocy. Na tej wysokości czuł się bezpieczny. Znalazł się znowu w swoim sanktuarium, w swojej pustelni.

Gdy dotarł na rue Cluseret, zwolnił przed bramą i otworzył ją pilotem. Minął podjazd i jechał możliwie najwolniej, napawając się widokiem. Główny element obrazu stanowił biały dom na zielonym tle. W porównaniu z innymi w tej dzielnicy jego ogród był ogromny — prawie dwa tysiące metrów kwadratowych. Działka kosztowała majątek, ale była warta swojej ceny.

Rozmyślnie niczego, lub prawie niczego, tu nie sadził. Stworzył tylko niewielki ogród w stylu zen w cieniu kilku sosen po lewej stronie. Skręcił w prawo i zgasił silnik. Dom nie miał parkingu, Passan nie chciał bowiem psuć architektonicznej spójności. Zbudowany w latach dwudziestych ubiegłego wieku był prostopadłościanem w stylu modernistycznym, z płaskim dachem. Stalowa konstrukcja. Filary ze zbrojonego betonu, podtrzymujące otwartą galerię. Szeregowe okna. Prostota. Solidność. Funkcjonalność. Uśmiechnął się do siebie z dumą.

Z rogalikami i bagietką w ręku otworzył kluczem drzwi i wszedł do przedpokoju. Zobaczył, że kurtki Shinjiego i Hirokiego są na wieszaku, i wsunął do kieszeni każdej po lizaku. Mała niespodzianka od tatusia. Potem przed wejściem do salonu zdjął buty.

Kupno tego domu było przede wszystkim dobrym interesem. Po śmierci Jeana-Paula Queyrau, ostatniego przedstawiciela rodziny marszandów, w marcu 2005 roku dom został wystawiony na licytacji. Passan był pierwszym, który się zgłosił, ponieważ to właśnie on jako funkcjonariusz brygady kryminalnej stwierdził zgon zadłużonego po uszy Queyrau, w wyniku strzału w usta.

Kiedy przybył na miejsce, zakochał się w tym domu. Obejrzał wszystkie pokoje, nie zwracając uwagi na ich fatalny stan. Właściciel żył jak kloszard w opuszczonym baraku. Passan wyobrażał już sobie, co mógłby tu zrobić.

Do kupna doszło tylko dzięki Naoko. Od roku zajmowała ważne stanowisko w firmie specjalizującej się w audytach finansowych. Ponadto lata pracy jako modelka pozwoliły jej zaoszczędzić pewien kapitał, dostała też pieniądze od rodziców, właścicieli ziemskich z Tokio. Mimo iż jej wkład finansowy był znacznie większy od tego, który wyłożył Passan, podpisała umowę o współwłasności — połowa domu należała do niej, połowa do niego. Za wszystkie konieczne prace remontowe miał odpowiadać wyłącznie on.

Zabrał się więc do roboty. Przeświadczony, że w ten sposób zapewni trwałość własnej rodziny. Że wzmocni fizycznie jej podstawy. Ochroni ją przed atakami z zewnątrz, przed rozpadem, erozją… Niestety, metoda okazała się nieskuteczna. Dzisiaj zgadzali się jedynie, gdy chodziło o Diega.

— Bądź cicho, Diego — szepnął — obudzisz wszystkich…

Wziął koszyczek na pieczywo, by włożyć do niego rogaliki, a bagietkę położył na stole, w widocznym miejscu. Następnie wyjął serwetki w kratkę, miseczki dzieci z ich imionami wykaligrafowanymi po japońsku, filiżankę z laki, w której Naoko piła herbatę z mlekiem. Konfitury, płatki zbożowe, sok pomarańczowy. Fakt, że robił to w samotności, nie smucił go, bo od dawna nie jadał śniadania z żoną i dziećmi.

Kiedy zamierzał już wyjść z kuchni, mimo woli zatrzymał się przed fotografiami wiszącymi na ścianie. Zapalił światło, żeby lepiej je widzieć. Na jednym ze zdjęć, zrobionym osiem lat temu, byli z Naoko na tarasie świątyni Kiyomizu-dera, górującej nad Kioto. Na twarzy miał ten swój charakterystyczny sztywny uśmiech, podczas gdy Naoko zaledwie nieznacznie unosiła kąciki ust, tak jak to robiła, będąc modelką. Mimo to ze zdjęcia emanowała atmosfera szczęścia. A zwłaszcza wzajemnego szacunku i dumy, że są razem…

Spojrzał na inne zdjęcie. Rok 2009. Shibuya, modna dzielnica w Tokio. Trzymał na rękach czteroletniego Hirokiego w czapce Totoro, znanej postaci z filmu Miyazakiego. Naoko trzymała sześcioletniego Shinjiego, który dwiema rękami pokazywał V — znak zwycięstwa. Wszyscy się śmiali, ale wyczuwało się skrępowanie, rozdrażnienie dorosłych. Zmęczenie i frustrację — efekt mijającego czasu.

Po lewej fotografia z roku 2002, plaża na Okinawie. Ich podróż poślubna. Passan nie pamiętał już jej szczegółów. Przypominał sobie tylko twarz Naoko na lotnisku Roissy, kiedy podekscytowana dawała swoją kartę Flying Blue, aby odnotowano na niej, ile mil przeleci. Naoko chętnie korzystała z kart rabatowych, była także uzależniona od wyprzedaży. Pamiętał, że wtedy na lotnisku przysiągł sobie, że zawsze będzie chronił tę dziewczynę, która w niego wierzyła.

Czy dotrzymał obietnicy?

Zgasił światło i przeszedł przez salon do betonowych schodów.

Czas wrócić do jego królestwa. Do podziemnego pałacu Władcy Szczurów.

5

Korytarz z malowanych cegieł. Na lewo pomieszczenie na wszelkiego rodzaju sprzęt i pralnia z pralką oraz suszarką. Na prawo zainstalował doprowadzenie wody, żeby urządzić tam łazienkę. W głębi pomieszczenie, które przerobił na sypialnię i zarazem gabinet.

Rozebrał się w pralni, wrzucił ubranie do bębna i włączył pranie. Od miesięcy żył tak w całkowitej niezależności, jedząc swój zestaw bento przy biurku, śpiąc samotnie. Nagi przyglądał się, jak poplamione krwią ubranie obraca się w pienistej wodzie. Niszczarka koszmarów.

Z kosza wyjął T-shirt i bokserki pachnące płynem zmiękczającym. Włożył je i poszedł do pokoju. Dwadzieścia metrów kwadratowych z nieotynkowanymi ścianami i piwnicznymi okienkami. Pod jedną ścianą łóżko polowe. Pod drugą, pod okienkami, drewniana płyta położona na dwóch kozłach. W głębi stół warsztatowy, na którym rozkładał i czyścił broń. Ten bunkier w pewnym sensie bardziej mu odpowiadał niż przestrzeń na górze. Był jego kryjówką.

Na ścianach Passan rozwiesił portrety swoich idoli. Yukio Mishima, który w 1970 roku w wieku czterdziestu pięciu lat popełnił samobójstwo. Rentaro Taki, japoński Mozart, zmarł na gruźlicę w 1903 roku, mając dwadzieścia cztery lata. Akira Kurosawa, twórca Rashōmona i wielu innych arcydzieł, który ledwie przeżył po próbie samobójczej w 1971 roku z powodu niepowodzenia jego pierwszego filmu w kolorze Dō desu ka den. Naprawdę niezbyt zabawne towarzystwo…

Podłączył iPoda do głośników. Ciche dźwięki sielanki na koto i orkiestrę kompozytora Akiry Ifukubego. Wzruszający utwór, którego we Francji z pewnością słuchał tylko on. Passan pasjonował się japońską muzyką symfoniczną XX wieku, absolutnie nieznaną w Europie i niezbyt popularną w Japonii.

Pora herbaty. Kupił kiedyś w Japonii urządzenie, w którym woda zachowywała temperaturę dziewięćdziesięciu stopni. Napełnił wodą czajniczek, wsypał pięć gramów hoji-cha — zielonej herbaty prażonej na mocnym ogniu. Czekając, aż się zaparzy — dokładnie trzydzieści sekund — zapalił kadzidełka. Machał dłonią, żeby mocniej się żarzyły. Nie chciał na nie dmuchać, bo w buddyzmie usta uchodzą za nieczyste.

Z filiżanką w ręce ulokował się na łóżku i zamknął oczy. Koto, rodzaj cytry, wydawało bardzo ostre wibrato, melancholijne i zarazem dokuczliwe. Passan miał wrażenie, że każdy dźwięk szarpie jego nerwy. Ściskało go w gardle, ale jednocześnie z głębi piersi uwalniała się jakaś kojąca siła. Wytchnienie dla serca, ukojenie dla duszy…

Japonia.

Odkrywając Japonię, odkrył samego siebie. Pierwsza podróż natychmiast przewróciła jego życie do góry nogami. Urodził się w Katmandu w 1968 roku. Jego rodzice po zapaleniu chilomu poczęli go na pełnym haju u stóp posągu Buddy. Ojciec zmarł rok później wskutek utraty krwi, którą sprzedawał, żeby kupić opium. Matka zniknęła kilka miesięcy później, nie zostawiając adresu. Ambasada Francji w Nepalu zrobiła, co było konieczne. Zawieziono go do kraju i został podopiecznym państwa. Przez piętnaście lat był sierotą przerzucaną od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Mieszkał zarówno u ludzi bardzo życzliwych, jak i łajdaków; takich, którzy mieli na niego dobry lub zły wpływ. Po zakończeniu edukacji, przerywanej niepowodzeniami w departamentach 92 i 93, obrał stanowczo złą drogę. Kradzież samochodów, handel fałszywymi dokumentami, rozboje… Udawało mu się jednak unikać problemów z policją.

Opamiętał się, gdy skończył dwadzieścia lat. Opuścił przedmieścia — Nanterre, Puteaux, Gennevilliers — i wytrząsnąwszy ze skarbonki forsę z czasów, gdy kradł, wynajął służbówkę przy rue Descartes w Piątej Dzielnicy. Zapisał się na wydział prawa na Sorbonie, która znajdowała się niedaleko jego mieszkania.

Trzy lata przeżył w niskiej, siedmiometrowej klitce, wkuwając, zapychając się żarciem z McDonalda i czytając na głos notatki z wykładów. Pasjonował się sztuką, filozofią, muzyką klasyczną. Prawdziwa kuracja odwykowa. Wydał na to całe oszczędności. Przeprowadził się więc do pokoju w uniwersyteckim akademiku, przydzielonego przez organizację CROUS, i nie powrócił do poprzedniego stylu życia.

Po zrobieniu licencjatu zdecydował się wstąpić do Wyższej Szkoły Policyjnej. Kiedy się nad tym zastanowił, uznał to za jedyną drogę powrotu do dawnego świata. Noc, adrenalina, życie na marginesie.

Jak powiedział któregoś dnia jeden z jego zastępczych ojców, emerytowany robotnik z fabryki Chausson w Gennevilliers: „Glina to nikt inny jak złodziej, któremu się nie udało”.

Postanowił wykorzystać to swoje niepowodzenie. Dochodził do tego jeszcze jeden osobisty powód — być policjantem znaczy służyć krajowi. A on miał wobec kraju dług. To państwo francuskie ocaliło go, wyżywiło i wykształciło.

Osiemnaście miesięcy szkoły policyjnej bez narzekania. Najlepsze wyniki z każdego przedmiotu. W chwili promocji przyszedł mu do głowy dziwny pomysł. Zamiast myśleć o pracy w ministerstwie lub intratnym stanowisku w jakimś prestiżowym wydziale w policji, zasięga informacji o możliwości pracy za granicą — jako łącznik, instruktor, oficer wywiadu. Chociaż nie wyjeżdżał nigdy poza granice Francji, wybrał miejsce najbardziej od niej odległe. Został asystentem oficera łącznikowego w Tokio.

Kiedy przybył do Narity, jego życie odmieniło się na zawsze.

Odtąd Japonia miała się stać krajem jego oczekiwań, pragnień, nadziei. Czyste ulice, miejsca publiczne, toalety. Wyrafinowane jedzenie. Surowość zasad. Do tego dochodziło kultywowanie tradycji. Kodeks honorowy samurajów. Fascynacja dobrowolną śmiercią. Piękno kobiet na malowidłach ukiyo-e.

Reszty nie chciał widzieć. Obłędny materializm. Obsesja na punkcie nowoczesnej technologii. Ogłupienie narodu, który pracuje dziesięć godzin dziennie. Poczucie wspólnoty, a jednocześnie wyobcowanie. Udawał również, że nie widzi estetyki komiksów, których nie znosił, tej obsesji wielkich czarnych oczu, podczas gdy on lubił te w kształcie migdałów. Wolał nie dostrzegać zafascynowania gadżetami, automatową grą pachinko, durnymi sitcomami i grami wideo…

Przede wszystkim zaś Passan ignorował fakt, że Japonia podupada. Sytuacja stale się pogarszała. Kryzys ekonomiczny. Chroniczne zadłużenie. Bezczynność młodej generacji… Na ulicach wypatrywał ludzi pokroju Toshira Mifunego, ulubionego aktora Kurosawy, z mieczem w dłoni, i nie dostrzegał zniewieściałych nastolatków zafascynowanych komiksami, ludzi drzemiących w metrze w drodze do pracy… Całe pokolenie, które nie odziedziczyło siły swoich przodków, przeciwnie — popadało w śmiertelne, wyniszczające zmęczenie. Dekadenckie społeczeństwo zatrute zachodnim rozkładem.

W miarę upływu lat, mimo iż poślubił na wskroś nowoczesną Japonkę, Passan nadal marzył o Japonii ponadczasowej, nierealnej, z której czerpał spokój i równowagę ducha. Co ciekawe, nigdy nie ćwiczył japońskich sztuk walki, poprzestając na technikach walki poznanych w szkole policyjnej, nigdy też nie zrozumiał, na czym polega medytacja zen. Stworzył ten świat rygoru i estetyki, żeby lepiej radzić sobie z pracą. Ziemia obiecana, w której miał znaleźć oparcie, gdy lina zerwie się na dobre. A kiedy miewał za sobą taką noc jak ta w Stains, zawsze pozostawała mu sielanka Ifukubego i melancholijne spojrzenie Rentaro Takiego.

Na tę myśl otworzył oczy i sięgnął po leżący obok łóżka polowego zbiór japońskich wierszy. Przerzucił kartki i znalazł to, czego szukał:

Przy świetle księżyca

Zostawiam moją łódź,

Aby wejść do nieba…

Przekartkował tomik, szukając innego wiersza, ale nie wiedzieć kiedy zasnął, a sny utworzyły nad nim ciężki kamienny grobowiec.

6

Naoko, potargana, wymięta, nie do końca obudzona, przyglądała się mężowi.

Stała bez ruchu na progu kryjówki potwora. Miała przed sobą wrak. Nie mężczyznę, nie policjanta — chociaż Passan był najlepszym policjantem na świecie — ale wrak męża. Na tym polu kompletnie mu się nie udało, i nie mogła mieć o to do niego żalu, sama bowiem doszła do tego samego punktu, z którego nie było powrotu.

Zastanawiała się, jak to się stało. Zgasło światło, które ich opromieniało. I ich miłość niczym opalenizna znikła stopniowo, zanim zdali sobie z tego sprawę. Ale dlaczego miejsce miłości zajęła ta irytująca obojętność? Miała na to własną odpowiedź — z powodu seksu. A dokładniej, z powodu braku seksu.

Tokijskie dziewczęta cichym głosem powtarzają magiczną liczbę. Według słynnego sondażu wszyscy Francuzi uprawiają miłość od trzech do czterech razy w tygodniu. Taka regularność budzi zainteresowanie Japonek, przyzwyczajonych do marnej kondycji seksualnej Japończyków. Francja, kraj romantyków i raj dla seksu!

Przed wyjazdem do Paryża Naoko nie wiedziała o jednej istotnej rzeczy — o próżności Francuzów. Teraz, kiedy ich poznała, zrozumiała, że z idiotycznym uśmiechem i frywolnym wzrokiem popisują się swoimi wyimaginowanymi zdobyczami.

Passan nie dotykał jej już od dwóch lat. Nie było mowy o żadnym kontakcie. Najpierw pojawiło się wzajemne znużenie, rozdrażnienie, potem nienawiść i wreszcie całkowity brak kontaktu.

Przyjaciele przyglądali się im z niedowierzaniem. Olive i Naoko — modelowa, idealna miłość wykraczająca poza wszelkie granice! Przykład budzący zazdrość u innych, ale jednocześnie dający nadzieję. Potem nieubłaganie pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu. Podniesione głosy, złośliwe uwagi przy obiedzie, nieobecności… I wyznanie wypowiedziane cichym głosem: „Nie układa się nam. Zastanawiam się nad rozwodem…”.

Znajomi naiwnie przypisywali tę klęskę dzielącym ich różnicom kulturowym. Tymczasem nawet te różnice nie wystarczyły, żeby ocalić ich związek od nudy.

Naoko śledziła rozwój ich związku w sposób niemal naukowy, odnotowując każdą zmianę, każdy szczegół. Kiedy się poznali, Passan był w nią wpatrzony jak słonecznik w słońce. W tamtym okresie miała wrażenie, że jest jego krwią, jego światłem. Zadowolona i rozpromieniona, wcale nie była wyniosła. Potem znalazł inne źródło. W samym sobie. Wrócił, jak sam mówił, do swoich fundamentów — pracy policjanta, jej patriotycznych wartości, a później do dzieci. Ale także, o czym dobrze wiedziała, do nocy wypełnionych przemocą i występkiem… W tym czarno-białym świecie, w którym mogli być jedynie zwycięzcy i zwyciężeni, sprzymierzeńcy i wrogowie, brakowało dla niej miejsca.

Sądziła, że gorzej być nie może. Myliła się. Stała się dla męża przeszkodą ograniczającą jego wolność. Czego on właściwie chciał? Czy nie był już wystarczająco wolny? Gdyby go o to zapytała, nie umiałby odpowiedzieć. Nie zadawał sobie takiego pytania. Nie chciał przyznać, że ponieśli klęskę. Koncentrował się na zajęciach domowych, pracy i obsesyjnie zajmował się dziećmi. Poświęcał się im z samozaparciem, zapominając o własnych potrzebach. Wobec niej zachowywał się irytująco, wrogo.

Ona z kolei się uodporniła. Miłość żywi się uczuciem tego drugiego. Bez uniesień serce wysycha. Ginie umiejętność dzielenia się. W końcu każdy się chroni, zamykając w sobie, i pozostaje to, co jest najsmutniejsze — samotność.

Bezszelestnie wślizgnęła się do pokoju Passana — zawsze zwracała się do niego według zwyczaju japońskiego, po nazwisku. Rozsunęła zasłony, wyłączyła muzykę, podniosła książkę. Wykonała te codzienne zwykłe czynności, nie patrząc na męża, po czym wróciła na górę. W kuchni zobaczyła rogaliki ułożone w koszyku na pieczywo, nakryty stół i mimo woli się uśmiechnęła. Łowca zabójców, sam także zabójca, był aniołem stróżem.

Zaparzyła sobie kawę i popatrzyła w roztargnieniu na zdjęcia na ścianie. Ile razy je oglądała? Dziś jednak dostrzegała na nich coś innego.

Swój samotny los. Samotność.

Bo Naoko zawsze była sama.

7

Naoko Akutagawa, urodzona pod znakiem Zająca, przeszła najpierw przez zwykłe piekło, jakiego doświadczają japońskie dzieci. Surowe wychowanie oparte na biciu pasem, lodowatym prysznicu, pozbawianiu snu i jedzenia… Terror.

Jej ojciec, urodzony w 1944 roku, był wychowywany tak samo. W Europie dyskutowano o dziedziczeniu skłonności do przemocy, uważano, że bite dziecko często samo staje się brutalnym rodzicem. W Japonii mówiono po prostu, że bicie po twarzy jest wskazane. Jej ojciec, profesor historii w Tokio, był tego żywym przykładem.

Do koszmaru w rodzinnym domu dochodził koszmar systemu szkolnego. Musiała być najlepsza w liceum i jednocześnie przygotowywać się do egzaminu konkursowego na uczelnię. Zakres wiedzy był zupełnie inny. Znaczyło to, że Naoko musiała uczyć się zawzięcie nie tylko w dzień, lecz także wieczorami, w weekendy i podczas wakacji. Pod koniec każdego semestru otrzymywała informację o zajmowanym miejscu na liście krajowej, a na koniec roku dowiadywała się, że jest na trzy tysiące dwieście dwudziestym miejscu na tej liście. Że nie ma już szans na najlepsze uniwersytety. Nie było to motywujące.

Mimo to wkuwała. Jeszcze i jeszcze. Bez jednego dnia wakacji. Bez jednej wolnej godziny. Bo musiała jeszcze zaliczyć naukę sztuk walki, kaligrafii, godziny tańca klasycznego, zajęcia praktyczne w szkole… Powtarzać stale w pamięci tysiące kanji, znaków pochodzenia chińskiego, z których każdy posiada wiele znaczeń i może być wymawiany na wiele sposobów. I z pomocą żelaznej samodyscypliny nieustannie należało się doskonalić moralnie i fizycznie.

Jednocześnie — to jeden z licznych paradoksów Japonii — Naoko była rozpieszczana przez matkę. Spała z nią aż do ósmego roku życia. Jako piętnastolatka nie chciała nocować poza domem. Do osiemnastego roku nie podjęła żadnej decyzji bez konsultowania się z mama-san.

Wreszcie, po ukończeniu prywatnego protestanckiego liceum w Jokohamie, Naoko została przyjęta na dobrą uczelnię w tym samym mieście. Przez lata studiów tak często odbywała podróż między Tokio a Jokohamą, że, jak mówiła, ta trasa wpisała się na zawsze w jej krew. Coś z tego odziedziczyły jej dzieci, znające nazwę każdej stacji.

Nie była tak zdolna, żeby studiować medycynę, ale wystarczyło jej uporu, żeby nie zgodzić się na studia prawnicze, jak tego chciał ojciec. Wybrała księgowość, języki i historię sztuki.

W 1995 roku nastąpił w życiu Naoko kolejny zwrot. Pewien fotograf zaczepił ją w metrze i zaproponował próbne zdjęcia. Naoko nie posiadała się ze zdumienia. Miała dwadzieścia lat. Do tej pory nikt nigdy nie wspominał o jej urodzie. W Japonii żadnemu rodzicowi nie przyszłoby na myśl, żeby chwalić za to swoje dziecko. A Naoko była piękna. Naprawdę piękna. Od pierwszej próbnej sesji zdjęciowej codziennie otrzymywała tego potwierdzenia. Przeszła pomyślnie przez pierwsze castingi i zaczęła zarabiać pieniądze, które jej wydawały się niebotyczne. Nie powiedziała o tym rodzicom, kontynuowała studia, oszczędzając po kryjomu, by móc uniezależnić się od ojca. Uciec na zawsze.

Zrozumiała, że jeśli chce zrobić karierę, musi wyjechać. Jej urody nie doceniono by na azjatyckim rynku. W Japonii podobają się Eurazjatki, które nie mają skośnych oczu. Dziewczęta z tego kraju, ale mające coś więcej, coś egzotycznego, ożywiającego…

W wieku dwudziestu trzech lat z dyplomem w kieszeni poleciała do Stanów Zjednoczonych, następnie do Europy — Niemcy, Włochy, Francja… Idealnie pasowała do powszechnego na Zachodzie wyobrażenia o Japonce — gładkie, czarne włosy, wydatne kości policzkowe, mały, lekko zakrzywiony nos.

Pewien fotograf z Mediolanu powiedział jej kiedyś: „Mają delikatność pędzelka, a zarazem ostrość noża do papieru”.

Nie rozumiała, co to znaczy, ale się tym nie przejmowała — pracy nie brakowało, pieniądze płynęły strumieniem. W końcu z powodów czysto finansowych zamieszkała na stałe w Paryżu. Zrealizowała marzenie, ale nie swoje, tylko matki. Oka-san to prawdziwa wielbicielka wszystkiego, co francuskie. Oglądała filmy Nowej Fali, słuchała Salvatore Adamo, czytała Flauberta i Balzaca. Naoko odrabiała lekcje przy dźwiękach piosenki Tombe la neige, musiała obejrzeć dwadzieścia razy Pogardę Jeana-Luca Godarda i znała na pamięć Most Mirabeau Apollinaire’a.

Kontrast między wyidealizowanym przez matkę Paryżem a nieprzyjaznym miastem, w którym przyszło mieszkać Naoko, był zaskakujący. Nie poznawała niczego. Błądziła po brudnych ulicach. Dawała się oszukiwać kierowcom taksówek. Przede wszystkim była zaszokowana arogancją Francuzów. Otwarcie kpili z jej akcentu, nie próbując nigdy pomóc, przerywali jej w pół słowa, mówili przesadnie głośno, zwłaszcza gdy byli innego zdania. Zresztą Francuzi mają zawsze inne zdanie.

W szpitalu Sainte-Anne jest specjalny oddział Paris shokogun (syndrom Paryża). Rocznie setka Japończyków rozczarowanych tym miastem popada w depresję i paranoję. Są tam leczeni, a potem wracają do kraju. Naoko była twarda — dzięki ci, tato — z góry nie wiązała z Paryżem romantycznych nadziei.

Po dwóch latach, kiedy jej francuski stał się do przyjęcia, zrezygnowała z pracy jako modelka — nie znosiła tego zajęcia, tego środowiska. Zajęła się tym, do czego była naprawdę przygotowana — finansami. Najpierw wykonywała na zlecenia audyty dla przedsiębiorstw japońskich lub niemieckich. Potem weszła do poważnej spółki ASSECO. Wreszcie miała zapewnioną przyszłość.

Jedyny problem stanowił seks. Nie godziła się na załatwianie czegokolwiek przez łóżko ani na sypianie z przełożonymi. Poznała ten problem już w świecie mody. W nudnym świecie ekspertyz i finansowych audytów było jeszcze gorzej. Z jasną karnacją i atramentowoczarnymi włosami robiła fantastyczne wrażenie. Miała odpowiednie kwalifikacje do pracy, ale pracodawcy zawsze chcieli od niej czegoś więcej. Czasem odmawiała wprost. Niekiedy pozwalała się uwodzić, ale nigdy nie posuwała się dalej. Rezultat był zawsze taki sam — kiedy pracodawca zdawał sobie sprawę, że nie uzyska tego, czego chce, zwalniał ją.

Takie sytuacje zdarzały się też poza pracą. Pewnego dnia ukradziono jej torebkę. W Japonii kradzieże nie istnieją. Udała się na komisariat. Torebki od Gucciego nie odnaleziono, ale miała spory problem, żeby uwolnić się od porucznika, który zajmował się tą sprawą…

Wszystko się zmieniło, gdy pojawił się Passan.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nic nie rzucało cienia na ich szczęście. Nie mieli wątpliwości, że są dla siebie stworzeni. Passana poznała przez brata. Kiedy przybyła do Paryża, mieszkał już tam starszy od niej o trzy lata Shigeru. Alkoholik w wieku piętnastu lat, uzależniony od heroiny w wieku siedemnastu lat, opuścił dom rodzinny, by zrobić karierę gitarzysty rockowego w Europie. Spędził kilka lat w Londynie, potem zamieszkał w Paryżu. Przez wiele miesięcy nie dawał znaku życia. Pojawił się na nowo w 1997 roku, uwolniony od nałogów, rozpromieniony, tęższy o dziesięć kilogramów. Mówił doskonale po francusku. Otrzymał nawet stanowisko asystenta dyrektora w INALCO — Instytucie Języków Orientalnych w Paryżu.

Naoko nie była zbyt blisko związana z bratem. Jedyne, co ich łączyło, to kilka przykrych wspomnień — garbowanie skóry przez ojca, obelgi pod ich adresem, upokarzanie. Nikt nie ma ochoty spotykać się z kimś, kto widział nas ze spuszczonymi spodniami lub szlochających na progu rodzinnego domu w zimowe wieczory. Mimo to Naoko skontaktowała się z bratem po przyjeździe do Paryża. Pomógł jej znaleźć mieszkanie. Czasami jedli razem lunch albo przychodziła się z nim zobaczyć, kiedy kończył zajęcia na rue de Lille w Siódmej Dzielnicy.

Tam właśnie spotkała Passana, trzydziestodwuletniego funkcjonariusza policji, zafascynowanego Japonią, uczęszczającego regularnie na wieczorne wykłady Shigeru. Od pierwszej wspólnie zjedzonej kolacji, pewnego czwartego listopada, zrozumiała, że ten nieokrzesany policjant jest mężczyzną, jakiego zawsze szukała. Nie było w nim nic z pseudoromantycznego Francuza ani z wielbiciela soi, obsesyjnie odwiedzającego dzielnicę Shibuya.

Dzięki Passanowi dowiedziała się wiele o sobie. Rzecz dziwna, ale uwielbienie, jakie żywił do Japonii, urzekło ją. A przecież już od dawna jej nie interesowały opowieści o samurajach ani kodeks bushidō. Nawet jeśli żałowała, że wraz z rozwojem ekonomicznym kraju zapomniano o tradycjach, a dzisiejsze młode pokolenie nie ma w sobie tyle siły co przodkowie.

I oto odnalazła te wartości w silnym, szorstkim Francuzie. W atlecie o niskim głosie i wciśniętym w źle skrojony garnitur, którego szwy trzeszczały przy każdym wybuchu śmiechu. Passan na swój sposób był samurajem. Człowiekiem oddanym ojczyźnie, tak jak dawni wojownicy byli wierni szogunowi. Sposób mówienia, wygląd, wszystko w nim świadczyło o szlachetności, moralności, które już od pierwszego wejrzenia budziły zaufanie.

I wszystko to było teraz tak odległe…

Dziś się z nim rozwodziła. Już jej nie ochraniał, ale była wolna. Podobno w latach pięćdziesiątych w złotym okresie filmu japońskiego nie korzystano z usług kaskaderów. Z prostego powodu — żaden japoński aktor nie odmówiłby grania sceny akcji w obawie, że straci wiarygodność.

Była gotowa żyć dalej bez dublera.

Spojrzała na zegar na ścianie — siódma czterdzieści. Czas obudzić dzieci.

8

— Jeszcze jednego! Chcę jeszcze jednego rogalika od tatusia!

— Za późno, umyłeś już zęby.

Hiroki powiedział to po francusku, Naoko odpowiedziała mu po japońsku. Zapinała małemu guziki kurtki, klęcząc na podłodze w przedpokoju. Zależało jej bardzo, żeby synowie poznali oba języki. Jednak wpływ szkoły i kolegów sprawiał, że łatwiej im było porozumiewać się po francusku. Stale o tym pamiętała.

— A mój worek na basen?

Odwróciła się do Shinjiego, który stał z kciukami zatkniętymi za paski plecaka. Był poniedziałek. Lekcja pływania. Cholera! Wstała bez słowa i poszła na piętro. Z ręką na kamiennej poręczy wykonała zbyt gwałtowny zakręt i uderzyła biodrem w ostry kant. Zaklęła znowu. Nagle znienawidziła ten betonowy dom pełen kantów.

W pokoju dziecinnym zebrała kąpielówki, obowiązkowy czepek, ręcznik oraz kosmetyczkę z grzebieniem, szamponem i mydłem. Zapakowała to wszystko do nieprzemakalnego worka. Wychodząc z pokoju, spojrzała na zegarek. Ósma piętnaście. Chłopcy powinni już być przed drzwiami szkoły. Dusiła się z gorąca. Twarz miała mokrą od potu. Pomyślała o makijażu. Sprawdzi go potem…

Ósma trzydzieści dwie. Zwolniła przed szkołą Jean-Macé przy rue Carnot. Pędziła jak szalona, niepotrzebnie narażając się na niebezpieczeństwo. Czuła, że nerwy ma napięte jak postronki. Zobaczyła lukę między samochodami zaparkowanymi na chodniku, ale drugi kierowca był szybszy, wyminął ją i się tam wślizgnął.

— Skurwysyn! — krzyknęła.

Shinji wsunął główkę między dwa fotele z przodu.

— Powiedziałaś brzydkie słowo, mamusiu.

— Przepraszam.

Stanęła trochę dalej, na jezdni, zgasiła silnik, włączyła światła awaryjne. Wyskoczyła z auta, by otworzyć tylne drzwi. Co za upał!

— Wysiadać, szybko! — rzuciła po japońsku.

Trzymając chłopców za rączki, pobiegła do wejścia. Ostatnie metry pokonali w szalonym tempie. Pod drzwiami zobaczyła lizaka wystającego z kieszeni Hirokiego.

— A co to takiego?

— Prezent od tatusia! — odpowiedział chłopiec wyzywającym tonem.

— Ty też masz lizaka? — zwróciła się do Shinjiego.

Starszy synek przytaknął jeszcze bardziej zaczepnie.

— Proszę mi je oddać — rozkazała, wyciągając rękę.

Chłopcy wykonali polecenie z naburmuszonymi minami, a ona schowała lizaki do kieszeni.

— Znacie zasady: żadnych cukierków ani lizaków.

— Powiedz to tacie — poskarżył się Shinji.

Naoko ucałowała obu ze ściśniętym sercem i popatrzyła, jak biegną. Widok dwóch tornistrów kołyszących się na ich plecach wzruszył ją. Zadała sobie ponownie pytanie, które dręczyło ją w dzień i w nocy: czy rozwód to na pewno dobry pomysł? Czy te dwa aniołki mają cierpieć przez konflikty ich rodziców? W takich chwilach mówiła sobie, że jej własne życie nie jest najważniejsze.

Wrzuciła lizaki do kosza na śmieci i wróciła do błyszczącego nowością fiata 500. Ruszyła i skupiła myśli na czekającym ją spotkaniu. Miała się zobaczyć z dyrektorem przedsiębiorstwa, którego bankructwo było kwestią zaledwie miesięcy; wystarczyło prześledzić opadającą krzywą wyników finansowych. Jak mu o tym powiedzieć? Jakich użyć słów? Japoński jest językiem złożonym, poza trzema różnymi alfabetami ma wiele poziomów grzeczności — pięter, które stanowią jakby oddzielne dialekty. Ale jak to wygląda w języku francuskim? Czy mówi tym językiem dostatecznie dobrze, żeby jej wyjaśnienia zabrzmiały łagodnie?

Przejechała most Puteaux. Znowu zaczęło lać. Wjechała w Lasek Buloński i w tym momencie drgnęła. Odniosła wrażenie, że jest śledzona. Spojrzała w tylne lusterko, ale nie zauważyła niczego szczególnego. O tej porze ruch był dość duży i samochody przejeżdżały obok niej jak zawsze.

Jechała dalej tak, jak pozwalał na to tłok na jezdni, ani nie przyspieszając, ani nie zwalniając. Zerknęła w tylne lusterko. Nic specjalnego. Przestała myśleć o swoim podejrzeniu i skoncentrowała się ponownie na czekającym ją spotkaniu. Trzeba będzie, jak powiadają Francuzi, załatwić to w rękawiczkach.

Przez Porte Maillot wjechała w avenue de la Grande-Armée. Widok Łuku Triumfalnego jak zawsze podtrzymał ją na duchu. Z biegiem lat pokochała Paryż. Jego brud i piękno. Jego szarość i wielkość. Jego nudziarzy i małe knajpki.

Teraz bez wątpienia należała do tego miasta.

Na dobre i na złe.

9

— Nie rozumiem pana, Passan. Od samego początku zawziął się pan na Guillarda.

Sędzia Ivo Calvini miał mafijne nazwisko i minę inkwizytora. Podłużna twarz porysowana pionowymi zmarszczkami, głęboko osadzone oczy, przenikliwy wzrok, zaciśnięte pogardliwie usta, wyraz rozgoryczenia. Jego uśmiech wydawał się krzywy. Siedział za biurkiem odchylony do tyłu i całą swoją postawą mówił, że nie jest skłonny do dyskusji.

Passan poruszył się na krześle.

— Guillard telefonował do dwóch pierwszych ofiar.

Calvini kartkował akta.

— Nie zamierza pan zrezygnować? Przecież to obsesja! Jeden telefon dwudziestego drugiego stycznia do Audrey Seurat. Drugi do Kariny Bernard czwartego marca. To są pańskie dowody?

— To jedyne nazwisko, które pojawia się w związku z dwiema pierwszymi ofiarami.

— Ale nie przy trzeciej.

— Mógł ją odnaleźć w inny sposób. Nie kontaktował się także z ofiarą tej nocy i…

Sędzia podniósł rękę, by mu przerwać.

— We wszystkich tych wypadkach Guillard nie dzwonił osobiście. To wiemy. Pierwszy telefon pochodził z jednego z jego warsztatów, Alfieri. Drugi z innego warsztatu mechanicznego, Fari. Pańskie dowody to telefony do klientek, wykonane bez wątpienia przez jego pracowników.

Passanowi nie trzeba było przypominać o kruchości jego dowodów. Wyciągając wnioski, opierał się wyłącznie na intuicji. Wiedział jednak, że Akuszerem jest Guillard. Odkąd umieścił tego właściciela warsztatów samochodowych na swojej liście podejrzanych, ani przez chwilę nie miał wątpliwości.

— Nie twierdzę, że kontaktował się z nimi, by je uprzedzić, że zamierza je zabić. Prawdopodobnie zobaczył je na miejscu, w warsztacie.

Calvini przewrócił stronę.

— Nie ma tam swojego biura. Jego siedziba mieści się w trzecim warsztacie, w Aubervilliers, który…

Passan przechylił się nad biurkiem i powiedział podniesionym głosem:

— Poświęciłem tej sprawie prawie cztery miesiące. Guillard bywa we wszystkich warsztatach. Dzięki temu zobaczył te ciężarne kobiety. To nie może być przypadek.

— Oczywiście, że może, i pan wie o tym tak samo dobrze jak ja. Warsztaty znajdują się w La Courneuve i Saint-Denis. Trzy ofiary mieszkają w tych miastach. Zabójca działa w tej strefie. I na tym kończą się zbiegi okoliczności. Równie dobrze mógłby pan podejrzewać strażnika w tamtejszym supermarkecie…

Passan usiadł prosto i zapiął marynarkę. Drżał z zimna. Biuro sędziego charakteryzowała chłodna nienaganność. Metalowe meble, wykładzina o trudnym do ustalenia wieku i kolorze.

Sędzia przedstawiał dalej fakty. Passan nie chciał po raz drugi wyjaśniać, co oznacza dla niego intuicja. Ivo Calvini był człowiekiem o wyjątkowej inteligencji. W wieku pięćdziesięciu lat zaliczał się do najbardziej wpływowych sędziów Sądu Drugiej Instancji w Saint-Denis. Nie miał jednak doświadczenia w terenie. Chłodny umysł, geniusz z dyplomem, rozwiązujący sprawy jak równania matematyczne, bez empatii dla żadnej strony.

Lefebvre, nadkomisarz brygady kryminalnej, mistrz aforyzmów, powiedział kiedyś Passanowi: „Calvini to superinteligentny facet, ale ja nie jestem takim chujem jak on”.

Passan skupił się znowu na słowach gospodarza tego gabinetu.

— Patrick Guillard ma alibi na czas każdego z tych zabójstw.

Passan westchnął. Ile razy można powtarzać te same argumenty?

— Nie znamy nawet daty ani dokładnej godziny tych morderstw — powiedział Calvini.

— Wiemy, kiedy zniknęły te kobiety.

— Powiedzmy. Ale Guillard ma alibi: zeznania jego pracowników.

— To nic nie znaczy. To on jest Akuszerem. Nie mam najmniejszej wątpliwości. Zresztą o czym my tu mówimy? Wie pan, co się wydarzyło tamtej nocy. To panu nie wystarcza?

— Czytałem raport ludzi z brygady kryminalnej. Nie przemawia na pańską korzyść. Czekam na raport od pana.

Passan zasępił się. Spał tylko kilka godzin, a po przebudzeniu przeczytał SMS-a, w którym pilnie wzywano go do Calviniego. Wziął prysznic, ogolił się i wyruszył do departamentu 93 drogą A86, zatłoczoną o tej porze dnia. Musiał jechać zygzakiem z wyjącą syreną na dachu między sznurami samochodów. Jeszcze teraz ten dźwięk rozbrzmiewał mu w uszach.

— Pracujemy razem nad tą sprawą już kilka miesięcy — odezwał się Calvini nieco cieplejszym tonem. — I tylko tyle można powiedzieć, że nie nadajemy na tej samej fali.

— Nie jesteśmy tutaj po to, żeby się przyjaźnić. — Passan natychmiast pożałował tych słów.

Sędzia podawał mu rękę, a on ją odtrącił. Calvini westchnął. Wyjął z segregatora kartkę maszynopisu. Olivier domyślił się, że to dokument dotyczący prowadzonego przez niego śledztwa. Siedział ze skrzyżowanymi ramionami, z podniesionym kołnierzem; cały czas drżał z zimna.

— Na początku maja Patrick Guillard wniósł na pana skargę. Za nękanie go przez policję.

— Kazałem go śledzić.

— W dzień i w nocy. Przez trzy tygodnie. Bez nakazu sądowego. Wsadził go pan do aresztu na dwadzieścia cztery godziny wyłącznie na podstawie przypuszczeń. Przeprowadził pan nielegalne przeszukanie.

— Rutynowe działania.

— W jego prywatnym mieszkaniu?

Passan nie odpowiedział. Poczuł, że jego prawa noga drży. Wydawało mu się, że przyłapał zbrodniarza na gorącym uczynku, a tymczasem wszystko wskazywało na to, że Guillard się wywinie. Wiadomo przecież, że prawo chroni przestępców.

— Rozporządzenie sądu z Saint-Denis, wydane siedemnastego maja, zabrania panu zbliżania się do Patricka Guillarda na odległość mniejszą niż dwieście metrów.

Passan trwał w uporczywym milczeniu.

— Sądziłem więc — perorował Calvini — że zajmie się pan innymi śladami, innymi podejrzanymi. Pomyliłem się.

Jego rozmówca podniósł wzrok. Pora postawić wszystko na jedną kartę.

— Odkryłem nowy fakt.

— Jaki?

— Motyw, jakim kieruje się Guillard. Dlaczego zabija ciężarne kobiety. Dlaczego pali dzieci.

Sędzia uniósł brwi. Dał znak Passanowi, by kontynuował.

— Guillard jest kobietą.

— Słucham?

— Raczej hermafrodytą. Jego kariotyp zawiera parę chromosomów XX. W budowie jego narządów płciowych zapewne występują jakieś anomalie. Nie miałem jednak dostępu do jego dokumentacji medycznej. Ta cholerna tajemnica zawodowa…

— Kazał pan zbadać jego kariotyp? Bez mojej zgody?

Passan poruszył się na krześle. Miał nadzieję, że kiedy sędzia usłyszy tę niespodziewaną informację, nie zwróci uwagi na nielegalne metody, za pomocą których została zdobyta. Nic z tego. Rozzłoszczony Calvini wstał i podszedł do okna; czekał na jego wyjaśnienia.

— Na ciele trzeciej ofiary znaleźliśmy DNA innej osoby. Chciałem je porównać z DNA Guillarda. Nic to nie dało, ale w laboratorium ustalono jego kariotyp.

Calvini wpatrywał się w jakiś tajemniczy punkt w szarości Saint-Denis. Passan zauważył, że lekko drgnęła mu szczęka.

— Jakim sposobem ten element związany z genetyką miałby stanowić mu motyw?