Kaczor po pekińsku - Jacek Pałasiński - ebook

Kaczor po pekińsku ebook

Jacek Pałasiński

0,0
19,90 zł

lub
Opis

Kaczor po pekińsku” to pełen pasji reportaż z krajów, zwanych „azjatyckimi tygrysami”: Indii, Singapuru, Wietnamu i Chin. To książka o zupełnie nowej rzeczywistości globalnej, w której żyjemy już teraz, nie zdając sobie z tego sprawy. Za kilkanaście lat, kiedy brutalną walkę o nośniki energii wygra Azja, Chiny będą pierwszym, a Indie trzecim mocarstwem gospodarczym świata. Już w tej chwili większość operacji ekonomicznych na świecie odbywa się bez jakiegokolwiek udziału państw szeroko pojętego Zachodu. W podobnym trybie zapada coraz więcej globalnych decyzji politycznych.

Kaczor po pekińsku” to książka o tym, jak Zachód z protagonisty – może stać się tylko statystą globalnych rozgrywek, o tym, jak polityka Zachodu, w tym i Polski, rozmija się z nową rzeczywistością, w której dominującą rolę odgrywa Azja - kontynent rosnącego bogactwa, kontynent bez wolności olbrzymi obszar zamieszkany przez 2/3 ludzkości, która nie zaznała ani Odrodzenia, ani Oświecenia.

Jacek Pałasiński, dziennikarz, pisarz, autor setek reportaży, filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych, realizowanych w kilkudziesięciu krajach świata. Przez 30 lat mieszkał we Włoszech.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 249




Jacek Pałasiński
KACZOR PO PEKIŃSKU
eLiteraWarszawa 2020
© Copyright for the text by Jacek Pałasiński, Warszawa 2007
Projekt okładki: Maria Czerniewicz-Pałasińska
Redakcja i korekta: Zespół
Wszelkie prawa zastrzeżone. Publikacja ani jej części nie mogą być w żadnej formie i za pomocą jakichkolwiek dostępnych środków technicznych repredukowane bez zgody właściciela copyright. Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Wydanie pierwsze, elektroniczne Warszawa, 2020
ISBN 978-83-63732-08-0
Wydawca:eLitera s.c.

Z POLSKĄ W GŁOWIE

.

Demokracja prowadzi do dyktatury

Platon

Słabi nigdy nie potrafią przebaczać. Przebaczenie jest cnotą silnych.

Mohandas Karamczand Gandhi

Nie ufaj tym, którzy odczuwają silną potrzebę karania.

Gdzie moralność jest zbyt silna, intelekt umiera.

Chwalą się, że nie kłamią, ale ich niezdolność do kłamstwa jest odległa od miłości prawdy. Strzeżcie się ich (...). Kto nie umie kłamać, nie wie, co to prawda.

Przekonania są niebezpiecznymi wrogami prawdy bardziej niż kłamstwa.

Głupiec ciągnie was na dół, by pokonać was własną bronią.

Friedrich Nietzsche

Strzeż się ludzi pewnych swych racji.

Sokrates

Milczenie Boga każe ludzkim myślom dojrzewać w słowa.

Rabindranath Tagore

.

Kiedyś rozmawiałem z dyrektorem jednej z zagranicznych telewizji: jowialny, tłuściutki i całkiem mądry pan. Siedzieliśmy na lotnisku, czekając kolejną godzinę na samolot, ja – skwaszony, on – pogodny. „Uwielbiam siedzieć na lotnisku – powiedział – po pierwsze to odejście od codziennej biurowej rutyny, a po drugie mogę godzinami patrzeć na ludzi; są tacy ciekawi, tacy pouczający...”. Jakoś mnie nie przekonał.

Niedawno, poszukując w internecie hotelu w Kalifornii, dotarłem – a staram się zawsze to robić – do opinii klientów, którzy już w tym hotelu mieszkali; marketingowe zachęty i najatrakcyjniejsze nawet fotografie kryją niebezpieczne pułapki. I doczytałem się takiej opinii: „Hotel może i dobry, czysty, owszem, personel uprzejmy, ale hotel ma wielką wadę: w holu nie ma gdzie usiąść i oddać się people watching”. People watching! Jedynewatching, o jakim do tamtego momentu słyszałem, to było bird watching. Alepeople watching – to była dla mnie całkowicie nowa kategoria. I dlatego nad komputerowym ekranem przypomniałem sobie rozmowę sprzed kilkunastu lat z tamtym jowialnym, tłuściutkim dyrektorem.

Nie powiem, nie polubiłem wielogodzinnych oczekiwań na lotniskach na przesiadkę, ale kiedy przyjdzie mi czekać, oddaję się właśnie people watching.

Leciałem do Azji z Polską w głowie i pierwszym etapem mojej podróży była Moskwa. Wylądowałem na Szeremietiewie i poczułem, że zmieniłem nie tylko kraj, ale i epokę. Najpierw obszedłem Terminal 2, snując małoduszne refleksje nad sowiecką powierzchownością: terminal okropny, koszmar jak z domu kultury lat siedemdziesiątych, bezsensownie i niewygodnie zaprojektowany, dający od razu poczucie wszechobecnego brudu, mimo kolorowych butików z zachodnimi towarami za nierealnie wysokie ceny.

Ale potem udało mi się znaleźć niewygodną, żelazną ławeczkę; na całym zatłoczonym lotnisku jest ich może ze trzydzieści, może pięćdziesiąt; tak więc część ludzi siedzi na betonowych schodach lub leży pod ścianami na pierwszym piętrze, gdzie restauracja „Taź Mahal” jako egzotyczne danie podaje barszcz i mielonego z kurczaka z kartoflanym purée.

Naprzeciw mnie, na równie niewygodnych, żelaznych ławkach, siadła grupa młodych – ja wiem – trzydziestolatków – dziewczyny o mongolskich twarzach, chłopak – szczupły „kaukazyjczyk” o nieco ciemniejszej karnacji. Nie znali się, lecz po chwili rozmawiali jak starzy przyjaciele. Z rozmowy wynikło, że on jest urzędnikiem ministerstwa finansów – gdzie? Nie zrozumiałem, chyba w Kazachstanie; one – chyba z Uzbekistanu. Oczywiste, że wszyscy byli inteligentami. Między sobą dziewczyny rozmawiały po uzbecku, o ile mogłem zrozumieć, z chłopakiem po rosyjsku i angielsku. Płynnym angielskim, płynnym rosyjskim. Rosyjski nie był dla nich językiem zaborcy, był językiem użytecznym, do porozumiewania się z cudzoziemcami, tak jak angielski dla Skandynawów czy francuski dla Katalończyków. Z równą swobodą mówili po angielsku, co i po rosyjsku.

Nowe kadry nowych państw azjatyckich: żywa inteligencja, brak agresji, wzajemna życzliwość, ciekawość bliźniego. Nowy, przyjazny świat? Dokąd ja jadę?

Jadę do Azji, nowego pępka Ziemi, nowej, globalnej Main Street, krzyżówki najważniejszych szlaków, którymi zwykły się poruszać towary i pieniądze. Jadę poznać nowe stolice naszej planety, te, które zastąpiły już Paryż, Londyn, a powoli zastępują również i Nowy Jork. Poznać świat, który podobno lada dzień uczyni z nas peryferie. Spotkać prawie połowę istot ludzkich, uczących się pilniej niż my, pracujących ciężej niż my, choć za dużo niższe wynagrodzenie... Ludzi, którzy głodni sukcesów, pieniędzy, towarów, dobrobytu, nadziei prą do przodu i zupełnie się na nas nie oglądają. Którzy niedługo nie będą nas do szczęścia potrzebowali. Awangardowych naukowców, uskrzydlonych artystów, sprawnych menedżerów i świetnie kalkulujących polityków... Ludzi, mających naszą przyszłość w swoich rękach, choć nie wszyscy z nas zdają sobie jeszcze z tego sprawę...

Jechałem też zapomnieć o Polsce i jej małostkach. Czy mi się uda? Pewnie nie: Coelum non animum mutant qui trans mare currunt... Niebo, nie duszę, zmieniają, ci co po morzach pływają...

„Ludzie nie potykają się o góry, lecz o kretowiska” – mawiał Konfucjusz.

Bliźnięta tak wiele naryli tych kretowisk, że zapragnąłem gładkiej drogi.

Hmmm, czy aby na pewno znajdę ją w Azji? Czy przeniknę tajemnicę jej niezwykłego sukcesu? Odkryję mechanizm gwałtownej produkcji jej bogactwa? I wreszcie: uda mi się coś z tego przywieźć do Polski tak łaknącej sukcesu, tak łaknącej bogactwa?

Jechałem z jednym pewnikiem, dwoma pytaniami i jedną wątpliwością.

Mój pewnik brzmiał: starcie cywilizacyjne jest nieuniknione. Świat arabski kontra Zachód. Oni za bardzo nas nienawidzą, my jesteśmy zbyt bogaci. Oni przestają potrzebować naszych pieniędzy, my bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy ich ropy. Nie mamy prawdziwych kanałów dialogu: oni sądzą, że znają nas aż za dobrze, my nie chcemy poznać ich, a maksyma mądrego Konfucjusza mówi: „Kto poznaje obce obyczaje, pozbywa się nieufności i nienawiści”.

Pierwsze moje pytanie: Czy po starciu z islamem czeka nas również starcie z potężną cywilizacją azjatycką? Jaki mają do nas stosunek Chińczycy, Japończycy, Hindusi? Czy są szanse na porozumienie, na współpracę, najlepiej przyjacielską, a przynajmniej pokojową i obopólnie opłacalną?

Drugie pytanie wynikało ze spostrzeżenia, że rodzi się w kluczu antyzachodnim sojusz arabsko-azjatycki. Jak bardzo jest zaawansowany? Jest partnerstwem taktycznym czy przymierzem strategicznym? Czy Wschód może zastąpić światu arabskiemu Zachód?

Wątpliwość zaś była następująca: czy wypowiedzieć posłuszeństwo władzy? Wypowiedzieć je, bo szkodzi Polsce, spsia umysły Polaków? Bo niszczy elity, jak pierwszy lepszy cudzoziemski okupant? Jestem przekonany, że bez elit naród jest bezwolny, bez elit niczego nie dokona. Może i mają elity wiele wad, ale i tak są tym, co Polska ma najlepszego.

A może, mimo wszystko, nie powinienem wypowiadać posłuszeństwa, bo lojalność wobec demokratycznie wybranej władzy, choćby nielubianej, jest obowiązkiem obywatela? Ale już Platon zadawał ze wszech miar uzasadnione pytanie: dlaczegóż głupia większość miałaby rządzić mądrą mniejszością? A mądrzy są zawsze w mniejszości...

Ja wiem: posłuszeństwo, cywilna odpowiedzialność wobec państwa, służba mu, to wartości same w sobie. Nie malownicza śmierć w bitwie, nie krótkotrwałe zrywy, ale codzienna służba jest właściwą postawą wobec państwa i społeczeństwa, jest rekompensatą za wysiłek, jaki społeczeństwo podjęło, by cię wykształcić, by cię obronić, by zapewnić tobie i twoim najbliższym pokój, stabilizację i – w miarę możliwości – dobrobyt. Jesteś coś za to winien i zapłać posłuszeństwem.

Na dodatek Konfucjusz mówił, że władzy złej należy służyć równie wiernie jak dobrej, to świetne ćwiczenie cnoty; a w tylu rzeczach kung Fezi – mistrz Fezi – miał rację...

Możesz nie kochać władzy, ale jeśli została demokratycznie wybrana w wolnych wyborach, masz obowiązek zapomnieć o swoich sympatiach politycznych i wykonywać jej polecenia. Winnyś jej lojalność.

Którędy przebiega granica, po której przekroczeniu możemy powiedzieć non possumus? Czy mamy prawo odmówić wykonania rozkazu, zwłaszcza władzy, która została wybrana demokratyczną większością głosów przez resztę społeczeństwa? Czy to prawo przysługuje każdemu, czy też tylko „człowiekowi kosmicznemu”, hinduskiemu Puruszy, nietzschowskiemu übermenschowi, nosicielowi wyższych wartości etycznych i moralnych, mędrcowi, obdarzonemu wyższą od przeciętnej zdolnością rozróżniania dobra i zła, tego, co pożyteczne, od tego, co szkodliwe?

Czy daje nam do tego prawo religia chrześcijańska? Chrystus naucza, że cesarzowi trzeba oddać to, co cesarskie. Święty Paweł dodaje (w liście do Rzymian): „Wszelka władza pochodzi od Boga, tam, gdzie jest władza, przez Boga jest ustanowiona, kto się sprzeciwia władzy, sprzeciwia się Bogu, a buntownicy sami ściągną na siebie potępienie”.

Z drugiej jednak strony, historia dostarcza nam aż zbyt wielu przykładów alienacji władzy, jej degeneracji. Historia pochwala zrywy społeczeństwa przeciwko złej władzy. Powinniśmy zatem być nieposłuszni?

Kto stał na berlińskim murze? Z pewnością człowiek niezwykle posłuszny. Czy lubił ten mur? Jakież to miało znaczenie? Kazano mu stać, więc stał. Patrzył bezwstydnie przez lornetkę na wszystkich podejrzanych osobników po jednej i po drugiej stronie muru. Kiedy zaszła regulaminowa potrzeba – strzelał. Co z tego, że w głębi duszy uważał, że mur nie jest słuszny? Zresztą, nie zadawał sobie takich pytań, a z czasem nawet trochę ten odrobinę niesłuszny mur polubił. Na koniec, w 1989 roku, był nawet przeciwny jego zburzeniu, bo czego miałby od tego dnia pilnować? Mur wszak dawał mu jeść, ba, przydawał sensu jego bytowi!

Gdzie są dzisiaj strażnicy muru? Biorą od zjednoczonych Niemiec emeryturę w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku? Idą do kaufhalle po świeże, pszenne brötchen, mleko i 50 deka rindfleischu, bez wyrzutów sumienia? Rzucają tęsknym okiem na pozostawione „na wieczną rzeczy pamiątkę” resztki muru i czują na plecach dreszczyk sentymentalnej emocji?

Berlin jest dzisiaj miastem wolnym. Dla niektórych nieznośnie wolnym. Wolnym od voposów (pieszczotliwa nazwa volkspolizei – NRD-owskiej policji ludowej), od szpiegów, od knujących generałów, od kaprali kierujących lufy karabinów i czołgów w przechodzących cywili.

Czy to jest stan naturalny? Kilkanaście lat temu wydawało się, że stan naturalny wygląda zupełnie inaczej, bo, naturalnie, w środku miasta, stał sobie mur. I co? Stał sobie, ludzie nie mogli przezeń przechodzić. I co? Przecież to było naturalne. Słońce wstawało o świcie jak co dzień, po obu stronach muru ludzie chodzili do pracy i uczciwie wykonywali swe obowiązki, flirtowali, uprawiali miłość – po jednej stronie w trabantach, po drugiej w garbusach, potem, zadowoleni, często szczęśliwi, szli spać, kiedy słońce zaszło...

Ktoś kiedyś zdecydował się zrujnować tamtą normalność, ku oburzeniu jednych i radości drugich.

Dlaczego? Bo nad murem unosiły się jednak jakieś niezniszczalne, niewypowiedziane wartości? Bo dobro to miasta bez murów? A może mur zwyczajnie przeszkadzał, tamował ruch kołowy, nie pozwalał handlować powidłami, jak Pan Bóg przykazał?

Jak długo Berlin będzie wolny? Czy potrafi żyć z tą swoją niespodziewaną wolnością? Czy wszyscy berlińczycy są szczęśliwi z tą narzuconą wolnością? Może części z nich ona przeszkadza?

Dlaczego takie trudne jest odróżnienie dobra od zła? Po przegranej wojnie pięć landów niemieckich przemieniło mentalność hitlerowską na sowiecką. Dalej żyli wśród zła, służyli złu. Naród da się upodlić bez trudu.

Czy każdy naród, w tym i nasz, ma pokłady podłości? Należy je tylko odkryć? Musi tylko przyjść jakiś polityk podlejszy niż reszta świata, posłużyć za katalizator i wyciągnąć je na światło dzienne?

Czy ludzka, naturalna ludzka podłość nadal mieszka w Berlinie? Czy wystarczy, żeby przyszedł właściwy, a właściwie niewłaściwy człowiek i odkopał od nowa tkwiące w berlińczykach pokłady podłości, żeby znowu normalni ludzie przychodzili na mur jak do „normalnej” pracy, patrzyli na przechodniów przez lornetki i czuli satysfakcję z dobrze wykonanej roboty, kiedy znów wycelują lufy karabinów i czołgów w przechodzących koło muru cywilów?

A jeśli mur to rzeczywiście zło, to czy winę za nie ponosi odległy od Berlina Nikita Chruszczow i jego generałowie? Czy może cała wina spada na pojedynczego voposa, który codziennie, posłusznie stawał na murze z karabinem? Bo gdyby był nieposłuszny, Chruszczów w Moskwie byłby śmiesznym łyskiem, a nie okupantem i okrutnikiem.

Czyżby, jak świat światem, nawoływanie do dobra było najzwyklejszym wołaniem na puszczy?

Kim więc są ci, którzy wchodzą na słup, jak Szymon, by wołać: „Nie bądźcie źli, nie bądźcie podli”?

A może Bóg chciał, byśmy byli podli? Może on sam jest podły, skoro stworzył nas na swój obraz i podobieństwo? Czy człowiek zdobyłby się na taki żart, jaki Bóg zrobił Abrahamowi? Chciał sprawdzić jego ślepą wierność. Ale ślepa wierność niezbyt wysoko stoi w hierarchii ludzkich wartości. To ślepa wierność, posłuszeństwo bywają przyczyną zła.

Pewnie za takie właśnie rozważania ludzi wołających na puszczy pakuje się do klatek. Są mniejszością, dają się we znaki, występują przeciwko czemuś tak dla człowieka naturalnemu jak zło. Nawołują do myślenia, do nieposłuszeństwa, namawiają do rzucania karabinów, do schodzenia z murów... Wołający na puszczy wszystkich krajów łączcie cię!.. Dlaczego nikt nie wpadł jeszcze na pomysł założenia powszechnego sojuszu wołających na puszczy – jeśli nie liczyć papieża, który kilkakrotnie, w imię pokoju, zwoływał do Asyżu kapłanów wszystkich religii?

Po ostatnim spotkaniu z papieżem, bodaj w 2004 r., Dalaj Lama powiedział: „Spotykamy się dość często i żywimy do siebie wzajemny szacunek. Zgadzam się z Janem Pawłem II prawie we wszystkim; to, co nas zasadniczo różni, to drobiazg, to moje przekonanie, że moralność i dobro mogą istnieć również poza religią”.

Dziwne, że papież w to nie wierzył, bo przecież, jeżdżąc po świecie, na każdym kroku można napotkać dowody, że jest moralność poza religią, że była przed nią, będzie i po niej, jeśli religia kiedykolwiek się skończy. Z pewnością jest także moralność poza chrześcijaństwem; przyznaje to sam Ratzinger, choć mu się to nie podoba.

Hej, wojacy! Czy lepiej zabijać, czy zostać zabitym? Z amerykańskich filmów wiecie, że lepiej zabić, niż zostać zabitym, ale to tuzinkowa filozofia z taniego kalendarza.

„Lepiej być krzywdzonym, niż krzywdzącym” – mówi Platon. A i z Ewangelii wiesz, że lepiej umrzeć, niż zabić. Jedno z Przykazań coś, zdaje się, o tym wspomina. Co wybierzesz?

„Zabijaj, bo dając się zabić – a jeśli jesteś dobry, to dasz się zabić – zmniejszysz grono sprawiedliwych, pozwolisz triumfować złu; eliminując złego człowieka, czynisz dobro” – mówią w Hollywood.

„Nie zabijaj: zabijając, sam stajesz się zły i powiększasz grono złych; dopiero wtedy pozwalasz zatriumfować złu”. Nie zabijaj, daj się zabić.

Chrystus dał się zabić, by zatriumfowało dobro.

I jakże chciałoby się, żeby Dawid nie zabijał Goliata. Żeby Biblia nie dawała mu do tego prawa. By Żyd w chwale nie zabijał Filistyńczyka.

Jakże możliwe będzie współżycie z muzułmanami, skoro zamachowcy z Londynu urodzili się i wychowali w Leeds, pośród nas? I żyjąc pośród nas, nauczyli się nas nienawidzić? A jak można współżyć z tymi, którzy nawet nie poznali naszej cywilizacji, ale nienawidzą jej ze wszystkich sił?

Czy stosując Chrystusową zasadę „nadstaw drugi policzek” – możemy zwyciężyć? Choćby za pięćset lat, choćby za tysiąc, czy nasze może być za grobem zwycięstwo?

Czy jakiś muzułmański archeolog za tysiąc lat, odkopując ruiny jakiegoś naszego kościoła, pomyśli o nas z szacunkiem i podziwem, jak my o Hetytach czy Sumerach? Pewnie nie, bo zostałby za to stracony. A może islam wyewoluuje, jak wyewoluowało chrześcijaństwo, może opamięta się i zacznie głosić dobro, odrzuci przemoc, dżihad ograniczy do obowiązku dialektycznego szerzenia słowa Bożego?

A więc starcie cywilizacji?

Moim zdaniem jest nieuniknione, choć inni sądzą inaczej. Uważają, że właściwa linia frontu przebiega wewnątrz państw arabskich. Że to tam trwa walka na śmierć i życie między tymi, którzy pragnęliby dostosować się do otaczającego ich świata i tych, którzy desperacko nie chcą dopuścić go do swoich obyczajów; swojego życia. A my możemy siedzieć i czekać na to, kto zwycięży. Jeśli „partia postępu” – zaoferować pokój i współpracę. Jeśli zwycięży partia Ahmedinedżada – cóż – Si vis pacem – para bellum.

„Konserwatyści skazani są na porażkę – mówią niektórzy znawcy. – Al-Dżazira może jątrzyć, ile chce, ale każdy obraz zachodniego świata nadany przez telewizję wywoła wcześniej czy później w umysłach telewidzów porównania, z których tradycja arabska musi wyjść pokonana”.

Jeszcze inni uważają, że wpływ religii, oderwanie od doczesności, zapalczywość i brak elementarnego pragmatyzmu w świecie arabskim przeważą jednak nad zwolennikami liberalnych nowinek.

Swoją drogą zaskakujące, ilu wrogów ma liberalizm. Czy są sprzymierzeńcami, bliźniacy z Ahmedinedżadem, z Łukaszenką, zgodnie z zasadą „wróg mego wroga jest moim sojusznikiem”?

Dubaj jest przykładem, że tam, gdzie Zachód pokojowo spotyka się ze Wschodem, panuje pokój i dobrobyt. Ale przez banki dubajskie przechodzi mnóstwo pieniędzy przeznaczonych dla al-Kaidy i innych grup terrorystycznych. Takie to już sprzeczności. Z jednej strony w dubajskich świetnie zaopatrzonych supermarketach są i non-muslim corners, w których można dostać i alkohol, i nawet wieprzowinę, a z drugiej – umma jestumma i muzułmanom, uważającym za swój obowiązek zniszczenie Zachodu, należy pomagać. Wyjaśniam: umma to wspólnota wszystkich muzułmanów; każdy prawdziwy wierny powinien dążyć do przekształcenia świata w jedno państwo rządzone szariją, prawem koranicznym.

„Pozostawiając Arabom jeszcze trochę czasu, damy im szansę dołączyć do cywilizowanego świata – mówią optymiści. – Coraz powszechniejsze wykształcenie, postępująca globalizacja i przede wszystkim szansa na rozwój, która tkwi w wejściu do światowego systemu współpracy gospodarczej, przekonają nawet najoporniejszych, że czas skończyć z władzą radykalnych imamów. Jordania, Maroko, Egipt, stosując z powodzeniem te zasady, czynią dialog i współżycie możliwym”.

„Liberalne, umiarkowane idee nie mają szansy przebić się przez pokłady coraz powszechniejszego wykształcenia wyznawców islamu – mówią pesymiści – muszą zderzyć się z koncepcją dżihadu i rozpowszechnioną nienawiścią do świata zachodniego, potrafiącego muzułmanów wyłącznie poniżać”.

Na dwadzieścia dwa państwa Ligi Arabskiej na palcach jednej ręki można policzyć te, które mają legitymizację demokratyczną. Zazwyczaj są to nieco operetkowe monarchie, w których monarcha ma takie samo prawo do panowania, jak każdy inny Beduin. Struktury państwowe są w opłakanym stanie i polecenie wydane w stolicy ma takie samo znaczenie na peryferiach jak podmuch pustynnego wiatru.

Ale może nawet nie to jest największym problemem świata arabskiego. Największy dramat polega na tym, że Arabowie nie wiedzą, co to rozdział religii (bo przecież nie Kościoła) od państwa.

Był czas, kiedy my, chrześcijanie, też tego nie wiedzieliśmy. Aby tę zasadę wprowadzić, potrzebne były całe stulecia wojen i wzajemnych masakr, potrzebna była i Noc Świętego Bartłomieja, i brutalne prześladowania Kościoła za czasów Józefa I w Portugalii i Napoleona w reszcie Europy. Złożyliśmy ogromną daninę krwi, ale oddaliliśmy – no, może nieco oddaliliśmy – perspektywę wojny religijnej. Nasze europejskie świeckie rządy mogą rozmawiać po przyjacielsku, mimo dzielących nasze narody różnic religijnych.

Z Arabami jest inaczej. Państwo i islam to jedno, nie ma między nimi żadnego rozróżnienia, islam występuje w imię państwa, a państwo w imię islamu, Koran jest konstytucją, kodeksem karnym i ideologią. Tam, gdzie państwo próbuje ewoluować w kierunku świeckim, dochodzi do wojny domowej i nieskończonych masakr, jak w dzisiejszym Iraku, jak we wczorajszej Algierii i jak w jutrzejszym Egipcie.

Ale to prawda, że główny front wojny cywilizacji przechodzi przez społeczeństwa arabskie. I właściwie wielkim szczęściem Arabów jest to, że mają Izrael i Zachód za wrogów. Nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Gdyby wspólny wróg zaniknął, świat arabski pogrążyłby się w długim chaosie wojen domowych, dokładnie takich, jakie teraz mają miejsce w Iraku. Dopóki rządził znienawidzony Saddam Hussajn, całe to sztuczne państwo trzymało się razem, zjednoczone przez wspólnego wroga. Gdy Amerykanie złapali go i postawili przed sądem, nie mija dzień, by sunnici nie rżnęli się z szyitami, zwolennicy jednego imama ze zwolennikami innego, zwolennicy świeckiego postępu ze zwolennikami powrotu do religijnej przeszłości...

„Zawsze i wszędzie szukaj ludzi uczonych, uczących się, słuchających i kochających wiedzę. Zginiesz, jeśli nie będziesz piątym wśród tych czterech ludzi” – powiedział Mahomet. Choć sam był analfabetą.

Jak bardzo ludzie potrzebują wroga? Czy nienawiść jest naturalną, atawistyczną potrzebą każdego człowieka? I czy tym można wytłumaczyć powodzenie islamu i jego przewagę nad chrześcijaństwem? W Afryce, w Azji, oparte zazwyczaj na miłości bliźniego, nadstawianiu drugiego policzka i darowaniu win chrześcijaństwo jest w odwrocie, hojnie szafujący nienawiścią islam triumfuje, zdobywa coraz to nowych wyznawców i zwolenników. To oczywiście uproszczenie; w Koranie są też nakazy miłowania bliźniego, ale jest i zasada dżihadu, która nie sprowadza się, wbrew utartemu przekonaniu, tylko do świętej wojny, ale i do obowiązku aktywnego, ba, agresywnego prozelityzmu. Dokładnie tak, jak chrześcijaństwo na przełomie ubiegłych tysiącleci i jeszcze długo, długo później, dziś islam postrzega sedno swej misji w pozyskiwaniu wiernych. Święty Franciszek Ksawery w samej tylko okolicy hinduskiego miasta Goa zniszczył pięćset dwadzieścia pięć świątyń niechrześcijańskich, a mimo to pozostaje w areopagu naszych świętych, jest obiektem kultu, wzorem do naśladowania i adresatem modłów. Islam też ma swoich Franciszków Ksawerych; obiektywnie rzecz biorąc, nie mamy moralnego prawa mieć mu tego za złe.

Jak bardzo emocje zaćmiewają rozum? Jak nad nimi zapanować? A może nie warto, to przecież siła natury? Powinniśmy poddać się temu, co nieuniknione, co w nas boskie, co od naszego ułomnego, ludzkiego rozumu niezależne? A może Anglicy mają tego świadomość i dlatego od maleńkości uczą panować nad emocjami? Z różnym zresztą skutkiem?

Ale życie bez emocji byłoby jak smażone kanie bez soli. Poezja byłaby mdła, wszak poeci opiewają głównie emocje, szczególnie chętnie te, które towarzyszą napięciu erotycznemu.

Czy można podzielić emocje na pozytywne i negatywne?

I w ogóle: czy coś powstałego bez udziału rozumu może mieć kwalifikację moralną? Kodeksy karne są dowodem na to, że tak, że człowiek winien zawsze, we wszystkich okolicznościach udzielać pierwszeństwa rozumowi nad emocjami. Afekt może być co najwyżej okolicznością łagodzącą zbrodni i to tylko niektórych. Skoro kodeksy narzucają nam taką gloryfikację rozumu, jego wyższość nad emocjami, czyż nie pora, by wyprać nasze człowieczeństwo z emocji?

A dharma, hinduskie życie w harmonii i sprawiedliwości, czyż nie jest gloryfikacją rozumu? Czyż od oddania ciosu nie jest lepsze wymagające zapanowania nad emocją nadstawienie drugiego policzka? A pięć reguł Konfucjusza: prawość, sprawiedliwość, lojalność, altruizm, człowieczeństwo? Jest w nich miejsce na emocje?

Jako się rzekło, jedną z głównych reguł islamu jest dżihad, obowiązek szerzenia muzułmańskich prawd, przez dwadzieścia dwa lata objawianych przez Allaha Mahometowi, szerzenia w pewnych okolicznościach z bronią w ręku. Może to politycznie niepoprawne, ale ta zasada zawiera jednak w sobie nietolerancję w stosunku do przedstawicieli innych religii. Obiektywnie zawiera więc ziarno nienawiści.

Islam rozprzestrzenia się na wszystkich kontynentach, chrześcijaństwo zdaje się być w odwrocie.

Islamska nienawiść okazuje się nośniejsza od Chrystusowej miłości?

Ktoś się pofatygował i przysłał mi internetem wszystkie cytaty z Koranu, w których można się doszukać nawoływań do przemocy. Jest tego ze dwadzieścia stron, korpusem dwanaście. Czytając całość, nie zwróciłem dotąd uwagi, że jest ich tak dużo.

Nasza Biblia ma passusy równie „politycznie niepoprawne”. My, jeszcze całkiem niedawno, także szerzyliśmy ogniem i mieczem Słowo Boże. Przemocą nawróciliśmy całe kontynenty: obie Ameryki i Afrykę, fragmenty Azji, australijskich tubylców, mieszkańców Oceanii. Krew lała się strumieniami, ogrom zniszczeń był bodaj jeszcze większy od tych, jakich dokonują dziś muzułmanie. Nie wszyscy, tylko ci pobożniejsi...

Nasze moralne prawo do pouczania muzułmanów o tym, co dobre, a co złe, przy szerzeniu własnej wizji Boga i świata jest raczej wątpliwe. A argument: „Tak, ale my mieliśmy rację, bo wierzymy w słusznego Boga, a oni nie” nie wytrzymuje analizy logicznej.

Skoro niemal wszystkie państwa Ligi Arabskiej mają tak archaiczną strukturę władzy, to jaka władza najlepiej przystaje do społeczeństw arabskich na obecnym etapie ich rozwoju? Demokracja? Być może, nie wiadomo, nie było precedensu. Na razie, jak wszędzie w Azji, te kilka krajów z Ligi Arabskiej, które jako tako funkcjonują, ma bardzo silną władzę centralną, skupioną wokół pojedynczego monarchy – jest tak w przypadku Maroka czy Jordanii – lub prezydenta, w Egipcie. Wszelkie próby demokratyzacji, liberalizacji, czy chociażby popuszczenia wodzów, kończą się chaosem i wojną domową, jak w Iraku, Algierii czy, swojego czasu, w Jordanii.

Tak więc może uwagi różnych pięknoduchów, że Europa nie tylko utrzymuje kontakty, ale wręcz popiera autorytarne reżimy arabskie, są zupełnie nie na miejscu? Biedni intelektualiści arabscy, zwłaszcza egipscy: i ja poświęcam ich wolność słowa i sumienia na ołtarzu „spokoju”, governability, pokojowej koegzystencji... Niestety, gdy domagają się wolności słowa i demokratyzacji scentralizowanego i represyjnego systemu prezydenta Mubaraka, działają na korzyść Bractwa Muzułmańskiego i innych integrystycznych organizacji islamskich. Zachód uznał, że cena wolności garstki egipskiej elity nie jest zbyt wygórowana, w zamian za utrzymanie z dala od władzy oszalałych ekstremistów islamskich. Tak jak my staramy się trzymać z dala od władzy oszalałych ekstremistów katolickich. A przynajmniej niektórzy z nas.

Ale to wszystko część ogólniejszej dyskusji na temat tego, czy demokracja jest najwłaściwszym ustrojem politycznym dla krajów Trzeciego Świata. Polityczna poprawność każe odpowiadać, że oczywiście, demokracja jest dobra dla wszystkich, ale znawcy problematyki trzecioświatowej twierdzą po cichu, że nie; że na razie państwa te muszą zdobyć elementarne środki do życia, odpowiedni stopień rozwoju, a tego nie da się dokonać w ustroju demokratycznym. Ryszard Kapuściński pisze wręcz, że demokracja sprawdza się tylko tam, gdzie są dojrzałe społeczeństwa. Można próbować pójść drogą socjalizmu, jak niegdyś Egipt, Irak czy Syria, zresztą prawie wszystkie kraje arabskie w bliższej lub dalszej przeszłości mają za sobą flirt z socjalizmem. Nie zdał egzaminu, więc powrócono do jedynego, który funkcjonuje: reżimu autorytarnego.

Doskonale wykształcony, mądry i kulturalny król Jordanii Abdullah, balansujący pomiędzy demokracją a autorytaryzmem, choć cieszy się nieograniczonym poparciem Stanów Zjednoczonych, nie wyprowadził, jak dotąd, swego kraju z zacofania. Znajdujące się na drodze sensacyjnych wprost przemian liberalnych Maroko nie może się jednak przebić do Europy z przekazem „musicie nam pomóc, inaczej z naszych reform w każdej chwili mogą być nici”. Teraz król Mohammed VI liczy na Chiny. Podczas kwietniowej wizyty w tym kraju prezydent Hu Dźinczao (tak należy czytać w putonghua, języku mandaryńskim, nazwisko i imię chińskiego prezydenta, znanego w angielskiej pisowni jako Hu Jintao) zapowiedział przekształcenie Maroka w rodzaj wysuniętego przyczółka Chin w najbliższym zapleczu Europy. Może poskutkować, bo Chińczycy w swych obietnicach są o wiele bardziej poważni od Europejczyków. Każdy nie-Europejczyk jest poważniejszy od Europejczyka. Spytajcie kogokolwiek spoza Europy.

W krajach UE toczą się ostre dyskusje na temat celowości przyjęcia do Unii Turcji. „Bo to, po pierwsze, kraj azjatycki, po drugie – muzułmański, a po trzecie – tak ludny, że sami Turcy będą stanowić prawie 20% ludności UE i te proporcje będą się tylko zmieniać na niekorzyść nierozmnażającego się Zachodu”.

Te małoduszne dyskusje wskazują, że nasze szanse na przetrwanie są jednak znikome. Jak można nie pojmować, że przekształcona w świeckie państwo przez Atatürka Turcja nie będzie koniem trojańskim islamu w Europie, lecz koniem trojańskim Zachodu w świecie islamu? Że dla bin Ladena i dla wszystkich innych islamskich ekstremistów liberalne rządy islamskie są o wiele większym wrogiem, niż najbardziej nawet nieprzyjazne im kraje zachodnie? Kto, jeśli nie Turcja, może stać się nadzwyczajnym mediatorem we wszystkich (a jest ich wiele) kwestiach spornych między Zachodem a światem arabskim? Że zwalczając terrorystów i ekstremistów islamskich, Turcja robi nam niewiarygodną, nieocenioną wprost przysługę?

Z Arabami można walczyć, można nawet wygrywać, Izrael dowiódł tego kilka razy. Tyle, że to niczego nie zmienia, po wojnach stajemy w obliczu tych samych problemów, tylko o wiele bardziej nabrzmiałych. Po wojnach nienawiść nie znika, tylko wzrasta, wzrasta żądza zemsty, a ekstremizm odradza się prędzej niż głowy hydry.

Jak rozwiązać wszystkie azjatyckie kryzysy: Afganistan, Korea Północna, Mianmar, Bliski Wschód... Jak bez wojny powstrzymać Iran od produkcji bomby atomowej, którą – nie możemy mieć co do tego wątpliwości – wcześniej czy później zrzuci nam na głowy? Odebrać Korei Północnej chęć produkcji rakiet dalekiego zasięgu z nuklearnymi głowicami na czubku? Te pytania spędzają sen z powiek dyplomatom wielkich mocarstw i nikt nie znalazł jeszcze na nie dobrej odpowiedzi. Bombardować? Pertraktować?

A kto powiedział, że wszystkie kryzysy musimy rozwiązywać właśnie my? Obraziliśmy się na Afrykę, że wygnała nas, kolonialistów. Konflikty trwały tak długo, że Afryka musiała sama sobie wynaleźć własne kontyngenty rozjemcze, które z większym lub mniejszym powodzeniem rozładowują tamtejsze kryzysy. Może czas, by wziął się za to również ASEAN lub inna skupiająca państwa azjatyckie organizacja międzynarodowa?

To jednak marzenia ściętej głowy: Wschód, zajęty swoimi problemami, nie będzie szukać nowych, a Zachód nie zrezygnuje z obszarów, na których występuje ropa naftowa, ani też tych, przez które mogą przebiegać rurociągi. Zachód na razie zdolny jest wygrać jeszcze każdą wojnę. To, co może go zabić, to porządny kryzys energetyczny.

A poza tym, co tu dużo gadać: jeśli Warszawa potrzebuje straży miejskiej (rzecz w całości do dowiedzenia), to świat potrzebuje żandarma. Dzisiaj tę rolę spełnia Zachód i wcale mu z tym nie jest wygodnie. Z jednej strony chcielibyśmy, by ktoś inny zdjął nam z głowy część obowiązków, a z drugiej boimy się, że ten ktoś zażąda za to przywilejów, takich samych, jakimi cieszymy się dzisiaj my, chociażby w dostępie do złóż ropy naftowej z daleka, z bardzo daleka od naszych domów.

A w ogóle, to cała ta wolność jest mocno przereklamowana. Śpiewamy o niej w narodowych hymnach i ogniskowych przyśpiewkach, recytujemy wykute na pamięć poematy wieszczów, ale w gruncie rzeczy między wolnością a korytem najczęściej wybieramy koryto. Tak jak wybrali mieszkańcy Singapuru, którzy koryta mają w bród, a wolności jak na lekarstwo.

Tak wybrali mieszkańcy Sajgonu, rządzeni przez jedynie słuszną partię komunistyczną: dochód na głowę mieszkańca w Ho Chi Minh City wynosi 2 tysiące amerykańskich dolarów rocznie i wydaje się, że jest to cena, za którą bez specjalnych skrupułów przehandlowali swoją wolność.

Być może zresztą wystarczy połowa tej kwoty: tyle zarabiają Pekińczycy, którzy klaskali, kiedy czołgi miażdżyły gąsienicami dwa tysiące domagających się wolności studentów na placu Bramy Niebiańskiego Spokoju. Dziś nie mają ani odrobiny wolności więcej niż 4 czerwca 1989 roku, ale za to mają samochody. Po co im wolność?

A już zupełnie nie dbają o wolność mieszkańcy Szanghaju, gdzie roczny zarobek na głowę mieszkańca dochodzi do 5 tysięcy amerykańskich dolarów i gdzie 10% mieszkańców kontroluje 90% bogactwa...

Ileż wątpliwości może towarzyszyć jednemu, podróżującemu człowiekowi?

W SZPONACH DOBROBYTU

.

Im więcej ustaw i przepisów, tym więcej przestępstw.

Im mniej rządzi władca, tym lepiej powodzi się narodowi.

Lao-Tsy

Dzień dzisiejszy to jutro, które wczoraj lekceważyli źli ekonomiści.

Henry Hazlitt

By wszyscy byli bogaci, bogatym trzeba dać dwa razy więcej niż biednym.

Li Kuan Jeł

.

Opowiemy tu o zdrajcy, który zajmował bardzo wysokie stanowisko w państwie. Dziś jest już stary, ale jego opinie nadal mają decydujący wpływ na losy kraju.

Mało kto wie, że w młodości pracował dla okupanta. Pracował w miejscu najobrzydliwszym, bo w wydziale propagandy; jego zadaniem było przekonywanie podbitych, upokorzonych i brutalizowanych rodaków do współpracy z najeźdźcą. Kto przypomina mu tamten epizod, słyszy w odpowiedzi sugestię, że pracował tam tylko po to, by przekazywać informacje wywiadowi brytyjskiemu. I fakt, że równolegle zajmował się czarnorynkowym handlem, przemytem i spekulacją, jest w tym kontekście drugoplanowy.

Po wojnie nie był weryfikowany; może był zbyt młody i zbyt mało znaczący, by należało uważać ów kolaboracjonizm za coś wołającego o pomstę.

Trzeba przyznać, że był szaleńczo zdolny. Po wyzwoleniu poświęcił się studiom, które ukończył ze szczególnym wyróżnieniem. Już wówczas wyraźnie odstawał od otoczenia. „Żaden człowiek nie jest wyspą” – powtarzał, ale tak naprawdę to wokół niego było morze przeciętności, której nie znosił i którą do dzisiaj pogardza.