Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Kącik zagubionych serc ebook

Magdalena Trubowicz

4.22222222222222 (9)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kącik zagubionych serc - Magdalena Trubowicz

Kogo dosięgnie strzała kupidyna?

 

Można by pomyśleć, że w erze portali społecznościowych i e-randek nikt już nie korzysta z usług biur matrymonialnych. A jednak!

 

Wanda ma 42 lata i właśnie przyłapała swojego męża z kochanką. To już jej drugie małżeństwo, a przez ostatnie dwadzieścia lat tkwiła jako kura domowa i opiekunka prawie już 16-letniego syna.

 

Trzeba powiedzieć dość! Czas na zmiany!

 

Kobieta zaczyna pracę w biurze matrymonialnym „Kupidyn w spódnicy”, którego właścicielka niespodziewanie umiera, a Wandzie nie pozostaje nic innego tylko przejąć biuro. Nowa droga życia okaże się przekleństwem czy wybawieniem? Ile złamanych serc uda się jej naprawić? I czy ją samą dosięgnie strzała kupidyna?

 

Pierwsza odsłona humorystycznej serii obyczajowej, przy której śmiać się będziecie do rozpuku roniąc przy tym niejedną łzę.

Opinie o ebooku Kącik zagubionych serc - Magdalena Trubowicz

Fragment ebooka Kącik zagubionych serc - Magdalena Trubowicz

Copyright © Magdalena Trubowicz, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce:

© Evgenia Chernisheva | Depositphotos.com

© Andrey Kuzmin | Depositphotos.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-750-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Bez jednej choćby rany, to jeszcze nie miłość

ks. Jan Twardowski

Legnica 2016

Wspaniałym kobietkom – trzem Magdom i Malwinie,

w podziękowaniu za niezwykłą przyjaźń.

– Och, ach… Ała… Och… Och! Uch! Tak, tak, tak!

– Kuba? – Skwasiłam się już na progu, słysząc odgłosy dochodzące zza drzwi.

Nie pierwszy raz szczerze ucieszyłam się, że mieszkamy w domku jednorodzinnym na dość dużej działce. Wystarczająco dużej, by sąsiedzi nie słyszeli kłótni, wrzasków… czy choćby takich odgłosów jak te teraz.

– Och, och! No weź! Aaa… Och, ach… Uuu!

– Kuba?! – zawołałam jeszcze raz. – Niech to szlag! – mruknęłam pod nosem.

Czyżby mój dorastający syn znów edukował się z wychowania seksualnego w Internecie? Na Boga, czy on nie słyszał brzęku kluczy? Trzasku drzwi?

Odłożyłam torebkę na komodę i odwróciłam się do drzwi z zamiarem ponownego ich otwarcia i ostentacyjnego zamknięcia. Co jak co, ale nie miałam zamiaru złapać syna na gorącym uczynku. Może dla niego to nie byłoby nic wielkiego, ale dla mnie? Chyba spaliłabym się ze wstydu! Wiadomo to, czy tylko ogląda? Czy może jednak nie jest sam?

Westchnęłam ciężko. Kuba dorastał zdecydowanie za szybko. Mimo że miał już prawie szesnaście lat, wciąż trudno było mi pogodzić się z myślą, że już niedługo nie będę najważniejszą kobietą w jego życiu, a przyjemność będą mu sprawiać inne rzeczy niż wyjście z matką do kina czy solidny schabowy, oczywiście koniecznie w moim wykonaniu – jego matki. No właśnie…

– Och… Och! Aaaaaachhh! Tak, tak! Dochodzę!

– Boże najmilejszy, nie zdzierżę tego – warknęłam.

Nacisnęłam na klamkę, otwarłam drzwi i stanęłam jak wryta. Kuba nerwowo szukał czegoś w plecaku.

– Co ty tu robisz? – spytaliśmy się w jednym momencie.

Zmierzyliśmy się wzrokiem i podążyliśmy spojrzeniami w kierunku, z którego dochodziły jęki i odgłosy łóżkowej ekstazy.

– Powiedz, że zostawiłeś włączony komputer – szepnęłam błagalnie, kiedy skradaliśmy się po schodach.

Kuba pokręcił przecząco głową i posmutniał, najwyraźniej przeczuwając dalszy rozwój sytuacji. Po chwili staliśmy przed drzwiami sypialni, szturchając się wzajemnie i zmuszając do wejścia.

– Nie mogę…. – westchnęłam i osunęłam się po drzwiach.

– Co to było?! – Rozległ się kobiecy głos. – Mówiłeś, że jesteś sam!

Kuba stał z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami i nasłuchiwał. Zdawało się, że zidentyfikował ofiarę.

– Sam jestem. – Andrzej zarechotał. – Kuba jest w szkole, a Wanda dostała kieszonkowe i pewnie biega po sklepach. Ona jedzie do galerii od razu, choćby dostała tylko stówkę jałmużny! – Zachichotał. – A teraz dałem jej ich aż pięć, to sobie jeszcze chwilę pobrykamy – dodał. Rozległy się kolejne chichoty i mlaskanie.

– Och, misiu, jaki jesteś gorący! Mraauuu….

– Niedobrze mi – warknął Kuba i pchnął drzwi, z impetem wpadając do pokoju.

– Kuba? Wanda? – Andrzej wyskoczył z łóżka jak poparzony, chwytając w pośpiechu prześcieradło i okrywając nim swoją nagość.

Leżąca na łóżku młoda dziewczyna nakryła się kołdrą po czubek głowy, chyba wierząc, że nikt nie zdołał jej zauważyć.

– Mówiłeś, że jesteś sam – jęknęła po chwili.

– Tato? Druhna drużynowa Katarzyna? – Kuba złapał się za buzię i pobiegł do toalety, by zwymiotować.

– Andrzej? Ty? Z tą gówniarą? – Złapałam się pod boki, gotowa do ataku.

– To nie tak jak myślisz, kochanie! – próbował się ratować Andrzej.

– Chcesz mi powiedzieć, że pobierasz nauki od tej miłej pani, szykując się na naszą kolejną rocznicę ślubu? – Zaśmiałam się nerwowo.

– Andrzej, ja się tu uduszę pod tą kołdrą – jęczała dziewczyna.

– To się odkryj, na Boga, przecież i tak cię widzieli! – warknął.

– Ale ja tak nie mogę…

– Jeszcze przed chwilą całkiem nieźle ci szło – rzuciłam poirytowana.

Jakby to, czy druhna Katarzyna znajduje się pod kołdrą, czy na kołdrze, było w tej chwili największym problemem.

– Kochanie, porozmawiajmy… – błagał Andrzej.

– Chyba już nie mamy o czym – powiedziałam oschle, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam. – Kubuś, kochanie, wszystko w porządku? Czekam na ciebie na dole.

– Poszła już? – krzyknął zza drzwi łazienki.

– Nie, to my wychodzimy.

To ja – Wanda. Wysoka, szczupła i ponoć niebrzydka rozwódka. Podwójna rozwódka. Piszę to i przypomina mi się taki spot telewizyjny: „Mówię po polsku! A jaka jest twoja supermoc?”.

Ja jestem rozwódką – podwójną. I napisałam to właśnie drugi raz. To tak dla podkreślenia mojej wyjątkowości. Albo dla upewnienia się, że wszyscy, którzy do tej pory nie uciekli, zrozumieli mój przekaz i są tu dobrowolnie.

Po pierwszym rozwodzie wydawało mi się, że to był wypadek przy pracy. A może jednak przy zabawie? Bo jeśli ktoś potajemnie wychodzi za mąż dwa dni po osiemnastych urodzinach, za ponoć największą miłość swojego życia – to raczej jest jeszcze na placu zabaw.

Ile mi zajęło, by to zrozumieć? Niecały rok. Mniej więcej tyle czasu największa miłość mojego życia, Michał, potrzebowała, by odnaleźć największą miłość swojego życia. Oczywiście łapiecie, że nie chodzi o mnie? Wtedy chodziło o Bogusię z czwartej ce. Chociaż z tego co wiem, ona również po kilku latach znalazła największą miłość swojego życia. Uściślę, że nie był to Michał.

Tak siedzę nad kubkiem kawy i myślę sobie, że ten mechanizm odnajdywania największych miłości w życiu chyba ciągle działa. W końcu właśnie kilka tygodni temu przyłapałam mojego męża, Andrzeja, w łóżku z druhną drużynową Kaśką. Kobietą opiekującą się zastępem, do którego należał nasz syn, Jakub… I wyobraźcie sobie, że oni oboje też zapewniali mnie, że to jakoby największa miłość w ich życiu. Dacie wiarę?

– Co chcesz na śniadanie? – pytam mojego syna, który właśnie wszedł do kuchni.

Pewnie znów i tak mi nie odpowie. Zrobię jego ulubione kanapki. Nie odzywa się, odkąd stało się TO. W końcu to był jego ojciec i jego druhna drużynowa, z już byłej drużyny. Sami rozumiecie, że Kuba musiał opuścić szeregi harcerzy. To znaczy nikt go nie zmuszał, to była raczej kwestia honorowa. Czy dlatego się nie odzywa? Nie, chyba chodzi coś więcej. W końcu w geście obrazy i solidarności z poszkodowaną przez życie matką porzucił ekskluzywnie urządzony pokój w dwustumetrowym domu, otrzymując w zamian izbę wielkości schowka na miotły, w małej klitce pośrodku szarego blokowiska. W dodatku zwykle marudząca matka, czyli ja, zrzędzi dwa razy więcej, a biedak nie ma gdzie się schować. Więc sobie umyślił młodzieńczy bunt, wyrażany milczeniem. Boże, jak mnie to wkurzało! Chciałabym, by mi pyskował, sprzeciwiał się, tupał nogą. A on milczał. Zawsze był uparty i taki podobny do swojego ojca.

– Chciałbym pojechać z chłopakami nad jezioro na kilka dni.

Jednak są powody, dla których przerywa się zmowę milczenia.

– Gdzie? Jak? Z kim? Po co? – rzuciłam serię pytań.

Może i byłam podwójną rozwódką, w dodatku w kompletnej rozsypce, ale pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy. Grypa, zwolnienie z pracy, pierwsze zmarszczki, zdrada męża – żaden kataklizm nigdy nie zdoła uśpić czujności nadopiekuńczej matki.

– Mamo… – Popatrzył na mnie z wyrzutem.

– No dobra, ile potrzebujesz? – Uniosłam ręce w geście poddania.

Andrzejowi ufałam bezgranicznie i mnie oszukał. Kubie nigdy nie ufam, a zawsze jest wobec mnie w porządku. Prosty rachunek – młody ma swoje życie, swoje sprawy i niech jedzie. Już wystarczy, że odszedł z harcerstwa.

– No… Jakiś tysiąc… – szepnął niewinnie, błądząc wzrokiem gdzieś w okolicy naszej nowej lodówki.

– Ile? – krzyknęłam, łapiąc się za głowę. – Wiesz, że krucho u mnie z kasą! – zajęczałam żałośnie.

Co prawda zostały mi jakieś resztki pieniędzy ze sprzedaży auta i lada dzień powinny już spływać alimenty, ale to i tak kropla w morzu. I tak żyliśmy już w skrajnych – by nie powiedzieć: nędznych – warunkach. Cholera, miałam tylko jeden krem pod oczy i stosowałam go tak na dzień, jak i na noc!

– A kasa za auto? – dopomniał się mój pierworodny.

– Pieniędzmi ze sprzedaży auta opłaciłam pół roku wynajmu naszego nowego królestwa. I odgrzybianie go, odpchlenie, odrobaczanie i pełną dezynfekcję. Chociaż wciąż czuję tu obecność byłych lokatorów. Zostały jakieś dwie stówki, ale musimy coś jeść – westchnęłam żałośnie.

– Może dlatego, że oboje nie żyją, a ich duchy zostały w tym mieszkaniu. – Kuba się roześmiał. Skarciłam go wzrokiem. Dobrze wiedział, że nie lubię takich żartów. Mimo moich czterdziestu dwóch lat, wciąż niechętnie zostaję sama w domu. A w niniejszym przybytku z duchami byłych lokatorów to już całkiem się bałam. To był kolejny argument przemawiający za tym, by Kuba nigdzie nie jechał. Patrzę jednak na niego, takiego biednego, zranionego przez rodzonego ojca. Serce mi mięknie.

– Dobra, kiedy ten wyjazd? Coś wykombinuję. – Podrapałam się po głowie.

Mogłabym sprzedać nerkę. Ale chyba rozsądniej będzie na początek przetopić obrączkę ślubną. O – to jest myśl. Aż się rozpogodziłam na ten pomysł.

– Wiedziałem, że można na ciebie liczyć! – Syn uśmiechnął się, zgarnął kanapki do plecaka i tyle go widzieli.

To jednak się kumplujemy?

– Tylko weź klucze, bo zaraz wychodzę na miasto i nie wiem, kiedy wrócę! – krzyknęłam za nim.

– Nie wiem kiedy wrócę? Powinienem się martwić? – Kuba wsadził nos do kuchni, najwyraźniej węsząc jakiś podstęp.

– Idę szukać pracy. – Popatrzyłam na niego uśmiechnięta. – Nie chcę, by ojciec odebrał mi prawa rodzicielskie z powodu mojego bezrobocia.

– On to się musi chyba najpierw postarać o opiekę rodzicielską nad Kaśką – prychnął Kuba.

– Idź, bo się spóźnisz – skarciłam go.

Nie miałam ochoty setny raz poruszać tego tematu, ale jego komentarz był nawet zabawny.

– Mamo, już po radzie pedagogicznej. Koniec, ende, finito. Nie idę do szkoły. – Kuba pokręcił głową.

Rzuciłam wzrokiem na kalendarz. No tak, nie wyrywałam kartek od jakiegoś miesiąca, a tu już wakacje za pasem. I pewnie ten jego wyjazd bliżej niż dalej. W takich chwilach ogarnia mnie psychodeliczna panika. Skoro nie radzę sobie nawet z upilnowaniem kalendarza, to jak mam sobie poradzić z domem, pracą, synem, z życiem?

Dwadzieścia lat temu dałam się zamknąć w wygodnej klatce kury domowej i teraz byłam niczym więzień, który wychodzi po odsiedzeniu wyroku. Jedyna różnica jest taka, że on ma na karku mroczną przeszłość, a ja przeszłości nie mam wcale. Studia ukończone, dyplom leży w szufladzie od dwóch dekad, a potem tylko czarna dziura. Na studiach to się jeszcze pracowało. To w kawiarni, to w pizzerii – ot, dla przetrwania. Ale teraz?

– O Boże! – jęknęłam zrozpaczona.

Kawa mi się skończyła, tylko fusy zostały. Szkoda, że nie umiem z nich wywróżyć swojej przyszłości. Kurde, a może lepiej nie wiedzieć? Czy rozeszłabym się z Andrzejem wcześniej, gdybym wiedziała, że mnie zdradzi? Czy zadbałabym o siebie jeszcze bardziej, żeby mnie nie zdradził? Dwadzieścia lat małżeństwa i takie hece. Żebym ja chociaż coś przeczuwała, coś podejrzewała. A tu normalnie dzień za dniem. Lekka rutyna, ale, do licha, to już dwadzieścia lat małżeństwa. Światło się wieczorem gasi z przyzwyczajenia i oszczędności. Pieszczot zbyt nachalnych nie stosuje, by syna nie obudzić, chociaż pewnie to on mógłby nam doradzić w temacie. Ostatki, andrzejki, sylwester – zawsze dostojnie w towarzystwie. I kino w każdy pierwszy piątek miesiąca i trzy różne zupy w tygodniu. Wyprane, wyprasowane, posprzątane, dziecko się samo już pilnuje, ale przez tyle lat przecież go piastowałam. No, gdyby on mnie chociaż z jakąś bizneswoman zdradził, to biłabym się w pierś, że karierę zaniedbałam, a on może chciał żonę światową, przedsiębiorczą.

Ale Kaśka? Podlotek to, ledwo osiemnaście lat skończyła! Prędzej bym się spodziewała, że Kuba do niej cholewy będzie smalił, ale nie Andrzej.

Chyba że go uwiodła, siksa jedna! Na kasę poleciała, dekoltem zaświeciła i masz, babo, kolejną najprawdziwszą miłość! Ciekawe, ile to potrwa? Do pierwszych problemów z prostatą czy do zapoznania z rodzicami Kaśki?

Niech to szlag!

Wstałam, podeszłam do blatu, by zrobić sobie kolejną kawę, a tu mi jakiś karaluch po szafce popyla!

– Yyyyyyghhh!

Wydałam fortunę na dezynsekcję, a TO wciąż się pałęta po moich królewskich apartamentach! Nie piję kawy. Pewnie te szkarady mi niejedną kupę w puszce z kawą zostawiły. Takiej diecie mówię serdeczne dziękuję!

Siadam zrezygnowana przy stole i zaczynam przelatywać wzrokiem po ogłoszeniach w rubryce „Praca”. Z miejsca ogarnia mnie czarna rozpacz. Pracodawcy dziś to są nieźle szajbnięci. Czego oni oczekują? Pięciu fakultetów, minimum trzech języków obcych… Chociaż gdybym wliczyła łacinę, to może dałoby się trochę oszukać. W dodatku chcą, żeby kandydatka miała dwadzieścia pięć lat i piętnaście doświadczenia zawodowego. No to leżę i kwiczę…

A może Andrzej mógłby mi wystawić jakieś referencje? Prowadzi tę swoją firmę montującą alarmy, może mógłby napisać kilka zdań. Łapię za telefon i wybieram jego numer. Pewnie tego pożałuję, bo mimo że to on mnie zdradził i tylko ja powinnam być wściekła, nie rozstaliśmy się w najlepszych humorach. Oboje!

– Sprzedałaś moje auto za pięćdziesiąt tysięcy?! Czyś ty postradała rozum? Ono było warte co najmniej siedemdziesiąt! – wita mnie czule.

– Dla mnie było nic niewarte, tak jak jego właściciel – odgryzłam się złośliwie.

Chyba nici z referencji.

– To trzeba było je oddać na szrot! – warknął.

– Potrzebowałam pieniędzy na życie – westchnęłam.

– I niby taka obrażona na mnie byłaś, tak honorowo się wyprowadziłaś, a jednak auto zabrałaś. Zero godności – podsumował mnie oschle.

Co ja w nim widziałam?!

– Ty mi mówisz o godności? Ty, który rozpłakałeś się jak dziecko, kiedy cię postraszyłam, że uświadomię rodziców Kaśki o waszym romansie? Serio?! Nie rozśmieszaj mnie. Auto to rekompensata za straty moralne – ucięłam krótko.

– Straty moralne? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Potraktuj to jako pierwszą ratę – dodałam z przekąsem.

No co? Duma dumą, ale żyć jakoś trzeba.

– Nie mam czasu gadać. Po co dzwonisz? – zdenerwował się.

Teoretycznie chciałam poprosić o te pieprzone referencje, ale w obecnej sytuacji to chyba nienajlepszy pomysł. Zawahałam się. Wyjdę na głupka, jeśli zaraz nie podam jakiegokolwiek powodu, dla którego mogłabym do niego dzwonić. Ja, śmiertelnie obrażona, skrzywdzona żona. Dzwonię do swojego oprawcy. Po co? Po co ja, do cholery, dzwonię?

– Twój syn cię potrzebuje.

A jakże, przecież mogę pozbyć się trochę godności w sprawie mojego jedynego syna, Jakuba.

– Kuba? – zdziwił się. – Gdy ostatnio do niego dzwoniłem, powiedział, że ma mnie w dupie.

– No widzisz? Ma biedak problemy. I… i… i muszę wysłać go na tygodniową terapię rehabilitacyjną, o! – wykrztusiłam wreszcie. – A ty, jako powód tych jego problemów, oczywiście zapłacisz za terapię, prawda? – dodałam pewnym tonem.

– Będziesz teraz ode mnie ciągnąć kasę jak pijawka?

– Będziesz się teraz wyrzekał swojego syna?

– Dobra, zapłacimy po połowie – westchnął zrezygnowany. – To ile potrzeba?

– Tysiąc będzie dobrze – powiedziałam z satysfakcją. Po prawdzie była to cała potrzebna kwota, ale Andrzej nie musi o tym wiedzieć. Jestem zaskakująco przedsiębiorcza, kiedy mam nóż na gardle.

– Niech będzie, dam mu tysiąc dwieście. Niech ma kieszonkowe jakieś. Może po tej rehabilitacji zacznie się chociaż do mnie normalnie odzywać – skwitował i się rozłączył.

No to jeden problem z głowy. Tysiąc dla Kuby na wyjazd z kolegami, dwieście dla mnie za stres i upokorzenia. Kupię sobie białą bluzkę i czarną spódnicę – idealny zestaw na rozmowy kwalifikacyjne.

– Z kim ty tak gadasz, że się nie można do ciebie dodzwonić? – Ledwo zakończyłam uroczą pogawędkę z moim byłym mężem, a urocza melodyjka oznajmiła mi kolejne przychodzące połączenie.

– Ciebie też miło słyszeć, siostro – skwitowałam jej brak przywitania.

– No tak, cześć, cześć. Jak się masz? Jak się czujesz? – Magda westchnęła zatroskana.

Ona jedyna okazała mi odrobinę wsparcia w tej jakże trudnej sytuacji. Bo rodzice zakazali mi się odzywać, dopóki sobie tego nie przemyślę. Boże, nad czym tu myśleć? Krecik znalazł sobie nową norkę i stara musiała się obrazić, bo jakżeby inaczej? Oni tego kompletnie nie rozumieją. Wolą się wyprzeć córki niż dopuścić do siebie myśl, że jest rozwódką. Podwójną. Och, jaki to dla nich cios i rozczarowanie. Może powinni zaprosić Andrzeja na święta i przeprosić za ten wciśnięty mu dwadzieścia lat temu wybrakowany towar. Wrr…

– Jest aż tak źle?

– Dlaczego?

– No bo nic nie mówisz. Może przyjadę do ciebie? – zaproponowała. – Tylko wiesz, nie będę sama. Bliźniaki ząbkują i przez to nie wysłałam Kaliny do szkoły, bo zaspałam – dodała ze skruchą.

Magda i jej gromadka dzieci w moim maleńkim mieszkaniu? O, co to, to nie! Przecież oni rozniosą mój cały dobytek w drobny mak! Jak nic dostanę wypowiedzenie umowy ze skutkiem natychmiastowym. Chociaż gdyby ich odpowiednio wykorzystać, może te wrzaski wypłoszyłyby całe robactwo. To jest pomysł! Ale miałam szukać pracy.

– Czyli nie? – Moja siostra się zniecierpliwiła, najwyraźniej wciąż warując po drugiej stronie słuchawki, oczekując jakichkolwiek oznak mojego życia.

– A załatwisz mi referencje? – wypaliłam nagle.

– Jasne – oznajmiła pewnie, jakbym poprosiła ją o kupno kilograma soli. – Będziemy za pół godziny.

Po dwóch godzinach nerwowego biegania od okna do okna w końcu ich zobaczyłam – Magdę obładowaną tobołami, pchającą wózek z bliźniakami i ciągnącą za sobą Kalinę. Nigdy nie zrozumiem, jak to możliwe, że moja siostra jest taka szczęśliwa i spełniona. Przecież to istna katastrofa! Włosy zmierzwione, pozlepiane – myślałam, że od potu, a jednak to lizak, który przykleił jej Antoś, gdy się pochyliła, by poprawić mu buta. Wyprawka wielka – jakby szła handlować na bazar! – a w niej ponoć same najpotrzebniejsze rzeczy. Jasne, ja też zawsze noszę przy sobie klucz francuski i apteczkę pierwszej pomocy. A w całym tym galimatiasie najzacniejszy jej uśmiech od ucha do ucha. Może zamiast referencji powinnam poprosić ją, by załatwiła mi trochę tych leków, które z pewnością łyka w sporych ilościach?

– Cześć, dzieciaki! – przywitałam ich serdecznie.

Kocham tych moich siostrzeńców, ale tylko gdy widzimy się od czasu do czasu. W końcu jestem matką jedynaka, który na dodatek wyrósł z pieluch jeszcze w czasach, gdy jednorazowe pieluchy były luksusem.

– Ciocia, a dlaczego ty nie mieszkasz z wujkiem? – zapytała Kalina jeszcze w progu. – Czy to dlatego, że jesteś już stara i brzydka? Bo tata mówi, że właśnie dlatego – dodała, nie czekając na moją reakcję.

– Kalinko, idź do kuchni i przygotuj picie dla chłopców. – Magda z zawstydzeniem oddelegowała swoją latorośl. – Roman… Roman tak tylko żartował. Musiała podsłuchać, źle zrozumieć – zaczęła się tłumaczyć, gdy Kalina zniknęła za drzwiami kuchni.

– Wcale nie, wyraźnie mówił, że ciocia Wanda to już przeżytek i wujo dobrze zrobił, że się jej pozbył! – krzyknęła z kuchni Kalina.

– Córeczko, picie! – warknęła Magda, uciekając wzrokiem, by nie widzieć mojej miny.

A ja tak lubiłam Romana. Tak go zawsze wspierałam, doceniałam. A to gnida plemnikowa jedna! Przy najbliższej okazji napomknę mu niby przypadkiem, że Kalinka to jakaś do niego niepodobna. A co, niech się pomartwi trochę chłopina, czy czasem nie był przeżytkiem w czasie, gdy Magda miała owulację dziesięć lat temu!

– Mam coś dla ciebie. – Moja siostra wyraźnie się rozpogodziła, szukając czegoś w opasłej torbie. Po chwili wyciągnęła pomiętoloną i upaćkaną kremem do pupy kartkę.

– Przepraszam, zaraz to przepiszę od nowa. Tylko przeczytaj, czy będzie dobrze.

Zerknęłam na kartkę i aż przysiadłam na szafce na buty w przedpokoju.

„Referencje Pani Wandy Guzik

Pani Wanda Guzik pracowała u nas jako opiekunka do dzieci i gosposia przez pięć lat. Przez cały ten okres nie wzięła ani jednego dnia wolnego. W dodatku wykazała się pełnym zaangażowaniem i profesjonalizmem na najwyższym poziomie. Wszystkie obowiązki wykonywała bardzo sumiennie i z sercem. Jest osobą o wysokiej kulturze osobistej, doskonale organizuje swój czas, jest bardzo samodzielna. Często wychodziła z inicjatywą i nigdy nie zawiodła naszego zaufania.

Podpisano

Magda i Roman Bacikowie”

– Co to ma być, do cholery? – zapytałam zdenerwowana.

– No… prosiłaś o referencje – zdziwiła się Magda.

– Żebyś mi fachowe załatwiła, z jakiejś firmy! – zawyłam.

– A te są złe?!

– Ale ja nie szukam pracy jako gosposia i opiekunka – westchnęłam z żalem.

– Lepszy rydz niż nic – podsumowała Magda. – Gotować umiesz? Sprzątać umiesz? Dzieciaka wychowałaś swojego, to i z innymi sobie poradzisz. A może przy okazji poznasz jakiegoś zamożnego pana domu, o! – dodała ożywiona.

– Mam odrabiać pańszczyznę dwa razy? Najpierw u kogoś, a potem jeszcze swój dom ogarnąć?!

– Hej, żadna praca nie hańbi. To może być tylko na początek – uspokajała mnie Magda.

– Już wolę zamiatać ulice lub sprzątać toalety na dworcu. Cisza, spokój – perorowałam zrozpaczona.

– Do tego też trzeba mieć referencje – skwitowała Magda. – Masz i nie maż się, coś wymyślimy. Przecież nie pozwolę ci sprzątać kibli na dworcu. – Popukała się w głowę. – Zawsze możesz pozwać Andrzeja o alimenty dla siebie. W końcu to przez niego jesteś nieudolna życiowo, on cię zamienił w kurę domową, o!

– Nieudolna życiowo, tak? Och, już ja ci pokażę, że się mylisz. Wszystkim wam pokażę. – Zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju i wymachiwać rękami, jakbym odganiała stado much.

– No! Teraz gadasz z sensem! – ucieszyła się Magda.

– Jezu, co tu tak śmierdzi? – Gryzący smród przywrócił mnie do szarej rzeczywistości.

Zajrzałyśmy z Magdą do pokoju i aż kolana się pod nami ugięły. Bliźniaki leżały na dywanie w pokoju Kuby z gołymi pupami, a Kalina pospiesznie próbowała zetrzeć z dywanu resztki kupy.

– Co tu się dzieje? – warknęłam rozgniewana.

– Przebieram braci, bo obaj się sfajdali, taka braterska synchronizacja. Śpią na zmianę, ale kupę robią w jednym czasie – oznajmiła spokojnie Kalina.

– Kalinko, dlaczego mnie nie zawołałaś? – Magda próbowała zachować spokój, chociaż miałam wrażenie, że cała sytuacja bardzo ją bawi.

– Jak ciebie nie ma w domu, tata płaci mi za przebieranie maluchów po dwa złote za każdego. Miałam nadzieję, że też się tak ucieszysz z pomocy – odpowiedziała z pełną powagą moja siostrzenica.

Magda spojrzała na mnie i tylko wzruszyła ramionami:

– Chyba będziemy się zbierać do domu…

– Nie, proszę pani, to nie jest żart. Tak, proszę pani, to prawda, że nie mam doświadczenia w pracy biurowej, ale mam referencje. Co? Nie szuka pani opieki do dzieci, bo już są dorosłe? Ale ja nie chcę opiekować się pani dziećmi, dzwonię w sprawie ogłoszenia o wolnym wakacie w sekretariacie. Jak to, co ja sobie wyobrażam? Przecież obsługa ksera, przybijanie pieczątek i uśmiechanie się do klientów to chyba żadna wielka filozofia. Każdy głupi to umie. Halo? Halo? Noż kurde bladź, rozłączyła się, siksa wredna! – syknęłam do telefonu, kiedy zamiast uroczej pani rekrutującej pracowników usłyszałam charakterystyczne „biiip”.

Trzy tygodnie tyranii. Dwadzieścia jeden dni wyrywania włosów z głowy. Pięćset cztery godziny dwojenia się i trojenia, i żadnych perspektyw na pracę. Dobrze, że Kuba wyjechał z tymi kolegami i nie widzi mojej klęski. I ja mam ambicje, by mój syn po ukończeniu liceum, do którego właśnie się dostał, poszedł na studia i robił karierę. By był otwarty na świat, przebojowy, ambitny, ale też znający swoją wartość. Żeby był… Żeby był zupełnie inny niż ja.

Sprawdziłam chyba milion ogłoszeń w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Od pracowników stacji benzynowej, poprzez specjalistów do konserwacji powierzchni płaskich – cokolwiek to znaczy – aż do sekretariatu w szkole, gdzie ponoć też się nie nadaję! Do jasnej ciasnej Anielki, muszę coś robić! Może jednak powinnam poprosić Andrzeja o te referencje? Nie! Nie po tym, jak powiedział moim rodzicom, że zostawił mnie, bo byłam oziębła. Cham i prostak! A moi rodzice wcale nie lepsi. Niby tacy konserwatyści, co to słowa na „s” nawet nie wypowiadają, a co dopiero wcielać w życie, a przyjęli zeznania Andrzeja jako dyshonor dla naszej całej rodziny. Bo taka Magda to widać, że działa – w końcu ma troje dzieci i nienaganną figurę, co zapewne również jest efektem regularnego współżycia z Romanem. A ja? Bez partnera i z dwiema fałdkami na brzuchu. W dodatku Roman też stwierdził, że Michał pewnie mnie przez tę oziębłość zostawił. No co za szuja jedna. Lizus! Może powinnam sobie dopisać w CV, że słabo rokuję w kontaktach z płcią przeciwną? Zdecydowanie! Z listy potencjalnych prac, jakie mogłabym wykonywać, koniecznie muszę wykreślić „testera wierności”. Bo to wiadomo, czy taki facet jest wierny, czy po prostu ja go nie ruszam? Jeszcze by mi potem jakaś baba z reklamacjami przyszła i co? O, telefon znów dzwoni…

– Słucham?

– Czy pani Wanda Guzik?

– Tak, o co chodzi?

– Znalazłem pani ogłoszenie, że szuka pani pracy – odezwał się miły męski głos po drugiej stronie.

– Moje ogłoszenie? Ja nie dawałam żadnego ogłoszenia – zdziwiłam się.

– Ojej, a to szkoda. Myślałem, że jeden kłopot będę miał z głowy. – Mężczyzna westchnął. – To do widzenia.

– Chwileczkę, a co to za praca? – zapytałam, myśląc, że może Magda zamieściła ogłoszenie w geście przeprosin za moją życiową nieudolność.

– Nic wielkiego, lekka praca biurowa. Na początek kilka godzin w tygodniu. Tylko jest jeden problem… – Mój rozmówca się zawahał.

– O co chodzi? – zaciekawiłam się.

– No, potrzeba mi pracownika, jakby na gwałt…

– Co?! – wydusiłam przestraszona. Albo nie znam slangu pracowniczego, albo ten typ właśnie złożył mi dwuznaczną propozycję. Boże, dlaczego ja nigdy nie miałam ambicji, by pójść do pracy? Stara baba, a zachowuje się jak małe, naiwne dziecko.

– W sensie, że mi się grunt pod stopami pali. Już, teraz, natychmiast, sprawa życia i śmierci. Rozumie pani?! – krzyknął zrozpaczony.

– Rozumiem – ożywiłam się. Trzeba było tak od razu. Jak sprawa życia i śmierci, to ja nie odmawiam. Jak z nieba mi spadło. To zdecydowanie przeznaczenie. – To gdzie mam się stawić? – zapytałam, rozglądając się za moją torebką i kluczami do mieszkania.

Skoro to wyjątkowa sytuacja, to muszę człowieka ratować. A może wyjdzie z tego jakaś dłuższa współpraca? Nie widziałam tego ogłoszenia, ale w obecnej sytuacji to chyba nie miało znaczenia. Zawijam kiecę i lecę!

Wyleciałam z bloku jak z procy. Stanęłam na krawężniku, gdy nagle zza zakrętu wyjechała taksówka. Wyrosła jakby spod ziemi. Boże, w jaką ja wpadłam błogość! Wszystko zaczynało się układać. Na mieście akurat nie było korków, więc dotarłam na miejsce szybciej, niż sądziłam. Dałam taksiarzowi sowity napiwek – w końcu szłam do pracy. Będę zarabiać, będę niezależna! Pana w potrzebie poznałam od razu. Stał taki osowiały, spocony i rozglądał się przerażony. Aż mi się cieplej na sercu zrobiło, że właśnie ja, Wanda Guzik, dostąpię zaszczytu uratowania wielkiego biznesu! Dopiero co robiłam sobie wyrzuty, że nadaję się tylko do czyszczenia dworcowych kibli, a tu proszę! Praca biurowa i szef wyglądający jak siedem nieszczęść, czyli faktycznie na gwałt w potrzebie.

Chwilę później mój zapał nieco ostygł…

– Pan chyba raczy żartować. – Chodziłam w tę i z powrotem, wymachując nerwowo rękami. – To ma być ta lekka praca biurowa?! Sprawa życia i śmierci?! – wrzeszczałam tak głośno, że aż przechodnie dziwnie na mnie patrzyli.

Mężczyzna stał zrezygnowany ze spuszczoną głową.

– Przepraszam, może trochę nagiąłem rzeczywistość, ale w ogłoszeniu pisała pani, że nie boi się pani żadnej pracy – próbował się tłumaczyć, wciskając jednocześnie do worka wyjęty przed chwilą jaskrawożółty strój kurczaka.

– Nie dawałam żadnego ogłoszenia! – warknęłam i odwróciłam się do niego plecami, by odejść.

Taka byłam zwarta i gotowa do ratowania świata, a tylko straciłam cenne pół godziny plus dwadzieścia pięć złotych na taksówkę do centrum, do – jak się okazało – „kurczakowego pożaru”! Pan biznesmen wygadany, kulturalny, przedsiębiorczy – nie powiem. Pomylił tylko pojęcie pracy biurowej z uliczną akwizycją.

– Zapłacę dwadzieścia złotych za godzinę! – błagał mężczyzna. – Mamy dziś oficjalne otwarcie tej knajpy, muszę mieć chodzącą reklamę!

– Goń się! – zasyczałam, nawet się nie odwracając.

W tej chwili z komórki w torebce rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyciągnęłam telefon i odczytałam esemesa: „Mamo, wracam jutro. Na stronie szkoły jest już wykaz podręczników. Musimy wybrać się na zakupy”.

– Niech to jasny szlag trafi! – krzyknęłam i zacisnęłam nerwowo pięści.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że mężczyzna zagaduje jakichś dwóch młodych chłopaczków. Podeszłam do nich i stanęłam obok.

– To jak, chłopaki? Dam wam po flaszce za przysługę – namawiał ich mężczyzna.

Młodzieńcy stali w zadumie, zerkając na siebie wzajemnie.

– Ma pan zamiar rozpijać dzieci? – wtrąciłam się srogo.

Facet odwrócił się do mnie wielce zdziwiony.

– Przepraszam, ale to nie pani sprawa – wycedził przez zęby.

– A mają referencje? – zapytałam z satysfakcją, grzebiąc w mojej torbie w poszukiwaniu pisma, które skleciła moja siostra.

– Co? – Wszyscy trzej panowie popatrzyli na mnie wybałuszonymi oczami.

– A ja mam! – Przyklasnęłam zadowolona, wręczając właścicielowi knajpy moje referencje.

Dziesięć minut później paradowałam dumnie w przebraniu zacnej nioski, rozgdakując rozkosznie wieści o otwarciu najlepszej drobiowej jadłodajni w mieście. A panoszyłam się przy tym niczym kura na grzędzie. Właściciel obiecał mi, że jeśli będą mieli duży utarg, dostanę premię. Moja pierwsza praca, moje pierwsze pieniądze i w dodatku z