Jutro zaświeci słońce - Joanna Sykat - ebook
Opis

Wyobraź sobie, że Twoja matka jest źródłem Twojego lęku i destrukcji.

Wyobraź sobie, że jesteś zakładniczką rodzinnej tajemnicy.

Anita marzy o byciu pisarką. Wspierana przez męża decyduje się na kolejne ważne kroki i zmiany w swoim życiu. Wspólnie kupują upragnione mieszkanie i powoli budują własny świat.

Nie jest im jednak dane cieszyć się małżeństwem ani sukcesami. Despotyczna matka Anity, która od zawsze zaniżała jej poczucie wartości, starając się podporządkować sobie całkowicie córkę, wkracza ponownie do ich życia.

Czy Anitę znajdzie siłę, żeby walczyć o swoje życie?

Joanna Sykat pisze tak plastycznie, że łatwo sobie wyobrazić podobną relację z … własną matką. „Jutro zaświeci słońce” to książka, która wierci dziury w duszy, stawia niewygodne pytania i oczyszcza umysł. To jedna z tych książek, które chciałoby się przytulić do serca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

Joanna Sykat

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Joanna Sykat, 2015

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki i strony tytułowej: Natalia Baranowska

Fotografia na okładce: © Ilina S/Moment Open/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

eISBN 978-83-7976-326-9

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mężowi, który nigdy nie karmił

moich demonów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Kiedy coś zwalczasz, wiążesz się z tym na wieki. Tak długo, jak z tym walczysz, tak też długo dajesz temu moc. (…) Jedynym sposobem, aby się z tego wyzwolić, jest poddać się temu.”

Anthony de Mello, Przebudzenie

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa pierwsza

 

 

Proszę to wyłączyć. Nie szkodzi, że pani nie zapamięta wszystkiego. W głowie zawsze zostaje to, co istotne. Reszta – jeśli się nie utrzyma – to znaczy, że po prostu jest zbędna. Nijaka. Zresztą grzeczne pisanie od dużej litery do kropki jest nudne. Szkolne. Schematyczne, a ja po prostu mam dość schematów. Zrozumiałam to teraz, niedawno. Prawie na stare lata.

Wracając do tych ważnych rzeczy. Kiedy jeszcze pisałam, a właściwie próbowałam pisać, wystarczył mały wycinek świata, by historia sama snuła się w głowie. Jeśli nie snuła się od razu, odkładała obraz na półkę mózgu, żeby odleżał, poczekał na swój czas. A potem wystarczyło jakieś „klik” i motyw sam wskakiwał w litery. Dlatego przestałam zapisywać spostrzeżenia, ludzkie zachowania i historie. Kartki – najczęściej gubiłam. Mózg był niezawodny. Pozornie przykurzał obrazy niepamięcią, by potem, w odpowiedniej chwili, podsunąć je wspomnieniom. Ich kolory i faktura nawet po latach były tak samo wyraźne i istotne jak na początku.

Mam podać przykład tego, co mnie inspirowało? Zatrzymywało w biegu przez świat? Będzie trudno. Poszturchiwana pamięć współpracuje niechętnie. Trzeba dać jej swobodę. Wtedy obrazy, tak bardzo różne, składają się w adekwatną całość. Co pani powie na żółtozielone nitki, które zwisają z wierzby wiosną? Pewnie niewiele. To trzeba zobaczyć w kontekście i potem tak samo, w kontekście, opisać. Albo taka scenka. Ona kiedyś być może odżyje, będzie częścią całości. Teraz to fantom, ale ten z gatunku sugestywnych. W każdym razie robiłam ostatnio rentgen kręgosłupa. Przede mną na badanie weszła kobieta, którą przywieziono z DPS-u. Agresywna, silna. Jej zachowanie z trudem opanowywało dwóch pielęgniarzy. Pluła, kopała i wrzeszczała. Ale kiedy na chwilę się uspokajała, przytulała do piersi małą lalkę, która głosem dziecka dopominała się o jedzenie czy pieszczotę. Wariatka chichrała się wtedy nad zabawką, gulgała do niej i gładziła po policzkach. Jeszcze? To może widok dwóch rozjechanych na ulicy jeży. Zastanowiłaby się pani, zatrzymała nad czymś, co, trudno sobie wyobrazić, miało formę przestrzenną? Było pewnie mężem i żoną? Dlaczego pani się krzywi? To też świat. Tak, rozumiem, to przykre. Wie pani, zanim pojawiła się Emilka, też byłam taka przewrażliwiona. Każdy rozjechany zwierzak zostawał mi na długo w pamięci. Każda trudna kocia historia w książce orała duszę do łez i kazała zamazywać tekst, sklejać strony lub je wyrywać. Teraz takie opisy mogę czytać do woli. Dalej nie powiem, że szczególnie je lubię, ale po prostu nie przeszkadzają już tak bardzo mojemu komfortowi. Może dlatego, że pojawiły się inne, przed którymi nie mogę uciec zamknięciem oczu czy grymasem twarzy? Ani wyrwaniem strony? Nie, nie powiem. Przynajmniej na razie. Są rzeczy tak osobiste, że nie mówi się ich nikomu. Nawet przyjaciółce, mężowi czy matce. O, już zwłaszcza tej ostatniej.

Cieszę się, że pani protestuje. To faktycznie straszne, kiedy nie można porozmawiać zupełnie szczerze z kimkolwiek. Myślę jednak, że to nie tyle konstrukcja psychiczna, co jednak ociosanie przez życie. Kiedyś byłam zupełnie innym człowiekiem. Bardziej otwartym, ufnym. Teraz to wszystko jest takie trudne. Tak bardzo trudne. Cieszę się, że pani matka jest cudowną kobietą. Że właściwie nawet przyjaciółką. To takie budujące, mieć do kogo iść z każdą radością i problemem. A co pani ma spieprzone w życiu? Za taką matkę trzeba przecież zapłacić. Czym pani płaci? Czy srebrnik zdrady męża to pani udział? Dlaczego pytam? Przecież to taka częsta waluta. No niech mi pani spojrzy w oczyi powie, że wszystko się pani układa na medal. Złoty, srebrny czy brązowy? A może tylko pozłacany?

Wiem, mamy rozmawiać o mnie. Ale rozmowa zakłada wzajemność. Nie mogę tylko dawać, a pani brać, choć tak może powinno to wyglądać. Relacja, która nas, mam nadzieję, połączy, zakłada obopólność. Jeśli pani, zamiast mnie słuchać, spróbuje poznać, może otworzą się między nami kanały innej komunikacji i może to, co pani napisze, nie będzie tylko suchą relacją? Reportażem, jakich pełno w telewizji? Na ten reportaż nie daję zgody i pani wie, że mogę się wycofać z chwilą postawienia ostatniej kropki, jeśli uznam, że pani nie sprostała zadaniu. Że obie nie sprostałyśmy. Albo prawda, którą pani przynajmniej zechce zrozumieć, albo nic.

Przepraszam, wrócę jeszcze na moment do poprzedniej kwestii. Wie pani, gdzieś kiedyś przeczytałam zdanie, że dostajemy od życia to, na czym nam zależy mniej. Proszę sobie to na spokojnie przemyśleć, przeanalizować, patrząc na swoją sytuację i na życie bliskich pani osób. Ja byłam zachwycona i jednocześnie zszokowana prawdą, którą niosły te słowa. Bo wygląda na to, że faktycznie nie dostałam od życia tego, na czym najbardziej mi zależało. Miłości i uwagi mojej matki. A pani? Zamiast czego dostała pani to, o co ja prosiłam, żebrałam pół życia?

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa druga

 

 

Nasza pierwsza rozmowa była nijaka. Trochę sztywna i na neutralnym gruncie, bo w bezosobowej kawiarni. Gdyby okazała się falstartem, zostałoby po niej niewiele. Ot, taki zaledwie odnotowany w pamięci fakt. Bez wspomnienia rysów twarzy czy gestów tej drugiej osoby. Teraz, ponieważ postanowiłam pani i sobie dać szansę, nasze spotkania trochę się spersonalizują. To jedyny plan, jaki sobie wyznaczam. Nie wiem, o czym dokładnie pani opowiem i ile razy się spotkamy. Pozwólmy temu po prostu płynąć i patrzeć, co ta rzeka przyniesie. Pewnie najczęściej będzie mętna w kolorycie, z posmrodem rybno-śmieciowym. Właśnie takim, jaki teraz czuć od Wisły. Ale wie pani co? To swojski zapach. Nie przeszkadza powonieniu jakoś tak bardzo, prawda?

Lubię tę porę dnia. Słońce już dawno wyłączyło się z miejskiego krajobrazu. Oświetla kamienice od tyłu, dając nam ciepły półmrok. Ludzie pozaszywali się pod parasolkami ogródków, mewy jeszcze pokrzykują nad rzeką. Chce pani iść na kawę czy woli spacerować? Tak? To może przysiądziemy na murku? Stąd jest taki ładny widok na kościół… Poszłam tam, kiedy w pobliskim szpitalu umierała moja babcia. Nie pamiętam, o co bardziej się modliłam. Chyba próbowałam pokonać własny egoizm i prosiłam o komfort najbliższej mi osoby, choć wolałabym, żeby Bóg zapewnił mi mój własny. Człowiek całe życie musi dokonywać takich wyborów, podpartych religią czy własnym kręgosłupem moralnym. W każdym razie decyzja, czy pogłaskać egoizm własny czy cudzy, to zawsze wybór między większym a mniejszym złem. Wątpię, że istnieje coś takiego jak altruizm. Chyba tylko z nazwy. Albo krzywdzi się siebie, albo tę drugą osobę. Do uwzględniania cudzych życzeń jeszcze wrócimy. O tę kwestię rozbiło się całe moje życie.

Ale na razie mówmy o tym, o co zahaczyła się pamięć. Tamten kościół i szpital, i ten murek to punkty w mojej osobistej topografii miasta. Trójkąt bermudzki, w którym zniknęło moje dzieciństwo. Widzi pani, kiedy pozwala się myślom płynąć, obijają się one o kamienie milowe naszej pamięci. Pytania: od… do, skąd i jak wiele, zawężają nasz horyzont. Okrajają do faktów tylko pozornie istotnych. Proszę zobaczyć, dokąd zaprowadził mnie widok rzeki…

W każdym razie wtedy, do tego szpitala, biegłam przez most, zbierając siły na to, co wiedziałam, że zobaczę. Najpierw musiałam przełknąć szpital, potem ten mały pokoik, w którym pod oknem umierała moja babcia. Biegłam przez piętra, mijając piżamy, wózki, kroplówkowe stojaki i białe kitle. Oddychałam płytko, żeby śmierć zbyt mocno nie weszła mi w płuca. Nie każdy szpital tak pachnie. Najgorsze są umieralnie i szpitale chorób płuc, w których czuje się już energię wyższą. Człowiek ma wrażenie, że odrywa się od podłogi, że znalazł się w przedsionku… przedsionku…, po prostu przedsionku. Porodówki mają energię cielesną; krwisto-mleczno-smółkową. I tymi wydzielinami nie przerażają tak, jak sterylna biel, w której ludzie czekają na śmierć. Ja tych ludzi widziałam. Podobne do siebie staruszki nakryte kołdrą, wybijaną w szpice kolan. Włosy tak rzadkie, że prawie żadne. I wzrok, jeszcze na chwilę… tutejszy.

Umarłam przed babcią. Pomyliłam piętra i wpadłam do sali, w której stało czyściutkie, świeżo zasłane łóżko. Złapana za ramię pielęgniarka spokojem zatrzymywała moje łzy, wskazując palcem na sufit. Przebiegłam schody, wytarłam twarz chusteczką i weszłam do pokoju. Dwa łóżka stały blisko siebie. Jedno dla życia, drugie to już była przymiarka trumienna. „Niech pani sobie usiądzie.” Brzeg krzesła wcisnął się w moje uda, a dziarska staruszka już przepychała się za nim do wyjścia.

„Babciu!”, złapałam za rękę, która była jeszcze ciepła. Kroplówka i maska tlenowa pompowały w ciało minuty, godzinyi może następne dni. Mała skrzynka na stoliku obok łóżka pikała parametrami, wykreślała je krzywymi na monitorze. Życie babci widziałam tylko w tych wzorkach. Migające serduszko niewiele miało wspólnego z tym, które kończyło biegw klatce piersiowej. „Babciu…”

Obiecałam sobie nie płakać, a wyłam na całego. I umierałam co najmniej kilka razy, gdy przetworzone na wykres serce próbowało odpoczywać. Babcia spała. A najpewniej trwała zawieszona już pomiędzy… Ciało zaopatrzone w płyny i tlen było spokojne. „Babciu”, ściskałam jej rękę, a wycierane mokrą chusteczką smarki rozmazywały mi się po policzkach.

„Córcia… Przepraszam cię…” Podniosłam głowę z zabezpieczających łóżko szczebelków. Nie wydawało mi się. Babcia wróciła jeszcze na chwilę. Przeprosiła mnie. Nie wiedziałam za co. Nazwała córką. Ciągle nie wiedziałam dlaczego.

Nie siedziałam długo. Przerażał pikający monitor, który wywlekał z ciała resztki życia, traktował je medycznie, z takim samym zainteresowaniem jak wczoraj pacjentkę spod siódemki. Był elektroniczną dłonią, która zamykała oczy. Nie dałam rady odprowadzić babci do końca. Powiedziałam jej: „Dobranoc”, łapiąc ostatnie spojrzenie brązowych oczu, które jeszcze raz pokonały powieki. Potem uciekłam.

Teraz też już pójdę. Możemy spotkać się jutro w tym miejscu o tej samej porze? Dokończę opowiadać i zrobię to, czego nie zrobiłam wtedy.

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa trzecia

 

 

Dzień dobry. Nie, nie spóźniła się pani. To ja przyszłam wcześniej. Mam teraz dużo czasu i lubię zapełniać go myślami i obserwacją. Każdy dzień przynosi spotkania, jeśli nie z samym sobą, to z drugim człowiekiem. Każde spotkanie wnosi coś do naszego życia. Trzeba tylko umieć patrzeć i słuchać. Czasem ktoś podaruje ci przepis na pyszne ciasto, a czasem… na życie. To tak w dużym skrócie. Ale nie ciągnijmy tej myśli. Nie wiadomo, gdzie mogłaby mnie zaprowadzić. A dziś jest dzień spod znaku niebieskiej bluzki.

Mam ją tutaj. Ładna? Mnie też się spodobała. Kupiłam ją tamtego dnia w szmateksie. Nie umiem oprzeć się tym sklepom. Zawsze są pełne historii, pozakładanych na wieszaki ludzkich życiorysów. Te nieużywane to fabryczna tabula rasa. Wisi sobie taka równiutko na stojakach, czasem próbuje ubierać bezgłowe manekiny. Dokładnie to powiedziałam wcześniej, prawda? Ubiór zaczyna żyć z chwilą kontaktu z naszym ciałem. Przesiąka wonią skóry i zmieszanych z nią perfum. Zostaje dobrany do okazji. Randka, praca, odwiedziny u matki. Wtedy przestaje być bezosobowy. Zmechaci się nami, przetrze od zbyt częstego noszenia. Przesiąknie łzami, krwią czy nawet spermą. Takiej pamięci nie da się wyprać. Można ją tylko złagodzić proszkiem. I trochę odparować żelazkiem.

W każdym razie ja tej niebieskiej bluzki nie miałam na sobie ani razu. Nie zdążyłam jej oswoić. Nawet wyprać. Kupiłam ją i od razu obciążyłam historią, której nigdy nie uniosę na sobie. Tamtego dnia, gdy wybiegłam ze szpitala, najpierw odwiedziłam kościół, potem szmateks. Niezbyt duży. Taki w sam raz, żeby oczy i palce nie zmęczyły się od zbyt długiego przeszukiwania. Nie nosiłam czarnych rzeczy, a wiedziałam, że muszę się na nie przygotować. Zaczęłam oglądać. Swetry, bluzki… Było ich dużo, ale historie, które opowiadały, uznałam za zbyt natrętne, zbyt wyczuwalne. Tak spocone bólem i płaczem, że nie potrafiłam się w nie wślizgnąć ani na chwilę. Rzeczy żałobne powinno się palić, jak dawniej pościel, przesiąkniętą chorobą i śmiercią, bo potem, dla innego człowieka, stają się zbyt ciężkie. Ciężkie i tą pamięcią, i tak zwyczajnie, fizycznie, dla ciała.

Nie dałam rady nic kupić. Poza tym bałam się, że gdy w końcu wybiorę jakiś ubiór, pospieszę babcię na tamtą stronę. Ta teoria podziałała i w drugą stronę. Rzuciłam się do wieszaków, na których było kolorowo. Udawałam, że nic się nie dzieje. Że jestem na najzwyklejszych zakupach, z których koniecznie trzeba przynieść trofeum. Nie bardzo się udawało. To był sklep, do którego już nigdy nie pójdę. Przesadnie zarażony człowiekiem.

Szukałam na siłę. W końcu mój wzrok zahaczył o falujące niebieskości. Bluzka była śmieszna. Wyglądała jak rozłożone skrzydła motyla. Skrojona w koło, miękko układała się na moim ciele. Pasowała do dżinsów. Szybko wyszłam z przymierzalni i rzuciłam ją na wagę. Zrównoważyłam czterema złotymi i z zakupem, który od razu zaczął mi przeszkadzać, uciekłam ze sklepu. Szłam powoli chodnikiem, a ta motyla bluzka ciążyła mi w torbie coraz bardziej. Nie wiedziałam, co powinnam była robić. Płakać? Być przy babci? Modlić się? Czy właśnie tymi zakupami udawać, że jeszcze nic się nie stało?

Przeszłam znów obok szpitala, licząc okna. Wpatrzyłam się w to, za którym leżała moja babcia. Przez dłuższą chwilę nie ruszałam się z miejsca. Potem przestraszył mnie stukot wysuwanego z karetki wózka. Uciekłam, potrącając kogoś. Przekleństwo dosięgło mnie i moją bluzkę. Odebrało resztę sił. Chodnik falował pod stopami, a każdy oddech kosztował sto procent uwagi i tyle samo wysiłku. Nie byłam w stanie pogodzić się z tym, co zobaczyłam wcześniej. Choroba wyssała spod skóry babci mięśnie i tłuszcz. Zostawiła kości i sfałdowany naskórek. Chyba wolałam widzieć bardziej krzepką śmierć, która nie spodziewała się samej siebie.

Wtedy, wyczerpana przeżyciami, usiadłam na drugim brzegu Wisły. Wieża kościelna i podłużny budynek szpitala nie pozwalały odwrócić wzroku. Rzeka płynęła, całkiem przyjemnie pachnąc świeżością. Ludzie mijali ławkę, na której siedziałam, rozebrani już do upalnego maja. Ściskałam w ręku tę reklamówkę z bluzką, która stała się nietaktem dnia. Powinnam ją wtedy wrzucić do rzeki. Tak czułam, ale zbyt przywiązałam się do nietypowego kroju. Egoizm walczył z poczuciem świństwa i… wygrał. Poszłam z bluzką do domu. Teraz znów tu jestem. Mądrzejsza o przeżycie, o doświadczenie, o wnioski, które z niego dla siebie wyciągnęłam. I o wiedzę, że wszystko ma swój czas, przeciw któremu nie można się buntować. Więc… bez żalu.

Wyrzucić do kosza? Nie, to nie byłoby to samo. Ja tamtą sprawę muszę zakończyć w taki sposób, w jaki miała zostać zakończona wtedy. Rzeka niesie różne rzeczy. Te zupełnie przypadkowe i te wrzucone do niej celowo. Dlatego motyl znajdzie w niej swoje miejsce.

Płynący śmietnik zabrał wtedy moje dzieciństwo. Teraz zabiera ostatni przejaw dziecięcego egoizmu, który w dorosłości nie smakuje już wygraną.

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa czwarta

 

 

Dlaczego wszyscy się na nas patrzą? Przecież siedzimy sobie na ławeczce i gawędzimy. Proszę się nie krępować. Specjalnie dla pani kupiłam tę kawę. Słucham? Miejsce nieodpowiednie? Ławka jak ławka. Nie, ja nie myślę o tym, że niemal pod moimi stopami leżą trumny czy już tylko kości. Nie myślę o rozkładzie toczącym się w lakierowanych, koronkowych otoczkach, które w końcu i tak nie dadzą sobie z nim rady. Na smród i gnijące szczątki dobre jest tylko to, co naturalne. Ziemia rozpuści ciało. Oczyści je do gładkiej kości. Poradzi sobie też z trudną pamięcią. Dlaczego pani się tak rozgląda? Aha, zwykła niechęć. Wielu ludzi nie lubi cmentarza. Pewnie ze względu na obawę przed ostatecznością, która w takie miejsca jest… wkopana. Kawa pani stygnie.

Nie zaglądam pod pomniki czy ziemne nagrobki, pod którymi i tak zawsze to samo. Mnie interesuje to, co zostaje po człowieku dla kogoś obcego. Dlatego szukam zdjęć i historii, które wyczytuję z dat śmierci czy nagrobnych inskrypcji. Te potrafią być straszne. Bo dzieci. Bo czasem rodzeństwo. Bo cała rodzina. Bo listy przynoszone ojcu przez syna. Bo zabawki na grobie maluchów. Bo te smoczki, które pasują już tylko do plastikowych osłonek. Tych „bo” jest bardzo dużo.

W każdym razie często bywam na cmentarzach. Mówiłam już o osobistej topografii miasta, prawda? Ja mam jeszcze i drugą. Właśnie tę, cmentarną. Mentalnie zaznaczam na niej kolejne nekropolie i kolejne punkty na nich. Ze spokojem, który dziwi mnie samą, zauważam, że po drugiej stronie jest coraz więcej bliskich mi osób. Koledzy z podstawówki, których śmierć była szokiem. Znajomi, skreśleni z listy studentów przez raka czy samobójstwo. Wreszcie – rodzina. Teraz śmierć mnie już nie przeraża. W każdym razie może nie aż tak bardzo. Powiedziałabym, że stała się czymś naturalnym. Etapem w życiu, który czeka każdego z nas.

To tutaj. Pod sosnami. Cześć babciu. Cześć dziadku. Widzi pani te zdjęcia? Moi dziadkowie nie są anonimowi. Literki to jedno, ale fotografia to już niezaprzeczalny dowód, że było się naprawdę. Miało jakiś tam nos, oczy i włosy czasem zupełnie niepasujące do reszty. Ale przyznam, że kiedy przyszłam na grób jakiś czas po pogrzebie babci, doznałam jednak szoku. Właśnie to zdjęcie, w tym miejscu, uświadomiło mi, że naprawdę skończyło się moje dzieciństwo, że wreszcie i mnie dopadła ta ostateczność. Ale też i przyszło najdziwniejsze pod słońcem uczucie. Zaczęłam tęsknić i czekać. I to właśnie ta tęsknota umniejszyła mój strach. Dziwne to wszystko. Zrozumienie pewnych zjawisk zawsze nas wyprzedza, prawda? Najpierw, gdy jest się małym, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś będzie się miało dwadzieścia i więcej lat. Potem przestaje nas to dziwić. Wynaturzona staje się za to wizja czterdziestki, a siedemdziesiątka to nam nigdy nie stuknie. Wściekamy się na rodziców, że tego czy tamtego nam nie wolno. Że się wtrącają. Potem tak samo powściekają się na nas nasze dzieci. Zrozumienie jest zawsze starsze od nas i płynąć może tylko z własnego doświadczenia. Więc proszę tak na mnie nie patrzeć. Tęsknota za ostatecznością pewnie też kiedyś stanie się pani udziałem. A może już jest?

Ja tęsknię za babcią. Była wyjątkową osobą. Gdybym mogła, to o niej napisałabym książkę. Ale jeśli zacznę sięgać do wspomnień, nie opowiem pani tego, co chcę. Co muszę. Paradoks; wolę mówić o rzeczach trudnych, bolesnych. Może o tym łatwiej niż o pięknej miłości, której było mi dane doświadczyć? Proszę spojrzeć na gazety i reportaże. Co sprzedaje się lepiej? Historie wzruszające czy różnego rodzaju syf? Oczywiście, że syf. Moja historia to też syf. I to taki, że nie wiem, jak zacząć o nim opowiadać. Uciekam w dygresje, bo może nie jestem jeszcze gotowa. I nie umiem ani nie chcę ubrać swojej historii w linearność. Może pani jakoś potem to poskłada, ogarnie.

Matka… Odkąd nie ma babci, naszego łącznika i rozjemcy, nie spotykamy się już zbyt często. Nie próbujemy rozmawiać. Kłócimy się rzadko, bo tak naprawdę to nie ma się już o co kłócić. W każdym razie gdy ksiądz wygłaszał ostatnie słowa nad trumną, ja myślałam o drabinie pokoleniowej, w której bezpowrotnie straciłam swoje miejsce. Swój szczebelek. Matka zajęła miejsce babci, ja wdrapałam się na miejsce opuszczone przez nią. Emilka zachowała najniższy stopień, którego nigdy nie ustąpi swojemu dziecku. I tak w kółko, choć już nie w naszej rodzinie. Drabina, która ma tylko trzy lub cztery szczeble, tak naprawdę nigdy się nie kończy. Żongluje tylko ludźmi. Ale zawsze w jednym, wertykalnym kierunku.

Tamtego dnia matka na pewno nie myślała o tej drabinie. Patrzyła na mnie, ściągając brwi. Omijałam jej wzrok, szarpiący na mnie ubranie. Znów nie założyłam odpowiednich ciuchów. Znów nie byłam wystarczająco elegancka. Znów musiała się za mnie wstydzić.

Koniec. Blokada. Nie umiem czy nie chcę. Nie potrafię o tym wszystkim mówić. Myślałam, że jestem gotowa, że wreszcie, w taki brzydki sposób, rozliczę się z nią i samą sobą. Że to pomoże. Wie pani, kiedyś sama chciałam napisać o tym książkę. Miałam ją w głowie. Wszystkie słowa, każdą z osobna krzywdę. I wie pani co? Nie potrafiłam nawet pierwszego zdania przelać na papier. To śmieszne, kiedy otwiera się usta, a słowa nie płyną, choć w głowie nie potrafią się już zmieścić.

Odezwę się. Do widzenia. Tak, chcę jeszcze zostać tu sama. Przepraszam.

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa piąta

 

 

„Kocham cię, Anisiu. Ciebie najbardziej”, powiedziała babcia podczas swojej ostatniej, w pełni świadomej Wigilii. Słowem i ramionami przytuliła mocno do siebie. Zdążyłam dorosnąć do takich słów, odesłać je w drugą stronę: „Ja ciebie, babciu też”. To trudne powiedzieć komuś: „Kocham cię”. Trudne – wziąć za rękę osobę, która przebywa z nami na co dzień. Zachłyśnięte sobą zakochanie jest zawsze odważniejsze. Brawurowe. Dlaczego? Bo nowe, nieznane… Wciąż wypowiada słowa, o których znaczeniu nie ma pojęcia. Wciąż wyciąga się po tę drugą rękę. Potem, w małżeństwie, jest to często niewykonalne. Ma pani męża? Aha. Czyli teoria o zakochaniu jest pani bliższa. Ja byłam z kimś, więc jestem świadoma tego, w co przeradza się zakochanie. Znam też czas, w którym przytulenie do drugiej osoby wydaje się zbędne. Kiedy za rękę się już nie chodzi, bo może to wyglądać idiotycznie. Kiedy słowa „kocham cię” stają się śmieszne. Niepotrzebne. Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy to inny rodzaj miłości, czy w ogóle nie miłość.

W każdym razie ze strony babci słyszałam to, czego zawsze skąpiła mi matka. Nie, nie żartuję. Pani wciąż słyszy od niej takie słowa? Chodzicie razem na zakupy i może pani wybierać to, co podoba się pani, a nie matce? Do kina też? Zazdroszczę. U mnie nie świętowało się żadnego sukcesu. U pani każdą piątkę i każde spełnione oczekiwanie. Te niespełnione też? O, zazdroszczę. Może to jednak pani powinna napisać książkę o swojej matce? O miłości doskonałej?

Oczywiście, że próbowałam matce mówić, że ją kocham. Najpierw, bo czułam, że tak powinnam. Potem – z przekory. Żeby ją sprowokować do reakcji, której nie było. Potem wypowiadałam te słowa przy każdej Wigilii. Zmęczonym głosem zapewniałam ją o uczuciu, którego nie miałam. Kłamca świata. Robiłam to oczywiście z egoistycznych pobudek. Żeby ukołysać na rok do snu poczucie winy. Żeby potem nie martwić się, że z czymś nie zdążyłam. Żeby umyć ręce jak Piłat, na zasadzie, że o co chodzi? Przecież ja próbowałam.

Ciekawa rzecz. Kiedy zamykam oczy i myślę „mama”, widzę babcię. Grubiutką, uśmiechniętą, z patelnią, na której smaży mi „placoszka”. Matkę też widzę. A właściwie tylko jej zieloną sukienkę, spiętą paskiem. Bezgłowy manekin jest gdzieś pomiędzy mną a babcią, ale odsunięty daleko. Nieistotny. I dopiero teraz, po tych naszych kilku spotkaniach zrozumiałam, że aby mówić o matce, muszę mówić o babci. Że temat mojej rodzicielki mogę tylko przywołać, ukrywając się za najważniejszą dla mnie osobą. Więc może tak ma być. Może to ta rzeka, o której mówiłam chyba na drugim spotkaniu. Niech płynie…

Zamknę na chwilę oczy i po prostu opowiem pani o obrazach, które zobaczę, dobrze? Muszę się o coś zaczepić. Potem pójdzie już gładko. Jedno wspomnienie zakotwiczy w kolejnym. Przywoła łączący z innymi fakt. Uwaga, zaczynam! Mój Boże! Widzę wszystko tak dokładnie, jakby działo się to teraz.

Idę ze szkoły. Wokoło wiosna, która nie cieszy. Głowę mam opuszczoną i płaczę ze strachu. Tornister, kiedyś nosiło się takie sztywne teczki na plecach, ciąży bardzo. Nie tyle książkami, bo w szkole akurat było środowisko i polski – przedmioty, które lubiłam. Najwięcej waży dzienniczek. Mała, obłożona papierem preparatka, w której, na czerwono, wydrapano uwagę. Geograficy akurat zepsuł się długopis, dlatego każde słowo, każdą literę przycisnęła do papieru trzykrotnie. Pluła czerwonym jadem na kartkę, a mnie robiło się na przemian zimno i gorąco ze strachu. Bałam się Baśkiewiczowej, a