Jutro należy do kotów - Bernard Werber - ebook + książka

Jutro należy do kotów ebook

Bernard Werber

3,9

Opis

W dzielnicy Montmartre w Paryżu żyją dwa niezwykłe koty. Bastet, narratorka, która chciałaby móc skuteczniej komunikować się z ludźmi. Pitagoras, kot doświadczalny, który na czubku głowy ma wejście na klucz USB umożliwiający mu łączenie się z Internetem. Koty spotkają się i pokochają, chociaż sprawy w świecie ludzi wokół nich nie przestają się komplikować. Bastet pragnie walczyć z przemocą ludzi za pomocą kociej duchowości. Pitagoras uważa, że jest już na to za późno i koty powinny szykować się do przejęcia sterów ludzkiej cywilizacji. „Jest zaskakujący i nie przestaje nas zadziwiać. Po zapoznaniu nas ze światem mrówek, bogów i mikroludzi, Bernard Werber wprowadza nas w osobliwy świat kotów. Egipcjanie czcili tajemniczą i mistyczną stronę tych bliskich nam, lecz zdecydowanie niezależnych zwierząt. A gdyby tak koty zgłębiły wiedzę i miały możliwość komentować swoje obserwacje? Jak zwykle, Bernarda Werbera ciekawi przede wszystkim człowiek taki, jakim jest, i jego zachowania. Któż lepiej niż udomowione koty pozwoli nam zastanowić się nad naszymi szaleństwami? Autor z wyjątkową swobodą włada sztuką zmieniania perspektywy spojrzenia. Strona po stronie zastanawiamy się, dokąd nas prowadzi i pochłaniamy całość (prawie) jednym tchem. Jedyne rozczarowanie: Bernard Werber przyzwyczaił nas do trylogii. Książka nie będzie miała dalszego ciągu – jest niemal za krótka. Miau!" Ouest France

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (14 ocen)
4
4
6
0
0

Popularność




Tytuł oryginału:

Demain les chats

Copyright © Editions Albin Michel et Bernard Werber - Paris 2016

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Emilia Grzeszczak, Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-611-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojej przyjaciółce, powieściopisarce Stéphanie Janicot, która podarowała mi Domino, kotkę drepczącą systematycznie po klawiaturze mojego komputera, kiedy tylko zauważy, że zaczynam szybko pisać (a w rezultacie moja uwaga skupia się na czymś innym niż ona).

Pies myśli: „Ludzie mnie karmią, chronią, kochają, muszą być bogami”.

Kot myśli: „Ludzie mnie karmią, chronią, kochają,

muszę być bogiem”.

ANONIM

„Psy patrzą na nas z szacunkiem, koty z pogardą, a świnie jak na równych sobie”.

WINSTON CHURCHILL (LUDZKI POLITYK)

„Pies potrafi się uczyć i zapamiętać znaczenie stu dwudziestu słów i zachowań ludzkich. Pies potrafi liczyć do dziesięciu i wykonywać proste operacje matematyczne, takie jak dodawanie czy odejmowanie. Zatem umysł psa odpowiada umysłowi pięcioletniego dziecka.

Kot, któremu proponuje się naukę liczenia, reagowania na konkretne słowa lub naśladowania ludzkich gestów, szybko sygnalizuje, że nie ma zamiaru tracić czasu na podobne głupoty. Zatem umysł kota odpowiada umysłowi… pięćdziesięcioletniego człowieka”.

PROFESOR EDMOND WELLS

(LUDZKI NAUKOWIEC I POSIADACZ KOTA)

1Poszukiwanie

Jak udało mi się w końcu zrozumieć ludzi?

Od moich najmłodszych lat wydawali mi się zarazem tajemniczy i fascynujący.

Tak długo obserwowałam ich kręcących się we wszystkich kierunkach albo wykonujących niezrozumiałe lub komiczne gesty, że w końcu rozbudziła się we mnie ciekawość. Bezustannie zadawałam sobie pytania:

Dlaczego tak dziwnie się zachowują?

Czy można nawiązać z nimi dialog?

Wreszcie dane mi było „go” spotkać.

Naprawdę mi pomógł w pojęciu ich funkcjonowania, zwyczajów, głębokich przyczyn wyjaśniających ich osobliwe zachowanie.

Spotkania zawsze nas zmieniają.

Bez „niego” być może byłabym tylko zwykłą kotką. Być może bez „niego” nie przeżyłabym tych wszystkich fantastycznych przygód. Być może nawet bez „niego” przeszłabym obok tych niewiarygodnych odkryć.

Gdyby kazano mi teraz przypomnieć sobie chwilę, w której wszystko się zaczęło, musiałabym zapewne powrócić myślami do mojego ówczesnego stanu ducha. Chyba bardzo się nudziłam, siedząc sama w domu, i intuicja podpowiedziała mi, że warto by było porozmawiać z tymi, którzy mnie otaczają.

Już w tamtych czasach byłam dogłębnie przekonana, że:

Wszystko, co żyje, posiada umysł.

Wszystko, co posiada umysł, potrafi się komunikować.

Wszystko, co potrafi się komunikować, może rozmawiać bezpośrednio ze mną.

Komunikacja wydawała mi się więc rozwiązaniem wszelkich problemów i jedynie ode mnie zależało rozpoczęcie owocnej wymiany opinii z innymi. Całe szczęście, że miałam taki cel, w przeciwnym razie na czym polegałoby moje istnienie? Na jedzeniu? Spaniu? Przyglądaniu się następującym po sobie dniom i nocom spędzonym na jedzeniu i spaniu, kiedy tymczasem świat pulsuje wokół mnie?

Tymczasem poszukiwanie nie wystarcza, trzeba też mieć strategię prowadzącą do spełnienia.

Jak pójść w stronę innych?

Oto jak wszystko się zaczęło…

2Pierwsze podejście

Powieki powoli opadają, biorę głęboki wdech, czuję swoje ciało, a w głowie czuję swój umysł.

Jest jak krągła chmurka, wełnista i srebrzysta, unosząca się wewnątrz czaszki. Posiada zdolność powiększania się. Elastyczna, rozciąga się, rozprzestrzenia, zmienia w dysk. Im bardziej się rozciąga, tym jaśniej moja świadomość postrzega otaczającą mnie przestrzeń. Mój umysł jest po prostu mglistą serwetą, tak cienką, że przypomina wrażliwą błonę.

Wyczuwam napływające ku mnie z daleka fale. Dziesiątki żywych istot wszelkich możliwych rozmiarów i kształtów wibrują, oddychają, myślą, nadają komunikaty w ich własnym języku i wprawiają mnie w drżenie, tak jak brzęczenie much kołysze powierzchnią pajęczyny.

Mam zamknięte oczy, słucham fizycznymi i psychicznymi zmysłami.

Teraz na przykład wyczuwam falę.

Bez wątpienia w mojej strefie wrażliwości znalazła się myśląca istota.

Rozpoznaję zaniepokojoną myśl.

Otwieram oczy, szukam źródła emisji, ruszam w kierunku, z którego dobiega sygnał.

Moje oczy dokańczają proces lokalizacji inteligencji.

Widzę ją. Jest bardzo piękna.

Zbliżam się małymi kroczkami.

Moje systemy powonienia i słuchu uzupełniają analizę.

Pachnie naturalnie i delikatnie.

Jej duże zaniepokojone brązowe oczy rozglądają się wokoło.

Smakuje wargami kremowe ciasto. Wąski pyszczek, białe lśniące zęby. Niespokojne palce o długich czarnych paznokciach zaciskają się na smakołyku.

Jest naprawdę czarująca.

Dawniej w podobnej sytuacji pomyślałabym, że celowo na mnie nie patrzy, że drażni się ze mną, żeby przetestować, jak zareaguję. Ale dzięki mojemu nowemu stanowi poszerzonej świadomości postrzegam ją jako zwykłą formę życia przepełnioną energią, z którą mogę się porozumieć.

Wystarczy znaleźć odpowiednią długość fali.

Zbliżmy się jeszcze.

Skupiam się i wysyłam w jej stronę wyraźną myśl:

Dzień dobry, panienko.

Ponieważ nie reaguje, towarzyszę mojej myśli, wykonując jeszcze jeden krok naprzód. Parkiet skrzypi. Ona odwraca głowę i wzdryga się na mój widok. Przestraszona, ucieka, porzucając ciastko.

Pędzi, używając całej siły swoich zgrabnych umięśnionych ud.

Biegnę ze nią.

To sportsmenka. Sadzi teraz susami.

Próbuję nie zostać w tyle. Udaje mi się nawet zyskać przewagę. Zauważam teraz pewien szczegół, który do tej pory mi umykał, a który składa się na jej niezaprzeczalny wdzięk: ma długi, szczupły i różowy ogonek.

Skupiam się i wysyłam nową myśl:

Dzień dobry, myszko.

Przyspiesza.

Hej, poczekaj! Nie chcę cię skrzywdzić, nie mam nic przeciwko kradzeniu ciastek, chcę tylko z tobą porozmawiać.

Jeszcze przyspiesza.

Nie, nie odchodź!

Kręci różowym ogonkiem. Ta mysz jest naprawdę bardzo urokliwa. Lubię istoty, które potrafią harmonijnie się poruszać.

Cóż, będę musiała ją złapać, jeśli zależy mi na satysfakcjonującej rozmowie. Również przyspieszam, potrącając kuchenny taboret, ocierając się o wazon w salonie, drapię dywan, hamując.

W swoim pędzie z trudem wyrabiam się na zakręcie w lewo, potem w prawo, prześlizguję się mniej lub bardziej kontrolowanie po wypastowanym parkiecie, odzyskuję równowagę, wbijając pazury w podłogę. Ona jest już daleko, ale wciąż jeszcze ją widzę, tajemniczy kształt znikający w uchylonych drzwiach do piwnicy.

Zbiega po schodach prowadzących do podziemia. Podążam za nią.

Znajdujemy się w otoczeniu pralek, wózków, walizek, starych obrazów i butelek z winem. Niewiele tu światła – pojedynczy promień wpadający przez okienko piwniczne – rozszerzam więc maksymalnie źrenice (wąskie szczeliny zmieniają się w duże kółka) i dzięki temu udaje mi się poruszać w niemal całkowitej ciemności.

My, koty, potrafimy to robić.

Widzę nawet ślady na zakurzonej podłodze. Idę za nimi jakiś czas, wreszcie znikają.

Zamykam oczy, nadstawiam uszu, żeby zlokalizować mysz dzięki niezwykle wyostrzonemu słuchowi. Końce moich wąsów wibrują i pozwalają na wyodrębnienie informacji.

Poszła w tamtą stronę.

Nieco dalej rzeczywiście odnajduję ślady prowadzące do szczeliny w ścianie, w pobliżu worka z drewnianymi szczapami.

Zbliżam się miękkim krokiem.

Czy jesteś tutaj, myszko?

Słyszę głośne bicie jej serca. Od niepokoju przeszła bezpośrednio do stadium całkowitej paniki.

Pochylam się i widzę ją ukrytą w otworze nie większym niż moja łapa.

Drży na całym ciele, wytrzeszcza oczy, zwinęła ogon między łapkami i rozchyliła pyszczek.

Czy to możliwe, że to ja ją tak przeraziłam? Przecież jestem tylko młodą kotką.

Myślę, że lata niezrozumienia między naszymi dwoma gatunkami nie pomagają w przełamaniu wzajemnej podejrzliwości. Skupiam się i wysyłam telepatyczną wiadomość, po której wydaję pomruk na falach o niskiej częstotliwości.

Nie zamierzam cię zabić, chcę tylko porozmawiać, jak przystało na jeden świadomy umysł z drugim.

Ona cofa się jeszcze dalej w głąb norki. Trzęsie się tak mocno, że słyszę klekotanie jej zębów.

Przechodzę w tryb pomruków na średniej częstotliwości.

Nie bój się.

Jej oddech staje się głębszy, bicie serca jeszcze szybsze, jak gdyby ta przechwycona myśl wywołała efekt odwrotny do zamierzonego. Mimo to wydaje mi się, że już prawie osiągnęłam cel.

Nie myśl przypadkiem, że…

W tym momencie eksplozja sprawia, że podskakuję. Odgłos rozległ się na zewnątrz, a po nim następują kolejne suche trzaski, wreszcie piskliwe krzyki.

Wspinam się na piętro, wychodzę na balkon w sypialni i z tego wysokiego punktu obserwacyjnego usiłuję zobaczyć, co wywołało takie zamieszanie.

Dostrzegam ubranego na czarno człowieka, celującego swego rodzaju kijem, o końcu tryskającym małymi światełkami, w stronę młodych ludzi wychodzących z dużego budynku, nad którego drzwiami wisi niebiesko-biało-czerwona flaga.

Niektórzy spośród nich upadają i przestają się poruszać. Inni rozbiegają się na wszystkie strony i wrzeszczą, tymczasem czarno odziany człowiek wciąż produkuje swoim kijem eksplozje. Kiedy ten w końcu przestaje działać, rzuca go między rozkrzyczanych młodych ludzi, którzy upadają na chodnik, po czym oddala się biegiem.

Inni ludzie gonią go i udaje im się go pochwycić, niemal przed drzwiami mojego domu. Biją pięściami i kopią.

Ze wszystkich stron nadjeżdżają samochody, tymczasem wokoło słychać krzyki i jęki.

Potem ubrany na czarno mężczyzna zostaje zabrany przez bardzo hałaśliwy samochód, na którego dachu kręci się niebieskie światełko. W międzyczasie tłum gromadzi się wokół mojego domu i budynku z flagą. Krzyki wreszcie ustają, ale ludzie rozmawiają szybko i głośno, wyczuwam emocję niczym namacalną chmurę: cierpienie. Niektórzy ustawiają się w parach, jeden człowiek przemawia, trzymając w ręce kulę, drugi oświetla go za pomocą przedmiotu wyposażonego w źródło światła. Ludzie z kulami przemawiają w swoich językach, zwróceni w stronę lamp. Następnie lampy gasną.

Biała ciężarówka z niebieskim światłem na dachu pojawia się, również wywołując straszliwy hałas. Młodzi ludzie zostają podniesieni z ziemi i umieszczeni wewnątrz pojazdu. Instynktownie wdycham tyle, ile mogę, z tych czarnych i złych fal emitowanych w wyniku zdarzenia. Całym ciałem chłonę agresję, ból i poczucie niesprawiedliwości obecnych tam ludzi. Mruczę, żeby oczyścić przestrzeń przede mną. Odbieram wszystkie wibracje wokoło i czuję się głęboko zaniepokojona – nic nie mogę na to poradzić.

Cóż za osobliwe zachowania. Nigdy ich wcześniej u nich nie widziałam. Co takiego mogło się wydarzyć?

Lubię ludzi, ale nie zawsze ich rozumiem.

3Moja służąca

Ludzie nie są tacy jak my.

Już fizycznie się od nas różnią. Poruszają się na tylnych łapach w pozycji pionowej, dość niestabilnej, co zawsze mnie intrygowało. Są więksi, wyżsi. Ich ramiona zakończone są dłońmi, które z kolei kończą się palcami wyposażonymi w stawy i płaskie paznokcie, których nie mogą chować ani wysuwać. Ich skórę pokrywają tkaniny. Płaskie i okrągłe uszy umieszczone są po bokach głowy, wąsy są bardzo krótkie, nie mają widocznego ogona. Zamiast miauczeć, wydają gardłowe dźwięki, którym towarzyszy kląskanie językiem. Wydzielają woń grzybów. Generalnie rzecz biorąc, są hałaśliwi, niezdarni i mają bardzo ograniczone poczucie równowagi.

Moja matka zawsze mawiała: „Strzeż się ludzi, są nieprzewidywalni”.

Oto, przedzierając się przez tłum zebrany pod moim domem, zbliża się moja „osobista istota ludzka”.

Moja służąca stanowi piękny okaz samicy. Ma długą grzywę brązowych, lśniących włosów, zebranych bardzo ładną czerwoną gumką.

Nazywa się Nathalie. Przechodzi przez drzwi, trzymając z trudem w ramionach wielkie pudło. Aby jej pokazać, że gdybym mogła, chętnie bym jej pomogła, podbiegam do jej nóg i przeciskam się między nimi, postukując delikatnie zębami.

Zdziwiona, nieomal się przewraca, w ostatniej chwili odzyskuje równowagę i wydaje z siebie liczne odgłosy, wśród których rozpoznaję moje własne imię „Bastet” (wydedukowałam, że tak mam na imię, ze sposobu, w jaki się do mnie zwraca). Jej intonacja pozwala mi sądzić, że chce się bawić. Robię więc nagły zwrot w bok, czym ją zaskakuję. Tym razem pada jak długa razem z pudłem. Szczerze? Kto wpadł na pomysł, żeby chodzić wyłącznie na tylnych łapach?

Zbliżam się i ocieram o nią, mrucząc, z nadzieją, że zgodzi się mnie pogłaskać w podziękowaniu za żart, który świadczy o wysokim stopniu naszej zażyłości. Nathalie wypowiada kilka słów w swoim niezrozumiałym języku. Z intonacji wnioskuję, że ona również jest wzburzona tym, co się wydarzyło na zewnątrz. Proponuję zatem chwilę relaksu w formie zabawy porzuconą skarpetką, którą zdążyłam już pogryźć – znalazłam na niej ostry, lecz bardzo sympatyczny zapach ludzkiego potu. Zamiast tego służąca wstaje i potrząsa pudłem, jak gdyby chcąc sprawdzić jego zawartość.

Uspokojona, rusza w stronę salonu.

Co to za nowa zabawka, tak ciężka i zajmująca tak dużo miejsca? Już to sobie wyobrażam: bardzo duży pluszak, lalka z dzwoneczkiem albo nawet kłąb kabli elektrycznych. Uwielbiam kłęby kabli elektrycznych.

Kiedy rozpakowuje pudło, dostrzegam z rozczarowaniem, że to wielka czarna deska o zaokrąglonych krawędziach. Nathalie spędza pół godziny na przytwierdzaniu jej do ściany. Kiedy kończy, wskakuję na stół i przyglądam się przedmiotowi z bliska. Dotykam go.

To smutny i zimny monolit. Nie emituje ani jednej fali.

Ziewam, dając do zrozumienia, że prezent ten mnie nie interesuje.

Nathalie natomiast, wciąż rozgorączkowana, sprawia wrażenie pochłoniętej nowym nabytkiem.

Kiedy go włącza, na desce pojawiają się kolorowe plamy i rozlegają osobliwe dźwięki. Siada w fotelu i za pomocą czarnego pudełeczka zmienia kolory i dźwięki.

Ziewam jeszcze bardziej ostentacyjnie i zauważam, że zrobiłam się głodna. Nie lubię być głodna.

Tymczasem zamiast zająć się mną, służąca siada przed dziwną lampą ścienną i wydaje się nią zafascynowana, tak jak motyl płomieniem świecy.

Skupiam się na jej umyśle i usiłuję przechwycić jej uczucia. Sprawia wrażenie poruszonej. Spoglądam na kolorowe plamy na czarnej desce i zauważam, że beżowe kółka to ludzkie twarze, pojawiają się na przemian z samochodami albo chodzącymi ludźmi. Przyglądam się jeszcze uważniej, udaje mi się rozpoznać scenę, której świadkiem byłam nieco wcześniej tego dnia. Widać budynek z niebiesko-biało-czerwoną flagą. Widać nawet człowieka w czerni w chwili, w której zostaje pojmany i umieszczony w hałasującym i święcącym na niebiesko samochodzie. Dźwięk, jaki dochodzi z czarnej deski, okazuje się pasmem głosów przemawiających szybko ludzi.

Jedna ze scen, nieco dłuższa niż pozostałe, pokazuje młodych ludzi leżących w czerwonych kałużach. Tempo głosu staje się szybsze, wyczuwam w nim wściekłość.

Dzięki skupianiu się na umyśle mojej służącej, słuchaniu i przyglądaniu się jej, pojmuję nagle, co Nathalie widzi w świetlistym oknie: ludzi, którzy nie tylko leżą, ale są też całkowicie martwi.

Wnioskuję, że ludzie nie są nieśmiertelni.

To ciekawa informacja, której do tej pory byłam nieświadoma.

Czy Nathalie nabyła świetlisty monolit, żeby patrzeć, jak osobnicy jej gatunku umierają?

Układam się na jej ciepłych kolanach, żeby lepiej wyczuć emocje – istotnie, jest wzburzona. Moja służąca znajduje się dokładnie w takim stanie rozwibrowania jak mała mysz, za którą niedawno zeszłam do piwnicy. Uległa panice. Emocje jedynie narastają. Energetyczne prądy ogarnia chaos. Wówczas, podobnie jak wtedy, gdy usiłowałam nawiązać kontakt z myszą, mruczę i wysyłam przekaz: Nie bój się.

Tym razem również osiągam odwrotny efekt. Nathalie podkręca dźwięk i robi najgorszą z możliwych rzeczy: zapala papierosa.

Nienawidzę papierosów. Wydzielają lepki dym, który przesiąka moją sierść i nadaje jej gorzki smak.

Żeby zamanifestować sprzeciw, opuszczam kolana służącej i udaję się do kuchni, gdzie potrącam miskę i miauczę, przypominając, że ważniejsze od ludzkich spraw są jej obowiązki, takie jak – na przykład – karmienie mnie.

Nathalie nie reaguje. Miauczę coraz głośniej.

Wreszcie wstaje, ale zamiast zająć się mną, zamyka mnie w kuchni, gdzie czekałam na swoją porcję, a następnie słyszę, że wraca na fotel i podkręca głośność świetlistej deski.

Tyle egoizmu ze strony osobnika, który powinien mi służyć – oburzające! Nienawidzę, kiedy mój człowiek tak się zachowuje.

Skaczę na drzwi, zatapiam pazury w drewnie. Na próżno. Potrzeba poprawy komunikacji z moją ludzką służącą jawi mi się bardziej niż kiedykolwiek jako priorytetowy cel.

Nie wiedząc, jak długo pozostanie w tej pozycji, ze wzrokiem utkwionym w świetlistym monolicie, rzucam się na szafę, przeciskam się aż do paczki suchej karmy i usiłuję rozerwać ją zębami. Niestety opakowanie jest solidne i dopiero po wielu próbach udaje mi się wcisnąć pazur do środka.

Naturalnie dopiero w chwili, kiedy rozdzieram paczkę, drzwi się otwierają i pojawia się Nathalie o obłąkanym spojrzeniu. Wsypuje karmę do mojej miski.

Jem, a karma rozkosznie chrupie między moimi trzonowcami.

Kiedy wreszcie czuję się nasycona, wracam do salonu.

Moja istota ludzka znów siedzi przed świetlistą deską, która wciąż pokazuje te same obrazy. Zauważam, że z oczu Nathalie wypływa przeźroczysta ciecz. Jej wibracje są coraz bardziej negatywne. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.

Wskakuję na jej kolana i liżę ją po policzku szorstkim językiem. Płyn ma słony smak, w nim również wyczuwam wzruszenie.

Wreszcie policzki Nathalie wysychają: na desce ściennej scena się zmienia. Teraz widok z góry ukazuje grupę ludzi bawiących się piłką. Gonią się, kopiąc w zabawkę, zamiast chwytać ją rękami. W tle słychać setki ludzkich głosów, które zapewne wyzywają te niezdary.

Widowisko zdaje się z początku smucić Nathalie, potem nieco relaksować, wreszcie zachwycać. Po pewnym czasie wyłącza świetlistą deskę, ludzkie głosy automatycznie urywają się, podobnie jak wszystkie inne dźwięki wydobywające się z niej.

Nathalie wstaje, idzie do kuchni, zjada zieloną zupę oraz inne artykuły spożywcze w kolorze żółtym, różowym i białym, wypija czerwony płyn, wstawia talerz do zmywarki, przeprowadza rozmowę przez telefon, bierze prysznic, depiluje wąsik za pomocą pincety – jest to zachowanie, którego nigdy nie pojmę, nie dość, że ma problemy z utrzymaniem równowagi, to jeszcze, jeśli usunie sobie włoski z pyszczka, będzie upadać częściej i nie będzie w stanie odbierać zewnętrznych fal – nakłada zielony krem na twarz i idzie się położyć, wzdychając ciężko.

Wtedy interweniuję ja. Zbliżam się łagodnie, wskakuję na łóżko i układam się na jej klatce piersiowej. Czuję szybkie bicie jej serca. Uwielbiam czuć serca innych. Wtulam się w nią i zaczynam mruczeć, skupiając się na przesłaniu telepatycznego przekazu.

Uspokój się.

Nathalie zdaje się cenić sobie moją obecność i pomruki. W zamian głaska mnie i wypowiada zdania. Rozpoznaję swoje imię, „Bastet”, wyszeptane z różnymi intonacjami. Wykonuje mój ulubiony gest: głaska mnie pod włos po szyi. Podnoszę brodę, odsłaniając jak największą powierzchnię na pieszczoty.

Nathalie przerywa swoją czynność, przygląda mi się, mruga powiekami i uśmiecha się do mnie przez pokrywający jej twarz zielony krem.

W końcu zrozumiałam, że kiedy usta człowieka unoszą się ku górze, oznacza to, że jest zadowolony. Kiedy mówi głośno, powtarzając moje imię, i porusza palcem – coś jest nie w porządku.

Przewracam się i podstawiam jej swój brzuch, ale ona wcale nie pojmuje dalszego ciągu wiadomości i wciąż głaska mnie po szyi. Potrząsam więc łebkiem, nie przestając mruczeć, i rozchylam łapy. Problem Nathalie polega na tym, że lubi kompulsywnie miętosić moje futro i robi to byle jak, nie zwracając uwagi na moje aktualne chęci.

Moja służąca zgadza się wreszcie przenieść rękę na mój brzuch, powodując bardzo przyjemne odczucia. Liżę jej dłoń, a następnie miejsca, które głaskała, żeby przesiąknąć jej smakiem i zapachem. Kiedy zasypia, wyswabadzam się z jej objęć i układam na poduszce, tuż przy włosach porastających jej czaszkę, starając się przesłać jej moje myśli.

Nathalie, w przyszłości chciałabym:

1. Rozmawiać z tobą, żebyś mi wyjaśniła, co się stało w budynku naprzeciwko z tym mężczyzną w czerni, który hałasował.

2. Żebyś mi wyjaśniła, czym jest ten świetlisty monolit, na którym widać martwych ludzi i z którego dobiegają głosy.

3. Żebyś przynosiła mi jedzenie, kiedy tylko cię poproszę, bez ociągania się.

4. Żebyś przestała zapalać papierosy, których dym cuchnie i lepi się do futra.

5. Żebyś głaskała mój brzuch, kiedy tylko go nadstawię.

6. I przede wszystkim, żebyś nigdy nie zamykała drzwi. To mnie unieruchamia w pewnej części mieszkania, czego nienawidzę.

Powtarzam wiadomość kilkakrotnie, żeby zwiększyć swoje szanse na zrozumienie.

Na zewnątrz niebo ciemnieje, zapada noc. Ponieważ jestem istotą prowadzącą nocny tryb życia, nie mam zamiaru siedzieć nieruchomo w łóżku jak moja służąca. Wracam na swój strategiczny punkt obserwacyjny na balustradzie balkonu drugiego piętra (co zazwyczaj denerwuje Nathalie, ale ja bardzo lubię ją niepokoić – sprawdzam w ten sposób jej przywiązanie).

Na ulicy tłoczą się samochody emitujące niebieskie światła. Negatywne fale rozpłynęły się. Rozpięto żółte taśmy, żeby uniemożliwić zbliżanie się ludzi, którzy gromadzą się po obu stronach ulicy. Pięć osób w białych kombinezonach bada uważnie podłoże i zbiera różne małe przedmioty. Jedna spośród nich kreśli białe rysunki na asfalcie, tymczasem inna posypuje ślady krwi beżowym proszkiem.

Unoszę głowę. Obserwuję, wciągam powietrze, węszę, nasłuchuję.

Wieje silny wiatr, wprawiając w drżenie liście na drzewach. Zauważam w moim polu widzenia coś nowego i interesującego. W oknach sąsiedniego domu, który od kilku miesięcy stał niezamieszkany, teraz się świeci. Widzę cień poruszający się za zasłonami na drugim piętrze. Postać wyłania się przez drzwi balkonowe i zatrzymuje przy balustradzie, dokładnie naprzeciwko mnie.

Niebieskie oczy. Czarna sierść na głowie. Resztę ciała pokrywają jasnoszare włosy. Spiczaste uszy. To mój kuzyn, kot syjamski, który podobnie jak ja obserwuje ulicę i ludzi w białych strojach. Odwraca się ku mnie i wbija we mnie ostentacyjne spojrzenie.

4Mój tajemniczy sąsiad

Lubię nowe znajomości.

Samiec, który patrzy na mnie w ten sposób, z całą pewnością chce zwrócić moją uwagę. Nie on pierwszy i nie ostatni. Mój urok po raz kolejny zadziałał niezależnie ode mnie.

Pozwalam sobie na miauknięcie w jego kierunku, lecz ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu on nie odmiaukuje. Lubię koty syjamskie, choć należy przyznać, że są bardzo pretensjonalne.

Przyjmuję przyjacielską pozę: uszy lekko wysunięte naprzód, wąsy rozłożone na boki, ogon na sztorc.

On nie zmienia swojej.

Zazwyczaj, kiedy ktoś do tego stopnia mnie lekceważy, uciekam. Jednak nie mam nic innego do roboty tej nocy, jestem też z natury ciekawska, chowam więc dumę do kieszeni i szykuję się do przeskoczenia na sąsiedni balkon.

Napinam mięśnie, celuję, wprawiam się w ruch, rozciągam, rozpościeram się nad pustką między naszymi dwoma domami, rozchylam palce i pazury. Lecę przez ułamek sekundy. Odległość jest niebagatelna i źle obliczyłam lądowanie. Brakuje mi kilku centymetrów, żeby sięgnąć balustrady, do której zamierzałam dotrzeć. Macham łapami w powietrzu.

Pazurami muskam metal, ale nie znajduję punktu zaczepienia.

Kot syjamski wciąż obserwuje mnie w bezruchu.

Kompletne upokorzenie.

Na szczęście chwytam się winorośli i niszczycielskimi uderzeniami pazurów wspinam się na balkon.

Kot syjamski wciąż ani drgnie.

Wreszcie osiągam swój cel, docieram na balustradę i ruszam ku niemu, miaucząc.

On zachowuje stoicki spokój.

Z bliska widzę go lepiej. Sądząc po ogólnym wyglądzie, ma około dziesięciu lat (dla mnie, trzylatki, to starzec). Zadziwiający szczegół: na czubku jego głowy widnieje przytwierdzona plastikowa fioletowa plakietka.

Przełamując podejrzliwość, rozpoczynam rozmowę, jak gdyby nigdy nic.

– Jest pan nowym sąsiadem?

Brak odpowiedzi. Odbieram jednak bardzo przyjazne fale.

– Czy moglibyśmy porozmawiać? Mieszkam obok i cieszę się, że w najbliższym sąsiedztwie zamieszkał kot.

Kot liże się po łapie, po czym drapie się za prawym uchem – na znak namysłu. Uznaję to za zgodę. Dość już miałam dzisiaj kłopotów z porozumieniem się z innymi, żeby przyznać się do porażki w przypadku istoty, która mówi tym samym co ja językiem.

– Co to za płytka na pana głowie?

Wpatruje się we mnie, aż wreszcie zgadza się odpowiedzieć.

– To moje Trzecie Oko.

– Co to jest „Trzecie Oko”?

– Wejście USB, które umożliwia mi łączenie się z komputerami i komunikowanie się z ludźmi.

Czy ja dobrze usłyszałam?

– Co takiego?

Nie chcę przyznać, że przerasta mnie to słownictwo, ale kot nawet nie zadaje sobie trudu, żeby powtórzyć swoje słowa.

Łapą ściąga plastikową fioletową pokrywkę, opuszcza głowę i zachęca, żebym przyjrzała się urządzeniu na własne oczy.

Pochylam się i zauważam we wnętrzu jego czaszki idealnie prostokątny otwór z metalową obwódką.

– Czy to rana powstała w wyniku wypadku? Musi cię boleć.

– Nie. To celowe i bardzo praktyczne.

– Co przekazujesz ludziom Trzecim Okiem?

Kot nie przestaje się lizać i drapać łapą za uchem.

– Nic.

– Jaki więc sens ma posiadanie czegoś takiego?

– Niczego im nie mówię, ale bardzo wiele dowiaduję się na ich temat. Dzięki temu mogę zrozumieć, jak działa ludzkość, a przez to również cały Wszechświat.

Wypowiedział to zdanie tak obojętnym tonem, że jego pewność siebie i zarozumiałość zapierają mi dech. Nie tyle to, co opowiada, ile sposób, w jaki się wyraża, wzbudza mój respekt. Czy to możliwe, że naprawdę rozumie ludzi?

– Ja próbowałam przemawiać do ludzi, ale rozumieją bardzo niewiele. Dziś wieczorem moja służąca zapomniała nakarmić mnie na czas i zamknęła w pomieszczeniu, z którego sama nie potrafiłam się wydostać. Wszystko to, żeby móc przyglądać się wielkiej czarnej desce przytwierdzonej do ściany, która świeci i hałasuje. Też ją obserwowałam i w końcu pojęłam, że widać na niej inne istoty ludzkie… martwe!

Kot syjamski bierze wdech, jak gdyby szukał odpowiedniego tonu, którym się do mnie zwróci. Wysuwa długi różowy język i nawilża nim nozdrza.

– Wasza czarna deska ścienna nosi w ich języku nazwę „telewizor”.

– Niech tak będzie. W tym „telewizorze” pojawiają się wydarzenia, które miały miejsce tutaj, na ulicy. Byłam ich świadkiem. Po południu pojawił się ubrany na czarno człowiek i hałasował kijem.

– To był „karabin”, a jeśli eksplozje się powtarzały, chodziło zapewne o „karabin maszynowy”.

– Młodzi ludzie wychodzący z budynku z flagą upadali na ziemię.

– Budynek z flagą to „szkoła podstawowa”, a młodzi ludzie to dzieci, uczniowie tej szkoły.

– Potem ubrany na czarno człowiek odrzucił przedmiot i uciekł, a młodzi ludzie, którzy upadli, już się nie podnieśli.

– Normalne. Zostali ranni lub zabici. O to mu chodziło.

– Następnie inni ludzie złapali człowieka w czerni i zabrali go samochodem z niebieskim światłem.

– Policja.

– Pojawił się inny pojazd, biały, również z niebieskim światłem. Wysiedli z niego mężczyźni, którzy ułożyli młodych ludzi na łóżkach na kółkach i zabrali ich.

– Karetka pogotowia.

– Potem pojawili się jeszcze inni ludzie i parami oświetlali sobie twarze.

– To musieli być dziennikarze. Dostarczają obrazy, które twoja służąca obserwowała następnie w telewizorze.

– Co znaczyła ta scena?

– Ludzie przeżywają kryzys. Wciągnęła ich swego rodzaju spirala coraz bardziej spektakularnej przemocy, która – moim zdaniem – nieprędko się zatrzyma. Indywidua, takie jak ten człowiek w czerni, pojawiają się, żeby zabijać innych przypadkowych ludzi. To się nazywa „terroryzm”.

– Jaki sens ma dla nich zabijanie się nawzajem?

– Pozwala im to na wywoływanie silnego emocjonalnego szoku, a co za tym idzie, na odwracanie uwagi od innych spraw i kierowanie jej na ich własną, szczególnie za pośrednictwem obrazów, które pokazuje telewizor. To forma komunikacji… Kiedy ludzie się boją, są bardziej uważni i łatwiej nimi manipulować.

– Nie rozumiem.

– Moim zdaniem szykuje się coś znacznie gorszego: wojna. Terroryzm to tylko przedsmak, dotyczy kilkudziesięciu osób, a wojna z kolei ma na celu eliminację setek tysięcy, a może nawet i milionów. Podejrzewam, że niedługo zostanie wypowiedziana.

Kot drapie się łapą za uchem krótkimi, szybkimi ruchami.

Nie jestem pewna, czy wszystko rozumiem, gdyż on nie stara się nawet dostosować do mnie swojego słownictwa. Pojmuję jednak ogólną ideę i ciągnę dalej, żeby nie dać po sobie poznać, że rozmowa mnie przerasta.

– W każdym razie terroryzm i wojna sprawiają, że z oczu mojej służącej wypływa woda.

– To się nazywa „płacz”. Ludzie płaczą, kiedy są smutni. Z ich oczu nie płynie woda, tylko „łzy”. Czułaś, że są słone, prawda?

Muszę przyznać, że jego pewność siebie i zadziwiająca wiedza robią na mnie ogromne wrażenie.

– W telewizorze widziałam nie tylko martwych ludzi, ale też takich, którzy bawili się piłką, a inni wokoło krzyczeli. Potrafisz zrozumieć taką sytuację?

– To „piłka nożna”, sport drużynowy.

– Dlaczego każdy nie ma swojej piłki?

– To celowy zabieg, chodzi o stworzenie rywalizacji.

– Fakt, że jest tylko jedna piłka na tyle osób, musi ich frustrować, złościć, sprawiać, że biegają we wszystkie strony, prawda?

– Prawdę mówiąc, chodzi o umieszczenie piłki w bramce drużyny przeciwnika. Dzięki temu zdobywają punkty i zazwyczaj podoba się to tym, którzy oglądają grę. Kiedy twoja służąca to oglądała, pewnie przestała płakać, czyż nie?

– Istotnie, zauważyłam ulgę na jej twarzy w chwili, kiedy piłka wpadła w siatkę.

– Ludzie mówią, że nienawidzą wojny i że kochają piłkę nożną, ale moim zdaniem cenią sobie obie te rzeczy. W przeciwnym razie nie pokazywano by ich tak często w wiadomościach telewizyjnych. I nie puszczano by w międzyczasie reklam.

Kot syjamski wypowiada się neutralnym głosem, jak gdyby to wszystko było oczywiste. Przyglądam mu się. Jego wąsy są długie i dystyngowane. Ogólne wibracje wciąż bardzo przyjazne.

– Mówisz, że wszystkie te informacje zdobyłeś dzięki Trzeciemu Oku w głowie?

– Owszem, wejście USB najnowszej generacji pozwala mi podłączyć się do komputera i pobierać informacje. Już ci chyba o tym mówiłem, jeśli się nie mylę.

Drażni mnie jego pełen wyższości ton. Przełykam ślinę. Moja ciekawość jest jednak silniejsza niż duma.

– Co takiego?

– Komputer, no… taka skomplikowana maszyna elektroniczna, dzięki której mam dostęp do szczegółowej wiedzy na temat ich świata i także naszego. Kiedyś byłem takim ignorantem jak ty. Nam, kotom, brakuje perspektywy zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Większość z nas ma dostęp do jednego ograniczonego źródła informacji: tego, co widzimy, słyszymy albo odczuwamy dzięki własnym zmysłom fizycznym i psychicznym. To maleńkie poletko wiedzy – przestrzeń mieszkania, kilku dachów, ogrodu, ulicy. Ludzie mogą odbierać zdarzenia wykraczające poza możliwości zmysłów fizycznych dzięki licznym nowoczesnym narzędziom: telewizji, radiu, komputerowi, gazetom i książkom.

Kot syjamski powraca do lizania łapy i drapania się nonszalancko za uchem. Wydaje mi się, że kpi sobie ze mnie, być może dlatego, że ośmieszyłam się nieudanym skokiem, który zmusił mnie do lądowania na winorośli. Parskam nerwowo i próbuję odzyskać pewność siebie.

– Chcę nawiązać z nimi bezpośredni dialog. Myśli kociej z myślą ludzką. Nie tylko odbierać, ale też nadawać.

– Niemożliwe.

Wkurza mnie swoim zadufaniem. Staram się nie stracić panowania nad sobą.

– Ja już nawiązałam z nimi zaczątek dialogu.

– Nie masz Trzeciego Oka. I nawet gdybyś miała, gwarantuję, droga sąsiadko, że działa tylko odbiór, nie nadawanie. Wiedza ludzi przepływa w stronę kotów, nie odwrotnie.

Biorę głęboki wdech, staram się zachować zimną krew i nalegam:

– Mrucząc, wysyłam uspokajające myśli. Moja ludzka służąca przestaje płakać, a kąciki jej ust podnoszą się.

Kot nadal liże prawą łapę, drapie się nią za uchem, jak gdyby moja obecność była mu całkowicie obojętna.

Nagle z niższego piętra wzywa go głos: „Pitagorasie! Pitagorasie!”.

Odwróciwszy nonszalancko głowę w stronę, z której dobiega głos, mój sąsiad schodzi z balustrady, wsuwa głowę przez okno i udaje się zapewne na spotkanie ze swoją służącą.

Żadnego „do widzenia”. Jestem oburzona.

Chcąc wrócić do siebie, postanawiam powtórzyć skok. Szykuję się, celuję, wkładam maksymalną moc w rozprężenie i wzbijam się w powietrze. Rozciągnięcie. Przelot między dwoma domami. Lecę niewiele dłużej niż podczas poprzedniego skoku. Doskonałe lądowanie. Szkoda, że nikt go nie podziwiał. Na tym polega dramat mojego istnienia. Kiedy odnoszę sukces, nikt tego nie widzi, a kiedy mi się nie udaje, zawsze znajdą się świadkowie.

Przechodzę przez otwarte okno balkonowe i udaję się do chrapiącej głośno Nathalie. Przyglądam jej się, gładząc wąsy.

Muszę nawiązać z nią prawdziwy dialog, który polegałby również na emisji, a nie tylko na odbiorze. Wtedy zarozumiały sąsiad (jak on się nazywał? Ach tak… Pitagoras… Co za dziwne imię) zobaczy, że dwa gatunki mogą przekazywać sobie nawzajem informacje.

Żeby przypochlebić się mojej przyszłej partnerce w rozmowie międzygatunkowej, uznaję, że sprytnym posunięciem byłoby odnalezienie myszy w piwnicy i przyniesienie jej tutaj. Jestem pewna, że widok ten sprawiłby jej przyjemność po przebudzeniu. Mysz drgająca w ostatnich konwulsjach stanowi najpiękniejszy prezent, jaki kot może podarować istocie ludzkiej.

5O trudnościach związanych z dzieleniem terytorium

Budzi się dzień, więc powoli zaczyna ogarniać mnie senność, kiedy nagle rozlega się wrzask, który sprawia, że włoski na uszach stają mi dęba.

Nathalie odkryła mój prezent.

Jednak krzyk nie brzmi radośnie. Słyszę swoje imię powtarzane wielokrotnie pełnym wyrzutu tonem. Najwyraźniej nie doceniła mojego podarunku. Zbliżam się nonszalancko i stwierdzam, że chociaż mysz wciąż jeszcze drga w agonii, co każdego zachęciłoby do zabawy, Nathalie sięgnęła po szufelkę i miotłę, po czym wrzuciła mysz do worka na śmieci, uniemożliwiając mi jej zjedzenie. Wobec takiej niewdzięczności okazuję swoje niezadowolenie pomrukami.

Moja służąca nie daje się zbić z tropu i nerwowo wsypuje suchą karmę do mojej miski. Ośmielam się sądzić, że chodzi o nagrodę za przyniesienie myszy.

Domyślam się, że jej podejrzane zachowanie może być związane ze złym wpływem telewizora, który doprowadza ją do płaczu, pokazując terroryzm i wojnę. Jeśli o mnie chodzi, jestem zachwycona, pojmując teraz dokładne znaczenie informacji otrzymanych dzięki mojemu sąsiadowi Pitagorasowi.

Nathalie ubiera się i opuszcza dom. Znowu zostaję sama i wykorzystuję tę okazję, żeby wreszcie zasnąć. Spanie jest jednak moim ulubionym zajęciem.

Śnię, że jem.

Budzę się jak zwykle, po południu, kiedy promień słońca muska moją prawą powiekę. Przeciągam się co sił, że aż trzeszczą żebra, ziewam.

Muszę popracować nad rozciąganiem, żeby mieć pewność, że nigdy, ale to już nigdy więcej nie powtórzy się wczorajsza katastrofa. Wysuwam i cofam pazury, żeby poprawić prędkość szykowania broni.

Liżę się. Uwielbiam się lizać (moja matka zawsze mówiła, że „przyszłość należy do tych, którzy wcześnie się liżą”). Wykorzystuję chwilę, żeby pomyśleć nad planami na dziś. My, koty, nieustannie improwizujemy. Naturalnie chciałabym kontynuować rozmowę z moim syjamskim sąsiadem, ale on nie wydaje się mną zainteresowany, a ja jestem zbyt dumna, żeby napraszać się o cokolwiek (na dodatek u samca…). Postaram się więc prowadzić moje badania nad komunikacją międzygatunkową, używając do tego najprymitywniejszego okazu: czerwonej rybki w akwarium kuchennym.

Zbliżam się do niej, badam przez dzielące nas szkło. Zapewne onieśmielona, cofa się, szukając miejsca najdalej ode mnie.

Dzień dobry, rybo.

Przykładam poduszeczki do szkła i zamykam oczy, żeby przesłać telepatyczną wiadomość. Mruczę.

Nathalie nazywa ją „Posejdonem”. Stwierdzam więc, że rybka musiała już słyszeć to imię wielokrotnie i lepiej zrozumie, że zwracam się właśnie do niej, jeśli nazwę ją poprawnie w moim umyśle.

Dzień dobry, Posejdonie.

Mały pomarańczowy karp o szerokich miękkich płetwach wciska się pospiesznie w dekorację ze sztucznych kamieni, gdzie nie potrafię go dostrzec. Jak wiele niszczy nieśmiałość!

Ponownie wysyłam wiadomość za pośrednictwem pomruku. Co jej powiedzieć? „Nie bój się”? Muszę wymyślić coś innego. Już wiem:

Jestem gotowa do rozmowy z tobą jak równy z równym, chociaż jesteś tylko rybą.

Posejdon wcisnął się tak głęboko w dekorację, że wcale już go nie widać. Frustruje mnie fakt, że moje wysiłki są nagradzane w taki sposób.

Nie chcąc rezygnować, mając jednak świadomość trudów, jakie niesie mój projekt, opieram łapy na krawędzi akwarium i napieram na nie całym ciężarem, przechylając je lekko, co pozwala mi na pozbycie się części dzielącej nas wody. Moim zdaniem dialog byłby bardziej udany, gdybyśmy mieli bezpośredni kontakt.

Niestety źle obliczyłam ciężar pojemnika, który nagle się przewraca. Ledwo udaje mi się odskoczyć na bok, żeby uniknąć przemoczenia. Niesiony wraz z wodą Posejdon wyłania się wreszcie ze swojej kryjówki.

Oto leży na obrusie. Miota się na wszystkie strony, jakby tańczył. Mam wrażenie, że zrobiłam wielki krok naprzód i odkryłam sposób wyrażania się ryb. Posejdon wykonuje, nie bez wdzięku, ciąg podskoków, otwierając i zamykając pyszczek, nie wydając jednak z siebie żadnego dźwięku. Skrzela poruszają się szybko, odsłaniając lśniące czerwone powierzchnie.

Wreszcie możemy porozmawiać, Posejdonie. Czuję jego fale, nie potrafię ich jednak zinterpretować.

Rozedrgany Posejdon dociera na krawędź stołu. Ponieważ nie rozumiem nic z tego, co usiłuje mi przekazać, kładę na nim łapę, przez co go unieruchamiam i zwiększam kadencję ruchów jego pyszczka.

Przestawiam się na tryb maksymalnego odbioru.

Jesteś głodny?

Zadowolona z odkrycia, przewracam pudełko z suszonymi robakami, które Nathalie podaje mu w charakterze jedzenia.

Nawet ich nie zauważa.

Czekam, sprawdzam, dotykam ryby poduszeczkami, potem jednym wysuniętym pazurem, mruczę.

Uspokój się.

Po chwili ryba przestaje się miotać. Mam nadzieję, że posłuchała mojego polecenia, ale nie, jej skrzela rozchylają się i zamykają coraz szybciej. Jest w złej formie. Po raz kolejny komunikacja się nie powiodła. Zachowuję jednak nadzieję na znalezienie innego żywego gatunku zdolnego do podjęcia satysfakcjonującego dialogu. W tej chwili muszę przyznać, że najbardziej pojętna okazuje się moja ludzka służąca, która reaguje pozytywnie na mruczenie w niskiej częstotliwości.

W tym momencie otwierają się drzwi wejściowe, wraca Nathalie. Tym razem trzyma w ręce swego rodzaju torbę z siatki, skąd dobiegają piskliwe odgłosy. Zastanawiam się, jakiż to prezent mi podaruje.

Otwiera pospiesznie torbę i wyciąga z niej… kota!

Wprawiłam ją wczoraj w tak dobre samopoczucie, mrucząc jej i pomagając zasnąć, że musiała uznać, iż koty ogólnie pomagają się zrelaksować.

Na dywanie dostrzegam angorę czystej rasy – brzydką. Nathalie uśmiecha się do mnie i wydaje się zachwycona tą kulką kłaków, powtarzając słowo, które musi oznaczać imię: „Félix”.

Kolejny nietrafiony prezent.

Osobnik sprawia wrażenie przygłupiego. Na mój widok zamiast zbliżyć się ze spuszczonym łbem, żeby pokazać, że ma świadomość, iż przebywa na moim terytorium, wbija we mnie swoje żółte ślepia.

Ach, jak ja nienawidzę kotów czystej rasy! Na dodatek kolor jego futra jest nieciekawy. Biały. Ja na przykład jestem biała i mam śliczne czarne plamki rozrzucone po całym ciele.

On jest mdły. Ma długie, grube, tłuste włosie. Jak Nathalie mogła wykazać się tak złym gustem, żeby wybrać dla mnie białego samca angorę o żółtych oczach?

Natychmiast okazuję mu brak zainteresowania, unosząc ogon i pokazując mu zad. Ale ten imbecyl się uwziął. Zamiast pojąć przekaz odrzucenia, myśli, że życzę sobie zostać pokryta.

Jakie głupie są samce czystej rasy!

Jestem zmuszona uderzyć go łapą o wysuniętych w jednej trzeciej pazurach, żeby dać mu do zrozumienia, że to ja decyduję, co się tu będzie działo.

W tym czasie Nathalie przemawia ciepłym tonem, który każe mi podejrzewać, że uważa, iż jestem zachwycona koniecznością dzielenia wszystkiego z tym obcym przybyłym znikąd. W ramach odpowiedzi wymierzam kotu drugi cios pazurami i wyraźnie mu oznajmiam:

„Nie podobasz mi się. Zmiataj stąd”.

Ten natychmiast przyjmuje uległą pozycję. Tak czy owak, nie ma mowy, żeby ktoś narzucił mi towarzystwo.