Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 360 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 14 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 14 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Jutro - Guillaume Musso

Matthew Shapiro, wykładowca na Harvardzie, wciąż nie może się otrząsnąć po tragicznej śmierci żony. Jedyny sens jego egzystencji nadaje czteroletnia córeczka, i to ze względu na nią Matthew nie poddaje się depresji. O tym, by zaczął znowu dostrzegać uroki życia, nie ma jednak mowy.

Emma Lovenstein może o sobie śmiało powiedzieć, że osiągnęła sukces zawodowy. Pracuje jako sommelierka w renomowanej nowojorskiej restauracji i jest uznawana za jedną ze wschodzących gwiazd w tym zawodzie. Niestety, w życiu osobistym zupełnie się jej nie wiedzie. Ma wprost talent do pakowania się w związki bez perspektyw.

Kiedy Matthew kupuje używany komputer, nie ma pojęcia, że ten przedmiot odmieni jego życie. Na dysku laptopa, który wbrew temu, co twierdził sprzedający, nie został dokładnie wyczyszczony, znajdują się zdjęcia, a także adres mailowy osoby, która je wykonała – młodej kobiety, prawdopodobnie poprzedniej właścicielki komputera. Matthew wysyła jej wiadomość, ona mu odpowiada i... rozpoczyna się coś, czego żadne z nich nie jest w stanie pojąć.

Musso ujawnia swoje mistrzostwo w kreowaniu atmosfery tajemnicy
Paris Match

Opinie o ebooku Jutro - Guillaume Musso

Fragment ebooka Jutro - Guillaume Musso

O książce

Gra kłamstw? Żart wyobraźni? Manipulacja?

Jak daleko można się posunąć, żeby ratować kochaną osobę?

Historia w równej mierze tajemnicza, co bulwersująca

Wirtuozerska intryga, diaboliczny suspens…

Kiedy Matthew kupuje używany komputer, nie ma pojęcia, że ten przedmiot odmieni jego życie. Na dysku laptopa, który wbrew temu, co twierdził sprzedający, nie został dokładnie wyczyszczony, znajdują się zdjęcia, a także adres mailowy osoby, która je wykonała – młodej kobiety, prawdopodobnie poprzedniej właścicielki komputera. Matthew wysyła jej wiadomość, ona mu odpowiada i… rozpoczyna się coś, czego żadne z nich nie jest w stanie pojąć.

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILAWkrótceDZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

Tytuł oryginału:DEMAIN

Copyright © XO Éditions 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcie na okładce: Paul Thomas Gooney et Hayden Verry/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-421-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Miłość, gdy nie może iść, czołga się.WILLIAM SZEKSPIR

Część pierwszaPrzypadkowe spotkania

Dzień pierwszy

1Pośród duchów

To nie w lustrze widzimy swoje prawdziwe odbicie, tylko w oczach innych.

TARUN J. TEJPAL

Uniwersytet HarvardaCambridge19 grudnia 2011

Aula pękała w szwach, ale panowała cisza.

Wskazówki na brązowej tarczy starego zegara ściennego wskazywały godzinę 14.55. Profesor Matthew Shapiro kończył wykład z filozofii.

Siedząca w pierwszym rzędzie dwudziestodwuletnia Erika Stewart wpatrywała się w niego intensywnie. Dosłownie spijała słowa z jego ust i przytakiwała każdemu zdaniu, starając się bezskutecznie zwrócić na siebie uwagę wykładowcy. Mimo obojętności, z jaką profesor przyjmował jej awanse, dziewczyna była z każdym dniem coraz bardziej nim zafascynowana.

Miał młodą twarz, krótko ostrzyżone włosy i lekki zarost. Nie można było zaprzeczyć, że emanował z niego urok, który wzbudzał poruszenie wśród studentek. Profesor nosił sprane dżinsy, skórzane buty i sweter z golfem, dlatego wyglądał bardziej jak student niż wykładowca, zwłaszcza w porównaniu z częścią kolegów – surowych i zasadniczych – których spotkać można było na terenie kampusu. W sumie jednak to raczej jego elokwencja niż przystojna twarz tak wszystkich zniewalała.

Matthew Shapiro był jednym z najpopularniejszych profesorów tego uniwersytetu, odkąd pięć lat temu zaczął wykładać w Cambridge. Studenci dowiadywali się o nim pocztą pantoflową i z każdym rokiem na jego zajęciach zjawiał się coraz liczniejszy tłum, aż w końcu musiano je przenieść do największej auli Sever Hall, gdy w tym trymestrze zapisało się na nie ponad osiemset osób.

FILOZOFIA JEST NIEPOTRZEBNA, JEŚLI NIE WYZWALA UMYSŁU OD CIERPIENIA

Cytat z Epikura zapisany na tablicy wyrażał myśl przewodnią wykładów Matthew.

Najbardziej zależało mu na tym, żeby jego zajęcia były przystępne, i nie obciążał studentów zawiłymi koncepcjami. Mówił o sprawach codziennych, zawsze zaczynał od przedstawienia konkretnego problemu z życia studenta: strach przed oblaniem egzaminu, zerwanie z ukochanym czy ukochaną, bezlitosne spojrzenia innych, sens studiowania… Po przedstawieniu problemu odwoływał się do nauk Platona, Seneki, Nietzschego czy Schopenhauera i jego talent oratorski sprawiał, że słynne postacie opuszczały na chwilę strony podręczników i stawały się przyjaciółmi, zdolnymi udzielić ci pożytecznej i podnoszącej na duchu rady.

Inteligentnie i z humorem Matthew wprowadzał również do wykładów wiele elementów kultury masowej. Popularne filmy, piosenki czy komiksy – wszystko było pretekstem do filozofowania. Nawet na seriale telewizyjne patrzył łaskawym okiem. Doktor House był przykładem rozumowania eksperymentalnego, rozbitkowie z serialu Zagubieni dawali pretekst do refleksji na temat umowy społecznej, a męscy szowiniści w agencji reklamowej z serialu Mad Men zachęcali do dyskusji na temat ewolucji stosunków damsko-męskich.

Jeśli ta pragmatyczna filozofia uczyniła z niego gwiazdę kampusu, miała również stronę negatywną: wywołała zazdrość i irytację kolegów, którzy uważali, że Matthew jest powierzchowny. Na szczęście jego studenci jak dotąd wychodzili zwycięsko ze wszystkich egzaminów i konkursów.

Niektórzy sfilmowali nawet jego wykłady i wrzucili je na YouTube. Inicjatywa wzbudziła zainteresowanie dziennikarza z „Boston Globe”, który napisał na ten temat artykuł. Tekst przedrukował „New York Times” i w efekcie Shapiro został poproszony o napisanie „antypodręcznika” filozofii. Książka sprzedała się dobrze, ale młody profesor nie uległ presji rodzącej się sławy i był wciąż do dyspozycji swoich studentów. Niestety, tę piękną historię przerwało tragiczne wydarzenie: poprzedniej zimy Matthew Shapiro stracił żonę w wypadku samochodowym. Ta nagła śmierć go zdruzgotała. W dalszym ciągu prowadził zajęcia, ale już bez tak charakterystycznej dla niego pasji.

Erika zmrużyła oczy, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Od tego dramatycznego wydarzenia coś się w Matthew załamało. Rysy jego twarzy stały się surowe, spojrzenie utraciło blask, zagościł w nim smutek. A jednak mimo otaczającej go aury melancholii wciąż wydawał jej się niezwykle fascynujący. Przymknęła powieki i pozwoliła się nieść dźwiękowi niskiego, spokojnego głosu, który unosił się pod sklepieniem auli. Głos ten stracił nieco swego poprzedniego uroku, ale wciąż brzmiał kojąco. Przez szyby w oknach przenikały promienie słońca, rozgrzewając wielką salę i oświetlając środkowy rząd ław. Erika czuła się cudownie, kołysana niosącymi poczucie bezpieczeństwa tonami.

Jednak stan łaski nie trwał długo. Wkrótce ściągnął ją na ziemię dźwięk dzwonka ogłaszającego koniec wykładu. Nie śpiesząc się, zebrała swoje rzeczy i zaczekała, aż sala opustoszeje, żeby po cichu podejść do profesora Shapiro.

– Co pani tu robi, Eriko? – zapytał zdziwiony Matthew, gdy ją zauważył. – Przecież zaliczyła już pani te zajęcia w zeszłym roku. Nie musi pani przychodzić na moje wykłady.

– Przyszłam z powodu tego zdania Helen Rowland, które pan tak często cytuje.

Matthew zmarszczył brwi. Nie rozumiał.

– „Najbardziej żałuje się szaleństw, których się nie popełniło, kiedy się miało okazję” – powiedziała Erika i zdobywając się na odwagę, wyjaśniła: – Nie chcę się znaleźć w takiej sytuacji, więc zamierzam popełnić szaleństwo. W przyszłą sobotę są moje urodziny i chciałam… chciałam zaprosić pana na kolację.

Matthew otworzył szeroko oczy i od razu postawił sprawę jasno:

– Eriko, jest pani młodą inteligentną kobietą. Wie pani doskonale, że istnieje co najmniej dwieście pięćdziesiąt powodów, dla których pani odmówię.

– Ale ma pan ochotę się zgodzić, prawda?

– Niech się pani nie upiera, bardzo proszę!

Erika poczuła, jak się czerwieni ze wstydu. Wymamrotała słowa przeprosin i wyszła z auli.

Matthew westchnął i włożył płaszcz. Obwiązał szyję szalikiem i również wyszedł na teren kampusu.

*

Z połaciami zielonych trawników, majestatycznymi budynkami z czerwonej cegły, na których frontonach widniały łacińskie cytaty, Harvard miał w sobie szyk i ponadczasowość tradycyjnych anglosaskich uczelni.

Gdy tylko Matthew znalazł się na zewnątrz, skręcił sobie papierosa, zapalił go i szybko opuścił teren Sever Hall. Z torbą na ramieniu przeszedł przez Yard, wielki dziedziniec, którego troskliwie utrzymane trawniki przedzielone były kilometrami ścieżek prowadzących do sal wykładowych, bibliotek, muzeów i akademików.

Park skąpany był w pięknym jesiennym świetle. Od dziesięciu dni utrzymywała się wysoka jak na tę porę roku temperatura i świeciło słońce. Mieszkańcom Nowej Anglii trafiło się spóźnione, ale bardzo przyjemne babie lato.

– Panie psorze! Uwaga!

Matthew odwrócił głowę i zobaczył lecącą w jego kierunku piłkę futbolową. Złapał ją w ostatniej chwili i posłał rozgrywającemu, który go ostrzegł.

Na wszystkich ławkach dziedzińca siedzieli studenci z laptopami na kolanach. Z trawników dobiegał śmiech i gwar ożywionych dyskusji. Tu bardziej niż gdzie indziej bezkonfliktowo mieszały się z sobą różne nacje – wielokulturowość była zdecydowanie uważana za walor. Szary i bordo, kolory słynnej uczelni, widniały dumnie na kurtkach, bluzach czy sportowych torbach: w Harvardzie poczucie przynależności do grupy zacierało wszystkie różnice.

Przechodząc przed Massachusetts Hall, monumentalnym gmachem w stylu georgiańskim, w którym mieściła się dyrekcja oraz akademik dla studentów pierwszego roku, Matthew zaciągnął się papierosem. Na schodach budynku stała panna Moore, sekretarka rektora, która rzuciła mu wściekłe spojrzenie i przywołała do porządku („Profesorze Shapiro, ile razy mam panu powtarzać, że palenie na terenie kampusu jest zabronione!”), dołączając jakiś truizm na temat szkodliwości tytoniu.

Matthew patrzył przed siebie, na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, tak jakby nie widział ani nie słyszał sekretarki. Przez moment kusiło go, by odpowiedzieć jej, że śmierć byłaby dla niego w tej chwili wybawieniem, ale opanował się i wyszedł z kampusu przez wielką bramę na Harvard Square.

*

Harvard Square, na którym szumiało jak w ulu, był wielkim placem. Wokół niego mieściły się sklepy, księgarnie oraz różne małe restauracje i kawiarnie, gdzie studenci i profesorowie układali na nowo porządek świata lub kontynuowali przerwane zajęcia. Matthew pogrzebał w kieszeni i wyciągnął bilet miesięczny. Wszedł na przejście dla pieszych, żeby dostać się do stacji metra na linii Red, dzięki której można było przejechać przez centrum Bostonu w mniej niż kwadrans, kiedy na rogu Massachusetts Avenue i Peabody Street pojawił się nagle stary prychający chevrolet camaro. Matthew aż podskoczył i musiał się szybko cofnąć, żeby nie zostać rozjechanym przez jaskrawoczerwone coupé, które przyhamowało tuż przed nim z piskiem opon.

Szyba w oknie zjechała w dół i Matthew ujrzał rudą czuprynę April Ferguson, swojej lokatorki od czasu, gdy zmarła mu żona.

– Hej, przystojniaku, może cię podwieźć?

Warkot ośmiocylindrowego silnika nie pasował do tej „zdrowej” ekologicznie enklawy, po której jeździły tylko rowery albo samochody o napędzie hybrydowym.

– Wolę wrócić metrem – wymówił się. – Prowadzisz tak, jakbyś była awatarem z gry wideo!

– Och, nie zgrywaj tchórza! Wiesz, że świetnie prowadzę!

– Nie podpuszczaj mnie. Moja córka straciła już matkę. Nie chciałbym, żeby została całkowitą sierotą w wieku czterech i pół lat.

– Dobrze już, dobrze… Nie przesadzaj. No, pośpiesz się, blokuję przez ciebie ruch!

Symfonia klaksonów przybrała na sile. Matthew westchnął i wślizgnął się na siedzenie chevroleta. Ledwo zapiął pas, samochód, łamiąc kilka przepisów kodeksu drogowego, wykonał przy dużej prędkości niebezpieczny zwrot, po czym z piskiem opon odjechał na północ.

– Boston jest w przeciwnym kierunku! – zaprotestował, kurczowo trzymając się drzwi.

– Robię mały objazd przez Belmont. To tylko dziesięć minut drogi stąd. I nie martw się o Emily. Poprosiłam opiekunkę, żeby została z małą godzinę dłużej.

– Nie uprzedzając mnie o tym? Uważaj, bo…

Młoda kobieta zadziwiająco szybko przerzuciła dwa biegi i gwałtownie przyśpieszyła, przez co słowa uwięzły Matthew w gardle. Kiedy samochód zaczął jechać normalnie, wręczyła mu teczkę z rysunkami.

– Wyobraź sobie, że być może znalazłam klienta na rycinę Utamaro – oznajmiła przejęta.

April prowadziła na South End galerię specjalizującą się w sztuce erotycznej. Miała prawdziwy talent do wynajdywania rzadkich dzieł sztuki i sprzedawania ich z niezłym zyskiem.

Matthew zsunął gumki przytrzymujące okładkę teczki i zobaczył japońską rycinę troskliwie owiniętą kawałkiem materiału. Była to shunga1 z końca osiemnastego wieku przedstawiająca kurtyzanę z klientem, odbywających stosunek płciowy równie zmysłowy, co akrobatyczny. Dobitność sceny została złagodzona wdziękiem kreski i bogactwem wzorów na materiałach. Gejsza miała prześliczną twarz o niezwykle delikatnych rysach. Nic dziwnego, że taki rodzaj rycin wpłynął na sztukę i Klimta, i Picassa.

– Jesteś pewna, że chcesz się z nią rozstać?

– Dostałam propozycję nie do odrzucenia – odparła April, naśladując głos Marlona Brando z Ojca chrzestnego.

– Od kogo?

– Od jakiegoś wielkiego kolekcjonera z Azji, który zatrzymał się w Bostonie, żeby odwiedzić córkę. Najwyraźniej jest gotów do transakcji, ale będzie w mieście tylko jeden dzień. Podobna okazja może się szybko nie powtórzyć…

Chevrolet opuścił teren uniwersytetu i wjechał na trasę szybkiego ruchu, która ciągnęła się przez wiele kilometrów wzdłuż Fresh Pond – największego jeziora Cambridge – do Belmont, miasteczka na zachód od Bostonu. April wprowadziła adres do GPS-u, który skierował ją do szykownej dzielnicy willowej, zamieszkanej przez majętne rodziny: obok szkoły okolonej szpalerem drzew znajdowały się wielki plac zabaw, park i boiska sportowe. Był tu nawet lodziarz z wózkiem, jakby prosto z lat pięćdziesiątych. Mimo wyraźnego zakazu chevrolet wyprzedził autobus szkolny i zaparkował przy spokojnej uliczce biegnącej między domami.

– Idziesz ze mną? – spytała April, biorąc od niego teczkę.

Matthew pokręcił głową.

– Wolę zaczekać w samochodzie.

– Postaram się załatwić to jak najszybciej – obiecała, spoglądając w lusterko wsteczne, żeby poprawić fryzurę. Zostawiła lok, który opadał i zasłaniał jej prawe oko, tak jak u Veroniki Lake.

Potem wyjęła z torby szminkę i umalowała usta. Najwyraźniej stylizowała się na femme fatale, więc jeszcze zapięła ciasno przylegającą do wydekoltowanego T-shirtu czerwoną skórzaną kurtkę.

– Nie przesadzasz przypadkiem? – rzucił prowokująco.

– „Nie jestem zła, tak mnie po prostu narysowali” – odparła, naśladując głos Jessiki Rabbit z filmu Kto wrobił królika Rogera.

Potem wyprostowała swoje niebotycznie długie nogi w legginsach i wysiadła z samochodu.

Matthew patrzył, jak podchodzi do największego domu przy tej ulicy i dzwoni do drzwi. W dziesięciopunktowej skali zmysłowości przyznałby jej najwyższą notę: miała idealne wymiary, talię osy, piękne piersi – ale to wcielenie męskich fantazji wolało kobiety. April wręcz obnosiła się z tym, że jest lesbijką.

Był to zresztą jeden z powodów, dla których Matthew zgodził się, żeby u niego zamieszkała: wiedział, że nie będzie między nimi żadnych dwuznacznych sytuacji. A poza tym April była zabawna, inteligentna i sprytna. Oczywiście, miała charakterek, często klęła i zdarzały jej się napady złości, ale jak nikt potrafiła przywołać uśmiech na twarz jego córeczki, a to dla Matthew było bezcenne.

Popatrzył na drugą stronę ulicy. Dwoje dzieci rozwieszało w ogródku świąteczne dekoracje pod czujnym okiem matki. To uświadomiło mu, że za niecały tydzień będzie Boże Narodzenie. Wpadł w panikę. Bardzo bał się pierwszej rocznicy śmierci Kate, która zginęła dwudziestego czwartego grudnia 2010 roku, zmieniając jego życie w pasmo udręk.

Przez trzy pierwsze miesiące po wypadku cierpiał bez przerwy, każda sekunda niszczyła go bardziej od poprzedniej. Miał w duszy żywą ranę, jakby ukąsił go wampir, wysysając z niego całe życie. Wiele razy myślał o radykalnym rozwiązaniu: mógłby wyskoczyć przez okno, powiesić się, wypić koktajl środków nasennych, przyłożyć lufę do skroni i pociągnąć za spust… Ale powstrzymywał się, wiedząc, że wyrządziłby krzywdę Emily. Nie miał po prostu prawa pozbawić dziewczynki ojca i zniszczyć jej życie.

Bunt, jaki odczuwał przez pierwsze tygodnie, ustąpił długiemu okresowi smutku. Życie zatrzymało się w miejscu, ogarnął go stan ciągłego znużenia, pogrążył się w rozpaczy. Nie walczył, był przybity, zamknął się w sobie. Nie mógł się pogodzić ze stratą Kate. Nie widział dla siebie przyszłości.

Za radą April zdobył się jednak na wysiłek i zapisał do grupy wsparcia. Poszedł na zajęcia terapeutyczne, spróbował ubrać w słowa to, co odczuwał, i podzielić się z innymi swoim bólem, po czym nigdy więcej tam nie wrócił. Nie chciał narażać się na fałszywe współczucie, na wysłuchiwanie komunałów i lekcji życia. Odizolował się od ludzi. Przez całe miesiące czuł się jak własny duch błądzący bez celu.

Niemniej od kilku tygodni czuł się inaczej. Nie to, żeby wróciła do niego radość życia, ale miał wrażenie, że ból się powoli zmniejsza. Poranki po obudzeniu się nadal były trudne, lecz gdy w końcu lądował na uczelni, umiał zachować się tak jak kiedyś, prowadził zajęcia, uczestniczył w zebraniach, na których robiono plany na najbliższą przyszłość, z mniejszym niż dawniej zapałem, to prawda, ale odnosił wrażenie, że powoli łapie grunt pod nogami.

Nie była to w stu procentach odbudowa samego siebie, raczej stopniowe godzenie się z tym, co się wydarzyło. Przy tym wspierał się pewnymi konceptami, które wykładał studentom. Stoickie przyjęcie wyroków losu, buddyjska akceptacja przemijania. Od tej pory nie oczekiwał zbyt wiele od życia, postrzegał je jako coś wyjątkowo niepewnego i nietrwałego, proces podlegający ciągłej ewolucji. Wszystko jest ulotne, zwłaszcza zaś szczęście. Nie należy uważać go za swoją własność, trwa czasem jedynie chwilę.

To dzięki drobiazgom – przechadzce z Emily w promieniach słońca, meczowi piłki nożnej z grupą swoich studentów czy udanemu żartowi April – wracał powoli do życia. Te drobne z pozoru zdarzenia pomagały mu trzymać cierpienie na dystans, odgrodzić się tamą od jeziora smutku.

Ale jego kondycja psychiczna wciąż pozostawiała wiele do życzenia, bo cierpienie czyhało za każdym rogiem, gotowe rzucić mu się do gardła. Niewiele trzeba było, żeby wytrącić Matthew z równowagi i szarpnąć jego duszą. Napływała wówczas fala wspomnień. Jakaś kobieta w metrze używająca tych samych perfum co Kate albo w podobnym płaszczu, piosenka w radiu, która przypominała o szczęśliwych dniach, zdjęcie, które wypadło spomiędzy stronic książki…

Ostatnie dni były bardzo przykre i zapowiadały nawrót depresji. Zbliżająca się rocznica śmierci Kate, dekoracje bożonarodzeniowe i przedświąteczna gorączka – wszystko to zmuszało go do myślenia o zmarłej żonie.

Od tygodnia budził się w środku nocy z sercem łomoczącym w piersi, zlany potem, bo wciąż powracało do niego koszmarne wspomnienie ostatnich chwil jej życia. Matthew był świadkiem, jak Kate przewieziono do szpitala, w którym jej kolegom lekarzom nie udało się przywrócić akcji serca rannej. Widział, jak śmierć brutalnie zabiera mu ukochaną kobietę. Byli doskonale szczęśliwi, ale głębokie wzajemne porozumienie trwało tylko cztery lata – ich historia dopiero się zaczęła, lecz nie było im dane jej przeżyć. Wierzył, że taka miłość, jaka go spotkała, zdarza się w życiu tylko raz. Myśl o tym była nie do wytrzymania.

Ze łzami w oczach zauważył, że bezwiednie obraca obrączkę, którą wciąż nosił na serdecznym palcu. Był spocony i serce waliło mu jak oszalałe. Opuścił szybę w drzwiach samochodu, poszukał środka uspokajającego w kieszeni dżinsów i wsunął tabletkę pod język. Lekarstwo rozpuściło się powoli, przynosząc mu ulgę. Chemia rozluźniła napięcie w kilka minut. Zamknął oczy, potarł powieki i głęboko odetchnął. Żeby zupełnie się uspokoić, potrzebował jeszcze papierosa. Wysiadł, zamknął samochód i przeszedł kilka kroków po chodniku, zanim zapalił, zaciągając się głęboko. Gdy do gardła dotarł gorzki smak nikotyny, Matthew poczuł się zdecydowanie lepiej. Serce również się uspokoiło. Zamknął oczy, wystawiając twarz na jesienny wiatr i słońce, które prześwitywało przez gałęzie drzew. Było zadziwiająco ciepło. Kilka chwil stał nieruchomo, po czym otworzył oczy. Na rogu ulicy zobaczył zbiegowisko. Zaciekawiony podszedł bliżej. Miał przed sobą typowy dla Nowej Anglii dom z drewnianym sidingiem, dachem jak katedra i zbyt dużą liczbą okien. Na trawniku od frontu zorganizowano garażową wyprzedaż – zjawisko charakterystyczne dla kraju, w którym mieszkańcy przeprowadzali się co najmniej piętnaście razy w życiu.

Matthew dołączył do ciekawskich, którzy oglądali różne przedmioty wyłożone na stu metrach kwadratowych trawnika. Sprzedaż prowadził mężczyzna w jego wieku, łysawy i w małych kwadratowych okularach, o ponurym wyrazie twarzy i rozbieganym wzroku. Od stóp do głów ubrany był na czarno, a surowość jego stroju przywodziła na myśl kwakra. Obok niego bawił się lateksową kością piaskowy shar pei.

Po trawniku kręciło się sporo ludzi, o tej porze dzieci wychodziły ze szkoły, innych wyciągnęła z domów ładna pogoda. Na stołach rozłożono różności: drewniane ramki, torby do golfa, kij baseballowy w komplecie z rękawicą, starą gitarę marki Gibson… Nieco dalej o płot opierał się rower BMX, tradycyjny prezent gwiazdkowy z lat osiemdziesiątych, a obok niego wrotki i deskorolka. Matthew przyglądał się przez kilka minut. Zauważył komplet zabawek, które przypomniały mu dzieciństwo: jo-jo z jasnego drewna, kostkę Rubika, „Hipcie obżartuchy”, mastermind, frisbee, wielką pluszową zabawkę wyobrażającą małego przybysza z kosmosu z filmu Stevena Spielberga ET i jakąś postać z Gwiezdnych wojen.

Ceny były bardzo niskie – najwyraźniej sprzedający chciał pozbyć się jak najszybciej jak największej liczby przedmiotów.

Matthew już odchodził, kiedy w oko wpadł mu laptop, MacBook Pro z piętnastocalowym ekranem. Nie była to ostatnia wersja tego modelu, ale poprzednia, a może nawet jeszcze wcześniejsza. Podszedł bliżej i przyjrzał się dokładnie komputerowi. Na aluminiowej obudowie były właściciel nakleił winylową nalepkę z rysunkiem w stylu Tima Burtona: seksowna Ewa trzymająca w dłoniach nadgryzione jabłko – logo słynnej marki. Na dole widniał podpis „Emma L.”, nie było wiadomo, czy to podpis autorki rysunku, czy poprzedniej właścicielki laptopa.

Dlaczego nie? – pomyślał, patrząc na etykietkę. Jego stary PowerBook wyzionął ducha pod koniec lata. Miał co prawda w domu pecet, ale potrzebował nowego laptopa. Od trzech miesięcy wciąż odkładał ten zakup na później.

MacBook kosztował czterysta dolarów. Matthew uznał, że to rozsądna cena. Dobrze się składało, bo w tym momencie nie był w najlepszej sytuacji finansowej. Pensję profesorską miał niezłą, ale po śmierci Kate za wszelką cenę chciał zachować dom w Beacon Hill, nawet jeśli nie za bardzo było go teraz na niego stać. Zdecydował się na lokatora, lecz nawet z tym, co płaciła mu April, miesięczne raty kredytu pochłaniały trzy czwarte jego dochodów i zostawało mu niewiele na życie. Musiał nawet sprzedać swój zabytkowy motocykl, triumpha z 1957 roku, z którego kiedyś był bardzo dumny.

Podszedł do sprzedawcy i wskazał palcem na maca.

– Ten laptop działa?

– Nie, to dekoracja… Jasne, że działa, gdyby nie działał, nie sprzedawałbym go za tę cenę! To stary sprzęt mojej siostry, ale sformatowałem twardy dysk i przeinstalowałem system. Jest jak nowy.

– Zgoda, biorę go – rzucił Matthew po chwili wahania.

Pogrzebał w portfelu. Miał przy sobie tylko trzysta dziesięć dolarów. Zażenowany, próbował się targować, ale mężczyzna nie chciał zejść z ceny. Urażony Matthew wzruszył ramionami. Odwrócił się i zamierzał odejść, gdy usłyszał za plecami wesoły głos April.

– Poczekaj, to będzie prezent ode mnie! – zawołała, machając do sprzedawcy ręką.

– Nie ma mowy!

– Żeby uczcić sprzedaż mojej ryciny!

– Dostałaś kwotę, której zażądałaś?

– Tak, ale nie bez trudności. Facet myślał, że za tę cenę ma również prawo do przećwiczenia tych pozycji Kamasutry z ryciny.

– „Wszystkie nieszczęścia mężczyzn spowodowane są tym, że nie potrafią zachować umiaru w sypialni”.

– Woody Allen?

– Nie, Blaise Pascal.

Sprzedawca wręczył mu komputer w oryginalnym markowym opakowaniu. Matthew podziękował skinieniem głowy, podczas gdy April płaciła. Potem szybko wrócili oboje do samochodu.

Matthew nalegał, by tym razem pozwoliła mu prowadzić. Kiedy tuż przed Bostonem utknęli w korku, nawet nie pomyślał, że ten zakup kompletnie odmieni jego życie.

2Panna Lovenstein

Pies mnie nigdy nie ugryzł, natomiast mężczyźni…

MARILYN MONROE

Bar w restauracji ImperatorRockefeller Center, Nowy Jork18.45

Bar w Imperatorze, usytuowany na szczycie Rockefeller Center, dominował nad miastem, ofiarowując klientom panoramiczny widok na Manhattan. Tradycja łączyła się tu z nowoczesnym designem, tworząc wyszukany wystrój wnętrza. Podczas generalnego remontu zachowano boazerie, stoliki w stylu art déco i klubowe skórzane fotele, dzięki czemu w barze panowała atmosfera rodem ze starego angielskiego klubu. Nie zakłócały jej bardziej współczesne elementy, na przykład długi świetlisty bar z matowego szkła, który biegł przez całe pomieszczenie.

Emma Lovenstein, o zgrabnej sylwetce i lekkim kroku, prześlizgiwała się między stolikami, podając wino, zapraszając na degustację i wyjaśniając w przystępny sposób pochodzenie i historię poszczególnych gatunków. Młoda sommelierka umiała przekazać klientom swój entuzjazm. Pełna wdzięku, nieprzesadna gestykulacja i szczery uśmiech – wszystko odzwierciedlało jej pasję i chęć podzielenia się nią z gośćmi.

Kelnerzy, gnąc się w ukłonach, wnieśli przedostatnie danie.

– Nóżki wieprzowe zapiekane z parmezanem na kromce chleba! – zaanonsowała Emma, podczas gdy nad stołem uniósł się pomruk aprobaty.

Nalała każdemu z gości kieliszek czerwonego wina, starannie zasłaniając etykietkę, a potem przez kilka minut odpowiadała na pytania, udzielając wskazówek, które miały im pomóc rozpoznać wino.

– To morgon, Côte du Py, wino z regionu Beaujolais – wyjawiła w końcu. – Wino, którego pełny smak długo pozostaje w ustach, jest energiczne, pełne wigoru, a więc takie, w którym kwaśna nuta nie jest wadą, i czuć w nim aksamitny posmak truskawki i wiśni, doskonale komponujący się z „prostackim” charakterem nóżki wieprzowej.

To Emma wpadła na pomysł organizowania cotygodniowych spotkań w celu degustacji win, które dzięki szeptanej reklamie stawały się coraz popularniejsze. Idea była prosta: ona proponowała degustację czterech win podawanych z czterema daniami wymyślonymi przez szefa restauracji Jonathana Lempereura. Każda taka impreza trwała godzinę, miała swój temat przewodni, poświęcony konkretnemu szczepowi lub winnicy, i była pretekstem do inicjacji enologicznej w lekkiej, zabawowej formie.

Sommelierka weszła za kontuar i dała znak kelnerom, prosząc o przyniesienie ostatniego dania. Skorzystała z krótkiej przerwy, żeby dyskretnie spojrzeć na ekran komórki, który migał. Kiedy przeczytała SMS wyświetlony na ekranie, ogarnęła ją panika.

Cały ten tydzień jestem w Nowym Jorku.

Może dziś wieczór zjemy razem kolację?

Stęskniłem się za Tobą.

François

– Emma?

Głos asystenta przywołał ją do rzeczywistości. Otrząsnęła się i zwróciła do zebranych:

– Na zakończenie dzisiejszej degustacji proponujemy państwu ananasa na płatkach magnolii z kulką lodów obsypanych pianką cukrową karmelizowaną nad żarem kominka.

Otworzyła kolejne butelki wina i rozlała do kieliszków. Wszyscy zaczęli bezskutecznie zgadywać, co też piją. Trzeba było zaczekać na wyjaśnienia Emmy.

– To jest wino włoskie, piemonckie, moscato d’Asti. Szczep pełen smaku, aromatyczny, delikatny, lekko gazowany i słodki. Wino pachnie różą, a jego maleńkie bąbelki subtelnie podkreślają świeżość ananasa.

Wieczór zakończył się serią pytań. Część z nich dotyczyła przebiegu kariery zawodowej Emmy, która chętnie odpowiadała, zręcznie ukrywając zmieszanie, ogarniające ją przy takiej okazji.

Urodziła się w skromnej rodzinie w Wirginii Zachodniej. Kiedy skończyła czternaście lat, jej ojciec, kierowca ciężarówki, zabrał rodzinę na zwiedzanie kalifornijskich winnic. Dla dorastającej dziewczynki było to jak bajka. Obudziło się w niej zainteresowanie i zapragnęła dowiedzieć się więcej na temat uprawy winorośli i produkcji wina. Znalazła swoje powołanie.

Zapisała się do szkoły hotelarskiej w Charlestonie, w której zajęcia z enologii stały na bardzo wysokim poziomie. Kiedy uzyskała dyplom, bez żalu opuściła rodzinne strony i wyjechała do Nowego Jorku. Zatrudniła się jako kelnerka w małej knajpce, szybko jednak została szefową sali w modnej restauracji w West Village. Pracowała wówczas nawet po szesnaście godzin na dobę, podając do stołów, pomagając gościom w wyborze wina i komponując drinki. Któregoś dnia w lokalu zjawił się wyjątkowy klient. Natychmiast rozpoznała swojego idola. Krytycy kulinarni nazywali go „Mozartem kuchni”. Jonathan Lempereur był szefem kuchni prestiżowej restauracji na Manhattanie, głośnego Imperatora, w opinii niektórych „najlepszej kuchni świata”. Do słynnego lokalu przyjeżdżali goście ze wszystkich kontynentów, a rezerwacji dokonywano z rocznym wyprzedzeniem. Tamtego dnia Lempereur jadł lunch ze swoją żoną. Byli incognito. Wówczas posiadał już restauracje na całym świecie. Wydawał się wyjątkowo młody jak na szefa podobnego imperium.

Emma znalazła w sobie dość odwagi, żeby do niego podejść. Wysłuchał jej z uwagą i bardzo szybko lunch zamienił się w rozmowę kwalifikacyjną. Sukces nie zawrócił Lempereurowi w głowie. Był wymagający, ale skromny, i wciąż szukał nowych talentów. Płacąc za lunch, wręczył jej swoją wizytówkę ze słowami:

– Czekam na panią jutro rano.

Następnego dnia podpisała umowę i została asystentką głównego sommeliera w Imperatorze. Przez trzy lata wspaniale jej się pracowało u Jonathana, który był niezwykle kreatywnym szefem kuchni, a przy tym doskonale orientował się, jak wielkie znaczenie ma dobór odpowiednich win do serwowanych w restauracji potraw. Emma realizowała swoje marzenia zawodowe. Niestety, przed rokiem rozpadło się małżeństwo Jonathana i francuski szef zrezygnował ze stanowiska. Lokal został sprzedany, ale chociaż to już nie Jonathan stał w fartuchu przy kuchni, restauracja pozostała wierna jego ideałom, a dania, które wymyślił, wciąż znajdowały się w karcie.

– Dziękuję bardzo za uwagę i mam nadzieję, że spędzili państwo miły wieczór – powiedziała Emma na zakończenie degustacji.

Pożegnała się z uczestnikami spotkania, szybko podsumowała z asystentem wieczór, zebrała swoje rzeczy i poszła do domu.

*

Wsiadła do windy. W kilka sekund znalazła się u stóp Rockefeller Center. Dawno już zrobiło się ciemno. Z ust wydobywała się para. Lodowaty wiatr hulający po placu nie odstraszył licznych gapiów, którzy napierali na barierki ślizgawki, chcąc sfotografować ogromną choinkę stojącą na środku. Trzydziestometrowe drzewo uginało się pod elektrycznymi girlandami i mnóstwem bombek. Robiło ogromne wrażenie, choć nie na Emmie, która miała chandrę. Wiedziała, że to banalne, ale samotność najbardziej dokuczała jej w święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Podeszła do chodnika, poprawiła czapkę i ciaśniej owinęła szyję szalikiem, wypatrując wolnej taksówki i nie za bardzo wierząc, że taką znajdzie. Niestety, zaczęły się godziny szczytu i wszystkie yellow cabs, które przejeżdżały ulicą, były zajęte. Zrezygnowana wmieszała się w tłum i ruszyła szybkim krokiem na róg Lexington Avenue i Pięćdziesiątej Trzeciej. Zbiegła do stacji metra, a po chwili wsiadła do pociągu linii E jadący do centrum. Tak jak było do przewidzenia, wagon był zatłoczony i Emma stała ściśnięta w tłumie pasażerów.

Mimo że trzęsło, wyciągnęła komórkę i przeczytała jeszcze raz SMS, którego treść znała już na pamięć.

Cały ten tydzień jestem w Nowym Jorku.

Może dziś wieczór zjemy razem kolację?

Stęskniłem się za Tobą.

François

Wypchaj się, ty świnio! Myślisz, że możesz mnie mieć na skinienie ręki! – zdenerwowała się w duchu, nie spuszczając oczu z ekranu.

François otrzymał w spadku dużą winnicę w Bordeaux. Spotkała go przed dwoma laty, gdy pojechała do Francji, chcąc zapoznać się z tamtejszymi szczepami. Nie ukrywał przed nią, że jest żonaty i ma dwoje dzieci, mimo to poszła z nim do łóżka. Przedłużyła pobyt we Francji i razem spędzili bajeczny tydzień, objeżdżając wszystkie ważniejsze winnice regionu: zrobili znaną trasę „Szlakiem Medoca” po słynnych zamkach, wokół których rosły nie mniej słynne szczepy, a potem drugą – „Szlakiem coteaux”, połączoną ze zwiedzaniem romańskich kościółków i archeologicznych wykopalisk, a także zamczysk i opactw Entre-Deux-Mers oraz średniowiecznej wioski Saint-Emilion… Później spotykali się w Nowym Jorku przy okazji podróży François w sprawach biznesowych. Spędzili nawet wspólnie tydzień na Hawajach. Były to dwa lata związku pełnego namiętności i zarazem toksycznego. Dwa lata oczekiwania na próżno. Za każdym razem, gdy się spotykali, François oznajmiał jej, że właśnie rozstaje się z żoną. Emma raczej w to nie wierzyła, ale tak bardzo się zaangażowała, że…

A potem, któregoś dnia, gdy mieli razem wyjechać na weekend, François wysłał jej wiadomość, że wciąż kocha żonę i że musi zakończyć ten romans. Wiele już razy w życiu Emma igrała z losem: wpadała w bulimię, w anoreksję, samookaleczała się. Gdy François z nią zerwał, znów otworzyła się przed nią przepaść. Ogarnęło ją niszczące uczucie głębokiej pustki. Zasklepione rany otwarły się na nowo, siateczka pęknięć pobiegła po całej duszy… Nagle straciła wszelką nadzieję, wydało jej się, że życie to niekończąca się udręka. Niechby to się już wreszcie skończyło! Wystarczyło wejść do wanny i podciąć sobie żyły. Dwa głębokie cięcia ostrym nożem na lewej i prawej ręce. To nie miało być wołanie o pomoc, nie udawała. Bezpośrednią przyczyną tej dramatycznej decyzji był zawód miłosny, choć źródło bólu kryło się głębiej. Emma chciała umrzeć i udałoby jej się to, gdyby ten kretyn, jej brat, akurat w tym momencie nie wpadł do domu z pretensją, że do tej pory nie zapłaciła za ostatni miesiąc pobytu ojca w domu starców.

Kiedy Emma przypomniała sobie tę historię, przebiegł ją zimny dreszcz. Pociąg wjechał na stację przy Czterdziestej Drugiej Ulicy, gdzie znajdował się terminal autobusowy. Większość pasażerów opuściła wagon i Emma wreszcie mogła usiąść. Ledwo opadła na ławkę, zawibrowała komórka. François nie ustępował.

Błagam Cię, kochanie, odpisz! Daj nam jeszcze jedną szansę. Odezwij się, błagam! Tak bardzo mi Ciebie brak!

Twój François

Emma zamknęła oczy i zrobiła głęboki wdech. Jej były kochanek miał naturę uwodziciela, a przy tym egoistycznego manipulatora. Potrafił tak wykorzystać swój urok, że uważała go za wspaniałego faceta o wielkim sercu i zawsze mu ulegała. Przy nim zupełnie traciła kontrolę nad sobą, a on z okrucieństwem wykorzystywał jej brak pewności siebie, nie wahał się rozdrapywać ran, chociaż wiedział, że Emma będzie cierpieć.

Przede wszystkim zaś tak umiał żonglować faktami i przedstawić sytuację w korzystny dla siebie sposób, że wychodziła na neurotyczkę, a on na anioła.

Wyłączyła komórkę, żeby nie kusiło jej odpowiedzieć na SMS.

Zbyt dużo wysiłku kosztowało ją wyzwolenie się spod jego wpływu. Nie mogła ponownie wpaść w pułapkę tylko dlatego, że czuła się samotna, a zbliżało się Boże Narodzenie.

Sama była swoim najgorszym wrogiem. Nie umiała żyć bez pasji. Pod pozorną ugodowością i beztroską kryły się impulsywność i rozchwianie emocjonalne. Gdy te dwie ostatnie cechy brały górę, Emma wpadała raz w stan głębokiej depresji, raz euforii.

Bardzo bała się porzucenia i utraty równowagi psychicznej, a w rezultacie powrotu na drogę samozniszczenia. Jej życie uczuciowe było pełne wewnętrznych konfliktów. Zawsze dawała zbyt dużo osobom, które na to nie zasługiwały. Różnym wstrętnym typom, jak na przykład François. Było w niej coś, czego ona sama nie rozumiała i nad czym nie panowała. Jakieś nieznane siły, rodzaj uzależnienia, pchały ją w ramiona mężczyzn, którzy nie byli wolni. Ślepo poszukiwała silnej zażyłości, wiedząc bardzo dobrze, że żaden z tych związków nie przyniesie jej ani poczucia bezpieczeństwa, ani stabilizacji, do których tak dążyła. Wciąż powtarzała ten sam błąd i choć tego nienawidziła, stawała się wspólniczką męskich niewierności, niszczyła małżeństwa, nawet jeśli było to wbrew jej zasadom moralnym i nie miało nic wspólnego z pragnieniami.

Na szczęście kilka miesięcy temu zdecydowała się poddać psychoterapii, co pozwoliło jej nabrać dystansu do siebie i wyciszyć nadmiar emocji. Teraz wiedziała, że musi trzymać się z daleka od ludzi, którzy mają na nią szkodliwy wpływ.

Metro dotarło do ostatniej stacji, World Trade Center. Była to dzielnica na południu miasta, zrujnowana przez zamach terrorystyczny. Dziś wciąż trwała odbudowa, wkrótce miało tu wyrosnąć wiele nowych wieżowców ze szkła i stali. Nowy Jork pokazuje, że jest silny i potrafi się podnieść po dotkliwym ciosie, pomyślała Emma, wychodząc z podziemi po schodach w kierunku Greenwich Street. Szybkim krokiem doszła do skrzyżowania z Harrison Street i znalazła się na placu przed skupiskiem wysokich domów z brązowej cegły, powstałym na początku lat siedemdziesiątych, gdy TriBeCa była jeszcze terenem pełnym fabryk i magazynów. Wystukała kod i pchnęła obiema rękami ciężką żelazną bramę.

Bardzo długo adres 50 North Plaza oznaczał trzy czterdziestopiętrowe wieże mieszczące około setki mieszkań socjalnych. Dziś ceny mieszkań w tej dzielnicy poszybowały w górę i budynki miały być odnowione. Na razie hol, do którego weszła Emma, wyglądał ponuro i był bardzo zniszczony: odrapane ściany, mdłe oświetlenie, brud. Wyjęła listy ze skrzynki i jedną z wind wjechała na przedostatnie piętro, na którym znajdowało się jej mieszkanie.

– Clovis! – zawołała do psa, który gdy tylko przekroczyła próg, zaczął skakać z radości. – Pozwól mi choć zamknąć drzwi – jęknęła, głaszcząc gęstą i twardą sierść na pofałdowanej skórze shar peia. Odstawiła torbę i zaczęła bawić się z psem. Bardzo lubiła jego zwartą, krzepką sylwetkę, mięsistą truflę, poczciwe, głęboko osadzone oczy i lekko nadąsany wyraz pyska. – Ty przynajmniej będziesz mi zawsze wierny! – rzuciła i jakby w podzięce podsunęła mu miskę z karmą.

Mieszkanie było małe – miało zaledwie czterdzieści metrów kwadratowych – ale urocze. Jasny parkiet z surowych desek, ceglane ściany, wielkie okna, kuchnia otwarta na pokój, której punktem centralnym był bar z czarnego gresu z trzema stołkami ze szczotkowanego metalu. Co do „salonu”, wszędzie w nim znajdowały się półki z książkami ułożonymi według gatunków: powieści autorów amerykańskich i europejskich, eseje o kinie, przewodniki po winach i książki kucharskie. Budynek, w którym znajdowało się mieszkanie Emmy, miał sporo wad: instalacja wodno-kanalizacyjna była stara, wciąż skądś ciekło i zalewało ściany, po pralni biegały myszy, windy nieustannie się psuły, klimatyzacja nawalała, a ściany były tak cienkie, że drżały podczas burz i docierało przez nie wszystko, co działo się u sąsiadów.

Za to widok z okna był jedyny w swoim rodzaju, nic go nie zasłaniało, a daleka perspektywa na całą południową część Manhattanu, z rzędami oświetlonych budynków na nabrzeżach rzeki Hudson i pływającymi po niej statkami, zapierała dech w piersiach.

Emma zdjęła płaszcz i szalik, a potem kostium, który powiesiła na manekinie. Wślizgnęła się w stare dżinsy i za duży T-shirt z emblematem drużyny Yankees i poszła do łazienki zmyć makijaż.

W lustrze zobaczyła swoje odbicie: twarz trzydziestodwuletniej kobiety o kasztanowych, lekko kręconych włosach, jasnozielonych oczach i wąskim nosie ozdobionym kilkoma piegami.

Gdy miała (bardzo) dobry dzień, można było dopatrzeć się w niej lekkiego podobieństwa do Kate Beckinsale lub Evangeline Lilly, ale dzisiejszy do nich nie należał.

Mimo to uśmiechnęła się żartobliwie do swego odbicia, bo już postanowiła, że choćby nie wiem co, nie podda się smutkowi. Zdjęła szkła kontaktowe, przez które piekły ją oczy, włożyła okulary krótkowidza i poszła do kuchni z zamiarem przyrządzenia sobie herbaty.

– Brr, ale tu zimno! – mruknęła pod nosem i podkręciła poziom ogrzewania, ale i tak sięgnęła po pled.

Czekając, aż woda się zagotuje, usiadła na stołku barowym i otworzyła laptop. Była bardzo głodna. Połączyła się ze stroną internetową japońskiej restauracji, która dostarczała posiłki do domu, i zamówiła zupę miso oraz zestaw sushi, maki i sashimi.

Odebrała e-mail potwierdzający zamówienie i sprawdziła godzinę dostawy, po czym dla zabicia czasu zaczęła przeglądać pocztę. Bała się, że znajdzie w niej wiadomość od byłego kochanka. Na szczęście François się nie odezwał.

Znalazła za to enigmatyczną wiadomość od jakiegoś Matthew Shapiro.

Od mężczyzny, o którym nigdy dotąd nie słyszała.

I który miał odmienić jej życie…

3Wiadomość

Gdy cierpienie jest rzeczą, którą zna się najlepiej, zrezygnować z niego jest bardzo trudno.

MICHELA MARZANO

BostonDzielnica Beacon Hill20.00

– Mama już nie wróci, prawda, tato? – spytała Emily, zapinając piżamę.

– Nie, już nigdy nie wróci – potwierdził Matthew.

– To niesprawiedliwe! – poskarżyła się dziewczynka drżącym głosem.

– Masz rację, ale życie bywa niesprawiedliwe – odparł, tłumiąc zniecierpliwienie. Uniósł córeczkę z wysiłkiem i położył do łóżka.

Ciepły i przytulny pokoik nie był utrzymany w jasnych, pastelowych kolorach jak większość pokojów dziecinnych. Kiedy Matthew z Kate odnawiali dom, starali się odtworzyć oryginalny styl każdego pomieszczenia. Na tym piętrze rozbili ściankę działową i w powiększonej w ten sposób mansardzie wycyklinowali i wywoskowali stary parkiet, żeby odzyskał dawny połysk, po czym wyszukali na targach staroci meble w stylu retro: łóżko z surowego drewna, komodę patynowaną bielą ołowiową, fotel obity tkaniną z włókna konopnego, konia na biegunach i skórzaną skrzynię z mosiężnymi okuciami do przechowywania zabawek.

Matthew pogłaskał policzek Emily, rzucając na nią czułe spojrzenie, którym chciał ją uspokoić.

– Poczytać ci coś, kochanie?

Dziewczynka spuściła oczy i pokręciła głową ze smutkiem.

– Nie, tatusiu, dziękuję ci.

Matthew skrzywił się. Od kilku tygodni wyczuwał niepokój córeczki, tak jakby przekazał jej własny stres, i ta świadomość wywoływała w nim poczucie winy. W jej obecności robił wszystko, żeby ukryć cierpienie, ale nie bardzo mu się to udawało. Dziecko posiada szósty zmysł, który bezbłędnie identyfikuje tego rodzaju emocje. Mimo że za wszelką cenę starał się uspokoić, nie opuszczał go lęk, że po śmierci żony może stracić także córkę. Był przekonany, że wszędzie czai się zagrożenie, i przytłaczał Emily swoją opiekuńczością.

Tak naprawdę rola ojca go przerosła. Dziwna obojętność Emily w pierwszych tygodniach po śmierci Kate zupełnie wytrąciła go z równowagi. Dziewczynka zachowywała się tak, jakby nie rozumiała, że matka odeszła na zawsze. Psycholog ze szpitala wytłumaczyła mu jednak, że to zupełnie normalne zachowanie. Niektóre dzieci w obronie własnej świadomie odsuwały od siebie przykre wydarzenie, jakby dając sobie czas na odzyskanie sił, by się z nim zmierzyć.

Rozmowy na temat śmierci pojawiły się później. Przez kilka miesięcy Matthew jakoś się trzymał dzięki radom psycholog, komiksom i metaforom. Ale pytania Emily stawały się coraz bardziej konkretne, wprawiały go w zakłopotanie i powodowały, że zamykał się w sobie. Jak czteroipółletnie dziecko wyobraża sobie śmierć? Nie wiedział, jakich użyć słów, nie był pewien, co w tym wieku córka może zrozumieć. Psycholog uspokajała go, mówiła, że Emily z czasem zrozumie nieodwracalność śmierci matki. Według niej pytania dziewczynki były normalne, pomagały im przełamać milczenie, żeby temat nie stał się tabu, i w rezultacie pozwalały małej uwolnić się od strachu.

Jednak najwyraźniej Emily wciąż nie doznała tego wyzwalającego ukojenia. Przeciwnie, co wieczór, gdy szła spać, przeżywała te same lęki, zadawała te same pytania, które wymagały bolesnych odpowiedzi.

– Szybko do łóżka!

Zamyślona dziewczynka wślizgnęła się pod kołdrę.

– Babcia mówi, że mama jest w niebie… – zaczęła.

– Mama nie jest w żadnym niebie, babcia mówi bzdury! – przerwał jej Matthew, złoszcząc się w duchu na swoją matkę.

Kate nie miała rodziny. On sam bardzo wcześnie rozluźnił kontakty z rodzicami, parą egoistów, którzy po osiągnięciu wieku emerytalnego przenieśli się do Miami i niewiele ich obchodziła jego żałoba. Tak naprawdę nigdy nie lubili Kate, zarzucali jej, że przedkłada karierę nad życie rodzinne. Dość osobliwy zarzut, zważywszy, że to właśnie oni myśleli zawsze tylko o sobie. Co prawda w pierwszym miesiącu po śmierci Kate przyjechali do Bostonu, by pomóc mu w opiece nad Emily, nie trwało to jednak długo. Teraz dzwonili raz w tygodniu, dowiedzieć się, co słychać i przy okazji naopowiadać wnuczce głupstw.

Poczuł, że ogarnia go coraz większa złość. Nie ma mowy, żeby zaakceptował tę religijną hipokryzję. On sam nie wierzył w Boga, nigdy w życiu nie był religijny, i na pewno śmierć jego żony niczego tu nie zmieni! Dogłębna znajomość filozofii uczyniła z niego ateistę, a Kate podzielała jego poglądy. Śmierć oznaczała kres wszystkiego. Nie było nic więcej, żadnego „potem”, tylko pustka, totalna i absolutna nicość. Nie mógł pozwolić, by jego matka mamiła mu córkę jakimiś bzdurnymi opowieściami o niebie, nawet jeśli miała dobre intencje i wierzyła, że ta iluzja uspokoi dziewczynkę.

– Jeśli mamy nie ma w niebie, to gdzie jest? – nie ustępowała Emily.

– Ciało mamy jest na cmentarzu, przecież o tym wiesz. Ale zgoda, jej miłość do nas nie umarła – przytaknął. – Jest wciąż w naszych sercach i w naszej pamięci. Możemy podtrzymywać to wspomnienie, często rozmawiając o mamie, myśląc o miłych chwilach, które spędziliśmy razem, oglądając zdjęcia i odwiedzając jej grób.

Emily pokręciła głową. Nie wyglądała na przekonaną.

– Ty też umrzesz, prawda? – spytała.

– Tak jak wszyscy… – Matthew kiwnął głową. – Ale…

– A kto się mną zajmie, jeśli ty umrzesz? – W głosie córki zabrzmiała panika.

Objął ją mocno i uścisnął.

– Kochanie, przecież nie umrę jutro! Obiecuję ci, że będę żył jeszcze co najmniej sto lat! – powiedział, wiedząc, że nie dotrzyma tej obietnicy.

Jeszcze kilka minut siedział z córką, potem otulił ją kołdrą i zgasił światło, zostawiając włączoną lampkę nad łóżkiem. Ucałował dziecko ostatni raz, obiecał, że za chwilę zajrzy do niej April powiedzieć dobranoc, i wyszedł, zostawiając uchylone drzwi.

*

Zszedł po schodach do salonu. Na parterze światło było przytłumione. Od trzech lat mieszkał w tym domu z czerwonej cegły na rogu Mount Vernon i Willow Street. Był to śliczny townhouse z białymi masywnymi drzwiami i okiennicami z ciemnego drewna. Okna wychodziły na Louisburg Square. Wyjrzał na zewnątrz i popatrzył na migoczące światełka zawieszone na ogrodzeniu parku. Kate przez całe życie marzyła, żeby mieszkać w sercu starego Bostonu. W zabytkowej enklawie z wiktoriańskimi domami ciągnącymi się wzdłuż ukwieconych uliczek, których brukowane chodniki oświetlało sączące się spomiędzy drzew światło latarni gazowych. Było to miejsce magiczne, odnosiło się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał: domy zachowały staroświecki wdzięk. Na życie w tej okolicy nie mogli sobie pozwolić ani lekarz pracujący w szpitalu uniwersyteckim, ani wykładowca, który dopiero co spłacił pożyczkę zaciągniętą na studia. Jednak Kate nie dawała się łatwo zniechęcić. Miesiącami krążyła po wszystkich sklepach w dzielnicy, rozlepiając ogłoszenia. I wreszcie zdarzył się cud: ogłoszenie przeczytała jakaś starsza dama, która właśnie przenosiła się do domu seniora. Ta bogata bostonka nienawidziła agencji nieruchomości i sprzedając dom, w którym spędziła całe swoje życie, wolała obejść się bez pośrednictwa. Kate musiała się jej spodobać, gdyż, co znowu graniczyło z cudem, zgodziła się obniżyć cenę, pod warunkiem że młodzi zdecydują się w ciągu dwudziestu czterech godzin. Nawet z dużą zniżką cena posesji była niebotycznie wysoka, zadłużali się na całe życie, ale niesieni na skrzydłach miłości i wiary w przyszłość Matthew i Kate powiedzieli „tak”, wzięli kredyt na trzydzieści lat i odtąd każdy weekend spędzali ubrudzeni farbą i gipsem.

Mimo że żadne z nich do tej pory nie miało młotka w ręku, szybko stali się specjalistami od rur i kanalizacji, odnawiania parkietów i instalacji elektrycznych. Oboje czuli się niemal fizycznie związani ze starym domem, stał się on ich zaciszną przystanią, miejscem, w którym zamierzali wychować dzieci i w którym chcieli się wspólnie zestarzeć. Miał to być dla nich Shelter from the storm, jak śpiewał Bob Dylan – prawdziwe schronienie.