Wydawca: Wilga Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jutro - Gemma Malley

Walka między Podziemiem a producentem długowieczności trwa. Wydaje się, że nic nie jest w stanie osłabić władzy Richarda Pincenta. Tymczasem światem wstrząsają pogłoski o masowych zaginięciach ludzi. Londyn pogrąża się stopniowo w fali zamieszek i demonstracji. Rośnie nienawiść mieszkańców do "terrorystów" z ruchu oporu, podsycana niepewnością jutra i celowymi oskarżeniami Władz.

Jak potoczą się dalsze losy Petera i Anny?

 

Opinie o ebooku Jutro - Gemma Malley

Fragment ebooka Jutro - Gemma Malley

Gem­ma Mal­ley

Ju­tro

Tłu­ma­cze­nie To­masz Ko­nat­kow­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Le­ga­cy

Pierw­sze wy­da­nie uka­za­ło się w Wiel­kiej Bry­ta­nii w 2010 roku

na­kła­dem wy­daw­nic­twa Blo­oms­bu­ry Pu­bli­shing Plc

Text co­py­ri­ght © Gem­ma Mal­ley 2010

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Moim sio­strom: Mad­dy i Abi­ga­il

Pro­log

Lon­dyn, 16 mar­ca 2025 roku

Al­bert Fern przy­glą­dał się swo­im roz­dy­go­ta­nym dło­niom. Czuł, jak kro­pel­ki potu gro­ma­dzą się w zmarszcz­kach żło­bią­cych jego czo­ło, wy­ry­tych w cią­gu wie­lu lat usta­wicz­nej kon­cen­tra­cji, któ­re spra­wia­ły, że wy­glą­dał na czło­wie­ka star­sze­go, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. „Sie­dem­dzie­siąt lat!” – po­my­ślał. Mi­nę­ły tak szyb­ko… Więk­szość cza­su spę­dził wła­śnie tu­taj, w swo­im uko­cha­nym la­bo­ra­to­rium, po­szu­ku­jąc od­po­wie­dzi, po­szu­ku­jąc prze­ło­mu, po­szu­ku­jąc…

Otarł czo­ło rę­ka­wem far­tu­cha. Nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści – wy­ko­nał te­sty dwa­dzie­ścia razy i za­wsze wy­cho­dził taki sam wy­nik. Oto wy­na­lazł lek na raka, lek, któ­ry ura­tu­je ży­cie jego cór­ki. Ale przy oka­zji od­krył tak­że coś in­ne­go. Coś nie­wia­ry­god­ne­go. Coś prze­ra­ża­ją­ce­go.

Pro­fe­sor ostroż­nie odło­żył strzy­kaw­kę, ścią­gnął rę­ka­wicz­ki i zdjął oku­la­ry ochron­ne. Cof­nął się o parę kro­ków, jak­by chciał uciec od tego, co wła­śnie stwo­rzył, ale jed­no­cze­śnie nie był w sta­nie skie­ro­wać wzro­ku na nic in­ne­go. Oto Świę­ty Gra­al – nie moż­na było tego in­a­czej okre­ślić! Na­uko­wiec wy­tarł dło­nie o far­tuch, ale po chwi­li jego skó­ra znów zwil­got­nia­ła od potu.

Męż­czy­zna gwał­tow­nie pod­sko­czył – może na­wet tro­chę zbyt gwał­tow­nie – gdy na­gle za jego ple­ca­mi otwo­rzy­ły się drzwi. Zde­ner­wo­wa­ny, od­wró­cił się, marsz­cząc czo­ło. Jego asy­stent pa­trzył na nie­go z unie­sio­ny­mi brwia­mi. Al­bert Fern po­czuł nie­po­kój.

– I co, uda­ło ci się? Zno­wu za­dzia­ła­ło?

Pro­fe­sor nie ode­zwał się, ale od­po­wiedź moż­na było wy­czy­tać z jego oczu. Ką­ci­ki ust asy­sten­ta unio­sły się w górę.

– To dzia­ła, tak? Uda­ło ci się! Jezu, Al­ber­cie, czy zda­jesz so­bie spra­wę, cze­go do­ko­na­li­śmy?!

Fern zwró­cił uwa­gę na licz­bę mno­gą, ale nie sko­men­to­wał tego.

– W za­sa­dzie tak. Ale moż­li­we, że… – Urwał. Nie był jesz­cze go­to­wy, aby do­pu­ścić do sie­bie praw­dę, aby za­ak­cep­to­wać fakt, że parę me­trów od nie­go znaj­do­wa­ła się od­po­wiedź na py­ta­nie za­da­wa­ne przez lu­dzi od mo­men­tu, gdy tyl­ko na­uczy­li się mó­wić. Był prze­ra­żo­ny i wstrzą­śnię­ty. Od­kry­cie roz­pa­li­ło jego wy­obraź­nię, ale jed­no­cze­śnie zmro­zi­ło krew w ży­łach.

– Al­ber­cie? – Asy­stent pod­szedł po­wo­li do pro­fe­so­ra. Oto czło­wiek, któ­ry był przy nim przez ostat­nie lata. Czło­wiek, któ­re­mu Al­bert Fern nie ufał. – Al­ber­cie… – po­wtó­rzył męż­czy­zna z nie­po­ko­jem. – Co się sta­ło? Czy coś jest nie tak?

Fern po­krę­cił prze­czą­co gło­wą, po­tem przy­tak­nął, a na­stęp­nie znów za­prze­czył.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – wy­szep­tał.

Twarz mło­de­go czło­wie­ka roz­ja­śni­ła się.

– Al­ber­cie, ro­zu­miesz, co to ozna­cza, praw­da?! Świat na­le­ży do nas! Osią­gnę­li­śmy coś, cze­go nikt wcze­śniej nie zdo­łał osią­gnąć!

Zno­wu to „my”… Na­uko­wiec z nie­po­ko­jem ski­nął gło­wą.

– Po­słu­chaj, Ri­char­dzie… – po­wie­dział ostroż­nie. – Od­kry­cia i wy­na­laz­ki nie za­wsze są czymś do­brym. Cza­sa­mi do­ty­czą sił tak po­tęż­nych, że nie umie­my nad nimi za­pa­no­wać. Po­myśl o roz­bi­ciu ato­mu… Er­nest Ru­ther­ford nie mógł wie­dzieć, co na­stą­pi póź­niej, a i tak wszy­scy go ko­ja­rzy­my z bom­bą ato­mo­wą.

– Bom­by ato­mo­we słu­ży­ły do za­bi­ja­nia – od­parł Ri­chard, z lek­ce­wa­że­niem prze­wra­ca­jąc ocza­mi w spo­sób, w jaki mógł to zro­bić tyl­ko mło­dy czło­wiek. – Tu cho­dzi o ra­to­wa­nie ży­cia, o jego prze­dłu­że­nie.

– Tak, ale… w nie­skoń­czo­ność? – spy­tał ci­cho pro­fe­sor. – Wiesz, co by to ozna­cza­ło? Czy zda­jesz so­bie spra­wę ze wszyst­kich kon­se­kwen­cji? To od­kry­cie cał­ko­wi­cie od­mie­ni­ło­by ob­raz świa­ta! Od­mie­ni­ło­by ludz­kość! Sta­li­by­śmy się czymś w ro­dza­ju pół­bo­gów.

– Roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat już set­ki razy – par­sk­nął nie­cier­pli­wie Ri­chard, przy­pa­tru­jąc się ba­daw­czo za­war­to­ści biur­ka pro­fe­so­ra. Uniósł wzrok, gdy po­czuł na so­bie spoj­rze­nie na­ukow­ca. – To tyl­ko wy­mów­ka, któ­ra świad­czy o two­jej sła­bo­ści, Al­ber­cie. Prze­stań się mar­twić! Prze­stań czuć się od­po­wie­dzial­ny za wszyst­kie moż­li­we na­stęp­stwa tego, co uda­ło ci się stwo­rzyć! Nie je­steś za to od­po­wie­dzial­ny!

– Wręcz prze­ciw­nie, je­stem.

– Nie je­steś! A poza tym dla­cze­go lu­dzie nie mie­li­by stać się bo­ga­mi? Czyż nie jest to ko­lej­ny, nie­unik­nio­ny etap roz­wo­ju? I zo­sta­nie osią­gnię­ty dzię­ki to­bie, Al­ber­cie. Wła­śnie dzię­ki to­bie! – Męż­czy­zna pod­niósł pro­bów­kę i nią po­trzą­snął. – To naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką wi­dzia­łem w ży­ciu – po­wie­dział, zni­ża­jąc głos nie­mal do szep­tu. – To jest nie­sa­mo­wi­te, to jest cu­dow­ne! I to two­je dzie­ło, Al­ber­cie. Sta­niesz się sław­ny.

Fern zmarsz­czył brwi i po­krę­cił gło­wą.

– Ale ja nie chcę być sław­ny – rzu­cił ci­cho. – Nie je­stem pe­wien, czy w ogó­le chcę, aby to coś… Nie wiem, czy chcę być od­po­wie­dzial­ny za stwo­rze­nie tego po­two­ra.

– To nie ża­den po­twór – żach­nął się Ri­chard. – Po pro­stu pra­co­wa­łeś zbyt cięż­ko, Al­ber­cie. Na­le­ży ci się od­po­czy­nek.

– Od­po­czy­nek? – Fern spoj­rzał ze zdu­mie­niem na mło­de­go czło­wie­ka. – Są­dzisz, że wła­śnie te­raz po­wi­nie­nem od­po­cząć?

– Owszem – stwier­dził Ri­chard znacz­nie spo­koj­niej­szym gło­sem. Pod­szedł do pro­fe­so­ra i po­ło­żył dło­nie na jego ra­mio­nach. – Ura­to­wa­łeś ży­cie Eli­za­beth. Uda­ło ci się to zro­bić! A te­raz prze­każ mi wzór i wresz­cie od­pocz­nij.

Al­bert po­czuł, jak ser­ce wali mu w pier­si. Ura­to­wał ży­cie Eli­za­beth… Rze­czy­wi­ście, tak to się wszyst­ko za­czę­ło. Po­szu­ki­wał leku na raka. Raka, któ­ry to­czył cia­ło dziew­czy­ny i spra­wił, że zwró­ci­ła się prze­ciw­ko nie­mu – ona, jego cu­dow­na cór­ka, a te­raz wła­ści­wie obca mu oso­ba. Przy­najm­niej to był w sta­nie dla niej uczy­nić. Wie­dział, że to za mało – mógł zro­bić wię­cej – ale za­wsze coś.

Spoj­rzał na Ri­char­da. Po­pa­trzył na ostro za­ry­so­wa­ny pod­bró­dek męż­czy­zny, jego peł­ne am­bi­cji oczy i wy­pro­sto­wa­ną syl­wet­kę. Oto mąż jego cór­ki. Jego zięć. Cią­gle mu­siał so­bie przy­po­mi­nać o tym fak­cie. Dla Al­ber­ta Fer­na Ri­chard był za­wsze po pro­stu „asy­sten­tem”, mło­dym czło­wie­kiem, któ­ry nie uzna­wał od­po­wie­dzi „nie” na żad­ne py­ta­nie. Mło­dzie­niec po­ja­wił się pew­ne­go dnia jako świe­żo upie­czo­ny ab­sol­went uni­wer­sy­te­tu i bez skrę­po­wa­nia oświad­czył Al­ber­to­wi, że jest prze­ko­na­ny, iż ten po­dej­mie wła­ści­wą de­cy­zję i go za­trud­ni. A po­tem – jak­by zde­cy­do­wał się za­jąć każ­dą dzie­dzi­nę ży­cia pro­fe­so­ra – zwró­cił uwa­gę na cór­kę prze­ło­żo­ne­go. Nie od­stra­szył go na­wet po­gar­sza­ją­cy się stan zdro­wia Eli­za­beth. Za­bie­gał o jej wzglę­dy, za­wró­cił jej w gło­wie i w koń­cu się z nią oże­nił. Gdy cho­ro­ba się cof­nę­ła, ko­bie­ta zdo­ła­ła na­wet uro­dzić mu dziec­ko. Po­tem no­wo­twór za­ata­ko­wał po­now­nie, z jesz­cze więk­szą siłą.

Al­bert Fern przy­glą­dał się Ri­char­do­wi przez parę chwil. Czę­sto za­sta­na­wiał się, co spra­wi­ło, że Eli­za­beth za­ko­cha­ła się w tym męż­czyź­nie o do­no­śnym gło­sie i nie­za­chwia­nej pew­no­ści sie­bie, tak bar­dzo róż­nią­cym się od jej ojca. Cóż, praw­dę mó­wiąc, pew­nie to był wła­śnie je­den z po­wo­dów…

– Za­tem… – cią­gnął Ri­chard. – Po­daj mi wzór. Opa­ten­tuj­my go jak naj­szyb­ciej.

– Opa­ten­tuj­my…? – spy­tał nie­pew­nie Al­bert Fern.

Wciąż my­ślał o cór­ce i wnucz­ce. Eli­za­beth mie­siąc temu za­bro­ni­ła mu przy­cho­dzić do niej w od­wie­dzi­ny. Wła­śnie wte­dy po raz pierw­szy po­czuł wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce po­two­ra, któ­re­go stwa­rzał. Ri­chard prze­ka­zał wia­do­mość od żony po­waż­nym i prze­pra­sza­ją­cym to­nem. Po­wie­dział, że ko­bie­ta czu­je się co­raz go­rzej. Po­trze­bu­je le­kar­stwa, i to jak naj­szyb­ciej. Nie chce, aby czło­wiek, któ­ry dys­po­nu­je mocą po­ko­na­nia jej cho­ro­by, spo­ty­kał się ze swo­ją wnucz­ką. Je­śli przez nie­go umrze, stra­ci Mag­gie, a dla­cze­go oj­ciec miał­by zy­skać pra­wo do tego, cze­go ona nie mo­gła mieć? Al­bert do­sko­na­le wie­dział, że to był szan­taż, ale mimo wszyst­ko ustą­pił i rzu­cił się w wir pra­cy, pil­nie ob­ser­wo­wa­ny przez Ri­char­da. A te­raz…

– Tak daw­no nie wi­dzia­łem mo­jej Eli­za­beth – szep­nął pro­fe­sor. – Gdy­bym tyl­ko mógł z nią po­roz­ma­wiać…

– Tak, ro­zu­miem – od­parł Ri­chard z po­wa­gą. – Eli­za­beth chcia­ła­by jed­nak usły­szeć, że lek zo­stał skie­ro­wa­ny do pro­duk­cji, a jego skład jest usta­lo­ny i prze­te­sto­wa­ny. Zdradź mi wzór, a prze­ka­żę żo­nie tę wspa­nia­łą no­wi­nę i przy oka­zji do­wiem się, czy chce się z tobą spo­tkać. Za­sta­nów się tyl­ko: two­ja cór­ka za­cznie przyj­mo­wać leki, a wte­dy bę­dzie­cie mie­li całą wiecz­ność na to, żeby się po­go­dzić. Po­myśl, ile cza­su bę­dzie­cie mo­gli spę­dzić ra­zem!

Na twa­rzy Al­ber­ta Fer­na po­ja­wił się smut­ny uśmiech. Asy­stent mó­wił o wiecz­no­ści tak bez­tro­sko, jak­by była czymś po­zy­tyw­nym – przy­go­dą, a nie kosz­ma­rem, któ­ry w isto­cie sta­no­wi­ła. To był opty­mizm ty­po­wy dla mło­de­go czło­wie­ka, pew­ność sie­bie, prze­ko­na­nie o wła­snej słusz­no­ści…

– Nie są­dzisz, że po­peł­ni­li­by­śmy w ten spo­sób ogrom­ny błąd? – spy­tał ci­cho. – Wi­zja wiecz­ne­go ży­cia ma­mi­ła lu­dzi przez całe stu­le­cia.

– Tak, wi­zja, ale nie rze­czy­wi­stość! – od­parł asy­stent, a w jego gło­sie za­brzmia­ło lek­kie znie­cier­pli­wie­nie. – Al­ber­cie, za­ta­je­nie przed świa­tem tego od­kry­cia by­ło­by nie­mo­ral­ne. Lu­dzie mają pra­wo do wie­dzy. Na­uka nie może być ego­istycz­na. Sam mnie tego uczy­łeś.

Pro­fe­sor nie­spo­koj­nie prze­łknął śli­nę. Po­trze­bo­wał cza­su do na­my­słu i re­flek­sji. Mu­siał roz­wa­żyć wszyst­kie moż­li­wo­ści, przej­rzeć ze­bra­ne do­wo­dy, za­sta­no­wić się nad kon­se­kwen­cja­mi. A prze­cież nie było już cza­su, przy­najm­niej nie dla jego cór­ki.

– Po­ka­zał­byś mi cho­ciaż, jak to dzia­ła – rzu­cił Ri­chard. I do­dał: – Pro­szę cię o to.

Al­bert Fern za­sta­na­wiał się przez chwi­lę. Jak do­tąd sta­rał się nie ujaw­niać swo­je­mu asy­sten­to­wi wię­cej in­for­ma­cji, niż było ab­so­lut­nie ko­niecz­ne, oba­wia­jąc się, że nad­mier­ny en­tu­zjazm mło­de­go czło­wie­ka i jego aż na­der wi­docz­na żą­dza sła­wy mo­gły­by prze­szko­dzić w pra­cy. Po chwi­li jed­nak ski­nął gło­wą. Chciał, żeby ktoś jesz­cze do­strzegł pięk­no tego, co uda­ło mu się stwo­rzyć, na­wet je­śli nie za­mie­rzał na ra­zie zdra­dzać spo­so­bu uzy­ska­nia tych wy­ni­ków. Po­dał Ri­char­do­wi oku­la­ry ochron­ne i za­pro­sił go do mi­kro­sko­pu.

Asy­stent po­chy­lił się ostroż­nie nad urzą­dze­niem.

– Na co mam pa­trzeć? – spy­tał.

– Na ko­mór­kę z pra­wej stro­ny.

– Wi­dzę. Jest sta­ra, znisz­czo­na.

– Istot­nie – od­parł Al­bert Fern. – Moż­na to po­znać po jej ko­lo­rze i bra­ku ży­wot­no­ści. A te­raz spójrz na to.

Pro­fe­sor umie­ścił strzy­kaw­kę w od­po­wied­nim miej­scu i ostroż­nie wpro­wa­dził kro­plę pły­nu do wnę­trza ko­mór­ki. Na­tych­miast za­czę­ła się re­ge­ne­ro­wać. Jej po­strzę­pio­ne kra­wę­dzie wy­gła­dzi­ły się, a wnę­trze sta­ło się przej­rzy­ste. Al­bert ob­ser­wo­wał, jak na twa­rzy zię­cia po­ja­wia się zdu­mie­nie, jego oczy sze­ro­ko się otwie­ra­ją i roz­pa­la się w nich pod­eks­cy­to­wa­nie.

– To jest nie­wia­ry­god­ne! – Ri­chard za­czerp­nął tchu. – Al­ber­cie, to naj­bar­dziej nie­zwy­kła rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem! – Uniósł się i spoj­rzał na te­ścia z wy­ra­zem naj­wyż­sze­go uzna­nia. – Dzię­ki to­bie sta­re ko­mór­ki znów sta­ły się mło­de. Ni­ko­mu do tej pory nie uda­ło się na­wet zbli­żyć do ta­kie­go wy­ni­ku! Al­ber­cie, je­steś ge­niu­szem!

– Nie je­stem. – Pro­fe­sor za­czer­wie­nił się, bo kom­ple­ment spra­wił mu przy­jem­ność.

Rze­czy­wi­ście było to cał­kiem spek­ta­ku­lar­ne osią­gnię­cie. Te­raz opu­bli­ku­je swo­je ba­da­nia, za­cznie wy­gła­szać od­czy­ty na ca­łym świe­cie, a spo­łecz­ność na­uko­wa wprost się na nie­go rzu­ci. Za­mknął oczy i wy­obra­ził so­bie swo­ją przy­szłość, czas, któ­ry był jesz­cze przed nim. Po chwi­li ro­ze­śmiał się w du­chu. Przy­szłość mo­gła trwać tak dłu­go, jak tyl­ko bę­dzie chciał. Prze­cież wła­śnie o to w tym wszyst­kim cho­dzi­ło.

– Ależ tak – mruk­nął Ri­chard pod no­sem. – Je­steś ge­niu­szem. Po­myśl tyl­ko o wła­dzy, jaka się z tym wią­że. Cały świat bę­dzie na­le­żeć do czło­wie­ka, któ­ry zna se­kret tego leku.

Uśmiech, któ­ry za­go­ścił na twa­rzy Al­ber­ta Fer­na, na­gle znik­nął.

– Nie po­trze­bu­ję wła­dzy, Ri­char­dzie. Re­ge­ne­ra­cja nie ma żad­ne­go związ­ku z wła­dzą, z po­li­ty­ką, czy też…

– Re­ge­ne­ra­cja? – Asy­stent uniósł brwi. – Tak na­zy­wasz ten śro­dek? Po­do­ba mi się. Re­ge­ne­ra­cja… Rze­czy­wi­ście, dzia­ła zgod­nie z na­zwą.

– Re­ge­ne­ra­cja to cały pro­ces – od­parł na­uko­wiec, lek­ko marsz­cząc czo­ło. – Lek jesz­cze nie ist­nie­je, Ri­char­dzie. Nie ma na ra­zie żad­nej na­zwy. – Pro­fe­sor od­dy­chał cięż­ko. W jego umy­śle cią­gle to­czy­ła się wal­ka, któ­ra roz­po­czę­ła się kil­ka ty­go­dni temu, gdy zro­zu­miał, że jest już bli­sko do­ko­na­nia od­kry­cia. Na­uka ver­sus czło­wie­czeń­stwo… Jako na­uko­wiec od­czu­wał pod­nie­ce­nie, ale jako czło­wiek był prze­ra­żo­ny tym, co uda­ło mu się stwo­rzyć.

– Jesz­cze nie ist­nie­je – zgo­dził się Ri­chard. – Ale wkrót­ce bę­dzie. Fak­tycz­nie, chy­ba masz ra­cję, Re­ge­ne­ra­cja nie do koń­ca pa­su­je… Może przy­da­ła­by się na­zwa, któ­ra su­ge­ro­wa­ła­by ra­czej prze­dłu­że­nie ży­cia, a nie wy­mia­nę jed­nej war­to­ści na inną. Za­raz się skon­tak­tu­ję ze spe­ca­mi od mar­ke­tin­gu.

– Po­cze­kaj! – Pro­fe­sor ude­rzył moc­no dłoń­mi o blat sto­łu. – Ri­char­dzie, nie tak pręd­ko. Nie je­stem jesz­cze go­to­wy. Ja… – Urwał. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Nig­dy nie bę­dziesz go­to­wy, Al­ber­cie. Po­myśl jed­nak o swo­jej cór­ce! O wszyst­kich lu­dziach, któ­rzy umie­ra­ją bez sen­su, w bólu, bez sił, któ­rzy opusz­cza­ją swo­ich bli­skich… Zdradź mi skład, Al­ber­cie. Prze­każ mi go, a nie bę­dziesz już się mu­siał ni­czym przej­mo­wać.

– My­ślisz, że to jest ta­kie pro­ste? – spy­tał Fern, spo­glą­da­jąc na zię­cia.

– Tak, bo prze­sta­nie być wte­dy two­im pro­ble­mem – od­parł Ri­chard i przy­su­nął się bli­żej do na­ukow­ca. – Niech wła­dze za­sta­na­wia­ją się nad tym, co jest do­bre, a co złe. Ty już wy­ko­na­łeś swo­ją pra­cę, Al­ber­cie. Za­ak­cep­tuj swój suk­ces i tro­chę od­pocz­nij.

Pro­fe­sor pa­trzył przez chwi­lę na swo­je­go asy­sten­ta. Męż­czy­zna miał tro­chę ra­cji. De­cy­zje do­ty­czą­ce ta­kich za­gad­nień na­le­ża­ły do rzą­du. On sam był prze­cież na­ukow­cem, a nie ety­kiem. Wy­cią­gnął po­wo­li rękę i po­dał strzy­kaw­kę Ri­char­do­wi.

– To jest to? Wła­śnie to? – Oczy mło­de­go czło­wie­ka za­iskrzy­ły się.

Al­bert Fern ski­nął gło­wą.

– Tak, w naj­czyst­szej po­sta­ci. Moż­na to apli­ko­wać w for­mie ta­ble­tek, je­śli bę­dzie ta­kie za­po­trze­bo­wa­nie. Je­śli wła­dze uzna­ją, że…

Ale Ri­chard już go nie słu­chał. Z otwar­ty­mi usta­mi, błysz­czą­cy­mi ocza­mi i wy­ra­zem unie­sie­nia na twa­rzy wpa­try­wał się w za­war­tość strzy­kaw­ki.

– To jest pięk­ne – szep­nął. – Ta­kie pięk­ne! Elik­sir wiecz­ne­go ży­cia… – Spoj­rzał na­gle na prze­ło­żo­ne­go. – Wiecz­ne­go, praw­da?

Al­bert przy­tak­nął. Du­sza na­ukow­ca na mo­ment wzię­ła górę. Uśmiech­nął się i po­wie­dział z dumą: 

– Istot­nie, wy­da­je się, że na­rzą­dy moż­na re­ge­ne­ro­wać w nie­skoń­czo­ność, cho­ciaż w żad­nym ra­zie nie ozna­cza to wiecz­no­ści, bo prze­cież trze­ba wziąć pod uwa­gę zdol­ność przy­ro­dy do prze­kształ­ceń…

– W nie­skoń­czo­ność… – wy­szep­tał Ri­chard. – Al­ber­cie, uda­ło ci się! A te­raz… prze­każ mi for­mu­łę. Co to wła­ści­wie za zwią­zek?

Pro­fe­sor już otwie­rał usta, aby udzie­lić od­po­wie­dzi, lecz na­gle się roz­my­ślił. Do­strzegł w oczach zię­cia coś, co po­ja­wi­ło się już parę razy w cią­gu ostat­nich ty­go­dni. Coś, co spra­wia­ło, że za­czy­nał od­czu­wać nie­po­kój. Po­ło­żył lewą dłoń na pra­wej i po­krę­cił sy­gne­tem na pal­cu. Za­wsze to ro­bił, gdy był zde­ner­wo­wa­ny, ale dziś cho­dzi­ło o coś wię­cej.

– Po­daj skład che­micz­ny – rzu­cił znów Ri­chard, tym ra­zem nie­co nie­cier­pli­wie. – Za­pisz mi go, a ja już się wszyst­kim zaj­mę, nie martw się o to.

– Mam go za­pi­sać? O nie, jest zde­cy­do­wa­nie zbyt skom­pli­ko­wa­ny – po­wie­dział Al­bert Fern, sta­ra­jąc się zy­skać tro­chę na cza­sie. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Póź­no, zbyt póź­no. W bu­dyn­ku nie było już ni­ko­go poza nimi.

– Wo­bec tego po­każ mi swo­je no­tat­ki. Wy­tłu­macz mi, jak to dzia­ła.

Pro­fe­sor po­trzą­snął gwał­tow­nie gło­wą. Pa­ra­no­ja wra­ca­ła.

– Nie te­raz, Ri­char­dzie. Ju­tro. Masz ra­cję, po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku. Pój­dę już do domu. Ju­tro znów się tym zaj­mie­my.

– Nie ju­tro – rzekł asy­stent, a ton jego gło­su nie­co się zmie­nił. – Te­raz, Al­ber­cie. Wiem, że roz­myśl­nie ukry­wasz przede mną skład tego związ­ku, że za­bie­rasz do­ku­men­ta­cję. Ale te­raz pora po­dzie­lić się wy­ni­ka­mi, ro­zu­miesz?

Fern spoj­rzał nie­pew­nie na swo­je­go zię­cia. Usły­szał w jego gło­sie groź­bę i do­my­ślił się, że miał ją usły­szeć.

– Ju­tro – po­wtó­rzył. – Mu­szę od­po­cząć. Po­roz­ma­wia­my o tym ju­tro.

– Nie, Al­ber­cie, po­wiesz mi to dzi­siaj! – stwier­dził po­nu­ro Ri­chard.

Oczy na­ukow­ca roz­sze­rzy­ły się.

– Co po­wie­dzia­łeś?

– Po­wie­dzia­łem, że masz mi zdra­dzić skład na­tych­miast, Al­ber­cie. – Asy­stent pa­trzył na pro­fe­so­ra z wście­kło­ścią. – In­a­czej bę­dziesz tego ża­ło­wać.

– Gro­zisz mi?

– A je­śli tak? – spy­tał Ri­chard.

Fern spoj­rzał na zię­cia ze spo­ko­jem. Zdał so­bie spra­wę, że nie od­czu­wa stra­chu, co było tro­chę za­ska­ku­ją­ce. W ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób mu­siał prze­wi­dzieć, że ten mo­ment na­stą­pi. Spo­dzie­wał się ta­kie­go ob­ro­tu rze­czy od chwi­li po­ja­wie­nia się Ri­char­da w la­bo­ra­to­rium.

– Je­śli tak, to po­wie­dział­bym ci, że to nie ma sen­su – od­parł ci­cho. – Nie zdra­dzę ci wzo­ru, Ri­char­dzie, a bez nie­go so­bie nie po­ra­dzisz.

Męż­czy­zna za­sta­na­wiał się przez chwi­lę.

– Mam to – po­wie­dział w koń­cu i uniósł strzy­kaw­kę. – Na pew­no któ­ryś z two­ich ko­le­gów bę­dzie w sta­nie od­two­rzyć for­mu­łę.

Al­bert Fern pa­trzył przez mo­ment na zię­cia, a po­tem wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tak, być może ko­muś uda się to sko­pio­wać, ale to nie bę­dzie to samo. Ri­char­dzie, czy nie wy­star­czy ci od­kry­cie leku na raka? Moż­li­wość od­zy­ska­nia zdro­wia przez two­ją żonę, a moją cór­kę? Nie wy­star­czy ci sła­wa, któ­ra się z tym wią­że?

Asy­stent uniósł brwi, a po­tem się ro­ze­śmiał.

– Nie za­mie­rzasz zdra­dzić mi skła­du, sta­rusz­ku, nie­praw­daż?

– Nie za­mie­rzam. – Fern po­trzą­snął gło­wą.

– W ta­kim ra­zie mogę ci już po­wie­dzieć, że Eli­za­beth nie żyje – po­wie­dział Ri­chard. – Ode­szła parę ty­go­dni temu.

Pro­fe­sor po­czuł ucisk w żo­łąd­ku.

– Co ta­kie­go?!

– Umar­ła. Za­bił ją rak. Dla­te­go ci po­wie­dzia­łem, że nie chce cię wię­cej wi­dzieć. Nie mo­głem prze­cież po­zwo­lić, żeby znik­nął je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go za­ją­łeś się pra­cą nad tym le­kiem. I od­po­wiem ci na py­ta­nie: nie, lek na raka to za mało. Wiecz­ne ży­cie! To po mnie po­zo­sta­nie. Ta­kie bę­dzie moje dzie­dzic­two.

– Dzie­dzic­two?!

Ri­chard uśmiech­nął się.

– Rze­czy­wi­ście, to złe sło­wo. Żeby po­zo­sta­wić po so­bie dzie­dzic­two, trze­ba naj­pierw umrzeć, a ja nie mam za­mia­ru tego zro­bić. Nie w ta­kiej sy­tu­acji. – Wy­jął te­le­fon i na­ci­snął przy­cisk. – Tak, mo­żesz przyjść. Dzię­ku­ję.

Spoj­rzał po­now­nie na Al­ber­ta.

– Na pew­no nie chcesz mi zdra­dzić wzo­ru? Ko­niecz­nie chcesz utrud­nić so­bie ży­cie?

– Ri­char­dzie, nie rób tego – rzu­cił szyb­ko pro­fe­sor. – To spra­wa zbyt skom­pli­ko­wa­na, zbyt waż­na. Prze­grasz, w koń­cu mu­sisz prze­grać! Na­tu­ra od­nie­sie zwy­cię­stwo.

– To ja od­nio­sę zwy­cię­stwo – spro­sto­wał asy­stent. – Wi­dzisz, Al­ber­cie… – po­wie­dział, uno­sząc strzy­kaw­kę i spo­glą­da­jąc na nią z uwiel­bie­niem. – Na­le­żysz do prze­szło­ści, a ja je­stem przy­szło­ścią.

Drzwi la­bo­ra­to­rium otwo­rzy­ły się i po­ja­wił się w nich męż­czy­zna, któ­re­go pro­fe­sor już kie­dyś wi­dział. To był chy­ba je­den z ochro­nia­rzy pil­nu­ją­cych wej­ścia do bu­dyn­ku.

– Ach, De­rek! – przy­wi­tał go przy­jaź­nie Ri­chard.

Al­bert Fern z nie­do­wie­rza­niem po­pa­trzył na czło­wie­ka zwa­ne­go De­re­kiem, któ­ry pod­szedł do nie­go i chwy­cił go za ręce.

– Musi pan iść ze mną – po­wie­dział straż­nik sta­now­czo.

– Iść z pa­nem? Nie! – Pro­fe­sor cof­nął się o krok. – Ri­char­dzie, to sza­leń­stwo! Nie mo­żesz tego zro­bić!

– Owszem, mogę – od­parł męż­czy­zna i od­su­nął się od prze­ło­żo­ne­go. – Chcia­łem dać ci szan­sę, Al­ber­cie, ale wie­dzia­łem, że z niej nie sko­rzy­stasz. Chy­ba po pro­stu nie umiesz so­bie po­ra­dzić z pre­sją. Na­ukow­com rzad­ko to się uda­je. Że­gnaj, Al­ber­cie.

– Nie! Pro­szę za­brać ręce! – krzyk­nął Fern, sza­mo­cząc się z De­re­kiem, któ­ry ści­skał go jak w ima­dle.

Ri­chard przy­glą­dał się szar­pa­ni­nie z obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– To nie ma sen­su, Al­ber­cie – po­wie­dział. – Do­sta­łem to, cze­go chcia­łem. Mam lek i w koń­cu po­znam tak­że jego skład.

– Po­cze­kaj! – jęk­nął pro­fe­sor. – Po­cze­kaj! Ni­cze­go nie masz, Ri­char­dzie! Nie mo­żesz tego zro­bić. Nie zna­jąc do­kład­ne­go wzo­ru, nie wiesz nic! To nie za­dzia­ła, nie może za­dzia­łać!

– W ta­kim ra­zie po­daj mi ten wzór – stwier­dził męż­czy­zna.

Al­bert Fern po­trzą­snął gło­wą.

– Nig­dy! Krąg ży­cia nie może zo­stać prze­rwa­ny! – za­wo­łał. – To naj­waż­niej­sza spra­wa!

– Krąg ży­cia?! – spy­tał Ri­chard, uno­sząc brwi ze zdzi­wie­niem. Po chwi­li pstryk­nął pal­ca­mi, da­jąc znak De­re­ko­wi. – Za­bierz go stąd. Mam już dość tej dys­ku­sji. Do­sta­łem to, cze­go chcia­łem. – Pod­niósł te­le­fon i wy­stu­kał nu­mer.

Tym­cza­sem straż­nik wy­cią­gnął z kie­sze­ni strzęp ma­te­ria­łu i we­pchnął go w usta pro­fe­so­ra. Na­uko­wiec za­czął się du­sić. Za­nim zo­stał wy­pro­wa­dzo­ny z po­miesz­cze­nia, zdo­łał jesz­cze usły­szeć głos Ri­char­da:

– Za­tem, je­śli cho­dzi o tę nową fir­mę… My­ślę, że na­zwę ją Pin­cent Phar­ma.

Roz­dział pierw­szy

Kwie­cień 2142 roku

Ri­chard Pin­cent za­trzy­mał się. Wziął głę­bo­ki od­dech i z po­nu­rą miną otwo­rzył drzwi. Wszedł do zim­ne­go, prze­siąk­nię­te­go wil­go­cią po­miesz­cze­nia, któ­re kie­dyś słu­ży­ło za ma­ga­zyn, a obec­nie było salą sek­cyj­ną. Wo­kół uno­sił się mdły za­pach śmier­ci.

Śmierć. Samo brzmie­nie tego sło­wa przy­pra­wia­ło Ri­char­da o dresz­cze i wzbu­dza­ło od­ra­zę. Oto jego sta­rzy wro­go­wie: cho­ro­ba i śmierć. Po­ko­nał ich już kie­dyś, po­ko­na tak­że tym ra­zem.

Dok­tor Tho­mas, je­den z naj­dłu­żej pra­cu­ją­cych dla nie­go na­ukow­ców, po­chy­lał się w sku­pie­niu nad cia­łem. Ja­sna lam­pa zwi­sa­ją­ca z su­fi­tu oświe­tla­ła stół.

Me­dyk uniósł gło­wę. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się nie­po­kój.

– Oba­wiam się, że mam złe wia­do­mo­ści – po­wie­dział, kie­ru­jąc wzrok na zwło­ki, a ra­czej to, co z nich po­zo­sta­ło. Skó­ra mar­twe­go czło­wie­ka była przy­kle­jo­na do ko­ści, jak­by wszyst­kie pły­ny opu­ści­ły cia­ło. Trup miał otwar­te, wpa­trzo­ne w prze­strzeń oczy. Ri­chard ża­ło­wał, że dok­tor Tho­mas ich nie za­mknął. Mógł­by sam to zro­bić, ale na samą myśl o tym po­czuł mdło­ści. Wo­lał pa­trzeć wprost na swo­je­go pra­cow­ni­ka, sta­ra­jąc się, aby w jego wzro­ku nie było wi­dać stra­chu.

– Ja­kie złe wia­do­mo­ści?! – Oto speł­nia­ły się jego naj­strasz­niej­sze prze­czu­cia. – Wy­da­je mi się, że wy­ra­zi­łem się ja­sno. Nie chcę sły­szeć żad­nych złych wia­do­mo­ści!

Dok­tor Tho­mas wes­tchnął i wy­pro­sto­wał się. Otarł czo­ło rę­ka­wem i zdjął z dło­ni pla­sti­ko­we rę­ka­wicz­ki.

– Nie wiem, co in­ne­go mógł­bym panu po­wie­dzieć, pa­nie Pin­cent. Nie wiem, ile jesz­cze zwłok mam pod­dać oglę­dzi­nom, sko­ro wy­ni­ki są za każ­dym ra­zem ta­kie same.

Ri­chard spoj­rzał gniew­nie na le­ka­rza.

– Ta­kie same? Jest pan tego pe­wien? – za­py­tał drżą­cym gło­sem. Od­chrząk­nął gło­śno.

– Tak.

Na parę mi­nut za­pa­dło mil­cze­nie. Obaj męż­czyź­ni za­sta­na­wia­li się nad moż­li­wy­mi kon­se­kwen­cja­mi tego, co uda­ło się usta­lić.

– Myli się pan – stwier­dził w koń­cu dy­rek­tor.

– Pro­szę pana… – W gło­sie dok­to­ra Tho­ma­sa po­ja­wi­ło się na­pię­cie. – Spra­wy nie prze­sta­ną wy­glą­dać in­a­czej tyl­ko dla­te­go, że pan tego chce. Otwo­rzy­łem już kil­ka ciał i mó­wię panu, że we wszyst­kich przy­pad­kach wi­dać to samo… – Prze­rwał, gdy do­strzegł wy­raz twa­rzy prze­ło­żo­ne­go i zro­zu­miał, że po­su­nął się za da­le­ko.

Szef Pin­cent Phar­ma pa­trzył przez chwi­lę na pra­cow­ni­ka, a po­tem skie­ro­wał wzrok na cia­ło. Nu­mer 7… Zwło­ki przy­wo­żo­no od po­cząt­ku ty­go­dnia, kie­dy to pe­wien ła­pacz ze­mdlał, a jego za­nie­po­ko­jo­ny ko­le­ga za­brał go do le­ka­rza, po­dej­rze­wa­jąc za­tru­cie. Było to je­dy­ne praw­do­po­dob­ne wy­tłu­ma­cze­nie ta­kiej przy­pa­dło­ści w świe­cie, w któ­rym dłu­go­wiecz­ność zdo­ła­ła wy­eli­mi­no­wać wszyst­kie cho­ro­by i scho­rze­nia. Za­nim uda­ło im się do­trzeć do przy­chod­ni, męż­czy­zna zmarł. Hil­la­ry Wri­ght, se­kre­tarz ge­ne­ral­na Władz, zo­sta­ła na­tych­miast po­in­for­mo­wa­na o tym zda­rze­niu. Wy­ka­za­ła się da­le­ko­wzrocz­no­ścią i szyb­ko za­ję­ła się wy­ci­sze­niem spra­wy. Po­czy­nio­no od­po­wied­nie kro­ki i cia­ło męż­czy­zny zo­sta­ło do­star­czo­ne do sie­dzi­by Pin­cent Phar­ma w celu wy­ko­na­nia ana­liz.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział ostroż­nie dok­tor Tho­mas. – Nie chcia­łem, żeby to za­brzmia­ło jak kry­ty­ka.

– Na­praw­dę? – Głos dy­rek­to­ra był sta­now­czy i pe­łen gnie­wu.

Na­uko­wiec od­chrząk­nął.

– Na­praw­dę – rzekł. – Ale ta­kie są fak­ty. Ten wi­rus jest śmier­tel­ny. Dłu­go­wiecz­ność naj­wy­raź­niej nie po­tra­fi… Nie po­tra­fi go zwal­czyć, pro­szę pana.

– Dłu­go­wiecz­ność nie po­tra­fi go zwal­czyć? – po­wtó­rzył po­wo­li Ri­chard Pin­cent. – Nie może po­ko­nać zwy­kłe­go wi­ru­sa?! – Znów po­czuł mdło­ści. To nie była praw­da, to nie mo­gła być praw­da! Dłu­go­wiecz­ność po­tra­fi­ła po­ko­nać każ­dą cho­ro­bę, każ­dą in­fek­cję, każ­dą bak­te­rię. To dzię­ki niej świat po­zo­sta­wał mło­dy, dzię­ki niej po­ko­na­no śmierć. To ona ob­da­ro­wa­ła ludz­kość wiecz­nym ży­ciem! Dla­te­go Wiel­ka Bry­ta­nia sta­ła się naj­po­tęż­niej­szym kra­jem świa­ta, po­dob­nie jak pod ko­niec dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku Li­bia dzię­ki ro­pie naf­to­wej czy Ce­sar­stwo Rzym­skie w pierw­szym wie­ku po Chry­stu­sie dzię­ki swo­jej ar­mii. Dziś nikt nie od­wa­żył­by się wejść w kon­flikt z wła­dza­mi Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa ani prze­ciw­sta­wić się ich żą­da­niom. – Myli się pan – stwier­dził dy­rek­tor po raz ko­lej­ny. – Dłu­go­wiecz­ność jest w sta­nie po­ko­nać wszyst­ko. Dłu­go­wiecz­ność jest w isto­cie nie­zwy­cię­żo­na.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział dok­tor Tho­mas z wa­ha­niem. – Ale może…

– Może co?! – Oczy Ri­char­da Pin­cen­ta zwę­zi­ły się z gnie­wu.

Le­karz po­now­nie otarł czo­ło.

– Może… – po­wtó­rzył z wa­ha­niem. – To wpraw­dzie tyl­ko hi­po­te­za, ale…

– Ale co? Wy­duś to wresz­cie, czło­wie­ku! – rzu­cił dy­rek­tor ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Być może wi­rus jest wy­ni­kiem mu­ta­cji. Może zna­lazł spo­sób… spo­sób na… – Na czo­le dok­to­ra znów po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu. Za­czerp­nął głę­bo­ko po­wie­trza. – Na po­ko­na­nie dłu­go­wiecz­no­ści. – Otwo­rzył sze­ro­ko oczy, jak­by prze­ra­zi­ło go zna­cze­nie słów, któ­re wresz­cie uda­ło mu się wy­krztu­sić.

– Po­ko­na­nie dłu­go­wiecz­no­ści? – Ri­chard Pin­cent nie zro­zu­miał. – Co pan wła­ści­wie chce przez to po­wie­dzieć?

– Chcę po­wie­dzieć, że mamy ogrom­ny pro­blem – od­parł dok­tor Tho­mas za­ła­mu­ją­cym się gło­sem. – Chcę po­wie­dzieć, że je­śli dłu­go­wiecz­ność nie po­tra­fi zwal­czyć tego wi­ru­sa, to… to… – Znów za­czerp­nął po­wie­trza. – To wszy­scy umrze­my.

Ri­chard za­sta­na­wiał się przez chwi­lę.

– Umrze­my – po­wtó­rzył z na­my­słem. Po­krę­cił gło­wą. – Nie, to nie­moż­li­we! Dłu­go­wiecz­ność jest nie­po­ko­na­na, prze­cież do­sko­na­le pan o tym wie. Wszy­scy o tym wie­dzą! To fun­da­ment, na któ­rym opie­ra się ży­cie spo­łecz­ne. W koń­cu wła­śnie dla­te­go sta­łem się naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem na Zie­mi. Nie ma wi­ru­sa, któ­re­go dłu­go­wiecz­ność nie po­tra­fi­ła­by znisz­czyć. Lu­dzie uod­por­ni­li się na cho­ro­by, sta­rze­nie się i śmierć. Musi być ja­kieś inne wy­ja­śnie­nie!

– Nie­ste­ty, nie – od­parł smut­no dok­tor Tho­mas, po­trzą­sa­jąc gło­wą. – Nie­ste­ty, myli się pan, pa­nie Pin­cent.

– Do­praw­dy? – Ri­chard spoj­rzał z za­in­te­re­so­wa­niem na na­ukow­ca, któ­re­go znał od tak daw­na; na czło­wie­ka, któ­ry wier­nie pra­co­wał dla nie­go przez całe dzie­się­cio­le­cia i któ­ry nig­dy nie po­da­wał w wąt­pli­wość jego słów, któ­ry zwy­kle bał się na­wet spoj­rzeć mu w oczy. Aż do dziś. – To po­waż­ne oskar­że­nie.

– Przy­kro mi, pa­nie Pin­cent. – Dok­tor Tho­mas wes­tchnął cięż­ko. – Nie mia­łem za­mia­ru… To tak prze­ra­ża­ją­ce, że… że je­że­li się nie mylę, to ozna­cza to dla mnie, dla pana, dla wszyst­kich… 

Na­uko­wiec po­cił się in­ten­syw­nie i dy­rek­tor po­pa­trzył na nie­go z od­ra­zą.

– Je­śli się pan nie myli… – wark­nął. – Za­tem przy­najm­niej przy­zna­je pan, że ist­nie­je praw­do­po­do­bień­stwo błę­du. Moim skrom­nym zda­niem jest ono cał­kiem duże. Nie jest pan zbyt wy­bit­nym spe­cja­li­stą, dok­to­rze. Nie od­krył pan dłu­go­wiecz­no­ści. Ni­cze­go pan nie od­krył! Po pro­stu pro­wa­dzi pan zle­co­ne prze­ze mnie ba­da­nia i prze­ka­zu­je mi ich wy­ni­ki. Po­zwo­li pan więc, że nie po­trak­tu­ję zbyt po­waż­nie pań­skiej prze­po­wied­ni koń­ca świa­ta. W ogó­le nie po­trak­tu­ję jej po­waż­nie!

– Ale je­śli ten wi­rus się roz­prze­strze­ni, bę­dzie­my mie­li do czy­nie­nia z epi­de­mią! – za­wo­łał dok­tor Tho­mas, ner­wo­wo za­cie­ra­jąc dło­nie. – Dłu­go­wiecz­ność osła­bi­ła dzia­ła­nie na­sze­go sys­te­mu od­por­no­ścio­we­go, bo już go po pro­stu nie po­trze­bu­je­my. Wi­rus taki jak ten może za­bić mi­lio­ny lu­dzi. Set­ki mi­lio­nów! – Twarz na­ukow­ca wy­krzy­wił gry­mas nie­po­ko­ju.

– I to wszyst­ko? Tyl­ko tyle ma pan do po­wie­dze­nia? – Ri­chard Pin­cent gniew­nie zmru­żył oczy.

Dok­tor Tho­mas od­chrząk­nął.

– Za­sta­na­wia­łem się, czy nie po­win­ni­śmy się­gnąć do daw­nej me­dy­cy­ny – rzu­cił ostroż­nie. – Je­śli przej­rzy­my ma­te­ria­ły, zmo­dy­fi­ku­je­my kil­ka sta­rych le­ków, po­win­ni­śmy zna­leźć ja­kieś sku­tecz­ne roz­wią­za­nie. Leki prze­ciw­wi­ru­so­we, może na­wet an­ty­bio­ty­ki w przy­pad­ku wtór­nych za­ka­żeń… Okres in­ku­ba­cji wi­ru­sa wy­no­si pięć mie­się­cy. Je­że­li uda­ło­by nam się opra­co­wać szcze­pion­kę, chy­ba mo­gli­by­śmy…

– Daw­na me­dy­cy­na? Sta­re leki?! – prze­rwał mu ze zło­ścią Ri­chard Pin­cent, marsz­cząc brwi z nie­do­wie­rza­niem. – Chce pan, że­by­śmy cof­nę­li się do mro­ków śre­dnio­wie­cza, kie­dy każ­dą cho­ro­bę trze­ba było le­czyć osob­no, kie­dy to­czy­ła się wal­ka o utrzy­ma­nie lu­dzi przy ży­ciu?!

– Nie. To zna­czy… tak. Prze­cież mu­si­my coś zro­bić, praw­da? – Dok­tor był zde­ner­wo­wa­ny, a w jego oczach cza­ił się strach.

– A co po­tem? Bę­dzie­my cze­kać, aż po­ja­wi się na­stęp­ny wi­rus? – Dy­rek­tor wie­dział, że jego głos zdra­dza na­pię­cie. Spró­bo­wał się opa­no­wać.

Le­karz uniósł gło­wę.

– Nie wiem – od­po­wie­dział ci­cho. Opa­dły mu ra­mio­na. – Po pro­stu, tak jak wszy­scy, pró­bu­ję zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie. Nie chcę umie­rać, pa­nie Pin­cent. Nie chcę, żeby umarł ktoś z mo­ich bli­skich. Nie chcę… – Nie do­koń­czył zda­nia, tyl­ko za­czął ci­cho i ża­ło­śnie szlo­chać.

Ri­chard od­wró­cił gło­wę, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć ani na dok­to­ra Tho­ma­sa, ani na cia­ło le­żą­ce na sto­le. W po­miesz­cze­niu nie było jed­nak okien, któ­re mo­gły­by zła­go­dzić nie­spo­dzie­wa­ny atak klau­stro­fo­bii – tyl­ko sza­re ścia­ny. Przez wie­le lat, po­dob­nie jak inne są­sied­nie sale, uży­wa­no go do róż­nych po­trzeb: jako sali tor­tur, celi lub kry­jów­ki. Po­kój po­ły­kał swo­ich miesz­kań­ców w ca­ło­ści i rzad­ko przy­wra­cał ich świa­tu ży­wych.

– Naj­wy­raź­niej stra­cił pan wia­rę – po­wie­dział w koń­cu dy­rek­tor.

Dok­tor Tho­mas spoj­rzał na swo­je­go prze­ło­żo­ne­go z nie­po­ko­jem.

– Nie, nie stra­ci­łem wia­ry. Po pro­stu uwa­żam, że po­win­ni­śmy ostrzec spo­łe­czeń­stwo. Mu­si­my coś zro­bić, za­nim w środ­ku nocy przy­wio­zą nam ko­lej­ne zwło­ki. Mu­si­my po­in­for­mo­wać Wła­dze, a one po­win­ny przy­go­to­wać plan dzia­ła­nia.

Ri­chard po­pa­trzył na me­dy­ka z na­my­słem.

– Uwa­ża pan, że po­win­ni­śmy o tym po­in­for­mo­wać? Tak po pro­stu?

– Dłu­go­wiecz­ność nie po­tra­fi po­ra­dzić so­bie z tym wi­ru­sem – stwier­dził sta­now­czo dok­tor Tho­mas. – Pro­szę po­my­śleć o kon­se­kwen­cjach, pa­nie Pin­cent. Za­ra­za się roz­sze­rzy i nic jej nie po­wstrzy­ma. To bę­dzie epi­de­mia, pan­de­mia. Za­bi­je wszyst­kich. Ten wi­rus może…

– Do­syć! – krzyk­nął dy­rek­tor, uno­sząc dłoń, a po­tem, bez ostrze­że­nia, rzu­cił się na le­ka­rza i chwy­cił go za ra­mio­na. – Sie­dzi pan ca­ły­mi dnia­mi w la­bo­ra­to­rium, bez skru­pu­łów ko­rzy­sta­jąc z dłu­go­wiecz­no­ści. Pła­cę panu za to, żeby pra­co­wał pan nad jej udo­sko­na­le­niem, ulep­sze­niem dzia­ła­nia, po to, aby moja fir­ma za­cho­wa­ła swo­ją po­zy­cję! A pan te­raz każe mi się za­jąć ko­pa­niem gro­bów?! Lu­dzie żyją tyl­ko dzię­ki mnie, dzię­ki moim le­kom! Świat za­wdzię­cza mi wszyst­ko! Pan rów­nież wszyst­ko mi za­wdzię­cza! A panu wy­star­cza za­gro­że­nie ja­kimś wi­ru­sem, któ­ry pew­nie w ogó­le nie ist­nie­je, żeby ogło­sić ko­niec świa­ta?!

Dok­tor Tho­mas po­bladł na­gle i po­now­nie od­chrząk­nął.

– Za­wdzię­cza­my panu wszyst­ko, bo obie­cał nam pan, że bę­dzie­my żyć wiecz­nie. A sko­ro nie po­tra­fi pan do­trzy­mać tej obiet­ni­cy… – Jego głos za­drżał, ale stał się też nie­co tward­szy.

Ri­chard Pin­cent za­mknął na mo­ment oczy, a po­tem spoj­rzał na roz­dy­go­ta­ne­go na­ukow­ca. Nie za­mie­rzał tego słu­chać. Nie chciał tego słu­chać. Dłu­go­wiecz­ność od­nie­sie zwy­cię­stwo, bo inne moż­li­wo­ści były zbyt prze­ra­ża­ją­ce.

– Dość tego – rzu­cił wresz­cie zde­cy­do­wa­nym to­nem. – Bę­dzie pan da­lej pro­wa­dził au­top­sje, aż uda się panu dojść do ja­kichś in­nych wnio­sków. Zro­zu­miał pan?

– Ale to nie­moż­li­we! Nie mogę dojść do in­nych wnio­sków.

Dok­tor Tho­mas spoj­rzał prze­ło­żo­ne­mu pro­sto w oczy. Dy­rek­tor po­czuł nie­po­kój. W daw­nych cza­sach mó­wio­no, że w ob­li­czu śmier­ci wszy­scy są rów­ni. Nie zga­dzał się z tym – to wła­śnie strach przed śmier­cią spra­wiał, że lu­dzie tra­ci­li nad sobą pa­no­wa­nie.

– Ro­zu­miem – stwier­dził. – Cóż, w ta­kim ra­zie bar­dzo mi przy­kro.

– Przy­kro? – Le­karz spoj­rzał na nie­go z na­dzie­ją.

– Tak, przy­kro – po­wtó­rzył Ri­chard Pin­cent, po­wo­li ki­wa­jąc gło­wą. A po­tem jed­nym szyb­kim ru­chem wy­cią­gnął pi­sto­let i strze­lił. Na­uko­wiec spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wie­niem, a po­tem osu­nął się na pod­ło­gę. Z jego klat­ki pier­sio­wej wy­pły­wa­ła krew. – Przy­kro mi – cią­gnął dy­rek­tor – że mam przez pana ko­lej­ne zwło­ki, któ­rych mu­szę się po­zbyć. I przy­kro mi, że stra­ci­łem jed­ne­go z naj­lep­szych spe­cja­li­stów.

Wy­jął te­le­fon. Dok­tor Tho­mas już nie żył, ale jego sło­wa, jego wąt­pli­wo­ści wciąż wi­sia­ły w po­wie­trzu, ni­czym kurz. Moż­na było się nimi nie­mal udu­sić.

– De­rek? To ja. Przyjdź tu na dół, do piw­ni­cy.

– Już idę.

Ri­chard scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni i oparł się o ścia­nę. Nie mu­siał dłu­go cze­kać.

De­rek Sa­mu­els, szef ochro­ny Pin­cent Phar­ma, po­ja­wił się po paru mi­nu­tach. Są­dząc po wy­ra­zie jego twa­rzy, nie był spe­cjal­nie wstrzą­śnię­ty wi­do­kiem by­łe­go współ­pra­cow­ni­ka le­żą­ce­go bez ży­cia na pod­ło­dze.

Dy­rek­tor na­tych­miast po­czuł ulgę. Po raz ko­lej­ny uspo­ko­iły go pro­fe­sjo­nal­ne za­cho­wa­nie i spo­koj­ny głos De­re­ka. Sa­mu­els był je­dy­ną oso­bą, w przy­pad­ku któ­rej moż­na było li­czyć na cał­ko­wi­te opa­no­wa­nie i sku­pie­nie na pra­cy. Nie ogar­nia­ły go wąt­pli­wo­ści i nie roz­trzą­sał, co jest do­bre, a co złe. Je­śli na­wet miał su­mie­nie, do­brze to ukry­wał. Ri­chard po­dej­rze­wał, że temu czło­wie­ko­wi rola eg­ze­ku­to­ra spra­wia­ła przy­jem­ność, że cie­szył się wła­dzą, któ­rą dys­po­no­wał i cier­pie­niem, któ­re po­tra­fił spra­wić. Kie­dyś, wie­le lat temu, za­ofe­ro­wał mu pięć ty­się­cy fun­tów za pew­ną przy­słu­gę, za za­ję­cie się wy­bra­ną oso­bą i po­zby­cie się jej – wte­dy jesz­cze nie miał po­ję­cia, jak zna­ko­mi­tym współ­pra­cow­ni­kiem oka­że się De­rek.

– Więc ten Tho­mas nie zna­lazł od­po­wie­dzi, któ­rej pan szu­kał? – spy­tał Sa­mu­els, jak zwy­kle rze­czo­wym to­nem.

Ri­chard Pin­cent po­krę­cił gło­wą i wes­tchnął. Na­gle po­czuł się bar­dzo zmę­czo­ny.

– Nie – od­parł ze znu­że­niem. – Mó­wił, że to wi­rus, któ­ry uległ mu­ta­cji i zna­lazł spo­sób obej­ścia me­cha­ni­zmów dłu­go­wiecz­no­ści. Po­wie­dział, że to prze­ro­dzi się w epi­de­mię i wszy­scy umrze­my. – Spró­bo­wał się ro­ze­śmiać, ale nie za­brzmia­ło to szcze­rze.

– Ach… – skwi­to­wał po­nu­ro Sa­mu­els, któ­ry za­jął się sprzą­ta­niem po­miesz­cze­nia. Pod­niósł cia­ło i umie­ścił je w pla­sti­ko­wym wor­ku. – Ro­zu­miem.

Ri­chard z po­dzi­wem pa­trzył na swo­je­go pod­wład­ne­go, któ­ry au­to­ma­tycz­nie wy­ko­ny­wał wszyst­kie po­trzeb­ne czyn­no­ści. To był je­dy­ny czło­wiek, któ­ry go nig­dy nie za­wiódł, któ­ry w trak­cie swo­je­go dłu­gie­go ży­cia uła­twiał re­ali­za­cję jego pla­nów, ra­dził so­bie z jego wro­ga­mi i chro­nił przed przy­ja­ciół­mi.

– Nie wiem, co ro­bić – po­wie­dział ci­cho, le­d­wo sły­szal­nym gło­sem. – De­rek, co po­wi­nie­nem te­raz zro­bić?

Sa­mu­els uniósł wzrok i zmarsz­czył brwi. Po chwi­li wró­cił do zmy­wa­nia krwi z pod­ło­gi.

– Czy zo­sta­ło panu coś z pier­wot­nej prób­ki? – spy­tał.

– Pier­wot­nej prób­ki? – Ri­chard za­chmu­rzył się. – Nie. No, może kro­pel­ka. Ale prze­cież do­kład­nie ją sko­pio­wa­li­śmy. Nie my­ślisz chy­ba, że…

– Ni­cze­go nie my­ślę – prze­rwał szef ochro­ny. – Tyl­ko za­py­ta­łem.

– Ro­zu­miem – od­parł dy­rek­tor, a w jego gło­wie za­czę­ła się go­ni­twa my­śli. – Ale to do­bre py­ta­nie. Waż­ne py­ta­nie! Są­dzisz, że to ko­pio­wa­nie jest przy­czy­ną pro­ble­mu? Uwa­żasz, że ko­pie ko­pii nie są tak sku­tecz­ne jak ory­gi­nał?

De­rek Sa­mu­els wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi.

– Nie znam się na spra­wach na­uko­wych, pro­szę pana. To ra­czej pań­ska dzie­dzi­na. Ale zda­je się, że fo­to­ko­pia nie jest ory­gi­na­łem, praw­da?

– Nie jest – po­twier­dził Ri­chard i za­czął ner­wo­wo krą­żyć po po­miesz­cze­niu. – Ale nie mamy wzo­ru. Nig­dy go nie od­kry­li­śmy! Mamy tyl­ko ko­pie. Za­wsze mie­li­śmy tyl­ko ko­pie.

– Wte­dy nie uda­ło się go od­na­leźć, ale to nie zna­czy, że nig­dzie go nie ma – za­uwa­żył De­rek, któ­ry wciąż zaj­mo­wał się zwło­ka­mi. Za­pa­ko­wał cia­ło tak, jak­by to była tu­sza zwie­rzę­cia prze­zna­czo­na na sprze­daż. – Mu­siał go gdzieś za­no­to­wać, nie ma in­ne­go wyj­ścia.

– Prze­cież szu­ka­li­śmy – po­wie­dział nie­pew­nie dy­rek­tor. – Szu­ka­li­śmy wszę­dzie, gdzie się dało!

– Owszem, przez ja­kiś czas – przy­znał Sa­mu­els. – Ale miał pan tro­chę tej sub­stan­cji i uda­ło się ją sko­pio­wać w la­bo­ra­to­rium, praw­da? Wy­da­wa­ło się nam, że wzór nie jest po­trzeb­ny, więc prze­rwa­li­śmy po­szu­ki­wa­nia.

– Prze­rwa­li­śmy – przy­tak­nął Ri­chard Pin­cent, a jego oczy roz­bły­sły.

– No to je te­raz wzno­wi­my – stwier­dził szef ochro­ny. Wstał i oce­nił wzro­kiem stan pod­ło­gi, któ­ra była już ide­al­nie czy­sta.

Dy­rek­tor ode­tchnął i roz­luź­nił nie­co ra­mio­na. Znaj­dą ten wzór – for­mu­łę, któ­ra po­zwo­li roz­wią­zać wszyst­kie pro­ble­my. Nie bę­dzie już zmu­to­wa­nych wi­ru­sów ani pan­de­mii. Nie znik­nie to, nad czym pra­co­wał przez całe ży­cie. Wszyst­ko wró­ci do nor­my.

Wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej.

– Dzię­ku­ję, De­rek. Wie­dzia­łem, że mogę na cie­bie li­czyć.

Ri­chard ode­tchnął głę­bo­ko i rzu­cił Sa­mu­el­so­wi zna­czą­ce spoj­rze­nie. Po­tem opu­ścił po­miesz­cze­nie i szyb­ko ru­szył do swo­je­go ga­bi­ne­tu, zo­sta­wia­jąc za sobą mrocz­ne ko­ry­ta­rze bu­dyn­ku Pin­cent Phar­ma i kie­ru­jąc się w stro­nę ja­snych, prze­stron­nych sal po­ło­żo­nych na wyż­szych pię­trach.

Roz­dział dru­gi

Anna usia­dła wy­pro­sto­wa­na. Ser­ce wa­li­ło jej w pier­si, a na czo­le per­li­ły się kro­ple potu. Było zu­peł­nie ciem­no, ale bez za­sta­no­wie­nia wy­sko­czy­ła spod koca i po­bie­gła do po­ko­ju Mol­ly. Ostroż­nie uchy­li­ła drzwi, we­szła do po­miesz­cze­nia i opa­dła na ko­la­na przy pro­wi­zo­rycz­nym łó­żecz­ku cór­ki. Cze­ka­jąc, aż jej od­dech się uspo­koi, przy­glą­da­ła się swo­jej ślicz­nej, uko­cha­nej dziew­czyn­ce. Mol­ly mia­ła za­le­d­wie czte­ry mie­sią­ce. Spa­ła. Dło­nie mia­ła za­ci­śnię­te w piąst­ki, a jej cia­ło de­li­kat­nie uno­si­ło się i opa­da­ło przy każ­dym od­de­chu. Mała ścią­gnę­ła usta i zmarsz­czy­ła brew­ki, jak­by chcia­ła się sku­pić na spa­niu tak moc­no, jak po­tra­fi­ła.

Wszyst­ko było w po­rząd­ku. Oczy­wi­ście, że tak. To tyl­ko sen, tyl­ko kosz­mar, jak za­wsze.

Raz na ja­kiś czas Mol­ly wzdy­cha­ła i się­ga­ła rącz­ką po ja­kiś nie­ist­nie­ją­cy przed­miot. Wkła­da­ła kciuk do buzi, prze­krę­ca­ła się na bok, a po chwi­li – gdy po­now­nie za­pa­da­ła w głęb­szy sen – pa­lec wy­su­wał się z jej ust. Anna zdą­ży­ła już na­uczyć się tej se­kwen­cji czyn­no­ści. Ob­ser­wo­wa­ła có­recz­kę każ­dej nocy od wie­lu ty­go­dni, upew­nia­jąc się, że jej naj­gor­sze prze­czu­cia są je­dy­nie prze­czu­cia­mi, że nikt nie za­mie­rza upro­wa­dzić jej dziec­ka, a przy­najm­niej nie na ja­wie.

Mol­ly zna­czy­ła dla Anny bar­dzo wie­le od sa­me­go po­cząt­ku, od dnia na­ro­dzin, tak jak­by szczę­ście i spo­kój zna­la­zły ucie­le­śnie­nie wła­śnie w tej ma­lut­kiej dziew­czyn­ce. Anna nie spo­dzie­wa­ła się, że dziec­ko sta­nie się dla niej tak waż­ne. Gdy­by tyl­ko Pe­ter na to po­zwo­lił, mo­gła­by spę­dzać każ­dą noc na pod­ło­dze przy łó­żecz­ku. Chło­pak po­wta­rzał, że Anna musi pa­trzeć w przy­szłość, że już jest bez­piecz­na – po­dob­nie jak Mol­ly – i że nie musi się ni­cze­go oba­wiać. Może już spać spo­koj­nie.

Ale to wła­śnie we śnie po­wra­ca­ły wszyst­kie lęki. Ob­ra­zy, któ­re po­ja­wia­ły się w gło­wie dziew­czy­ny już w mo­men­cie, gdy za­pa­da­ła w pół­sen, były peł­ne ła­pa­czy usi­łu­ją­cych po­rwać Mol­ly i Bena, trzy­let­nie­go bra­ta Anny. Nie­świa­do­mość świa­ta, w któ­rym przy­szło im żyć, brak wie­dzy o tym, jak bar­dzo cen­na jest ich eg­zy­sten­cja – wła­śnie to spra­wi­ło, że dziew­czy­na sta­ła się na­do­pie­kuń­cza, ni­czym lwi­ca bro­nią­ca swe­go sta­da, i po­dob­nie jak jej wła­sna mat­ka, była go­to­wa zgi­nąć w obro­nie swo­ich dzie­ci. Do­brze wie­dzia­ła, dla­cze­go tak było.

Anna nie za­zna­ła w ży­ciu zbyt wie­le spo­ko­ju. Zo­sta­ła za­bra­na przez ła­pa­czy do Gran­ge Hall, kie­dy była bar­dzo małą dziew­czyn­ką, a po­tem do­ra­sta­ła pod su­ro­wym okiem pani Pin­cent. Do­pie­ro gdy dwa lata temu do za­kła­du przy­był Pe­ter, zro­zu­mia­ła, że wca­le nie jest złem – Cię­ża­rem dla Mat­ki Na­tu­ry – i że zmu­sza­nie jej do cięż­kiej pra­cy w celu za­dość­uczy­nie­nia za grze­chy ro­dzi­ców jest nie­spra­wie­dli­we. Te­raz była le­gal­ną oso­bą, ale i tak nie mo­gła czuć się bez­piecz­na. Prze­cież samo jej ist­nie­nie było wiel­kim za­gro­że­niem dla Władz, prze­cież Ri­chard Pin­cent za wszel­ką cenę pra­gnął zli­kwi­do­wać Annę i Pe­te­ra, chciał się ich raz na za­wsze po­zbyć!

Na szczę­ście chro­ni­ło ich Pod­zie­mie. Pa­mię­ta­ła o tym. W cią­gu dnia co ja­kiś czas po­wta­rza­ła so­bie, że nie musi się ni­cze­go oba­wiać. Pe­ter też cią­gle mó­wił, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku. Pod­zie­mie zna­la­zło im miej­sce do ży­cia, w któ­rym nikt nie mógł ich od­na­leźć. Byli bez­piecz­ni i w za­sa­dzie sta­li się sa­mo­wy­star­czal­ni. Rze­czy­wi­ście wszyst­ko było do­brze. W ży­ciu Anny w koń­cu za­go­ści­ła odro­bi­na spo­ko­ju.

Dziew­czy­na na pal­cach po­de­szła do ko­mo­dy, w któ­rej le­ża­ła ster­ta upra­so­wa­nych ubra­nek Mol­ly. Wzię­ła je do ręki i za­czę­ła od­kła­dać na bok, jed­no po dru­gim. Po­rzą­dek ją uspo­ka­jał. Spę­dzi­ła więk­szość ży­cia, sta­ra­jąc się do nie­go do­pro­wa­dzić.